poniedziałek, 26 czerwca 2017

mpreg 10

„Bezsenne Noce


Poranek wita mnie specyficznym szelestem, który oznacza tylko jedno - Eli już rysuje. Spoglądam na zegarek. Nie ma szóstej...
- Czy ty nigdy nie śpisz? - przeciągam się sennie, spoglądając w kierunku blondyna, który siedzi odwrócony do mnie plecami.
- Mam za dużo do zrobienia, by spać.
- To się może źle odbić na dziecku - przypominam mu.
- Jeśli nie będę miał pracy, to także się na nim odbije. Przepraszam, jeśli cię obudziłem. Mogę się przenieść do ogrodu.
- Nie, rysuj sobie do woli - o tej porze jest jeszcze chłodno, nawet wczesnym latem. Nie chcę, by się rozchorował.
Kilka minut spędzamy w ciszy. Opieram się o poduszki i przyglądam temu, co robi. Jest bardzo obowiązkowy i dokładny. Dwa razy sprawdza, zanim odłoży coś do pudła. Ja nigdy tak nie pracowałem. Zawsze wydawało mi się, że twórcze zawody wymagają weny oraz pasji. Jeśli tej pierwszej mi brakuje, nie jestem w stanie pisać. Tymczasem on spędza każdą wolną chwilę na malowaniu. Przecież musi bywać zmęczony lub znudzony. Czasami wykonuje ten sam szkic kilkanaście razy. Gdybym miał przepisywać w kółko jedną stronę tekstu, umarłbym z nudów.
- Moja oferta dotycząca pomocy jest nadal aktualna - chciałbym wykorzystać okazję i wypracować normalne relacje miedzy nami.
- Dziękuję, poradzę sobie.
- O której przyjedzie kurier?
- Między ósmą trzydzieści, a dziewiątą - jest tak skoncentrowany na tym, co robi, że nawet jego głos wydaje się brzmieć inaczej. To robot, a nie człowiek.
Czas wlecze się w żółwim tempie. Eli powoli kończy pakowanie, po czym spogląda na zegarek i widząc, że jest dopiero kilka minut po siódmej, decyduje się na prysznic. Wreszcie mam możliwość, by zobaczyć jego twarz. Uśmiecha się w ten specyficzny sposób. Zapewne myśli o dziecku. Nawet moich rodziców traktuje z rezerwą, choć są dla niego bardzo mili. Gdy znika za drzwiami łazienki, wstaję z łóżka i podchodzę do stołu. Naprawdę się napracował. Karton jest pełny.
Wśród rozłożonych rzeczy dostrzegam rysunek, który wczoraj uległ zniszczeniu. Biorę go do ręki i oglądam. Zapowiadał się nieźle. Szkoda, że tak się stało... Kierowany instynktem obracam kartkę na drugą stronę. Znajduje się na niej uśmiechnięta twarzyczka naszego dziecka. Niewiele różni się od portretu, który podziwiałem będąc jeszcze w swoim mieszkaniu. Dzidziuś jest piękniejszy, namalowany ze znacznie większą dbałością o szczegóły. Przesuwam opuszkami po jego malutkich policzkach.
Słysząc, że Eli zakręcił wodę, zabieram rysunek i składam go na cztery, wciskając do kieszeni piżamowych spodni. Na palcach wracam z powrotem do łóżka i kładę się na swoim miejscu. Otwieram laptopa, by udawać, że nie ruszyłem się stąd ani na krok. Serce dudni mi w piersi, a skradziona kartka papieru wydaje się nieziemsko ciążyć. Oby nie zauważył, oby nie zauważył - desperacko powtarzam w myślach. Na szczęście blondyn nie ma czasu na takie bzdury. Jest już ubrany i zabiera się za zdejmowanie poszewek ze swojej pościeli.
- Zostaw, ja to zrobię - upominam go, wspominając zalecenia mamy, która kazała mi dbać o sterylną czystość.
- Nie musisz - odpowiada. Traktuje mnie dość chłodno, jednak nawiązaliśmy dialog i tym razem naprawdę się przyłożę, by tego nie spieprzyć. Zamiast na monitor, spoglądam na to, w co jest ubrany. Ma na sobie szorty i jasnoszarą bluzę, która prawie idealnie maskuje jego stan. Znowu nachodzi mnie silna potrzeba, by dotknąć dziecka. Chciałbym położyć dłonie na jego brzuchu... Poczuć ciepło, bijące pod skórą. Póki co muszę zwalczyć to uczucie, bo szczerze wątpię, iż Eli pozwoliłby mi na tak śmiały gest.

Podczas śniadania mama oznajmia nam, że wybiera się na cały dzień do sąsiedniego miasteczka. Zostaniemy sami.
- Pamelo, pamiętaj, że jesteśmy z ciebie bardzo dumni - żegna ją tata, odprowadzając do czekającego przed domem samochodu. To jej trzecie oficjalne spotkanie, a ona czuje się jak ryba w wodzie. Nigdy nie miała problemu, by dotrzeć do ludzi i przekonać ich do swoich racji. To za jej namową Eli musiał się zgodzić na przeprowadzkę.
- Trudno mi się przyzwyczaić, że mama należy do miejscowych władz - zagaduję chłopaka, który odstawia brudne naczynia do zmywarki. - Jako regionalny koordynator przejęła na siebie liczne obowiązki - dodaję, gdy nie reaguje na zaczepkę.
- Pewnie tak - odwraca głowę, by spojrzeć na zegarek. Kurier powinien tu być lada chwila.
- Eli, to może dzisiaj uda ci się wyczarować coś na obiad? - powrót uśmiechniętego ojca przywołuje mnie do rzeczywistości.
- Oczywiście, proszę pana - przytakuje mu. - Na którą godzinę ma być gotowy?
- Na pierwszą? Muszę pojechać do sklepu po części, a potem chcę zerknąć jak idzie chłopakom naprawa wysięgnika w koparce. Ostatnio ciągle się psuje, a bez tego ani rusz. A potem mógłbyś pojechać ze mną. Chcę zobaczyć, czy robotnicy pomalowali już biuro Pameli.
- Dobrze, proszę pana. Z przyjemnością pojadę - jasnowłosy uśmiecha się lekko do ojca.
- Wiesz, przyszło mi do głowy, że mógłbyś namalować dla niej kilka kwiatków. Mam na myśli takie, jak te na altance. To robiłoby wielkie wrażenie na odwiedzających. Jak sądzisz?
- Bardzo dobry pomysł - cieszy się.
- Świetnie. W takim razie najpierw zobaczymy jak tam wygląda, a potem skoczymy po farby, ok?
- Dobrze. Kurier przyjechał! - Eli wybiega z kuchni, by otworzyć drzwi.
- Powoli - woła za nim tata. - Ach ta młodość - śmieje się.
- Namalował całkiem sporo - opieram się o blat kuchennych szafek, obserwując jak dostawca wyciąga z samochodu opakowany w firmowy papier galerii Robinsona karton. Pewnie znowu kupił mu farby.
- Jest bardzo pracowity. Siedział nad tym dzień i noc. To dlatego poznałem go z Freddym, który zabiera go w różne miejsca. Powinien więcej korzystać z życia.
- Nie sądzisz, że ta sytuacja może się obrócić przeciwko niemu?
- Co masz na myśli, synu? - ojciec mierzy mnie podejrzliwym spojrzeniem. Nie lubi, gdy coś nie przebiega zgodnie z jego planem.
- Nie chcę, by go wykorzystał! - syczę przez zęby. - Ani się z nim spotykał - dodaję.
- To już nie twoja sprawa, prawda? - klepie mnie po ramieniu, odchodząc. Nie moja? A czyja? Przecież to moje dziecko! Kiedy on to w końcu zrozumie?! Stary uparciuch!
- Nie wydaje mi się, że Freddy to odpowiedni przyjaciel. Jest on niego sporo starszy, a poza tym...
- Sporo starszy? - znacząco unosi brwi.
- A poza tym - dodaję z większym naciskiem - Eli nie przepada za towarzystwem. Nie zauważyłeś, że woli przebywać sam? - to jedyny argument, który przychodzi mi do głowy.
- Maxwell... Czasami jak ty coś powiesz... - wzdycha, sięgając po swoją wielką, brązową torbę z narzędziami.
- Przecież to prawda! - bronię swojego argumentu. - Znam go dłużej. Kiedy mieszkaliśmy razem, nikt do niego nie zadzwonił ani nie odwiedził. To samotnik.
- Więc jak ci się udało go poderwać, co? - Szlag by to trafił! Jak mi się udało?! Myśl, Max, myśl...!
- Spotkaliśmy się i... - gorączkowo szukam kłamstwa, w które uwierzy.
- I co? Zaciągnąłeś chłopca do łóżka, bo jest ładniutki, tak?
- Proszę pana - szybki powrót Eli ratuje mnie z opresji - pan Robinson przesłał to dla pani Pameli - wręcza ojcu paczkę, którą ten od razu rozpakowuje. - Podejrzewam, że to obraz jednego z malarzy, którego zatrudnił na moje miejsce.
- Zwolnił cię? - zszokowany przyglądam się jego spokojnej twarzy.
- Nie. Po prostu wspominał, że ostatnio ma więcej zamówień, a ja jestem w ciąży i... Niezły jest - przenosi wzrok na niewielkie płótno. Przesłany obraz to jakiś bliżej nieokreślony pejzaż. Moim zdaniem Eli namalowałby to lepiej. - Ma bardzo dobrą technikę. Wcale się nie dziwię, że pan Robinson jest nim taki zachwycony - w jego głosie czuję nutkę zazdrości.
- No bez przesady! Ty jesteś o wiele zdolniejszy od niego - chwali go ojciec.
- Dziękuję, panie Ford. Jest pan bardzo miły, ale nie trzeba być znawcą, by dostrzec lekkość i świeżość jego stylu.
- Wiesz kim on jest?
- Tak. To Edmund Poll. Poznaliśmy się w galerii. Trzy lata temu skończył studia i teraz pracuje jako wolny strzelec. Jeśli podpisze kontrakt z galerią, pan Robinson sprawi, że rozwinie skrzydła.
- Ty też je rozwiniesz za jakiś czas - wskazuje na jego brzuszek. - Jesteś jeszcze młodziutki. Całe życie przed tobą.
Odnoszę wrażenie, że Eli ma inne zdanie na ten temat. Przysłany obraz sprawił mu przykrość. Przebiegły właściciel galerii wymaga, by chłopak dał z siebie więcej. Gdy sprzątam na górze, zauważam długą listę zamówień, które musi zrealizować. Czeka go sporo pracy, nie mówiąc już o konkurencji. Sięgam po swój komputer i wpisuję nazwę galerii. W tym miesiącu reklamują się serią obrazów, nawiązującą do natury. Prace Eli to kopie. Tymczasem ten cały Edmund z góry zaznacza, że na nikim się nie wzoruje. Jeszcze kilka tygodni temu usłyszałem z ust Robinsona, że „Eli to diament”. Czyżby zmienił zdanie?
Kończę prace domowe i wracam do kuchni, gdzie Eli przygotowuje obiad. Muszę przyznać, że radzi sobie jak zawodowiec. Ciekawe gdzie nabył takich kulinarnych umiejętności? Ja potrafię zagotować wodę w czajniku elektrycznym, albo wykręcić numer do restauracji.
- Co to będzie? - pytam, przyglądając się, jak kroi marchewkę na wąskie paseczki.
- Udon. Twój ojciec za tym przepada - wtajemnicza mnie.
- Pierwsze słyszę, by lubił kuchnię japońską.
- Innych potraw nie umiem przygotować.
- Biorąc pod uwagę to, co robisz teraz, nie powinieneś mieć większych trudności. Kto nauczył cię tak gotować? - nie umiem pohamować ciekawości.
- Pan Matsuda. Pracowałem w jego restauracji przez jakiś czas.
- W restauracji? Ty? Jak to się ma do malarstwa? - nie umiem oderwać od niego wzroku. Zręcznie posługuje się nożem, a w dodatku wszystko tak ładnie pachnie...
- Przygotowanie smacznego posiłku to też sztuka - odpowiada zgryźliwie.
- Trzeba mi było powiedzieć, że umiesz gotować, to nie zamawiałbym jedzenia w restauracji - tłumaczę się, by nie wyjść na wrednego typa, który wmuszał w niego zdrową żywność, ozdobioną kwiatami.
- Mogłeś zapytać, a nie decydować za mnie - posyła mi drwiące spojrzenie.
- A ty mógłbyś nie być taki uparty! To by nam wiele ułatwiło.
- Nie oddam ci dziecka - grozi mi palcem.
- Nie o tym mówię. Po prostu od początku traktujesz mnie jak wroga, a ja...
- Zanim zaczniesz mnie pouczać, zastanów się jak ty mnie traktowałeś - przykrywa garnek pokrywką i ustawia miseczki na blacie.
- No dobrze, przyznaję, że się nie popisałem - nerwowo przeczesuję dłonią włosy.
- Usprawiedliwianiem się niczego nie osiągniesz.
- To co mam zrobić? - łapię go za szczupłe ramiona, bo czuję, iż w końcu mamy szansę na jakiś przełom.
- Puść - natychmiast reaguje.
- Puszczę, jeśli mi powiesz. Musimy od czegoś zacząć, rozumiesz? Inaczej nic się nie zmieni i skrzywdzimy dziecko - blondyn przez kilka sekund rozważa moje słowa.
- Powiedziałem ci już wczoraj, co masz zrobić.
- Dlaczego mam przepraszać, skoro nie czuję się winny?! - irytuję się.
- Max, to boli - spogląda na moje dłonie, którymi niechcący za mocno go ścisnąłem. Od razu je cofam.
- Przepraszam, nie chciałem - oglądam jego ręce. - Jesteś tak chudy, że... - nie kończę tego zdania. Znowu powiedziałbym za dużo, a przecież miałem naprawiać nasze relacje, a nie je pogarszać. - Przepraszam. Naprawdę przepraszam. Za wszystko. Będę się starał lepiej nad sobą panować, by więcej cię nie ranić, ale to w dużej mierze zależy także od ciebie. Gdybyś mnie nie prowokował, to...
- Max, wystarczy. Wiem, do czego zmierzasz.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miał siniaków. Ojciec by mnie zabił, gdybym zrobił ci krzywdę.
- Nic mi nie będzie - trochę dziwi mnie jego reakcja. Powinien być wściekły, a jedyne co robi, to dyskretnie odsuwa się ode mnie. Czeka na ojca, który w razie czego, pośpieszy mu na pomoc...
- Eli, boisz się mnie? - zagradzam sobą jedyną drogę ucieczki.
- Nie bądź śmieszny. Dlaczego miałbym się ciebie bać? - zasłania brzuch rękoma.
- Idioto, nie skrzywdził bym dziecka! - unoszę się gniewem.
- Dziecka może i nie... - mamrocze pod nosem.
- Nawet tak nie żartuj! Nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem - prycham.
- O czym znowu bredzisz, Max? Szukasz kogoś, z kim chciałbyś się zmierzyć? - obracam się w kierunku ojca, który mężnie pręży swoje muskuły.
- Nie, ależ skąd. Po prostu staram się przekonać Eli, że może się przy mnie czuć bezpiecznie - śmieję się nerwowo.
- Pamiętaj, jedno słowo i wgniotę go w ziemię, jasne? - głaszcze osiemnastolatka po złotawych włosach.
Po wyjątkowo smacznym obiedzie, tata zabiera nas do miasteczka. Upiera się przy tym, abyśmy przejechali się jego nowiutkim pickupem.
- Wygodnie ci? - spogląda na Eli z troską. - Pasy cię nie uwierają?
- Nie, proszę pana. Możemy jechać.
Ojciec jest gorszym kierowcą niż ja. Najwidoczniej nie wyczuł możliwości samochodu, bo trochę nami szarpie. Zauważam, że jego podopieczny również nie jest pod wrażeniem tego, co z nami wyczynia. Gdy dość ostro hamuje, osłaniam go ramieniem, by nie poleciał do przodu. Wciśnięty w fotel, nieco przerażony, nabiera gwałtownie powietrza. Zdążył jedynie oprzeć dłonie na mojej klatce piersiowej. Czuję, jak zaciska palce na materiale mojej koszulki.
- Nic ci nie jest? - pytam. Nie odpowiada. Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami w tym niezwykle rzadkim odcieniu. Po chwili potrząsa przecząco głową i cofa nieco drżące dłonie. - Dobra, dosyć tego. Teraz ja prowadzę.
- To nowy samochód - tłumaczy się ojciec. - Jeszcze go porysujesz.
- Zaryzykuję. A jeśli będziesz mi się sprzeciwiał, wszystko powiem mamie i odwieziesz swoje srebrne autko wprost do salonu - grożę mu. - Wysiadaj! - otwieram drzwi od strony pasażera i wyskakuję z szoferki. - Co ci strzeliło do głowy, by kupować tak wielki samochód?!
- Chciałem nim wozić narzędzia - ojciec potulnie zamienia się ze mną miejscami. - Może rzeczywiście jest nieco okazały, ale...
- Wymień go na mniejszy i po kłopocie - radzę mu. - Dopóki tego nie zrobisz, zabraniam ci wozić nim mojego synka - odpalam silnik i włączam się do ruchu.
Nowe biuro mamy to niewielkie pomieszczenie, w którym jeszcze jakiś czas temu mieścił się sklep z winami. Właściciel wolał się przenieść do centrum handlowego, zostawiając po sobie zaniedbany lokal. Koledzy taty zagipsowali dziury w ścianach i pomalowali wszystko na biało. Dostarczono także meble, jednakże efekt końcowy trudno uznać za zadowalający.
- Dziwnie tu - zauważam, siadając na niewielkiej, czarnej sofie, obok której stoi stolik. Piętrzą się na nim wydrukowane ulotki, zachęcające mieszkańców do wspierania regionu.
- Przedtem ściany były fioletowe i też było dziwnie. Może powinniśmy dobrać inny kolor? - pan „złota rączka” dzieli się z nami swoimi przemyśleniami.
- To zależy... Jak bardzo chciałby pan zmienić to pomieszczenie? - odzywa się z końcu mały artysta.
- Chcę, by Pamela była zadowolona - tata jest pełen dumy. - To co, jedziemy do sklepu? - wyciąga rękę po kluczyki.
- Ty zostajesz i poodsuwasz meble - przydzielam mu to wyjątkowo męskie zadanie, nie kryjąc satysfakcji.
- Pamiętaj, że jemu nie wolno dźwigać, a farby są ciężkie - woła za mną, gdy jesteśmy już na ulicy.
- Pomóc ci wsiąść? - pytam, odblokowując drzwi, bo auto ma wielkość czołgu, a do szoferki trzeba się wspiąć po schodkach.
- Poradzę sobie.
W sklepie z farbami młody sprzedawca robi co może, by wcisnąć nam jak najwięcej puszek. Eli uważa, że litrowe wystarczą. Nie wiem co planuje, lecz widząc kilka dość żywych kolorów domyślam się, iż stworzy coś nieprzewidywalnego.
- Co jest największą atrakcją tego regionu? - pyta, bawiąc się swoim telefonem.
- Nie wiem. Może winnice, bo jest tu dość ciepło, ale wątpię, że mama chciałaby nawiązać do swoich poprzedników. Jest też zabytkowy most, który wszyscy koniecznie chcą obejrzeć. Ponoć jeśli niebo danego dnia ma odcień różowy, twoje marzenie zostanie spełnione.
- To jakieś miejscowe przesądy? - kątem oka dostrzegam, że próbuje go wyszukać w internecie.
- Tak go nie znajdziesz. Jest dobrze ukryty.
- Ma jakąś szczególną nazwę?
- Chyba nie.
- Zapytam pana Forda. Może on będzie wiedział - odkłada smartfona do kieszeni.
- Nie licz na to. To dość niebezpieczne miejsce. Z pewnością nie powie ci, gdzie ono jest.
- Nie chcę tam pójść. Chcę go namalować.
- Nie chcesz, by spełniło się twoje marzenie? - dziwię się.
- Ja nie mam marzeń, Max. Niebo ma być różowe, tak? - upewnia się.
- Możesz mi nie wierzyć, ale most działa. Chciałem syna i będę go miał - przechwalam się.
- To równie dobrze może być córka i co wtedy?
- Złożę reklamację.
- Do kogo? Nie urodzę ci innych dzieci - odgraża się.
- Przecież muszą być rzeczy, których być chciał. Na przykład cofnąć się do czasów dzieciństwa, mieć latający dywan, napisać najbardziej poczytną książkę wszech czasów, codziennie otwierać gwiazdkowe prezenty - zaczynam wyliczać szczęśliwe chwile ze swojego życia.
- Masz dużo marzeń, Max. Mam nadzieję, że wszystkie się spełnią - uśmiecha się smutno, po czym wyskakuje z samochodu, by czym prędzej zabrać się do pracy.
- Most to bardzo oryginalny pomysł - chwali go ojciec.
- Problem polega na tym, że mam tylko kilka godzin, a nie wiem jak on wygląda. Któryś z was musi mi go naszkicować.
- Naszkicować? To może być trudne. Kiepsko rysuję - w tym akurat ma rację. Mój ojczulek nie jest typem artysty.
- Więc ty to zrobisz - wpycha mi do ręki ołówek. Efekt moich starań jest tragiczny, ale Eli się nie zraża. Od razu przechodzi do rzeczy, zamieniając największą ścianę na swoje wielkie płótno. Pracuje bez przerwy przez kilka godzin. Gdy wieczorem wracamy do domu, jest tak zmęczony, że rzuca się w ciuchach na łóżko i od razu zasypia. Ściągam mu buty, a następnie sięgam po koc. Chłopak leży na boku, zupełnie nieprzytomny. Oto szansa, na którą czekałem...
Zakradam się obok łóżka i siadam na podłodze. Po raz kolejny tego dnia czuję, że mój puls zaczyna wariować. Odsuwam nieco koc. Nawet nie drgnął. Wstrzymuję oddech i podsuwam jego bluzę nieco do góry, by odsłonić brzuszek. Mój synek... Przykładam dłoń do jego ciepłej skóry. Jest nieco napięta i taka gładka. Powolutku sunę opuszkami po tej słodkiej wypukłości. Wcale się nie dziwie, że on ciągle go dotyka. Gdybym mógł, gdybym tylko mógł, to robiłbym to bezustannie.
Eli zmienia pozycję i przesuwa się bardziej na plecy. Z początku chciałem zabrać rękę, lecz skoro się nie obudził, postanawiam nadal pieścić moje maleństwo. Robię się na tyle odważny, iż zsuwam nawet jego szorty nieco w dół, by nie zasłaniały mi dziecka. Jasnowłosy przesuwa rękę i układa swoją dłoń na mojej. Jego drobne palce są znacznie mniejsze niż moje, w dodatku umazane kolorowymi farbami...
- Kolacja - podskakuję na dźwięk głosu mamy, która uchyla drzwi i przyłapuje mnie na gorącym uczynku. - Nasz aniołek już śpi? - przygląda się nam z rozczuleniem. Przez Eli nie mogę wstać. Czuję silne uderzenie gorąca, które atakuje moje policzki. Czemu czuję się taki zażenowany?
- Mamo... - jąkam się, zastanawiając, jak to wytłumaczyć. - Ja chciałem go tylko dotknąć, ale...
- Nie musisz mi się tłumaczyć, kochanie. Przecież on nosi twoje dziecko. To zrozumiałe, że dotykałeś go już wcześniej.
- Ja nie... - spokojnie, nie zaprzeczaj, bo jeśli rodzice dowiedzą się w jaki sposób Eli zaszedł w ciążę, skończę jako trofeum taty, który obedrze mnie ze skóry i rozłoży przed kominkiem.
- Nie wiem gdzie byliście, ale pilnowałeś, by nie był głodny? Powinien jeść częściej i więcej, a nie skubać tyle, co nic.
- Jadł obiad.
- Max, to było kilka godzin temu. Obudź go i każ zjeść kolację. Czekamy na dole.
- Dobrze, tylko nie mów nic tacie, ok? Nie chcę, żeby się ze mnie śmiał.
- Nic mu nie powiem, obiecuję - znika za drzwiami, zostawiając nas samych.
- Eli... Obudź się. Musisz coś zjeść. W przeciwnym wypadku mama nafaszeruje cię rogalikami, słyszysz? Eli... - nic to nie daje. Powinienem pomyśleć o kolacji wcześniej, ale byłem tak zafascynowany sposobem, w jaki wyczarował różowe niebo, że zapomniałem. - Eli...
- Mmm... - wydaje z siebie jakiś zaspany dźwięk, po czym przyciska drugą ręką moją dłoń do swojego brzucha. Jeśli teraz się obudzi, wydrapie mi oczy, ale jeśli tego nie zrobi, mama z pewnością go wyręczy.
- Eli, proszę, wstań...
- Max? - niechętnie unosi powieki. - Która godzina?
- Jesteś głodny? Mama zrobiła kolację.
- Głodny? Nie wiem... - jak na zawołanie czuję, że burczy mu w brzuchu.
- Przyniosę ci coś dobrego, jeśli mnie puścisz, dobrze?
- Puszczę? - mruga kilka razy. Unosi głowę i spogląda w dół. - Zabierz rękę! - przestraszony odsuwa się jak najdalej może.
- Uważaj, bo spadniesz - zachowuję się naturalnie, by nie pogarszać sprawy. - Chciałem cię tylko przykryć kocem, a ty mnie złapałeś i nie chciałeś puścić - celowo omijam najważniejszą część.
- Na przyszłość proszę, abyś mnie nie przykrywał - otula brzuch ramionami i podciąga kolana do klatki piersiowej, kuląc się w kłębek.
- Nie zrobiłem nic złego. Mówiłem ci już, że z mojej strony nic ci nie grozi. Chodź, musisz coś zjeść - wyciągam rękę, by pomóc mu wstać. Jeszcze przed chwilą kurczowo ją ściskał, a teraz unika jak ognia. Przed nami bardzo długa droga...