sobota, 9 grudnia 2017

mpreg 23

„Bezsenne Noce


- W takim razie – przerywa lizanie – nie pozwólmy, by choć odrobina się zmarnowała…
- Eli… - unosi na mnie wzrok, rażąc fiołkowym spojrzeniem. Przełykam głośno ślinę. Chciałbym go powstrzymać, a jednocześnie błagać, by nie przestawał. Miejsca, których dotyka, płoną. Ja sam prawdopodobnie zająłem się ogniem. Boję się drgnąć. Za to moje ciało nie ma tego problemu. Silnie reaguje na jego bliskość. Wydaje mi się, iż promieniujące ciepło jego skóry pozbawia mnie tlenu, podkręcają i tak mocno erotyczną atmosferę.
- Dziękuję za czekoladę – dostrzegam figlarny uśmieszek w kącikach jego ust. Leżę napięty niczym struna. Jeśli wykonam jakikolwiek ruch, chłopak skończy pode mną nagi…
- Pro-Proszę – dukam cicho, nie potrafiąc uwolnić się od jego przenikliwych oczu. Chyba czeka na jakąś reakcję z mojej strony, ale co mam zrobić? Pocałować go? Nie powinienem… Jest za młody… Z nieco sennym wyrazem twarzy oraz potarganymi włosami, wygląda zjawiskowo. W dodatku takie spoufalanie bywa bardzo niebezpieczne. Jeśli przysunie się choćby o centymetr, pozna mój wstydliwy sekret… Co mam zrobić?! Co zrobić?!
Napięcie sięga zenitu. Eli przeciąga się szukając sobie wygodniejszej pozycji, po czym ponownie odwraca do mnie plecami, moszcząc na wspólnej poduszce.
- Daj rękę – szuka mojej dłoni, która nieco się trzęsie. Wspaniale, Max… Aż dygoczesz z pożądania. Rób tak dalej, to twój Króliczek ucieknie z krzykiem. Złotowłosy pewnie układa ją na swoim brzuchu. – Może być? – pyta, rzucając mi przez ramię przelotne spojrzenie.
- Ja… - czując pod palcami aksamitną skórę, dochodzę do wniosku, iż zachowuje się jak kompletny idiota. Nie jestem w stanie sklecić żadnej odpowiedzi. Intuicja podpowiada mi, że on czegoś ode mnie oczekuje, ale czego? Nie chcę, by poczuł się wykorzystany. Powinienem najpierw zabrać go na randkę, jakoś lepiej to zorganizować. Już samo to, że pozwala się dotknąć jest wyjątkowe.
- Dzidziuś każe mi spać… - zamyka oczy, błądząc opuszkami po wierzchu mojej dłoni. Przestań, błagam, przestań… Albo dotykaj mnie. Wszędzie.
- Ach… - wyrywa mi się jęk frustracji. To ponad moje siły! Za chwilę eksploduję! Zatapiam twarz w jasnych włosach, by nie mógł na mnie patrzeć. Są takie miękkie i nadal pachną słońcem. Nienawidzę go i pragnę jednocześnie. Czy ta słodka udręka kiedyś się skończy?
Króliczek dość szybko zasypia. Rzeczywiście wygląda na zmęczonego. Nadal widać cienie pod jego oczami. Spoglądam z góry na jego twarz.
- Jesteś piękny… Anielsko piękny… - wyciągam rękę i nieśmiało odsuwam niesforne kosmyki, by go nie drażniły.
Mogłem go pocałować. Mogłem zapytać, dlaczego płakał. Mogłem kupić więcej czekolady. Mogłem go przytulić. Mogłem nie zostawiać go samego. Mogłem się z nim kochać. Mogłem scałować jego łzy. Mogłem go rozebrać. Mogłem powiedzieć, że ma mnie nie dręczyć. Mogłem zabrać go na spacer. Mogłem go lepiej traktować. Mogłem tak wiele, a nie zrobiłem tego…
Ostrożnie wymykam się w łóżka. Wolałbym tu zostać, ale nie chcę kusić losu. Zamiast ciepła jego ciała, wybieram lodowaty prysznic. Nie przeszkadza mi to jednak myśleć o nim intensywnie, gdy… Chcę go! Chcę go tak bardzo, jak jeszcze nigdy nikogo i niczego nie chciałem. Niech będzie mój. Niech mi się odda. Cały. Nauczę go. Nauczę go miłości, rozkoszy, nawet całowania, jeśli będzie tego chciał. Niech mnie chce! Tylko mnie…
Gdy wracam do sypialni, Eli nadal śpi w moim łóżku. Omijam je szerokim łukiem. Jeden krok w tamtą stronę i nieszczęście gotowe. Zamiast się zadręczać rzeczami, za myślenie o których ojciec z pewnością pozbawiłby mnie przyrodzenia, zabieram adidasy i wychodzę pobiegać. Zmęczenie po treningu powinno pomóc.
Powinno, ale nie pomaga! Dochodzi ósma. Jestem zdyszany, a on odkryty i taki… Drobny jest. I wciąż szczupły. Jego brzuch jest nieco zaokrąglony. Skóra jasną i napięta. Włosy wyglądają jak aureola. A usta… Boże, ratuj mnie!
Zimna woda spływa po moim rozgrzanym ciele, zastałe mięśnie pulsują od bólu, a myśli krążą tylko wokół sposobu, w jaki zlizywał czekoladę z moich palców… Warczę wściekle, tłumiąc kolejny już orgazm dzisiejszego poranka.
Ubieram się pośpiesznie, by jak najszybciej opuścić sypialnię. Poszukam ojca. Niech każe mi coś robić. Cokolwiek. Bylebym tylko nie został z nim sam. Tymczasem zaspany Eli siedzi już na brzegu łóżka. Chowa twarz w dłoniach. Znowu płacze? Kierowany instynktem, podbiegam do niego i klękam na dywanie.
- Hej, co się dzieje? – dotykam jego dłoni, by móc spojrzeć mu w oczy.
- Nic. Za długo spałem – odpowiada, rozmasowując sobie skronie.
- Głowa cię boli? Mam przynieść jakieś tabletki? – proponuję mu.
- Max, w ciąży nie wolno brać leków. Nic mi nie jest – bagatelizuje problem.
- Nadal kiepsko wyglądasz. Jesteś blady. Może pojedziemy do lekarza?
- Nie, dziękuję. Muszę się napić wody – odpycha mnie od siebie, ale nie pozwalam mu wstać.
- Nie możesz odmówić! To dla dobra dziecka.
- Mogę – odseparowuje od siebie moje dłonie, którymi dotykam jego ramion. – A teraz puść mnie. Chcę iść do kuchni.
- Poczekaj tu. Przyniosę ci wodę – jego stan martwi mnie coraz bardziej. Na szczęście na dole jest tata. On mi pomoże.
- Dzień dobry – od samego rana ma dobry humor. Zazdroszczę mu.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry – z posępnym wyrazem twarzy wyciągam z lodówki dzbanek.
- Coś się stało? – zagaduje mnie.
- Eli źle się czuje. Wolałbym, aby obejrzał go lekarz.
- Co mu jest? – tak jak przypuszczałem, Peter Ford od razu gotowy jest do działania.
- Nie wiem. Jest blady, źle sypia i głowa go boli – wyliczam.
- Zadzwonię do szpitala i sprawdzę, czy jego lekarka ma dziś dyżur – wyciąga swój telefon i od razu wybiera numer. W napięciu przysłuchuję się rozmowie. – Załatwione – klepie mnie po ramieniu, kończąc połączenie. – Powiedz Eli, że za godzinę wyjeżdżamy.
- Ja pojadę – dobrze wiem, co kombinuje. Próbuje mnie od niego odciąć, abym nie denerwował chłopaka. Ma pecha. Może sobie o mnie myśleć co tylko chce. Potrafię być odpowiedzialnym przyszłym ojcem i zrobię co w mojej mocy, by otoczyć Króliczka opieką.
- Synu, wiem, że masz dobre chęci, ale…
- Nie martw się tato. Poradzimy sobie – ucinam temat i wracam na górę.
Eli nadal siedzi na brzegu łóżka. Nie podnosi na mnie wzroku, gdy wchodzę do pokoju.
- Proszę, napij się – podsuwam mu szklankę z wodą. Blondyn próbuje mi ją odebrać, lecz bezcelowo. Teraz ja tu rządzę. – Nie chcę, abyś się oblał.
- Nie przesadzasz? – prycha gniewnie.
- Odpocznij. Za godzinę pojedziemy do lekarza – informuję go o tym, co udało mi się załatwić.
- Nie chcę. Mówiłem ci już, że nic mi nie jest! – nie jest zadowolony, co wcale mnie nie dziwi.
- Eli…
- Zostaw mnie w spokoju! – wpełza pod kołdrę i odwraca się do mnie plecami.
- Nie denerwuj się – siadam obok niego i kładę mu dłoń na plecach. Spina się pod wpływem tego gestu. Nie chcę go dodatkowo rozdrażniać, więc cofam rękę.
Mija pół godziny. Nerwowo zerkam na zegarek. Nawet jeśli śpi, powinienem go obudzić. Ponownie siadam obok niego na łóżku.
- Wiem, że jesteś zmęczony, ale dziecku może dziać się coś złego – mój polubowny ton na niewiele się zdaje. Ciężarny obraca się do mnie twarzą i rzuca lodowate spojrzenie.
- Jasne, tylko dziecko się liczy… - puszczam jego sarkazm mimo uszu i chcę mu pomóc wstać, lecz mnie ignoruje.
Przez cała drogę do szpitala nie odzywamy się do siebie ani słowem. Gdy tylko parkuję samochód, od razu wyskakuje ze środka i podąża w kierunku pięciopiętrowego, białego budynku. Nigdy wcześniej tu nie byłem, więc idę za nim, jednocześnie starając się zapamiętać drogę.
Lekarka okazuje się przemiłą i bardzo cierpliwą osobą. Odpowiada na wszystkie moje pytania oraz zleca masę dodatkowych badań. Gdy widzę dziecko na monitorze, łzy napływają mi do oczu. Próbuję nakłonić Eli na poznanie płci dziecka, lecz stanowczo odmawia. Bez jego zgody nic nie da się zrobić. Uparciuch.
Po badaniach ogólnych, namawiam lekarkę na badania szczegółowe. Chcę mieć absolutną pewność, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kobieta zabiera chłopaka ze sobą. Spędzam kilka godzin w poczekalni, rozmawiając z nowopoznanymi przyszłymi ojcami. Mam wrażenie, że w powietrzu unosi się radosne oczekiwanie. Wszyscy są uśmiechnięci. Zwłaszcza osoby w ciąży. Wyjątek stanowi pewien blondyn…
- W porządku? – pytam, choć wystarczy mi jedno spojrzenie by stwierdzić, że nie jest dobrze. Jasnowłosy wygląda gorzej niż rano. Na rękach ma przyklejone plastry i znacznie intensywniej podkrążone oczy.
- Tak, jest super – muska skronie opuszkami. – Każesz mnie dalej torturować, czy wracamy do domu?
- Wracamy. Zaniosę cię do auta – próbuję go objąć, lecz mi na to nie pozwala.
- Nie dotykaj mnie – syczy, wlokąc się na parking.
W czasie drogi odczuwam silne wyrzuty sumienia. Zwłaszcza wtedy, gdy kątem oka dostrzegam, jak po policzku spływają mu łzy. Staram się jechać bardzo spokojnie, bo najwidoczniej głowa nadal go boli. Gdy wysiada, trzyma się drzwi, by nie upaść. Dłużej nie mogę patrzeć na to, jak się męczy. Zanoszę go na górę wprost do mojego łóżka. Jest wykończony i natychmiast zasypia. Zasłaniam okna, zdejmuję mu buty i krążę nerwowo po pokoju. Po pewnym czasie przenoszę się do kuchni, gdzie tata robi sobie kanapki na obiad.
- Jak mój wnuk? Pokażesz mi zdjęcia z USG? – dopytuje, wycierając ręce w ściereczkę i podchodząc bliżej, gdy wyciągam z kieszeni złożoną na pół kartkę. – Jest doskonały – uśmiecha się, totalnie rozczulony.
- Wiem – przytakuję mu.
- Synu, coś nie tak? – czyta ze mnie jak z otwartej książki.
- Nie, wyniki badań są w normie. Eli to okaz zdrowia, ale… - przerywam, nie wiedząc co powinienem mu powiedzieć. To, że jestem palantem, nie jest żadnym odkryciem. – Tato, czemu to jest takie trudne?
- Co jest trudne?
- Dlaczego nie umiemy się dogadać? Czemu on trzyma mnie na dystans? Przecież tak się staram, a wszystko co robię, zamienia się w katastrofę. Powiedz mi, czemu tak jest?
- Jęczysz jak stara baba! – ojciec odsuwa sobie krzesło i gestem wskazuje, abym usiadł obok. Ociągam się, robiąc to, co mi każe. – Mówiłem ci, że tak będzie. Nie słuchałeś.
- Wiem, miałeś rację! Jesteś zadowolony? – nie potrafię uciec przed frustracją.
- Byłbym zadowolony, gdybyś zachował się jak mężczyzna.
- Masz na myśli ślub? Mówiłem ci, że nic z tego! My nie… - no właśnie, my nie…? Sytuacja uległa zmianie. Eli nie wydaje mi się już odpychający. Wprost przeciwnie. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy spróbowali. Dla dobra dziecka, oczywiście.
- Tak, tak, rozumiem. Jesteś stworzony do wyższych celów. Chcesz być ojcem, ale nie mężem – odgryza kawałek kanapki.
- To brzmi okropnie, gdy mówisz o tym w taki sposób! – żalę się.
- Synku, nie możesz winić Eli za to, że trzyma dystans. Prawda jest taka, że twoja oferta jest bardzo jednostronna. Dziecko pojawi się dopiero za kilka miesięcy, a do tego czasu umyłeś ręce od problemów.
- Nieprawda! Ja staram się…
- Starasz się? – drwi ze mnie, prawie krztusząc się chlebem. – A w czym objawia się to twoje staranie?
Dobre pytanie. Za dobre. Milczę, nie wiedząc jak powinienem na nie odpowiedzieć.
Rozmowa z ojcem pogarsza mój podły nastrój. Wracam na górę, bo chciałbym być przy Eli, gdy się obudzi. Sadowię się na jego malutkim łóżeczku i wyciągam z portfela rysunek dziecka, który mu zabrałem. Dziecko. Nasze dziecko… Jeszcze się nie urodziło, a my już zdążyliśmy skomplikować jego życie…
Spoglądam w kierunku blondyna, który wydaje z siebie cichy jęk bólu.
- Króliczku… - pospiesznie wstaję i siadam za jego plecami.
- Boli… Bardzo boli… - szepcze przez sen.
- Co mam zrobić, żeby nie bolał? Powiedz mi. Zrobię wszystko. Przysięgam… - współczuję mu, lecz samo współczucie nie sprawi, że poczuje się lepiej. Układam dłonie na jego karu i zaczynam delikatnie masować. W jednej z książek o ciąży było napisane, że to pomaga. Nie mam pojęcia ile w tym prawdy, lecz wyraźnie czuję, że jasnowłosy nieco się relaksuje. – Tak dobrze?
- Mhm…
Z jego karku przenoszę się na ramiona. Czując pod palcami jaki jest drobny, zastanawiam się, jak zniesie trudy ciąży. Po kilku minutach masażu przestaje walczyć. Poddaje się. Chciałbym być jego siłą. Wspierać go. Nosić na rękach. Pieścić. Karmić. Chcę być blisko. Bardzo blisko…
Nastaje wieczór i za oknami robi się coraz ciemniej. Nie zapalam światła. Przez te kilka godzin, które spędziłem w łóżku razem z Eli, miałem dość czasu by przemyśleć wiele spraw. Moja lewa dłoń przez cały ten czas gładziła plecy śpiącego chłopaka. Musiał poczuć się lepiej, bo w końcu zasnął naprawdę głęboko. Martwi mnie, że poza czekoladą, nic dziś nie zjadł. Zaczęliśmy poranek w tak niecodzienny sposób. Od tamtej chwili minęły wieki.
- Max? – niespodziewanie siada na łóżku i rozgląda się w ciemności.
- Lepiej się czujesz? – odsuwam część jego włosów do tyłu, by przyjrzeć się jego twarzy.
- Tak.
- Głowa jeszcze boli?
- Nie. Która jest godzina? – jego zdezorientowanie sprawia, iż wydaje mi się słodki w swojej bezradności.
- Dochodzi dziesiąta.
- Przespałem cały dzień? – dziwi się, próbując zejść z łóżka.
- Potrzebowałeś tego po torturach, które ci zapewniłem… - przypominam mu jego własne słowa. – Przepraszam. Tak bardzo martwiłem się o dziecko, że zupełnie nie przyszło mi do głowy, jak to się na tobie odbije.
- Wiem. Nie musisz mi tego tłumaczyć – zapalam lampkę, by widzieć jego oczy. Rozmawiamy o zbyt ważnych rzeczach. Nie chcę, by cokolwiek mi umknęło.
- Muszę! Ja… - unosi na mnie wzrok. – Nie zawsze zachowuję się jak kretyn. Po prostu gdy jestem z tobą, wariuję. Rozumiesz?
- Nie. – Zabija mnie tą odpowiedzią. Co mam powiedzieć? Jak to ubrać w słowa?
- Proszę, pomóż mi. Gdy się ode mnie odcinasz, błądzę w ciemnościach. Nie wiem, co zrobić, bo nie wiem, czego oczekujesz.
- Niczego od ciebie nie oczekuję. Sam wielokrotnie podkreślałeś, że na nic nie mogę liczyć i…
- Przestań! – przerywam mu. – Wiem, co mówiłem. Bardzo się za to wstydzę – chyba pierwszy raz jestem wobec niego aż tak szczery. – Daj mi szansę to naprawić.
- Max…
- Nie musisz nic mówić. Poczekaj, aż zacznę działać – uśmiecham się do niego, by rozładować napięcie.
- Nie strasz mnie. I bez tego jest mi trudno – odpowiada zgryźliwie.
- Jesteś głodny? Przyniosę ci kolację.
- Nie jestem – krzywi się.
- Ale…
- Wczoraj spędziłem dużo czasu z panią Gertrudą. Nie masz pojęcia ile kazała mi zjeść – skarży się.
- Przepraszam. Powinienem był zostać z tobą – tłumaczę się skruszony.
- A gdzie byłeś? – Cholera! Trzeba było siedzieć cicho.
- Musiałem pomyśleć. Nieważne. Musisz coś zjeść. Co powiesz na zupę? – szybko zmieniam temat.
- Nie mam ochoty. Wezmę prysznic i się położę. To był męczący dzień.
- To może czekoladę? Karmelowa została wyprzedana, ale przywiozę ci inną – jestem gotowy na podbój wszechświata, jeśli tego ode mnie zażąda.
- Nie, dziękuję.
- Czy ja się przesłyszałem? Nie chcesz słodyczy? – moje oczy robią się wielkie niczym spodki.
- To dziecko decyduje co będziemy jeść, nie ja – tłumaczy mi, obejmując brzuch. Też mam ochotę go objąć.
- A kakao? – przypominam sobie o jego przysmaku.
- To zależy ile cukru wsypiesz… – uśmiecha się, idąc do łazienki.
- Dużo – wołam za nim.
Gdy mam pewność, że mnie nie słyszy, wyciągam swój telefon i wysyłam wiadomość. Liczę na twoją pomoc, przyjacielu…