piątek, 7 kwietnia 2017

mpreg 3

„Bezsenne Noce


- Dziecko rozwija się prawidłowo – oświadcza doktor Webb, uśmiechają się do nas.
- Bardzo mnie to cieszy – odpowiadam pełen dumy. Jeszcze tylko osiem miesięcy i będę mógł przytulić mojego syna.
- Za to twój stan nieco mnie martwi. Co się dzieje Eli? Źle się czujesz? - lekarz przenosi wzrok na zmęczoną twarz blondyna.
- Poranne mdłości mnie wykańczają – ciężarny zaczyna narzekać. 
- To chyba coś więcej. Wyglądasz na przemęczonego – mężczyzna poprawia druciane ramki, by lepiej go widzieć.
- Ostatnio mam więcej pracy niż zwykle – chłopak odpowiada wymijająco.
- Pracujesz w ciąży? - zaalarmowany ginekolog mierzy mnie groźnym spojrzeniem. - Powinieneś więcej odpoczywać, unikać słońca i pić dużo wody, a także spać w ciągu dnia – wylicza.
- Nie mam innego wyjścia. Czynsz bardzo poszedł w górę – Eli zeskakuje z leżanki, odbierając od lekarza wydruk USG. Próbuje jakoś mi się odgryźć. Nadal nie chce oddać mi dziecka... Możesz do woli grać pokrzywdzonego, lecz bazgranie po papierze trudno nazwać prawdziwą „pracą”.
- Może gdyby jadł, miałby więcej siły – odcinam mu się.
- Masz problem z jedzeniem? - pyta lekarz.
- Nie.
- Nie je mięsa ani ryb – skarżę na dziwaczne nawyki żywieniowe mikrusa.
- Tym lepiej – chwali go lekarz. - Najnowsze badania wskazują, że to najbardziej optymalna dieta. Jeśli chcesz, mogę przypisać ci więcej witamin.
- Nie, dziękuję.
- W takim razie widzimy się w przyszłym miesiącu. Do zobaczenia – położnik żegna nas pełen optymizmu.
- Więc gdzie teraz jedziemy? Na uczelnię, czy do galerii? - pytam chłopaka, gdy jesteśmy już w samochodzie.
- Na uczelnię.
Nasza rozmowa przybiera szczątkowy charakter. Chociaż mieszkamy razem od dwóch tygodni, żaden z nas nie zamierza się przełamać. Tak długo jak nie podpisze dokumentów o oddaniu dziecka, nie zamierzam wprowadzać żadnych ustępstw. Dzisiejszy dzień należy do wyjątków. Eli ma odebrać zaległe pieniądze za obrazy i szkice. Może utrata znacznej sumy wpłynie na niego bardziej ugodowo.
- Poczekaj tu na mnie, dobrze? - zostawia mnie na korytarzu, a sam oddala się do gabinetu rektora, gdzie witany jest serdecznie przez starszą kobietę. Wydaje mi się, że to sekretarka.
Pozostawiony samemu sobie zaczynam przechadzać się po korytarzach. Nigdy wcześniej nie byłem w podobnym miejscu. Moja uczelnia miała bardziej klasyczny, a przez to znacznie nudniejszy wygląd. Tymczasem tutaj... Ściany zdają się być przeładowane sztuką. Rektor bardzo dba o to, by chwalić się osiągnięciami swoich studentów. Nie potrafię ocenić ich pracy pod względem technicznym. Za to bezbłędnie wiem, co mi się podoba, a co nie. Niewiele z tych „dzieł” uznałbym za znośne. Reszta wywołuje u mnie ból głowy. Stanowi krzykliwą kompilację zbyt intensywnych barw, które za nic w świecie nie kojarzy mi się z niczym pięknym.
Na końcu korytarza dostrzegam wielki plakat, który zachęca do obejrzenia aktów, narysowanych przez studentów trzeciego roku podczas zajęć, które prowadził profesor Stewart. Znam go ze słyszenia. Kilka razy widziałem go także w telewizji. Perła uczelni. Mówi się, że jego studenci zawsze odnoszą sukcesy, więc z tym większą przyjemnością ruszam we wskazanym kierunku, ciekaw co takiego namalowali.
Wystawa składa się z około piętnastu grafik. Na przynajmniej połowie z nich widnieje ten sam model, lecz w różnych pozycjach. Ma dłuższe włosy, sięgające nieco za ramiona, które bardzo często zasłaniają mu twarz. Największe wrażenie robi na mnie grafika, na której autor uchwycił go siedzącego bokiem. Jego głowa pochylona jest nieco w dół. Włosy w lekkim nieładzie. Ciężar ciała opiera na lewej dłoni. Kimkolwiek jest osoba, która to namalowała, spisała się naprawdę świetnie. W jej obrazie jest coś znajomego... Nagość nie razi swoją oczywistością. Lekki uśmiech nadaje młodzieńcowi wprost anielski wygląd. Jest taki...
- Możemy już iść – informuje mnie Eli, który materializuje się przy moim boku nie wiadomo skąd.
- To ty! - krzyczę zaskoczony, bo dopiero teraz udało mi się dostrzec podobieństwo.
- Tak. Idziemy?
- Pozowałeś nago do tych wszystkich obrazów?! - ponownie przesuwam po nich wzrokiem, tym razem wychwytując więcej szczegółów.
- Tak – potwierdza, również na nie spoglądając. - Wyszły całkiem nieźle.
- Jak mogłeś? To jest zbyt...
- Zapłacili mi za to. Proszę – wręcza mi czek, na którym widnieje kwota „dwieście dolarów”.
- Miałeś wielki problem, gdy chciałem dotknąć dziecka, a teraz to... - wskazuję na bezwstydne szkice.
- Po pierwsze to sztuka, a poza tym tam nikt mnie nie dotykał, zwłaszcza bez pozwolenia - chłopak po raz kolejny odmawia mi prawa do bycia ojcem!
- Nie muszę pytać cię o zgodę na dotykanie dziecka! - irytuję się.
- Masz rację. Nie musisz. Jednak dziecko znajduje się we mnie, a ja nie życzę sobie, byś tknął mnie choćby palcem.
- Byłeś nagi! - powtarzam to jak mantrę, ponownie przyglądając się efektom jego "pracy". 
- No i co z tego? - Eli najwyraźniej nie rozumie do czego zmierzam, bo posyła mi pytające spojrzenie. - Nie wstydzę się swojego ciała, choć profesor wybrał mnie ze względu na włosy, których nie wolno mi obcinać. Kto wie, może w październiku również będzie chciał, abym im pozował? - zastanawia się na głos.
- To absolutnie wykluczone! Nie zgadzam się na to, słyszysz?! - ruszam za ciężarnym w kierunku wyjścia.
- Nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie. Jestem dorosły i mogę robić co chcę. Nie peszą mnie spojrzenia innych. Wprost przeciwnie. Malarze inaczej postrzegają ciało. W ich oczach nagość jest czymś naturalnym.
- Sprzedałeś się – spoglądam na czek – i to dość tanio – trzaskam drzwiczkami od samochodu, zajmując miejsce za kierownicą.
- Dzięki temu miałem okazję wziąć udział w najbardziej ekskluzywnych zajęciach, na które nikt postronny nie ma wstępu – przechwala się, jakby był to powód do dumy.
- No i co z tego? Przecież niczego nie namalowałeś. Świeciłeś gołym tyłkiem i tyle - drwię z jego wywodu.
- Nie oznacza to jednak, że niczego się nie nauczyłem.
- Skoro tak bardzo zależało ci na studiowaniu, trzeba było zapisać się na zajęcia.
- Nie przyjęliby mnie. Nie skończyłem szkoły średniej.
- Co takiego?! - prawie powoduję wypadek, więc muszę gwałtownie zahamować. Inni kierowcy zaczynają na mnie trąbić. -  Jak to nie skończyłeś?! I ty nosisz moje dziecko?! To hańba!
- Mój wybór ograniczał się do pracy lub mieszkania pod przysłowiowym mostem. I uważaj jak jedziesz! - Eli spogląda na mnie gniewnie.
- Gdyby nie ja, pewnie szukałbyś resztek po śmietnikach – prycham.
- Gdyby nie dziecko, wolałbym przymierać głodem, niż mieszkać razem z tobą – odwraca głowę w kierunku okna, by móc mnie ignorować. 

Naszym kolejnym przystankiem jest galeria sztuki Impression, której właściciel częstuje nas sokiem owocowym i zaczyna szczegółowo omawiać z Eli swoje plany. Nie interesuje mnie to, kto zapłacił za jaki obraz. Za to z przyjemnością rozglądam się wśród płócien. Część z nich, podobnie jak w przypadku uniwersytetu, zdobi ściany niewielkiego pomieszczenia, a reszta wystawiona jest na specjalnych regałach. To same reprodukcje, co podkreśla dumny sprzedawca, który dotrzymuje mi towarzystwa. 
Największe wrażenie robi na mnie wielkie, dwumetrowe płótno, powieszone w witrynie.
- „La maison dans les roses” Moneta – podpowiada mi. - Pan Robinson ma do niego wielką słabość. Ponoć przypomina mu o zmarłej matce.
- Ach tak... - nie bardzo wiem jak to skomentować.
- Eli go namalował. Celowo użył bardziej wyrazistych kolorów. Gdy pan Robinson zobaczył efekt końcowy, zakochał się w obrazie i nie pozwala go sprzedać. Zawiśnie na honorowym miejscu w nowym domu pana Robinsona – szepcze. - Od tej chwili dzieła Moneta zyskały na popularności. Sprzedaliśmy wszystkie. Wielka szkoda, że Eli nie może malować. Zarobiłby o wiele więcej niż na akwarelach – spoglądam w kierunku chłopaka. Jasnowłosy uważnie notuje wszystkie uwagi swojego pracodawcy.
- Perry, bądź tak dobry i przynieś pudło z zaplecza – pan Robinson przywołuje swojego pomocnika, który biegnie na złamanie karku, by wypełnić jego polecenie. Obydwaj zachowują się tak, jakby w ich posiadaniu były oryginalne płótna, a nie tanie podróbki. Dyskretnie spoglądam w kierunku ceny jednego z nich. Dwieście dolarów. Tyle godzin pracy i tak śmieszna cena... Żałosne.
- Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, daj mi znać, gdy ukończysz pierwszą partię – mężczyzna uśmiecha się do Eli, który chowa swój kalendarz do niewielkiej, czarnej torby, którą ma przewieszoną przez ramię.
- Dobrze, proszę pana – ciężarny sięga po karton, który stoi tuż przy jego nogach.
- W twoim stanie nie powinieneś dźwigać. Perry, zanieś pudło do samochodu - właściciel galerii wydaje kolejne instrukcje.
- Przepraszam za kłopot - szepcze zakłopotany nastolatek.
- To żaden kłopot – pan Robinson kładzie mu rękę na brzuchu. - Nic po tobie nie widać – śmieje się, oglądając wydruk z USG.
- Już niedługo, proszę pana – jasnowłosy odbiera od niego zdjęcia i wkłada z powrotem do torby.
- Mam nadzieję, że grafiki dobrze się sprzedadzą. Ostatnie cieszyły się sporym zainteresowaniem. Klienci chwalili, że potrafisz idealnie oddać klimat smutku i depresji.
- Nie jest to specjalnie trudne – chłopak posyła mi wymowne spojrzenie.
- Skup się na tych, które zostały zamówione, a resztą zajmiesz się później. Kupiłem ci kilka kompletów ołówków. Jeśli zabraknie, daj mi znać. Gdy rysujesz tymi zagranicznymi, prace wyglądają znacznie lepiej, lecz ich cena zaczyna mnie przerażać.
- Wiem, mnie także. Dziękuję za wszystko. Zadzwonię - Eli żegna się ze swoim pracodawcą.
- Do zobaczenia, mój drogi – mężczyzna macha nam na pożegnanie.
- Proszę – gdy jesteśmy już w samochodzie, mój współlokator wręcza mi kolejny czek.
- To wszystko? - dziwię się widząc tak niewielką sumę. - Nie stać cię nawet na czynsz... - cmokam z dezaprobatą.
- Pan Robinson sprowadził...
- Nie chcę słuchać twoich wymówek. Kiedy oddasz mi resztę pieniędzy? - poruszam drażliwy temat, by pokazać mu jego miejsce w szeregu.
- Jak tylko ukończę grafiki.
- A kiedy to będzie? - jestem nieustępliwy. Niech nie myśli, że będzie sobie ze mną pogrywać. Smarkacz ma mi oddać dziecko, a nie mydlić oczy obietnicami bez pokrycia.
- W przyszłym tygodniu.
- Mam nadzieję. W przeciwnym wypadku zacznę naliczać karne odsetki – grożę mu.
- Ja zawsze oddaję długi. Nie musisz się martwić.
- Nie martwię się. W razie czego znam ludzi, którzy z przyjemnością pozbawią cię nerki, albo innego, zbędnego organu... - Eli robi się blady po mojej ostatniej uwadze. Dobrze mu tak. Niech się boi.
- Nie martw się. Nikt nie zaatakuje cię nożem, gdy będziesz spał. Najpierw poczekam aż urodzisz mojego syna - słowa pocieszenia chyba na niewiele się zdały.
- Dziecko nie jest twoją własnością, Max!
- Mylisz się. Od dawna go pragnąłem i wreszcie będę miał. Za to ty nie jesteś mi do niczego potrzebny. Nie ma z ciebie żadnego pożytku.
- Wiem. Nie raz mi to mówiłeś.
- I jeszcze wielokrotnie powtórzę - nakręcam się coraz bardziej. Nie wiem czemu, ale sprawianie mu przykrości znacznie poprawia mi humor. 
- Przykro mi.
- Przykro to ci dopiero będzie, jeśli nie odzyskam moich pieniędzy. Warto się tak męczyć, Eli? Jeden podpis i będziesz mógł zacząć zupełnie nowe życie... - kuszę go wizją uwolnienia się ode mnie.
- Nie oddam dziecka psychopacie – chłopak nie odrywa wzroku od przedniej szyby, czym doprowadza mnie do szału.Wolę, gdy wpatruje się we mnie pełen trwogi i przerażenia.
- Nawet nie wiesz na co mnie stać – puszę się, dumny niczym paw.
- Nie wracamy do domu? - ciężarny przerywa moje rozmyślania, gdy skręcam w boczną uliczkę.
- Nie. Jedziemy po zakupy.
- Wolałbym wrócić do domu. Źle się czuję – odpowiada słabym głosem.
- To nie mój problem - kończę naszą dyskusję. 

Wczesne popołudnie to moja ulubiona pora na zakupy. Parking przy wielkim centrum handlowym wciąż jest jeszcze pusty. Jako przyszły ojciec staram się dbać o mojego synka już teraz, więc kupuję tylko ekologiczne produkty, zwłaszcza owoce. Czasami to jedyna rzecz, którą Eli jest w stanie przełknąć. Chociaż codziennie dostarczają nam specjalnie zbilansowany obiad z restauracji, mdłości powodują, że rzadko udaje mu się go zjeść. Za to pije dużo soków, więc nie może ich zabraknąć.
- To chyba wszystko – przyglądam się zawartości wypchanego po brzegi koszyka.
- Max, możesz mi kupić landrynki? - obracam się w stronę potulnie wlekącego się za mną blondyna. W dłoniach ściska paczkę kolorowych cukierków, które zdjął z półki, gdy wydawało mu się, że nie patrzę.
- Rozmawialiśmy już o tym, prawda? Żadnego cukru. Nie będę ryzykował, że dostaniesz cukrzycy ciążowej.
- Mam dobre wyniki badań. Dziecku nic nie jest.
- Powiedziałem nie. Odłóż to, bo i tak ich nie dostaniesz - wydaję polecenie, które będzie musiał wykonać.
- Proszę, nie bądź taki – Eli stara się mnie przekonać do zmiany zdania. Najpierw wyzwiska, a teraz przymilanie się. Ciekawe do czego jeszcze się posunie?
- Jeśli jesteś głodny, to...
- Nie jestem - przerywa mi, pełen determinacji. - Chcę landrynki! – Uparty jak osioł...Nie ustąpię, nawet jeśli zaczniesz błagać.
- Żadnego cukru! Poza tym nie zarobiłeś na landrynki... - przypominam mu. Wreszcie udaje mi się dopiąć swego. Eli unosi na mnie wzrok i spogląda prosto w oczy. Robi tak bardzo rzadko. Wydaje się smutny. - I nie rób takiej miny. Twoja marna gra aktorska zupełnie na mnie nie działa.
- Max, przecież to tylko jeden dolar... Oddam ci - jest aż tak zdesperowany? Samo to, że odważył się na coś takiego, musiało go wiele kosztować. Zwykle po prostu mnie ignoruje.
- Dziś nie zarobiłeś – zabieram mu cukierki i odkładam do pojemnika z innymi produktami, które wrócą na sklepowe półki, po czym zajmuję się wykładaniem kartonów na taśmę. Wściekły Eli przeciska się obok mnie i odchodzi w kierunku parkingu. I bardzo dobrze. Może świeże powietrze sprawi, że odzyska panowanie nad sobą.
Wychodzę na zewnątrz obładowany jak nigdy. Chłopak stoi oparty o samochód i wpatruje się w ziemię. Znowu przybrał maskę obojętności, którą często u niego widuję. Odblokowuję alarm, by mógł wsiąść do środka i zaczynam przekładać papierowe torby do bagażnika. W tej samej chwili podchodzi do nas jakaś starsza kobieta i wręcza chłopakowi tę samą paczkę cukierków, której mu nie kupiłem.
- Proszę - kobieta podaje mu słodkości
- Bardzo pani dziękuję! – uradowany jasnowłosy ma łzy w oczach.
- To drobiazg, dziecko. Nie odmawia się osobom w ciąży – nieznajoma mruży groźnie oczy. Wygląda jak moja emerytowana nauczycielka matematyki, która od czasu do czasu wciąż mi się śni. Czuję nieprzyjemne dreszcze. Do tej pory pamiętam treść ostatniego zadania, które kazała mi rozwiązać.
- Badania wykazują, że cukrzyca w ciąży... - przytaczam niedawno czytane fakty naukowe.
- To pan jest w ciąży, czy pański syn? - starsza pani jawnie ze mnie kpi. - Współczuję ci, że masz takiego ojca – kładzie rękę na ramieniu Eli. - Dbaj o siebie, a wszystko będzie dobrze – uśmiecha się, odchodząc.
Eli wsiada do samochodu i z radością otwiera swój prezent, po czym wkłada jeden z cukierków do ust, a resztę chowa do swojej torby. Opiera głowę o siedzenie i otula brzuch ramionami, jakby chciał odgrodzić ode mnie dziecko. Jest mi trochę głupio, zwłaszcza po tym, jak obca osoba wydała na niego pieniądze, a w dodatku uznała mnie za jego ojca. Nie jestem jeszcze aż taki stary! A poza tym nigdy nie żebrałem, tak jak on. 
- Eli, mówiłeś swoim rodzicom, że spodziewasz się dziecka? - przerywam zalegającą między nami ciszę.
- Nie.
- Dlaczego? - za wszelką cenę chcę podtrzymać rozmowę, by zagłuszyć wyrzuty sumienia.
- Bo nie – chłopak wyjmuje kolejną landrynkę.
- Jeśli chcesz, to mogę do nich zadzwonić, albo umówimy się na jakieś spotkanie...
- Nie chcę. A jeśli liczyłeś, że dołożą się do czynszu, to muszę cię rozczarować. Nic z tego – gorzki ton jego słów zdradza, że od dawna zdany jest tylko na siebie. Co więcej, powoli pęka. Tym lepiej dla mnie.
- Weź swój karton, a ja zabiorę resztę – wskazuję na wielki pakunek, który zabraliśmy z galerii. Krasnal z trudem przenosi go do mieszkania, a następnie kładzie tuż przy drzwiach. - Chyba nie zamierzasz zostawiać go na samym środku, co? - zwracam mu uwagę.
- Nie. Już go zabieram – Eli unosi wieko i wyjmuje część zawartości. W środku znajduje się kilka metalowych kasetek z ołówkami, pędzle, tusz, farby oraz grube ryzy specjalnego papieru. Chłopak zabiera akcesoria do swojego pokoju, po czym wraca po papier, który jest najcięższy. Właśnie taki z niego mężczyzna... Nawet kartonu nie może przenieść...
- Daj mi to, bo jak na ciebie patrzę, to szlag mnie trafia! - odbieram od niego pudło, które nieudolnie popychał, by nie musieć go podnosić.
- Dziękuję - szepcze.
Obserwuję, jak Eli zdejmuje rozpinany, ciemnoszary sweter oraz torbę, które rzuca na łóżko, po czym sięga po swój notatnik i sprawdza od czego powinien zacząć. Wyciąga biały arkusz, z którym przenosi się do salonu. Siada na swoim miejscu i podkłada pod spód sfatygowany szkicownik. Otwiera nowe ołówki, które dokładnie ogląda. Gdy zaczyna rysować, nie potrafię przestać się na niego gapić. Wydaje się, iż niszczy drogi papier, zaczynając od jakichś przypadkowych kresek, lecz po chwili dodaje do nich kolejne szczegóły. Nagle przerywa i ściślej związuje swoje jasne włosy nisko na karku, starannie je podwijając. Zakłada także grzywkę za ucho, odsłaniając poszarzałą twarz.
- Niedługo przywiozą obiad – przypominam o swojej obecności, bo znowu jestem ignorowany.
- Nie jestem głodny.
- Ale dziecko jest – podchodzę do lodówki i nalewam dużą szklankę soku, którą stawiam przed nim na stole. - Masz, pij.
- Dziękuję.
- Nie powinieneś się położyć?- zwracam mu uwagę.
- Powinienem wiele rzeczy, ale to jest ważniejsze - wskazuje na przydzielone mu zadanie. 
- Jak chcesz – znudzony, włączam telewizor, by zająć czymś rozbiegane myśli. Zachowuję się w stosunku do niego nadzwyczaj okropnie. Nie mam pojęcia skąd bierze się ta wrogość. Czy jest spowodowana tym, iż mój perfekcyjny plan legł w gruzach? Miałem dostać dziecko, które otoczę opieką i miłością, a nie złośliwego gówniarza, który wstaje od stołu i przynosi sobie kolejną landrynkę. A potem się dziwi, że nie jest głodny. - Jeśli nie zjesz obiadu, osobiście go w ciebie wepchnę.
- Dotknij mnie, a pożałujesz – odpowiada na moją groźbę. A ja się o niego martwiłem...