sobota, 19 sierpnia 2017

Rozdział II

„Najlepszy


- Panie Johnes, znowu jest pan pijany… - spoglądam na jasnowłosego chłopaka karcąco, chociaż nie powinienem. Sam nie jestem od niego lepszy. Ja również piję, by poczuć ukojenie. Różnica między nami polega na tym, że nie tracę przytomności po kilku głębszych, a on tak. Eryk pije tak długo, aż bezwładnie osuwa się na pościel. Tylko w taki sposób jest w stanie zasnąć, nie będąc męczonym przez koszmary. Jeszcze o nich nie rozmawialiśmy, choć musi sobie zdawać sprawę z faktu, że wiem już całkiem sporo.
- Jeszcze nie jestem – oburza się na mnie, marszcząc nos. Jest moim podopiecznym od blisko miesiąca. Przez ten czas ani razu nie wyszliśmy z hotelowego apartamentu. Każdy dzień zaczynamy późnym popołudniem, gdy budzi się skacowany. Przychodzi obsługa. Sprząta, zmienia pościel. Zamawiam nam śniadanie pilnując, by zjadł cokolwiek, po czym oddajemy się naszym ulubionym rozrywkom, testując wszelkie możliwe drinki, które wyszukuję w Internecie. Póki jest w miarę trzeźwy, nieźle się nam rozmawia. Książę jest błyskotliwy i oczytany, choć nadal spięty. Boi się mnie. Boi się broni, z którą się nie rozstaję, ale nade wszystko boi się, że go zostawię. Uzależnił się ode mnie na tyle mocno, że raz zawołał mnie po imieniu, walcząc ze swoimi demonami.
- To nie potrwa długo… - wypominam mu, rozsiadając się wygodnie w fotelu i opierając nogi na pobliskiej pufie. Mały pan Johnes potrzebuje iluzji, dystansu, dwóch, trzech metrów odosobnienia, a ja mu je daję. Stara się także nie dotykać mnie pod żadnym pozorem. Dopiero gdy jest totalnie upojony lub czuje się na tyle źle, że nie może utrzymać się na nogach, pozwala mi się zbliżyć. Rozbieram go i myję, a następnie zanoszę do łóżka. Nie komentuję makabrycznego wyglądu jego pleców. Nie muszę tego robić. Cierpliwie czekam, aż nadejdzie chwila, w której sam mi o sobie opowie. To jeszcze potrwa jakiś czas, choć każdy dzień nieuchronnie zbliża nas do przykrej przeszłości.
- Nalej mi czegoś mocniejszego, dobrze? To kolorowe coś – wskazuje na swoją szklankę, w której wesoło pobrzękują kostki lodu – zupełnie mi nie smakuje. Jest za słodkie…
- Nie ma pan już dość? – dopytuję, sięgając po karafkę z bursztynowym płynem. Napełniam kryształową szklaneczkę prawie do pełna. Po tym zaśnie jak dziecko…
- Nadal je słyszę… - szepcze. – Słyszę jego kroki tak wyraźnie, jakby był tuż za ścianą… Zbliża się do nas… Nie uciekniemy… - po policzku spływa mu pojedyncza łza. Żal mi go.
- Jeśli tu przyjdzie, zastrzelę go.
- Zabiłbyś w mojej obronie? – poważnieje, wstrzymując oddech.
- W każdej chwili. Za to mi pan płaci – wstaję ze swojego miejsca i podaję mu szklankę.
- Dziękuję – nie wiem, czy miał na myśli alkohol, czy zabijanie. Przymyka powieki, opierając się o poduszki i pociąga spory łyk. Nie krzywi się. Gorzki, piekący smak już dawno przestał mu przeszkadzać.
- A studia? – niby od niechcenia przypominam mu o prawdziwym celu jego podróży.
- Idzie mi świetnie. Mam same dobre oceny – uśmiecha się.
- Geniusz – drwię, biorąc się za swoją porcję.
- Mówisz tak tylko dlatego, bo wkurza cię, że jestem młody i muszę się uczyć.
- Młody? Jest pan w dalszym ciągu dzieckiem, panie Johnes.
- Mam już szesnaście lat! – jak zwykle wścieka się na mnie, gdy poruszam temat jego wieku.
- Czyli kolejny raz złamałem prawo, podając panu alkohol… - wzdycham przeciągle. Droczę się z nim, bo prawda jest taka, że nie dbam specjalnie o żadne prawa, które są mi narzucane przez innych. W moim świecie istnieje tylko jedna zasada, która mówi, że mój podopieczny jest zawsze na pierwszym miejscu. W chwili obecnej jest nim ten nieco wstawiony, pogrążony w depresji książę.
- Dobrze wiesz, że to tylko głupie liczby – ma rację. Przeżył już tyle, że śmiało mógłby mi dorównać. – Nie psuj nastroju. To moje urodziny.
- Zamówimy tort? – uśmiecham się, bo doskonale zdaję sobie sprawę w tego, jaki dziś jest dzień. Mam dla niego idealny prezent…
- Tort? Taki prawdziwy? – w szarych oczach dostrzegam błysk nadziei. Naprawdę chce tego tortu…
- Jasne, że prawdziwy. Z kremem i truskawkami – może da się przekonać i zje chociaż kawałek. Nie chciałbym, by zagłodził się na śmierć. Lubię go, choć wciąż jesteśmy na etapie poznawania się.

Nie potrafię przestać się uśmiechać, widząc Eryka opychającego się biszkoptem z bitą śmietaną.
- Od dziś codziennie będziemy zamawiać tort – decyduję.
- Możemy? – unosi na mnie wzrok, czekając na to, co powiem.
- A kto nam zabroni? – odpowiadam pytaniem na jego pytanie. Nagradza mnie za to nieśmiałym, ale jakże słodkim uśmiechem. Cieszę się, że taka błahostka sprawiła mu przyjemność. Nie martw się, mały panie Johnes, już ja się tobą zajmę…
- Vee… Nie mogę zasnąć – przewraca się z boku na bok. Za chwilę poprosi mnie o kolejnego drinka. Nigdy nie gaszę światła w jego sypialni, więc potrafię wyczytać to z jego twarzy.
- Ja mogę… - mruczę cicho, przymykając powieki.
- Pewnie, że możesz… Nie przeżyłeś tego, co ja… - prycha gniewnie.
- Serio? Moja ostatnia misja bije na głowę pańskie koszmary  – licytuję się z nim tylko po to, by się przede mną otworzył.
- Akurat…
- Każdy ma swoje blizny, panie Johnes. Moja jest tutaj – wskazuję na nadal bolące miejsce, dobrze schowane przed jego czujnym wzrokiem. Łapię za ściągacz bluzy, by unieść materiał nieco do góry. Jasnowłosy przygląda się uważnie, oceniając wyrządzone szkody.
- Musiało bardzo boleć… - spuszcza wzrok.
- Owszem – przytakuję mu niechętnie, pogrążając się w niechcianych wspomnieniach.
- Opowiesz mi?
- To zależy, co będę z tego miał – rzucam mu wyzwanie.
- Chcesz pieniędzy? Wystarczy, że…
- To znacznie bardziej skomplikowane. Pan i ja… Musimy stać się jednością. Zaufać sobie tak mocno, jak jeszcze nigdy wcześniej nikomu nie ufaliśmy.
- Dlaczego miałbym to zrobić? – w tonie jego głosu słyszę wyraźne wahanie. Jest oporny, co może znaczyć, że był zawsze sam. Wydzielił mi niewielki skrawek informacji o sobie, włączając w to próbę samobójczą, lecz to wszystko.
- Bo tak trzeba. Potrzebuję tego, by stać się pańskim cieniem. Myśleć jak pan, zachowywać się jak pan. Przewidywać wszystkie pańskie ruchy, wiedzieć o potrzebach, chronić przed zagrożeniami. To właśnie tak działa. Na tym polega moja moc.
- Kłamiesz! – odwraca się do mnie plecami, niczym obrażone dziecko.
- Nie kłamię i dobrze pan o tym wie!
- Jestem dobrym obserwatorem, Vee. Od pierwszej chwili patrzysz na mnie w bardzo specyficzny sposób. Chcesz to przemilczeć, ale skoro mamy być wobec siebie szczerzy, może od razu powiesz mi, kogo ci przypominam. Tak będzie sprawiedliwe.
- Rzeczywiście, jest pan niezłym obserwatorem, panie Johnes. Pytanie brzmi, czy to wystarczy?
- Nie licz na to, że opowiem o sobie pierwszy – prycha, sięgając po swoją szklankę.
- I właśnie dlatego nie lubię pracować z dzieciakami. Same z wami problemy…

***

Mam specyficzny rodzaj pracy. Wstaję z łóżka tylko za określoną kwotę pieniędzy. Przyjmuję zlecenia, które dla innych są niewykonalne lub niewygodne. Nie wnikam w to. Nie interesuje mnie kto i dlaczego mnie wynajmuje. Moi zleceniodawcy mają naprawdę różne potrzeby, a wszystkie one zawsze związane są z ochroną. Przeznaczają krocie, by tylko uchronić swój parszywy żywot przed niechybną śmiercią. Brzydzę się nimi.
Mój telefon już od kilkunastu minut dawał mi znać, że ktoś zapycha skrzynkę wiadomościami. Dopiero co wróciłem z Nowej Zelandii… Kimkolwiek jesteś, musisz poczekać, aż woda w wannie zupełnie ostygnie. Przymykam powieki i z prawdziwą błogością zanurzam się pod wodę. W tej samej chwili słyszę drażniący dźwięk. Tylko jedna osoba zna ten numer i wykręca go w sytuacjach naprawdę awaryjnych… Muszę odebrać…
- Tak?
- Vee… Co powiesz na wycieczkę do Kanady? – głos starszego mężczyzny jest cichy i spokojny. Zawsze brzmi w identyczny sposób, jakby obce mu były wszelkie uczucia.
- To nie jest najlepszy moment… Proszę zadzwonić do Kruka. Jestem pewien, że…
- Mój odrzutowiec czeka na lotnisku. Nie spóźnij się – kończy rozmowę, nie godząc się na jakiekolwiek sprzeciw. Tylko on jeden może prosić mnie o coś takiego w środku nocy. Wzdycham przeciągle i sięgam po ręcznik.
Lot trwa kilka godzin. Jestem senny, lecz nie mogę pozwolić sobie na krótką drzemkę. Nie ufam obsłudze. Gdyby to zależało ode mnie, wybrałbym zwykły lot. Obecność pasażerów, pochłoniętych swoimi sprawami, działa na mnie uspokajająco. Lubię ich obserwować. Wiodą życie, którego dotąd nie zaznałem… Problemy w pracy, choroby w rodzinie, narodziny wnuków… Beztrosko wymieniają się informacjami, gotowi zaufać każdemu, kto wyrazi chęć wysłuchania ich historii. Tu jest inaczej. Panuje sztywna atmosfera. Celowo nie zdejmuję okularów, by móc swobodniej śledzić wymianę zagadkowych spojrzeń pomiędzy ubraną w bordowy kostium kobietą, a towarzyszącym jej mężczyzną, który podaje mi kolację. A może to już śniadanie?
Na lotnisku czeka na mnie czarna limuzyna, wyposażona w kuloodporne szyby. Kierowca skinął mi głową, a następnie otworzył drzwi. Wsiadając do środka, znajdę się w pułapce. Napinające się boleśnie mięśnie po raz kolejny przypominają mi o nieznanym celu tej nocnej wyprawy. Czego może ode mnie chcieć?
- Szef czeka na pana w swoim gabinecie – kierowca odprowadza mnie aż pod same drzwi niepozornie wyglądającej, wiejskiej posiadłości. Wokół domu kręci się sporo uzbrojonych po zęby ludzi. Wchodzę do środka i rozglądam się. O tym miejscu krążą legendy. Ponoć okopał się tutaj i ani myśli wychodzić na zewnątrz. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Skoro zostałem zaproszony do jego twierdzy, sprawa musi być naprawdę pilna.
- Wejdź – ton jego głosu wydaje mi się teraz bezbarwny i monotonny. Uchylam drzwi, zaglądając do środka.
- Dzień dobry – odchylam nieco do tyłu czapkę, lecz jej nie zdejmuję. Nie chcę, by jego ludzie zapamiętali moją twarz.
- Witaj w moich skromnych progach, Vee – uśmiecha się lekko, siedząc przy masywnym, drewnianym biurku. Pomimo bardzo wczesnej godziny, ma na sobie garnitur i jest idealnie ogolony. Gdy spotkałem go po raz pierwszy, wydał mi się podobny do Ojca Chrzestnego. Brakuje mu uroku hollywoodzkiego aktora. Jego oczy są zimne i nie wyrażają żadnych uczuć. Typowy morderca bez żadnych zasad moralnych, który zmienił branżę. Trudno być jednocześnie kochankiem polityki i mafii, a jemu ta sztuka wychodzi całkiem nieźle od przeszło dwudziestu lat. Biorąc pod uwagę, że ma ich na karku czterdzieści sześć i nadal żyje, odnotował spory sukces.
- Pańskiemu zaproszeniu trudno odmówić – ściągam okulary i chowam je do kieszeni skórzanej kurtki , by lepiej go widzieć.
- Usiądź, proszę – wskazuje na skórzany fotel, po czym odsyła trzech ludzi, którzy mu bezustannie towarzyszą. Dobrze wie, że mam broń i nie zawaham się jej użyć. Zasypano by mnie pieniędzmi, gdybym go teraz zabił. Jeden czysty strzał…
- Przejdźmy od razu do rzeczy, panie…
- Proszę, mów mi Adam – uśmiecha się przyjaźnie. Zaczyna się robić naprawdę niezręcznie.
- Dlaczego mnie tu zaprosiłeś? – pytam, nie umiejąc powstrzymać ciekawości.
- Wy młodzi, jesteście tacy niecierpliwi… Dawno się nie widzieliśmy, więc…
- Do rzeczy, Adamie. Mój czas jest cenny – dla odmiany to ja staję się oschły i zimny.
- Nic się nie zmieniłeś – śmieje się ze mnie, lecz po chwili poważnieje. – Dobrze więc… Chcę, abyś wyświadczył mi pewną przysługę. Dotyczy ona mojego siostrzeńca, który potrzebuje kilku tygodni szczególnej opieki.
- Wystarczy, że przydzielisz mu grupę swoich goryli, których ci nie brakuje.
- Wybrałem ciebie, Vee… - układa dłonie w piramidkę, nie spuszczając ze mnie swojego przenikliwego wzroku.
- Jestem zmęczony. Przez ostatnie osiem miesięcy intensywnie pracowałem. Muszę odpocząć.
- Odpoczniesz po tym zleceniu! – naciska coraz mocniej, okazując swoje niezadowolenie, że nie skaczę z radości.
- Wybacz, lecz sam o sobie decyduję. Jeśli to już wszystko, to… - unoszę się ze swojego miejsca.
- Siadaj! – rozkazuje mi. – Nie skończyliśmy rozmawiać! – pierwszy raz podnosi na mnie głos, który nadal brzmi równie bezbarwnie, a nawet nieco kojąco.
- Słyszałeś o ostatnich wydarzeniach w Nowym Jorku?
- To duże miasto. Tam bezustannie coś się dzieje - prycham.
- Zamordowanie szefa policji oraz jego żony podczas konferencji prasowej brzmi znajomo?
- Ściganie złoczyńców to nie moja broszka.
- Masz rację, ja się tym zajmę – oświadcza niespodziewanie.
- Ty? Od kiedy interesują cię wewnętrzne sprawy nowojorskich psów? Dali ciała, więc niech sami wytropią tego, kto kropnął ich ukochanego samca-alfa.
- Ich samiec-alfa był mężem mojej siostry.
- To zmienia postać rzeczy, chociaż z tego co pamiętam, podczas tej konferencji jej świętej pamięci mężulek wspominał coś o dowodach, które pogrążą twoich najbliższych przyjaciół… - drapię się po brodzie udając, że próbuję przypomnieć sobie jakieś znaczące szczegóły.
- Dowody zniknęły.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? – drwię.
- Masz pojechać do Nowego Jorku i przywieźć stamtąd mojego siostrzeńca, Brandona – odkrywa swoje karty.
- Dysponujesz prywatnym odrzutowcem, więc…
- Żadnych samolotów, czy pociągów. Przywieziesz go samochodem. Wybierzesz jak najdłuższą trasę.
- Oszalałeś?! To potrwa z miesiąc czasu! – podnoszę się z fotela i opieram dłonie na blacie biurka, pochylając się nad starszym mężczyzną.
- Zrobisz to dla mnie, Vee. Pomagam ci w odszukaniu mordercy twojego brata. Sam wiesz, że dla rodziny robi się rzeczy, których przedtem nie brało się pod uwagę.
- Miesiąc czasu w samochodzie…! To chyba jakiś żart! – chowam twarz w dłoniach, zaczynając krążyć po pokoju.
- Sześć tygodni. Przywieziesz go tutaj dzień przed rozpoczęciem procesu. Do tego czasu odzyskam ukradzione dane i pomszczę moich bliskich.
- Zdajesz sobie sprawę, że twoje rodzinne gierki oznaczają wojnę z Riccardo? – nie uśmiecha mi się brać udział w mafijnych porachunkach. - Jeśli zostaje powiązany z którąkolwiek ze stron, mogę mieć problemy, by spokojnie włóczyć się po ulicach.
- Nie udawaj, że nagle tak bardzo pokochałeś Stany. A poza tym Riccardo nadal ma ci za złe wysadzenie w powietrze swojego letniego domu, więc już teraz wybij sobie z głowy emeryturę na Florydzie.
- Skąd wiesz, że to byłem ja? Roccardo nie może narzekać na popularność. Ma całą rzeszę oddanych fanów… - praktycznie raz w tygodniu ktoś proponuje mi naprawdę niezłą kasę za pozbycie się tego idioty. Ignoruję te zlecenia, bo nie jestem mordercą. Już nie…
- Jesteś najlepszy, Vee. Mogę liczyć na twoją pomoc? – wstaje ze swojego fotela i zapina marynarkę. Mógłbym mu powiedzieć, by spadał na drzewo razem ze swoim siostrzeńcem, lecz bez jego pomocy, nie zemszczę się za śmierć brata…
- Znasz numer mojego konta. Wpłać kwotę, którą uważasz za stosowną – może pieniądze rozwiążą problem?
- Już to zrobiłem. Możesz sprawdzić – podchodzi bliżej, wskazując mi swój komputer. Nie ufam mu na tyle, by go dotknąć. Wolę smsa, którym raczy mnie mój bank. Wyciągam telefon i spoglądam na wyświetlacz.
- Jesteś bardzo chojny, Adamie – chwalę go.
- Drugie tyle dostaniesz po powrocie tutaj. Moi ludzie zapewnią ci także odpowiedni samochód.
- Sam się tym zajmę – mruczę z czułością na samo wspomnienie mojego maleństwa, ukrytego w garażu.
- W takim razie załatwione – wyciąga rękę, czekając aż ją uścisnę.- Życie mojego jedynego krewnego leży w twoich rękach. Nie zawiedź mnie.

Jeszcze tego samego dnia ponownie wsiadam do prywatnego odrzutowca i ruszam do Nowego Jorku. Ludzie Adama ukryli chłopaka na obrzeżach miasta. Sześciotygodniowa wyprawa wymaga przygotowań, na które nie ma już czasu. W każdej chwili możemy zostać zdemaskowani. Podjeżdżam na parking przydrożnego motelu kilka minut przed drugą w nocy. Wyciągam broń i sprawdzam, czy magazynek jest pełen. Chowam pistolet do kieszeni kurtki, po czym wysiadam w auta i podchodzę do pawilonu, przed którym kręci się kilku groźnie wyglądających mężczyzn.
- Zgubiłeś się? – zagaduje mnie rosły goryl, zastępując drogę.
- Tak tu ciemno, że wszystkie pawilony wyglądają tak samo – widząc wycelowaną w siebie broń stwierdzam, że trochę za późno na zgrywanie kretyna.
- Spadaj! – warczy na mnie.
- Przyszedłem po dzieciaka, więc radzę ci nie utrudniać, bo mogę się szybko rozmyślić – facet ocenia moją groźbę, po czym przeklinając pod nosem, pozwala mi przejść dalej. Pukam do drzwi. Otwiera inny goryl, o równie okropnej mordzie.
- To on? – wyraźnie słyszę głos, należący do kogoś, chowającego się w ciemności. Nie brzmi jak Adam, ale nie powiedziałbym także, że pasuje do siedemnastolatka, którego widziałem na zdjęciach.
- Idziemy – nie silę się na żadne uprzejmości. Obracam się na pięcie i kieruję w stronę zaparkowanego samochodu.
- Poczekaj! – krzyczy za mną. – Słyszałeś, co powiedziałem?!
- Wsiadaj – otwieram sobie drzwi i zapalam silnik.
- Nigdzie z tobą nie jadę! Wuj Adam powiedział, że sam po mnie przyjedzie!
- Posłuchaj krnąbrny dzieciaku, nie mam całej nocy, by analizować co kto powiedział. Wsiadaj i jedziemy, zrozumiano?! – niechętnie zsuwam nieco okulary, by odsłonić oczy. Chłopak spuszcza z tonu i robi krok do tyłu. Ponownie otwieram drzwi i chwytam go za ramię. Obchodzę wóz ciągnąc go za sobą, po czym na siłę wpycham do środka. Zachowuje się jak rozkapryszone lalunie, z którymi często mam do czynienia.
- Puszczaj! Puszczaj mnie, ty brutalu! Wszystko powiem wujowi! Słyszałeś? Zabije cię, gdy tylko…!
- Zamknij się, bo ściągniesz na nas kłopoty – próbuję go uciszyć, dociskając pedał gazu.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! Żądam, abyś się zatrzymał! Muszę zadzwonić do wuja!
- A ja żądam, abyś się wreszcie zamknął… - wchodzę w zakręt tak ostro, aż wciska go w fotel. -  Teraz jesteś pod moją opieką i ja ustalam tu zasady. Albo się uspokoisz i dasz mi wykonywać moją pracę, albo wysiadaj – hamuję na środku jezdni i pochylam się, by otworzyć drzwi od strony pasażera. W oddali widać jeszcze światła motelu, z którego go zabrałem. Mój nowy podopieczny tego się raczej nie spodziewał… - Skoro chcesz zginąć, droga wolna. Mam ciekawsze rzeczy na głowie, niż nadstawianie karku dla półgłówka, który nie rozumie powagi sytuacji! Adam tu nie przyjedzie, bo od razu zarobiłby kulkę. Jeśli chcesz uniknąć takiego losu, siedź cicho i wykonuj polecenia. Wysiadasz, czy zostajesz? – kątem oka dostrzegam, jak spuszcza głowę. Ramiona owinął wokół swojego plecaka. Ma za sobą naprawdę ciężkie chwile, lecz jeśli ze mną nie pojedzie, będzie gorzej.
- Jadę z tobą – decyduje.
- Zamknij drzwi i zapnij pasy – ku mojemu zdziwieniu, wreszcie zaczyna współpracować.
- Jak się nazywasz? – pyta, po kilku minutach milczenia.
- To bez znaczenia. Milcz.
- Przecież musisz mieć jakieś imię! – podnosi na mnie swój nieco piskliwy głos.
- Jestem Vee.
- Vee? To jakiś skrót, tak? Od Vincenta?
- Nie.
- To może od Victora? – jeśli się nie zamknie, za chwilę sam wykonam na nim wyrok.
- Milcz – proszę.
- Jedziemy na lotnisko, tak?
- Nie.
- Jesteś policjantem?
- Nie.
- Vernon? – próbuje dalej.
- Dzieciaku… Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości… - ostrzegam go.
- Jestem Brandon, a nie dzieciak. I zawsze dużo mówię, gdy jestem zdenerwowany.
- Radzę ci się szybko zmienić, wierz mi… - zaciskam mocniej palce na kierownicy.
- Nie zapiąłeś pasów – zauważa. Chociaż wiem jak wygląda, nie przez to całe zamieszanie, nie zdążyłem mu się przyjrzeć. Wiem, że ma rudą, nieco kręconą czuprynę i błękitne oczy. Mimo to dalsze oględziny będą musiały poczekać, aż wstanie słońce… Dopiero wtedy uda mi się wyczytać coś więcej z jego zachowania.
- Brandon, milcz…
- Wujek Adam pewnie wszystko ci powiedział, nie? Mafia grozi mi śmiercią za to, że ojciec zgromadził przeciwko nim dowody, które zniknęły. Bez tych dokumentów prokurator ma związane ręce i…
- Jeszcze chwilę i ty także będziesz miał je związane! Ile razy mam powtarzać, abyś siedział cicho, co?!
- Lubisz takie zabawy? Jesteś sadystą, czy masochistą? Moim zdaniem wyglądasz na takiego, który lubi ból…
- Zwłaszcza kneble…
- Czyli jednak masochista – cieszy się. – Ukryjemy się gdzieś? A może czekasz na instrukcje od wujka?
- Nie.
- Vee, nie bądź taki. Porozmawiaj ze mną! Od śmierci rodziców wszyscy kazali mi być cicho. Myślałem, że tego nie wytrzymam. Widziałeś konferencję? Na pewno ją widziałeś. Wszyscy ją widzieli. Podjechał czarny samochód. Otworzyli okna od strony pasażera i zaczęli strzelać. Ojciec zmarł na miejscu, a mama w szpitalu. Byłem wtedy w szkole. Dowiedziałem się od dyrektora… A potem zadzwonił wuj Adam i powiedział, że wszystkim się zajmie. O tobie nie wspominał. Miał przyjechać na pogrzeb, ale w ostatniej chwili zadzwonił i zabronił mi tam pójść. Było mnóstwo ludzi. Wiem, że to widziałeś. Musiałeś to widzieć… Vigo? – wraca do swojej zgadywanki.
- Nie.
- Możesz powiedzieć coś więcej, niż tylko „nie”?
- Idź spać.
- Nie jestem zmęczony. Przez większość czasu spałem lub oglądałem telewizję. Nie lubisz mówić, tak? Nie szkodzi. Ja mogę to robić bez przerwy... - i właśnie dlatego nienawidzę pracować z dzieciakami…