piątek, 31 marca 2017

Swimming Pool

- Simon, pomożesz tacie z zakupami? Goście niedługo tu będą!
- Goście? Byłem pewny, że spędzimy ten weekend w gronie rodzinnym – rozglądam się po pomieszczeniach wielkiego domu, który rodzice wynajęli na weekend, by uczcić zakończenie szkoły średniej przez moją siostrę. Głos mamy dochodzi z niewielkiej sypialni z widokiem na zatokę.
- Nie mówiłam ci wcześniej, bo pewnie odmówiłbyś przyjazdu. Stelli bardzo na tym zależało. Uprosiła tatę, a on się zgodził. Obawiam się więc, że... - kobieta uśmiecha się do mnie przepraszająco, wyjmując jednocześnie kolorowe sukienki z walizki, które odnosi do garderoby.
- Zgodziłaś się na to?! Jak mogłaś?! - oburzam się.
- Daj spokój, przyjedzie tylko kilkoro jej najbliższych znajomych. Nic wielkiego – bagatelizuje problem. - Poza tym bardzo chciałam spędzić trochę czasu w towarzystwie mojego najdroższego syneczka – podchodzi do mnie i wspinając się na palce, całuje w policzek. - Nie bądź tak negatywnie nastawiony. Zobaczysz, będzie fajnie. Dzieciaki posiedzą przy basenie, a ja w tym czasie ugotuję ci coś dobrego. Zgadzasz się? Odkąd studiujesz za granicą rzadko przyjeżdżasz do domu – patrzy na mnie w taki sposób, że niczego bym jej nie odmówił.
- Mamo, znowu to robisz... - wzdycham zrezygnowany.
- Nie wiem o czym mówisz – udaje niewiniątko.
- Kocham cię i dobrze wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko – odpowiadam, ściskając mocno niewysoką szatynkę. - Dla taty i Stelli też.
- Synu, nie uduś mamy – tata wkracza do akcji, by uratować swoją drugą połówkę. W jednym mają rację – bardzo za nimi tęskniłem. Widujemy się tylko w święta. Nie powinienem psuć miłej atmosfery swoimi fochami.
- Jedźmy już na te zakupy – odciągam tatę w kierunku samochodu.

***

- Tylko kilka osób, tak? - zgryźliwie szepczę, bo cały salon wypełniają małolaty, które zerkają w moją stronę, a następnie wybuchają głośnym śmiechem.
- Simon, chodź do nas. Moje przyjaciółki chcą cię poznać bliżej – Stella rozsiadła się na kolanach swojego nowego chłopaka Alana, który nie odrywa wzroku od różowej góry jej stroju kąpielowego, który prześwituje spod białej, bawełnianej koszuli, którą na sobie ma. Jeśli jego łapska znajdą się choćby kilka centymetrów wyżej, zabiję go!
- Przykro mi, dziewczyny. Poznęcajcie się nad kimś innym. Jestem zajęty – wskazuję na lemoniadę i kanapki, które mama kazała mi robić.
- Nie bądź taki sztywny. Poopowiadaj nam o urokach studenckiego życia – prosi Karla, która zachęca, abym usiadł obok niej na sofie. Wolę miejsce obok siostry, zdejmując ją z kolan ukochanego.
- Psujesz całą zabawę – niebieskooki blondyn posyła mi wrogie spojrzenie.
- Uważaj, bo mogę popsuć coś jeszcze – odpowiadam wojowniczo.
- Eryku, co czytasz? - jedna z dziewczyn, której imienia nie pamiętam, próbuje odebrać książkę małomównemu braciszkowi Alana. Chłopak robi unik i przesiada się na fotel.
- I tak nie zrozumiesz – prycha, nie odrywając wzroku od lektury. Jest równie szczęśliwy jak ja z powodu tego całego zamieszania. Przyglądam mu się przez chwilę. Ma jakieś szesnaście, góra siedemnaście lat. Jego włosy są jasne i sięgają mu prawie do ramion. Za to oczy... Nigdy wcześniej nie widziałem takich tęczówek. Zdają się być stalowo-szare, lecz gdy słońce mocniej zaświeci, rozbłyskają srebrnym światłem.
- Dziewczyny go nie interesują. Woli książki – Alan celowo przeciąga ostatni wyraz, by zabawić towarzystwo kosztem małolata.
- Ja przynajmniej potrafię czytać – odpowiada jasnowłosy.
- I co ci to da? Musicie się nim zająć – podrywa się ze swojego miejsca i wyrywa mu trzymany w dłoniach pokaźny tom. - Astronomia... Odkryjesz jakieś gwiazdy, Eryku? - czochra go po włosach. - Drogie panie, dam sto dolarów tej z was, która pierwsza go pocałuje i uwieczni to na zdjęciu!
- Alan, ja też mogę wziąć udział? - pyta Stella, zanosząc się od śmiechu. - Chętnie sprawdzę, czy mały Eryk wie jak korzystać z języka.
- Jasne, kochanie. To by dopiero było. Tylko nie odbij mi dziewczyny mały, jasne?
- Przepraszam, mówiłeś coś? Nie słuchałem – Eryk unosi na niego wzrok. Złośliwa bestia. Lubię go coraz bardziej.
- Tym lepiej. Chodźmy popływać w basenie! - starszy chłopak bierze moją siostrę na ręce i wynosi ją na taras. Po chwili słychać piski wrzucanych do wody dziewczyn oraz głośną muzykę, którą włączyli.
- A ty nie idziesz? - zagaduję nastolatka, który powraca do przerwanej lektury.
- Nie przepadam za słońcem – odpowiada.
- Więc dlaczego przyjechałeś?
- Bo mnie zmusił. Ma tak wielkie ego, że sam nie jest w stanie go udźwignąć – zakłada dłuższe pasma za ucho i kontynuuje czytanie. - Poza tym nie jestem pewny, czy wiedziałby jak wrócić – uśmiecha się do mnie porozumiewawczo.

***

Wieczorem, gdy rodzice jadą na kolację ze znajomymi, daję się namówić siostrze na rozpalenie ogniska i pieczenie pianek. Część z dziewczyn próbuje wymóc na mnie grę z butelkę. Opędzam się od nich jak mogę, lecz jest to trudne zadanie.
- Mówiłem wam, że nie – bronię się, zapędzony w kozi róg.
- Ale my tak ładnie prosimy, Simon... - platynowa blondynka, której końcówki włosów mają turkusowy odcień, próbuje usiąść mi na kolanach. - To tylko niewinna gra. Nie masz ochoty spróbować?
- Jesteście niepełnoletnie. To przestępstwo. Poszukajcie chłopaków w waszym wieku.
- To nudne... A ty jesteś studentem... Daj się ponieść chwili... - naciska coraz bardziej.
- Nie! - łapię ją za ramiona, a  jej rudowłosa koleżanka wykorzystuje okazję i siada mi na kolanach.
- Jesteś na przegranej pozycji – zaczyna mnie łaskotać.
- Dziewczyny, błagam was... Przestańcie...
- Ty nie chcesz się całować, Eryk nie chce się całować... Nudzimy się.
- Ja jestem chętny – odpowiada jej Alan.
- Ty już masz dziewczynę – zauważa jasnowłosy, który cały czas trzyma się nieco na uboczu. - Nie powinieneś mówić takich rzeczy w obecności Stelli.
- Dziękuję, Eryku. Jesteś kochany – moja siostrzyczka rzuca mu się na szyję, a po chwili próbuje skraść całusa.
- Przestań! - chłopak stanowczo protestuje. Jego brat widząc, iż sprawy nie układają się po jego myśli, łapie za jego jasnoniebieską koszulkę i wrzuca go do basenu.
- Mała kąpiel dobrze mu zrobi – dumny z siebie, siada z powrotem na jednym z plastikowych krzeseł. Mija kilka długich sekund, lecz srebrnooki nie wypływa na powierzchnię. Alan także to zauważa i podchodzi do basenu, by sprawdzić co się dzieje.
- Eryku? - coraz bardziej zdenerwowany wpatruje się w ciemną taflę wody. Ognisko oraz kilka świeczek to jedyne źródła światła. Niewiele może dzięki nim dostrzec. - Cholera, chyba go zabiłem! - spogląda na nas przerażony. - Eryk! Gdzie jesteś? - Ponieważ odpowiada mu jedynie cisza, sam wskakuje do wody. - Nigdzie go nie widzę! - krzyczy jak opętany, wynurzając się. Zdejmuję buty i również wskakuję do basenu. Nie jest on aż tak wielki, by nie móc odszukać szczupłego dzieciaka. - Znalazłeś go?
- Nie.
- Niech któraś z was zadzwoni na policję! Szybko! Możliwe, że już się utopił?! Albo nie żyje! Albo...
- Albo ma brata kretyna... Alan, wiedziałeś, że w czasie nurkowania trzeba otworzyć oczy? - Eryk siedzi po drugiej stronie na wyłożonych płytkami schodkach prowadzących do basenu i spogląda na nas z rozbawieniem.
- Nic ci nie jest! - niebieskooki natychmiast do niego dopada i mocno obejmuje. - Jak mogłeś mi to zrobić?! Myślałem, że dostanę zawału! - potrząsa chłopakiem. - Rodzice obdarliby mnie ze skóry, gdyby choć włos spadł ci z głowy, szczeniaku!
- Udusisz mnie!
- Uduszę?! Przez ciebie jestem cały mokry!
- Ja też. Należało ci się. Przepłynąłem obok ciebie dwa razy. Nie zauważyłeś mnie?
- To przez to, że jesteś taki mały. I chudy. Za karę będziesz spać tutaj. A teraz gramy! - decyduje Alan, zachęcając tym samym dziewczyny, by do nas dołączyły.

Jakiś czas później, gdy wszyscy poszli już spać, dostrzegam czyiś cień na tarasie.
- Eryku, co tu robisz?
- Odbywam karę – śmieje się cicho. Żałuję, że nie widzę jego twarzy. Tak rzadko się uśmiecha.
- Karę? Jeśli chcesz, to możesz spać ze mną w pokoju – proponuję mu, podchodząc bliżej i siadając na jednym z łóżek do opalania.
- Nie chcę. Tu mi dobrze – chłopak spogląda na niebo. - Poza tym znam Alana na wylot. Wiem, że spławił mnie po to, by pobyć chwilę sam na sam z twoją siostrą.
- Co takiego?! Jeśli ją dotknie, to... - rzucam mordercze spojrzenie w kierunku domu.
- Nic jej nie zrobi. Nie musisz się bać. On tylko udaje pewnego siebie, a prawda jest taka, że Stella to jego oczko w głowie. Jest nadopiekuńczy i wszystkim mocno się przejmuje. Poza tym napisał dla niej wiersze, które pewnie teraz jej czyta.
- Wiersze? Alan? - dziwię się.
- Miały sporo błędów, ale je poprawiłem.
- Jak ty z nim wytrzymujesz?
- Normalnie. To mój brat... Przepraszam – psika. Sięgam po koc i narzucam mu na ramiona. Nagle znajduje się centymetry ode mnie. Czuję zapach jego skóry, który zupełnie mnie obezwładnia. Jego oczy zdają się jarzyć. Odgarniam miękkie włosy i dotykam delikatnego policzka. Chłopak mimowolnie przymyka powieki, gotowy na...
- Simon, co robisz?
- O wilku mowa – natychmiast unosi powieki i uśmiecha się do brata.
- Konkurs z całowaniem jest tylko dla dziewczyn! - ostrzega mnie,  pomagając Erykowi wstać i chowając go za swoimi plecami.
- Mówisz? To może wiersz dla niego napiszę... - wsuwam dłonie do kieszeni spodni, rozkoszując się sposobem w jaki się wścieka.
- Powiedziałeś mu?! Jak mogłeś?! To miał być nasz sekret! - beszta chłopaka.
- I jak było? Podobały się jej? - dopytuje brata.
- Tak – przyznaje zawstydzony. - Śmiała się, bo miejscami użyłem zbyt prostych rymów.
- Mówiłem ci, żebyś to zmienił.
- Oj cicho bądź! - ucina temat, wchodząc do budynku. - Idziemy spać. Dobranoc, Simon.
- Dobranoc.

***

Większość soboty spędzamy włócząc się po miasteczku, kupując pamiątki oraz robiąc setki zdjęć na deptaku. Mojej siostrze i jej przyjaciółkom udaje się zapoznać trochę nowych ludzi, którzy odwiedzą nas wieczorem. Chociaż pomagam im w przygotowaniach do przyjęcia, moje myśli wypełnia tylko jedna osoba – Eryk. Wczorajszej nocy prawie go pocałowałem! Gdyby nie szósty zmysł Alana, który zawsze znajduje się w niewłaściwym miejscu, to te kuszące usta byłyby moje. Najdziwniejsze jest to, że on też tego chciał. Dziś Alan nie odstępuje go na krok. Ciągle mi się przygląda, jakby czuł, że czekam na moment, aż zostaniemy sami. Niestety, nic na to nie wskazuje...
Moja siostrzyczka przechodzi samą siebie. Ozdabia cały ogród kolorowymi lampionami, które znajduje na strychu. Nie jestem w nastroju do zabawy, więc przez kilka godzin sączę piwo i obserwuję tańczące pary. Mając pewność, że tata oraz jego znajomi trzymają rękę na pulsie, oddalam się do swojego pokoju. Kładę się na łóżku i włączam telewizor. Głośna muzyka, dochodząca z ogrodu niweczy moje plany. Wyłączam plazmę i rzucam pilota na fotel. Jak to możliwe, by kilka sekund jego bliskości aż tak na mnie zadziałało? To przez te srebrne oczy? A może... Słyszę czyjeś kroki na korytarzu. Ostrożnie schodzę z łóżka i chowam się za drzwiami. Nieproszony gość nie trudzi się pukaniem. Od razu przekręca gałkę i wchodzi do środka, nie zważając na to, że w pokoju jest zupełnie ciemno. Zamyka za sobą drzwi, a nawet dodatkowo przekręca zamek. Robi się coraz ciekawiej... Dam życiową lekcję którejś z tych napalonych panienek.
Za cel wyznacza sobie łóżko. W połowie drogi ściąga buty i na palcach zakrada się coraz bliżej. Zachodzę ją od tyłu i popycham na materac.
- Puść! - szarpie się
- Eryk? - otwieram szeroko oczy ze zdziwienia. - Co tu robisz? - powinienem się cofnąć, lecz podoba mi się, że pode mną leży. Jego włosy rozrzucone są wokół głowy. Jeśli do tego dodamy szybko bijące serce oraz skórę pachnącą słońcem, trudno odmówić mu uroku.
- Pocałuj mnie – każe mi.
- Nie powinniśmy...
- To nie była prośba – zaciska drobne palce na mojej koszulce i przyciąga do siebie. - Całuj – żąda ze stanowczością, której się po nim nie spodziewałem. Nie mam innego wyjścia... Ulegam mu. Nie jestem delikatny. To śmiały, ognisty pocałunek, w który wkładam całe pożądanie i tęsknotę. Mam wrażenie, że od zawsze należymy do siebie, że to właśnie on jest tym brakującym elementem, który sprawił, iż poczułem wreszcie co znaczy być w pełni sobą i należeć do kogoś innego. Pozbawiam go tchu, wciskając mocno w pościel.
- Powiedz, żebym przestał, bo jeszcze chwilę i nie dam ci nigdy odejść... - dyszę mu do ucha. Jasnowłosy zmysłowo oblizuje usta, jakby nadal rozkoszował się naszym pocałunkiem. Leniwie unosi powieki i razi mnie srebrnym światłem. Ma nade mną władzę, choć nie zdaje sobie z tego zupełnie sprawy.
- Jeszcze... - unosi się nieco do góry i ponownie sięga do moich warg. Narzuca szaleńcze tempo, zakradając się rękoma pod moje ciuchy i zaczynając obrysowywać zarys mięśni na moim brzuchu.
- Nie – próbuję go powstrzymać, lecz on na wszystko ma swoją odpowiedź.
- Zdejmij to – rozkazuje mi, przygryzając lekko nabrzmiałą, dolną wargę.
- Wiesz co z tobą zrobię? Wiesz czego pragnę? - jeszcze nie jest za późno. Niech mnie odepchnie, bo inaczej...
- Kochaj się ze mną. Teraz! - siada na łóżku. Wygłodniałym wzrokiem obserwuję, jak pozbywa się swoich ubrań, które rzuca na podłogę. Jego skóra jest mlecznobiała i kusząca. Zwariuję, jeśli zabroni mi dotykania jej.
- Nie wiedziałem, że znasz znaczenie takiego słowa – śmieję się, łapiąc go za nadgarstki, gdy sięga do zapięcia swoich szortów. - Poczekaj. Sam chcę to zrobić.
- Więc przestań tyle gadać! Dotykaj mnie, pieść... - mruczy rozkosznie.
- Połóż się – opuszczam go na pościel, by rozkoszować się tym widokiem.
- Podobam ci się? - pyta, wpatrując się w moje oczy.
- Przecież wiesz, że tak.
- Pragniesz mnie?
- Nie musisz mnie bardziej podkręcać. Za chwilę sam się przekonasz, jak na mnie działasz.
- Za wolno... Robisz to za wolno... - przesuwa opuszkami po swoim nagim ciele. - Pocałuj mnie tutaj – wskazuje swoją szyję . Z niekłamaną przyjemnością spełniam jego zachciankę. - I tutaj – wodzi palcem niżej, kierując go do jasnoróżowego sutka.
- Tutaj też? - udaję zdziwionego, drażniąc go koniuszkiem języka. Gwałtownie wygina się do tyłu, nabierając łapczywie powietrza do płuc.
- Jeszcze... - jęczy, gdy zaczynam się nad nim znęcać. - Jeszcze...
- W innych miejscach też jesteś taki wrażliwy?
- Sprawdź - rzuca mi wyzwanie.
- Jesteś najseksowniejszym stworzeniem, jakie znam... Nigdy nie wyjdziemy z tego łóżka -  mój język zaczyna kreślić wzory na jego brzuchu.
- Właśnie na to liczę, Simon. Tylko się pośpiesz. Chcę cię mieć w sobie.
- Ja też tego chcę, ale najpierw... - niepewnie zerkam w jego kierunku, zsuwając z jego bioder ostatnią barierę. - Jesteś pewny, tak? - cały się spinam, czekając na jego odpowiedź. Eryk sięga po moją dłoń i nakierowuje ją na swojego członka. Moje palce zaciskają się na nim odruchowo. Cały drży, gdy zaczynam go dotykać.
- Masz jeszcze jakieś wątpliwości? - uśmiecha się figlarnie.
- Nie – spoglądam na jego rozgrzane ciało. - Nie dochodź.
- Dlaczego nie? - marszczy swoje jasne brwi z niezadowoleniem. Nie tego się spodziewał.
- Bo nie – schodzę z łóżka i zsuwam jeansowe spodenki z jego szczupłych nóg, po czym sam również się rozbieram.
- Simon... - ponagla mnie. - Proszę...
- Wytrzymaj jeszcze chwilę.
- Cierpliwość nie jest moją mocną stroną... - opada na poduszki. Rozsuwam mu nogi, by było mi wygodniej.
- Teraz już możesz – szepczę, wkładając sobie jego męskość do ust.
- O tak... - byłem pewny, że będzie chciał na mnie patrzeć, lecz on jedynie zatapia palce w moich włosach, abym znaleźć się głębiej. Dobrze wie, co sprawia mu przyjemność i nie boi się tego okazać. To miła niespodzianka... Bardzo miła. Wydawał się zamknięty w sobie i nieśmiały. A teraz dochodzi, spoglądając mi prosto w oczy.
- Tego chciałeś? - pytam, podgryzając wrażliwą skórę na jego podbrzuszu.
- Tak... I chcę jeszcze... - z trudem obraca się na brzuch. - Weź mnie.
- Eryku, może już wystarczy... - każda komórka mojego ciała o tym marzy, a wiem, że nie powinienem tego robić. Jest młody i niedoświadczony. Zrobię mu krzywdę...
- Na co czekasz? - unosi śmiało biodra.
- To będzie bolało...
- To już boli... Masz pojęcie jak się czuję, tam w środku? Odkąd cię zobaczyłem, marzyłem tylko o tej chwili. Cały płonę. Jeśli mi nie pomożesz, to...
- Dobrze, już dobrze... Rozumiem... Potrzebujemy... - rozglądam się po pokoju, szukając czegoś, co zniwelowałoby nieprzyjemne uczucie.
- Niczego nie potrzebujemy.
- Oszalałeś?! Nie wiesz...
- Wiem – przerywa mi. - Ten ból ma mi jutro przypominać o tej chwili, o tobie. Błagam cię, Simon. Przestań się wahać, bo się rozmyślę i poszukam kogoś innego.
- Innego? - ktoś inny miałby dotykać Eryka... - Nigdy! - wsuwam się w niego bardzo powoli.
- Mmm... Właśnie tak – mruży oczy, usatysfakcjonowany.
- Tylko nie mów mi więcej o innych.
- Jesteś zazdrosny?
- Bardzo – czuję, jak stara się rozluźnić, gdy wchodzę odrobinę głębiej. - Boli?
- Nie. A wracając do naszej rozmowy... Rano masz samolot, prawda?
- Nie wiem czy zdołam się z tobą rozstać.
- Odwiedzę cię... Ach... Teraz boli...
- Mam przestać?
- Nie! Jest dobrze – sapie. -  Będziesz tęsknić?
- Już za tobą tęsknię. Jeszcze chwilę i...
- Aaa...! - odwraca głowę, by poduszka stłumiła jego głośny krzyk.
- Przepraszam – pochylam się nad nim, by całować wzdłuż kręgosłupa. - Lepiej?
- Tak. Zacznij się ruszać.
- Jak sobie życzysz – choć zaciskam szczęki, trudno jest mi zachować tak powolne tępo. W jednym ma rację. Ma mnie czuć. Dziś, jutro, zawsze... To mogę być tylko ja. Nikt inny.
- Szybciej – pogania mnie, wychodząc naprzeciw moim pchnięciom. Moje dłonie wpijają się w szczupłe biodra chłopaka, którego jęki zlewają się z głośną muzyką, dochodzącą z ogrodu. Wiem, że jest blisko. Grzywka przykleja się do jego czoła, nogi dygoczą - Simon! - pozwalam mu dojść, by po chwili zrobić dokładnie to samo.

- Chcę jeszcze raz – wyrywa mnie z półsnu, mamrocząc w moją szyję, gdy leżymy wtuleni w siebie.
- Nie masz szans – śmieję się , ani myśląc, by się ruszyć. Jest mi zbyt dobrze.
- Dlaczego? - sugestywnie smyra mnie po brzuchu.
- Eryku... Zabierz rękę...
- Przecież dałem ci odpocząć, a teraz chcę jeszcze raz... Nie jesteś aż tak stary, by nie móc mnie zaspokoić kilkakrotnie.
- Powtórz to – grożę mu, wpijając się w rozchylone usta.
- Jeszcze...
- Zrobiłbym dla ciebie wszystko, ale o to mnie nie proś.
- Wszystko? - łapie mnie za słowo.
- Wszystko – potwierdzam, całując go po twarzy.
- Mogę z tobą zamieszkać?
- Możesz.
- Będziesz mi przynosił śniadanie do łóżka?
- Będę – ocieram się nosem o jego nos.
- Kupisz mi kota?
- Kota? - spoglądam na niego z góry, ponownie układając się między jego udami.
- Tak, kota.
- Jeśli to cię uszczęśliwi.
- I zawsze przy mnie będziesz?
- Zawsze.
- Simon...
- Wiem, ja ciebie też. Bardzo.

***

Moje Drogie Gąski,

Tęsknicie za Erykiem tam bardzo jak ja? :D
Wczoraj, zgodnie z planem, zacząłem pisać nowy rozdział Zdrajcy, ale... Tak się dziwnie złożyło, że napisałem tego shocika. Zainspirował mnie utwór Swimming Pools. Troye Sivan wymiata :)

Wasz Kitsune

wtorek, 28 marca 2017

mpreg 2

„Bezsenne Noce


- Czy Eli kontaktował się z panem w ostatnim czasie? - doktor Webb skupiony jest na przeglądaniu oraz podpisywaniu ugody, którą zawieram z kliniką.
- Od mojej asystentki wiem tylko tyle, że jest zapisany na wizytę kontrolną w przyszłym tygodniu – uśmiecha się lekko, podnosząc na mnie wzrok, po czym wraca do czytania.
- Byłbym wdzięczny, gdyby powiadamiał mnie pan o takich rzeczach. Chcę mieć udział we wszystkim, co dotyczy mojego dziecka.
- Waszego dziecka – poprawia mnie odruchowo. - No dobrze, wydaje mi się, że to już wszystko. Pański prawnik nie wniósł żadnych zastrzeżeń, więc wystarczy, że obaj panowie złożycie podpisy w wyznaczonym miejscu, a klinika przeleje pieniądze na odpowiednie konto – jest wdzięczny, że fatalna pomyłka nie ujrzy światła dziennego, co wyraził za pomocą szczodrej sumy.
- Dziękuję – odbieram od niego komplet dokumentacji i wkładam do swojej torby, która leży obok mnie na krześle.
- Jest pan pewien, że pan Bennett podpisze dokumenty? - Webb splata dłonie i podpiera brodę. Ulga na jego twarzy jest aż nazbyt czytelna. Palant. On umywa ręce, a ja muszę walczyć z rozkapryszonym osiemnastolatkiem, któremu zachciało się stroić fochy.
- Mam nadzieję. Uważam, że w obecnej sytuacji zapewnienie dziecku stabilizacji finansowej jest bardzo ważne.
- Mówi pan tak dlatego, że jest w lepszej sytuacji finansowej – zauważa, wbijając mi kolejną szpilę.
- To nie ma nic do rzeczy. Po prostu wolę mieć pewność, że w razie czego fundusz powierniczy zabezpieczy przyszłość syna, da mu dobrą edukację, pozwoli spełniać marzenia. A poza tym ma pan rację. Obawiam się, że młody i niedoświadczony życiowo Eli roztrwoni pieniądze na bzdury.
- W takim razie podjął pan słuszną decyzję, choć osobiście uważam, że traktuje go pan zbyt surowo. Inni na jego miejscu pozbyliby się niechcianego kłopotu, a pan Bennett nie chciał nawet słuchać o takiej możliwości. Jest młody, to fakt, lecz twardo stąpa po ziemi.
- Mówił panu dlaczego zdecydował się na testowanie leków? - poruszam najbardziej nurtujący mnie temat.
- Czynnikiem decydującym były pieniądze. Kwota nie była tak duża jak w wypadku ugody, lecz gdyby został zakwalifikowany do programu, to wzbogaciłby się o kilkanaście tysięcy dolarów.
- Mam nadzieję, że nie podał mu pan czegoś, co zaszkodzi dziecku.
- Mówiąc szczerze, to nic mu nie podałem. Zrobiliśmy tylko szczegółowe badania, by określić stan jego zdrowia. Ma pan sporo szczęścia. Chłopak jest młody, silny. Nie pije, nie pali. Jeśli odpowiednio o siebie zadba, ciąża powinna przebiec bez żadnych komplikacji.
- Na to liczę. W przeciwnym razie nie chciałbym być w jego skórze – odgrażam się, wstając ze swojego miejsca i sięgając po ciemnobrązową, sztruksową kurtkę, którą na siebie nakładam.
- Panie Ford, proszę nie być tak kategorycznym. Czy będąc na jego miejscu oddałby pan maleństwo zupełnie obcej osobie?
- Gdyby nie było moje, to tak.
- W połowie jest jego. Odziedziczy po nim cechy charakteru, wyglądu. Bardzo proszę, by pamiętał pan o tym i nie denerwował pana Bennetta. On potrzebuje wsparcia, a nie podkładania kolejnych kłód pod nogi.
- Właśnie dlatego powinien przystać na moje warunki – odpowiadam chłodno. Przez ostatnie dwa tygodnie nie odezwał się do mnie ani słowem. Cholerny uparciuch. Tak czy inaczej musi podpisać ugodę z kliniką. Nie pozwolę, by położył swoje brudne łapska na moich pieniądzach.

Spoglądam na zegarek. Dochodzi dziewiąta. Powinienem pojechać do fotografa i odebrać zdjęcia, które mieli dla mnie wywołać. Sporo czasu zajmie mi ułożenie ich w odpowiedni sposób, jednak najpierw muszę zająć się umową. Jeśli szybko się uwinę, zdążę jeszcze dostarczyć dokumenty do kancelarii. Wsiadam do swojego czarnego mercedesa maybach S600 i odpalam silnik. Pokonując kolejne przecznice zastanawiam się co mam mu powiedzieć, jak przekonać? Dzieciak jest nieprzewidywalny! Może mnie znowu zacząć oskarżać...
Tym razem parkuję tuż przed kamienicą. Zamykając za sobą drzwiczki dostrzegam, że z budynku wychodzi dwóch mężczyzn ubranych na czarno. Przypominają dilerów narkotyków. Wsiadają do samochodu pozbawionego tablic rejestracyjnych i odjeżdżają z piskiem opon. Urocza okolica... Na szczęście dla mnie zostawili otwarte drzwi, więc bez problemu wchodzę do środka. Na klatce schodowej panuje względny spokój. Gdy chcę zapukać do drzwi oznaczonych numerem jeden zauważam, że są uchylone. Lekko je popycham, zaglądając do środka. Panuje tu straszliwy bałagan. Po całym pokoju walają się porozrzucane płótna oraz farby. Stół i krzesła również są poprzewracane.
- Eli? - wołam pełen najgorszych obaw. Ponieważ nikt mi nie odpowiada, decyduję się przejść do sypialni. Drzwi od łazienki są zamknięte. - Eli, jesteś tam? - pukam.
- Za chwilę... Za chwilę przyjdę – odpowiada. Znowu wymiotuje?
Opuszczam tycią sypialnię, by jeszcze raz przyjrzeć się skutkom tornada, które przeszło przez drugie pomieszczenie. Część naczyń została pobita. Ich skorupy walają się po podłodze razem z pogniecionymi i powyrywanymi kartkami z albumów o sztuce.
- Cześć. Co tu robisz? - odwracam się gwałtownie, zaskoczony jak cicho udało mu się do mnie zakraść.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie. Czemu panuje tu taki burdel?! I jak ty wyglądasz?! - zwracam uwagę na jego potargane włosy, które upiął wysoko w kucyk. Zasłaniają mu prawą część twarzy,. Luźna koszula w czerwono-czarną kratę jest nieco poszarpana i naddarta przy ramieniu. Jeśli dodamy do tego przekrwione i nieco spuchnięte oczy, drżenie głosu oraz lekkie rozdygotanie, wygląda niczym siedem nieszczęść.
- Wiesz jak to jest z artystami. Potrzebuję zmian, a hormony szaleją – bagatelizuje problem. Nie wierzę mu. Nie patrzy mi w oczy.
- Jak dziecko? - zmieniam temat.
- Dobrze. Nic mu nie jest – z czułością dotyka brzucha, który nadal jest idealnie płaski. - Co prawda głównie wymiotuję, ale...
- To mnie nie obchodzi. Chcę wiedzieć, czy dbasz o mojego syna jak należy.
- Dbam. Po co przyszedłeś, Max? - przechodzi od razu do rzeczy, puszczając mimo uszu moją niezbyt miła uwagę.
- Chcę, abyś podpisał pewne dokumenty. Dotyczą ugody, którą zawieramy z kliniką. Całą kwotę przelejemy na fundusz powierniczy, który przejdzie do wyłącznej dyspozycji dziecka w chwili, gdy ukończy dwadzieścia jeden lat.
- Mogę najpierw przeczytać? - pyta.
- To kilkanaście stron. Wolałbym załatwić to jak najszybciej – irytuję się.
- Rozumiem, jednak nie podpiszę niczego w ciemno – odwraca wzrok, rozglądając się za krzesłem.
- Masz, czytaj sobie – wyjmuję z torby pokaźny plik dokumentów. - Pewnie połowy i tak nie zrozumiesz...
- Dużo tego – zaczyna przeglądać poszczególne kartki.
- Słuchaj, nie mam czasu na twoje gierki. Jeśli mi nie ufasz, możesz skonsultować się z doktorem Webbem.
- To nie gierki. Jestem po prostu ostrożny – tłumaczy się.
- W takim razie wrócę tu za dwa dni. Do tego czasu ogarnij ten bajzel – grożę mu palcem.
- Nie twoja sprawa jak mieszkam – rzuca gniewnie, nie odrywając wzroku od ugody.
- Do zobaczenia – wychodzę, trzaskając drzwiami.



Jeszcze tego samego dnia, leżąc w łóżku przed zaśnięciem, przywołuję z pamięci wszystkie szczegóły. Eli zachowywał się dziwnie. Dłonie mu drżały, gdy podawałem mu dokumenty do podpisania. Mdłości są częścią ciąży. Skoro wymiotuje od samego początku, powinien się do tego przyzwyczaić. Do tego ten bałagan... Co go opętało, by doprowadzić mieszkanie do takiego stanu?
Zniszczył obrazy, których nie ukończył. Szkoda. Podobały mi się. Było w nich coś melancholijnego, nieuchwytnego, co sprawiało, że patrzenie na same szkice sprawiało mi przyjemność. Eli wydawał się taki poukładany, porządny, a za chwilę pokazał swoją niszczycielską naturę. Artysta... Też mi coś. Ktoś powinien przełożyć go przez kolano i porządnie zlać ten chudy tyłek. Zrobiłbym to z niekłamaną przyjemnością. Może to by nim nieco wstrząsnęło.
Czemu trafiło akurat na mnie? Gdzie rodzice tego smarkacza? Myślał, że jest dorosły. Już ja mu dam szkołę życia! Tak go do siebie zniechęcę, że będzie żebrał o to, abym zabrał dziecko. Tylko poczekaj, draniu... Źle trafiłeś, bardzo źle.


Piątkowy poranek witam z uśmiechem na twarzy. Robię sobie ulubioną kawę i przeglądam fotografie, które porozkładałem na dużym stole w salonie. Mieszkam w pięknie odrestaurowanej, starej kamienicy. Panuje tu cisza i spokój, której bardzo potrzebuję w mojej pracy. Jestem pisarzem. Na rynku wydawniczym zadebiutowałem dziesięć lat temu, serią krótkich nowelek. Dopiero później przyszła pora na kryminały, w których się specjalizuję. Uwielbiam snuć intrygi, prowadzić czytelnika ciasnymi, słabo oświetlonymi uliczkami, w których czai się zło. Brutalne morderstwa. Krwawe dramaty. Zmasakrowane zwłoki, wyławiane przez przypadkowych świadków, których widok swojego „znaleziska” będzie prześladował jeszcze przez długie lata.
By książki były jak najbardziej autentyczne, często udaję się do wybranych przez siebie miejsc i fotografuję co się da. Przyglądam się ludziom. Sposobowi, w jaki się zachowują, mówią, ubierają. Robię notatki. Przechadzam się nocą po miejscach, w których jeden z moich bohaterów dokona wkrótce straszliwej rzezi, której opisy będą jeszcze długo komentowane w internecie.
Czytelnicy przyzwyczaili się już do mojego stylu i z każdym kolejnym tomem przygód Huntera Blacka – medium rozmawiającym ze zmarłymi, który stara się ich pomścić, spodziewają się mocnych wrażeń, a ja daję im to, czego chcą.
Nie wydaję książek pod moim nazwiskiem. Korzystam z pseudonimu. Mogę bez problemu wtopić się w tłum, nie zwracając przy tym niczyjej uwagi. Jednak najbardziej cenię sobie spokój mojego mieszkania. Jest mi on niezbędny do pracy. Pisanie pochłania mnie bez reszty. Długie godziny spędzam wpatrzony w ekran, niewzruszony niczym, co dzieje się na zewnątrz. Zahipnotyzowany. Oddany bez reszty mojej pasji, mojemu powołaniu...
Rozglądam się po salonie. Stoi tu wielki stół na dwanaście osób z ciemnego drewna oraz pasujący do niego oszklony kredens. Fotele, wielka sofa, miękki dywan, tłumiący kroki. Wszystko to utrzymane jest w tej samej kolorystyce.
Nalewam sobie kolejny kubek kawy i podchodzę do okna. Przesuwam białe firany i przez kilka minut obserwuję jak moi sąsiedzi poganiają roześmiane dzieciaki, które przed pracą odwiozą do szkół i przedszkoli. Niedługo ja również będę tak robić. Zamieszkam tu razem z synkiem, który wprowadzi prawdziwą rewolucję w moim dotychczasowym życiu. I kto wie, może nowa książka będzie tą ostatnią? Negocjuję właśnie kontrakt ze studiem filmowym. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli, nie będę musiał pracować aż tak intensywnie. Skupię się tylko i wyłącznie na dziecku. Nie popełnię tego samego błędu co moi rodzice. Syn, a nie kariera, będzie dla mnie najważniejszy. Jednak by moje marzenia się ziściły, trzeba pokonać ostatnią przeszkodę w postaci gówniarza, który śmie zakłócać ten perfekcyjny plan.
Ubieram się nieśpiesznie i kieruję do garażu. W samochodzie rozbrzmiewają pierwsze takty 9 symfonii Beethovena. Czuję, że to będzie mój dzień.
Przed budynkiem zauważam znajomo wyglądającego chłopca.
- Cześć, Billy – witam się z nim, wręczając mu opakowanie obiecanych cukierków.
- Pamiętał pan! - cieszy się, oglądając zdobycz ze wszystkich stron.
- Nie jesteś w szkole?
- Mam pięć lat i jeszcze nie chodzę do szkoły. Idziemy razem z mamą na zakupy. Będę jej pomagał – tłumaczy mi rezolutnie.
- Bawcie się dobrze – głaszczę go po ciemnych włosach i wchodzę do kamienicy, mijając się z młodą, ciemnoskórą kobietą, której towarzyszy dziewczynka, siedząca w wózku. To pewnie mama chłopca. Mam nadzieję, że nie będzie mi miała za złe tych cukierków.
Na korytarzu słychać czyiś podniesiony głos. Nie rozróżniam słów, które tłumione są przez odgłosy dochodzące z ulicy. Zaskoczony odkrywam, że rozmowa ma miejsce w mieszkaniu Eli. Byłem pewny, że nie miewa gości. Pukam, czekając na to, kto otworzy. Mija kilka długich sekund, nim jasnowłosy niechętnie uchyla drzwi.
- Max, to nie jest najlepszy moment – szepcze, nie chcąc mnie wpuścić.
- Śpieszy mi się, więc oddaj dokumenty i po sprawie – jestem nieustępliwy.
- Kto przyszedł?! Znowu zadajesz się z jakimiś podejrzanymi typami?! - ostry ton dobiega zza pleców chłopaka.
- Idź sobie, proszę. Później do ciebie zadzwonię – obraca się do tyłu, lecz tamten przesuwa go siłą i otwiera szeroko drzwi.
- Nie obchodzi mnie kim pan jest, ale chciałem poinformować, że z dniem dzisiejszym wyrzucam go z mieszkania, więc nie przychodźcie tu więcej!
- Nie wiem o czym pan mówi – mój wzrok przesuwa się z brutalnie potraktowanego wyrostka, na napastnika, który nie ma więcej niż czterdzieści pięć lat. Szczupły i wysoki. Jego włosy są mocno posiwiałe. Ma na sobie jasnoszarą koszulę oraz zielony bezrękawnik. W dodatku wrogo nastawiony. Nie podoba mi się, że szarpie tak szczeniakiem. Mógłby go niechcący przewrócić i zrobić krzywdę dziecku.
- Nie wie pan? A to dobre -  drwi ze mnie. - Tak czy inaczej wyrzucam go, słyszy pan?! Nie przychodźcie tu więcej! A ty – wskazuje palcem jasnowłosego – masz godzinę, by się stąd wynieść i nigdy więcej nie wracać!
- Panie Powers, bardzo pana proszę. Przecież nie zrobiłem nic złego! Nie może mnie pan wyrzucić! - skomle, zaskoczony takim obrotem sytuacji.
- Nie mogę?! To mój dom! Za godzinę ma cię tu nie być! Zostaw klucze na stole i znikaj!
- Zapłaciłem za czynsz do końca miesiąca!
- Guzik mnie to obchodzi. Pakuj się i wyjazd! Mieszkają tu sami uczciwi ludzie, a nie hołota! Chcemy żyć w spokoju! - krzyczy, przeklinając pod nosem i trzaskając tak mocno, że echo rozchodzi się po całym parterze.
Zagubiony Eli siada przy stole i układa głowę na blacie. Zbladł. Wyraźnie widzę jak ze sobą walczy, by wziąć się w garść.
- Niedobrze mi – wstaje niepewnie ze swojego miejsca. - Twoje dokumenty leżą na szafce – wskazuje mi szarą teczkę, oddalając się w kierunku łazienki. Wyjmuję kartki i sprawdzam. Są podpisane. Mógłbym stąd wyjść, bo dostałem to, po co przyszedłem, lecz z drugiej strony...
Odsuwam krzesło i siadam przy niewielkim stole. Mieszkanie zostało gruntownie uprzątnięte. Znowu wygląda schludnie, jak za pierwszym razem. Brakuje tylko płócien, o których przypomina subtelny zapach rozpuszczalnika. Nie ma go dłuższą chwilę. Gdy w końcu wyłania się z sypialni, przypomina ducha. Ma na sobie wyjątkowo brzydki i nieco wywleczony czarny sweter. Obejmuje się ściśle ramionami.
- Jeszcze tu jesteś? - dziwi się, dochodząc do sofy, na którą niezgrabnie opada.
- Kim był ten facet? - pytam, nie spuszczając z niego wzroku.
- To właściciel kamienicy. Właśnie mnie wyrzucił, jak sam widziałeś. Chwilę odpocznę i zacznę się pakować – podciąga kolana do klatki piersiowej. Mam wrażenie, że prawa strona jego twarzy, którą ostatnio próbował zakryć włosami, jest nieco opuchnięta. Ktoś go uderzył?
- I gdzie pójdziesz? - podchodzę bliżej, by spojrzeć na niego z góry.
- Nie wiem. Poszukam innego mieszkania. - Mnie nie oszuka. Jest w totalnej rozsypce. Łatwo mi będzie nim sterować i osiągnąć to, co chcę.
- Masz pieniądze?
- Oddałem samochód do komisu.
- Liczysz na to, że ktoś kupi takiego grata? Powinieneś go zezłomować. Ile może być warty? Sto, dwieście dolarów? - zgaduję.
- Dzięki za radę, Max. Podpisałem dokumenty. Zadzwonię do ciebie, gdy znajdę nowe mieszkanie, więc możesz już iść – nie patrzy mi w oczy, wypowiadając te słowa. Cała hardość ducha z niego uleciała. Wygląda na zmęczonego i przybitego. Nie zmiękczy mnie w tak żałosny sposób.
- Zamieszkaj ze mną – proponuję mu, wiedząc, że jest w podbramkowej sytuacji.
- To nie jest dobry pomysł – odpowiada.
- Lepszego nie masz. Nawet jeśli się spakujesz, to jak chcesz szukać mieszkania bez pieniędzy i samochodu? Gdzie chcesz iść? Do rodziców?
- Nie.
- Gdy byłem tu za pierwszym razem miałeś sporo gotówki. Co się z nią stało?
- Musiałem oddać dług.
- Dług? Kilka tysięcy?
- To nie twoja sprawa.
- Obawiam się, że teraz już moja. Nie pozwolę, by moje dziecko nocowało na ulicy, a wszystko jednoznacznie wskazuje, że tak właśnie będzie. Ty potrzebujesz mieszkania, a ja wspaniałomyślnie wynajmę ci pokój i wszyscy będą zadowoleni – decyduję.
- Wynajmiesz? - unosi wzrok.
- Chyba nie liczyłeś, że będziesz u mnie mieszkać za darmo, co? Aż tak dobrze nie ma. Mógłbym się zgodzić na takie rozwiązanie pod warunkiem, że oddasz mi dziecko.
- Nigdy!
- Więc będziesz płacić. Tysiąc dolarów.
- Aż tyle?! Nie stać mnie.
- Oddaj mi dziecko, to kupię ci mieszkanie.
- Nie oddam! Jak możesz proponować mi coś takiego? Jesteś bez serca! - awanturuje się.
- Bez serca? - drapię się po brodzie. - W takim razie za jedzenie też będziesz mi płacić. Może to nauczy cię większego szacunku.
- Nie wszystko można kupić. W twoim wieku powinieneś wiedzieć takie rzeczy – celowo mnie znieważa.
- A ty masz pracę, a zostałeś na przysłowiowym lodzie – wkładam ręce do kieszeni spodni i udaję, że patrzę w kierunku okna. - Sam widzisz, że w życiu nie zawsze układa się tak, jak planujemy.
- W galerii płacą mi tylko wtedy, gdy obrazy zostaną sprzedane, rok akademicki za chwilę się skończy, a z zajęć dorywczych musiałem zrezygnować. Było mi za ciężko.
- Nie obchodzi mnie to. Wybieraj. Jedziesz ze mną, czy śpisz na ulicy?
- Skąd mam mieć pewność, że nie zrobisz mi nic złego? Nie znam cię – to słuszny argument. Jak go przekonać? Jeśli będę zbyt napastliwy, przestraszy się. Muszę trochę spuścić z tonu, inaczej mi się wymknie.
- Złego? Tobie?  - zaczynam się śmiać. - Spójrz tylko na siebie... Nie nadajesz się nawet do pracy na ulicy, bo nikt by za ciebie nie zapłacił – szydzę z niego dość brutalnie. - I jeszcze jedno. Nie myśl, że pozwolę ci się wyprowadzić. Będziesz ze mną mieszkać do końca ciąży, a potem zobaczymy. Zrozumiano?
- Tak – szepcze pokonany.
- Ponoć ciąża wpływa na osąd sytuacji, ale ty jesteś w stanie podejmować racjonalne decyzje. To dobrze -  rozsiadam się wygodnie na kanapie. - No dalej, zbieraj swoje rzeczy. Nie będę marnować całego dnia na zajmowanie się twoimi problemami – poganiam go.
Ku mojemu zdziwieniu, chłopak wyjmuje spod łóżka ciemnoszarą walizkę, do której wkłada ubrania oraz przybory do malowania. Nie ma tego dużo. Zabiera także teczkę ze swoimi pracami oraz szkice, które wykonał. Po raz ostatni rozgląda się po mieszkaniu, jakby uczył się na pamięć wszystkich detali. Wzdycha cichutko, odkładając klucze we wskazanym przez najemcę miejscu i z podkulonym ogonem podąża za mną do samochodu.

sobota, 25 marca 2017

Rozdział XVI

„Zdrajca


- Pobawić?! - odwraca zarumienioną twarz.
- Patrz przed siebie – rozkazuję mu. - Zawsze podobał mi się ten widok. Wydaje się, że to zatoczka, prawda? Nic bardziej mylnego. To wyspa. Mieści się tutaj kilka domów. Wszyscy ludzie, którzy z nami płyną, to sąsiedzi lub pracownicy...
- Myślisz, że w obecnej sytuacji interesuje mnie kim oni są? Tylko nam przeszkadzają. Gdyby ich nie było, już dawno miałbym cię w sobie - przerywa mi, coraz bardziej zniecierpliwiony.
- Wolisz porozmawiać o czymś innym? - przebiegły uśmieszek wykrzywia mi usta. - Dobrze więc... Opowiedz mi, skarbie, jak bardzo jesteś podniecony?
- Nie o to mi chodziło. Kiedy będziemy na miejscu?
- Za pół godziny. Lubisz morze, romantyczny szum fal?
- Mam nadzieję, że jest zimne, bo za chwilę wypchnę cię za burtę!
- Nie irytuj się tak, mój słodki. Obiecałem, prawda?
- To za długo! Nie wytrzymam tyle!
- Wytrzymasz. Połóż dłonie na barierce. Chcę mieć pewność, że nie będziesz się dotykać – szepczę mu do ucha.
- Zapłacisz mi za to, zobaczysz... - syczy, rozwścieczony do granic wytrzymałości.
- Ręce Josh. Chcę je widzieć. - Chłopak bardzo mocno zaciska swoje szczupłe palce wokół metalowego relingu. Biedny, nie wie co go czeka... Przymykam oczy, ciesząc się morską bryzą, którą tak bardzo uwielbiam. Rześkie powietrze, krzyk mew...
- Bawi cię to, prawda? - chyba instynktownie wyczuł, że na chwilę zapomniałem o jego obecności.
- Co takiego, kochanie? - spoglądam na niego z czułością. Obserwując coraz wyraźniej widoczne domy sąsiadów, wyglądamy tak zwyczajnie. Typowa para zakochanych, sycąca oczy pięknym widokiem.
- Jesteś podły! - zaciska zęby, starając się ignorować moją obecność.
- Zimno ci? - pytam troskliwie, osłaniając go od wiatru. Ma na sobie ciemnogranatową, pikowaną kurtkę, lecz bez kaptura. Mam nadzieję, że się nie przeziębi.
- Nie, gorąco – zaczynam się na głos śmiać.
- To dobrze. Więc może podkręcimy nieco sytuację, masz ochotę? - przysuwam się bliżej, by móc swobodnie szeptać mu do ucha. - Pragniesz mnie?
 - Przecież wiesz, że tak – ton jego głosu zdradza, że zdążył się na mnie obrazić.
- Gdybym mógł, wziąłbym cię tu i teraz – zakładam dłuższe kosmyki jego włosów za ucho i całuję w skroń. Natychmiast się ode mnie odsuwa.
- Nie pogarszaj sprawy – ostrzega mnie.
- Mruczysz jak Cynamon, gdy nie pozwalam mu spać na łóżku.
- Tak? Żałuję, że nie mogę wyć z bezsilności.
- Osobiście wolę inny rodzaj mruczenia... Jesteś na mnie zły, a ja lubię, gdy mi się poddajesz.
- Poddaję?! - obraca głowę.
- Widzisz, właśnie o tym mówię. Patrz przed siebie. Cały czas. I trzymaj się poręczy.
- Zimno mi w ręce.
- Ojej, przepraszam – układam swoje dłonie na jego, by je osłonić. - Lepiej?
- Tak.
- Cieszę się. A teraz powiedz mi, co chciałbyś, abym zrobił?
- Nie rozumiem... - odchyla głowę, lecz od razu go powstrzymuję.
- Patrz na przystań, nie na mnie.
- Dlaczego?
- Taki kaprys z mojej strony. Więc?
- Chciałbym, abyśmy byli już na miejscu!
- Cierpliwości, kochanie. Niedługo będziemy. Zamknij oczy – proszę go. - Wyobraź to sobie. Mam to zrobić dłonią? A może wolisz ustami, hmm? Albo i tak, i tak...
- Tristan... - wyraźnie czuję, jak jego oddech przyspiesza.
- Powiedz mi... Gdzie mam cię dotknąć?
- Wszędzie... - wzdycha.
- Wszędzie? A dokładniej? Wolisz, abym cię rozebrał, czy sam chcesz to zrobić?
- Weź mnie... Teraz... O niczym nie marzę tak bardzo, jak o tym -  skomle cichutko.
- Jeszcze dwadzieścia minut.
- To pozwól mi chociaż... Nikt nie zauważy, jeśli...
- Nie! - ostro ucinam jego protesty. - Zachowujesz się jak rozkapryszone dziecko. Postaraj się nad sobą zapanować.
- Bo ja... Tak bardzo... - przygryza mocno dolną wargę.
- Gdy dojedziemy do domu, zajmę się tobą. Zobaczysz. A teraz odpręż się. Ciągle ze mną walczysz.
- Nie jestem dość uległy?
- Ty wcale nie jesteś uległy, mój piękny. Ale będziesz, zapewniam cię, że będziesz – całuję go w policzek. Tym razem mnie nie odpycha.
Przez ostatnie pięć minut rejsu skupiam się na rozmowie z bratem najbliższego sąsiada, który zdążył mnie zagadnąć. Jest już dobrze po sześćdziesiątce i uwielbia łowić ryby. Chwali się swoimi ostatnimi zdobyczami, pokazując mi zdjęcia na telefonie. Kątem oka obserwuję Josha, który celowo nas ignoruje. Jest bardzo spięty. Chowa dłonie w rękawach, czekając aż prom dopłynie do brzegu.
Choć zatoka, za którą ukryta jest wyspa, nie jest specjalnie wielka i wszędzie jest blisko, nalegam, by pan Corbin wsiadł razem z nami do samochodu. Podwozimy go aż pod same drzwi pięknej rezydencji. Zaprasza nas do siebie na szklaneczkę czegoś mocniejszego. Z przyjemnością skorzystam z jego zaproszenia. Nikt tak jak on nie potrafi snuć opowieści o piratach i zatopionych statkach pełnych skarbów. Przez ponad trzydzieści lat pływał po morzach i oceanach na całym świecie. Mógłbym go słuchać godzinami.
- Wpadnijcie do mnie jutro wieczorem – zachęca. - Przywiozłem beczkę świetnego wina. Takiego z pewnością nigdy nie piliście.
- Bardzo dziękujemy.
- Czekam o siódmej – klepie mnie po ramieniu.
- Do zobaczenia – macham mu na pożegnanie. - Jego brat wydaje się znacznie bardziej powściągliwy. Wykłada literaturę, dlatego rzadko bywa w domu.
- To fascynujące. Nie mogę się doczekać – chłopak nie odrywa oczu od okna.
- Nadal się na mnie gniewasz?
- Tak.
- Zupełnie niepotrzebnie. Widzisz, jesteśmy już na miejscu – wskazuję mu na dom z szarego kamienia.
- To tutaj? - otwiera szerzej oczy, chłonąc widok średniej wielkości rezydencji o wielkich oknach oraz wyłożonym kamieniami podjeździe. Kierowca taty otwiera nam drzwi i wyjmuje torbę z kotem.
- Zabierz go do kuchni i nakarm tuńczykiem, dobrze?
- Oczywiście, panie Wood – uśmiecha się do mnie. - Nie mają panowie innych bagaży? - wskazuje na niewielką torbę, którą wyjmuję z bagażnika.
- Nie. Przyjazd tutaj był dość spontaniczną decyzją, prawda skarbie?
- Tak – odpowiada automatycznie niebieskooki.
- Proszę zamknąć bramy i pilnować całego terenu. Nikt obcy nie ma tu prawa wstępu, nawet dostawcy. Moi ludzie przypłyną wieczornym promem. Poproś Ursulę, by przygotowała dla nich pokoje.
- Oczywiście, proszę pana. Czy coś jeszcze?
- Nie, to chyba wszystko. Zabieram narzeczonego na górę. Mieliśmy ciężką noc.
- Jak pan sobie życzy.
- Dom obejrzymy później, dobrze? - biorę Josha za rękę i prowadzę w kierunku schodów. - Cokolwiek o nim sądzisz, powiedz mamie, że ci się podoba. Będzie zachwycona.
- Czemu miałoby być inaczej? To istny pałac.
- Raczej muzeum. Właśnie dlatego nigdy wcześniej tu nie byłeś. Jestem zdecydowanie za młody, by robić za jeden z eksponatów – otwieram ostatnie drzwi na końcu długiego korytarza. - Proszę – puszczam go przodem i rzucam torbę na podłogę. Nie daję mu szansy, aby mógł się rozejrzeć. Przekręcam zamek i wpijam się w słodkie usta. Josh zaplata ramiona wokół mojej szyi, przyciągając mnie bliżej. Sięgam do zamka i rozpinam jego kurtkę, rzucając ją pośpiesznie na podłogę.
- Tristan...
- Chodź – ciągnę go w kierunku wielkiego łóżka. - Najpierw cię rozbierzemy – pomagam mu wdrapać się na samą górę, lecz on znowu mnie nie słucha. Klęka na pościeli i śmiało sięga do moich ust.
- Nie wytrzymam ani chwili dłużej!
- Chcę cię mieć nagiego – naiwnie wierzy w moje słowa i pozwala mi kontynuować. Bardzo uważam, by nie dotykać jego skóry. Już na promie postanowiłem, że muszę mu dać nauczkę. To wymarzona okazja. - Jesteś taki piękny – przyglądam mu się z uznaniem, spoglądając na niego z góry. - Zrobisz coś dla mnie, jeśli ładnie poproszę? - przymilam się.
- Zrobię wszystko co zechcesz.
- Wszystko?
- Tak... Tylko... - w jego oczach dostrzegam głód, który można zaspokoić tylko w jeden sposób.
- Połóż się na plecach.
- Dlaczego ty się nie rozbierasz? - pyta, przeszywając mnie swoim spojrzeniem. Siadam obok niego i przesuwam kciukiem po jego dolnej wardze.
- Wszystko, czego zechcę, tak? - upewniam się.
- Tak, przecież wiesz...
- Chcę, żebyś zaczął się dotykać.
- Co?! Obiecałeś, że...! - przytrzymuję go, gdy próbuje wstać.
- Chcę na ciebie patrzeć. Zrobisz to dla mnie, skarbie? - przez kilka sekund rozważa moje słowa, jednak wiem, że jest zbyt podniecony, aby oponować. - Weź go do ręki, Josh, ale nie zaciskaj zbyt mocno palców. Masz być delikatny, tak jak to ja bym robił.
- Torturujesz mnie...
- Powolutku. Bez pośpiechu.
- Tristan...
- Wyglądasz niesamowicie. Jesteś blisko, prawda?
- Tak! Proszę, tak bardzo chcę już dojść! Proszę!
- Ja też chcę, abyś doszedł. Nie przyspieszaj. Tak jest dobrze.
- Ach! Błagam cię... Dłużej tego nie wytrzymam! - wije się na pościeli.
- Wytrzymasz. Patrz na mnie. Masz się ocierać o swoje opuszki.
- Już nie mogę! Pozwól mi, błagam pozwól mi!
- Czego pragniesz? Tego? - otaczam jego dłoń swoją. Głośno krzyczy, wypychając biodra do przodu. - Śmiało, pokaż mi jak dochodzisz – zabieram rękę. Chłopak perfekcyjnie wywiązuje się ze swojego zadania. Jestem z niego bardzo zadowolony.
- Nie! - chce mnie powstrzymać, gdy zaczynam oblizywać jego palce.
- Jesteś bardzo zaborczy. Nie wolno mi rozkoszować się swoją nagrodą? - mój język pieści wnętrze jego dłoni. - Chcesz spróbować? - całuję go namiętnie, zanim zdąży odpowiedzieć.
- Co ty ze mną robisz? - pyta na wpół przytomny.
- To, co chcę. Było ci dobrze?
- Znacznie lepiej, niż dobrze. Jeszcze nigdy nie... - brakuje mu słów.
- Cierpiałeś, lecz musisz przyznać, że było warto, prawda?
- Jesteś niesamowity – uśmiecha się sennie.
- Teraz odpoczniesz – okrywam jego nagie ciało prześcieradłem. - Jesteś zmęczony.
- Ale obiecałeś, że...
- Będziemy kontynuować, gdy się obudzisz. Dobrze wiem, że to ci nie wystarczy.
- A co z tobą? Mieliśmy się kochać.
- Na razie nie możemy. Bolałoby znacznie bardziej niż ostatnim razem.
- Nie obchodzi mnie to.
- Ale mnie tak. Jesteś moim skarbem. Muszę się o ciebie odpowiednio zatroszczyć – głaszczę go po włosach, czekając aż zaśnie.
- Nie odchodź... - walczy z zamykającymi się powiekami.
- Śpij, ukochany.

piątek, 24 marca 2017

mpreg 1

„Bezsenne Noce



Pragnę być ojcem. Mieć dziecko. Najlepiej syna. Nauczyć go tych wszystkich rzeczy, których nauczył mnie mój ojciec. Przez ostatnie dziewięć lat robiłem co mogłem. Spotykałem się z różnymi kobietami, lecz dla żadnej z nich rodzina nie oznaczała tyle, co dla mnie. Doszedłem do momentu, w którym nie ma już odwrotu. Czas płynie. Mam już trzydzieści dwa lata. Nie mogę dłużej czekać!
- Chce mi pan powiedzieć, że nie mam praw do własnego dziecka?!
- Panie Ford, sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest doprawdy bardzo delikatna. Radziłbym zachować spokój i jasność umysłu.
- Spokój? Jasność? Czy pan się słyszy, do jasnej cholery?! - wybucham, waląc pięścią w stół. - Mówimy przecież o moim dziecku! Moim synu!
- Nie wiemy jeszcze, czy to będzie syn. Równie dobrze może się urodzić córka – mężczyzna uśmiecha się do mnie dobrotliwie. Za chwilę zetrę mu ten uśmieszek z twarzy gołymi pięściami!
- Wszystko mi jedno co się urodzi! Zawarliśmy umowę! Miał pan znaleźć osobę, która odda mi dziecko, a po porodzie zrzeknie się wszystkich praw i co?!
- Panie Ford... Bardzo pana proszę. Nasza rozmowa powinna mieć charakter prywatny, prawda? To, co panu zaproponowałem nie jest zgodne z prawem – dodaje znacznie ciszej.
- A ja panu zapłaciłem i to sporo, więc nie rozumiem w czym tkwi problem – syczę przez zaciśnięte zęby.
- Proszę tego nie traktować jako problem, lecz przejściowe kłopoty, które z pewnością pokonamy. Po porodzie będzie pan mógł wystąpić do sądu o przeprowadzenie testów DNA. Na tej podstawie sąd wyznaczy panu widzenia.
- To nie to samo, co przejęcie praw rodzicielskich!
- W obecnej sytuacji mamy związane ręce.
- Nieważne. Może pieniądze naprawią pańskie niedopatrzenie. Kiedy poznam kobietę, która nosi mojego syna? - odprężam się na samą myśl, że każdego można kupić. To tylko i wyłącznie kwestia ceny...
- Właśnie dlatego nalegałem, abyśmy odbyli rozmowę w cztery oczy. Jak już wcześniej wspominałem, w klinice doszło do haniebnej pomyłki. Ze swojej strony dołożymy wszelkich starań, by taka sytuacja nie miała miejsca w przyszłości.
- Do rzeczy, doktorze. Kiedy ją poznam? - opieram dłonie na drewnianych poręczach fotela i wpatruję się w sprawcę całego zamieszania. Jeszcze nie tak dawno temu obiecywał mi, że wszystko pójdzie jak z płatka, a dzisiaj... Moje palce boleśnie wbijają się w twardą, lakierowaną powierzchnię. Jestem tak wkurzony, że roztrzaskałbym ją w drobny mak, lecz muszę się hamować. - No więc? - popędzam go. Lekarz przeciera błyszczące czoło papierową chusteczka, którą wyciągnął z lewej kieszeni fartucha.
- Powiem wprost – nabiera głęboko powietrza. - Pańskie nasienie nie zostało wszczepione kobiecie, a mężczyźnie.
- Co?! - zrywam się z miejsca i łapię go za koszulę, którą zaczynam intensywnie szarpać.
- Panie Ford, proszę mnie puścić! - domaga się, choć ja ani myślę, by to zrobić.
- Powtórz to, doktorku – nalegam, wznawiając swój atak.
- On za chwilę tu będzie, dlatego... - naszą kłótnię przerywa pukanie.
- Cokolwiek się stanie, proszę się opanować. Ta sytuacja dla nikogo z nas nie jest prosta. Proszę pamiętać, że naskakując na tego chłopaka, może się pan przyczynić do poronienia. Chyba nie chce pan zabić własnego dziecka, prawda? - gorączkowo poprawia swoje ubrania i zakłada okulary w drucianych ramkach, po czym podchodzi do drzwi i przekręca zamek. - Proszę wejść.
- Dziękuję – odpowiada mu cichy, ledwo słyszalny głos.
- No dobrze, jesteśmy już w komplecie. Proszę usiąść, panie Bennett – lekarz odsuwa mu krzesło, by mógł zająć miejsce obok mnie. To ma być on? On nosi mojego syna? To chyba jakiś żart... Sam wygląda jak dziecko. Ma włosy o złocistym odcieniu, zaczesane i upięte nisko na karku. Jest niewysoki. Do tego bardzo szczupły i blady jak fartuch doktora Webba. - To Maxwell Ford, dawca nasienia, a to...
- Nie obchodzi mnie to, kim jest ten człowiek! Mówiłem panu setki razy, doktorze. Dziecko jest moje!
- Kwestie prawne są już panu dobrze znane – zaczyna ostrożnie, zajmując swój fotel na wprost nas.
- Owszem. Dużo czytałem na ten temat. Obojętne kto jest dawcą nasienia. To ja urodzę to dziecko, więc należy do mnie - jego wojowniczy ton oraz determinacja sprawiają, że zmieniam zdanie. Wydawał mi się słaby i przestraszony, ale pozory mylą.
- Ile? - rzucam szybko, nie bawiąc się w dalsze konwenanse.
- Słucham? - po raz pierwszy zaszczyca mnie swoim hardym spojrzeniem.
- Ile chcesz za dziecko? Zapłacę i po sprawie.
- Nie sprzedam panu mojego dziecka! To nie jest rzecz, którą może kupić.
- Tak się składa, smarkaczu, że zapłaciłem już temu oto doktorkowi, więc nie utrudniaj, bo pożałujesz! - grożę mu. Widzę strach w jego oczach. Na jego miejscu też bym go czuł.
- Spokojnie... Tylko spokojnie... - doktor stara się zapanować nad sytuacją. - Spróbujmy wypracować jakiś kompromis.
- Na to już za późno! Chcę swojego dziecka! - krzyczę. - Niech ten szczeniak podpisze co trzeba, tak jak się wcześniej umawialiśmy!
- Ten szczeniak niczego nie będzie podpisywać, a jeśli chce pan dziecka, to proszę je sobie samemu urodzić, bo mojego pan nie dostanie. Do widzenia! - zrywa się z miejsca i próbuje wyjść.
- Nie tak szybko! - łapię go za ramię i ciągnę z powrotem. Mój gest chyba nieco go zaskoczył, bo traci równowagę. W ostatniej chwili udaje mi się go złapać, bo upadłby na podłogę.
- Nic panu nie jest?! - lekarz podbiega do jasnowłosego i zaczyna sprawdzać jego puls.
- Zakręciło mi się w głowie – odpowiada mu słabym głosem.
- Proszę otworzyć okno – instruuje mnie, po czum pomaga mu wygodniej się oprzeć. - Lepiej? - pyta zatroskany.
- Tak, dziękuję – robi się jeszcze bardziej blady na twarzy. Zakłada za ucho dłuższe pasma swojej grzywki, odsłaniając oczy w kształcie migdałów.
- Proszę chwilę posiedzieć, a następnie udamy się do gabinetu obok i zrobimy kilka badań. Z tego co widzę ciąża już daje się panu we znaki, prawda? - klepie go po drobnej dłoni.
- Poradzę sobie...
- Bierze pan witaminy i pamięta o prawidłowym odżywianiu oraz odpoczynku?
- Tak.
- Ma pan nudności?
- Cały czas.
- Mimo tych niedogodności, chyba chce pan zobaczyć dziecko, prawda? - kusi go.
- Tak. Bardzo chcę.
- W takim razie zapraszam. Zrobimy USG – pomaga mu wstać. Przez kilka sekund sprawdza, czy da radę utrzymać się na własnych nogach. - Przyjechał pan z jakąś osobą towarzyszącą, z kimś z rodziny? Mam poprosić kogoś do środka? - mężczyzna otwiera białe drzwi, łączące oba gabinety i gestem zachęca go, by wszedł.
- Nie – pada natychmiastowa odpowiedź.
- Pomogę panu zdjąć sweter. Proszę także położyć się na leżance i podciągnąć bluzkę.
- Co pan robi? Proszę stąd wyjść! - nie podoba mu się moja obecność.
- Przecież to moje dziecko! - warczę, siadając obok lekarza. - Nie dam się stąd wyrzucić!
- Panie Bennett, proszę okazać odrobinę zrozumienia. Dla pana Forda ta sytuacja również nie jest łatwa. Chce być obecny w życiu dziecka już od samego początku. Więc jak, możemy zaczynać?
- Tak – chłopak nie jest zadowolony. Nie oponuje, gdy lekarz odsłania idealnie płaski brzuch.
- Czy mi się wydaje, czy schudł pan od poprzedniej wizyty?
- Dziecko nie ma ochoty na jedzenie. Chce tylko spać.
- Ciąża u każdego objawia się indywidualnie. Te niedogodności wkrótce miną i zacznie pan przybierać na wadze. Proszę uzbroić się w cierpliwość.
- Mam nadzieję – jego oczy od samego początku utkwione są w monitorze.
- Żel jest nieco chłodny – informuje lekarz.
- Nie szkodzi. Chcę zobaczyć dziecko – ekscytacja bierze nad nami górę. Wstrzymuję oddech, nie wiedząc na co powinienem się nastawić.
- Jest jeszcze bardzo malutkie – Webb wskazuje niewielką plamkę – lecz już się rusza. Tu ma główkę, a tu... - po twarzy chłopaka spływają łzy, które bezwiednie ściera dłonią. Płacze? Też mi coś...
- Chciałbym zdjęcie – wtrącam się do rozmowy.
- Oczywiście. Za chwilę je dla pana wydrukuję. Macie panowie jakieś pytania?
- Nie – odpowiadamy równocześnie.
- W takim razie proszę umówić kolejną wizytę z moją asystentką.
- Doktorze, nie wiem czy stać mnie na prywatną klinikę – no i wreszcie dochodzimy do tematu pieniędzy, na co od samego początku czekałem.
- Tym proszę się nie martwić. Pokryjemy koszty w ramach zadośćuczynienia – uśmiecha się do niego. - W razie gdyby źle się pan czuł, proszę do mnie od razu zadzwonić lub poprosić kogoś z rodziny, by pana przywiózł. Dam też panu rozpiskę czego i kiedy można się spodziewać, chociaż w sytuacji, gdy ktoś tak młody jak pan spodziewa się dziecka, lekarz ma niewiele do powiedzenia. Rodzina i znajomi z pewnością udzielą wszelkich rad.
- Młody? To ile on ma lat? - dziwię się ostatniej uwadze doktora.
- Osiemnaście. Zgłosił się do kliniki, bo szukaliśmy chętnych do testowania nowego leku. Do teraz zachodzę w głowę jak to się stało, że...
- Nieważne. Przepraszam, ale muszę już iść. Śpieszę się do pracy – chłopak podnosi się z leżanki i zaczyna ścierać z brzucha resztki żelu.
- Pracujesz w ciąży?! To zabronione! Możesz zaszkodzić dziecku!
- To nie pańska sprawa! - odcina mi się. - Zadzwonię w sprawie kolejnej wizyty. Do widzenia – znika równie szybko, jak się pojawił.

Minęło pięć dni odkąd po raz pierwszy widziałem mojego syna oraz inkubator, który go dla mnie przechowuje. Z racji tego, że doktor Webb chce załatwić sprawę polubownie i bez zbędnego rozgłosu, zgodził się ujawnić mi pewne informacje. Dziecko przebywa pod opieką osiemnastoletniego dzieciaka, którego zacząłem śledzić. Obserwacje okazały się bardzo owocne. Dzięki temu wiem, że jest on związany z galerią Impression, która specjalizuje się w sprzedaży reprodukcji olejnych płócien wielkich mistrzów. Nie jest to jednak jego jedyne zajęcie. Trudno stwierdzić co i gdzie robi, bo jest w ciągłym ruchu. Mieszka w niewielkim mieszkanku, które wynajmuje na przedmieściach. Ma białego i nieco sfatygowanego volkswagena new beetle. Wolałbym, by miał większy i bezpieczniejszy samochód. Pewnie nie ma nawet poduszki powietrznej...
Lekarz wspominał także o tym, że chciał brać udział w jakichś eksperymentach medycznych, testować leki za pieniądze. Chyba kompletnie mu odbiło! Jeśli zaszkodzi dziecku, własnoręcznie go uduszę!
Z galerii jedzie na uniwersytet, gdzie spędza kilka godzin, aż do późnego wieczoru. Ciekawe co tam robi? Przecież nie studiuje. Leń i obibok. Nie chce mu się uczyć, skoro znalazł już pracę. Typowe zachowanie młodzieży w jego wieku. Na szczęście zabrałem ze sobą komputer. Czekanie na niego w pobliskiej kawiarni aż tak mi się nie dłuży.
Jest już dobrze po dwudziestej, gdy pojawia się na parkingu. Jego białe auto należy do nielicznych, zaparkowanych tam pojazdów. Większość studentów i pracowników już dawno wróciła do domu. Taszczy ze sobą kilka książek, które odkłada na siedzenie po stronie pasażera. Gdy on się pakuje, ja pośpiesznie płacę rachunek i wsiadam do swojego samochodu, gotowy by za nim jechać.
Kieruje się do swojego mieszkania. Parkuje blisko wejścia do starej, czteropiętrowej, zbudowanej z czerwonej cegły, kamienicy. Nie podoba mi się ta okolica. Kręci się tu dużo podejrzanych typów.
Mija pięć, dziesięć minut, lecz chłopak nie wysiada. Zgasił silnik, a popsuta latarnia sprawia, że nic więcej nie widzę. Uderzam palcami w kierownicę, czekając, czekając... Co się dzieje? Czemu tyle to trwa?
Po ponad dwudziestu minutach otwieram drzwi i przechodzę przez jezdnię. Klnąc pod nosem zaglądam do środka. Jasnowłosy beztrosko sobie śpi.
- Hej – pukam w szybę. Nie reaguje. Tylko tego mi brakowało do szczęścia... Otwieram drzwi i dotykam jego ramienia. Jedyny efekt, jaki osiągam to to, że mocniej oplata ręce wokół brzucha. Wygląda na skonanego. Wyjmuję kluczyki ze stacyjki. Oprócz niewielkiego breloczka w kształcie czarnego kota, przypięte ma tam klucze oraz plastikową plakietkę z numerem 1. Ostrożnie biorę go na ręce i kieruję się w stronę budynku. Czeka tu na mnie kolejna niespodzianka. Cyfrowy domofon. Nie mam kodu.
- Musi pan przesunąć – informuje mnie dzieciak, który pojawia się znikąd.
- Przesunąć?
- O tak – wyjmuje swoje klucze i przykłada do podświetlanego panelu identyczny plastik z numerem siedem. - Eli źle się czuje? - zagaduje mnie.
- Eli?
- Powiedział mojej mamie, że będzie miał dzidziusia. Mama powiedziała, że w jego wieku to zdecydowanie za wcześnie, a potem powiedziała...
- Dobra, rozumiem – irytuję się. - Mały, możesz zamknąć jego samochód?
- Jasne – odbiera ode mnie klucze i biegnie wykonać zadanie.
- Dzięki. Następnym razem przywiozę ci czekoladę. Może być?
- Wolałbym cukierki. Takie, które barwią język na niebiesko.
- Nie ma sprawy. Otworzysz drzwi od jego mieszkania?
- A kiedy przyjedzie pan po raz drugi? - wpatruje się we mnie uważnie, przystępując z nogi na nogę.
- Nie wiem. Pewnie niedługo. Eli mieszka sam? - korzystam z okazji, by czegoś się od niego dowiedzieć.
- Tak. Maluje obrazy. Mama pozwala mi go czasami odwiedzać. Bawimy się wtedy jego farbami.
- Ach tak? - rzucam od niechcenia czekając aż zamek ustąpi. - Dzięki za pomoc – wchodzę do środka.
- Tylko proszę pamiętać o cukierkach. Mieszkam na samej górze i mam na imię Billy.
- Będę pamiętał Billy, obiecuję.
- Do widzenia – macha mi na pożegnanie, wspinając się po schodach.
Wchodzę do ciemnego mieszkania, gdzie staram się namierzyć kontakt. Jedyne co widzę, to zarys sofy, na której kładę śpiącego. Udaje mi się także włączyć światło. Pokój jest niewielki i połączony z aneksem kuchennym. W rogu stoi regał, na którym leży trochę książek. Jest też prostokątny, drewniany stół i dwa krzesła. Przy oknie rozłożone są sztalugi i cała masa płócien. W pomieszczeniu unosi się dziwny zapach. Podejrzewam, że to rozpuszczalnik, którym czyści pędzle. Te rzeczy muszą stąd zniknąć.
Po drugiej stronie znajdują się drugie drzwi, prowadzące do mikroskopijnej sypialni. Jest chyba przerobiona z dawnej garderoby, bo nie wydaje mi się, aby ktoś celowo zaprojektował tak niewielkie pomieszczenie. Łóżko również jest małe. Dalej jest łazienka i metalowy wieszak, na którym znajduje się trochę ubrań. Na szczęście tutaj zapach farb jest niewyczuwalny. Ponownie biorę jasnowłosego na ręce i układam go na posłaniu. Nawet nie drgnął. Nie mam pojęcia, czy źle się poczuł, czy jest zmęczony, więc postanawiam poczekać aż się obudzi.
Z początku siadam na sofie i rozglądam się po pomieszczeniu. W życiu nie widziałem tak malutkiego mieszkania. Najbardziej jednak kuszą mnie obrazy, które poustawiane są w rogu. Przez chwilę nasłuchuję, czy właściciel nie przyłapie mnie na gorącym uczynku, po czym ruszam odkrywać nieznane.
Niektóre płótna są nieskończone. Na innych znajdują się tylko delikatne szkice. Jedno trzeba mu przyznać – nieźle maluje. Wszystkie obrazy przedstawiają pejzaże. Na stole porozkładane są różnego rodzaju albumy. Więc tym się zajmuje? Kopiuje dzieła sztuki?
Podnoszę jedną z książek i porównuję zdjęcia z nieukończonym dziełem. „Plaża w Pourville” Moneta. Podobieństwo jest uderzające. Jeśli go dokończy, sam chętnie bym go kupił. Bije od niego spokój. Kojarzy się z samotnym spacerem o poranku, podczas którego... O czym ja myślę?! Chyba kompletnie mi odbiło! Powinienem się skupić na dziecku. Mój syn jest priorytetem. Trzeba sprawdzić co jest w lodówce i czy w mieszkaniu nie ma jakichś podejrzanych rzeczy. Tym powinienem się zajęć!
Skarciwszy samego siebie, przechodzę do niewielkiej kuchni, na którą składają się kuchenka elektryczna i dwie białe szafki. Jedna stojąca, a druga wisząca Zaczynam od tej wiszącej. Nic w niej nie ma, poza kilkoma talerzykami i kubkami oraz puszką z herbatą. A kawa? Jak można nie mieć kawy w domu? Dziwak.
W tej drugiej również prawie nic nie ma. Paczka makaronu, ryż, sos w słoiku. Na blacie stoi metalowy koszyczek z jabłkami i bananami oraz paczka herbatników. Czy on w ogóle coś je?
Otwieram lodówkę, w której znajduję jedynie duże opakowanie soku jabłkowego, chleb tostowy oraz słoik dżemu. Albo nie zrobił zakupów, albo chce paść z głodu. Tak czy inaczej to kolejny temat do rozmowy.
Przechodzę dalej, do regału. Wszystkie książki dotyczą malarstwa i zostały wypożyczone z biblioteki akademickiej. Widzę, że mocno się przykłada do swojej pracy. Są też książki o ciąży i wychowywaniu dzieci. Jest lepiej przygotowany niż ja. Dzięki zakładkom wiem, że niektóre zdążył już przeczytać. Cwaniak. To i tak niczego nie. Nie oddam mu syna!
Moją uwagę przyciąga biała koperta z nazwą galerii, w której pracuje. Zaglądam do wnętrza. Spora suma pieniędzy. Pewnie kilka tysięcy. Muszą mu nieźle płacić. Dobrze wiedzieć, że ma z czego żyć.
Sięgam po jego szkicownik. Spodziewałem się jakichś rysunków, lecz nic w nim nie ma. Same czyste kartki.
Podchodzę do stołu, by przekopać stos papierów. Rachunki, reklamy, jakieś świstki z galerii, dotyczące wielkości zamówionych obrazów. Jest także kalendarz. Nie powinienem go czytać, w środku mogą znajdować się jakieś osobiste zapiski, jednak z drugiej strony... Im więcej będę o nim wiedział, tym lepiej. Może trafię na jakiś kompromitujący go szczegół, dzięki któremu zgodzi się oddać mi dziecko?
Staranny charakter pisma szczelnie pokrywa wszystkie kartki. Jak na tak młodą osobę, bardzo dużo pracuje. W niektóre weekendy dorabiał w restauracji. Ma także pracę na uczelni, zamówienia z galerii, pracę w sklepie, zastępstwo w księgarni, w hotelu, w klubie fitness...
Na końcu kalendarza znajduję dziwną kolumnę, w której zapisano daty oraz spore sumy pieniędzy. Pierwsza kwota to aż dziesięć tysięcy dolarów. Od tamtej chwili minął ponad rok. Może na coś zbiera? Co robi z tymi pieniędzmi?
Chciałbym przejrzeć jego telefon. Zabieram więc klucze i idę do samochodu. Przynoszę jego torbę oraz książki, które wypożyczył z uczelnianej biblioteki. Niestety, ekran jest zablokowany, a ja nie znam hasła. No trudno. Sprawdzę go innym razem.
Gdy nie mam już nic do roboty, czuję się senny. Układam się więc na miękkiej sofie i zasypiam.

- Proszę, daj mi coś zjeść... Cokolwiek... - otwieram oczy słysząc cichy głos. Przez chwilę czuje się zdezorientowany i nie wiem, gdzie jestem. Eli stoi odwrócony do mnie tyłem i nalewa soku do szklanki. - Jeszcze nawet nie wypiłem, a już jest mi niedobrze... - narzeka.
- Z kim rozmawiasz? - pytam go. Chyba nie był świadomy mojej obecności, bo podskakuje jak oparzony, a szklanka wypada mu z ręki i roztrzaskuje się na drobne kawałki.
- Co... Co pan tu robi?! - pyta, chwytając się za serce.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć. Zasnąłeś w samochodzie. Nie byłem pewny, czy z dzieckiem wszystko w porządku, więc postanowiłem poczekać aż się obudzisz, by...
- Śledził mnie pan?! - jest wyraźnie oburzony.
- To nie jest tak jak myślisz. Chciałem tylko...
- Nie wiem co pan chciał, ale proszę stąd natychmiast wyjść!
- Nie sądzisz, że musimy porozmawiać? - przeczesuję potargane od snu włosy palcami.
- Nie mamy o czym. Nie oddam panu dziecka. Jest moje!
- Nie, nie jest – spokój nas uratuje, choć czuję, że ten jasnowłosy krasnal zaczyna mi silnie działać na nerwy. - Jestem ojcem i mam prawo do...
- Do niczego nie ma pan prawa! A teraz proszę wyjść! - jego oczy groźnie lśnią. Przyglądam mu się uważnie przez chwilę. Przespał tyle godzin, a wcale nie wygląda lepiej. Ma podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Powinien więcej odpoczywać, a nie włóczyć się nie wiadomo gdzie.
- Posłuchaj, uważam, że powinniśmy coś zjeść i porozmawiać. Pójdziesz ze mną na śniadanie? Mam wielką ochotę na jajecznicę z ... - nie udaje mi się dokończyć zdania, bo chłopak wybiega w stronę łazienki. Zemdliło go, bo wspomniałem o śniadaniu? Wrażliwiec się znalazł...
Postanawiam posprzątać bałagan, którego narobił, bo nie chcę, by przypadkowo nadepnął na szkło. Gdy kuchnia znowu wygląda tak jak przedtem, siadam na sofie i kartkuję jeden z albumów Moneta. Po chwili podchodzę do lodówki i nalewam mu drugą szklankę soku. Otwieram drzwi od sypialni. Leży zwinięty na łóżku.
- Proszę, napij się - niechętnie obraca się w moją stronę. Jest blady i ma czerwone oczy. - Wyglądasz koszmarnie – komentuję jego stan.
- Niech pan już idzie. Chcę zostać sam.
- Nie będziesz pić?
- Nie. I jeść też nie będę. Dziecko nie jest głodne.
- To minie, prędzej czy później – staram się go jakoś pocieszyć, lecz z marnym skutkiem.
- Wiem, a teraz proszę już iść.
- Słuchaj Eli, żaden z nas tego nie chciał, ale powinniśmy się jakoś dogadać. Mogę ci pomóc. Jesteś jeszcze młody. Całe życie przed tobą. Urodzisz dziecko, a ja się nim zajmę. Otoczę opieką i...
- Nie oddam panu mojego dziecka! - krzyczy.
- Nie jest twoje, a moje! I przestań mówić do mnie „pan”! Przez to, że sam masz jeszcze mleko pod nosem, czuję się bardziej staro!
- Bo jest pan stary – rzuca kąśliwie.
- Jeszcze słowo, a... - nabieram gwałtownie powietrza, by jakoś się uspokoić. - Jestem Maxwell Ford, ale możesz mi mówić Max. Nie „pan”, jasne?
- Jak słońce – mruczy.
- Skoro ani ty, ani ja nie zamierzamy ustąpić, trzeba się jakoś dogadać. Chcę mieć swój udział we wszystkim, co dotyczy mojego syna.
- Sąd wyznaczy panu wizyty.
- Nie o tym mówię! Chcę przy nim być już teraz! Dbać i mieć pewność, że rozwija się prawidłowo.
- Dziecku nic nie jest. Ma wszystko, czego potrzebuje.
- Wiem, że się starasz, ale...
- Nie oddam go panu!
- Jaki ty jesteś uparty!
- Ja? Uparty? A co pan powie o sobie? Śledzi mnie pan, nachodzi, denerwuje... Jeśli tak ma wyglądać ta pańska troska i pomoc, to ja bardzo dziękuję.
- Wyjaśnijmy coś sobie. Nie troszczę się o ciebie, a o dziecko! Gdybym mógł, to wydarłbym je z ciebie, ale skoro los tak chciał, to będziesz się musiał pogodzić z moją obecnością w swoim marnym życiu, bo jak nie, to...
- To co? - za późno zdałem sobie sprawę, że chłopak jest roztrzęsiony. W kącikach jego oczu lśnią łzy, które zaczynają spływać po policzkach.
- Będziesz tylko płakać?
- Proszę, niech pan już sobie idzie – łka, chowając twarz w dłoniach.
Opieram się o ścianę i patrzę na niego przez kilkanaście minut. Choć bardzo się stara, nie potrafi nad sobą zapanować. W końcu idzie do łazienki, gdzie przemywa twarz zimną wodą.
- Proszę na mnie poczekać w drugim pokoju. Za chwilę przyjdę – szepcze, wypychając mnie za drzwi. Siadam na sofie i cierpliwie czekam. Muszę bardziej uważać na słowa! Taka sytuacja nie może się więcej powtórzyć. Stres może się negatywnie odbić na moim synku, a tego bym nie zniósł.
Eli w końcu postanawia do mnie dołączyć. Przysuwa sobie krzesło i podciąga kolana do klatki piersiowej.
- Farby olejne mogą szkodzić dziecku. Wiesz o tym?
- Tak. Proszę się nie martwić. Przestałem ich używać.
- Skoro nie będziesz malował obrazów, to z czego będziesz żyć?
- A kto powiedział, że nie będę? Dostałem zamówienia na grafiki oraz akwarele. Poradzę sobie.
- Mam nadzieję. Druga sprawą są pieniądze. Jeśli czegoś potrzebujesz, to powiedz.
- Dziękuję, niczego od pana nie chcę.
- Mówiłem, abyś mówił mi Max, prawda?
- Niczego od ciebie nie chcę, Max – powtarza ostatnie zdanie.
- A ja wprost przeciwnie. Chcę razem z tobą chodzić na wizyty do lekarza.
- To wykluczone!
- Mam do tego prawo! - wstaję i zaczynam spacerować po niewielkim pomieszczeniu. - A poza tym chcę twój numer telefonu. Zadzwonisz do mnie, gdyby z dzieckiem działo się coś niepokojącego. Proszę, to moja wizytówka – wyciągam z portfela niewielki kartonik i podaję, lecz nie chce jej ode mnie wziąć. Zirytowany, kładę ją na stół. - Muszę wyjechać na dwa, może trzy tygodnie, więc zobaczymy się dopiero w przyszłym miesiącu. Co jakiś czas będę do ciebie dzwonić i pytać o dziecko, a ty mi będziesz o wszystkim opowiadać. To chyba sprawiedliwy układ.
- Dlaczego mam tracić na ciebie swój cenny czas? Włamujesz się do mojego mieszkania, obrażasz mnie i rozkazujesz, a po wszystkim liczysz na to, że będę ci zdawać relacje? Chyba śnisz! Zabraniam ci dzwonić do siebie pod jakimkolwiek pretekstem. Jeśli z dzieckiem będzie coś nie tak, lekarz da ci znać, ale na mnie nie licz! I nigdy więcej tu nie przychodź, Max! - wypowiada moje imię z prawdziwą pogardą. - A teraz zabieraj swoją wizytówkę i zamknij za sobą drzwi, bo jak nie, to wystąpię do sądu. Powiem, że mnie nękasz i zastraszasz. Odbiorą ci prawa rodzicielskie i nigdy nie zobaczysz swojego dziecka. Czy wyrażam się jasno?
Źle oceniłem sytuację, a przede wszystkim źle oceniłem małego Eli. Wydawał mi się zagubiony i życiowo niezaradny, a tymczasem potrafi się ostro postawić.
- To jeszcze nie koniec! Będziemy w kontakcie – rzucam oschle na pożegnanie.

czwartek, 23 marca 2017

Rozdział XV

„Zdrajca


- Tristan! Zobacz, bawi się ze mną! - zaaferowany Josh próbuje sprowokować Cynamona, który łaskawie zainteresował się jedną z zabawek.
- Świetnie, kochanie – nerwowo spaceruję po salonie, próbując dodzwonić się do Rona, który ignoruje mnie od kilku godzin.
- Cynamon... Łap! - niebieskooki rzuca mu pluszową myszkę. Kot, jak na złość, przypomina sobie o niedawnym rozstaniu i majestatycznym krokiem oddala się w kierunku sypialni, ignorując swojego pana. - Jaka szkoda... - zawiedziony chłopak zbiera porozrzucane zabawki do niewielkiego, wiklinowego koszyka i odstawia na stoliku.
- Następnym razem będzie lepiej – pocieszam go.
- Ron nadal nie odbiera? - odgaduje moje myśli.
- Nie. Jest wrednym, upartym...
- Miałeś go przeprosić, a nie kolejny raz obrażać – wypomina mi.
- Wiem, skarbie – siadam obok niego na dywanie i odkładam telefon. Przyciągam go blisko siebie, by znalazł się na moich kolanach. - Chyba będę musiał pojechać do firmy – dodaję po chwili, obejmując go ramionami.
- Zabierzesz mnie ze sobą? - pyta z nadzieją w głosie.
- Nie.
- Dlaczego nie? Proszę, zabierz mnie. Ciągle siedzę w domu. Nie będę ci przeszkadzać...
- Nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo. To dla twojego dobra, rozumiesz?
- Tak - niby mi przytakuje, ale widzę, że ta sytuacja powoli zaczyna mu ciążyć. Na jego miejscu ja również chciałbym zaznać odrobinę wolności.
- Przywiozę ci jakiś prezent. Co być chciał?
- Mam tu wszystko, czego potrzebuję – wtula się we mnie, uśmiechając.
- Mogę ci dać co tylko zechcesz. Wystarczy, że powiesz mi co to jest – zachęcam go.
- Chcę, żebyś szybko wrócił – szepcze w moją koszulę.
- Obiecuję – całuję go w usta, nie umiejąc odmówić sobie tej drobnej przyjemności. - Zjesz obiad i deser, dobrze? I będziesz odpoczywać – nakazuję mu.
- Wolę spać z tobą. O niczym wtedy nie śnię.
- A ja wprost przeciwnie – dotykam jego policzka. - Chcesz wiedzieć co ostatnio mi się śniło? - moje wymowne spojrzenie mówi mu więcej niż tysiąc słów.
- Tristan, przestań! - syczy cicho. - Rose jest w kuchni! - rumieni się, próbując uwolnić z moich objęć.
- Sam zacząłeś. Nic na to nie poradzę, że potrafię myśleć tylko o tobie. Nie mogę się doczekać aż znowu będziemy się kochać. Najchętniej zrobiłbym to tutaj. Zerwał z ciebie ubrania i...
- Tristan! - wyrywa mi się.
- Chcę w ciebie wejść. Sprawić, abyś doszedł najpierw za pomocą moich ust, a potem...
- Dość! - podnosi głos, chroniąc się po drugiej stronie pokoju.
- Coś się stało? - zaalarmowana Rose sprawdza co robimy.
- Josh jest głodny – uśmiecham się złośliwie, wstając i sięgając po swoją marynarkę.
- To świetnie się składa. Właśnie ugotowałam gulasz. Masz ochotę, skarbeczku? - oczy kobiety rozbłyskują szczęściem za każdym razem, gdy mówi o jedzeniu.
- Tristan tylko żartował. Przecież niedawno jadłem śniadanie – broni się.
- Nie szkodzi. Po prostu skosztujesz i powiesz mi czy dobre. Chodź ze mną – pojmała go w swoje sidła i ciągnie do kuchni, jakby był jej ofiarą. Ciemnowłosy zwęża groźnie oczy, rzucając mi wyzwanie. Nie mogę się doczekać, mój piękny. Gdyby nie to, że jesteś obolały po naszej kąpieli, nawet obecność Rose nie byłaby w stanie mnie powstrzymać.
- Wychodzę. Bądźcie grzeczni – macham im na pożegnanie widząc, jak Meksykanka podtyka mu jedzenie. W identyczny sposób traktuje swoje wnuki. Uroczy widok. Dzięki jej nadgorliwości szybko dojdzie do siebie.

Przez większość popołudnia oraz wieczoru staram się zlokalizować Rona, który zapadł się pod ziemię. Nie ma go w firmie. Nie ma w domu. Abby również nie wie gdzie jest, lecz to akurat zupełnie mnie nie dziwi. Około dwudziestej, gdy razem z Haroldem mamy już dość błądzenia po mieście, mój wspólnik sam do mnie dzwoni.
- Gdzie jesteś? - odzywa się do słuchawki, przekrzykując towarzyszące mu osoby.
- Jak to gdzie? Dzwoniłem chyba...
- Nieważne! Stary, masz pojęcie kogo dziś spotkałem?! Szykuj się, bo nie uwierzysz! Żonę tego faceta, który kazał projektantce wszystko obszyć żółtym futrem, pamiętasz ich?
- Pamiętam – to było jedno z naszych pierwszych zleceń. Zarobiliśmy całkiem sporo, choć trudno nam było rozróżnić, czy klient traktuje nas poważnie, czy tylko żartuje. - Co u niego słychać?
- On i ta śpiewająca aktoreczka nadal są razem. Chcą, abyśmy przyjęli od nich kolejne zlecenie. Zgodziłem się, bo zapłacą podwójnie za twoją ekspresową robotę. Super, nie?
- Ron... To bardzo dobra wiadomość – szukam słów, którymi chciałbym go przeprosić. - Jeśli chodzi o dzisiaj, to...
- Daj spokój, było minęło. Ja też powiedziałem trochę za dużo, więc zapomnijmy o tym, ok?
- Jasne – przystaję na jego propozycję.
- Tristan, możesz podjechać do klubu? Mam ze sobą wszystkie niezbędne dane.
- Do klubu? A czemu nie do firmy?
- Tak się złożyło, że ja i Daisy...
- Nie! Ron, przecież ona ma męża, a ty żonę! Poza tym to nasz klient! Zapomniałeś?!
- Nie zapomniałem. To jednorazowa przygoda. Ja będę się relaksował, a ty wykonasz rysunki, ok?
- A co z zasadą, że nie łączymy interesów z przyjemnościami?
- Tym razem nie ma racji bytu. Przyjedziesz?
- Tak, będę za piętnaście minut – dodaję bez entuzjazmu. - Gdzie dokładnie jesteś?
- W Mirror. Wstąp na chwilę na górę. Takich widoków już dawno nie widziałeś. Pełno lasek, a lustra...
- Dzięki, ale chyba odpuszczę.
- Ani się waż! Jej mąż też tu jest. Zapowiada się szalona zabawa!
- Ron... - aż zabrakło mi słów, by to skomentować. Mimo to nie mam wyjścia. Każę się zawieźć na miejsce, w którym głośna muzyka oraz wirujące światła uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Spoceni ludzie kołyszą się na parkiecie, popijając mocne drinki. Dziwne, jeszcze jakiś czas temu czułbym się tu jak ryba w wodzie, a teraz nie marzę o niczym innym jak powrót do domu i przytulenie się do mojego ukochanego. Tymczasem zmuszam się, by spędzić w ich towarzystwie aż kilka bezcennych godzin, podczas których pijemy i omawiamy szczegóły. Tym razem motywem przewodnim ma być skóra pytona oraz perły. Aż strach się bać...

Gdy wracam do domu jest już dobrze po pierwszej. W mieszkaniu panuje idealna cisza. Rose pewnie już dawno wróciła do siebie. Otwieram drzwi do mojej sypialni. Na środku łóżka znajduję kota, który cicho mruczy na mój widok.
- Wybacz, książę. Nie chciałem cię budzić – wycofuję się w kierunku łazienki. Muszę się szybko umyć. Nie chcę, by Josh wyczuł zapach damskich perfum oraz papierosów, którymi zdążyłem przesiąknąć. Wścieknie się, gdy poczuje ode mnie alkohol. Ze względu na ojca pijaka sam nigdy nie pił i bał się, gdy ja to robiłem. Może ten jeden raz mi wybaczy...
Zakradam się do jego sypialni i wślizguję pod kołdrę. Obejmuję ramieniem szczupłe ciało, które tak idealnie przylega do mojego.
- Wróciłeś... - mamrocze sennie, przesuwając się w moją stronę.
- Tyle razy prosiłem, byś nie kładł się przy samym brzegu, prawda?
- Piłeś?
- Ron zdobył kolejne zlecenie. To była wyjątkowa sytuacja - przyglądam mu się uważnie, bo siada na łóżku i zapala nocną lampkę.
- Idź spać do siebie – wygania mnie.
- Nie chcesz się do mnie przytulić?
- Nie, kiedy śmierdzisz wódką.
- Nie gniewaj się – próbuję go udobruchać, ale szybko mi ucieka.
- Prześpię się na kanapie w salonie – decyduje, zostawiając mnie samego.
- Poczekaj! Przecież wiesz, że nie jestem jak twój ojciec. Nie skrzywdzę cię... - niestety, zbyt późno zdaję sobie sprawę z sensu słów, które wypowiedziałem.
- Co ma z tym wspólnego mój ojciec? - mierzy mnie lodowatym spojrzeniem, dyskretnie obserwując drzwi. Nie pamięta go, a wciąż się boi...
- Nic, skarbie. Nie słuchaj mnie. Wracaj do łóżka. Pójdę spać do siebie.
- Tristan, znowu to robisz! Nie mówisz mi całej prawdy!
- Ale ja nic nie wiem – bronię się.
- Nie wiesz? Przed chwilą odniosłem inne wrażenie.
- Sam nie wiem co mówię. Proszę, połóż się – wstaję pośpiesznie, by zrobić mu miejsce. - Rano porozmawiamy, dobrze?
- Rano zasłonisz się tym, że niczego nie pamiętasz – układa ręce na biodrach i spogląda na mnie kpiąco. Cholera! Przejrzał mój plan.
- Josh... Proszę, nie męcz mnie. Jestem skonany. Obiecuję, że rano wszystko ci opowiem.
- Mam nadzieję...
- Dobranoc, skarbie – uśmiecham się przepraszająco i zamykam za sobą drzwi. Było blisko...
Ledwo udaje mi się wywalczyć nieco miejsca na łóżku i zasnąć, budzi mnie dźwięk telefonu.
- Panie Wood! Mamy poważny problem! - ktoś krzyczy do słuchawki.
- Jaki znowu problem? - pytam, pocierając oczy i licząc na to, że natręt szybko zrezygnuje z dalszego zadręczania mnie mało istotnymi sprawami.
- Zostaliśmy zaatakowani. Napastnik przedarł się przez bramę. Zabił jednego ze strażników i postrzelił Randiego. Wezwaliśmy karetkę. Proszę nie opuszczać mieszkania.
- Co?! Jak to przedarł się?! - natychmiast trzeźwieję.
- Odwrócił uwagę naszych ludzi i podłożył niewielki ładunek wybuchowy. Gdy poszli sprawdzić co się dzieje, sforsował bramę i zaczął do nich strzelać. Policja za chwilę tu będzie. Wezwaliśmy także dodatkowych ludzi z agencji. Zabezpieczyliśmy teren, ale dobrze by było, gdyby przeniósł się pan razem z narzeczonym do innej lokalizacji, zanim...
- Złapaliście go?
- Uciekł, gdy udzielaliśmy pierwszej pomocy.
- Wezwij Harolda i każ mu zadzwonić na lotnisko oraz podstawić mój samochód. Nie zostaniemy tu ani chwili dłużej! - decyduję, zrywając się z łóżka.
- Tak jest.
- Jak się czuje Randy?
- Jego stan jest poważny. Miejmy nadzieję, że z tego wyjdzie.
- Świetnie! Po prostu świetnie! - krzyczę. - Tak czy inaczej, nie zamierzam zostawać tu ani minuty dłużej!
- Powinien pan poczekać do przyjazdu policji.
- Na nic nie zamierzam czekać! I jeszcze jedno. Jeśli którykolwiek z was wspomni Joshowi choćby słowem o tym wszystkim, to...
- Jak pan sobie życzy – mężczyzna rozłącza się, nie czekając aż dokończę zdanie.
Biegnę do szafy i nakładam na siebie pierwsze lepsze rzeczy, które wpadną mi w ręce. Zabieram także torbę i udaję się do pracowni, by spakować projekty i komputer. Po salonie kręcą się już ochroniarze.
- Wyjmijcie z szafy torbę dla kota. Sam do niej wejdzie – instruuję ich, by nie tracić więcej czasu.
Pozostaje najgorsze...
- Josh, skarbie... Obudź się – głaszczę go po głowie, siadając obok na łóżku.
- Nie chcę – odpowiada, chowając się pod kołdrą.
- Wiem, że nie chcesz, ale wyjeżdżamy. Teraz. - Idę do garderoby po jego ubrania.
- Tristan... Nadal jesteś pijany. Idź spać – układa się na drugim boku i ani myśli wstawać.
- Samolot na nas czeka. Jeśli się nie ubierzesz, pojedziesz w piżamie. Wstawaj! - rzucam na łóżko bluzę i spodnie.
- Jesteś nienormalny... - Widzę, że jest na mnie zły, ale w tej chwili mało mnie to obchodzi. Jego bezpieczeństwo jest priorytetem.
Podczas podróży na lotnisko towarzyszy nam dwóch ludzi. Inni jadą za nami samochodem.
- Rano pojedziesz do Rona po resztę dokumentów. Potrzebujemy także nowego samochodu. Gdy wszystko załatwisz, przyjedziecie do nas, dobrze?
- Wolałbym pojechać z panem – Harold nie jest przekonany do wyjazdu, ale skoro strzeżone osiedle nie jest bezpieczne, to żadne miejsce nie jest.
- Samolot będzie do twojej dyspozycji. Zatrudnij więcej ludzi. Żadnych amatorów z agencji. Każ Tannerowi zająć się tylko i wyłącznie sprawami śledztwa. Ochrona nie jest ich mocną stroną. Widzimy się jutro.
- Szczęśliwej podróży, panie Wood – mężczyzna ściska mi dłoń na pożegnanie i wycofuje się w kierunku samochodu.
Wchodzimy na pokład mojego samolotu, który często pokazujemy klientom. Sadzam Josha w fotelu i zapinam mu pasy. Nadal się do mnie nie odzywa. Jest nieco zdezorientowany, lecz rano zmieni zdanie.
- Śpij, jeśli chcesz. Za dwie godziny będziemy na miejscu.
- Gdzie jedziemy? I dlaczego w środku nocy?
- To niespodzianka – uśmiecham się, czule dotykając jego policzka. Odwraca głowę w stronę okna, ignorując ten gest. No trudno. Tym razem pozwolę mu podąsać się przez chwilę. Na szczęście szybko zasypia, co znacznie ułatwia sprawę. Dzięki temu mogę porozmawiać z detektywem Chengiem oraz uprzedzić rodziców, że zamierzamy pomieszkać w ich domu. Muszę to także powiedzieć Ronowi. Nie będzie zadowolony.
Posiadłość rodziców to idealne miejsce na naszą kryjówkę. Ze względu na swoje nietypowe położenie, dostać się tu można jedynie promem, który kursuje zaledwie dwa razy dziennie. Jeśli ochrona bacznie prześledzi wszystkich podróżujących, złapanie intruza nie powinno przysporzyć im trudności. Ojciec ma również swoje lądowisko dla helikopterów, lecz mój samolot jest za duży. Spoglądam na zegarek. Idealnie o czasie.
Biorę moją torbę, a kota wręczam ochroniarzowi. Zaspany Josh podąża za nami, rozglądając się po okolicy. Nic nie mówi, gdy wchodzimy na pokład i odbijamy od brzegu.
- Nie jest ci zimno? - zagaduję go, gdy chowa dłonie do kieszeni kurtki.
- Gdzie jesteśmy?
- Mówiłem ci, że to niespodzianka – przyciągam go bliżej siebie, by osłonił twarz przed silniejszymi podmuchami porannego wiatru, który nie jest zbyt przyjemny.
- Jesteś mi winny znacznie więcej wyjaśnień – odpowiada.
- Wiem. Podoba ci się tutaj? - zwracam jego uwagę na piękny widok.
- Tak.
- Jedziemy do domu moich rodziców. Mama ma piękny, różany ogród. Weźmiemy tam ślub.
- Ach tak? - spogląda w kierunku niewielkiej przystani.
- Nie jesteś przekonany, wiem, lecz gdy zobaczysz ogród, to...
- Nie jestem idiotą. Dobrze wiem, że coś ukrywasz. Robisz to tylko po to, by zamknąć mnie w... - przerywam mu całując namiętnie. Moja dłoń zakrada się pod jego kurtkę. Zimnymi palcami zaczynam muskać jego rozgrzane ciało. Próbuje mnie powstrzymać, lecz bezskutecznie. Jest tak szczupły, że spodnie, które na sobie ma, opadły mu luźno na biodra Zaczynam drażnić wrażliwą skórę na jego podbrzuszu.
- Jeszcze jedno słowo, a dojdziesz na oczach tych wszystkich ludzi... - dyskretnie wskazuję na naszą ochronę oraz sąsiadów.
- Nie zrobisz tego! - szarpie się.
- Zrobię. Zrobię też wiele innych, znacznie bardziej gorszących cię rzeczy, jeśli nie będziesz mi posłuszny. A teraz – spoglądam na niego surowo - skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, pocałuj mnie – pochylam się, by dosięgnąć miękkich ust, które tak chętnie dla mnie rozchyla. - Widzisz, potrafisz być taki słodki, gdy się postarasz – mruczę w jego włosy.
- Nie miałem innego wyjścia...
- Miałeś. Uległeś mi, bo lubisz, gdy cię dotykam. W domu czeka na nas wielkie łóżko, na którym cię położę i osobiście rozbiorę. A potem będę całować. Wszędzie.
- Nie chcę!
- Chcesz... - warczę przeciągle, unosząc do góry jego brodę. - Nawet nie wiesz jak bardzo mnie chcesz.
- Najpierw porozmawiamy – licytuje się. Nie jest już tak pewny siebie. Pożądanie robi swoje. Jego oczy ciemnieją. Splatam mocno ręce na jego plecach i zaczynam podgryzać płatek ucha, jednocześnie kusząco się o niego ocierając.
- Powiedz mi, podnieca cię to chociaż trochę? - szepczę.
- Przestań, bo...
- Nie przestanę. Wprost przeciwnie – śmieję się złośliwie. - Chcę, abyś był gotowy, wyobrażał sobie te wszystkie rzeczy, które za kilkanaście minut będę z tobą robił...
- To za długo... - nabiera gwałtowniej powietrza.
- Zachowuj się. Przecież wiesz, że nie jesteśmy tu sami – przypominam mu.
- Jesteś podły... - skarży się, chowając zarumienioną twarz.
- A ty twardy – obracam go tyłem do siebie. Wiatr rozwiewa jego kruczoczarne włosy. Czuję jak nogi lekko mu drżą.
- Tristan... Błagam cię, przestań... - żebrze o litość, której nie mam ochoty mu okazać.
- Prom dopłynie do przystani za piętnaście minut. Kolejne piętnaście zajmie nam jazda samochodem.
- Nie wytrzymam tyle... - jęczy cichutko.
- Wytrzymasz. Dojdziesz dopiero wtedy, gdy ci na to pozwolę. A ja mam wielką ochotę jeszcze się pobawić...

środa, 22 marca 2017

Przeczytasz mój mpreg?


Moje Drogie Gąski :)

Powinienem się więcej uczyć... Wszyscy to wiedzą, ale... Co powiecie na nowe opowiadanie? :D Byłby to romans (bo jakżeby inaczej :D), w którym jeden z bohaterów spodziewałby się dziecka. Wiem, że to szalone, ale mam ochotę spróbować. Pytanie brzmi - czy Wy macie ochotę coś takiego przeczytać?
Nie będzie to opowiadanie o omegach i alfach, a typowy mpreg (czyli facet w ciąży lub męska ciąża - w zależności od tłumaczenia). Na chwilę obecną nie mam pojęcia jak będzie się nazywało (jakieś propozycje?).
Nowe opowiadanie nie oznacza, że porzucę Zdrajcę. Nie oznacza również, że przesunie się termin innych opowiadań. Po prostu czasami mam ochotę na coś innego, a sami wiecie, że one-shoty w moim wykonaniu są nierealne. Nie umiem pisać mało, za to pomysłów mam miliony. Rozdziały pojawiałyby się nieregularnie (raz w tygodniu lub rzadziej, w zależności od tego ile będę miał wolnego czasu). Planuję 10-15 rozdziałów, nie więcej. Dajcie znać co sądzicie. Pisać? Nie pisać? Nie będę wstawiać ankiety, więc byłbym wdzięczy na komentarz w tej sprawie :) Jeśli przeważą opinie pozytywne, pierwszy rozdział wrzucę jeszcze w tym tygodniu.

Wasz Kitsune

niedziela, 19 marca 2017

Rozdział XIV

„Zdrajca


- Dzień dobry – uśmiecham się do Josha, który siedzi na łóżku i rozgląda się po mojej sypialni. Wygląda tak rozkosznie. Ma potargane włosy i nieco spuchnięte wargi. - Jak się spało?
- Chyba dobrze. Która godzina?
- Piąta.
- Piąta... - powtarza po mnie z niedowierzaniem. - Dlaczego nie śpisz? Jeszcze wcześnie.
- Przez ciebie – siadam na wprost niego i spoglądam mu prosto w oczy.
- Obudziłem cię? Przepraszam.
- Tego też nie pamiętasz, prawda? - w moim głosie słychać nutkę rozczarowania.
- Nie rozumiem o czym mówisz.
- Nie szkodzi. Przypomnę ci. Chodź – wstaję i wyciągam ręce w jego stronę.
- Wyrzucasz mnie z łóżka? Dlaczego? - okrywa się szczelniej pomiętym prześcieradłem.
- Nie wyrzucam cię, głuptasie – zaczynam się śmiać. - Nalałem już wody do wanny. Pora na kąpiel.
- Czytasz mi w myślach? Skąd wiedziałeś? - cieszy się.
- Mówiłem ci już, wszystko o tobie wiem – podchodzę bliżej, by wziąć go na ręce.
- Sam mogę iść.
- Problem polega na tym, że nie możesz – pewnie obejmuję go ramionami i zanoszę do łazienki, gdzie stawiam obok wanny i uwalniam z prześcieradła. - Uważaj! - podtrzymuję go w pasie, gdy chwieje się na nogach.
- Co mi jest?
- Nic. To minie. Kąpiel dobrze ci zrobi – wkładam go do wanny, wypełnionej ciepłą wodą i pachnącą pianą.
- Jak dobrze – mruży oczy, jakby był kotem.
- Cieszę się – zdejmuję spodnie od piżamy i rozsiadam się po drugiej stronie, bacznie go obserwując. Przedtem nie przepadałem za porannym przesiadywaniem w wannie, ale odkąd poznałem Josha i wszystkie jego słabości...
- Dlaczego tak przebiegle się uśmiechasz? - pyta, unosząc głowę, by spotkać mój rozmarzony wzrok.
- Bez powodu – udaję niewzruszonego.
- Ach tak... – zbywa mnie, obejmując się ściśle ramionami.
Przez kilka minut milczymy, każdy pogrążony w swoich myślach.
- Boli? - decyduję się przerwać ciążącą między nami ciszę.
- Nie – nie unosi powiek, układając głowę na swoich kolanach. Jego policzki są lekko zaróżowione, usta kusząco rozchylone. Znowu go chcę...
- Josh, spójrz na mnie – proszę, dobrze wiedząc, że jest już gotowy...
- Nie – ton jego głosu zdradza, że lekkie zdenerwowanie, a ja doskonale wiem co spowodowało to nagłe rozdrażnienie...
- Josh... Nie bądź taki. Chcę cię tylko przytulić – nie spuszczam z niego wzroku. Niebieskooki stara się jak najdalej ode mnie odsunąć. Jest taki zabawny.
- Tu mi dobrze – przypomina obrażone dziecko.
- Nie musisz się mnie wstydzić. Chodź do mnie, to...
- Nie! - protestuje gwałtownie, patrząc na mnie wilkiem.
- Ależ ty jesteś uparty – wzdycham przysuwając się w jego kierunku. Łapię go za ramiona i przyciągam do siebie.
- Co robisz?! Przestań! - broni się, gdy wymuszam by objął mnie w pasie udami i spojrzał prosto w oczy.
- Tak lepiej – odgarniam jego włosy do tyłu i uśmiecham się radośnie.
- Wiedziałeś! Od początku wiedziałeś! - mierzy mnie morderczym spojrzeniem.
- Skarbie, oczywiście, że wiedziałem. Jak sądzisz, dlaczego obudziłem się tak wcześnie? Znam wszystkie twoje słabości – przesuwam kciukiem po jego wargach. - Pocałuj mnie.
- Nie! - chlapie mnie wodą prosto w twarz. Nie tego się spodziewałem.
- Chcesz się bawić... No dobrze... - mruczę groźnie, chwytając go w pasie, by nie miał jak uciec. Drugą ręką sięgam pod wodę i zaczynam ocierać o siebie oba nasze członki.
- Ach! - wyrywa mu się głośny jęk. Chłopak odrzuca głowę do tyłu i wczepia palce w moje ramiona.
- O tak? Czy mocniej? - drażnię się z nim, obserwując jak reaguje.
- Mocniej... - jęczy podniecony znacznie bardziej niż miało to miejsce w nocy.
- Mocniej... Jesteś pewny?
- Tristan... - dyszy ciężko. Doskonale wiem o co mu chodzi.
- Teraz dobrze? – unoszę go wyżej – Tego chcesz? - wsuwam się w niego powoli.
- Woda się wyleje... - zauważa przytomnie.
- Pieprzyć to – wpijam się w jego usta, wchodząc w niego do końca. Josh oddaje pocałunki zaczynając się powoli poruszać. Jego przymglone spojrzenie zapada głęboko w moje wnętrze. Łapię go za pośladki i ponaglam, by przyśpieszył, jednocześnie gryząc po wrażliwej skórze na szyi. Teraz jest mój, prawdziwie mój... Jego tempo jest szaleńcze. Potem będzie tego żałować, ale teraz...
- Tristan... - szepcze, przygryzając dolną wargę.
- Nie, chcę cię słyszeć. Cały świat ma wiedzieć do kogo należysz – całuję go brutalnie, zachłannie. Robię to tak długo, aż opada w moje ramiona. Uśmiecham się do siebie, usatysfakcjonowany.

Czas zatrzymuje się w miejscu. Woda nie stygnie, dzięki specjalnej baterii. Czuję jego oddech, którym drażni moją mokrą skórę na klatce piersiowej. Leniwie przeczesuję jego ciemne włosy palcami. Josh sięga po moją dłoń, którą opierałem na jego udzie i zaczyna ją uważnie studiować.
- O czym myślisz? - pytam, bo zżera mnie ciekawość.
- O tobie... O mnie... - unosi głowę, aby utopić mnie w swoich jasnoniebieskich oczach. - W jednym miałeś rację. Naprawdę mnie znasz.
- Chcesz mi powiedzieć, że teraz mi ufasz?
- To coś więcej... Od pierwszej chwili, gdy na ciebie spojrzałem, wiedziałem, że... - przerywa mu dźwięk telefonu, który umieszczony jest tuż przy wannie.
- To Ron. Wyłączy się po pięciu sygnałach.
- Dlaczego dzwoni tak wcześnie? Musisz już iść?
- Nie. Chcesz jeszcze raz...? - uśmiecham się do niego, ciekawy jak zareaguje.
- Nie. Teraz serio mnie boli.
- Wybacz, skarbie.
- Przecież to nie twoja wina. Sam chciałem... Nigdy wcześniej nie czułem się taki... - rumieni się, szukając odpowiedniego słowa.
- Podniecony? - podpowiadam mu.
- Nie, to nie to. Chciałem, żebyś... - telefon odzywa się kolejny raz.
- Zabiję go! - próbuję dosięgnąć do wkurzającego sprzętu.
- Odbierz, jeśli musisz.
- Nie muszę. Za to ty musisz wyjść z wody. Spójrz na swoje palce – unoszę jego rękę – są całe pomarszczone.
- Nie przeszkadza mi to.
- Mi też nie – zaczynam je delikatnie ssać.
- Tristan, nie...
- Nie? Często to od ciebie słyszę – niepocieszony uwalniam szczupłą dłoń.
- Przepraszam – spuszcza wzrok, przyznając się do winy.
- Odbijemy to sobie wieczorem – całuję go w policzek.
- Nie sądzę, abyśmy mogli...
- Nie martw się, skarbie. Zostało nam sporo innych możliwości, które... Oszaleję! Czy on nie da mi chwili spokoju?! - wybucham. Niechętnie uwalniam się z czułych objęć ukochanego i wychodzę z wanny. Dopadam do wrednego sprzętu i przełączam przycisk. - Teraz możesz dzwonić do woli – warczę wściekły. Ciemnowłosy tłumi śmiech za moimi plecami.
- Bardzo szybko się irytujesz – komentuje sytuację.
- Sprowokował mnie! - tłumaczę się, obwijając biodra jasnoniebieskim, frotowym ręcznikiem.
- Skąd wiesz, że to Ron?
- Dziś oddajemy jeden z projektów. Przypływ gotówki nakręca go równie mocno jak ciebie seks w wannie.
- Często tak robiliśmy? - zadaje mi to zawstydzające pytanie wbrew sobie. 
- Cały czas. Byłeś nienasycony – chwalę go.
- Naprawdę?
- Nie wierzysz mi? Gdyby nie to, że cię boli, to pokazałbym ci inne możliwości, które daje łazienka. A teraz – wyciągam go z wody i sadzam na brzegu wanny – nie ruszaj się – pomagam mu założyć biały szlafrok.
- Dziękuję.
- Potem mi podziękujesz – całuję go w usta. - I nie patrz tak na mnie! I tak z trudem nad sobą panuję!
- Przepraszam – zaczyna chichotać, gdy biorę go na ręce i zanoszę do jego sypialni.
- Pomogę ci posprzątać.
- Nie zamierzam sprzątać. Muszę skończyć pracę, inaczej Ron zacznie dobijać się do drzwi i będę musiał go wpuścić.
- Ale Rose...
- Rose już wie. Jeśli nie podoba się jej, że ze sobą sypiamy, poszukamy kogoś innego na jej miejsce. Nie wstawaj – idę do jego garderoby i przynoszę piżamę. - Jesteś głodny?
- Nie, raczej zmęczony – ziewa przeciągle.
- Więc śpij – otulam go szczelnie kołdrą.
- Nie odchodź. Chcę spać razem z tobą.
- Nie mogę zostać. Będę w pracowni, gdybyś mnie potrzebował, dobrze?
- Dobrze – przegrywa walkę z zamykającymi się powiekami. Mój piękny...

Pośpiesznie się ubieram i pędzę do projektów. Ron, który swoim zwyczajem nie potrafi odpuszczać, przyjeżdża na śniadanie, by skontrolować czy wszystko idzie zgodnie z planem.
- Dasz radę skończyć do południa? - dopytuje, wpychając do ust kolejne ciastko.
- Jasne.
- Jesteś dziś zbyt spokojny. Nie wkurzasz się na mnie. Zgodziłeś się przyjąć więcej zleceń. Wszystko ok? - zaczyna węszyć, niczym pies tropiący.
- Tak – uśmiecham się.
- W dodatku ten twój uśmiech... Zabiłeś małego, bo zalazł ci za skórę, tak? - szepcze konspiracyjnie.
- Oszalałeś?! Josh śpi w swoim pokoju! - unoszę się gniewem.
- Już dawno nie zachowywałeś się tak dziwnie – nie daje mi spokoju.
- O co ci znowu chodzi?! To nie można już być szczęśliwym?! Rose, powiedz mu – proszę kobietę o wsparcie wykorzystując fakt, że dolewa nam kawy do filiżanek.
- Szczęśliwym... Też mi coś – prycha gniewnie. - Jak się grzeszy tak jak pan Wood, to...
- Grzeszy...! Tristan, spałeś z nim?! Nie wierzę! - Ron nie ma problemów, by połączyć fakty.
- Dzięki, Rose – posyłam jej kwaśne spojrzenie. - To mój narzeczony, a za pięć tygodni mąż, więc to, że z nim śpię, jest absolutnie normalne!
- To jeszcze dziecko! – gospodyni nie kryje braku aprobaty.
- Dziecko?! On go zdradzał i okradł, a teraz wciska mu kit, opowiadając łzawe bajeczki o tym, jaki się czuje samotny i opuszczony.
- Zamknij się, Ron! - uderzam pięścią w stół. - Zabraniam ci mówić takie rzeczy! Jego psychika jest za słaba, by znieść prawdę!
- Serio? A powiedz mi taką rzecz, zapłaciłeś mu przed, czy po tym, jak mu włożyłeś...
- Dość! - ostro ucinam te obrzydliwe drwiny. - Wynoś się stąd, zanim cię wyrzucę, słyszysz?! - wpadam w szał. Zaciskam palce na jego marynarce i siłą podnoszę z krzesła.
- Panie Wood, proszę przestać! - krzyk Meksykanki niesie się po domu.
- Wynoś się! I nigdy więcej tu nie przychodź! - wrzeszczę, szarpiąc go w kierunku drzwi.
- Tristan, opanuj się! - mój były przyjaciel stara się mnie jakoś uspokoić, ale jest już za późno. Posunął się za daleko! Otwieram szeroko drzwi i wypycham go na zewnątrz, zatrzaskując je z hukiem tuż przed jego twarzą. Gdy wracam do kuchni, napotykam na wzrok przerażonego Josha, który zaczyna cofać się do tyłu, aż w końcu ucieka do swojego pokoju.
- Pięknie, po prostu lepiej być nie mogło!
- Panie Wood! - Obrywam szmatką kuchenną w głowę. - Jak Boga kocham! Albo się pan ogarnie albo...! - wściekła Rose jest doprawdy przerażająca!
- Przepraszam! Proszę, nie bij mnie więcej – klękam przed nią na kolana o mocno obejmuję. - Sama słyszałaś co za bzdury wygadywał, prawda?
- Proszę wstać! - strofuje mnie. - To jeszcze nie powód, aby...
- Jak to nie?! Josh wreszcie mi zaufał! Pozwolił się dotknąć, a ten palant musiał wszystko popsuć swoimi oskarżeniami! Każdy popełnia błędy i ma prawo do drugiej szansy! Tak trudno to zrozumieć?!
- Proszę nie krzyczeć, bo to jeszcze bardziej wystraszy chłopca.
- Masz rację. Przepraszam, Rose. Obiecuję, że coś takiego więcej się nie powtórzy.
- Mam nadzieję. W przeciwnym wypadku wkroczę do akcji i sama wymierzę sprawiedliwość! - grozi mi ściereczką.
- Masz moje słowo.
- Ma pan zadzwonić do pana Rona i przeprosić go za swoje zachowanie.
- Ale...
- Żadnego „ale”. To rozkaz!
- Tak jest! - salutuję jej. - A teraz wybacz generale, muszę porozmawiać z narzeczonym.
- Stać! - powstrzymuje mnie w połowie drogi.
- Co znowu?! - marudzę.
- Jeszcze słówko – każe mi się do siebie zbliżyć.
- Słucham? - spoglądam na nią z góry. Choć jestem od niej znacznie wyższy, to ona rozgrywa obecnie karty.
- Jeśli dowiem się, że zmusił go pan do...
- Nie zmusiłem go, przysięgam – zapewniam ją, całując w policzek. - Wiesz, że kocham go jak wariat. Wszystko bym dla niego zrobił. W naszym związku to on pociąga za sznurki. Tak, spałem z nim, ale nie stała mu się żadna krzywda. Bardziej przestraszyły go moje krzyki... - dodaję znacznie ciszej.
- Mam nadzieję, bo łazienka wyglądała koszmarnie... – spogląda na mnie nieufnie.
- Podwoję twoją pensję, bo zamierzam dalej siać zniszczenie – puszczam do niej oko.
- Trzymam pana za słowo – uśmiecha się. - No dobrze, proszę iść i naprawić to, co pan zepsuł.
- Rozkaz!
Nabieram głęboko powietrza do płuc i naciskam na klamkę. Rozglądam się po pokoju, lecz nigdzie go nie widzę. Drzwi od garderoby są otwarte. Staję w progu. Josh siedzi zwinięty w kłębek na podłodze.
- Co tu robisz, skarbie? - pytam, kucając.
- Przestraszyłeś mnie – wyznaje cichutko.
- Przepraszam, nie chciałem – siadam obok niego. - Ron powiedział mi coś bardzo przykrego, czym mocno mnie zdenerwował.
- Wyrzuciłeś go...
- Wiem. Zadzwonię i go przeproszę – sięgam po jego dłoń i splatam nasze palce.
- Czasami bardzo się boję, że mnie też tak wyrzucisz... Ostatnio często o tym śnię. Błąkam się po pustych ulicach. Nie wiem kim jestem, nie mam gdzie pójść...
- Josh, nie opowiadaj głupstw! Tu jest twój dom, a ja jestem twoją rodziną! - przytulam go mocno do siebie czując, jak serce mocno bije mi w piersi. Gdyby się dowiedział... Gdyby sobie przypomniał... Całuję go bardzo namiętnie sprawiając, że topi się niczym wosk. Wszystkie myśli ulatują mu z głowy. Jestem tylko ja... - Pora na śniadanie – decyduję, biorąc go na ręce i zanosząc do kuchni.