sobota, 21 października 2017

mpreg 18

„Bezsenne Noce



Nie radze sobie… Zupełnie sobie nie radzę! To jego wina! Gdyby nie był taki… Dość! Przestań o nim myśleć! Zapomnij choć na chwilę! Tylko jak? Widzę go nawet wtedy, gdy zamykam oczy. Jego oczy… Takie poważne i smutne. Znowu go zraniłem, a przecież nie tak miało być. Sto tysięcy razy obiecywałem sobie, że się zmienię, zacznę go lepiej traktować i co? Zawaliłem. Zabijam w nim całą radość życia. Tak rzadko się uśmiecha. Gdybym był na jego miejscu i musiał dzień w dzień znosić niekończące się pretensje, zaczepki, przytyki, oszalałbym!
Czemu zachowuję się jak najgorszy palant? To do mnie zupełnie niepodobne. Zawsze myślałem o sobie, jak o fajnym facecie. I byłem fajny. Miły, zabawny, troskliwy. A potem… Każda nasza konfrontacja prowadzi do tragedii. Sama świadomość, że jest gdzieś blisko, wywołuje we mnie nagłą potrzebę zwrócenia na siebie jego uwagi. I wtedy to się dzieje. Samozapłon, prowadzący do wybuchu. Nie jest to jednak wybuch namiętności. O nie… Wprost przeciwnie. Najpierw wieje arktycznym chłodem, potem następuje milczenie, a jeszcze później… Nienawidzę, gdy płacze. Jeszcze mocniej nienawidzę siebie za to, że doprowadziłem go do łez.
Szkodzę dziecku, wiem o tym. Nie powinienem go denerwować, lecz otoczyć puchatą bańką, tak jak Ian zrobił to z Tiną. Położyć na łóżku, rozebrać, pieścić… Rozebrać? Czemu o tym pomyślałem? Bo znowu boleśnie ze mnie zakpił, wypominając różnicę wieku? Jak on to powiedział? Że nie dam rady go zaspokoić? Króliczku, ty nawet nie wiesz, jak to smakuje, a ja ci tego nie pokażę. Mógłbym, ale… Przecież nie pójdę z nim do łóżka! To nie tak, że mi się nie podoba. Na początku rzeczywiście tak było. Wydawał się taki przeciętny i… Nie! Nie kłam, Max! Nie oszukuj sam siebie! Gdy spotkałeś go po raz pierwszy, aż mowę ci odjęło. Te złociste włosy, jasna skóra i te oczy… Nie był w szczytowej formie. Ciąża już wtedy mocno dawała mu w kość. Część mnie wiedziała, że najlepiej będzie, jeśli dam mu spokój, ale jak mógłbym? Chciałem go znowu zobaczyć…
- Max, wszystko w porządku? – z zamyślenia wyrywa mnie natrętny głosik nowej znajomej. Kobieta przysuwa się nieznacznie, zmniejszając dystans między nami. Ociera się o mnie ramieniem, zabiegając o moją uwagę.
- Tak… - odpowiadam automatycznie. Cholera, zapomniałem jej imienia.
- Cherry – podpowiada, uśmiechając się słodko.
- Wybacz. Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia, ale…
- Wybaczam – przerywa mi, splatając palce naszych dłoni.
- Chyba nie powinniśmy… - próbuję uwolnić dłoń, lecz zaborcza kokietka mi na to nie pozwala.
- Nie powinniśmy? – obdarza mnie oburzonym spojrzeniem. – Skarbie, obydwoje jesteśmy samotni i nieszczęśliwi. Szukamy pocieszenia. Nie ma nic złego w tym, że wypijemy wspólnie kilka drinków, a potem każde z nas wróci grzecznie do domu, prawda?
Cherry ma rację. Nie robię nic złego. Przyszedłem do baru, by odreagować stres i nieco ochłonąć. Gdybym został z Eli sam na sam, zwłaszcza po naszej ostatniej sprzeczce… Boję się myśleć do czego mogłoby dojść…
- Znowu opływasz, misiu – Cherry ociera się o mnie coraz natarczywiej. Jest piękną kobietą, nie przeczę. Zwróciłem na nią uwagę ze względu na długie włosy, które co chwilę poprawia. Przez chwilę wydawało mi się, że to Eli. Głupku, nie śledziłby cię aż tutaj. Spacer do baru zajął mi ponad dwie godziny. To zdecydowanie zbyt wielki wysiłek dla osoby w ciąży. Eli… Znowu Eli… Lubię, gdy jasne pasma opadają mu luźno na ramiona. Lubię ich dotykać. Przeczesywać palcami. Są takie miękkie i… - Od razu lepiej – pomruk zadowolenia sprawia, iż przytomnieję. Dlaczego dotykam włosów Cherry? Mój gest chyba się jej spodobał, bo zmniejsza odległość między nami i całuje mnie w usta. Z początku sztywnieję, nie wiedząc jak zareagować, a potem… Jej język ostrożnie dotyka mojej dolnej wargi. Tak, chcę tego zapomnienia. Nie myśl już o tym, czemu tu przyszedłeś, nie myśl o dziecku ani tym bardziej o jasnowłosej istocie, która je nosi. Zamknij oczy i ciesz się życiem. Kiedy ostatnio pozwoliłem sobie na flirt? Przed poznaniem małego hobbita, często chodziłem na randki. To on wymusił na mnie przeprowadzkę i… Przestań! Skup się na całowaniu i porzuć tą obsesję! On nie jest dla ciebie! Myślisz, że pozwoliłby ci na coś takiego? Sam słyszałeś, jak powtarzał, że nie lubi się całować… Tymczasem ona… Cherry… Ma na imię Cherry! Całujesz się z nią i to jest w tej chwili najważniejsze!
Wplatam palce w tlenione włosy i pogłębiam pocałunek. Właśnie tak, Max. Wreszcie możesz być sobą i ona to rozumie. Nie musisz niczego udawać. Możesz być zaborczy i wymagający, jeśli masz na to ochotę. To tylko zabawa. Eli nie umie się bawić. Nie wolno ci go tknąć, choć umierasz z tęsknoty za swoim dzieckiem. „Zbyt intymnie…” Wiesz jakby zareagował, gdybyś pocałował go tak jak teraz? Zaniemówiłby. Jego fiołkowe oczy zrobiłyby się wielkie niczym spodki. Mrugałby zaskoczony, nie potrafiąc zebrać słów. To akurat byłoby fajne… Milczący Eli… Boże, znowu to robię! Cherry, skup się na Cherry!
- Misiu… Nie sądziłam, że potrafisz tak całować… - moja towarzyszka zaczyna się wachlować ręką, próbując zapanować nad oddechem.
- Przepraszam, poniosło mnie – dopijam resztkę złocistego alkoholu i od razu przywołuję barmana, by przygotował nam kolejne drinki.
- Obiecaj, że to nie koniec – zaczyna chichotać, opierając głowę o moje ramię.
- Mamy przed sobą całą noc – zapewniam ją.
Gdybym choć przez chwilę posłuchał podszeptów sumienia, pewnie nie spędziłbym kolejnych kilku godzin żartując do klejącej się do mnie damy. W trakcie rozmowy okazało się, że wbrew pozorom, wiele nas łączy. Ona również potrzebowała oddechu po niedawnych nieporozumieniach, które miały miejsce między nią i jej byłym. Pokłócili się o to, gdzie pojechać na wakacje oraz z czyimi rodzicami spędzić nadchodzące święta. Cherry wolała Hawaje, chociaż czy to nie tam mieszkali jego rodzice? A może to była jej matka? W sumie jakie to miało znaczenie? Wybraliśmy sobie niewielki stolik w rogu sali. Jej usta smakowały Martini. Śmiała się z moich żartów i nie miała nic przeciwko, gdy ją przytulałem. A może to ona przytulała mnie.?
- Max… Pojedziemy do ciebie? – jej szept sprawił, że momentalnie robi mi się gorąco.
- Do mnie?
- Nie chcesz? – Cherry z pełną premedytacją układa moją dłoń na swoim nagim, opalonym udzie. – Ja chcę. I to bardzo… – zarzuca mi ręce na szyję.
- Chcę, ale moje mieszkanie oddalone jest setki kilometrów stąd. Chodźmy do hotelu.
- Przyjechałeś samochodem?
- Nie. Poza tym nawet gdyby tak było, jestem zbyt wstawiony, by prowadzić. Zawołamy taksówkę? – uśmiecham się, dotykając czule jej policzka.
- Tu nie ma taksówek, zapomniałeś? To prowincja – parska śmiechem, ponownie szukając moich ust.
- I co teraz? – pytam, jednocześnie obserwując, jak jasnowłosa uwodzicielka maluje kółka, schodząc palcami coraz niżej, aż udaje się jej wsunąć rękę pod moją koszulę. – Chyba koniec amorów na dziś – udaję smutnego, choć daleko mi do użalania się nad sobą. Wypity alkohol szumi mi w głowie, delikatnie podkręcając i tak mocno erotyczny nastrój. – Całe wieki nie bawiłem się tak dobrze.
- Misiu… Noc jest jeszcze młoda. Skoczę upudrować nosek, a ty w tym czasie zapłać za drinki i spotkamy się przy wyjściu, ok? – jej propozycja zupełnie mnie zaskakuje.
- Jesteś pewna? – nie rozumiem skąd we mnie tyle skrupułów. Przecież nikogo nie zdradzamy. Ja z pewnością jestem wolny. Mogę robić co chcę i z kim chcę.
- Max… – przysuwa się do mnie i zaczyna całować po szyi. – Masz jeszcze jakiekolwiek wątpliwości? – łapie za mojego członka i pociera go przez materiał spodni, doprowadzając mnie tym samym do szaleństwa. – Za pięć minut przy wyjściu… - powtarza, ześlizgując się ze swojego miejsca i nieco poprawiając krótką, ozdobioną błyszczącymi cekinami, czarną sukienkę. Z niekłamaną satysfakcją odprowadzam ją wzrokiem aż do łazienkowych drzwi. Cherry to nie Eli. Doskonale wie, że potrafię ją zadowolić… Powinienem poprosić ją o numer telefonu. Następnym razem, gdy ten wredny karzełek zacznie kpić z mojej męskości, mógłbym szybko obalić jego błędne teorie. Uśmiechnięty od ucha do ucha, kieruję się w stronę barmana. Wyciągam z portfela plik banknotów, wliczając w to spory napiwek, po czym odnajduję czekającą na mnie dziewczynę. Wpijam się w jej czerwone wargi, gdy tylko wychodzimy na zewnątrz.
- Tutaj nie – śmieje się ze mnie, biorąc za rękę i ciągnąc w kierunku starego salonu gier, który został zamknięty jeszcze za moich szkolnych czasów.
- Myślałem, że pojedziemy do ciebie – żalę się, mijając słabo oświetlony parking.
- Misiu… Nie gadaj tyle – owija moje ramię wokół swojej talii. Przechodzimy na drugą stronę ulicy. To dopiero przygoda. Słodka ślicznotka jest na mnie tak napalona, że nie może się powstrzymać. Szkoda, że Eli tego nie widzi…
Klimat nie odbiega zbytnio od tego, co zdarza mi się opisywać w moich książkach. Ciepła noc. Żadnych ludzi. Dźwięk wysokich obcasów kochanki, niknący wśród ciszy. Opuszczony budynek. Pobity klosz ulicznej latarni. Znikamy innym z pola widzenia, kryjąc się za rogiem. To wszystko wydaje mi się surrealistyczne. Zaczynam się śmiać, lecz Cherry nie jest w nastroju do żartów. Opiera mnie plecami o ścianę i od razu sięga do zapięcia moich spodni.
- Gdyby ktoś mi powiedział, że ten dzień skończy się w taki sposób, nie uwierzyłbym.
- A ja wprost przeciwnie. Co najbardziej lubisz? – jej bezpośredniość aktywuje alarm, odzywający się gdzieś głęboko w moim wnętrzu. Żałuję, że nie zalałem go większą ilością alkoholu.
- Pocałuj mnie, bo potrzebuje czasu do namysłu – próbuję ją objąć, lecz mi na to nie pozwala.
- Za późno… - jasnowłosa zsuwa mi spodnie z bioder i sięga po mojego członka. Agresywny sposób jej zachowania sprawia, iż znika nastrój frywolnego flirtu. Wszystko dzieje się za szybko, a przynajmniej ja nie tak to sobie wyobrażałem.
- Cherry… - kobieta całuje mnie raz, a potem drugi.
- Jesteś zbyt spięty, ale umiem sobie z tym poradzić – szepcze, osuwając się wzdłuż mojego ciała.
- Cherry… - powtarzam jej imię, lecz nie reaguje. Zmysłowo oblizuje usta a potem patrząc mi prosto w oczy, wkłada moją męskość dość głęboko do ich wnętrza, ponętnie się przy tym uśmiechając. Nabieram głęboko powietrza, czując powolne ruchy jej języka.
- Zrelaksuj się… - szepcze między liźnięciami, starając się pieścić mnie tak, abym zrobił się twardy. Zamykam na chwilę oczy i wplatam palce w jej rozpuszczone włosy. Moja wyobraźnia zdaje się tylko na to czekać, bo od razu karmi mnie inną, znacznie seksowniejszą wizją… Warczę cicho jakieś przekleństwo, próbując odpędzić go od siebie, ale jest już za późno. Oplatam jasne pasma wokół swojej dłoni, by tylko mi się nie wymknął. Mam wrażenie, że w nozdrzach czuję jego zapach, że pieści mnie swoimi drobnymi dłońmi… Chcę go. Tak bardzo, że to aż boli. Chcę czuć na sobie jego dotyk, ciepło skóry, ale przede wszystkim chcę, by był mój. Pod wpływem jego spojrzenia, jestem zupełnie bezbronny. I jest mi dobrze, tak dobrze… - Otwórz oczy, misiu i patrz na mnie… - na dźwięk obcego głosu, wpadam w panikę. „Nie, Max. Patrz na mnie… Tylko na mnie…”
- Zawsze patrzę… Tylko na ciebie… - niespodziewanie dochodzę. Cherry zaczyna krztusić się moją spermą. Mruży groźnie oczy, ocierając łzy. – Przepraszam… Nie chciałem… - pomagam jej wstać.
- Nie szkodzi – uśmiecha się do mnie blado. – Zapłacisz ekstra i po sprawie.
- Zapłacę?
- Misiu, chyba nie liczyłeś na to, że…
- Ile? – przerywam jej ostro, odpychając od siebie, by móc poprawić ubrania.
- Byłeś miły, więc dwieście wystarczy – wyciąga rękę w moją stronę. Wyjmuję wszystkie banknoty, jakie mam w portfelu i wciskam jej w rękę.
- Masz i spadaj! - bardziej zabolało mnie przerwanie tej dziwnej fantazji, niż odkrycie prawdy.
- Nie ma się czym denerwować, Max. Spędziliśmy miły wieczór. Nie psuj nastroju – pociesza mnie.
- Miły?! To nazywasz miłym wieczorem?! – zaczynam krzyczeć, ruszając prosto przed siebie, choć w obecnym stanie jest to dosyć trudne.
- Poczekaj! – woła za mną, stukając obcasami. – Chodź, porozmawiajmy – łapie mnie za rękę i podprowadza do krawężnika, pomagając usiąść.
- Idź sobie. Chcę zostać sam!
- Pójdę. Chłopak na mnie czeka – odwraca się w kierunku parkingu. Jak na zawołanie, w jednym z samochodów zapalają się światła.
- Ten, z którym rzekomo zerwałaś? Świetnie…
- Ty też nie do końca byłeś ze mną szczery. Wyobrażałeś sobie kogoś innego, podczas gdy ja…
- Dość!
- Poradzisz sobie? Za tobą jest telefon. Masz – wyjmuje kilka monet z niewielkiej, satynowej kopertówki, którą ma przewieszoną przez ramię. – Zadzwoń po kogoś, by cię zabrał do domu – nie chcę od niej pomocy. Nie chcę pomocy od nikogo! Odpycham więc jej rękę, lecz dziewczyna nie rezygnuje. Kładzie drobne na chodniku obok mnie, po czym wsiada do czarnego samochodu i odjeżdża.
Przez kilkanaście minut nie jestem w stanie ruszyć się ze swojego miejsca. Czuję obrzydzenie i jest mi niedobrze. Obejmuję się ściśle ramionami, próbując zapanować nad sytuacją. Ktoś powinien obtłuc mi mordę za to, co zrobiłem. Na szczęście jest osoba, która nie odmówi mi tej drobnej „przyjemności”.
Zabieram monety i podchodzę do automatu. Wykręcam numer do domu.
- Halo? – słysząc głos Eli, mam wrażenie, że się popłaczę. Tylko tego było mi trzeba…
- Jeszcze nie śpisz? – wypowiedzenie tych trzech słów sporo mnie kosztuje.
- Max? Wszystko w porządku?  - zachowuje się tak, jakby o wszystkim wiedział…
- Nie. Obudź ojca. Muszę z nim porozmawiać.
- Twoi rodzice wrócą dopiero  rano. Dzwonili do mnie jakiś czas temu.
- Rano? Cudowanie! Po prostu lepiej być nie może! Czemu nigdy go nie ma, gdy najbardziej go potrzebuję?! – z całej siły zaciskam palce na słuchawce, powstrzymując się, by po prostu nie pociągnąć za kabel i nie wyładować na nim swojej złości.
- Może ja mogę ci pomóc?
- Ty?! – wybucham ironicznym śmiechem. – Jesteś ostatnią osobą, która może mi pomóc, wierz mi.
- Max, ty piłeś? – samo stwierdzenie tego faktu jest dla niego niezłym szokiem. Nie powinno mnie to dziwić. Przecież to jeszcze dziecko…
- Tak, piłem. Poszedłem do baru i narąbałem się jak okręt. Chciałeś wiedzieć, to już wiesz.
- Gdzie jesteś? Przyjadę po ciebie.
- Nie musisz. Poradzę sobie – kończę rozmowę.
- Max, zaczekaj! Max! – odkładam słuchawkę, nie słuchając, co ma do dodania. Najważniejsze, że jest bezpieczny. Tylko to się dla mnie liczy. Spoglądam na tarczę swojego zegarka. Dochodzi druga. Jestem pewny, że zamiast spać, nadal siedział nad szkicami.
Eli, ja…
Nie, to niemożliwe!
To po prostu niemożliwe!
Nie pasujemy do siebie. Jesteśmy zupełnie inni. Jak ogień i lód. To by się nigdy, przenigdy nie udało. Zwłaszcza po wydarzeniach dzisiejszej nocy. Nie potrafiłbym być obok.
Rozpalasz mnie. Rozpalasz do czerwoności. Twój wygląd, charakter, tajemnice. Nawet twój talent. Chcę to wszystko poznać. Odkryć cię, krok po kroku, lecz jest już za późno. Posunąłem się o krok za daleko. Myślałem, że potrafię przed tobą uciec, a ty tylko na to czekałeś. Wykorzystałeś chwilę słabości, by mnie zupełnie zniewolić. A przecież nasz los i tak już na zawsze został połączony. Nigdy przed tobą nie ucieknę. I wcale nie chcę tego robić. Ty, ja, nasze dziecko – zawsze będziemy sobie bliscy. Ta myśl pozwala mi się uspokoić, choć odurzenie nie znika. Wprost przeciwnie…
Jestem tak zajęty sobą, iż nie zauważam własnego samochodu, który zatrzymuje się z piskiem opon niebezpiecznie blisko.
- Max, nic ci nie jest? – Eli wyskakuje ze środka i pochyla się nade mną, dotykając mojego policzka, by unieść mi głowę. Spoglądam mu prosto w oczy. Jego dłoń jest nieco chłodna. To pewnie wina klimatyzacji.
- Jak mnie znalazłeś, króliczku?
- Dzięki mapie Google.
- Zawsze taki sprytny… - zaczynam się śmiać, z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Chodź, wracamy do domu – wyciąga do mnie rękę, by pomóc mi wstać.
- Nie dotykaj mnie. Jesteś taki czysty i niewinny…
- Max, o czym ty bredzisz? No już, rusz się i wsiadaj do auta! – rozkazuje mi, pewnym siebie tonem.
Obserwowanie jak radzi sobie z moim samochodem jest dla mnie bardzo interesującym doświadczeniem. Nie wiem czemu tak mnie to dziwi. Przecież wiedziałem, że ma prawo jazdy. Gdy go poznałem, miał nawet samochód. Sprzedał go z mojej winy, zapewne poniżej wartości, bo okazałem się zachłannym i chciwym gburem.
- Zapnij pasy – celowo siadam bokiem, by móc bezwstydnie się w niego wpatrywać.
- Nie zapnę. Do domu jest blisko. Poza tym przy takim ustawieniu fotela, za mocno uciskają dziecko.
- W taki razie jedź ostrożnie.
- Nie bój się. Nie porysuję twojego samochodu.
- Mam to gdzieś  - wyciągam się w fotelu.
- Jutro pewnie zmieniłbyś zdanie – mruczy pod nosem.
- Zapytaj mnie o to jutro, a usłyszysz identyczną odpowiedź - zapewniam go.
Muszę przyznać, że niezły z niego kierowca. Może prowadzi tak zachowawczo, bo serio martwi się o mercedesa, a może zawsze tak jeździł. Chciałbym to wiedzieć. To i miliony innych rzeczy, które go dotyczą. Zanim poznam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, Eli parkuje auto i pośpiesznie wysiada.
- Dasz sobie radę? – pyta, marszcząc jasne brwi.
- Nie pierwszy raz jestem pijany – chciałbym mu jakoś zaimponować, lecz nieco kręci mi się w głowie, co z kolei wprawia mnie w doskonały nastrój. – Nie patrz tak na mnie. Mam ci obiecać, że więcej tego nie zrobię? O to ci chodzi?
- Chodzi mi tyko o to, żebyś bezpiecznie dotarł do łóżka – przekręca zamek w drzwiach, korzystając ze swoich kluczy. – No chodź, tylko ostrożnie. Jeśli upadniesz, nie dam rady cię podnieść.
Gdy docieram na górę, dopiero wtedy uświadamiam sobie, jak bardzo jestem zmęczony. Eli znika z mojego pola widzenia. Siadam więc na łóżku i podpieram głowę, zastanawiając się, gdzie poszedł. Nie chcę być sam. Rzucam się na łóżko, czekając na jego powrót.
- Wypij to – podaje mi szklankę zimnej wody, do której dodał jakieś tabletki.
- Nie chcę.
- Proszę, po prostu zrób, co mówię.
- Zachowujesz się zupełnie jak moja mama – naigrywam się z niego.
- Max… Nie utrudniaj – wzdycha ciężko, klękając przede mną na dywanie. – No już, pij – podtrzymuje mi szklankę, abym się nie oblał.
- Smakuje okropnie – narzekam, krzywiąc się.
- Jakoś to przebolejesz. A teraz kładź się.
- Nie. Chcę spędzić z tobą więcej czasu. Musimy porozmawiać… Muszę cię przeprosić. Ja nie chciałem. Wierzysz mi? – kładę mu dłonie na ramionach, by łatwiej wyczytać z jego oczu co tak naprawdę myśli. – Wyglądasz mizernie.
- Nikt ci nie każe na mnie patrzeć – prycha gniewnie, próbując się uwolnić.
- Lubię na ciebie patrzeć. Czasami wydaje mi się, że robię to nawet wtedy, gdy nie ma cię blisko, tak jak teraz…
- Super. A teraz do spania – opiera swoje drobne dłonie na mojej klatce piersiowej.
- Pomożesz mi się rozebrać? – pytam z nadzieją w głosie.
- A sam nie możesz tego zrobić?
- Proszę… Nie odmawiaj mi… Tylko ten jeden raz. Jeśli to zrobisz, już nigdy więcej nie sięgnę po alkohol. Przysięgam – kładę prawą rękę na sercu, chwiejąc się przy tym na boki.
- Skoro muszę… – odgarnia swoje rozpuszczone włosy do tyłu i odwiązuje moje buty.
- Łaskoczesz mnie – zaczynam się śmiać, gdy ściąga mi skarpetki.
- Dobra, dosyć tego! Gaszę światło! – podchodzi do włącznika. W pokoju pali się tylko niewielka lampka nocna sprawiając, że robi się bardziej klimatycznie.
- Eli, nie skończyliśmy… Nie dam rady odpiąć guzików koszuli… Chyba mnie tak nie zostawisz, co?
- Jesteś gorszy niż dziecko – zrzędzi, ponownie klękając miedzy moimi udami.
- Za to ty jesteś piękny… - szepczę.
- Tak? – z powątpiewaniem unosi na mnie wzrok, sięgając do mojego lewego nadgarstka. – Ostatnio mówiłeś, że nigdy wcześniej nie widziałeś okropniejszego brzydactwa…
- Dobrze wiesz, że to nieprawda. Powiedziałem tak, by byłem na ciebie wściekły. Kłamałem tylko po to, by cię zranić. Wybacz mi – unoszę jego dłoń do ust i lekko całuję. – Wierzysz mi?
- Nie.
- Teraz ty kłamiesz. Wiem, że mi wierzysz. Widzę to w twoich oczach. Mogę z nich wszystko wyczytać. Każdą twoją reakcję…
- W takim razie co teraz czuję?
- Rzucasz mi wyzwanie? To dobrze, lubię to – puszę się jak paw, wpatrując w jego oczy. – Jesteś zmęczony.
- Brawo. Wygrałeś – rozpina ostatni guzik, po czym pośpiesznie wstaje.
- Jeszcze nie skończyłem! – bronię się, układając dłonie na jego szczupłych biodrach. – Jesteś też smutny. Bardzo smutny. Stało się coś, o czym nie chcesz nikomu powiedzieć… - wyraźnie czuję, jak się spina. - Zgadłem, prawda?
- Może…
- Dzidziuś też to czuje – przesuwam prawą dłoń na jego brzuszek. – Chociaż jest taki malutki, chce twojego szczęścia. Bo gdy ty jesteś szczęśliwy, on też jest szczęśliwy – głaszczę go bardzo delikatnie. Moje słowa coś w nim poruszyły. Mam wrażenie, że za chwilę się rozpłacze. Nie mogę do tego dopuścić! – Chodź do mnie – obejmuję go mocno i przyciągam do siebie.
- Max! Nie!
- Już raz mnie dzisiaj dotykałeś. Ja też chcę cię dotknąć…

czwartek, 19 października 2017

Romans - rozdział 3

„Uparty jak Gilbert


- Przejmę na siebie klątwę ojca i postaram się odnaleźć kryjówkę demona, by jakoś… - westchnął zrezygnowany jasnowłosy.
- Ja to zrobię – rzekł Gilbert, wprawiając pierworodnego w jeszcze większe poczucie winy. Nie chciał on wysługiwać się młodszym bratem, któremu i tak zawdzięczał zbyt wiele.
- To mój obowiązek! Jestem następcą tronu i … - Gideon gorączkowo szukał dodatkowych argumentów, które pozwoliłyby mu nie stracić resztek godności, choć zdawał sobie sprawę, że od początku stał na przegranej pozycji.
- Właśnie dlatego zrobisz to, co ci każę – generał położył mu rękę na ramieniu, ucinając w ten sposób dalsze sprzeciwy. W zamian za to jego spojrzenie nieco złagodniało, ukazując bardziej ludzkie oblicze. – Nie martw się, bracie. Do czasu mojego powrotu z pewnością nie będziesz się nudził.
- Przysięgam, że cię nie zawiodę – Gideon spuścił wzrok. Nie był w stanie spojrzeć Gilbertowi w oczy, gdy ten odpiął od swej zbroi niewielką, okrągłą odznakę, na której widniał herb królestwa, przekazując mu tym samym dowodzenie nad wielką armią.
- A teraz – ciemnowłosy zwrócił się w kierunku swego ojca – pora, abym przyjął twój dar, panie.
- Synu… - władca zawahał się przez chwilę. Nie tego się spodziewał. Przygotowany był na długie rozmowy, niekończące się awantury. Tymczasem jedyne co dostrzegał, to kamienna twarz i wpatrujące się w niego ciemnobłękitne spojrzenie. Gilbert go nie oceniał, nie potępiał, nie miał w sobie ani krztyny żalu. „On nie ma serca…” – podpowiedział cichy głos, który władca od zawsze spychał w najciemniejsze zakamarki swojej świadomości, by nie zadręczać się brutalną prawdą. Mimo to ponownie podwinął rękaw swej szaty, a następnie wstrzymał z przestrachem oddech, pozwalając tym samym, by były już generał dotknął przeklętego znamienia. Czarna niczym noc pieczęć zaczęła powoli blaknąć, aż w końcu zupełnie zniknęła. Starzec spojrzał na swoje przedramię i poczuł ulgę. Pośpiesznie uniósł wzrok na swego syna. Książę, swoim zwyczajem, nie przejął się zanadto sytuacją. Wprost przeciwnie. Nawet nie pofatygował się, by odpiąć zbroję i przyjrzeć się tajemniczemu znakowi.
- Potrzeba mi będzie mapa, o której wspominałeś, panie – przerwał jego rozmyślania.
- Oczywiście. Za chwilę każę ci ją przynieść – pomimo oszołomienia, skinął na starszego syna, by ten zawołał służącego. Po niespełna kwadransie pojawił się najbardziej zaufany doradca jego wysokości. Postawił na stole niewielką, drewnianą szkatułkę, lecz bał się ją otworzyć. Pokłonił się królowi zamierzając opuścić salę. Jego uwagę przykuła złota odznaka, błyszcząca na piersi starszego z książąt. „Książę Gilbert sprowadzi na nas nieszczęście…” – zatrwożony swoim odkryciem, pobiegł czym prędzej do innych doradców, by podzielić się niepokojącymi wieściami.
Tymczasem obaj bracia rozłożyli na stole mocno sfatygowaną i nieco pogniecioną mapę. Jeśli o jej autentyczności świadczyć miały liczne zagięcia i plamy, widoczne na delikatnym pergaminie, to nie ulegało żadnej wątpliwości, iż była prawdziwa.
- Brakuje sporego kawałka – zauważył Gideon, przesuwając palcem wskazującym prawej dłoni po poszarpanym rozdarciu.
- Nasze królestwo, królestwo króla Jakuba, Zimne Morze, Przystań Tęczy, królestwo księcia Cecyla… - zaczął wyliczać ciemnowłosy, zastanawiając się jednocześnie nad tym, jak daleką drogę przyjdzie mu pokonać.
- Tego nie wiesz. Mapa jest dziwacznie oznaczona. To może być Lisi Las – wskazał na niewielką wysepkę, położoną tuż obok ośmioramiennej gwiazdy - lub zupełnie inna kraina, o której słuch dawno zaginął.
- To prawda – przytaknął mu Gilbert.
- Skąd będziesz wiedział, w którą stronę się udać? Na północ? Na południe? Ojcze, wiesz jak należy odczytać tę mapę? – z nadzieją oczekiwał na wskazówki od władcy, dzięki którym misja brata nie będzie mu się jawiła jako samobójcza i zupełnie daremna.
- Niestety, ale nie. Pokazywałem ją wszystkim swoim przyjaciołom i doradcom, lecz bezradnie rozkładają ręce – władca po raz kolejny spojrzał na młodszego syna. W jego rękach leżał dalszy los całego królestwa. „Zmarnowałem ponad pięćdziesiąt lat na poszukiwania, a wysyłam go z niczym…”
- To już moje zmartwienie – odezwał się Gilbert, wstające ze swojego miejsca.
- Bracie! – jasnowłosy starał się zatrzymać go przy stole jak najdłużej. „Powinienem służyć mu radą, wesprzeć…”
- Jutro o świcie wyruszysz ze mną do obozu. Chcę mieć pewność, że nasi sojusznicy nie odwrócą się od ciebie plecami, gdy wyjadę.
- Myślałem, że zostaniesz ze mną jakiś czas. Powinniśmy porozmawiać o… - schorowany monarcha, wyczerpany ciężkimi przeżyciami, liczył na to, iż Gilbert zostanie w zamku do chwili jego śmierci. Spodziewał się rychłego jej nadejścia i nie chciał żegnać się z życiem wspominając moment, w którym będzie obserwował oddajającą się sylwetkę syna, którego nigdy więcej nie zobaczy.
- Wiem co należy do moich obowiązków, panie. Ochronię królestwo. Możesz być tego pewny – Gilbert pokłonił się ojcu i bratu, po czym wyszedł z sali narad.
- Daj mu trochę czasu, ojcze. Jestem pewny, że gdy trochę się prześpi i przemyśli… - Gideon, jak zawsze, starał się wytłumaczyć nieprzejednaną postawę brata. Kochał go i próbował chronić, zwłaszcza w chwilach, gdy ten okazywał bliskim swą zimniejszą stronę.
- Nie rozumiesz. Nic nie rozumiesz… On już nigdy nie wróci – władca otarł ostatnie łzy i ciężko szurając nogami, oddalił się w kierunku podziemi, by poprosić zmarłą małżonkę o opiekę i wsparcie dla ich synów. Gilbert miał odbyć najniebezpieczniejszą misję, o jakiej kiedykolwiek słyszano, a Gideon… Przecież wrogowie od dawna czekali na okazję do zemsty. Czy zniknięcie ubóstwianego generała nie stanowiło najlepszego momentu do ataku? „Przyszłość już nigdy nie będzie taka sama…”

niedziela, 15 października 2017

Romans - rozdział 2

„Uparty jak Gilbert



- Panie – książę spojrzał na swojego ojca wyczekująco. – Przybyłem najszybciej, jak mogłem – na pierwszy rzut oka widać było, iż pędził do zamku dniem i nocą, nie marnując nawet chwili na odpoczynek.
- Dziękuję, synu – władca próbował się uśmiechnąć do Gilberta, lecz widząc jego harde spojrzenie, zrezygnował. Dobrze wiedział, że młodszy z jego potomków nie narzekał na brak zajęć. Choć pochodził z królewskiego rodu, spoczywał na nim obowiązek dowodzenia armią oraz szkolenia rekrutów. Zgodnie z przyjętą tradycją, tak eksponowane stanowisko przypadało jednemu z zasłużonych na polu walki generałów. Los jednak chciał inaczej, a sam władca, mając poparcie swych doradców, powierzył bezpieczeństwo całej krainy nieopierzonemu siedemnastolatkowi. Z początku bał się reakcji swoich sojuszników na tak ryzykowne posunięcie. Jednak Gilbert, pomimo braku doświadczenia, potrafił przezwyciężyć wszystkie przeciwności. Bardzo szybko obrócił ich niechęć oraz strach na swoją korzyść, tworząc armię tak silną, iż żadna inna nie mogła się z nią równać. Żołnierze, którzy służyli u jego boku, czcili go niczym bóstwo. Czy niekłamany podziw, jakim darzył go rodzony ojciec wystarczył, by wzbudzić litość w nieprzejednanym sercu? Młody generał słynął z tego, że jest uparty i nigdy nie zmienia raz podjętej decyzji.
- Wezwałem was tutaj, ponieważ nadszedł czas, abyście zmierzyli się z waszym przeznaczeniem – zaczął ostrożnie, wstrzymując oddech.
- Panie mój i ojcze, zaiste tak właśnie jest! – wtrącił się Gideon, uśmiechając się dumnie. – Poprosiłem o rękę najstarszą z córek twego przyjaciela, króla Jakuba i zostałem przyjęty!
- Chcesz się związać z córką Jakuba?! – władca poczuł bolesne ukłucie w sercu. – Przecież jeśli to zrobisz, to…
- Po ślubie odziedziczy koronę i poszerzy nasze wpływy na północy – podpowiedział Gilbert, wyciągając do brata prawą dłoń, by pogratulować mu słusznie podjętej decyzji.
- Nie zgadzam się! – młodzi mężczyźni jednocześnie skierowali wzrok w kierunku swego ojca, zaskoczeni takim obrotem sytuacji. Król Jakub od zawsze był mu najwierniejszym przyjacielem. Od dawna zabiegał, by Gideon zechciał pojąć za żonę piękną Lucill, ponieważ sam nie doczekał się dziedzica, który zapewniłby opiekę i bezpieczeństwo jego poddanym. – Nie tak ma być! Jesteś moim pierworodnym… - nasilający się ból w piersi spowodował, iż na czole władcy pojawiły się krople potu. Zrobiło mu się słabo. By uspokoić skołatane nerwy, zdecydował się przymknąć na chwilę powieki i wziąć kilka głębokich oddechów. Jego synowie wymienili miedzy sobą porozumiewawcze spojrzenia. Władca nie lubił chwil słabości, które coraz częściej targały jego schorowanym ciałem. – Masz okazać szacunek, należny mi jako twemu ojcu! Żądam od ciebie, abyś mnie wysłuchał, a następnie zdjął z moich barków ciążące na mnie piętno!
- Piętno? – jasnowłosy podszedł bliżej tronu i uklęknął przed obliczem starca. – Ojcze, o czym ty mówisz? Jakie znowu piętno?
Władca zawahał się przez chwilę, a następnie podciągnął w górę rękaw swej królewskiej szaty, by synowie mogli uważnie przyjrzeć się szatańskiemu znamieniu.
- Jeszcze przed waszym urodzeniem królestwo popadło w poważne tarapaty. Osaczyły nas wojska nieprzyjaciela. Wróg groził, iż zabije wszystkich, nawet kobiety i dzieci. Proszę, zrozumcie! Nie miałem innego wyjścia! Nie byłem silny, jak ty Gideonie. Nie znałem się także na strategii. Posłuchałem rady jednego z czarodziejów i zaprzedałem swą duszę – po pomarszczonym policzku spłynęła pojedyncza łza. Widząc jak bardzo książęta są poruszeni tym wyznaniem, władca zdecydował się kontynuować swą opowieść. – Popełniłem błąd, z czego dość szybko i brutalnie zdałem sobie sprawę. Chciałem odpokutować winy. Zdecydowałem więc, że nigdy się nie ożenię i nie spłodzę dzieci. Od tamtej chwili przez ponad trzydzieści lat żyłem samotnie, od świtu do nocy poświęcając się sprawom królestwa. Dopiero wasza matka… - na wspomnienie królowej władca ponownie poczuł wielki ból, który odczuwał niemal bez przerwy. – Moje życie chyli się ku końcowi, dlatego jeden z was musi przejąć na siebie ciężar szatańskiego piętna, by nie doprowadzić do naszej zguby!
- Ojcze, dlaczego wcześniej nic o tym nie powiedziałeś?! – wzburzony Gideon czuł, jak jego serce rozdziera się na połowę. Jedna jego część należała do Lucill, ale druga… Przecież nie może zignorować rozkazu króla! Jest jego pierworodnym synem! Jechał tu taki uradowany. Chciał jak najszybciej podzielić się z bliskimi radosną wieścią o rychłym weselisku. Obejmując we władanie królestwo Jakuba, mógłby wreszcie udowodnić swoją wartość. Wstyd by mu było zasiąść na ojcowym tronie, skoro to Gilbert bardziej na niego zasługiwał. Związek z księżniczką, którą pokochał całym serce, zdawał się być podwójnym szczęściem, ale teraz…
- Próbowałeś zdjąć klątwę, panie? – czarnowłosy, z typowym sobie spokojem, nie tracił cennego czasu na panikowanie. Dobrze wiedział, iż w pierwszej kolejności należy poznać przeciwnika, a dopiero później zaatakować. Tak też zamierzał zrobić.
- Tak – przytaknął mu król. – Zdobyłem mapę, prowadzącą do kryjówki  demona, ale nie mam już sił na tak daleką podróż. Poza tym nie wiem także, czy sama mapa nie jest fałszywa.
- Jest tylko jeden sposób, by to sprawdzić – Gideon zacisnął mocno dłonie w pięści. Serce waliło mu w piersi tak głośno, iż musiał się wsłuchiwać w słowa brata i ojca, by zrozumieć sens wypowiadanych przez nich kwestii. Jak wytłumaczy Lucill to, co zamierzał właśnie zrobić?
- Poczekaj – Gilbert złapał go za nadgarstek, gdy ten sięgnął po swój miecz, by złożyć uroczyste przyrzeczenie. – Wiem, co powinniśmy zrobić.