niedziela, 18 lutego 2018

mpreg 27

„Bezsenne Noce



Wibracje pod moją poduszką oznaczają, że pora wstawać. Nie zmrużyłem oka dzisiejszej nocy. Opracowałem plan i teraz wypada wprowadzić go w życie. Spoglądam w kierunku blondyna. Nadal śpi. To zapewne nie potrwa już długo. Zabieram laptopa i na palcach podchodzę do drzwi. Zdradzieckie oczy po raz kolejny sycą się jego widokiem. Jest taki piękny… Nie, Max! Tak nie wolno! Wychodzę więc z pokoju i zamykam za sobą drzwi.
Zostawiam rodzicom wiadomość na stole w kuchni informując ich, że wrócę dopiero wieczorem, bo mam coś ważnego do załatwienia. Nie sądziłem, iż doczekam chwili, w której będę musiał uciekać z rodzinnego domu. Na szczęście mam sporo zajęć, które nie pozwolą mi się nudzić. Pora zabrać się za książkę oraz mój tajny projekt… Opieram dłonie na kierownicy i odpalam silnik. By dodać sobie otuchy, wspominam wczorajsze zajścia i z ciężkim sercem odjeżdżam.
Nie musiałem długo czekać na telefon od taty.
- Max, gdzie jesteś? – jak zawsze pomija zbędne frazesy i przechodzi od razu do rzeczy.
- Przepraszam, tato. Jestem bardzo zajęty – oby ta lakoniczna odpowiedź wystarczyła, by uśpić jego czujność.
- Wczoraj nic o tym nie mówiłeś.
- Bo nie wiedziałem – kłamstwa ledwo przechodzą mi przez gardło.
- Co konkretnie robisz? – ojciec nie da się zbyć byle czym.
- Muszę napisać recenzję… - wypalam bez zastanowienia. – Poproszono mnie o to dosłownie w ostatniej chwili.
- Nie możesz pisać w domu? Mama i ja mamy w tym tygodniu sporo zajęć związanych z przyjęciem – czemu jest taki nieustępliwy? Zamierza mnie rozliczać z każdej godziny poza domem? Przecież jestem dorosłym facetem i mam prawo do swojego życia.
- Rozmawiałem z mamą. Powiedziała, że nie potrzebuje mojej pomocy.
- A Eli? – na samo wspomnienie jego imienia zalewa mnie kolejna fala niechcianych wspomnień. Jeszcze kilka godzin temu tak ufnie się do mnie tulił. Tak bym chciał porwać go w ramiona i nigdy nie wypuszczać…
- Co on ma z tym wspólnego? – irytuję się.
- Pamela ma dziś kilka spotkań. Wrócimy późno. Jeśli i ciebie nie będzie, chłopak spędzi cały dzień sam – Peter Ford i ta jego zapobiegliwość…
- Tato, nie przesadzaj. Nic mu nie będzie. Posiedzi sobie w ogrodzie, porysuje. I tak nic innego nie robi – bagatelizuję problem.
- Max, jak możesz być taki nieczuły? Nic cię nie obchodzi, że zostawiasz go bez opieki? – zaczyna się… Moralizatorski ton, wzbudzanie poczucia winy… Za chwilę nastąpi wielki finał. Przecież nie mamy ślubu, o czym z pewnością mi przypomni.
- Jak to bez opieki? Ma telefon. Jeśli coś będzie nie tak zawsze może do mnie zadzwonić – zaczynam nerwowo uderzać palcami w obudowę komputera, na którym próbuję pracować.
- Po wczorajszym dniu wydawało mi się, że między wami dużo się zmieniło – uważaj, staruszku, uczucia to grząski temat, a ja nie należę do zbyt wylewnych. Chętniej dzielę się z rodzicami wydarzeniami związanymi z moją pracą. O związkach zazwyczaj milczałem i zamierzam podtrzymać tę tradycję.
- Nic mi o tym nie wiadomo – prycham urażony. – Muszę kończyć – rozłączam się. Mija jeszcze kilka długich minut, podczas których wpatruję się w swój telefon. Od teraz tak będzie to wyglądało…

Jest prawie północ, gdy wracam do domu. Samochód taty stoi przed domem. Nie kłamał mówiąc, że wrócą późno. W przeciwnym wypadku wstawiłby auto do garażu. Chowam twarz w dłoniach, by przygotować się do konfrontacji. Choć przez te wszystkie godziny dawałem z siebie wszystko, nawet ukończyłem nowy rozdział, moje myśli bezustannie krążyły wyłącznie wokół niego. Czuję się tak, jakbym tonął. Wrzucono mnie do wody i pozbawiono tlenu. Świadomość, iż Eli znajduje się zaledwie kilka metrów ode mnie, przywraca mi chęć do życia. Znika nieprzyjemny ucisk. Samo to, że będziemy przebywać w jednym pomieszczeniu… Gdybym się nie kontrolował, nogi zaniosłyby mnie do niego z prędkością światła. Biegłbym ile sił, a przecież obiecałem sobie, że tym razem zachowam się tak, jak trzeba i dam mu spokój.
W kuchni mama zostawiła dla mnie kolację. Nie jestem głodny. Uśmiecham się kwaśno na widok metalowej puszki, wypełnionej po brzegi rogalikami pani Gertrudy, która również stoi na stole. Najchętniej wyrzuciłbym jej zawartość prosto do śmietnika.
Z duszą na ramieniu wlokę się na górę. Podświadomie wiem, że mój Króliczek powinien już spać. Stoję przed drzwiami, prowadzącymi do naszej sypialni. No cóż, raz kozie śmierć… Naciskam na klamkę i wstrzymuję oddech. Pierwsze co dostrzegam, to niewielka smuga światła. Nocna lampka. Niedobrze. Robię krok do przodu. Nie słyszę szelestu ołówka. Zaciskam palce na framudze i zaglądam do środka. Eli leży na swoim łóżeczku, otoczony porozrzucanymi kartkami drogiego papieru. Podchodzę bliżej, by uporządkować jego małe arcydzieła.
Żaden szczegół tego cudownego zjawiska nie uchodzi mojej uwagi. Jestem bardziej niż świadomy, że jego skóra promieniuje ciepłem, a oddech jest równomierny i spokojny. Niesforne kosmyki związanych włosów opadają mu na twarz. Ma na sobie piżamę, a w dłoni ściska ołówek. Marszczy nieco nosek, gdy ostrożnie wyciągam mu go z ręki. Jak na zawołanie, od razu dotyka dziecka. Też chcę to zrobić. Siadam na podłodze obok niego. Przez kilka sekund wodzę opuszkami po jego brzuszku. To powód, dla którego nie umiem nocować w hotelu. Chcę być blisko. Za blisko…

Kolejny dzień mojej walki rozpoczyna się dokładnie tak samo. Gdy otwieram oczy, nie ma nawet szóstej. Za to łóżko Eli jest już pościelone. Rozglądam się po naszej sypialni. Już wstał? To zły znak…
 By nie tracić zbędnego czasu, biorę prysznic i pośpiesznie ubieram się w pierwsze rzeczy, które wpadają mi w ręce. Muszę wyjść z domu, zanim zostanę zauważony. Zbiegam po schodach. Za późno… Tata krząta się po kuchni przygotowując jasnowłosemu kakao. Szlag by to trafił!
- Max! – wita mnie szerokim uśmiechem. – Naprawdę wstałeś o tak wczesnej porze, czy też mój zegarek się popsuł? – puka w szklaną szybkę, próbując rozbawić towarzyszącego mu chłopaka swoim niewybrednym żartem. Dobrze, że chociaż on ma dobry humor.
- Mam sporo pracy – nie potrafię oderwać wzroku od nieco zmizerniałej twarzy osiemnastolatka, który celowo unika mojego wzroku.
- Trzeba odebrać zamówienia – przypominam mi, stawiając przez Eli parujący kubek.
- Przyjadą dopiero po południu. Do tego czasu będę się zajmował wyłącznie pisaniem – celowo kładę nacisk na słowo „wyłącznie”. Peter Ford mruży gniewnie oczy. Zaciskam szczęki, odpowiadając na jego wyzwanie. Ani myślę ustąpić, więc chyba mamy impas. Niewyspany dzieciak nie ma pojęcia, że nad jego głową rozlega się prawdziwa walka tytanów.
- Dobre i to – mruczy ojciec. – Napijesz się kawy? Właśnie zrobiłem – kusi mnie pełnym dzbankiem.
- Dziękuję, ale nie. Spieszę się.
- Dalej zajmujesz się recenzją? – podejrzliwe spojrzenie… Zimny pot spływa mi po plecach. Nie wolno mi nawet mrugnąć, inaczej od razu zostanę zdekonspirowany.
- Tak. Edycja tekstu. Sam rozumiesz – ściskam kluczyki od auta. To najlepsza pora na ewakuację.
- Eli, zjesz rogalika? – tata przysuwa puszkę w jego stronę. – Wiem, że wolałbyś czekoladę, ale Pamela… Nie chcę szkodzić wnukowi, więc… - ojczulek zaczyna się nerwowo śmiać. – Proszę, nie gniewaj się.
- Nie gniewam, proszę pana – pada cicha, przygaszona odpowiedź. – Zjem rogalika – jego wymuszony uśmiech będzie mnie prześladować do końca dnia…

Późnym popołudniem wcale nie jest lepiej. Wpadam do domu razem z dostawcami. Ignoruję złotowłosego, skupiając się wyłącznie na ciężkich pudłach, które ustawiam w pokoju. Z maniakalnym zacięciem buduję kartonowy mur, którym chciałbym się od niego odgrodzić.
- Max… - on już wie, że coś się zmieniło i będzie chciał o tym porozmawiać. Nie możemy tego zrobić. Nie dzisiaj. Potrzebuję więcej czasu, by oswoić przepaść między nami.
- Idź do ogrodu. Sam widzisz, jaki zamęt tu panuje – udaję, że pochłaniają mnie duże wazony, które przekładam z jednego miejsca w inne tylko po to, by zyskać na czasie.
- Unikasz mnie… Dlaczego? – widzę swoje odbicie w jego fiołkowych oczach. Króliczku, gdybyś tylko wiedział…
- Nie bądź śmieszny. Mam tyle pracy, że nie wiem w co ręce włożyć – padają szorstkie słowa, na które nie zasłużył.
- Sam mówiłeś, że chcesz spędzać ze mną czas – tak wiele wysiłku kosztowało mnie, by w końcu choć trochę mi zaufał, a teraz znowu go odpycham.
- Eli, zrozum wreszcie, że nie wszystko kręci się wokół ciebie. Bądź tak dobry i idź stąd, zanim stanie ci się jakaś krzywda! – to ostatnie zdanie jest bardzo dwuznaczne, lecz on o tym nie wie.
- Przepraszam… - szepcze, spuszczając wzrok. Posłusznie wykonuje moje polecenie. Oddala się do altanki.
Jestem na siebie bezgranicznie wściekły. Najchętniej wyżyłbym się na tych cholernych kartonach, rozwalając je po całym domu, lecz nie mogę tego zrobić. Nic nie mogę zrobić. Dystans jest konieczny.

Trzeciego dnia na nas obu przychodzi jakiś kryzys. Choć udaje mi się wykraść z domu, to kierowany jakimś dziwnym impulsem, szybko do niego wracam. Na mój widok Eli natychmiast zbiera swoje rysunki, które miał rozłożone na kuchennym stole i ucieka na górę.
Należą mu się jakieś wyjaśnienia, ale co mam mu powiedzieć? To, że jestem głupim palantem wie od dawna. Gdyby się dowiedział, że jedyne o czym jestem w stanie myśleć, to dotykanie go… Nie, to by niczego nie naprawiło. Zdenerwowałby się na mnie jeszcze bardziej.
Noc jest najcięższa do przeżycia. Eli obraca się do mnie plecami, choć dobrze wiem, że nie śpi. Mamrocze coś cichutko do dziecka. W końcu wstaje i wychodzi. Wiem, że pójdzie do ogrodu. Nauczył się poruszać w ciemnościach niczym kot. Mały spryciarz. Nie umiem tu zostać wiedząc, że może tam marznąć. No dobrze, może nie marznąć, bo noce są dość ciepłe, ale czuję się okradziony. To jedyny czas, który spędzamy razem.
Ubieram się i sięgam po moją torbę z laptopem. Wykorzystam komputer jako wymówkę. Jeśli mnie nakryje powiem, że niedługo wrócę. To nic, że jest środek nocy. Robiłem już dziwniejsze rzeczy.
Chowam się za balustradą, jak mam to w zwyczaju. Jeśli nadal rozmawia z naszym synkiem, chcę wiedzieć co mu mówi. Żali się na mnie? Ma do tego pełne prawo. Gdyby tak silnie nie działał na moje zmysły... Co za bzdury! To nie jego wina, że wygląda tak zniewalająco.
- Jestem zmęczony, a ty? No tak, ty chcesz jeść… - wzdycha cicho, odgryzając niewielki kawałek ohydnego rogalika. – Wiem, nie musisz mi nic mówić – śmieje się do dziecka. – Niedługo wróci Freddy. Wtedy spełnię wszystkie twoje zachcianki. Musisz wytrzymać jeszcze kilka dni. – Zachcianki? O czym on mówi? I co Freddy ma z tym wspólnego? – Kocham cię, mój słodki aniołku… - rozczula się. - Zjem to i wracamy na górę. Znalazłem kilka ciekawych ofert. Twój dziadek obiecał, że po balu pojedzie razem ze mną oglądać mieszkania. Cieszysz się, że wkrótce się stąd wyprowadzimy? – Co takiego?! Nie możesz się wyprowadzić! Przedtem wspominał, że zrobi to dopiero po porodzie. Co on znowu kombinuje?

Czwartek jest dniem zdecydowanie najgorszym ze wszystkich. Jestem u kresu wytrzymałości, zwłaszcza po wczorajszej nocy. Jak mam opanować sytuację i pozwolić mu się wyprowadzić, skoro kilka godzin rozłąki jest ponad moje siły?! Załamię się, czuję to… Chcę go przytulić. Tak bardzo. Nie mówiąc już o tęsknocie za dzieckiem…
Miotam się z miejsca na miejsce, aż w końcu wracam do domu. Jestem zmęczony, głodny i totalnie wyczerpany. A on… Jest jak mój akumulator. W dodatku taki uroczy.
- Znowu nie było cię w domu przez cały dzień? – wkurzony ojciec, w towarzystwie mamy, wysiada ze swojego z samochodu.
- Tato, nie zaczynaj… - gryzę się w język, żeby nie powiedzieć nic więcej.
- Ja?! Ja zaczynam?! Trzymaj mnie, Pamelo, bo mu przyłożę! – w ten subtelny sposób szuka wsparcia u małżonki i z pewnością je dostanie. Muszą zjednoczyć siły, by przetrwać kolejną nawałnicę, jaką sprowadziłem nad ich głowy.
- Rozwiążcie to między sobą, chłopcy – mama z przepraszającym wyrazem twarzy zostawia nas samych.
- Max… - niedźwiedź się rozjuszył. Brakuje już tylko kłębów pary, wydobywających się z jego uszu…
- Tak? – z trudem przełykam ślinę, bo z nerwów zaschło mi w gardle.
- Czemu zachowujesz się tak okropnie? Czy Eli naprawdę nic dla ciebie nie znaczy?
- Tato, to nie tak… My… To znaczy ja… - nie mam żadnych kontrargumentów.
- Nie jest ci wstyd, że zajmujesz się wyłącznie sobą, a on całe dnie przesiaduje sam?!
- A ty i mama? – o tak, zwal winę na innych. To rozwiąże problem.
- Ja i mama nie widzieliśmy go od wtorku. Wiedziałbyś o tym, gdybyś chociaż do niego zadzwonił! – gdy on wydeptuje labirynt ścieżek, ja przeżywam kolejny atak wyrzutów sumienia. – Myślisz, że jest mu łatwo? Bez rodziny, przyjaciół?
- To skomplikowana sytuacja i… - jak nic, skończę z podbitym okiem, bo w pełni na to zasługuję.
- Skomplikowana?! On jest w ciąży, jeśli to jeszcze do ciebie nie dotarło. Odpędziłeś od niego jedynego przyjaciela, z który mógł porozmawiać. Przecież masz świadomość, że w okolicy nie mieszka nikt w jego wieku, prawda?
- Nie oskarżaj mnie o wszystko! Jestem twoim synem. Powinieneś chociaż spróbować postawić się na moim miejscu! – coś we mnie pęka i nie jestem w stanie zapanować nad słowami. – Masz pojęcie, jak jest mi ciężko? Czy chociaż przez chwilę wziąłeś pod uwagę, co ja czuję? Nie, oczywiście, że nie. W twoich oczach jestem draniem, bo spodziewamy się dziecka i nie mamy ślubu!
- Ślub nie jest najważniejszy – tata stara się nieco wyhamować gorącą atmosferę, ale ja za bardzo się nakręciłem, by odpuszczać.
- A co jest ważne?! Staram się, ale mi nie wychodzi! I tak, masz rację, jestem beznadziejny! Z pewnością nie tak idealny, jak ty! – czuję, że oczy zachodzą mi łzami. – Chcę go dotykać… Dotykać mojego dziecka. Być blisko. Pomagać. Wspierać. Chcę tego wszystkiego bardziej, niż potrafisz sobie wyobrazić… - szepczę rozemocjonowany. – Ale to nie jest tak proste!
- Max… - tata podchodzi bliżej i próbuje mnie objąć, lecz strącam jego dłonie.
- Możesz sobie myśleć, co chcesz. Idę na górę, błagać o kolejną szansę. Tylko to mogę zrobić – wchodzę do domu, głośno trzaskając drzwiami. Z sypialni wyłania się mama, która z niepokojem zerka w moją stronę. Dostrzegam także światło w głębi ogrodu. Eli nadal rysuje. To dobrze. Mam nadzieję, że nie słyszał naszej awantury. Sięgam w kierunku klamki, lecz ojciec jest pierwszy.
- Synku… - nie mam pojęcia dlaczego, lecz nagle znajduję się w jego olbrzymich ramionach. – Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem.
- Już dobrze, nie gniewam się – burczę pod nosem, unikając jego wzroku. Zawstydzają mnie rozmowy o męskich uczuciach.
- Jesteś zbyt zdenerwowany, by teraz z nim rozmawiać. Wystraszy go i zamknie w sobie.
- Ale…
- Potrzebujesz chwili oddechu, zaufaj mi – mężczyzna uśmiecha się do mnie łagodnie.
- Tato, to nie może czekać. Powinienem go przeprosić. Miałeś rację. To moja wina, że Eli był zupełnie sam. Boję się tego, co czuję w jego obecności i…
- Max, ja to wszystko rozumiem – klepie mnie po ramieniu. – Też jestem ojcem, pamiętasz? Każdy facet przez to przechodzi.
- Super… Szkoda, że dopiero teraz mi o tym mówisz – ponownie szukam wzrokiem mojego Króliczka, który wstaje z krzesła i zaczyna zbierać swoje rysunki.
- Skoro dorosłeś do tego, by korzystać z moich porad, jedź do sklepu i kup mu czekoladę – puszcza do mnie oko. – Tylko ani słowa mamie, ok? – dodaje znacznie ciszej.
- Dzięki, tato. Tak właśnie zrobię – spoglądam na zegarek. Jeśli się pośpieszę, bez problemu powinienem zdążyć. – Za chwilę jestem.
Gdy wracam do domu, jest już dosyć późno. Nie chcieli mnie wpuścić do marketu, tłumacząc się jakimś drobnym przestępstwem, które postawiło na nogi wszystkich policjantów w okolicy, więc zmuszony byłem pojechać na stację benzynową. Przez chwilę bałem się, że Eli będzie już spać, ale siedzi na łóżku i próbuje rozczesać poplątane po prysznicu włosy. Nie odwrócił się w moją stronę, choć wyraźnie widziałem, że wstrzymał oddech, słysząc jak wchodzę do pokoju. Nie wiem jak zacząć rozmowę. On z pewnością mi w tym nie pomoże. Wpatruje się w jakiś punkt na podłodze, szarpiąc niemiłosiernie mokre pukle plastikowym grzebieniem.
- Powinieneś mieć szczotkę – chłopak unosi na mnie fiołkowe tęczówki.
- Albo obciąć włosy.
- Na to z pewnością ci nie pozwolę. Daj – wyciągam rękę po grzebień. Przez kilka długich sekund wpatruje się we mnie w taki sposób, jakby nie rozumiał, o czym mówię. Przejmuję kontrolę nad sytuacją. Sam odbieram mu pożądany przedmiot, po czym obchodzę łóżko i siadam za jego plecami.
- Max… 
- Będę bardzo delikatny, obiecuję...