sobota, 19 sierpnia 2017

Rozdział II

„Najlepszy


- Panie Johnes, znowu jest pan pijany… - spoglądam na jasnowłosego chłopaka karcąco, chociaż nie powinienem. Sam nie jestem od niego lepszy. Ja również piję, by poczuć ukojenie. Różnica między nami polega na tym, że nie tracę przytomności po kilku głębszych, a on tak. Eryk pije tak długo, aż bezwładnie osuwa się na pościel. Tylko w taki sposób jest w stanie zasnąć, nie będąc męczonym przez koszmary. Jeszcze o nich nie rozmawialiśmy, choć musi sobie zdawać sprawę z faktu, że wiem już całkiem sporo.
- Jeszcze nie jestem – oburza się na mnie, marszcząc nos. Jest moim podopiecznym od blisko miesiąca. Przez ten czas ani razu nie wyszliśmy z hotelowego apartamentu. Każdy dzień zaczynamy późnym popołudniem, gdy budzi się skacowany. Przychodzi obsługa. Sprząta, zmienia pościel. Zamawiam nam śniadanie pilnując, by zjadł cokolwiek, po czym oddajemy się naszym ulubionym rozrywkom, testując wszelkie możliwe drinki, które wyszukuję w Internecie. Póki jest w miarę trzeźwy, nieźle się nam rozmawia. Książę jest błyskotliwy i oczytany, choć nadal spięty. Boi się mnie. Boi się broni, z którą się nie rozstaję, ale nade wszystko boi się, że go zostawię. Uzależnił się ode mnie na tyle mocno, że raz zawołał mnie po imieniu, walcząc ze swoimi demonami.
- To nie potrwa długo… - wypominam mu, rozsiadając się wygodnie w fotelu i opierając nogi na pobliskiej pufie. Mały pan Johnes potrzebuje iluzji, dystansu, dwóch, trzech metrów odosobnienia, a ja mu je daję. Stara się także nie dotykać mnie pod żadnym pozorem. Dopiero gdy jest totalnie upojony lub czuje się na tyle źle, że nie może utrzymać się na nogach, pozwala mi się zbliżyć. Rozbieram go i myję, a następnie zanoszę do łóżka. Nie komentuję makabrycznego wyglądu jego pleców. Nie muszę tego robić. Cierpliwie czekam, aż nadejdzie chwila, w której sam mi o sobie opowie. To jeszcze potrwa jakiś czas, choć każdy dzień nieuchronnie zbliża nas do przykrej przeszłości.
- Nalej mi czegoś mocniejszego, dobrze? To kolorowe coś – wskazuje na swoją szklankę, w której wesoło pobrzękują kostki lodu – zupełnie mi nie smakuje. Jest za słodkie…
- Nie ma pan już dość? – dopytuję, sięgając po karafkę z bursztynowym płynem. Napełniam kryształową szklaneczkę prawie do pełna. Po tym zaśnie jak dziecko…
- Nadal je słyszę… - szepcze. – Słyszę jego kroki tak wyraźnie, jakby był tuż za ścianą… Zbliża się do nas… Nie uciekniemy… - po policzku spływa mu pojedyncza łza. Żal mi go.
- Jeśli tu przyjdzie, zastrzelę go.
- Zabiłbyś w mojej obronie? – poważnieje, wstrzymując oddech.
- W każdej chwili. Za to mi pan płaci – wstaję ze swojego miejsca i podaję mu szklankę.
- Dziękuję – nie wiem, czy miał na myśli alkohol, czy zabijanie. Przymyka powieki, opierając się o poduszki i pociąga spory łyk. Nie krzywi się. Gorzki, piekący smak już dawno przestał mu przeszkadzać.
- A studia? – niby od niechcenia przypominam mu o prawdziwym celu jego podróży.
- Idzie mi świetnie. Mam same dobre oceny – uśmiecha się.
- Geniusz – drwię, biorąc się za swoją porcję.
- Mówisz tak tylko dlatego, bo wkurza cię, że jestem młody i muszę się uczyć.
- Młody? Jest pan w dalszym ciągu dzieckiem, panie Johnes.
- Mam już szesnaście lat! – jak zwykle wścieka się na mnie, gdy poruszam temat jego wieku.
- Czyli kolejny raz złamałem prawo, podając panu alkohol… - wzdycham przeciągle. Droczę się z nim, bo prawda jest taka, że nie dbam specjalnie o żadne prawa, które są mi narzucane przez innych. W moim świecie istnieje tylko jedna zasada, która mówi, że mój podopieczny jest zawsze na pierwszym miejscu. W chwili obecnej jest nim ten nieco wstawiony, pogrążony w depresji książę.
- Dobrze wiesz, że to tylko głupie liczby – ma rację. Przeżył już tyle, że śmiało mógłby mi dorównać. – Nie psuj nastroju. To moje urodziny.
- Zamówimy tort? – uśmiecham się, bo doskonale zdaję sobie sprawę w tego, jaki dziś jest dzień. Mam dla niego idealny prezent…
- Tort? Taki prawdziwy? – w szarych oczach dostrzegam błysk nadziei. Naprawdę chce tego tortu…
- Jasne, że prawdziwy. Z kremem i truskawkami – może da się przekonać i zje chociaż kawałek. Nie chciałbym, by zagłodził się na śmierć. Lubię go, choć wciąż jesteśmy na etapie poznawania się.

Nie potrafię przestać się uśmiechać, widząc Eryka opychającego się biszkoptem z bitą śmietaną.
- Od dziś codziennie będziemy zamawiać tort – decyduję.
- Możemy? – unosi na mnie wzrok, czekając na to, co powiem.
- A kto nam zabroni? – odpowiadam pytaniem na jego pytanie. Nagradza mnie za to nieśmiałym, ale jakże słodkim uśmiechem. Cieszę się, że taka błahostka sprawiła mu przyjemność. Nie martw się, mały panie Johnes, już ja się tobą zajmę…
- Vee… Nie mogę zasnąć – przewraca się z boku na bok. Za chwilę poprosi mnie o kolejnego drinka. Nigdy nie gaszę światła w jego sypialni, więc potrafię wyczytać to z jego twarzy.
- Ja mogę… - mruczę cicho, przymykając powieki.
- Pewnie, że możesz… Nie przeżyłeś tego, co ja… - prycha gniewnie.
- Serio? Moja ostatnia misja bije na głowę pańskie koszmary  – licytuję się z nim tylko po to, by się przede mną otworzył.
- Akurat…
- Każdy ma swoje blizny, panie Johnes. Moja jest tutaj – wskazuję na nadal bolące miejsce, dobrze schowane przed jego czujnym wzrokiem. Łapię za ściągacz bluzy, by unieść materiał nieco do góry. Jasnowłosy przygląda się uważnie, oceniając wyrządzone szkody.
- Musiało bardzo boleć… - spuszcza wzrok.
- Owszem – przytakuję mu niechętnie, pogrążając się w niechcianych wspomnieniach.
- Opowiesz mi?
- To zależy, co będę z tego miał – rzucam mu wyzwanie.
- Chcesz pieniędzy? Wystarczy, że…
- To znacznie bardziej skomplikowane. Pan i ja… Musimy stać się jednością. Zaufać sobie tak mocno, jak jeszcze nigdy wcześniej nikomu nie ufaliśmy.
- Dlaczego miałbym to zrobić? – w tonie jego głosu słyszę wyraźne wahanie. Jest oporny, co może znaczyć, że był zawsze sam. Wydzielił mi niewielki skrawek informacji o sobie, włączając w to próbę samobójczą, lecz to wszystko.
- Bo tak trzeba. Potrzebuję tego, by stać się pańskim cieniem. Myśleć jak pan, zachowywać się jak pan. Przewidywać wszystkie pańskie ruchy, wiedzieć o potrzebach, chronić przed zagrożeniami. To właśnie tak działa. Na tym polega moja moc.
- Kłamiesz! – odwraca się do mnie plecami, niczym obrażone dziecko.
- Nie kłamię i dobrze pan o tym wie!
- Jestem dobrym obserwatorem, Vee. Od pierwszej chwili patrzysz na mnie w bardzo specyficzny sposób. Chcesz to przemilczeć, ale skoro mamy być wobec siebie szczerzy, może od razu powiesz mi, kogo ci przypominam. Tak będzie sprawiedliwe.
- Rzeczywiście, jest pan niezłym obserwatorem, panie Johnes. Pytanie brzmi, czy to wystarczy?
- Nie licz na to, że opowiem o sobie pierwszy – prycha, sięgając po swoją szklankę.
- I właśnie dlatego nie lubię pracować z dzieciakami. Same z wami problemy…

***

Mam specyficzny rodzaj pracy. Wstaję z łóżka tylko za określoną kwotę pieniędzy. Przyjmuję zlecenia, które dla innych są niewykonalne lub niewygodne. Nie wnikam w to. Nie interesuje mnie kto i dlaczego mnie wynajmuje. Moi zleceniodawcy mają naprawdę różne potrzeby, a wszystkie one zawsze związane są z ochroną. Przeznaczają krocie, by tylko uchronić swój parszywy żywot przed niechybną śmiercią. Brzydzę się nimi.
Mój telefon już od kilkunastu minut dawał mi znać, że ktoś zapycha skrzynkę wiadomościami. Dopiero co wróciłem z Nowej Zelandii… Kimkolwiek jesteś, musisz poczekać, aż woda w wannie zupełnie ostygnie. Przymykam powieki i z prawdziwą błogością zanurzam się pod wodę. W tej samej chwili słyszę drażniący dźwięk. Tylko jedna osoba zna ten numer i wykręca go w sytuacjach naprawdę awaryjnych… Muszę odebrać…
- Tak?
- Vee… Co powiesz na wycieczkę do Kanady? – głos starszego mężczyzny jest cichy i spokojny. Zawsze brzmi w identyczny sposób, jakby obce mu były wszelkie uczucia.
- To nie jest najlepszy moment… Proszę zadzwonić do Kruka. Jestem pewien, że…
- Mój odrzutowiec czeka na lotnisku. Nie spóźnij się – kończy rozmowę, nie godząc się na jakiekolwiek sprzeciw. Tylko on jeden może prosić mnie o coś takiego w środku nocy. Wzdycham przeciągle i sięgam po ręcznik.
Lot trwa kilka godzin. Jestem senny, lecz nie mogę pozwolić sobie na krótką drzemkę. Nie ufam obsłudze. Gdyby to zależało ode mnie, wybrałbym zwykły lot. Obecność pasażerów, pochłoniętych swoimi sprawami, działa na mnie uspokajająco. Lubię ich obserwować. Wiodą życie, którego dotąd nie zaznałem… Problemy w pracy, choroby w rodzinie, narodziny wnuków… Beztrosko wymieniają się informacjami, gotowi zaufać każdemu, kto wyrazi chęć wysłuchania ich historii. Tu jest inaczej. Panuje sztywna atmosfera. Celowo nie zdejmuję okularów, by móc swobodniej śledzić wymianę zagadkowych spojrzeń pomiędzy ubraną w bordowy kostium kobietą, a towarzyszącym jej mężczyzną, który podaje mi kolację. A może to już śniadanie?
Na lotnisku czeka na mnie czarna limuzyna, wyposażona w kuloodporne szyby. Kierowca skinął mi głową, a następnie otworzył drzwi. Wsiadając do środka, znajdę się w pułapce. Napinające się boleśnie mięśnie po raz kolejny przypominają mi o nieznanym celu tej nocnej wyprawy. Czego może ode mnie chcieć?
- Szef czeka na pana w swoim gabinecie – kierowca odprowadza mnie aż pod same drzwi niepozornie wyglądającej, wiejskiej posiadłości. Wokół domu kręci się sporo uzbrojonych po zęby ludzi. Wchodzę do środka i rozglądam się. O tym miejscu krążą legendy. Ponoć okopał się tutaj i ani myśli wychodzić na zewnątrz. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Skoro zostałem zaproszony do jego twierdzy, sprawa musi być naprawdę pilna.
- Wejdź – ton jego głosu wydaje mi się teraz bezbarwny i monotonny. Uchylam drzwi, zaglądając do środka.
- Dzień dobry – odchylam nieco do tyłu czapkę, lecz jej nie zdejmuję. Nie chcę, by jego ludzie zapamiętali moją twarz.
- Witaj w moich skromnych progach, Vee – uśmiecha się lekko, siedząc przy masywnym, drewnianym biurku. Pomimo bardzo wczesnej godziny, ma na sobie garnitur i jest idealnie ogolony. Gdy spotkałem go po raz pierwszy, wydał mi się podobny do Ojca Chrzestnego. Brakuje mu uroku hollywoodzkiego aktora. Jego oczy są zimne i nie wyrażają żadnych uczuć. Typowy morderca bez żadnych zasad moralnych, który zmienił branżę. Trudno być jednocześnie kochankiem polityki i mafii, a jemu ta sztuka wychodzi całkiem nieźle od przeszło dwudziestu lat. Biorąc pod uwagę, że ma ich na karku czterdzieści sześć i nadal żyje, odnotował spory sukces.
- Pańskiemu zaproszeniu trudno odmówić – ściągam okulary i chowam je do kieszeni skórzanej kurtki , by lepiej go widzieć.
- Usiądź, proszę – wskazuje na skórzany fotel, po czym odsyła trzech ludzi, którzy mu bezustannie towarzyszą. Dobrze wie, że mam broń i nie zawaham się jej użyć. Zasypano by mnie pieniędzmi, gdybym go teraz zabił. Jeden czysty strzał…
- Przejdźmy od razu do rzeczy, panie…
- Proszę, mów mi Adam – uśmiecha się przyjaźnie. Zaczyna się robić naprawdę niezręcznie.
- Dlaczego mnie tu zaprosiłeś? – pytam, nie umiejąc powstrzymać ciekawości.
- Wy młodzi, jesteście tacy niecierpliwi… Dawno się nie widzieliśmy, więc…
- Do rzeczy, Adamie. Mój czas jest cenny – dla odmiany to ja staję się oschły i zimny.
- Nic się nie zmieniłeś – śmieje się ze mnie, lecz po chwili poważnieje. – Dobrze więc… Chcę, abyś wyświadczył mi pewną przysługę. Dotyczy ona mojego siostrzeńca, który potrzebuje kilku tygodni szczególnej opieki.
- Wystarczy, że przydzielisz mu grupę swoich goryli, których ci nie brakuje.
- Wybrałem ciebie, Vee… - układa dłonie w piramidkę, nie spuszczając ze mnie swojego przenikliwego wzroku.
- Jestem zmęczony. Przez ostatnie osiem miesięcy intensywnie pracowałem. Muszę odpocząć.
- Odpoczniesz po tym zleceniu! – naciska coraz mocniej, okazując swoje niezadowolenie, że nie skaczę z radości.
- Wybacz, lecz sam o sobie decyduję. Jeśli to już wszystko, to… - unoszę się ze swojego miejsca.
- Siadaj! – rozkazuje mi. – Nie skończyliśmy rozmawiać! – pierwszy raz podnosi na mnie głos, który nadal brzmi równie bezbarwnie, a nawet nieco kojąco.
- Słyszałeś o ostatnich wydarzeniach w Nowym Jorku?
- To duże miasto. Tam bezustannie coś się dzieje - prycham.
- Zamordowanie szefa policji oraz jego żony podczas konferencji prasowej brzmi znajomo?
- Ściganie złoczyńców to nie moja broszka.
- Masz rację, ja się tym zajmę – oświadcza niespodziewanie.
- Ty? Od kiedy interesują cię wewnętrzne sprawy nowojorskich psów? Dali ciała, więc niech sami wytropią tego, kto kropnął ich ukochanego samca-alfa.
- Ich samiec-alfa był mężem mojej siostry.
- To zmienia postać rzeczy, chociaż z tego co pamiętam, podczas tej konferencji jej świętej pamięci mężulek wspominał coś o dowodach, które pogrążą twoich najbliższych przyjaciół… - drapię się po brodzie udając, że próbuję przypomnieć sobie jakieś znaczące szczegóły.
- Dowody zniknęły.
- Dlaczego mnie to nie dziwi? – drwię.
- Masz pojechać do Nowego Jorku i przywieźć stamtąd mojego siostrzeńca, Brandona – odkrywa swoje karty.
- Dysponujesz prywatnym odrzutowcem, więc…
- Żadnych samolotów, czy pociągów. Przywieziesz go samochodem. Wybierzesz jak najdłuższą trasę.
- Oszalałeś?! To potrwa z miesiąc czasu! – podnoszę się z fotela i opieram dłonie na blacie biurka, pochylając się nad starszym mężczyzną.
- Zrobisz to dla mnie, Vee. Pomagam ci w odszukaniu mordercy twojego brata. Sam wiesz, że dla rodziny robi się rzeczy, których przedtem nie brało się pod uwagę.
- Miesiąc czasu w samochodzie…! To chyba jakiś żart! – chowam twarz w dłoniach, zaczynając krążyć po pokoju.
- Sześć tygodni. Przywieziesz go tutaj dzień przed rozpoczęciem procesu. Do tego czasu odzyskam ukradzione dane i pomszczę moich bliskich.
- Zdajesz sobie sprawę, że twoje rodzinne gierki oznaczają wojnę z Riccardo? – nie uśmiecha mi się brać udział w mafijnych porachunkach. - Jeśli zostaje powiązany z którąkolwiek ze stron, mogę mieć problemy, by spokojnie włóczyć się po ulicach.
- Nie udawaj, że nagle tak bardzo pokochałeś Stany. A poza tym Riccardo nadal ma ci za złe wysadzenie w powietrze swojego letniego domu, więc już teraz wybij sobie z głowy emeryturę na Florydzie.
- Skąd wiesz, że to byłem ja? Roccardo nie może narzekać na popularność. Ma całą rzeszę oddanych fanów… - praktycznie raz w tygodniu ktoś proponuje mi naprawdę niezłą kasę za pozbycie się tego idioty. Ignoruję te zlecenia, bo nie jestem mordercą. Już nie…
- Jesteś najlepszy, Vee. Mogę liczyć na twoją pomoc? – wstaje ze swojego fotela i zapina marynarkę. Mógłbym mu powiedzieć, by spadał na drzewo razem ze swoim siostrzeńcem, lecz bez jego pomocy, nie zemszczę się za śmierć brata…
- Znasz numer mojego konta. Wpłać kwotę, którą uważasz za stosowną – może pieniądze rozwiążą problem?
- Już to zrobiłem. Możesz sprawdzić – podchodzi bliżej, wskazując mi swój komputer. Nie ufam mu na tyle, by go dotknąć. Wolę smsa, którym raczy mnie mój bank. Wyciągam telefon i spoglądam na wyświetlacz.
- Jesteś bardzo chojny, Adamie – chwalę go.
- Drugie tyle dostaniesz po powrocie tutaj. Moi ludzie zapewnią ci także odpowiedni samochód.
- Sam się tym zajmę – mruczę z czułością na samo wspomnienie mojego maleństwa, ukrytego w garażu.
- W takim razie załatwione – wyciąga rękę, czekając aż ją uścisnę.- Życie mojego jedynego krewnego leży w twoich rękach. Nie zawiedź mnie.

Jeszcze tego samego dnia ponownie wsiadam do prywatnego odrzutowca i ruszam do Nowego Jorku. Ludzie Adama ukryli chłopaka na obrzeżach miasta. Sześciotygodniowa wyprawa wymaga przygotowań, na które nie ma już czasu. W każdej chwili możemy zostać zdemaskowani. Podjeżdżam na parking przydrożnego motelu kilka minut przed drugą w nocy. Wyciągam broń i sprawdzam, czy magazynek jest pełen. Chowam pistolet do kieszeni kurtki, po czym wysiadam w auta i podchodzę do pawilonu, przed którym kręci się kilku groźnie wyglądających mężczyzn.
- Zgubiłeś się? – zagaduje mnie rosły goryl, zastępując drogę.
- Tak tu ciemno, że wszystkie pawilony wyglądają tak samo – widząc wycelowaną w siebie broń stwierdzam, że trochę za późno na zgrywanie kretyna.
- Spadaj! – warczy na mnie.
- Przyszedłem po dzieciaka, więc radzę ci nie utrudniać, bo mogę się szybko rozmyślić – facet ocenia moją groźbę, po czym przeklinając pod nosem, pozwala mi przejść dalej. Pukam do drzwi. Otwiera inny goryl, o równie okropnej mordzie.
- To on? – wyraźnie słyszę głos, należący do kogoś, chowającego się w ciemności. Nie brzmi jak Adam, ale nie powiedziałbym także, że pasuje do siedemnastolatka, którego widziałem na zdjęciach.
- Idziemy – nie silę się na żadne uprzejmości. Obracam się na pięcie i kieruję w stronę zaparkowanego samochodu.
- Poczekaj! – krzyczy za mną. – Słyszałeś, co powiedziałem?!
- Wsiadaj – otwieram sobie drzwi i zapalam silnik.
- Nigdzie z tobą nie jadę! Wuj Adam powiedział, że sam po mnie przyjedzie!
- Posłuchaj krnąbrny dzieciaku, nie mam całej nocy, by analizować co kto powiedział. Wsiadaj i jedziemy, zrozumiano?! – niechętnie zsuwam nieco okulary, by odsłonić oczy. Chłopak spuszcza z tonu i robi krok do tyłu. Ponownie otwieram drzwi i chwytam go za ramię. Obchodzę wóz ciągnąc go za sobą, po czym na siłę wpycham do środka. Zachowuje się jak rozkapryszone lalunie, z którymi często mam do czynienia.
- Puszczaj! Puszczaj mnie, ty brutalu! Wszystko powiem wujowi! Słyszałeś? Zabije cię, gdy tylko…!
- Zamknij się, bo ściągniesz na nas kłopoty – próbuję go uciszyć, dociskając pedał gazu.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! Żądam, abyś się zatrzymał! Muszę zadzwonić do wuja!
- A ja żądam, abyś się wreszcie zamknął… - wchodzę w zakręt tak ostro, aż wciska go w fotel. -  Teraz jesteś pod moją opieką i ja ustalam tu zasady. Albo się uspokoisz i dasz mi wykonywać moją pracę, albo wysiadaj – hamuję na środku jezdni i pochylam się, by otworzyć drzwi od strony pasażera. W oddali widać jeszcze światła motelu, z którego go zabrałem. Mój nowy podopieczny tego się raczej nie spodziewał… - Skoro chcesz zginąć, droga wolna. Mam ciekawsze rzeczy na głowie, niż nadstawianie karku dla półgłówka, który nie rozumie powagi sytuacji! Adam tu nie przyjedzie, bo od razu zarobiłby kulkę. Jeśli chcesz uniknąć takiego losu, siedź cicho i wykonuj polecenia. Wysiadasz, czy zostajesz? – kątem oka dostrzegam, jak spuszcza głowę. Ramiona owinął wokół swojego plecaka. Ma za sobą naprawdę ciężkie chwile, lecz jeśli ze mną nie pojedzie, będzie gorzej.
- Jadę z tobą – decyduje.
- Zamknij drzwi i zapnij pasy – ku mojemu zdziwieniu, wreszcie zaczyna współpracować.
- Jak się nazywasz? – pyta, po kilku minutach milczenia.
- To bez znaczenia. Milcz.
- Przecież musisz mieć jakieś imię! – podnosi na mnie swój nieco piskliwy głos.
- Jestem Vee.
- Vee? To jakiś skrót, tak? Od Vincenta?
- Nie.
- To może od Victora? – jeśli się nie zamknie, za chwilę sam wykonam na nim wyrok.
- Milcz – proszę.
- Jedziemy na lotnisko, tak?
- Nie.
- Jesteś policjantem?
- Nie.
- Vernon? – próbuje dalej.
- Dzieciaku… Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości… - ostrzegam go.
- Jestem Brandon, a nie dzieciak. I zawsze dużo mówię, gdy jestem zdenerwowany.
- Radzę ci się szybko zmienić, wierz mi… - zaciskam mocniej palce na kierownicy.
- Nie zapiąłeś pasów – zauważa. Chociaż wiem jak wygląda, nie przez to całe zamieszanie, nie zdążyłem mu się przyjrzeć. Wiem, że ma rudą, nieco kręconą czuprynę i błękitne oczy. Mimo to dalsze oględziny będą musiały poczekać, aż wstanie słońce… Dopiero wtedy uda mi się wyczytać coś więcej z jego zachowania.
- Brandon, milcz…
- Wujek Adam pewnie wszystko ci powiedział, nie? Mafia grozi mi śmiercią za to, że ojciec zgromadził przeciwko nim dowody, które zniknęły. Bez tych dokumentów prokurator ma związane ręce i…
- Jeszcze chwilę i ty także będziesz miał je związane! Ile razy mam powtarzać, abyś siedział cicho, co?!
- Lubisz takie zabawy? Jesteś sadystą, czy masochistą? Moim zdaniem wyglądasz na takiego, który lubi ból…
- Zwłaszcza kneble…
- Czyli jednak masochista – cieszy się. – Ukryjemy się gdzieś? A może czekasz na instrukcje od wujka?
- Nie.
- Vee, nie bądź taki. Porozmawiaj ze mną! Od śmierci rodziców wszyscy kazali mi być cicho. Myślałem, że tego nie wytrzymam. Widziałeś konferencję? Na pewno ją widziałeś. Wszyscy ją widzieli. Podjechał czarny samochód. Otworzyli okna od strony pasażera i zaczęli strzelać. Ojciec zmarł na miejscu, a mama w szpitalu. Byłem wtedy w szkole. Dowiedziałem się od dyrektora… A potem zadzwonił wuj Adam i powiedział, że wszystkim się zajmie. O tobie nie wspominał. Miał przyjechać na pogrzeb, ale w ostatniej chwili zadzwonił i zabronił mi tam pójść. Było mnóstwo ludzi. Wiem, że to widziałeś. Musiałeś to widzieć… Vigo? – wraca do swojej zgadywanki.
- Nie.
- Możesz powiedzieć coś więcej, niż tylko „nie”?
- Idź spać.
- Nie jestem zmęczony. Przez większość czasu spałem lub oglądałem telewizję. Nie lubisz mówić, tak? Nie szkodzi. Ja mogę to robić bez przerwy... - i właśnie dlatego nienawidzę pracować z dzieciakami…

niedziela, 13 sierpnia 2017

mpreg 14

„Bezsenne Noce


Nie mogę zasnąć! Wiercę się z boku na bok, choć niewiele mi to daje. Boję się… Irracjonalne uczucie. Jak dotąd nigdy niczego się nie bałem, a teraz… Spoglądam w kierunku drugiego łóżka. Eli też nie śpi. Leży skulony na pościeli, dotykając swojego brzucha. W końcu wstaje i wychodzi. Doskonale wiem dokąd się wybiera. Daję mu jeszcze kilka minut, a potem sam zakradam się do ogrodu, gdzie zdążył owinąć się kocem i zająć ulubione miejsce na sofie.
- Bezsenna noc? – krzyżuję ręce na piersi, obserwując go.
- Freddy mnie przeprosił. Napisał mnóstwo wiadomości. Przysięga, że więcej tak nie zrobi.
- Ufasz mu? – podchodzę bliżej by usiąść obok niego.
- Sam już nie wiem… - jasnowłosy bawi się swoim telefonem, unikając mojego wzroku.
- Mówiłem ci już, nie musisz się go obawiać. W razie potrzeby zajmę się nim – zacieram dłonie z zadowoleniem, wyobrażając sobie te bezcenne chwile.
- Jesteś zbyt pewny siebie – odkłada smartfona na stół, otulając się szczelniej przed zimnem.
- Być może… Mam ku temu powody – rozglądam się konspiracyjnie, upewniając się, czy nikt nas nie podsłuchuje. – Tata mówił ci, dlaczego zostałem pisarzem?
- Wspominał coś, że miałeś pójść w jego ślady, ale sport nie był dla ciebie.
- Bzdury – wyciągam się wygodnie, by podkreślić mój nonszalancki sposób bycia. – Po prostu doszedłem do punktu, w którym wiedziałem, że jestem lepszy od niego. Nie chciałem strącać go z piedestału i zająłem się czymś innym.
- I ja mam w to uwierzyć? – zaczyna się śmiać. – Twój tata jest niesamowity. Nie pokonałbyś go. Nie masz na to najmniejszych szans.
- Pokonałbym – poprawiam koc, który nieco się osunął, gdy chłopak zmienił ułożenie ciała, podciągając kolana do klatki piersiowej. – To kwestia techniki. Lepiej się czujesz? – zmieniam temat.
- Jutro muszę pojechać do pensjonatu… - w końcu wyjawia mi prawdę.
- Pojadę z tobą, jeśli chcesz – proponuję mu, przeciągając się leniwie.
- Mógłbyś?
- Pewnie, że bym mógł. Chyba nie liczysz na to, że zostawię cię z tym… - nie powinienem przeklinać przy dziecku, napominam sam siebie - Freddym samego, prawda?
- Dziękuję, Max. Nie wiem, co strzeliło mu do głowy. Nigdy się tak nie zachowywał.
- Nadal się go boisz? – bezbłędnie odczytuję jego myśli.
- Nie o to chodzi. Ja nie chcę, żeby on… - rumieni się lekko.
- A ja? – wstrzymuję oddech, zadając to pytanie.
- Ty? – nie potrafi ukryć zdziwienia. – Ty taki nie jesteś, prawda? Nie zmusiłbyś mnie… A poza tym sam mówiłeś, że jestem brzydki i odpychający, więc nie mam się czego obawiać. Idziemy spać? Jestem skonany – ściąga z siebie koc i stawia bose stopy na podłodze.
- Jasne, idziemy… - mruczę pod nosem.

Rano, tuż po obudzeniu, zerkam na blondyna. „Brzydki i odpychający”. To bez wątpienia moje słowa. Te, a także wiele innych, znacznie gorszych. Unosi na mnie wzrok i uśmiecha się lekko, nie odrywając się od pracy. Jak to się stało, że nagle zmieniłem zdanie? Bo nosi moje dziecko? A może dlatego, że powoli się docieramy? Przyzwyczajamy do wzajemnej obecności… Tak, to musi być to. Lubię go. Troszkę. To, że Freddy próbował go pocałować, a wcześniej śniłem erotyczne sny, nie ma z tym nic wspólnego!
- Czy ty nigdy nie śpisz? Przecież dopiero siódma… - kręcę głową z niedowierzaniem.
- Nie jestem zmęczony. Muszę to skończyć, a potem…
- Ile spałeś? Godzinę? Dwie? – podnoszę się z łóżka i podchodzę do stołu. – Piękne… - nie potrafię oderwać wzroku od akwareli, która leży przed nim na stole. Przedstawia anioła wśród kwiatów.
- To tylko wstępny szkic. Jeden z klientów galerii chce mieć taki obraz. Nie jestem pewny, czy mu się spodoba. Równie dobrze może wybrać projekt Edmunda…
- Wybierze twój, zobaczysz.
- Mam nadzieję – spogląda na swoją pracę krytycznym wzrokiem.
Po śniadaniu Eli nadal maluje, tym razem w ogrodzie. Obserwuję go z daleka. Nie wiem czemu, ale od minionej nocy, wolę mieć go na oku. Przebywając w salonie zauważam, że moi rodzice szepczą miedzy sobą w kuchni. W pierwszej chwili byłem pewny, że to tylko ich małżeńskie czułości, ale gdy mama wyciągnęła sporej wielkości papierową torbę i zaczęła zachwycać się zawartością, nie wytrzymuję.
- Co robicie? – pytam. Tata chwyta pakunek i chowa za swoimi plecami.
- Nic – wolną ręką obejmuje mamę, by pomogła ukryć dowody zbrodni.
- Wszystko widziałem. Chcę wiedzieć, co knujecie… - układam dłonie na biodrach.
- Powiemy mu, Pamelo? – wahanie na twarzy niedźwiedzia? Nie wierzę…
- Przysięgnij, że nie powiesz Eli – po minie mamy widzę, że to nie przelewki.
- Nie przesadzacie trochę? – miażdżę ich swoją krytyką.
- Eli zabronił nam kupowania czegokolwiek. Powiedział, że sam się tym zajmie, ale nie możemy się powstrzymać… - tata wyciąga pakunek zza pleców i kładzie go na stole. Z zaciekawieniem sprawdzam, co kryje się w jej wnętrzu.
- Ubranka dla dziecka? – sięgam po malutkie śpioszki, ozdobione kolorowymi misiami.
- Mamy ich całe mnóstwo. Spójrz tylko, jakie są słodkie. Albo to – mama wyciąga kaftanik z różowymi kokardkami.
- Mój syn nie będzie nosił różowych kokardek – odsuwam zbędny element garderoby , nieco urażony.
- Ja też mówiłem to Pameli, ale nie chce mnie słuchać – tłumaczy mi tata.
- Nie zrozumcie mnie źle. Po prostu wolę być przygotowana na wszystko – oczy mamy zachodzą łzami. – Liczyłam na to, że może z biegiem czasu jakoś się dogadacie i dzięki temu postaracie się także o dziewczynkę…
- Mamo! To absolutnie wykluczone! – unoszę się gniewem, jednocześnie czując zdradzieckie ciepło na policzkach. Drugie dziecko? Z Eli? Nie ma takiej opcji! Poza tym nigdy więcej nie zaufam żadnemu lekarzowi. Po tym, co zrobił Webb, więcej nie skorzystałbym ze sztucznego zapłodnienia, a to oznaczałoby, że ja… Sam…
- Nie musisz być taki brutalny – mama dyskretnie ociera łzy i chowa ubranka z powrotem do torby. – To tylko moje marzenia – tata na pocieszenie całuje ją w policzek.
- Zaniosę je do naszego schowka, a ty – wskazuje na mnie palcem – masz mu nic nie mówić, jasne?
- Dlaczego Eli nie pozwolił wam kupować rzeczy dla dziecka? – dziwię się. – Przecież to nic niezwykłego.
- Nie wiem. Może jest przesądny? Gdy wspomniałam, że chciałabym wybrać mebelki i inne drobiazgi, poprosił, abym tego nie robiła. Nie chciałam go denerwować, więc kupujemy w sekrecie, prawda? – uśmiecha się do męża.
- Liczymy na twoją dyskrecję, synu – tata kończy temat, zabierając torbę do ich sypialni. Nic z tego nie rozumiem… Mnie także obejmuje ten zakaz? Póki co nie interesowałem się takimi rzeczami. Planowałem wynająć firmę, która dostarczy wszystkie niezbędne rzeczy, a nawet urządzi pokoik, ale przeprowadzka do domu rodziców sprawiła, że zupełnie wyleciało mi to z głowy. Poza tym Eli planuje pozostać tutaj. Będę musiał rozejrzeć się za jakimś lokum, gdy wybierze już sobie mieszkanie.
Po południu, zbieramy się do wyjazdu. Nie przestaję wgapiać się w jego brzuch. Mój synek jest jeszcze bardzo malutki, ale gdy się urodzi, będziemy go ubierać, karmić i przytulać bez końca.
- Max, dobrze się czujesz? – jasnowłosy wyrywa mnie z zamyślenia, stając na wprost mnie w bezpiecznej odległości.
- Oczywiście, że dobrze. Dlaczego pytasz?
- Twój wyraz twarzy sprzed chwili był przerażający.
- Tak? Myślałem o książce, nad którą obecnie pracuję – sprawdzam kieszenie, by upewnić się, że zabrałem kluczyki.
- Pani Ford wspominała, że piszesz głównie o krwawych morderstwach. To prawda?
- Nie do końca… Mama nie przepada za moimi książkami. Gotowy? – gorączkowo zmieniam temat.
- Poprosiłem panią Ford, by pozwoliła mi przeczytać coś twojego autorstwa. Odmówiła – odpalam silnik, a ten niestrudzenie drąży temat.
- I bardzo dobrze. Nie są dla dzieci.
- Kogo nazywasz dzieckiem? – rzuca mi pełne rezerwy spojrzenie. Jestem w kropce. Z jednej strony czuję się mile połechtany jego nagłym zainteresowaniem moją skromną osobą, ale z drugiej… Jest zbyt wrażliwy. Po zapoznaniu się z tak drastycznymi opisami, zupełnie przestałby spać.
- Nie sądziłem, że doczekam chwili, w której wyrazisz chęć przeczytania mojej książki – nie potrafię ukryć uśmiechu satysfakcji.
- Co w tym takiego dziwnego? – podpiera głowę, obserwując drogę. Wolałbym, by patrzył na mnie. Zwłaszcza teraz… - Chciałem wiedzieć, jaki jesteś. To wszystko.
- Wystarczy, że zapytasz – droczę się z nim.
- Nie uważasz, że to trochę niesprawiedliwe? Ty bezustannie zaglądasz mi przez ramię.
- Nic w tym dziwnego. Świetnie rysujesz.
- Skoro tak, pozwól, że sam wyrobię sobie zdanie na temat twojej twórczości.
- Nic z tego – zaczynam się śmiać, zaskoczony jego przebiegłością. – Musiałbym najpierw napisać coś, po czym nie bałbyś się zasnąć w nocy.
- Trochę się spóźniłeś, a poza tym potrafię oddzielić fikcję od rzeczywistości – dąsa się.
- Co masz przez to na myśli? – czuję, że powiedział mi właśnie coś bardzo ważnego. Coś, co powinienem z niego natychmiast wyciągnąć.
- Nic – ucina temat.
- Eli…
- Źle jedziesz. Powinieneś skręcić w lewo – instruuje mnie.
- Teraz mi to mówisz? – gdyby nie to, że jest w ciąży, wykonałbym ten manewr. Rezygnuję, by nie narażać go na niepotrzebny stres. Wjeżdżamy w boczną drogę, przy której znajduje się sporych rozmiarów reklama ze zdjęciem budynku. Jest tu odkąd pamiętam. Nawracam wóz i skręcam w odpowiednią alejkę. Pensjonat nie wygląda źle. Położony jest nad samym jeziorem. Rodzice twierdzą, że w ostatnim czasie, czyli odkąd Freddy pomaga dziadkowi na pełen etat, odwiedza ich znacznie więcej gości. To chyba prawda, bo na parkingu przed budynkiem z trudem udaje mi się wcisnąć w ostatnie wolne miejsce. Restauracja pęka w szwach. Nowością są za to olbrzymie, białe namioty, gdzie zmęczonym atrakcjami gościom, podawane są lody i zimne napoje.
- Eli! – odwracamy się, widząc zbliżającego się do nas chłopaka.
- Trzymaj się blisko mnie – szepczę do jasnowłosego, biorąc go za rękę, której mi nie wyrywa, czego najbardziej się obawiałem.
- Max… A co ty tu robisz? – Freddy od razu dostrzega mój drobny gest.
- Pan Ford jest zajęty – Eli nieśmiało wtrąca się do rozmowy. Tata nie ma czasu, ale ja wprost przeciwnie.
- Jeśli chodzi o wczoraj, to… - z dumą obserwuję, jak blondyn odsuwa się, gdy były już przyjaciel wyciąga dłoń w jego stronę.
- Chciałbym jak najszybciej skończyć pracę, więc jeśli nie masz nic przeciwko, to… - gasi jego zapędy.
- Nie, nie. Proszę – wskazuje nam drogę do budynku.
Ostatni raz byłem w środku kilka lat temu, gdy razem z rodzicami świętowaliśmy wydanie mojej pierwszej książki. Mają duży sentyment do tego miejsca i przyjaźnią się z dziadkiem Freddiego, którego wypatrzyłem przy recepcji.
- Max! – wita się ze mną serdecznie, przepraszając swoich gości. – Dawno się nie widzieliśmy! – obejmuje mnie i poklepuje po ramieniu.
- Ja również bardzo się cieszę, panie Cooper. W dodatku interes kwitnie.
- To prawda, a ma być jeszcze lepiej.
- Wy sobie porozmawiajcie, a ja porwę Eli na zaplecze, dobrze? – Freddy chce zostać z nim sam na sam. Ściskam dłoń jasnowłosego, by dać mu do zrozumienia, że nie ma takiej opcji, ale on ma swoje plany.
- Poczekasz na mnie? To nie potrwa długo… - zapewnia mnie.
- Mogę pomóc, jeśli chcesz – liczę na to, że zdrowy rozsądek każe mu ze mną zostać.
- Za chwilę wracam – zwalania uścisk i odchodzi razem z tym śliniącym się gadem.
- Freddy… - nie jestem złośliwy. Chcę mu tylko przypomnieć zasady gry.
- Jezioro. Wiem, pamiętam – uśmiecha się do mnie pełen poczucia winy. To za mało. Znam takich jak ty na wylot. Dobrze wiem, że to jeszcze nie koniec.
- Jezioro? – jego dziadek spogląda najpierw na mnie, a potem na wnuka.
- Mamy z Freddym swoje sekrety – uśmiecham się, maskując chęć mordu.
- Napijemy się kawy? Wprowadzenie ostatnich poprawek zajmie chłopcom kilka minut. Eli wykonał dla nas nowe ulotki. Freddy chce jak najszybciej wysłać je do drukarni. Liczy na to, że nowa reklama zaowocuje większą liczbą rezerwacji.
- Eli jest bardzo zdolny. Jestem pewny, że z jego pomocą, tak właśnie będzie. – Mężczyzna wybiera stolik blisko wejścia do namiotu, by mieć wszystko pod kontrolą.
- Kiedy Peter wspomniał, że niedługo zostaniesz ojcem, byłem pewny, że żartuje. A tu proszę. Taka niespodzianka.
- No cóż, prędzej czy później, trzeba się ustatkować – puszę się niczym paw, na samo wspomnienie dzidziusia. - Za pół roku urodzi się nasz syn – celowo to podkreślam, by wyzbył się złudzeń. Szybciej zabraknie wody w jeziorze, niż pozwolę, by twój wnuk położył swoje brudne łapska na tym drobnym ciele…
- Traktujesz wasz związek bardzo poważnie. Freddy był pewny, że…
- Freddy niewiele wie – przerywam mu, upijając łyk gorzkiej kawy z filiżanki.
- Peter również mówił, że między tobą a naszym małym artystą nie układa się zbyt dobrze… - no proszę, wszyscy wszystko wiedzą. Nawet własny ojciec obmawia mnie za plecami! Muszę jak najszybciej wyprowadzić go z błędu, bo inaczej gotów wspierać wnuczka w tych obleśnych zalotach…
- Każdy związek przeżywa wzloty i upadki – odpowiadam enigmatycznie.
- Freddiemu bardzo zależy na Eli, dlatego daruj, że zadam to niedyskretne pytanie, ale obecna faza to bardziej wzlot, czy upadek? – a to lis jeden! Ohydna kawa to trochę za mało, abym się przed tobą uzewnętrzniał.
- Przewróciłem całe moje życie do góry nogami, włączając w to mieszkanie na prowincji. To, że pański wnuk coś sobie ubzdurał, to już nie moja wina. Dziękuję za kawę – wstaję od stołu, nie oglądając się za sobą. Chcę jak najszybciej odnaleźć blondyna. Eli również ma dosyć męczącego towarzystwa, bo wpadamy na siebie w wejściu.
- Jedziemy? – uśmiecham się do niego wiedząc, że z każdej strony jesteśmy obserwowani.
- Tak – przytakuje mi. Ponownie łapię go za rękę. Chłopak pewnie splata swoje palce z moimi.
- Poczekaj, nie idź jeszcze – jasnowłosy odwraca się w kierunku pędzącego za nim chłopaka. – Napracowałeś się, więc chciałbym ci się jakoś zrewanżować. Masz ochotę popływać łódką po jeziorze? – Eli posyła mi pytające spojrzenie.
- To bardzo dobry pomysł, Freddy – chwalę go.
- Cieszę się – młody Cooper nie bardzo rozumie, do czego zmierzam.
- Z przyjemnością skorzystamy z twojej propozycji, prawda Eli?
- Tak! – jego twarz rozjaśnia się od uśmiechu.
- Nie to miałem na myśli. Liczyłem na to, że ty i ja… - romantyczna przejażdżka? No proszę cię, chyba nie jest aż tak naiwny…
- Ty i on? – prycham gniewnie. - Ponosi cię wyobraźnia, Freddy…
- Najwidoczniej źle odczytałem pewne sytuacje… - spogląda na ciężarnego jakby był odtrąconym szczeniaczkiem.
- Wrócimy za godzinę – informuję go, dając jednocześnie do zrozumienia, że jest tu zbędny.
- Do zobaczenia – rzuca oschle, zostawiając nas samych.
- Umiesz pływać? – zastanawiam się, czy powinienem ubrać Eli w kapok bezpieczeństwa. Jezioro nie jest zbyt głębokie, ale wolę nie ryzykować.
- Umiem i to bardzo dobrze – zapewnia mnie, wchodząc na pomost.
- Ta łódka może być? Wiem, że wszyscy wolą plastikowe, ale drewniane mają więcej uroku.
- Może być! – cieszy się jak dziecko. Ja też bardzo się cieszę.
- Chodź do mnie – wyciągam ręce w kierunku chłopaka. Asekuruję go do chwili, aż siada sobie wygodnie. – Jest stabilna i nie przecieka, ale mimo to proszę, abyś nie robił niczego głupiego, jasne? -  odwiązuję linę i sięgam po wiosła.
Wypływamy na środek jeziora. Jest naprawdę przyjemnie. Popołudniowe promienie słońca odbijają się od tafli. Widać stąd plażę, położoną po drugiej stronie. Bliżej pensjonatu podpływają dzikie kaczki i łabędzie, które są fotografowane przez licznych turystów. Jednak największe wrażenie robią na mnie jego oczy, uśmiechające się tak szczerze. Chłopak pochyla się nieco do przodu i wkłada rękę do wody.
- Uważaj, bo wpadniesz! – odzywam się głosem mojego ojca, który setki razy powtarzał mi to samo zdanie. Wybucham śmiechem, uświadomiwszy sobie ten fakt.
- Co cię tak rozbawiło?
- Chyba się starzeję, bo zaczynam zachowywać się jak mój tata.
- Ach tak? Moim zdaniem ten etap masz jeszcze przed sobą – ponownie wkłada rękę do wody, tym razem po to, by mnie ochlapać.
- Nie prowokuj mnie, bo cię tu zostawię.
- Na środku jeziora? – drwi. - Zrobiłeś to specjalnie, prawda? – odzywa się po chwili ciszy.
- Co takiego? – udaję zdziwionego.
- Dobrze wiesz, o czym mówię. Chodzi o Freddiego.
- Przyznaj, że sam się o to prosił – bagatelizuję sprawę.
- Może odrobinę.
- Wolałbyś pływać z nim? – wstrzymuję oddech, wpatrując się w jego oczy.
- Nie – spuszcza wzrok. – W pełni zasłużył sobie na to, co go spotkało.
- Też tak uważam. I nie mówię tak dlatego, że jestem złośliwy – dodaję po chwili, chlapiąc go wodą. Blondyn zaczyna się śmiać. – Teraz jestem złośliwy – puszczam do niego oko. – Wolisz pośmiać się z ludzi na plaży, czy obejrzeć łabędzie?
- Chcesz się śmiać w turystów? – otwiera szeroko oczy ze zdziwienia. – To okrutne.
- Nie do końca. Lubię obserwować ludzi. Później mogę to opisać. Dzięki takim zwykłym rzeczom, książka zyskuje na autentyczności.
- Trudno mi to ocenić. Jeszcze nie czytałem twoich książek.
- Ty mały spryciarzu – odkładam wiosła. Nagle przeszła mi ochota, by zbliżać się do innych. Wolę mieć go tylko dla siebie. Na tle jeziora, w rozwianymi włosami i błyszczącymi oczami, wygląda całkiem znośnie. O czym ja bredzę? Czemu jest mi tak trudno przyznać, nawet przed samym sobą, że jest piękny? Pierwszy raz jest przy mnie taki zadowolony. Chciałbym, by zachowywał się tak częściej.
Po powrocie do domu, Eli ze szczegółami opowiada mamie co robiliśmy. Jest wesoły i uśmiechnięty. Nie zwraca uwagi na zagadkowe spojrzenia, które kobieta rzuca pod moim adresem. Nie odzywam się. Dobrze wiem, że gdy pójdzie na górę, mama od razu przystąpi do przesłuchania.
Tak jak przypuszczałem, nie muszę długo czekać. Pani koordynator kończy wstawianie brudnych naczyń do zmywarki, a potem wpatruje się we mnie intensywnie przez kilka minut.
- O co chodzi? – nie wytrzymuję napięcia.
- Właśnie to chciałabym wiedzieć… Dlaczego to zrobiłeś?
- Co takiego?
- Zniszczyłeś jego szanse na szczęście. Wtrąciłeś się, chociaż wyraźnie prosiłam, abyś zostawił ich w spokoju – rozmasowuje sobie skronie. Świetnie. Do długiej listy moich przewinień za chwilę dopisze także ból głowy…
- A co miałem zrobić?! Pozwolić, by ten zboczeniec go wykorzystał?! Tego chciałaś?! Powiedział nie. Wyraźnie słyszałem. Jednak twój ulubiony Freddy nie zareagował. Chciał mu wcisnąć język prosto do gardła!
- Chyba trochę przesadzasz. Freddy to dobry chłopak – wiedziałem, że stanie w jego obronie, lecz nie zmienia to faktu, że bardzo mnie boli jej upór i ślepa wiara w tego smarkacza. Młody Cooper przekroczył granicę. Może myśleć i mówić co chce. Widziałem na własne oczy, co chciał zrobić. To się z pewnością więcej nie powtórzy.
- Bardzo dobry. To nic, że Eli się go boi. Przecież tata i ty go lubicie. Jestem pewny, że nawet jeśli siłą zaciągnie go do łóżka, nic się nie stanie, prawda? Nadal będziesz go lubić, bo to Freddy.
- Max! – przerywa mi, zaskoczona takimi argumentami.
- Jeśli jeszcze raz twój nowy ulubieniec  choć spojrzy na niego w sposób, który uznam za niewłaściwy, to…
- Synku, ja nie wiedziałam… - oniemiała mama osuwa się na krzesło. Najpierw jest śmiertelnie poważna, a po chwili uśmiecha się tak, jakby przed chwilą wygrała los na loterii.
- Pamelo, wiesz gdzie jest wczorajsza gazeta? Chciałbym… - nagłe pojawienie się ojca nie robi na mamie żadnego wrażenia. Nadal wpatruje się we mnie, uśmiechając błogo. – Pamelo?
- Peter, mógłbyś mi podać telefon? Muszę koniecznie zadzwonić do sklepu.
- Teraz? – dziwi się. – Swoją drogą dziwnie wyglądasz moja droga. Stało się coś?
- Stało, oj stało… Niepotrzebnie anulowałam nasze zamówienie. Max nagadał mi głupot, a te ciuszki jednak mogą się nam przydać. Dobrze, że infolinia działa przez całą dobę – odbiera od równie zdziwionego taty komórkę i wykręca numer, kierując się na sofę w salonie.
- Mamo, ani się waż! Rozmawialiśmy już o tym! – krzyczę za nią, lecz macha ręką, ignorując moje protesty.
- Maxwell, o co chodzi? Coś ty znowu zmajstrował? – ojciec staje na wprost mnie. Jego spojrzenie, choć przenikające niczym skaner, na niewiele się zdaje.
- Dom wariatów… - szepczę pod nosem. – Wychodzę.
- Dokąd idziesz? Myślałem, że pomożesz mi przy naprawie…
- Innym razem, tato – marzę o tym, by jak najszybciej uciec im z pola widzenia. Wsiadam do auta i odpalam silnik. Jestem wściekły na mamę i jej niedorzeczne pomysły. Czy ona naprawdę nie rozumie, że to wszystko dla dobra dziecka? Tak, Eli jest ładniutki, ale mimo to za dużo nas dzieli… Nie mógłbym z nim być. Sama uroda to zdecydowanie za mało. Musielibyśmy być kompatybilni na innych płaszczyznach. Tymczasem on jest młody, impulsywny. Nic nie wiem o jego przeszłości. A nawet gdybym wiedział, to przecież zostaje jeszcze seks. Nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy to zrobić… No dobrze, ja mógłbym, ale on? To jeszcze dziecko! Jego świat składa się z kolorowych farbek i landrynek. Freddiemu nie dał się nawet pocałować, a ja chciałbym więcej, znacznie więcej… Nie, coś takiego nie ma racji bytu!
Wracam do domu trochę po północy. W naszym pokoju pali się lampka. Podchodzę bliżej łóżka. Eli śpi. Ma na sobie nieco za dużą piżamę. Jasny błękit materiału podkreśla lekko brzoskwiniowe policzki, muśnięte promieniami słońca. Wygląda słodko. Zaopiekuję się nim do chwili, gdy urodzi i stanie na nogi, ale to wszystko. Na nic więcej nie może liczyć. Ja z resztą też nie.