sobota, 9 grudnia 2017

mpreg 23

„Bezsenne Noce


- W takim razie – przerywa lizanie – nie pozwólmy, by choć odrobina się zmarnowała…
- Eli… - unosi na mnie wzrok, rażąc fiołkowym spojrzeniem. Przełykam głośno ślinę. Chciałbym go powstrzymać, a jednocześnie błagać, by nie przestawał. Miejsca, których dotyka, płoną. Ja sam prawdopodobnie zająłem się ogniem. Boję się drgnąć. Za to moje ciało nie ma tego problemu. Silnie reaguje na jego bliskość. Wydaje mi się, iż promieniujące ciepło jego skóry pozbawia mnie tlenu, podkręcają i tak mocno erotyczną atmosferę.
- Dziękuję za czekoladę – dostrzegam figlarny uśmieszek w kącikach jego ust. Leżę napięty niczym struna. Jeśli wykonam jakikolwiek ruch, chłopak skończy pode mną nagi…
- Pro-Proszę – dukam cicho, nie potrafiąc uwolnić się od jego przenikliwych oczu. Chyba czeka na jakąś reakcję z mojej strony, ale co mam zrobić? Pocałować go? Nie powinienem… Jest za młody… Z nieco sennym wyrazem twarzy oraz potarganymi włosami, wygląda zjawiskowo. W dodatku takie spoufalanie bywa bardzo niebezpieczne. Jeśli przysunie się choćby o centymetr, pozna mój wstydliwy sekret… Co mam zrobić?! Co zrobić?!
Napięcie sięga zenitu. Eli przeciąga się szukając sobie wygodniejszej pozycji, po czym ponownie odwraca do mnie plecami, moszcząc na wspólnej poduszce.
- Daj rękę – szuka mojej dłoni, która nieco się trzęsie. Wspaniale, Max… Aż dygoczesz z pożądania. Rób tak dalej, to twój Króliczek ucieknie z krzykiem. Złotowłosy pewnie układa ją na swoim brzuchu. – Może być? – pyta, rzucając mi przez ramię przelotne spojrzenie.
- Ja… - czując pod palcami aksamitną skórę, dochodzę do wniosku, iż zachowuje się jak kompletny idiota. Nie jestem w stanie sklecić żadnej odpowiedzi. Intuicja podpowiada mi, że on czegoś ode mnie oczekuje, ale czego? Nie chcę, by poczuł się wykorzystany. Powinienem najpierw zabrać go na randkę, jakoś lepiej to zorganizować. Już samo to, że pozwala się dotknąć jest wyjątkowe.
- Dzidziuś każe mi spać… - zamyka oczy, błądząc opuszkami po wierzchu mojej dłoni. Przestań, błagam, przestań… Albo dotykaj mnie. Wszędzie.
- Ach… - wyrywa mi się jęk frustracji. To ponad moje siły! Za chwilę eksploduję! Zatapiam twarz w jasnych włosach, by nie mógł na mnie patrzeć. Są takie miękkie i nadal pachną słońcem. Nienawidzę go i pragnę jednocześnie. Czy ta słodka udręka kiedyś się skończy?
Króliczek dość szybko zasypia. Rzeczywiście wygląda na zmęczonego. Nadal widać cienie pod jego oczami. Spoglądam z góry na jego twarz.
- Jesteś piękny… Anielsko piękny… - wyciągam rękę i nieśmiało odsuwam niesforne kosmyki, by go nie drażniły.
Mogłem go pocałować. Mogłem zapytać, dlaczego płakał. Mogłem kupić więcej czekolady. Mogłem go przytulić. Mogłem nie zostawiać go samego. Mogłem się z nim kochać. Mogłem scałować jego łzy. Mogłem go rozebrać. Mogłem powiedzieć, że ma mnie nie dręczyć. Mogłem zabrać go na spacer. Mogłem go lepiej traktować. Mogłem tak wiele, a nie zrobiłem tego…
Ostrożnie wymykam się w łóżka. Wolałbym tu zostać, ale nie chcę kusić losu. Zamiast ciepła jego ciała, wybieram lodowaty prysznic. Nie przeszkadza mi to jednak myśleć o nim intensywnie, gdy… Chcę go! Chcę go tak bardzo, jak jeszcze nigdy nikogo i niczego nie chciałem. Niech będzie mój. Niech mi się odda. Cały. Nauczę go. Nauczę go miłości, rozkoszy, nawet całowania, jeśli będzie tego chciał. Niech mnie chce! Tylko mnie…
Gdy wracam do sypialni, Eli nadal śpi w moim łóżku. Omijam je szerokim łukiem. Jeden krok w tamtą stronę i nieszczęście gotowe. Zamiast się zadręczać rzeczami, za myślenie o których ojciec z pewnością pozbawiłby mnie przyrodzenia, zabieram adidasy i wychodzę pobiegać. Zmęczenie po treningu powinno pomóc.
Powinno, ale nie pomaga! Dochodzi ósma. Jestem zdyszany, a on odkryty i taki… Drobny jest. I wciąż szczupły. Jego brzuch jest nieco zaokrąglony. Skóra jasną i napięta. Włosy wyglądają jak aureola. A usta… Boże, ratuj mnie!
Zimna woda spływa po moim rozgrzanym ciele, zastałe mięśnie pulsują od bólu, a myśli krążą tylko wokół sposobu, w jaki zlizywał czekoladę z moich palców… Warczę wściekle, tłumiąc kolejny już orgazm dzisiejszego poranka.
Ubieram się pośpiesznie, by jak najszybciej opuścić sypialnię. Poszukam ojca. Niech każe mi coś robić. Cokolwiek. Bylebym tylko nie został z nim sam. Tymczasem zaspany Eli siedzi już na brzegu łóżka. Chowa twarz w dłoniach. Znowu płacze? Kierowany instynktem, podbiegam do niego i klękam na dywanie.
- Hej, co się dzieje? – dotykam jego dłoni, by móc spojrzeć mu w oczy.
- Nic. Za długo spałem – odpowiada, rozmasowując sobie skronie.
- Głowa cię boli? Mam przynieść jakieś tabletki? – proponuję mu.
- Max, w ciąży nie wolno brać leków. Nic mi nie jest – bagatelizuje problem.
- Nadal kiepsko wyglądasz. Jesteś blady. Może pojedziemy do lekarza?
- Nie, dziękuję. Muszę się napić wody – odpycha mnie od siebie, ale nie pozwalam mu wstać.
- Nie możesz odmówić! To dla dobra dziecka.
- Mogę – odseparowuje od siebie moje dłonie, którymi dotykam jego ramion. – A teraz puść mnie. Chcę iść do kuchni.
- Poczekaj tu. Przyniosę ci wodę – jego stan martwi mnie coraz bardziej. Na szczęście na dole jest tata. On mi pomoże.
- Dzień dobry – od samego rana ma dobry humor. Zazdroszczę mu.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry – z posępnym wyrazem twarzy wyciągam z lodówki dzbanek.
- Coś się stało? – zagaduje mnie.
- Eli źle się czuje. Wolałbym, aby obejrzał go lekarz.
- Co mu jest? – tak jak przypuszczałem, Peter Ford od razu gotowy jest do działania.
- Nie wiem. Jest blady, źle sypia i głowa go boli – wyliczam.
- Zadzwonię do szpitala i sprawdzę, czy jego lekarka ma dziś dyżur – wyciąga swój telefon i od razu wybiera numer. W napięciu przysłuchuję się rozmowie. – Załatwione – klepie mnie po ramieniu, kończąc połączenie. – Powiedz Eli, że za godzinę wyjeżdżamy.
- Ja pojadę – dobrze wiem, co kombinuje. Próbuje mnie od niego odciąć, abym nie denerwował chłopaka. Ma pecha. Może sobie o mnie myśleć co tylko chce. Potrafię być odpowiedzialnym przyszłym ojcem i zrobię co w mojej mocy, by otoczyć Króliczka opieką.
- Synu, wiem, że masz dobre chęci, ale…
- Nie martw się tato. Poradzimy sobie – ucinam temat i wracam na górę.
Eli nadal siedzi na brzegu łóżka. Nie podnosi na mnie wzroku, gdy wchodzę do pokoju.
- Proszę, napij się – podsuwam mu szklankę z wodą. Blondyn próbuje mi ją odebrać, lecz bezcelowo. Teraz ja tu rządzę. – Nie chcę, abyś się oblał.
- Nie przesadzasz? – prycha gniewnie.
- Odpocznij. Za godzinę pojedziemy do lekarza – informuję go o tym, co udało mi się załatwić.
- Nie chcę. Mówiłem ci już, że nic mi nie jest! – nie jest zadowolony, co wcale mnie nie dziwi.
- Eli…
- Zostaw mnie w spokoju! – wpełza pod kołdrę i odwraca się do mnie plecami.
- Nie denerwuj się – siadam obok niego i kładę mu dłoń na plecach. Spina się pod wpływem tego gestu. Nie chcę go dodatkowo rozdrażniać, więc cofam rękę.
Mija pół godziny. Nerwowo zerkam na zegarek. Nawet jeśli śpi, powinienem go obudzić. Ponownie siadam obok niego na łóżku.
- Wiem, że jesteś zmęczony, ale dziecku może dziać się coś złego – mój polubowny ton na niewiele się zdaje. Ciężarny obraca się do mnie twarzą i rzuca lodowate spojrzenie.
- Jasne, tylko dziecko się liczy… - puszczam jego sarkazm mimo uszu i chcę mu pomóc wstać, lecz mnie ignoruje.
Przez cała drogę do szpitala nie odzywamy się do siebie ani słowem. Gdy tylko parkuję samochód, od razu wyskakuje ze środka i podąża w kierunku pięciopiętrowego, białego budynku. Nigdy wcześniej tu nie byłem, więc idę za nim, jednocześnie starając się zapamiętać drogę.
Lekarka okazuje się przemiłą i bardzo cierpliwą osobą. Odpowiada na wszystkie moje pytania oraz zleca masę dodatkowych badań. Gdy widzę dziecko na monitorze, łzy napływają mi do oczu. Próbuję nakłonić Eli na poznanie płci dziecka, lecz stanowczo odmawia. Bez jego zgody nic nie da się zrobić. Uparciuch.
Po badaniach ogólnych, namawiam lekarkę na badania szczegółowe. Chcę mieć absolutną pewność, że wszystko jest w najlepszym porządku. Kobieta zabiera chłopaka ze sobą. Spędzam kilka godzin w poczekalni, rozmawiając z nowopoznanymi przyszłymi ojcami. Mam wrażenie, że w powietrzu unosi się radosne oczekiwanie. Wszyscy są uśmiechnięci. Zwłaszcza osoby w ciąży. Wyjątek stanowi pewien blondyn…
- W porządku? – pytam, choć wystarczy mi jedno spojrzenie by stwierdzić, że nie jest dobrze. Jasnowłosy wygląda gorzej niż rano. Na rękach ma przyklejone plastry i znacznie intensywniej podkrążone oczy.
- Tak, jest super – muska skronie opuszkami. – Każesz mnie dalej torturować, czy wracamy do domu?
- Wracamy. Zaniosę cię do auta – próbuję go objąć, lecz mi na to nie pozwala.
- Nie dotykaj mnie – syczy, wlokąc się na parking.
W czasie drogi odczuwam silne wyrzuty sumienia. Zwłaszcza wtedy, gdy kątem oka dostrzegam, jak po policzku spływają mu łzy. Staram się jechać bardzo spokojnie, bo najwidoczniej głowa nadal go boli. Gdy wysiada, trzyma się drzwi, by nie upaść. Dłużej nie mogę patrzeć na to, jak się męczy. Zanoszę go na górę wprost do mojego łóżka. Jest wykończony i natychmiast zasypia. Zasłaniam okna, zdejmuję mu buty i krążę nerwowo po pokoju. Po pewnym czasie przenoszę się do kuchni, gdzie tata robi sobie kanapki na obiad.
- Jak mój wnuk? Pokażesz mi zdjęcia z USG? – dopytuje, wycierając ręce w ściereczkę i podchodząc bliżej, gdy wyciągam z kieszeni złożoną na pół kartkę. – Jest doskonały – uśmiecha się, totalnie rozczulony.
- Wiem – przytakuję mu.
- Synu, coś nie tak? – czyta ze mnie jak z otwartej książki.
- Nie, wyniki badań są w normie. Eli to okaz zdrowia, ale… - przerywam, nie wiedząc co powinienem mu powiedzieć. To, że jestem palantem, nie jest żadnym odkryciem. – Tato, czemu to jest takie trudne?
- Co jest trudne?
- Dlaczego nie umiemy się dogadać? Czemu on trzyma mnie na dystans? Przecież tak się staram, a wszystko co robię, zamienia się w katastrofę. Powiedz mi, czemu tak jest?
- Jęczysz jak stara baba! – ojciec odsuwa sobie krzesło i gestem wskazuje, abym usiadł obok. Ociągam się, robiąc to, co mi każe. – Mówiłem ci, że tak będzie. Nie słuchałeś.
- Wiem, miałeś rację! Jesteś zadowolony? – nie potrafię uciec przed frustracją.
- Byłbym zadowolony, gdybyś zachował się jak mężczyzna.
- Masz na myśli ślub? Mówiłem ci, że nic z tego! My nie… - no właśnie, my nie…? Sytuacja uległa zmianie. Eli nie wydaje mi się już odpychający. Wprost przeciwnie. Nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy spróbowali. Dla dobra dziecka, oczywiście.
- Tak, tak, rozumiem. Jesteś stworzony do wyższych celów. Chcesz być ojcem, ale nie mężem – odgryza kawałek kanapki.
- To brzmi okropnie, gdy mówisz o tym w taki sposób! – żalę się.
- Synku, nie możesz winić Eli za to, że trzyma dystans. Prawda jest taka, że twoja oferta jest bardzo jednostronna. Dziecko pojawi się dopiero za kilka miesięcy, a do tego czasu umyłeś ręce od problemów.
- Nieprawda! Ja staram się…
- Starasz się? – drwi ze mnie, prawie krztusząc się chlebem. – A w czym objawia się to twoje staranie?
Dobre pytanie. Za dobre. Milczę, nie wiedząc jak powinienem na nie odpowiedzieć.
Rozmowa z ojcem pogarsza mój podły nastrój. Wracam na górę, bo chciałbym być przy Eli, gdy się obudzi. Sadowię się na jego malutkim łóżeczku i wyciągam z portfela rysunek dziecka, który mu zabrałem. Dziecko. Nasze dziecko… Jeszcze się nie urodziło, a my już zdążyliśmy skomplikować jego życie…
Spoglądam w kierunku blondyna, który wydaje z siebie cichy jęk bólu.
- Króliczku… - pospiesznie wstaję i siadam za jego plecami.
- Boli… Bardzo boli… - szepcze przez sen.
- Co mam zrobić, żeby nie bolał? Powiedz mi. Zrobię wszystko. Przysięgam… - współczuję mu, lecz samo współczucie nie sprawi, że poczuje się lepiej. Układam dłonie na jego karu i zaczynam delikatnie masować. W jednej z książek o ciąży było napisane, że to pomaga. Nie mam pojęcia ile w tym prawdy, lecz wyraźnie czuję, że jasnowłosy nieco się relaksuje. – Tak dobrze?
- Mhm…
Z jego karku przenoszę się na ramiona. Czując pod palcami jaki jest drobny, zastanawiam się, jak zniesie trudy ciąży. Po kilku minutach masażu przestaje walczyć. Poddaje się. Chciałbym być jego siłą. Wspierać go. Nosić na rękach. Pieścić. Karmić. Chcę być blisko. Bardzo blisko…
Nastaje wieczór i za oknami robi się coraz ciemniej. Nie zapalam światła. Przez te kilka godzin, które spędziłem w łóżku razem z Eli, miałem dość czasu by przemyśleć wiele spraw. Moja lewa dłoń przez cały ten czas gładziła plecy śpiącego chłopaka. Musiał poczuć się lepiej, bo w końcu zasnął naprawdę głęboko. Martwi mnie, że poza czekoladą, nic dziś nie zjadł. Zaczęliśmy poranek w tak niecodzienny sposób. Od tamtej chwili minęły wieki.
- Max? – niespodziewanie siada na łóżku i rozgląda się w ciemności.
- Lepiej się czujesz? – odsuwam część jego włosów do tyłu, by przyjrzeć się jego twarzy.
- Tak.
- Głowa jeszcze boli?
- Nie. Która jest godzina? – jego zdezorientowanie sprawia, iż wydaje mi się słodki w swojej bezradności.
- Dochodzi dziesiąta.
- Przespałem cały dzień? – dziwi się, próbując zejść z łóżka.
- Potrzebowałeś tego po torturach, które ci zapewniłem… - przypominam mu jego własne słowa. – Przepraszam. Tak bardzo martwiłem się o dziecko, że zupełnie nie przyszło mi do głowy, jak to się na tobie odbije.
- Wiem. Nie musisz mi tego tłumaczyć – zapalam lampkę, by widzieć jego oczy. Rozmawiamy o zbyt ważnych rzeczach. Nie chcę, by cokolwiek mi umknęło.
- Muszę! Ja… - unosi na mnie wzrok. – Nie zawsze zachowuję się jak kretyn. Po prostu gdy jestem z tobą, wariuję. Rozumiesz?
- Nie. – Zabija mnie tą odpowiedzią. Co mam powiedzieć? Jak to ubrać w słowa?
- Proszę, pomóż mi. Gdy się ode mnie odcinasz, błądzę w ciemnościach. Nie wiem, co zrobić, bo nie wiem, czego oczekujesz.
- Niczego od ciebie nie oczekuję. Sam wielokrotnie podkreślałeś, że na nic nie mogę liczyć i…
- Przestań! – przerywam mu. – Wiem, co mówiłem. Bardzo się za to wstydzę – chyba pierwszy raz jestem wobec niego aż tak szczery. – Daj mi szansę to naprawić.
- Max…
- Nie musisz nic mówić. Poczekaj, aż zacznę działać – uśmiecham się do niego, by rozładować napięcie.
- Nie strasz mnie. I bez tego jest mi trudno – odpowiada zgryźliwie.
- Jesteś głodny? Przyniosę ci kolację.
- Nie jestem – krzywi się.
- Ale…
- Wczoraj spędziłem dużo czasu z panią Gertrudą. Nie masz pojęcia ile kazała mi zjeść – skarży się.
- Przepraszam. Powinienem był zostać z tobą – tłumaczę się skruszony.
- A gdzie byłeś? – Cholera! Trzeba było siedzieć cicho.
- Musiałem pomyśleć. Nieważne. Musisz coś zjeść. Co powiesz na zupę? – szybko zmieniam temat.
- Nie mam ochoty. Wezmę prysznic i się położę. To był męczący dzień.
- To może czekoladę? Karmelowa została wyprzedana, ale przywiozę ci inną – jestem gotowy na podbój wszechświata, jeśli tego ode mnie zażąda.
- Nie, dziękuję.
- Czy ja się przesłyszałem? Nie chcesz słodyczy? – moje oczy robią się wielkie niczym spodki.
- To dziecko decyduje co będziemy jeść, nie ja – tłumaczy mi, obejmując brzuch. Też mam ochotę go objąć.
- A kakao? – przypominam sobie o jego przysmaku.
- To zależy ile cukru wsypiesz… – uśmiecha się, idąc do łazienki.
- Dużo – wołam za nim.
Gdy mam pewność, że mnie nie słyszy, wyciągam swój telefon i wysyłam wiadomość. Liczę na twoją pomoc, przyjacielu…

środa, 6 grudnia 2017

mpreg 22

„Bezsenne Noce



Plany Eli zostały pokrzyżowane nagłym pojawieniem się pani Gertrudy, która jest najbliższą przyjaciółką mojej mamy. Uzbrojona w talerz własnoręcznie przygotowanych słodkości, przywitała blondyna ciepłym uśmiechem. Najwidoczniej wpadli na siebie, gdy ten wychodził z domu, bo nie słyszałem dzwonka.
- Mój drogi, jak dobrze, że cię widzę! – kobieta odstawia ciastka na stół, po czym mocno obejmuje ciężarnego, a następnie kieruje swój wzrok na jego brzuch. – Jak się ma wasze maleństwo?
- Dobrze, dziękuję – szepcze chłopak, szukając u mnie wsparcia. Nic z tego. Chciałeś pobyć z daleka ode mnie, więc pobędziesz.
- Dzień dobry – witam się przelotnie ze starszą panią.
- Max, jak miło cię widzieć – emerytka odpowiada uśmiechem na mój uśmiech, po czym mnie również mocno ściska. Muszę się nieco nachylić, by mogła mnie objąć za szyję. – Umówiłam się z Pamelą, że wpadnę, jak tylko załatwię wszystkie sprawy, dotyczące cateringu. Nie macie nic przeciwko, jeśli pozawracam wam chwilę głowę? – dopytuje.
- Ależ skąd. Eli, dotrzymasz towarzystwa naszej sąsiadce? Muszę na chwile wyskoczyć do warsztatu. Dostawca przywiózł części, na które tata od dawna czekał – to kłamstwo, które bardzo gładko przechodzi mi przez usta. Dobrze wiem, co będzie dalej. Pani Gertruda każe sobie zrobić herbatę, a potem wepchnie w niego otrębowo-orkiszowe „pyszności”. Marzył o słodyczach, a teraz będzie ich miał w nadmiarze. I wszystkie tylko dla niego… Niech je. Może dzięki nim bardziej doceni to, co mu daję.
- Oczywiście. Proszę – usłużnie odsuwa jej krzesło, unikając przy tym mojego wzroku. Wygląda na zawiedzionego. Wcale mu się nie dziwię.
- Bawcie się dobrze – uśmiecham się do niego złośliwie, ewakuując się z tego okrętu.
Mając popołudnie tylko dla siebie, postanawiam spędzić je tak, jak spędziłbym je razem z Eli, gdyby nie był wrednym uparciuchem. Idę na spacer nad jezioro, a także kupuję najpyszniejsze lody, jakie ostatnio jadłem. Skoro woli Freddiego, to niech on go rozpieszcza. Zasłużył na karę w postaci ohydnych ciastek.
Mój pobyt w kawiarni znacznie się przedłuża. Piję kawę i przeglądam gazety, ciesząc się zasłużonym relaksem, który co rusz przerywany jest pojawieniem się małych dzieci oraz ich rodziców. Jest gorąco, a maluchy są żądne ulubionego deseru. Swojemu synkowi także nie odmówiłbym żadnej przyjemności…  No właśnie, mój synek… Mój, nie Freddiego. Najwidoczniej za długo przebywał na słońcu, skoro wydaje mu się, że dam sobie odebrać najważniejszą istotę na tej planecie.
Króliczka też mu nie oddam. Dziecko będzie go potrzebowało. Bez niego… Nie, nie wyobrażam sobie, by mogło go zabraknąć. Musi być blisko. Poza tym jest zbyt… Jest taki… Taki… Nie ma mowy, by ten wiejski dorobkiewicz mi go odebrał. Na samą myśl, iż wyciąga brudne łapska i próbuje go dotknąć, robi mi się niedobrze. Może go uszkodzić! Pobrudzić! Wystraszyć!
W tej samej chwili do kawiarni wchodzi młoda kobieta, która również spodziewa się dziecka. Towarzyszy jej mężczyzna. Dostrzegam obrączkę na jego palcu. Więc są po ślubie. Bardzo troskliwie troszczy się o żonę. Przynosi jej lemoniadę i lody z bitą śmietaną. Kobieta uśmiecha się do niego, jednocześnie głaszcząc brzuszek… To się nazywa szczęście… Kiedyś, dawno temu, coś takiego było spełnienie moich marzeń. Zakochać się, zaopiekować ukochaną osobą, wychowywać wspólnie dzieci… Co wyszło z moich planów? I dlaczego został w nie wplątany ten piękny nastolatek?
Ciepło i spokój, bijące od oczu nieznajomej, ranią mnie do żywego. Eli tak na mnie nie patrzy. Raz zrobił wyjątek – szkoda, że nie pamiętam w jaki sposób zasłużyłem na ten akt łaski… Gdybym się nie upił, jak skończony kretyn, to może miałbym jakąś szansę. Dlaczego potrafię wyłącznie pogorszyć sprawę? Relacje miedzy nami są napięte i do tej pory nie zrobiłem nic, by to zmienić.
Trzeba było zabrać go ze sobą, a nie zostawiać samego w domu. Pewnie mama i Gertruda nadal zadręczają ciężarnego swoimi szalonymi pomysłami, a on zmuszony jest wysłuchiwać ich historii, bo nie ma się gdzie ukryć. Biedaczek. Chciał pójść na spacer, a został uwięziony z dwoma matronami, które wszystko wiedzą najlepiej. Liczył na to, że mu pomogę. Już dawniej żalił się na zdrowotne wypieki. Porcja lodów nie wyrządziłaby dziecku żadnej krzywdy. Nie mówiąc już o tym, że podobałoby mu się tutaj. W kawiarni jest miło i przytulnie. Nie dziwię się, że smętnym wzrokiem zerka w kierunku Freddiego. On zapewniał mu atrakcje. Wyciągał z domu. A ja? Wpędzam go jedynie w poczucie winy.
Wracając do domu zahaczam o sklep, w którym już raz dziś byłem. Odpokutuję swoje winy, kupując mu to, czego chciał. I tym razem nie będzie to miniaturowy, bezcukrowy batonik, smakujący jak mydło. Dostanie czekoladę. Największą tabliczkę, jaką uda mi się znaleźć.
Przeglądam zawartość sklepowego regału. Musi gdzieś tu być… Mijają bezcenne minuty, a ja nie mogę znaleźć tej właściwej! Dlaczego? Eli wyraźnie zaznaczył, iż ma być gorzka z dodatkiem karmelu. W końcu zaczepiam jednego z pracowników działu ze słodyczami.
- Wiem, o którą panu chodzi, ale została wyprzedana. Proszę przyjechać w przyszłym tygodniu – informuje mnie, wskazując jednocześnie puste miejsce na półce.
- Wyprzedana?! Nie macie ani jednej?! – Za co?! Za co?! Czy chociaż ta jedna, najprostsza czynność, nie może mi się udać?!
- Rano były setki sztuk, ale to nasz produkt tygodnia. Może zechce pan wybrać coś innego? – wskazuje na inne pralinki, którymi obecnie pogardzam.
- To musi być ta! Mój chłopak jest w ciąży i… - do szału doprowadza mnie myśl, iż mogłem spełnić jego życzenie. Przecież gdy byłem tu kilka godzin temu, widziałem jak klienci pakują do koszyków te niepozorne, zielone opakowania. Szlag by to trafił!
- Proszę spróbować na stacji benzynowej. Ta sama firma sprzedaje także batoniki. Smakują tak samo, ale są znacznie mniejsze – radzi.
- Naprawdę? – ta informacja na nowo przywraca mi chęć do życia. – Tak właśnie zrobię, dziękuję! – wybiegam ze sklepu i nerwowo odpalam silnik. Muszę zdobyć te batoniki, choćby nie wiem co!
Droga na stację benzynową zajmuje tylko kilka minut. Jestem zdenerwowany. Jest już po dwudziestej pierwszej. Nie zdążę do innych sklepów… Parkuję samochód i z miną godną płatnego mordercy przewracam wszystkie kartony, by odnaleźć na półce jeden zabłąkany batonik.
- Mam cię! – krzyczę na cały głos, wzbudzając zainteresowanie innych klientów.
- Coś jeszcze? – przestraszona dziewczyna, obsługująca kasę, zerka na mnie niepewnie. Pewnie w duchu dziękuje Bogu za to, że nie jest sama z szaleńcem.
- Nie, dziękuję – udaję niewzruszonego moim dziwnym wybrykiem. Płacę i odjeżdżam, bo nie chcę, by wezwała policję.
Niestety, nie wszystko układa się po mojej myśli. W domu nadal obecna jest pani Gertruda, która razem z rodzicami omawia szczegóły przyjęcia. Całą trójka śmieje się przy tym wesoło. W salonie obecny jest także Eli, który wygląda jeszcze bardziej żałośnie, niż przed moim wyjściem. Sprząta ze stołu, a następnie idzie do kuchni, gdzie rozładowuje naczynia ze zmywarki. Najchętniej wyciągnąłbym go z domu i nakarmił czekoladą, ale doskonale zdaję sobie sprawę z czujnych oczu ojca, który śledzi każdy mój krok. Martwi się o małego Króliczka. „Spokojnie, tato, zaraz się nim zajmę. Zobaczysz, jaki będzie zadowolony.” Ściskam w kieszeni mój miniaturowy prezent, nie mogąc się doczekać słodkiego sam na sam.
Tymczasem chłopak, pod pierwszym lepszym pretekstem, wymyka się do ogrodu, a ja zostaję zmuszony do wzięcia udziału w zażartej dyskusji, dotyczącej oświetlenia. Siedzę jak na szpilkach, czekając wyłącznie na to, aż nasz gość zdecyduje się wrócić do domu, lecz na nic takiego się nie zanosi.
Dopiero po dwudziestej trzeciej tata prosi, abym odwiózł panią Gertrudę do domu. Starsza pani boi się sama prowadzić o tak późnej porze. Zostawia nam kluczyki od swojego wozu, który mamy jej rano podstawić pod dom. Oczywiście najpierw tata sprawdzi poziom oleju i zerknie na silnik, ale to przecież szczegół.
Choć znam panią Gertrudę od dziecka i nie mam nic przeciwko sąsiedzkim przysługom, tym razem nie marzę o niczym innym, jak tylko znalezienie się z Eli w naszej sypialni. Kobieta ma chyba szósty zmysł, bo najpierw szczegółowo wypytuje mnie o części, które miałem odebrać, a potem każe mi wejść do środka, bo ma przygotowany cały zapas przysmaków, które tak bardzo smakowały Króliczkowi.
- To taki dobry chłopiec. I taki utalentowany. Masz sporo szczęścia, Max – uśmiecha się, szukając papierowej torebki w kredensie.
- Też tak uważam – cedzę przez zaciśnięte zęby, obserwując jak powolnie przesuwają się wskazówki na wielkim zegarze w kształcie czerwonego imbryka, który zdobi ścianę jej przestronnej kuchni.
- I jest taki kochany. Obiecał, że namaluje specjalny prezent na rocznicę ślubu mojej córki. Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam – klaszcze w dłonie, upuszczając papierową torebkę na blat.
- Odbiorę to jutro, dobrze? – przystępuję z nogi na nogę, gotów w każdej chwili rzucić się do ucieczki.
- Wolałabym, abyś zabrał je teraz. Bardzo mu smakowały. Zjadł chyba dziesięć… - Eli, tak mi przykro…
Zanim udaje mi się wrócić do domu, mija kolejnych czterdzieści minut. Rodzice chyba poszli już spać, bo światła na dole są pogaszone. Wbiegam na górę. Tu również jest ciemno.
- Eli… - szepczę, by go nie obudzić. Odpowiada mi cisza. Nie wytrzymam dłużej tego napięcia! Zapalam nocną lampkę. Jego łóżko jest puste. Gdzie się podziałeś? Sprawdzam łazienkę, a potem kuchnię. Zostało tylko jedno miejsce.
Bezdźwięcznie otwieram drzwi prowadzące na taras i kieruję się w stronę altanki. Tam także jest ciemno. Z oddali dostrzegam tylko przytłumiony błysk. Zapewne jego telefon. Nieważne. Grunt, że będziemy sami.
Gdy dzielą nas już dosłownie dwa metry, wyraźnie słyszę, jak zapłakany Eli pociąga nosem. Świetnie, tylko tego brakowało mi do szczęścia…
- Tak mi ciężko… Tak bardzo mi ciężko… - chlipie, siedząc skulonym na niewielkiej sofie. – Nie sądziłem, że… T-To takie tru-trudne… - wykorzystuje wszystkie pokłady siły, by nie rzucić się przed siebie i nie schować go w swoich ramionach. Jest taki bezbronny, a jego łzy… - Dobrze, że mam ciebie. Inaczej byłbym całkiem sam. Kocham cię. Tak bardzo cię kocham… - Siadam na trawniku, tuż przy balustradzie, by mnie nie widział. Wiem, że powinienem go pocieszyć, lecz to moja szansa, by poznać jego myśli. Szczerze wątpię, iż powiem mi prosto z mostu co go trapi. Nie jest specjalnie wylewny. – Nie martw się, skarbie. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Niedługo się stąd wyprowadzimy, a wtedy… - ziewa. – Jestem taki zmęczony. Nie mam siły, by wrócić na górę… - pociąga jeszcze kilka razy nosem, aż w końcu zasypia.
Wstaję ze swojego miejsca i korzystając z latarki w moim telefonie, podchodzę do śpiącego. Owinął ramiona wokół brzucha. Mój mały nieszczęśnik… Ostrożnie biorę go na ręce.
- Max…
- Śpij. Zaniosę cię do łóżka – przygarniam go jak najbliżej siebie. Chłopak tak ufnie przytula się do mojej klatki piersiowej, jakby szukał schronienia. Gdy mam go blisko… Nie, gdy mam ich tak blisko… Eli miał rację, wszystko będzie dobrze…
Już po drodze na górę postanawiam, że będzie spał ze mną. Nie wyobrażam sobie, abym miał go teraz wypuścić ze ramion. Tu jest jego miejsce. Tylko tu. A ja jestem jedynym mężczyzną, który będzie go tak tulił. Układam go więc na pościeli i okrywam, po czym siadam na brzegu łóżka, by jeszcze przez chwilę móc na niego patrzeć.
- Króliczku… Mój mały Króliczku… - gładzę go po jasnych włosach. Nawet nie drgnął. Przekręca się na boku, plecami do mnie, co wyjątkowo mi odpowiada. Podpieram głowę prawą ręką, a lewą wsuwam pod kołdrę, szukając jego biodra. Zakradam się palcami pod jego T-shirt, by dosięgnąć dziecka. Po chwili przesuwam dłoń w dół, aż udaje mi się dosięgnąć do zapięcia jego szortów. Będzie mu wygodnie, a przynajmniej tak mi się wydaje. Kusi mnie, by go dalej rozbierać, ale to byłaby gruba przesada. I wyszedłbym na zboczeńca, którym przecież nie jestem. Jestem za to totalnie zakochany w moim synu, którego ponownie zaczynam gładzić dłonią. Dobrze mi. Tak jest dobrze…

Nie mam pojęcia, która jest godzina, lecz wyraźnie czuję, jak Eli wierci się w moich ramionach. Nieporadnie obraca się twarzą do mnie, bo owinięty jest szczelnie kocem i prześcieradłem. Jego twarz znajduje się kilka centymetrów od mojej. Ciepły oddech drażni skórę. Obejmuję go ramieniem, by mi nie uciekł.
- Znowu śpię w twoim łóżku… - mruczy przez sen, nie otwierając oczu.
- Zasnąłeś w ogrodzie – przypominam mu.
- Mogłeś mnie tam zostawić.
- Nie mogłem – przysuwam się o kilka centymetrów. Moja dłoń wciąż dotyka jego nagiej skóry. Pozwala mi na to, więc wykorzystuję okazję i gładzę go po plecach.
- Która godzina? – pyta po chwili. Brzmi to prawie jak westchnienie.
- Śpij. Jest bardzo wcześnie – moim zdaniem nie ma nawet piątej. Jeśli wydaje mu się, że pozwolę mu wstać, to jest w błędzie.
- Twoje dziecko jest głodne – wyznaje przysypiając.
- Na co ma ochotę?
- Na cukier – mamrocze pod nosem. Nareszcie! To moja szansa.
- Czekolada może być? – upewniam się.
- Śnię o czekoladzie… - jego usta wykrzywiają się w delikatnym uśmiechu. – Nie chcę się budzić… - szepcze, układając dłoń na swoim brzuchu.
Sięgam po batonik, który zostawiłem na szafce nocnej i rozrywam opakowanie. Wreszcie mam szansę zrobić coś dobrego.
- Otwórz usta – zaskoczony chłopak unosi powieki.
- Czekolada… - wypowiada to słowo w taki sposób, jakby kryły się w nim wszystkie zaklęcia miłosne. Próbuje wyswobodzić rękę, by odebrać mi batonik.
- Nie – odsuwam go delikatnie. – Ja cię nakarmię. Otwórz usta – powtarzam napiętym od emocji głosem. Eli posłusznie rozchyla wargi i odgryza niewielki kawałek, mrużąc oczy, jakby był kotem.
- Mmm… - wyrywa mu się cichutki pomruk rozkoszy, który przyprawia mnie o dreszcze. Pochłania kolejny kawałek, a później jeszcze jeden. Nie mam pojęcia ile to trwa, lecz obserwowanie jego reakcji sprawia, iż robię się bardzo podniecony.
Wsuwając ostatnią cząstkę do jego ust, mam jednocześnie ochotę zerwać resztę naszych ubrań i kochać się z nim do nieprzytomności. W sumie to jestem tak niewiarygodnie pobudzony, że nawet ubrania nie wydają mi się problemem.
- Nie ma więcej? – ponownie unosi powieki, okazując swoje niezadowolenie.
- Przykro mi – ton mojego głosu brzmi obco i przepełniony jest pożądaniem, nad którym praktycznie nie panuję. Jasnowłosy sięga po moją rękę i patrząc mi prosto w oczy, przesuwa swoim gorącym językiem po moich ubrudzonych rozpuszczoną czekoladą palcach.
- W takim razie – przerywa lizanie – nie pozwólmy, by choć odrobina się zmarnowała…

sobota, 2 grudnia 2017

Uparty jak Gilbert

Rozdział 10


- Odczytaj mapę! Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię! Jednak zanim to nastąpi, będziesz cierpieć znacznie bardziej, niż jesteś to sobie w stanie wyobrazić… Wiesz, że nie żartuję! - Gilbert po raz kolejny owinął krnąbrną wróżkę złotym łańcuszkiem, który trzymał wysoko nad stołem. Niewielka istotka uniosła na niego zbolałe spojrzenie i pisnęła żałośnie, po czym spuściła wzrok, godząc się ze swoim losem. „To nic nie daje… Czemu jest taka uparta?!” – zirytował się, po czym odłożył ją na mapę a sam wstał z krzesła i zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu. Miał wrażenie, iż ostatnie dwa dni, przepełnione pytaniami o zaszyfrowane znaki oraz niekończącymi się groźbami, nic nie dały. Nie zbliżył się nawet o milimetr do rozwikłania tajemnicy. Odsłonił diabelski znak, zdobiący jego ciało i ponownie prześledził go wzrokiem. „Całe królestwo jest w niebezpieczeństwie, a ta bezskrzydła, nieugięta…” – zerknął w kierunku stołu, na którym zostawił swą ofiarę. Nie wyglądała dobrze. Jej wzrok stawał się mętny. Książę miał wrażenie, iż coraz trudniej przychodzi jej koncentrowanie się na słowach, które wypowiadał. Wiedział, iż to on ponosił winę za ten stan. Magiczne istoty miały swoje słabe punkty. Ich ciała odporne były na choroby, którym ludzie tak łatwo ulegali, jednakże okazywały się całkowicie bezbronne wobec braku wody. Jej brak sprawiał wróżce prawdziwy ból…
Monarcha podszedł z powrotem do stołu, przygotowując się na kolejny atak. Filigranowe ciało malutkiej więźniarki wydało mu się drobniejsze, niż zwykle. Kobieta z trudem otwierała oczy, których złoty blask wydawał się księciu zapomnianym wspomnieniem. Na jego miejsce pojawiły się zapadnięte policzki, podkrążone oczy i niezliczone siniaki, okrywające ramiona. Pisk wróżki również był wyjątkowo cichutki. „Albo zacznie mówić, albo zginie…” – zdecydował. Mimo to nie potrafił się zmusić, by ponownie unieść istotkę do góry i zadać jej kolejne cierpienia. Przytłoczony niespodziewaną szarżą poczucia winy, odkręcił łańcuszek i pozwolił, by chwilę odpoczęła. Kobieta z wdzięcznością roztarła obolałe ramiona, po czym zwinęła się w kłębek i zasnęła.
Gilbert do rana nie potrafił zasnąć. Kręcił się na łóżku, zastanawiając nad tym, co robi jego brat oraz przeklinając w myślach Liora, który nawet na odległość potrafił skutecznie wpłynąć na jego postępowanie. Jego doradca z pewnością nie zniżyłby się do torturowania wróżki. Wprost przeciwnie. Żywił wiele serdecznych uczuć do jej ludu. A matka… Jak zareagowałaby na jego postępowanie? Pewnie wyrzuciłaby go z zamku… Jako generał nie raz zmuszony był siłą wyciągać od wroga różne informacje, lecz jeszcze nigdy nie torturował kogoś aż tak słabego.
Gdy nastał świt, książę zerwał się z łóżka, by ostatecznie rozprawić się miniaturową więźniarką. Sięgnął po sztylet i zbliżył się do stołu. Złotooka nadal spała, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jeszcze wczoraj, gdy tylko się do niej zbliżał, próbowała uciec. Tymczasem dzisiaj… Gilbert obrócił swą broń, by przypadkowo nie skaleczyć dziewczyny ostrzem, po czym przewrócił ją na plecy. „Nie żyje…” – przeszło mu przez myśl. Pośpiesznie odłożył sztylet i przytknął opuszek palca wskazującego do jej klatki piersiowej. „Oddycha!” – ucieszył się w duchu. Ponownie sięgnął po sztylet, by unieść jej głowę. Wróżka skrzywiła się z bólu, bo nie było jej wygodnie. „Matko, robię to tylko dla ciebie…” – westchnął, po czym pociągnął za łańcuszek i ułożył nieprzytomne ciało we wnętrzu swojej lewej dłoni. Zdziwiło go, że jest taka malutka i lekka, ale przede wszystkim bardzo zziębnięta. Sięgnął po kubek z wodą. „Jak to zrobić? Nie wrzucę jej do środka, bo jeszcze się utopi…”. Trudno było napoić kogoś tak malutkiego. „Może łyżeczką? Nie, jest za duża… Kto by przypuszczał, że będę się zadręczać takimi drobiazgami… Nie mam wyjścia…” – zamoczył palec w wodzie i zbliżył do jej twarzy. „Chyba przesadziłem” – skarcił się, gdy zachłysnęła się wodą i z trudem otworzyło oczy.
- Pij – nakazał jej, choć zdawał sobie jednocześnie sprawę, iż może być za późno. Mimo to wróżka zlizała resztki wody z jego palca, po czym odetchnęła z ulgą. To zachęciło Gilberta, by identyczny sposób podać jej kolejną porcję.
Woda zdziałała cuda. Złotooka zdawała się czuć nieco lepiej. Książę położył ją więc na stole. Poczekał, aż gospodyni przyniesie śniadanie i odłamał spory kawałek słodkiej bułeczki, którą się z nią podzielił. Wróżka spojrzała na jedzenie, lecz nie śmiała ruszyć się ze swojego miejsca. Choć głód mocno jej doskwierał, za bardzo się bała porywczości nowego pana.
- Jedz – rozkazał Gilbert, kierując całą swoją uwagę na mapę. Podczas gdy spore okruszki ginęły we wnętrzu jej ust, książę rozważał, co powinien zrobić. Może Lior miał rację twierdząc, iż tylko wróżki z Biblioteki byłyby w stanie coś zaradzić w jego sprawie? A może ten mały głodomór tylko udaje, by wzbudzić w nim litość? Tak czy inaczej, nie może dopuścić, by zbyt szybko zginęła. „Będę ją obserwował. Jeśli się okaże, że mnie oszukuje, zadbam o ty, by słono zapłaciła za swe łgarstwa…”.