sobota, 29 października 2016

Rozdział VIII


„Grzech


Czuję żar, pod wpływem którego krew zaczyna się we mnie gotować... Przesuwam językiem po lekko drżących wargach wampira. Wrażenie jest nieziemskie... Chłód bijący od jego skóry przypomina zimny napój w upalny dzień...
- Jack... Ty... - Sin przerywa pocałunek, odsuwając się o kilka centymetrów. Moje palce zaciskają się na puklach czerwonych włosów, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. - Jack... - oczy, których kolor można by przyrównać do leśnego mchu, ogrzewanego przez słońce, wpatrują się we mnie bezradnie. Nie jestem w stanie wydusić z siebie ani słowa, oszołomiony nieznanymi dotąd doznaniami.
Alarmujące myśli o tym, że właśnie pocałowałem wampira, krzyczą w mojej głowie... Znienawidzony wróg, którym latami pogardzałem, oskarżając o całe zło tego świata... Nie, nie chcę teraz o tym myśleć. Czy to możliwe... Ponownie przysuwam się bliżej. Muszę zyskać pewność, którą da mi tylko kolejny pocałunek.
- N-Nie... - w ułamku sekundy odskakuje ode mnie, jakby został porażony prądem. Przykłada dłoń do ust, sprawdzając, czy nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy.
Znacznie szybciej niż ja odzyskuje nad sobą panowanie. Próbuje wymacać klamkę, by jak najszybciej opuścić pracownię. Nie mogę mu na to pozwolić. Powinniśmy porozmawiać!
- Zaczekaj... - staram się go powstrzymać, zanim będzie za późno.
- Jack? Jesteś tu? - w oddali słychać odgłos dzwonków wietrznych, których delikatny dźwięk oznacza tylko jedno... - Jack? - drzwi, prowadzące na taras same się otwierają, wpuszczając do środka zimne podmuchy wiatru oraz pojedyncze, złote liście klonu.
- Demon... - szept Sina niesie się na wietrze. Choć jest bardzo cichutki, czuję go aż pod skórą, która od chwili pocałunku stała się niesamowicie wrażliwa.
- Przyszedłem odebrać eliksiry – do pracowni wchodzi jeden z moich najlepszych klientów.
- Cassian, czekałem na ciebie – nie mógł wybrać bardziej nieodpowiedniej chwili... No trudno, skup się, Jack. Oddasz mu eliksiry, zabawisz chwilą rozmowy i będziesz mógł kontynuować badania nad wampirem.
- Nie wątpię – raczy mnie spojrzeniem swoich czarnych oczu, które połyskują groźnie. - Sin! - podchodzi do nieśmiertelnego, który nadal tuli się do ściany. - Co tu robisz?! Tak się martwiliśmy, że zostałeś złapany! - demon kładzie swoje dłonie na drobnych ramionach czerwonowłosego. Ukłucie zazdrości każe mi podejść do niego i kazać się odsunąć. Mimo to nie ruszam się z miejsca.
- Trzeba czegoś więcej, niż kilku ludzi Organizacji, by mnie złapać – odpowiada mu wampir, prezentując pewny siebie uśmiech.
- Całe szczęście, że nic ci nie jest. Nefryt szalał z niepokoju! - odgarnia swoje długie, ciemnobrązowe włosy na ramię. Nefryt? Ten Nefryt?!
- Znacie się? - przyglądam się całej scenie coraz bardziej zirytowany. Nie podoba mi się, że ten dwumetrowy kolos tak beztrosko dotyka mojego podopiecznego.
- Znamy – mój gość nie spuszcza z niego wzroku. - Dużo razem podróżowaliśmy. Poza tym Sin uratował mi życie. Jestem jego dłużnikiem.
- Ty zrobiłbyś dla mnie to samo!
- To prawda – głaszcze go swoją wielką dłonią po jedwabistych włosach, zupełnie jakby rozmawiał z dzieckiem. - Dobrze, że cię znalazłem. Musisz wrócić ze mną do zamku.
- Coś się stało? - dopytuje zielonooki.
- Stało się to mało powiedziane! Opowiem ci po drodze, odbiorę tylko zamówione eliksiry – odwraca się w moją stronę. - Pośpiesz się, Jack. Czekają na mnie.
- Za chwilę będę gotowy – informuje go Sin. Korzystając ze swojej wampirzej szybkości, wraca po kilku sekundach, ubrany w swój czarny płaszcz. Ma także torbę, którą przewiesza przez ramię, posyłając Cassianowi lekki uśmiech. On serio chce odejść! O nie kochany, nic z tego...
Wyciągam z sejfu kryształowe fiolki, które wcześnie spakowałem w specjalny pojemnik i podaję. Czarnooki przegląda zawartość pojemnika, nie kryjąc uznania dla mojej pracy.
Cassian należy do ścisłej elity wśród demonów. Mówi się, że jego moc nie ma sobie równych. Nic dziwnego, jest przecież księciem, który brał udział w wielu walkach. O jego zręczności i sile krążą legendy.
- Miałeś rację, Sin – zwraca się do swojego przyjaciela. - Jack rzeczywiście potrafi sprostać nawet najbardziej wymagającym klientom.
- Sin polecił ci moje usługi? - nie umiem ukryć zdziwienia.
- Tak. Zaufałem mu, chociaż jak dobrze wiesz, wampiry i demony nie pałają do siebie głębszymi uczuciami.
- Cieszę się, że jesteś zadowolony.
- Miałbyś poważne problemy, gdybym nie był – zaczyna się śmiać, lecz po chwili od razu poważnieje. - No dobrze, zbierajmy się.
- Do zobaczenia, Jack – wampir uśmiecha się do mnie wesoło, chowając ogniste pasma włosów pod czarnym kapturem.
- Dokąd się wybierasz? - pytam, przysiadając na biurku. Staram się wyglądać na spokojnego i zrelaksowanego, by ukryć emocje, które każą mi głośno przeciwstawić się ich pochopnej decyzji.
- Nefryt tam na mnie czeka – odpowiada uradowany. - Wrócę za kilka miesięcy. Dbaj o siebie i Henryka – odwraca się do mnie plecami, lecz od razu go powstrzymuję.
- Nie pozwoliłem ci odejść!
- Co takiego? - oburza się książę.
- To, co słyszałeś. To ja jestem jego opiekunem i jeśli mówię, że zostaje ze mną, to tak właśnie będzie.
Demon podchodzi do mnie pewnym krokiem i bez problemu unosi w górę, szarpiąc za ubrania.
- Coś ty powiedział? - cedzi przez zęby, coraz bardziej wściekły. Henryk twierdzi, że po skrytobójczym ataku na jego ojca, gołymi rękoma rozprawił się ze spiskowcami. Wierzę, że tak właśnie było. Cassian nie cofnie się przed niczym, bo nie zna uczucia strachu.
- Sin zostaje ze mną – mierzymy się wzrokiem. Oczy demona odsłaniają mrok jego duszy. Jest naprawdę groźnym przeciwnikiem. Niestety w tej walce nie ma ze mną żadnych szans. Sin musi mi się podporządkować.
- Powtórz to – gdyby zacisnął swoje dłonie na moich ramionach, najpewniej pogruchotałby mi kości.
- Masz problemy ze słuchem, demonie? - nie powinienem go prowokować, ale to silniejsze ode mnie. Chcę by poczuł odrobinę goryczy w odwecie za zazdrość. - Wampir zostaje.
- Jack, lubię cię, ale nie powstrzyma mnie to przed wyrwaniem ci serca – ostrzega.
- Pozwól mi odejść! To dla twojego dobra! - czerwonowłosy próbuje wtrącić się w naszą potyczkę, lecz jest bez szans.
- Nefryt i ja zapewnimy Sinowi bezpieczeństwo. David nie rzuca słów na wiatr, Jack. Jeśli go złapie, wasza rodzina może mieć poważne problemy.
- Przestań się popisywać i postaw mnie na ziemi. Wiesz równie dobrze jak ja, że w posiadłości nic mu nie grozi.
- Tu nie chodzi tylko o bezpieczeństwo. Sin chce się związać z Nefrytem – przypomina mi. - Jego wybranek należy do bardzo kapryśny. Jeśli Sin będzie zwlekać, ktoś inny zajmie jego miejsce.
- Tym bardziej uważam, że lepiej mu będzie ze mną – bronię swojego zdania.
- Jack! Nie bądź taki! Nie rozumiesz? Związek z Nefrytem uwolni cię od obowiązku oddawania mi krwi! Poza tym lubię go i chcę z nim być!
- Lubisz, ale nie kochasz! Czy miłość nie jest jednym z wymogów zawarcia kontraktu?! - cytuję zapis Wielkiej Księgi, która jest wyznacznikiem prawa.
- Nefryt jest dla mnie bardzo ważny. Kocham go! - Kocha? Sin kocha innego wampira?! Niemożliwe!
- A Nefryt? - walczę do końca, bo widzę, iż ta dwójka coś przede mną ukrywa.
- Nefrytowi bardzo na mnie zależy.
- Nie byłbym tego taki pewny, Sin – przerywa mu ciemnowłosy książę. - Pamiętasz chłopaka, którego obserwowałem w zeszłym roku? Okazało się, iż ten człowiek ma w sobie tak silną moc, że zagraża swojej rodzinie. Przyjąłem go na ucznia. Nefryt rozpowiada, że się w nim zakochał i chce przemienić go w wampira.
- Kłamiesz! Nefryt złożył obietnicę! - irytuje się nieśmiertelny.
- Przykro mi Sin. Jeśli się nie pośpieszysz, możesz go stracić – demon wygląda na szczerze zmartwionego.
- Jack... Błagam cię... Pozwól mi odejść... - spogląda mi pokornie w oczy. Te same oczy jeszcze kilka minut temu wpatrywały się we mnie zupełnie inaczej... Chcę, aby ponownie pozwolił mi się pocałować. Jeśli zwiąże się z kimś innym, nie będę miał na to żadnych szans.
- Muszę wybrać to, co jest najlepsze dla rodziny. Tu jesteś bezpieczny. Jeśli zostaniesz złapany, możemy mieć spore problemy. Dlatego nie zgadzam się na to, abyś opuścił posiadłość.
- Nienawidzę cię! - krzyczy, po czym wybiega z pokoju, głośno trzaskając drzwiami. Pierwszy raz miałem okazję widzieć go aż tak wzburzonego.
- Cholera... - mruczę cicho, przeczesując włosy palcami.
- Podjąłeś trudną decyzję, która złamała mu serce – odwracam się do Cassiana, o którego obecności zupełnie zapomniałem.
- Myślisz, że dobrze zrobiłem?
- Nie wiem. Jako przywódca rodziny, jesteś za nich odpowiedzialny. Jednak Sin ma swoje plany. Nie dziwi mnie, że tak zareagował.
- Ten cały Nefryt... Mówiłeś, że chce przemienić człowieka w wampira, aby się z nim związać. Jeśli nie kocha Sina, to ich związek nie miałby przyszłości.
- To zależy jak na to spojrzeć.
- Nie rozumiem.
- Sinowi nie zależy na uczuciach, a na krwi. Jest głodny. Im rzadziej go karmisz, tym jest słabszy. Z wojownika zamienia się w zwierzynę.
- Staram się, ale on jest taki uparty i nie chce ode mnie pić!
- Widać przyzwyczaił się do odmowy – drwi.
- Karmiłeś kiedyś wampira?
- Ja? Nawet tak nie żartuj – prycha. - Demon nie poniża się do roli czyjegoś obiadu.
- Odmawiałem Sinowi krwi, to prawda, ale to było dawniej. Teraz chcę mu ją dać.
- Porozmawiaj z nim. Może zmieni zdanie.
- Każda nasza rozmowa kończy się w sposób, który przed chwilą widziałeś. Nie umiemy się dogadać.
- Przed chwilą uparcie postawiłeś na swoim, co oznacza, że albo tak bardzo zależy ci na dobru rodziny albo... - celowo nie kończy zdania, wlepiając we mnie swoje smoliste tęczówki.
- Albo?
- Jack, ty chyba nie... - złośliwie wykrzywia usta.
- Co? - dopytuję.
- Nic. Sam się domyśl. Muszę już iść – kładzie mi dłoń na ramieniu. - Jeśli skrzywdzisz Sina, zabiję cię.
- Dzięki. Będę to miał na uwadze – odprowadzam go aż na taras.
- Cassian! Zaczekaj! - zdyszany wampir pojawia się przed swoim przyjacielem.
- Myślałem, że nie przyjdziesz się ze mną pożegnać – gani jego zachowanie.
- Przepraszam. Bałem się, że nie zdążę ci tego dać – wkłada mu w dłoń jeden z aksamitnych woreczków, który znajdował się w jego torbie. - Daj to Nefrytowi, proszę.
- Mogę? - czerwonowłosy przytakuje, a książę rozwiązuje rzemyk. Wyjmuje ozdobę do włosów, którą niedawno sam miałem okazję podziwiać.
- Sin! Przecież to jest...! Skąd ją masz?
- To symbol mojej miłości i oddania. Powiedz mu to, dobrze? - zaciska ostrożnie palce demona na złotej ozdobie.
- A jeśli... ? - wojownik jest coraz bardziej poruszony.
- Jeśli wybierze kogoś innego? No cóż... Ma do tego prawo.
- Uważaj na siebie. Jestem pewny, że David nie odpuści i prędzej czy później zaatakuje dom.
- Wiem. Chronię posiadłości od pokoleń. Poradzę sobie.
- Jeśli będziesz potrzebować pomocy, daj mi znać.
- Dziękuję, przyjacielu.
- Zobaczymy się wkrótce.
- Opiekuj się Nefrytem, dobrze? - woła za nim, gdy demon unosi się w powietrzu.
- Obiecuję!
Jest mi zimno, więc szybko wracam do środka. Nie zamykam drzwi, czekając aż obrażony wampir zechce do mnie dołączyć. Robi to bardzo niechętnie. Nie musi nic mówić. Po jego minie wnioskuję, że czeka nas niezła przeprawa.
- Sin, nie gniewaj się na mnie. Nie mam innego wyjścia – chcę jak najszybciej odbudować dobre stosunki między nami.
- Idę do Henryka – informuje mnie, nie racząc nawet spojrzeć w moim kierunku. - I jeszcze jedno – odwraca się gwałtownie – jeśli spróbujesz ponownie mnie pocałować, wyrwę ci język – uśmiecha się słodko.
Przełykam głośno ślinę i jakby nigdy nic, idę za nim do kuchni, gdzie Henryk nadal zajmuje się szczeniaczkiem.
- To mały labrador – informuje Sina od wejścia. Piesek również prezentuje się o wiele lepiej. Został nakarmiony, a teraz macha wesoło ogonem, leżąc na kocu przed kominkiem. Wampir ostrożnie podchodzi bliżej, lecz nie stara się go dotykać.
- Jak się masz? - maluszek rzuca mu nieufne spojrzenie, chowając ogon pod siebie. Byłem pewny, że będzie próbował uciec do Henryka, lecz ta czarna kulka niepewnie staje na łapki, a potem powoli podchodzi do swojego wybawcy. Sin ani drgnie, czekając na dalszy rozwój wypadków. Szczeniaczek dokładnie go obwąchuje. Wampir wyciąga białą dłoń w jego kierunku i przesuwa opuszkami po małym łebku. Różowy język psiaka zaczyna lizać wnętrze dłoni nieśmiertelnego.
- Lubi cię, paniczu – służący wręcza Sinowi kawałek biszkopta, którym ten częstuje psa. - Jak chcesz go nazwać?
- Nie wiem. Muszę się zastanowić – głaszcze go znacznie śmielej.
- Panie, przyszły nowe zamówienia na eliksiry – wskazuje na koperty, które położone są na stole. - Chciałem ci je przynieść, ale miałem pełne ręce roboty z tym zmarzlakiem. Musiałem go wykąpać i nakarmić. Przygotowałem mu także miejsce do spania w twoim pokoju, paniczu.
- Myślisz, że będzie chciał ze mną spać? - dziwi się długowieczny.
- Chcecie zatrzymać psa? A jeśli ktoś go szuka? - próbuję go pogłaskać, lecz maluch nie chce do mnie podejść. Udaje mu się także oszczekać moją dłoń.
- Jednak znasz się na ludziach – chwali go Sin. - Powiedziałeś, że mogę go zatrzymać, jeśli będę spać w domu. Chcesz się wycofać z danego słowa? - pyta, chowając swoje znalezisko z daleka ode mnie. Psa i mnie nie połączyła miłość od pierwszego wejrzenia... Kolejny punkt dla Sina.
- Nie, jeśli dotrzymasz swojej części umowy – odbijam piłeczkę.
- Nazwę cię Vero - decyduje po chwili, spoglądając mu w oczy.
- Vero? To zupełnie do niego nie pasuje – zauważam.
- Vero... Czy nie tak miał na imię pies księcia Klaudiusza? – przypomina sobie służący. - Dobry wybór, paniczu.
- Też tak uważam.
Piesek zaczyna ziewać.
- Jest zmęczony. Położę go spać. Zajmiesz się nim rano, Henryku?
- Oczywiście. Z prawdziwą przyjemnością.
- Dobranoc – zabiera szczeniaka i wychodzi.
- Panie... - Henryk siada przy stole, wskazując mi miejsce na wprost siebie. - Widzę, że chcesz mi coś powiedzieć.
- Pewnego dnia zabiję tego cholernego krwiopijcę, zobaczysz! A kiedy wieczorem się obudzi, zabiję go jeszcze raz! I tak bez końca!
- Zacznij swoją opowieść od chwili, w której wyszliście razem z kuchni.
- Kazałem mu napić się krwi. Nie był zbyt chętny. A potem pojawił się Cassian i zaczął straszyć nas Davidem oraz jakimiś bzdurami o Nefrycie i niedotrzymanych obietnicach. Sin chciał z nim odejść, ale demon tak mnie wkurzył tym swoim gadaniem, że zrobiłem się zazdrosny i...
- I? - czeka na dalszą część mojej relacji.
- I przyszliśmy tutaj – napięcie natychmiast ze mnie wyparowuje, gdy zdaję sobie sprawę z tego, co mu przed chwilą wyznałem. Jeśli Sin także mnie słyszał, to...
- Spokojnie, panie. Panicz Sin nie ma w zwyczaju podsłuchiwać. Mógłby to robić, lecz oduczył się tego brzydkiego zwyczaju już dawno temu - uspokaja mnie.
- Tak? To dobrze – boję się unieść wzrok, chociaż ciekawość zżera mnie od środka, bo nie wiem czy w tej całej tyradzie Henryk zdołał wychwycić wzmiankę o zazdrości, czy nie.
- Rozumiem – rzuca enigmatycznie.
- Tyle tyle? - spoglądam na niego zaskoczony. - Nic więcej nie powiesz?
- A co mam powiedzieć, panie?
- Nie wiem... Wszystko będzie dobrze albo jakiś inny banał – odczuwam tak silne napięcie, że wstaję z miejsca i zaczynam krążyć po kuchni.
- Jesteś opiekunem i człowiekiem panie, a panicz Sin wampirem, który deklaruje, iż kocha innego wampira. Uważasz, że uwaga typu „wszystko będzie dobrze” załatwi sprawę?
- Nie – mamroczę, czując jak policzki zaczynają mnie palić.
- Panie, sytuacja robi się poważna. Gdy poprosiłem, abyś odpowiedział sobie na pytanie czego chcesz...
- To nie ma z tym nic wspólnego! - przerywam mu.
- Nie? Więc skąd twoja zazdrość?
- Nie wiem! Jesteś zadowolony?! Nie wiem! Może coś mi zrobił?! Może zaczarował tym swoim wampirzym wzrokiem?! Skąd mam wiedzieć?! Odkąd dałem mu swoją krew, nie umiem przestać o nim myśleć! - wybucham, dzieląc się z moim jedynym powiernikiem prawie wszystkimi sekretami. Nie jestem aż tak odważny, by wyznać, iż ukradłem pocałunek lub odczuwam silne pożądanie, gdy pozwalam mu pić krew.
- To zmienia postać rzeczy – jego spokojny ton wyprowadza mnie jeszcze bardziej z równowagi.
- Mylisz się! Nadal go nienawidzę! To potwór, którego... ja... Nie! To niemożliwe, niemożliwe!
- Spokojnie, panie. Napijmy się czegoś mocniejszego – pośpiesznie nalewa nam po szczodrej porcji alkoholu.
- Nie pomaga – marudzę, opróżniając szklaneczkę.
- Panie, musisz nabrać dystansu do swoich obowiązków. Jak wiesz, służę w rodzinie od lat i miałem pod opieką wielu z twoich poprzedników. Każdy z nich reagował inaczej na karmienie wampira. U jednych oddawanie krwi wzbudzało entuzjazm, u innych smutek. Pamiętasz Filipa? Za każdym razem odczuwał nieopisane szczęście. Z tobą jest podobnie. Oddałeś krew zaledwie kilka razy. Jestem pewny, że szybko do tego przywykniesz.
- Więc skąd ta zazdrość?
- Lubisz ład i porządek. Przestrzegasz wszystkich zasad oraz pilnie wypełniasz obowiązki. Panicz Sin próbuje nagiąć nieco prawo, by związać się z Nefrytem. Łamie zasady, które dla ciebie są ważne. Jestem pewny, że zazdrościsz mu tego, iż ma wybór, którego ty nie miałeś. To cała tajemnica.
- Gdy mówisz o tym w ten sposób, widzę wszystko z zupełnie innej perspektywy.
- Nie martw się panie, wszystko będzie dobrze – uśmiecha się do mnie, celowo używając zwrotu, na który od samego początku czekałem.
- Dziękuję. Nie wiem co bym bez ciebie zrobił – obejmuję go. Tak długo jak mam przy sobie Henryka, nie zginę.
- Po to tu jestem, panie – zapewnia mnie. - Pora spać. Miałeś dziś pracowity dzień, który zakończył się samymi sukcesami. Sprowadziłeś wampira do domu, perfekcyjnie wykonałeś zamówienie, wykazałeś troskę o rodzinę. Świetnie się sprawdzasz w swojej roli.
- Naprawdę tak myślisz?
- Tak. Przecież wiesz, że nie mam w zwyczaju kłamać. Zasłużyłeś na odpoczynek.
Pokrzepiony miłymi słowami mojego jedynego przyjaciela, uśmiecham się do siebie, zadowolony. Jak mogłem być tak głupi, by zwykły stres wziąć za pożądanie? Całe szczęście, że mam przy sobie kogoś tak oddanego i doświadczonego jak Henryk, który rozwiał moje obawy. Zasypiając, czuję się znowu sobą. Bo przecież opiekun nie pożąda wampira, prawda?

czwartek, 27 października 2016

Rozdział VII


„Grzech


Nasze ostatnie spotkanie miało miejsce dokładnie cztery dni temu. Co się wydarzyło od tego czasu? Nic!
- Wrócił? - każdego poranka zadaję Henrykowi to samo pytanie...
- Nie, panie – i dostaję identyczną odpowiedź.
Henryk przez cały czas pilnuje, by w nowym pokoju Sina było ciepło. Bezustannie dokłada drewna do kominka. Zadbał nawet o specjalne rolety, które nie przepuszczają światła. Zapełnił szafę nowymi ubraniami. Wiem, że to tylko drobiazgi, ale chciałbym pokazać mu, że może się tu czuć jak w domu.
- Więc gdzie jest?!
- Ogród wygląda na zadbany. Nie nudzi się.
- Mam gdzieś ogród! Chcę, aby wrócił!
- Panie, daj mu trochę czasu. Pierwszy raz od bardzo dawna poproszono go by został. Musi się przyzwyczaić. Odwiedzić wszystkie kąty, przemyśleć sytuację.
- Ma wykonywać moje polecenia. Tu nie ma nad czym myśleć – nerwowo odsuwam krzesło od stołu i zaczynam krążyć po pracowni.
- Doskonale wiesz, że daleko nie odszedł. Nadal jest na terenie posiadłości.
- Więc czemu nie śpi w domu?
- Tego nie wiem. Może... - starszy mężczyzna kolejny raz próbuje się wycofać.
- Znowu to samo? Tyle razy prosiłem, abyś był wobec mnie szczery. W przeciwnym wypadku to wszystko nie ma sensu!
- Chodziło mi o to, że może podczas waszej ostatniej rozmowy powiedziałeś coś, co wystraszyło biednego panicza.
- Ja miałbym go wystraszyć? Niby czym? Przecież to wampir! Ma kły! Jeśli chcesz znać prawdę, to raczej on próbował nastraszyć mnie, ale nic z tego! A wiesz dlaczego?! Bo ja się go nie boję! Mam gdzieś, że jest krwiożerczym potworem! Musi zrozumieć tylko jedno. To ja jestem jego panem, wobec którego ma być bezgranicznie posłuszny! Czy wymagam za wiele?!
- Aleś skąd, panie... Jesteś aż nazbyt dobry.
- Przestań ze mnie kpić!
- Sam jesteś sobie winny – służący zakłada okulary, po czym sięga po książkę, którą ma zamiar czytać w ramach przedpołudniowego lenistwa, któremu codziennie z lubością się oddajemy.
- To co mam zrobić? Poradź mi coś, skoro jesteś taki mądry.
- Wydaje mi się, że nie potrzebujesz moich porad, a czegoś na uspokojenie. Może filiżankę melisy?
- Przecież chcę dobrze. Czemu nic z tego nie wychodzi? - chowam palce dłoni we włosach, jakby ten gest miał mi w jakikolwiek sposób pomóc.
- Dotarliśmy do sedna sprawy – otwiera pierwszy tom „Zmierzchu” Stephanie Meyer.
- Co masz na myśli?
- Irytujesz się z byle powodu, jesteś drażliwy i ciągle krzyczysz. Dlaczego?
- Nie wiem – zaskakuje mnie kierunek, w jakim zmierza. - Ale ty wiesz, prawda?
- Musisz sobie odpowiedzieć na jedno kluczowe pytanie, które brzmi następująco : „czego chcę”.
- Czego chcę? - bezwiednie powtarzam za nim, zajmując z powrotem swoje miejsce przy stole.
- W chwili, w które znajdziesz odpowiedź, wszystkie problemy same się rozwiążą.
- To ma być twoja złota rada? Szukanie odpowiedzi na wydumane pytanie?
- Nie mówiłem, że to będzie proste.
- Mam słuchać raz od kogoś, kto czyta romanse dla nastolatek?! - próbuję z niego zadrwić, lecz mój służący poprawia swoje okulary i uśmiecha się szczerze rozbawiony.
- Miliony wielbicielek na całym świecie uznały „Zmierzch” za wart uwagi, więc nie rozumiem skąd twój sarkazm?
- Czytaj sobie do woli. I tak jestem zajęty.
- Rozpocząłeś pracę nad kolejnymi eliksirami?
- Tak.
- Narzucasz sobie zbyt duże tempo pracy. Odpocznij. Odpręż się. Spacer dobrze ci zrobi.
- Nie chcę spacerować. Jest zimno.
- Potrzebujesz wyciszenia, by odzyskać spokój albo chociaż jakąś jego część  – przerzuca kartki z zawrotną prędkością.
- Dobrze wiem, że do szczęścia brakuje mi zaledwie jeden posłuszny nieśmiertelny – Henryk wybucha śmiechem.
- Przepraszam. Nie śmiałem się z ciebie panie, lecz z Belli – wskazuje na książkę. - Jej także wydaje się, iż podporządkuje sobie wampira.
Mieszkam z wampirem, rozmawiam z wampirem, mój służący czyta o wampirach... No i najważniejsze – bezustannie myślę o jednym z nich... Czego chcę? Co sprawiło, iż straciłem zimną krew? Wampir – ta oczywista odpowiedź sama ciśnie się na usta. Gdzie się podział ten szubrawiec?
Zostawiam zaczytanego mężczyznę samemu sobie i wyruszam na poszukiwania. Przez blisko trzy godziny spaceruję po rozległych terenach, które rozciągają się za domem. Mam tu swój las, jezioro, park oraz pole, ale to praktycznie otwarta przestrzeń. Nie położył się spać na środku pustkowia, bo nie przepada za promieniami słońca. Pod ziemię też się nie zapadł.
Kilkukilometrowy spacer nieco mi się dłuży. Nadal zastanawiam się nad słowami Henryka - „czego chcę”? Wiem czego chce moje ciało, ale nie zamierzam aż tak się spoufalać z tym zmarłym gagatkiem! To oczywiste, że po tym, jak karmienie wywołało we mnie tak silną falę pożądania, trudno mi o tym zapomnieć. Byłem pewny, że już nigdy nie poczuję czegoś podobnego. Zostając opiekunem z góry wiedziałem, że nie mam szans, by znaleźć żonę. Która kobieta wyrazi chęć zamknięcia się z facetem w czterech ścianach do końca życia, mając wampira za najbliższego sąsiada? Żadna. Przekraczając próg tego domu pożegnałem nie tylko moje poprzednie życie, ale także wszystko, co się z nim wiązało, w tym miłość...
Patrząc na Sina nie czuję miłości. Mam ochotę udusić go własnymi rękami. Jednak zanim to zrobię, chciałbym... Nie! Wcale nie marzę o tym, by dotykać tej bladej, zimnej skóry... To niemożliwe! Przecież nienawidzę go od tak dawna...
Pierwszy raz spotkaliśmy się lata temu. Byłem wtedy młodym chłopakiem. Mój ojciec został wezwany przez radę starszych, która rozważała wybór kandydata na stanowisko opiekuna. Zjawiło się kilku mężczyzn. Obrady przeciągały się bez końca. Był lipiec. Początek wakacji. Bawiłem się w lesie, uciekając przed Henrykiem, który próbował za mną nadążyć. Poszedłem do lasu i wspiąłem się na jedno z najwyższych drzew. Wiedziałem, że stary służący nie będzie mnie tu szukać.
Wołał i wołał, na zmianę obiecując łakocie lub strasząc karami. Nie zdradziłem się ani słowem. Powoli zapadał zmrok. Zrezygnowany Henryk wrócił do posiadłości. Znudziło mnie siedzenie na drzewie, nie mówiąc już o tym, że byłem głodny. Zacząłem schodzić na dół. W pewnej chwili jedna z gałęzi załamała się pod moim ciężarem. Spadałem z zawrotną prędkością. Krzyknąłem przestraszony. W ułamku sekundy pojawił się ktoś, kto złapał mnie na ręce, amortyzując upadek.
- Nie bój się – jego głos był cichy i brzmiał zupełnie inaczej niż wszystkie głosy, które kiedykolwiek słyszałem. Miał na sobie czarny płaszcz z kapturem. Postawił mnie ostrożnie na ziemi. - Nic ci nie jest? - zapytał.
- Kim jesteś? - nie umiałem powstrzymać dziecięcej ciekawości, przypatrując się nieznajomemu.
- Jestem Sin.
- Sin? - to z jego powodu tu przyjechaliśmy. Ojciec nie mówił o nim inaczej, niż „syn ciemności”. Tymczasem wyglądał zupełnie zwyczajnie. I uratował mi życie.
- Dziękuję.
- Chodź, odprowadzę cię do domu – ruszył przed siebie.
- Paniczu... Przyprowadziłeś do domu małego uciekiniera – Henryk pogroził mi palcem. Ponownie schowałem się za plecami mojego wybawcy.
- Czy dokonano już wyboru? - zapytał służącego.
- Jeszcze nie.
- Rozumiem – Sin zrzucił z głowy kaptur, ukazując burzę włosów o intensywnej barwie czerwieni. - Zajmij się dzieckiem, Henryku.
- Nie jestem dzieckiem! - zaprotestowałem, łapiąc go za rękę, która wydała mi się zimna, jak na tak ciepły wieczór.
- Jack... Co robisz? - zdziwił się, spoglądając mi po raz pierwszy w oczy. Jego uroda zapierała dech w piersiach. Jasna skóra, błyszczące zielone oczy i te czerwone włosy...
- Wiesz jak mam na imię?
- Oczywiście. Znam wszystkich członków naszej rodziny.
- Wszystkich? Nawet ciotkę Gertrudę...
- Która ma pięć rudych kotów? Tak, ją też – uśmiechnął się.
- Sin, pobaw się ze mną! W pokoju mam nową kolejkę elektryczną, którą dostałem na urodziny. Chodź, pokażę ci! - pociągnąłem nieznajomego za sobą. Ku mojemu zdziwieniu, nie stawiał zbytniego oporu. Usiadł na dywanie, po drugiej stronie pokoju, zachowując spory dystans między nami. Bardziej niż wagoniki, interesowała mnie jego niecodzienny wygląd.
- Zimno ci?
- Nie – odpowiedział wampir.
- Więc zdejmij płaszcz – niechętnie wstał i zsunął z siebie czarne okrycie. Pod spodem miał ubraną równie czarną koszulę, która silnie kontrastowała z jego kredową cerą.
Nie chciałem tracić ani chwili. Pokazałem mu jak działa kolejka i co zrobić, by zatrzymywała się na poszczególnych stacjach. W pewnym czasie usłyszałem krzyki, dobiegające z korytarza. Do pokoju wpadł ojciec. Widząc wampira, chwycił mnie na ręce.
- Wynoś się stąd! - krzyknął do niego. - I trzymaj z daleka od mojego syna!
- Gratuluję wyboru– odpowiedział mu nieśmiertelny, wstając w podłogi.
- Tato, my się tylko bawiliśmy... - próbowałem bronić nowego przyjaciela.
- Przyjrzyj mu się uważnie, Jack. On nie jest człowiekiem! To zło wcielone! To przez niego będziemy musieli się rozstać!
- Co?! Nie! - wpadłem w panikę i zacząłem płakać. Ojciec tulił mnie mocno do siebie. Objąłem jego szyję ramionami, przylegając do jego ciała najmocniej jak umiałem. Pomimo wzburzenia, czułem od niego ciepło. Ciepło, którego brakowało Sinowi...
Poprzednik ojca żył jeszcze nieco ponad dwa lata. Gdy zostało mu niewiele czasu, rada starszych poprosiła ojca o stawienie się w posiadłości. Nigdy nie zapomnę tego widoku... Po całej posiadłości kręcili się mężczyźni, ubrani w czarne garnitury. Śmierć zdawała się wisieć w powietrzu. Pozwolono nam wejść do pokoju, gdzie na wielkim łóżku leżał bardzo szczupły i stary jegomość, podłączony do szpitalnej aparatury. Nazywał się Filip, lecz z racji swojego wieku, wszyscy mówili o nim „dziadziuś Fill”. Mój ojciec podszedł do łóżka, przyklęknął i pocałował go w rękę.
- To ty... - uniósł zmęczone powieki. - Mój następca.
- Tak, panie – przytaknął mu.
- Mam nadzieję, że się nim zaopiekujesz... Jest taki kruchy...
- Panie... - Henryk pochylił się nad nim widząc, jak wiele kosztuje go wypowiedzenie tych kilku słów.
- Gdzie Sin? Już czas...
Ostatnie promienie słońca schowały się za horyzontem. Wampir wbiegł do sypialni tak szybko, iż wydawało mi się, że zmaterializował się na naszych oczach.
- Już jestem, Filipie. Już jestem...
- Każ im stąd wyjść... Tej bandzie obłudników i łgarzy, którzy oszukiwali mnie przez całe życie... - z ogromnym wysiłkiem uniósł się na pościeli, by obrzucić członków rady starszych ostatnim, nienawistnym spojrzeniem. - Ty – wskazał mojego ojca – zostań.
Wystarczyło jedno niechętne spojrzenie wampira, by wszyscy zebrani pośpiesznie opuścili pomieszczenie. Ja również chciałem do nich jak najszybciej dołączyć, ale ojciec złapał mnie mocno za rękę, zmuszając tym samym do pozostania. Bałem się. Wiedziałem, że minuty dziadka Filla są policzone. Nie chciałem, by umierał na naszych oczach.
- Uważaj na te hieny, moje dziecko. Sam wiesz, że nie cofną się przed niczym... I chroń mojego następcę. Biedak, wygląda na przerażonego...
- Filipie...
- Dziękuję, że jesteś... - spoglądał już tylko na Sina, który ujął go delikatnie za rękę. - Dzięki tobie moje zwykłe życie nabrało barw... Nie zapominaj o mnie...
- Nie zapomnę – krwawe łzy zaczęły spływać po jego policzkach.
- Nie płacz, nie będziesz sam... -  zmazał stróżki łez z idealnej twarzy nieśmiertelnego. - Uśmiechnij się do mnie, bo ja codziennie się śmiałem... Nigdy nie sądziłem, że zaznam tyle radości...
Umarł po wypowiedzeniu tych słów. Henryk, który przez cały ten czas stał obok łóżka, dyskretnie spojrzał na zegarek.
Obserwowałem Sina. Zamarł na dłuższą chwilę, wodząc po nadgarstku zmarłego. Po pewnym czasie kazał nam wyjść. Sam ubrał go na ostatnią drogę, a potem wziął na ręce i złożył do trumny, na którą wylał specjalny eliksir, przygotowywany specjalnie na takie okazje, by inne wampiry i demony nie przeszkadzały zmarłemu w wiecznym śnie.
Mój ojciec odszedł nagle, nie pożegnawszy się z nikim, nawet ze mną... Z jednej strony mam do niego żal, bo doskonale wiedział, że zostanę jego następcą, lecz zataił przede mną tak ważną informację, nie mówiąc mi ani słowa. Nie zostawił także żadnego listu czy testamentu. Zdaniem Henryka przez te wszystkie lata był skryty i niedostępny. Zamykał się w swoim pokoju, poświęcając bez reszty pracy. To także wydawało mi się dziwne, bo lista niewykonanych przez niego zamówień na eliksiry zdawała się nie mieć końca. Nie opracował także ani jednego nowego przepisu. Chociaż nie jestem jakoś specjalnie uzdolniony w tym temacie, mam już ich na koncie kilkanaście.

Wracam do domu późnym popołudniem. Służący od razu wabi mnie do kuchni zapachem szarlotki z cynamonem, który roznosi się po całym domu.
- Znalazłeś wampira, panie? - pyta, nalewając herbatę do filiżanek.
- Nie.
- Już po zmroku. Może sam wróci?
- Nie liczyłbym na to – pochłaniam wielki kawałek ciasta, grzejąc się przy kuchennym kominku.
- Jeszcze jeden? - nie walczę ze słodką z pokusą.
- Dziękuję – uśmiecham się zadowolony.
- Cieszę się, że ci smakuje, panie.
- Mogę cię o coś zapytać, Henryku? - próbuję wykorzystać okazję, by wyciągnąć jakieś nowe fakty z tej chodzącej skarbnicy wiedzy.
- Zamieniam się w słuch – poprawia okulary, co zwykle oznacza, że woli utrzymać dystans na wypadek, gdybym zadał jedno z niewygodnych pytań, jak często mam w zwyczaju.
- Dlaczego mój ojciec wniósł tak niewiele do naszej pracy? Przesiadywał w pracowni od rana do nocy.
- To bardzo dobre pytanie – zaczyna przecierać szkła ściereczką. - Sam chciałbym znać na nie odpowiedź.
- Nie realizował zamówień. Nie pozostawił po sobie żadnych zapisków.
- Nie raz mnie o niego pytałeś, lecz obawiam się, że...
Usłyszałem świst otwieranych z impetem drzwi. Coś czerwonego mignęło mi przed oczami...
- Pomóż mi! Proszę! - zdenerwowany Sin ostrożnie umieścił jakieś zawiniątko w ramionach Henryka.
- Paniczu... Skąd go masz?! I czemu jesteś cały mokry?!
- Proszę... - wampir odsunął się od mężczyzny, który od razu przeszedł do działania. Dziarsko podniósł się z krzesła i ruszył w stronę kominka.
- Musimy go ogrzać! - zdecydował.
- Co tam macie?! - zepchnięty na drugi plan, próbuję przebić się do rozmowy.
- Panicz Sin przyniósł szczeniaczka – rozwinął szmatę, wyjmując ze środka zabiedzonego psiaka, który cicho piszczy, dygocząc z zimna.
- Wyłowiłem go z jeziora, ale nic więcej nie mogę dla niego robić – spoglądam na naszego „bohatera”. Wygląda równie żałośnie jak ta czarna kulka, którą Henryk energicznie wyciera suchym ręcznikiem.
- No już, już... Za chwilę podgrzeję ci mleko – obiecuje maluchowi. - Panie, zrób z nim coś, bo patrzeć na niego nie mogę – wskazuje na wampira.
- Taki mam zamiar! - łapię za drobne przedramię i ciągnę go za sobą na górę.
- Jack... Puszczaj! - nie dosyć, że głupi, to jeszcze uparty...
- Co ci strzeliło, by pływać w jeziorze przy takiej pogodzie?
- Nie mogłem pozwolić, by utonął.
- Musisz się przebrać i ogrzać!
- Nic mi nie będzie – zaczyna się śmiać. - Nie jestem człowiekiem, zapomniałeś? To tylko odrobina zimnej wody.
- Zdejmij mokre ubrania i wysusz włosy. Jak skończysz, przyjdź do pracowni – wydaję mu polecenie.
Długo każe mi na siebie czekać. Jestem pewny, że zignorował moje słowa i od razu pobiegł do Henryka. Szczeniaczek jest przecież ważniejszy niż polecenie opiekuna... Mógłbym wykorzystać tego nieszczęśnika do swoich celów... Plan wydaje się podły, ale nie mam innego wyjścia. Gdy kończę rozważać szczegóły, rozlega się ciche pukanie.
- Wejdź!
Sin zamyka za sobą drzwi, o które niepewnie opiera się plecami.
- Jak tam twoje znalezisko? Przeżyje?
- No wiesz! Przecież Henryk się nim zajmuje! - oburza się na mój brak zaufania w umiejętności służącego.
- Skoro pies ma się dobrze, pora zająć się tobą. Gdzie byłeś?
- Tutaj.
- Masz spać w domu!
- Jasne... I co jeszcze? - drwi.
- Sin, ja nie żartuję! Jeśli mi się nie podporządkujesz, to...
- To co? - unosi dumnie podbródek do góry. W starciu wręcz nie mam z nim najmniejszych szans, ale...
- Wyrzucę psa z domu – korzystam z nowej karty przetargowej, którą podsunął mi los.
- Nie zrobisz tego! Przecież jest malutki i potrzebuje pomocy!
- Decyzja należy do ciebie. Mieszkasz tutaj i robisz co ci każę, albo pies ląduje za bramą. Więc jak będzie?
- Jack...  ! Nie! - syczy wściekły.
- Rozumiem, że przyjmujesz warunki – nie umiem ukryć uśmiechu zadowolenia, który pojawia się na moje twarzy.
- Niech cię piekło pochłonie, ty bezduszny egoisto... Powinienem pozwolić, abyś spadł z tamtego drzewa i złamał sobie kark! - no proszę, coś nas jednak łączy. Myśleliśmy dziś o tym samym wydarzeniu z przeszłości.
Rozdrażniony Sin przypomina pręt rozgrzany w ogniu. Trzeba bardzo uważać, by się nie poparzyć. Na szczęście już dawno temu opanowałem sztukę obchodzenia się z tym żelastwem...
- Podejdź do mnie. Pora cię nakarmić – rozsiadam się wygodnie w swoim ulubionym fotelu.
- Nie potrzebuję twojej krwi.
- Nie pytałem czego potrzebujesz. Stwierdziłem fakt – podwijam rękaw swetra do góry, by móc bez przeszkód rozpiąć rękaw koszuli. - Wolisz przyglądać się jak szczeniaczek zdycha za bramą?
Jego oczy płoną, gdy korzysta z wampirzej szybkości i zaciska dłonie na mojej klatce piersiowej.
- Gnieciesz mi ubranie – wpatruję się w jego twarz, która znajduje się kilka centymetrów od mojej.
- Nie chcę krwi z nadgarstka. Wolę się napić stąd – przesuwa opuszką palca po mojej szyi. Puls gwałtownie mi przyspiesza.
- Nic z tego – łapię go za ramiona i odsuwam od siebie. 
- Dlaczego nie? - zaczyna zachowywać się jak rozkapryszony bachor.
- To zbyt intymne, a ty jesteś...
- Nie musisz się tłumaczyć, Jack. Doskonale wiemy kim jestem – siada na dywanie. - Daj – mruczy niezadowolony, przysuwając mój nadgarstek do swoich spragnionych ust. Gryzie mnie mocniej niż poprzednio.
- Sin... - ostrzegam go. Unosi wzrok i udając niewiniątko przełyka drobny łyczek.
- Tak? - trzepocze ciemnymi rzęsami.
- Już nic.
Nie chcę, aby przerywał. Nie w chwili, gdy znowu zaczynam to czuć... O tak... Znajoma żądza uderza we mnie ze zdwojoną siłą. Poddaję się jej bez reszty. Wampir również przeżywa ekstazę, lecz dzisiaj jest jakiś inny... Bardziej czujny. Spogląda na mnie z zaciekawieniem.
- Pij – szepczę, przeczesując ogniste pasma jego włosów palcami.
- Co ci jest, Jack? - dopytuje.
- Pij – powtarzam. Czuję rosnące z każdą chwilą napięcie. Doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że jeśli będzie mnie dręczyć odrobinę dłużej, mogę mieć poważne kłopoty z wytłumaczeniem mu dlaczego ja... Jednak Sin nie daje się zwieść pozorom. Zaalarmowany niebezpieczeństwem, zamyka rany swoją krwią i przygląda mi się uważnie. Znowu jest tak blisko... Tak cholernie blisko... To silniejsze ode mnie... Ponownie wplatam palce lewej dłoni w jego włosy. Zielone tęczówki pozbawiają mnie resztek siły woli. Musi być mój... Teraz... Zanim orientuje się w sytuacji, przyciągam go jeszcze bliżej i bardzo ostrożnie całuję w usta...

wtorek, 25 października 2016

Rozdział VI

„Grzech


Los jest wobec mnie okrutny... Odkąd napoiłem wampira swoją krwią, nie umiem myśleć o niczym innym, prócz niego oczywiście... Pracując nad eliksirami czuję się zdradzany przez własne ciało, które coraz intensywniej pożąda wszystkiego, co jest związane z tym przeklętym Draculą! Oczy chcą na niego patrzeć, uszy słuchać, dłonie dotykać, a usta... Zniesmaczony dotykam ich opuszkami. Są tak wygłodniałe, iż gotowy jestem rzucić się na czerwonowłosego tylko po to, by pofolgować moim pragnieniom. A przecież on mi się nawet nie podoba! Jest za blady, za chudy, za stary i martwy! Umarł kilkaset lat temu! Jego skóra jest zimna, a ewentualne dotykanie jej powinno przyprawiać mnie o mdłości, a nie o szybsze bicie serca.
To z pewnością jego wina! Rzucił na mnie jakiś czar, albo zahipnotyzował spojrzeniem, pod wpływem którego zamiast go wyrzucić, zdecydowałem się pozwolić mu zostać. Po co mi to było? Trzeba było otworzyć drzwi i wygnać zmorę zanim nie będzie za późno i serio nie zrobię czegoś, za co później będę się wstydził...
- Jack... Mógłbym... - podskakuję na dźwięk jego głosu. Przyłapał mnie na gorącym uczynku!
- Nie, nie mógłbyś! Ile razy mam powtarzać, abyś mi nie przeszkadzał?! Wyjdź stąd! Natychmiast! - jestem pewny, że moje krzyki niosą się po całej posiadłości. Wystraszyłem zwierzynę w odległości kilku kilometrów. Świetnie, Jack... Jesteś z siebie dumny?
- Przepraszam – szepcze nieco przerażony moim zachowaniem, po czym wychodzi z pracowni, zamykając za sobą drzwi.
Niech to wszystko szlag trafi! Uderzam pięścią w stół. Zareagowałem zbyt ostro... Nie powinienem był podnosić na niego głosu. Zazwyczaj nie tracę nad sobą panowania. To wszystko z jego powodu! Mam wrażenie, że odkąd mieszkamy pod jednym dachem, nie jestem sobą. Jak tak dalej pójdzie, oszaleję!

- Panie, kolacja – służący zaczyna nakrywać do stołu.
- Za chwilę dobrze? Już prawie skończyłem – rozlewam eliksir do kryształowych fiolek, które następnie zakręcam i ustawiam w specjalnym pojemniku. Gdy wszystko znajdują się na swoim miejscu, uśmiecham się do siebie zadowolony. Wykonanie tego zlecenia nie należało do najłatwiejszych.
Siadam do stołu, lecz mój wzrok mimowolnie ucieka w kierunku kominka. Gdzie jest Sin? Nie widziałem go od kilku dni. Wiem, że przebywa na terenie posiadłości. Czuję jego obecność...
- Gdzie wampir?! - nie wytrzymuję napięcia i zadaję pytanie, na które żądam natychmiastowej odpowiedzi.
- Nie wiem, panie. Od kilku dni go nie widziałem.
- Jak to?! Myślałem, że jest z tobą!
Henryk posyła mi dobrotliwe spojrzenie, kontynuując ustawianie naczyń na stole. Zdaje się zupełnie nie dostrzegać , iż tama nie wytrzyma zbyt długo i zaleje nas fala piętrzącej się frustracji.
- Pewnie odpoczywa.
- Odpoczywa?
- Poprosiłem go o pomoc w naprawie dachu, a on nawet drewna do kominka narąbał i tak równo poukładał w szopce. Kochany chłopak – rozczula się jakby mówił o dziecku.
- Henryku, ja nie żartuję! Gdzie on jest?!
- Nie wiem, panie. Kiedy ostatni raz rozmawialiśmy, powiedział tylko, że jest zmęczony, ale nie chce spać w pracowni, by ci nie przeszkadzać. Poradziłem mu więc, by udał się do ciebie i zapytał, czy mógłby zająć któryś z pokoi gościnnych. Jestem pewny, że jeszcze śpi.
- Hmm...
- Skoro tak bardzo się o niego niepokoisz, sprawdzę co robi. Który z pokoi pozwoliłeś mu zająć?
- Który z pokoi? Nie wiem... - odpowiadam zmieszany.
- Nie wiesz? - Henryk i ta jego dociekliwość...
- Przestraszył mnie , więc kazałem mu nie przeszkadzać. Więcej się nie pojawił.
- Panie, to nie jego wina. Żyje już tak długo, iż nie pamięta jak to jest być człowiekiem. Przemieszcza się znacznie szybciej niż my. Mówiąc szczerze to uwielbiam, gdy to robi. To potwierdza jego wyjątkowość, a także przypomina mi o słuszności mojej misji.
- Nie musiał pytać mnie o takie bzdury. Ostatecznie połowa posiadłości należy do niego – zrezygnowany opieram się o oparcie fotela. Służący nie komentuje moich słów, chociaż widzę, że ma przygotowaną jakąś ripostę. - Znowu się nie popisałem, tak?
- Nie miałem zamiaru krytykować twoich decyzji, panie... - zaczyna się tłumaczyć.
- Niepotrzebnie przysłałeś go do mnie. Sam mogłeś mu wskazać dowolny pokój. W sumie to nieco dziwne, że mieszka tu aż tak długo, a nie ma swojego kąta.
- Tak, bardzo dziwne – chowa przede mną swój wzrok, jakby dziwiły go moje słowa.
- Dosyć tego. Mów co wiesz, bo mam serdecznie dosyć tej chorej zabawy w kotka i myszkę – obserwuję jak siada na swoim miejscu, abyśmy mogli zjeść razem przygotowany przez niego obiad.
- Powiem, ale proszę, nie mniej do mnie później pretensji – zaczyna ostrożnie. - Prawda jest taka, że jeszcze jakiś czas temu panicz Sin miał do dyspozycji kilka pomieszczeń. Przechowywał w nich swoje skarby. Nie było tego dużo. Trochę drobiazgów, książek. Większość jego opiekunów nie miała nic przeciwko, bo przecież musiał gdzieś spać. Niestety nie wszyscy byli tego zdania. Jeden z twoich poprzedników kazał zburzyć część posiadłości, którą panicz uważał za swój dom, a wszystkie rzeczy, które się w niej znajdowały, spalono.
- Nie wiedziałem o tym. Kto to zrobił? - dopytuję, rozkoszując się smakiem ulubionej zupy grzybowej, która niewątpliwie jest popisowym daniem Henryka.
- Panie, jestem już stary. Proszę, nie męcz mnie pytaniami i jedz, póki gorące.
- Kim on był? Powiedz mi – nalegam.
- Sam powinieneś się domyślić. Kiedy przeprowadzano tu ostatnie zmiany? - odpowiada pytaniem na moje pytanie.
- Kiedy? Hmm... Jedyna zmiana o jakiej wiem dotyczyła budowy sali bilardowej przez mojego ojca.
- Zgadza się – wyciera usta lnianą serwetką.
- Chcesz mi powiedzieć, że to mój ojciec?! Niemożliwe!
- Panicz Sin bardzo to przeżył. Przez kilka lat nie odzywał się do niego ani słowem. Za milczenie został dodatkowo ukarany głodem. Jedyna pamiątka, którą obecnie posiada, to złoty medalion – mówi o medalionie z moim zdjęciem? Odkładam łyżkę na stole. Nagle straciłem apetyt.
- Nie sądziłem, że ojciec był zdolny do takich rzeczy.
- Twój ojciec, panie... Jakby to powiedzieć... miał dwie twarze. Inaczej zachowywał się w stosunku do ciebie, a inaczej do innych. Daruj mi to, co powiem, bo nie wypada źle mówić o zmarłych, lecz odczułem sporą ulgę, gdy odszedł - odczytuje emocje z mojej twarzy i natychmiast się wycofuje. - Przepraszam, panie. Nie powinienem mówić ci takich rzeczy.
- Nie wiedziałem... Niczego nie wiedziałem. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem w odwiedziny, wydawało mi się, iż wszystko jest w porządku.
- Bo było. Panicz Sin o to dbał. Dlatego cała nienawiść obracała się przeciwko niemu. To stare dzieje. Teraz ty jesteś jego opiekunem. Twój charakter różni się od charakteru twojego ojca. Jestem pewny, że z biegiem czasu, gdy lepiej się poznacie, uda wam się wypracować nić porozumienia.
- Sin nigdy mi o tym nie mówił.
- Bo nikt tak naprawdę nie liczy się z jego potrzebami.
- Masz rację – wstaję od stołu. - Dziękuję za obiad.
- Panie, gdzie idziesz? Prawie nic nie zjadłeś...
- Wybacz Henryku, muszę odszukać naszego małego krwiopijcę.
- Zacznij od ogrodu – podpowiada mi. - Lubi przesiadywać przy grobie księcia Klaudiusza. I weź płaszcz. Na zewnątrz jest zimno.
- Dziękuję – uśmiecham się do niego.
Odszukanie właściwej ścieżki w ciemnościach nie jest proste. Prawie wszystkie liście z drzew zdążyły już opaść, tworząc w ogrodzie miękki dywan, przyjemnie szeleszczący pod stopami. Temperatura z pewnością spadła poniżej zera, lecz specjalnie mi to nie przeszkadza. Mam na sobie ciepłą kurtkę. Głęboko oddycham jesiennym powietrzem, które przesycone jest zbliżającym się mrozem.
Grób księcia znajduje się na szycie pagórka. Kiedyś zapytałem Henryka dlaczego został pochowany akurat tam, a nie w rodzinnym grobowcu, w którym spoczywają praktycznie wszyscy opiekunowie. Odpowiedział, że to wampir wybrał to miejsce. Ponoć pod koniec życia książę bardzo chorował. Tygodniami nie opuszczał łóżka. Sin był przy nim do samego końca... Chciał, by książę nawet po śmierci mógł doglądać domu i rodziny.
Wytężam wzrok. Widzę wielki głaz, na którym wyryte jest imię księcia, oświetlony subtelnym światłem latarni, które ustawione są wzdłuż wszystkich ogrodowych ścieżek. Nie przypominam sobie czy kiedykolwiek wcześniej podziwiałem go późnym wieczorem. Pewnie nie. Rzadko zapuszczam się aż tutaj. W głębi serca nie przepadam za rodzinnymi legendami, związanymi z księciem. Czuję do niego wielki żal, bo to z jego powodu cała nasza rodzina została przeklęta. Co skłoniło go do podjęcia decyzji o opiece nad wampirem? Litość? Miał aż tylu wrogów, iż potrzebował nieśmiertelnego do obrony? A może go kochał? Wielka księga milczy na ten temat. Z resztą nie tylko ona. Sin także niechętnie wspomina tamte czasy.
Pomimo ciemności bez trudu rozpoznaję drobną sylwetkę czerwonowłosego, który siedzi skulony na ziemi. Ma na sobie swój czarny płaszcz. Wiatr rozwiewa mu włosy we wszystkie strony. Wyciąga dłoń i przesuwa palcami po napisie w czułością. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że sam go wyrył.
- Czego chcesz, Jack? - odzywa się pierwszy.
- Skąd wiesz, że to ja?
- Strzelałem – kpi.
- Strzelałeś?
- Henryk nie lubi opuszczać domu po zmroku. Poza tym przecież doskonale wiesz, że mam bardzo dobry słuch, a skradanie się nie jest twoją mocną stroną.
- Słyszałeś o czym rozmawiałem z Henrykiem?
- Nie i mało mnie to obchodzi. Odejdź, chcę być sam – odpędza mnie z tego miejsca. Ja także czuję, że przeszkadzam mu w tej intymnej chwili rozmowy ze zmarłym. Z drugiej strony mam powód, by tu być.
- Siedzisz tu od kilku dni. Wróć do domu – podchodzę bliżej, ignorując wcześniejsze słowa wampira.
- A pozwolisz mi odejść? - pyta z nadzieją w głosie.
- Mowy nie ma! Zostajesz ze mną! - ostry ton burzy przyjazną atmosferę, którą próbowałem stworzyć, by zwabić go z powrotem do swojej pracowni. Chcesz odejść? Teraz, gdy wywołałeś we mnie tak wiele sprzecznych emocji?
- Wykonałem zadanie. Przywiozłem zioła. Ty czujesz się dobrze. Nakarmiłeś mnie. Moja dalsza obecność jest zbędna. Zobaczymy się za kilka miesięcy.
- Nie ty o tym decydujesz, lecz ja. A ja życzę sobie, abyś został!
- Życzysz sobie? - po raz pierwszy odwraca głowę w moją stronę. Ukrywa się w ciemności, mierząc mnie nienaturalnie błyszczącymi tęczówkami. Zupełnie jakby był kotem...
- Po pięciu latach odosobnienia mam prawo do różnych zachcianek – odcinam mu się, podchodząc jeszcze bliżej. Sin przestaje mi się przyglądać, wracając do głaskania napisu.
- Twoje zachcianki to twój problem. Mam swoje plany. Nie chcę tu z tobą przesiadywać. Męczymy się wzajemnie, więc ukróć nasze cierpienia i pozwól mi odejść.
- Tak ci śpieszno do ukochanego?
- A jeśli tak, to co?
- Nie zmienię zdania. Zostajesz – wsuwam dłonie do kieszeni kurtki.
- Niepotrzebnie wszystko utrudniasz – wzdycha zirytowany.
- Uczę się od ciebie. Nie powiedziałeś mi o tym, że ojciec spalił twoje rzeczy.
- Straszna papla ze starego Henryka – mruczy pod nosem, podnosząc się w ułamku sekundy i otrzepując swój płaszcz z liści.
- Nie uciekaj od tematu. Dlaczego tylko ja o tym nie wiedziałem?
- To pytanie powinieneś zadać tatusiowi, a nie mnie.
- Sin, nie bądź taki! Przecież wiesz, że on już niczego mi nie powie!
- Twoja strata – szydzi, wymijając mnie.
- Zaczekaj! - łapię go za ramię.
- Zabierz rękę, Jack... - jego słowa to jawne ostrzeżenie. Powinienem się go bać?
- Wróć do domu. Henryk przygotował ci inny pokój. Nawet w kominku napalił.
- Nie, dziękuję! - unosi się dumą.
- Nakarmię cię, jeśli wrócisz.
- Nie jestem głodny.
- Jesteś.
Wampir wybucha śmiechem, pokazując kły. W otoczeniu grobu wygląda znacznie bardziej upiornie niż zwykle.
- Co się stało, Jack? - bez problemu przyciąga mnie bliżej siebie. Przechyla głowę na bok, wpatrując się w moje oczy magnetycznym spojrzeniem.
- Przestań  mnie straszyć! - wyrywam mu się.
- Boisz się, prawda?
- Masz wrócić do domu! - tracę nad sobą panowanie.
- Zmusisz mnie?
- Jeśli będę musiał... - chcesz wojny, nocna pijawko? Proszę bardzo! Jestem gotowy na wszystko, by udowodnić ci kto tu rządzi. Wyszarpuje się z mojego uścisku i rozpływa w ciemności, pozostawiając po sobie cichy śmiech, który nadal rozbrzmiewa w ciemności.

niedziela, 23 października 2016

Rozdział V


„Grzech


W nocy długo nie mogłem zasnąć, przyglądając się swojemu nadgarstkowi, w który pozwoliłem się ugryźć. Ostre kły przecięły skórę... Ta niepewność, malująca się w wyblakłych oczach... A potem... Dlaczego poczułem aż tak silne pożądanie? Przecież nie jestem już młodym chłopakiem, który podnieca się z byle powodu. Czemu akurat on? Ten parszywiec, którego szczerze nienawidzę, wzbudził we mnie coś, o czym już dawno zapomniałem. Nie rozumiem...
David wspominał o tym, że chce sprzedawać Sina innym dla seksu. Sam również chciał go wykorzystać... Seks z wampirem... Też mi coś! Nie słyszałem chyba o bardziej wyuzdanej perwersji. Czy dotykanie kogoś, kto umarł setki lat temu może być podniecające? Jego skóra jest martwa i zimna. Z obrzydzeniem wspominam, jak zacisnął swoje drobne dłonie na moim ręku albo zlizywał krew językiem... Fuj! Mam uwierzyć w to, że są ludzie, którzy zapłacą za takie „przyjemności”? Niemożliwe!
Wampirowi jest przecież wszystko jedno. Niczego nie czuje. Wątpię czy odbiera jakiekolwiek bodźce poza głodem. Zawsze trzyma spory dystans. Nie ma mowy, by zależało mu na byciu dotykanym przez innych. Kontakt fizyczny oznacza dla niego jedno – jedzenie.
Przez te rozmyślania, zasypiam dopiero nad ranem i budzę się późnym popołudniem. Służący bez słowa podaje mi śniadanie.
- Zamówiłeś Sinowi coś do ubrania?
- Tak, panie. Nie wiem tylko czy będzie miał okazję założyć nowe rzeczy.
- Dlaczego?
- Spodziewam się przesyłki dopiero jutro rano. Do tego czasu panicza Sina już tu nie będzie.
- Nie będzie?
- Minęła pełnia – przypomina mi, wycierając naczynia lnianą ściereczką. - Odejdzie zaraz po obudzeniu. Zawsze tak robi.
- Wolałbyś, aby został?
- Wolałbym, by nikt go nie schwytał. Panie, aż boję się myśleć o tym, co się z tobą stanie, jeśli pan Aaron go złapie!
- Nie musisz mi tego przypominać – wzdycham niezadowolony. - Gdzie on jest?
- Śpi w pracowni.
- Dlaczego akurat tam?! - irytuję się.
- Nie wiem. Pozwoliłem sobie okryć go kocem. Dołożyłem także drewna do kominka. Nie wygląda najlepiej – zmartwienie w jego głosie mówi mi wszystko.
- Szlag by go trafił – pomstuję cicho, kierując się we wskazanym kierunku.
Wampir leży skulony na podłodze. Jego włosy znowu stały się jasne, skóra prawie przezroczysta. Nadal ma na sobie rzeczy, które mu dałem. Niechętnie pochylam się nad nim, po czym podciągam bluzę do góry, by lepiej przyjrzeć się bliźnie na jego klatce piersiowej. Wygląda strasznie... Świetnie, tylko tego było mi trzeba...
Poprawiam koc i podchodzę do sofy, na której leży jego torba. Zazwyczaj mało mnie obchodzi co ze sobą ma, ale po obejrzeniu medalionu, chcę wiedzieć o nim więcej. Bez wahania zaglądam do środka ciesząc się z faktu, że minie jeszcze kilka godzin, zanim się wybudzi. A nawet gdyby przyłapał mnie na gorącym uczynku, nie mam sobie nic do zarzucenia. Działam w słusznej sprawie.
Wyciągam niewielki welurowy woreczek, zawiązany rzemykiem. W środku znajduje się kilkanaście oszlifowanych kamieni. Niektóre z nich są naprawdę spore. No dobrze, czyli mamy tu fortunę w diamentach. Co jeszcze? Niewielki srebrny sztylet, wieczne pióro, którym posługuje się prowadząc zapiski, zupełnie nowy notatnik, rękawiczki. O proszę, kolejny welurowy woreczek, z którego wyjmuję wysadzaną kamieniami spinkę do włosów. Bardziej pasowałaby jakiejś kobiecie... Hmm... To już wszystko? Żadnych podejrzanych przedmiotów, a co za tym idzie, żadnych wskazówek, podpowiedzi co dalej... Odkładam wszystko z powrotem do torby. Czuję się nieco rozczarowany. Spodziewałem się... Sam nie wiem czego się spodziewałem. Jakichś osobistych drobiazgów? Zdjęć? Telefonu? Kluczy? Nic tu nie ma... Na wszelki wypadek przeszukuję także kieszenie jego czarnego płaszcza. Są puste.
Zirytowany zabieram się za swoje obowiązki. Po kilku godzinach Henryk przynosi mi herbatę. Kątem oka sprawdza, czy Sin nadal tu jest.
- Nie wyrzucę go – odpowiadam na pytanie, którego nie ośmielił mi się zadać.
- Słuszna decyzja, panie – uśmiecha się zadowolony.
- Obyś miał rację – kontynuuję swoje badania. - Możesz iść spać. Nie będziesz mi już dzisiaj potrzebny.
- Dobranoc, panie – kłania się, po czym wychodzi, zamykając bezszelestnie drzwi. Zostajemy sami...
Około drugiej w nocy jestem już zmęczony, a nie wolno mi usnąć do czasu, aż ten śpioch się nie wybudzi. Dla zabicia czasu po raz kolejny zaczynam przeglądać jego obserwacje na temat ziół. Mija prawie godzina zanim udaje mi się wychwycić ciche jęknięcie, dobywające się spod koca.
- Nie śpisz już? - odkładam notatnik na stole i obchodzę biurko.
- Nie – odpowiada cicho. - Za chwilę sobie pójdę. Pożegnam się tylko z Henrykiem – nawet po tonie jego głosu wiem, że nie jest w szczytowej formie. Unosi się na swoim posłaniu i przeciąga. Jego oczy mają barwę jasnej, rozmytej zieleni, a włosy w niczym nie przypominają ognistych pasm, które jeszcze nie tak dawno temu podziwiałem. Znowu jest głodny...
- Zostaniesz w posiadłości do czasu aż pozwolę ci odejść – wydaję mu polecenie, rozsiadając się wygodnie na sofie.
- Lepiej będzie, jeśli odejdę. Nie chcę zrobić ci krzywdy – wpatruje się w swoje dłonie, unikając mojego spojrzenia.
- Powiedziałem, że zostajesz! Koniec dyskusji na ten temat! A teraz chodź tu – wyciągam rękę w jego stronę.
- Nie chcę twojej krwi, Jack.
- Nie obchodzi mnie czego chcesz. Zrobisz co ci każę!
- Nie.
- Nie? - irytuję się, wstając i podchodząc do krnąbrnego uparciucha. Łapię go za ramiona i wlekę w kierunku mebla. Sadzam na podłodze, między swoimi nogami, jak wczorajszej nocy, po czym wyciągam rękę i przykładam nadgarstek do zimnych ust. - Już! Nie będę narażał siebie i rodziny z powodu twoich humorów.
Wampir posłusznie zatapia we mnie kły, po czym od razu je cofa, by zlizywać krew, jak robił to poprzedniej nocy.
- Nie słyszałeś, co powiedziałem? Pij! - przerażony potrząsa przecząco głową.
- Tyle wystarczy... - łaskocze mnie oddechem.
- Rób co mówię, albo wyrzucę cię z domu! - otwiera szeroko oczy zszokowany moimi słowami. Nigdy wcześniej nikogo nie szantażowałem. Nie musiałem. Dla Sina zrobię wyjątek.
- Ale Jack... - protestuje, chociaż dobrze wiem, że przegra walkę z głodem.
- Wolisz nocować u Davida? - pytam, udając rozdrażnienie jego dziecinnym zachowaniem.
- Nie – ponownie spuszcza wzrok. - Proszę, nie wyrzucaj mnie...
- Więc rób co ci każę. Pij – łapię go za kark, by nie miał możliwości uciec. Jest słaby i taki uległy... Zbliża usta do ran, które mi zadał, przymyka powieki i zaczyna ssać. Pożądanie w czystej postaci obezwładnia mnie bez reszty... Mam ochotę zamknąć oczy i oddać się tej gorszącej przyjemności... Błagać, by nie przestawał... Pozwolić mu nasycić się sobą, a potem rzucić na niego, zerwać ubrania, które są zbędną barierą i wziąć nawet wbrew jego woli...
Sin mruczy cicho. Zaciskam palce na jedwabistych włosach, przymuszając go tym samym go kontynuowania słodkiej tortury. Całe moje ciało zdaje się krzyczeć, że tylko podporządkowując go swojej woli zdołam ugasić pragnienie, które we mnie rozpala. Szumi mi w uszach. Serce zdaje się uderzać tak głośno, że aż mnie to zawstydza. A oddech... Nawet nie próbuję ukryć przed nim podniecenia. Na szczęście wampir nie zwraca uwagi na nic innego, poza krwią.
Odczuwam lekkie zawroty głowy. Pokój zaczyna wirować. Ostatkiem sił spoglądam na Sina, który wpatruje się we mnie swoimi magnetycznymi tęczówkami...
- Śpij, Jack... - Nie chcę zamykać oczu. Przecież miałem go mieć, tu i teraz... Tymczasem powieki robią się coraz cięższe... Obraz spowija mgła... - Śpij... - miękki szept...

Gwałtownie siadam na łóżku. W pokoju jest ciemno, lecz zasłony nie zostały zaciągnięte. Zapalam nocną lampkę. Kilka minut po pierwszej w nocy... Jak się tu znalazłem? Co robiłem przed zaśnięciem? Sin... Przyglądam się nadgarstkowi. Nie widać żadnego śladu po ugryzieniu. Za to moje ciało... Musiał wziąć sporo krwi, bo oszołomienie nie minęło. I gdzie jest ten czerwonowłosy narwaniec? Jeśli opuścił posiadłość pomimo zakazu, obedrę go ze skóry! Jak mogłem spać aż tyle?!
Zrzucam z siebie kołdrę i powoli stawiam stopy na podłodze. Na stoliku nocnym stoi duża szklanka soku malinowego. Henryk celowo ją tu zostawił... Słodki napój sprawia, że czuję się znacznie lepiej. Wstaję z łóżka. Z początku bałem się, iż będę mocno osłabiony. Na szczęście nic mi nie jest.
Cicho otwieram drzwi i schodzę na dół. Widzę smugę światła, dochodzącą z kuchni. Rozbawiony Sin żywo o czymś opowiada mojemu służącemu.
- Nie wierzę, że to zrobiliście.
- Ja też nie – śmieje się wampir. - Bałem się, że nam odmówią, ale Nefryt... On się niczego nie boi. Zahipnotyzował pewnego mężczyznę, by pozwolił nam ze sobą podróżować. A potem spędziliśmy blisko miesiąc mieszkając w namiocie na pustyni z jego krewnymi.
- Mieszkaliście z nimi? To niebezpieczne. Gdyby odkryli wasz sekret...
- Niebezpieczne? To było niesamowite! A ci ludzie... Ich legendy, przekazywane z pokolenia na pokolenie.. Mógłbym ich słuchać godzinami – rozmarza się. - Nefryt powiedział, że koniecznie musimy tam wrócić. A gwiazdy! Nigdy wcześniej nie widziałem takiego nieba. Zdawało się nie mieć końca. Przypominało granatowy aksamit wysadzany diamentami. Nefryt także był pod wielkim wrażeniem...
Nefryt... Kim jest Nefryt? I dlaczego opowiadając o nim, nie umie ukryć emocji i podziwu? Nigdy wcześniej nie słyszałem, by o nim wspominał. Jeśli Nefryt jest wampirem, to może oznaczać same kłopoty...
- Długo podróżowaliście razem? - dopytuje Henryk.
- Nie, ale wkrótce znowu wybierzemy się w podróż. Chciałbym odwiedzić Indie. Nefryt obiecał mi, że...
- Kim jest Nefryt? - przerywam wywód czerwonowłosego, wchodząc do kuchni.
- Jack! Już nie śpisz? - zeskakuje z blatu kuchennego, na którym siedział, lecz nie podchodzi zbyt blisko, utrzymując dystans między nami.
- Dobrze – mruczę w odpowiedzi, rozdrażniony brakiem odpowiedzi na moje pytanie.
- Całe szczęście. Zmartwiłem się, bo straciłeś przytomność. Jesteś pewny, że nic ci nie jest?
- Nie udawaj, że pierwszy raz ktoś zemdlał z twojego powodu – prycham na niego, otwierając lodówkę i wyjmując z niej szklaną karafkę z sokiem malinowym, na który nadal mam wielką ochotę.
- Przepraszam. Nie chciałem – wydaje się szczery, ale z drugiej strony ile już razy szukał przebaczenia u swoich opiekunów? Ma spore doświadczenie z bawieniem się cudzymi emocjami...
- Zdejmij bluzę – zmieniam temat rozmowy.
- Po co? - od razu cofa się do tyłu.
- Chcę sprawdzić czy rany już się zagoiły.
- Nic mi nie jest – zapewnia pośpiesznie.
- Sin, nie poproszę po raz drugi! - odstawiam szklankę na blat, czekając.
Wampir przez chwilę rozważa moje słowa, po czym niechętnie wykonuje polecenie. Moim oczom ukazuje się jego wątła klatka piersiowa. Ślad po mieczu nie zbladł ani odrobinę, tak samo jak pozostałe obrażenia.
- Ile krwi potrzeba, aby zniknęły? - denerwuję się, bo liczyłem na to, że zrobiliśmy jakieś postępy, a tu nic!
- Mówiłem ci już, że masz się tym nie przejmować.
- Zabraniam ci czegoś takiego – wskazuję na pogryzione przedramiona.
- Zabraniasz? - powtarza po mnie uśmiechając się kpiąco. - Nie możesz mi niczego zabronić. Nie masz nade mną żadnej władzy...
- Mam, dobrze wiesz, że mam – obejmuję się ramionami, wpatrując w jego pełne determinacji zielone tęczówki.
- Jestem od ciebie starszy i...
- A ja jestem opiekunem, z którym łączy cię kontrakt. Czy nie jest w nim wyraźnie napisane, że masz mi się podporządkować?
- Nie mam na to ochoty – nonszalancko opiera prawą dłoń na biodrze.
- Ale to zrobisz – nasz konflikt przybiera zupełnie nowy wymiar.  - Zostaniesz w domu tak długo, jak ci każę. Będziesz posłusznie wykonywać wszystkie moje polecenia. W przeciwnym wypadku zadzwonię po twojego wielbiciela, który z prawdziwą przyjemnością zabierze cię do siebie. Tego chcesz? Mieszkać w klatce i pozwalać, by inni cię wykorzystywali?
- Nie możesz! To wbrew zasadom! - oburza się.
- Mogę – uśmiecham się złowieszczo. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Kim jest Nefryt?
- Nie twoja sprawa – mały wampir rzuca mi wyzwanie? Zapowiada się niezła zabawa...
- Nie chcesz powiedzieć? - drażnię się z nim, siadając na krześle. - Chronisz go? Nie musisz. Po twojej reakcji widzę, że to wampir. To jego wybrałeś, tak?
- Wybacz Jack, ale nie jestem w nastroju na zwierzenia.
- Skoro ten cały Nefryt jest ci tak bliski, to dlaczego wróciłeś głodny?
- Wyciągasz pochopne wnioski – nie przekonuje mnie jego argumentacja. Ewidentnie coś przede mną ukrywa! Muszę się koniecznie dowiedzieć co.
Tymczasem Sin sięga z powrotem po bluzę, którą chce na siebie założyć.
- Paniczu, nie wolisz założyć rzeczy, które dla ciebie zamówiłem? - zupełnie zapomniałem o Henryku, który przez cały czas przysłuchiwał się naszej wymianie zdań.
- Bardzo dziękuję – uśmiecha się do niego.
- Wszystkie rzeczy są czarne, tak jak lubisz.
- Tak dobrze mnie znasz – wampir roztacza przed nim swój czar.
- Zostawiłem paczki w salonie – Sin wybiega z kuchni nim Henrykowi udało się dokończyć to zdanie.
- Jest niesamowity – zaczyna się śmiać, kręcąc głową oraz zabierając niechcianą już bluzę, którą dostał ode mnie i porzucił na krześle.
- Zachowuje się dziecinnie, a ma kilkaset lat – próbuję zdyskredytować go w oczach mojego jedynego sojusznika.
- Mylisz się, panie. Jest szczęśliwy, bo pozwoliłeś mu zostać.
- Moim zdaniem wolałby wrócić do tego... Jak mu tam było? Nefryt? Co to w ogóle za dziwne imię? I kim on jest? - próbuję pociągnąć służącego za język.
- Nefryt to najlepszy przyjaciel panicza, chociaż wydaje mi się, iż panicz chciałby, by łączyło ich coś więcej niż tylko przyjaźń.
- Niby co?
- Moim zdaniem panicz Sin znalazł tego jedynego – nie takiej odpowiedzi się spodziewałem.
- To niemożliwe! - uderzam pięścią w stół.
- Powinieneś się cieszyć, panie. Jeśli wymieni z nim przysięgę, zniknie problem karmienia, którego tak bardzo nienawidzisz. Będzie cię odwiedzał raz na jakiś czas, a ty przestaniesz się zamartwiać z powodu krwi. To idealne rozwiązanie.
- Nie zgadzam się!
- Na co się nie zgadzasz, Jack? Znowu zrobiłem coś złego? - dotyka medalionu, który ma zawieszony na szyi. Delikatnie przesuwa po nim opuszkami, a następnie chowa pod nowym ubraniem. Gdy złota ozdoba znika mi z oczu, Sin przykłada dłoń do klatki piersiowej. Skoro ukryte w nim zdjęcia są dla niego aż tak cenne, czemu chce porzucić dotychczasowe życie i związać się z Nefrytem? I skąd ta zazdrość, która każe mi zatrzymać go przy sobie za wszelką cenę...

sobota, 22 października 2016

Rozdział IV

„Grzech


Noc przechodzi w dzień, a dzień zamienia się w noc. Mija północ, a Sin nadal śpi. Chociaż staram się pracować, nie umiem skupić myśli na niczym innym jak wredny wampir, którego zostawiłem w swojej sypialni. To silniejsze ode mnie. Wiedziałem, że tak właśnie będzie! Przez te wszystkie lata trzymałem się z daleka od truposza, a on jak na złość nie daje o sobie zapomnieć, rozpychając łokciami i anektując coraz więcej mojego życia! Wściekły wracam na górę. Wmawiam sobie, że powinienem przy nim być, gdy się obudzi, ale prawda jest taka, że czuję niepokój. A jeśli się nie już obudzi? Ponoszę pełną odpowiedzialność za to, to się stało. Gdyby mnie nie zasłonił, umarłbym, co pogłębia tylko odczuwaną frustrację!
Kilkakrotnie podawałem mu małe dawki swojej krwi, ale na niewiele się to zdało. Klatkę piersiową wampira w dalszym ciągu zdobi wielka, bordowa szrama, która ledwo się zabliźniła. Na ramieniu widać brzydki ślad po grocie srebrnej strzały, a przedramiona... Cholerny Sin! Będziemy musieli poważnie porozmawiać jak tylko się wybudzi...
Nerwowo krążę po swojej sypialni. Dopiero przed trzecią moja cierpliwość zostaje nagrodzona. Wampir przesuwa się na łóżku, kładąc na lewym boku, lecz nie otwiera oczu. Wydaje z siebie dźwięk przypominający westchnienie, po czym przysuwa do ust prawe przedramię, w którym próbuje zatopić kły.
- Ani się waż! - powstrzymuję go, podbiegając do łóżka i siadając obok. Łapię za szczupły nadgarstek. Zalewa mnie fala agonii, którą odczuwa. Zaciskam wargi w wąską linię i zdecydowanym ruchem odsuwam jego rękę od twarzy, przytrzymując ją na poduszce. Sin marszczy brwi, jęcząc cicho z bólu, po czym unosi powieki i spogląda mi prosto w oczy.
- Jack? - szepcze cicho. W tej samej chwili musiał wyczuć smak krwi, którą mu dałem, bo zrywa się z łóżka i odskakuje na drugą stronę pokoju. Przykłada palce do ust, wpatrując się we mnie mieszanką bólu oraz trwogi.
- Wracaj tu! - każę mu.
- Ja nie chciałem cię ugryźć, przysięgam! - zaciska dłonie w pięści coraz bardziej spanikowany.
- Nie ugryzłeś mnie – odpowiadam spokojnym tonem, nie ruszając się z miejsca.
- Nie kłam! Czuję smak krwi w ustach! - ponownie przykłada palce do ust, próbując rozwikłać dręczącą zagadkę.
- Sam ci ją dałem. Rana nie chciała się zagoić.
- David dźgnął mnie srebrnym mieczem – przypomina sobie, obejmując się ciasno ramionami. Zadany cios w dalszym ciągu musi mu mocno doskwierać.
- Chodź tu – wskazują miejsce obok siebie. - Potrzebujesz więcej – odpinam spinki od mankietów koszuli i odkładam je na stolik przy łóżku. Podwijam rękawy, by ułatwić mu zadanie, lecz krnąbrny nieśmiertelny ani drgnie. - Na co czekasz?
- Ty... Chcesz dać mi krew? - dziwi się. - Dlaczego?
- Bo jesteś głodny i ranny? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Przedtem mało obchodziło cię moje samopoczucie – zauważa.
- Osłoniłeś mnie. Powiedzmy, że chcę spłacić dług. No dalej, rusz się – zachęcam go.
- Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz... Ja... – odwraca ode mnie wzrok.
- Sam sobie poradzisz, tak? Nie rozśmieszaj mnie – drwię. - Miejmy to już za sobą. Chodź.
Wampir spogląda mi w oczy, po czym ostrożnie odrywa się od ściany i jakby wbrew sobie, krok za krokiem, zbliża nieufnie.
- Mam nadzieję, że nie będzie bolało – spinam się na samą myśl, że jego kły za chwilę brutalnie się we mnie zatopią. Jeśli zakończy się śladami, jakie widziałem na jego przedramionach, to wreszcie zyskam odpowiedź na nurtujące mnie od dłuższego czasu pytanie, dlaczego opiekun żyje w odosobnieniu.
Sin niepewnie staje przede mną, a następnie równie powoli zajmuje miejsce między moimi nogami, klękając na podłodze. Jego dłoń nieco drży, gdy sięga po mój nadgarstek. Przysuwa go do swoich ust... Wampirze emocje zaczynają przepływać przez moje ciało. Ból... Głód... Obawa... Strach... A jednocześnie ekscytacja... Już sama wizja posiłku sprawia mu przyjemność.
- Będę delikatny... - mamrocze cicho, nie spuszczając ze mnie wzroku, po czym przymyka powieki. Naciska kłami na skórę. Najpierw powoli, a po chwili... Wstrzymuję oddech, przygotowany na najgorsze, lecz nic takiego się nie dzieje. Czuję zaledwie lekkie ukłucie. Sin również wstrzymuje oddech. Unosi powieki i po raz ostatni upewnia się, że nie zostanie odtrącony. Po chwili zaczyna zlizywać szkarłatne stróżki wypływające z ran. Jego wilgotny język drażni moją skórę. Nie tego się spodziewałem. Byłem pewny, że weżre się we mnie, nie okazując litości, tak jak wczoraj zaprezentował mi to na sobie. Ekstaza zaczyna opanowywać drobne ciało. Zaciska mocniej palce na nadgarstku, opierając jednocześnie głowę o moje kolano. Jego oddech przyspiesza. Każda kropla przynosi ulgę zbolałemu ciału.  Oczy robią się zamglone. Nie rozumiem czemu nie przyssał się  do rany, racząc się tym, co z niej wypływa, ale kto zrozumie wampira?
Mijają długie minuty. Sin ponownie podnosi na mnie wzrok. Jego tęczówki stają się błyszczące i bardziej zielone, a włosy powoli odzyskują dawny blask. Przyglądam się uważnie odniesionym przez niego ranom. Nadal szpecą bladą skórę. Posiłek niczego w tej kwestii nie zmienia. Obserwuję go w skupieniu. Postawa wampira ulega subtelnej zmianie. Nie jest już tak spięty jak na początku. Odpręża się na tyle, że przypadkowo przesuwa językiem po zadanej ranie. W tej samej chwili odczuwam dreszcz rozkoszy, którego intensywność można by przyrównać do rażenia piorunem. Co to było, u licha? Dlaczego poczułem coś takiego w chwili, gdy on... Nieśmiertelny chyba także to wyczuł, bo natychmiast kończy ucztowanie. Wkłada palec wskazujący prawej dłoni do ust, nakłuwa go i przykłada do krwawiących śladów, które znikają. Zlizuje resztki swojego posiłku z mojej skóry i zamyka oczy, dysząc ciężko.
Czuję na sobie jego dotyk. Ból spowodowany głodem przypomina wewnętrzne tsunami, nad którym zdaje się lepiej panować, lecz obydwaj dobrze wiemy, iż ten stan nie potrwa długo. Będzie potrzebował kilkunastu takich sesji, by dojść do siebie. Czy to oznacza, że jestem gotowy aż tak się dla niego poświęcić? Chyba oszalałem! Przecież to co zrobił powinno mnie odrzucać!
- Przepraszam... - wstaje z podłogi i odsuwa się ode mnie o kilka metrów. - Zapomniałem, że brzydzi cię mój dotyk – spuszcza wzrok, zakłopotany.
- Ten raz jakoś ci wybaczę – próbuję ukryć mieszankę ciekawości oraz zażenowania, którą aktualnie odczuwam.
- Dziękuję, Jack. Nie wiem czym sobie na to zasłużyłem, ale jestem ci bardzo wdzięczny – uśmiecha się do mnie lekko.
- Nadal masz ślady na ciele – zauważam, przyglądając się jego poranionej klatce piersiowej.
- Z czasem znikną – bagatelizuje sprawę.
- Z czasem?
- Krew je uleczy.
- Czyja krew? Prawie nic nie wypiłeś. Myślałem, że weźmiesz więcej.
- Nie jestem zachłanny – odpowiada, odwracając się w stronę okna.
- A skąd zamierzasz ją brać? Od Davida?
- To, co mi dałeś, wystarczy na jakiś czas. Pełnia niedługo się kończy. Nie przejmuj się, wkrótce przestanę cię niepokoić. Odejdę jutro po przebudzeniu, obiecuję. Zobaczymy się za kilka miesięcy, a do tego czasu postaram się coś wykombinować. Nie chcę być ciężarem. - Zaskakuje mnie po raz kolejny. Byłem pewny, że od razu zacznie skomleć o więcej...
- Przez „coś” masz na myśli związek z innym wampirem? - dopytuję.
- Może – zbywa mnie, przesuwając zasłony, by móc podziwiać księżyc odbijający się w tafli jeziora za domem. Dopiero teraz zauważam, że ma na sobie jedynie jasnoniebieskie spodnie od piżamy. Opadają mu nisko na biodra. Na szyi połyskuje medalion, który nie tak dawno temu oglądałem. Sin przyłapuje mnie za wpatrywaniu się w złotą ozdobę, więc pośpiesznie wstaję z łóżka i kieruję się do garderoby, by poszukać mu jakiegoś ubrania. Nie chcę, by chodził półnagi po domu. A może próbuję uspokoić wyrzuty sumienia, które przypominają o sobie za każdym razem, gdy spoglądam na pozostałości po walce z Davidem? Sam już nie wiem.
- Masz, załóż to – podaję mu czarną bluzę oraz dresy.
- Dziękuję – odbiera je ode mnie. Są na niego nieco za duże, ale nie zwraca na to uwagi.
- Rano poproszę Henryka, to kupi ci coś odpowiedniejszego.
- Nie musisz się mną przejmować, Jack. Jak wiele razy podkreślałeś, jestem już martwy. Nie odczuwam chłodu ani zimna.
- Lada dzień ma spaść śnieg, więc chodząc nago od razu zwrócisz na siebie uwagę otoczenia.
- Zawsze taki przewidujący – zaczyna chichotać.
Przerywa nam ciche pukanie do drzwi.
- Panie? - Henryk uchyla drzwi, z zaskoczeniem przyglądając się wampirowi. - Panicz Sin! Obudziłeś się! Jak się czujesz? - lustruje go badawczym wzrokiem. Byłby znacznie lepszym opiekunem niż ja. Od zawsze ma dużą słabość do czerwonowłosego. Gdyby mógł, bez problemu oddałby mu własną krew, chociaż część członków rady starszych uważa, że tak naprawdę skrycie go nienawidzi i oskarża o śmierć swojego brata. Nie wiem jaka jest prawda, bo nigdy nie pytałem.
- Tyle razu prosiłem, abyś mnie tak nie nazywał, Henryku. Nie jestem paniczem, a wampirem – odpowiada dumnie, zakładając jaskrawe kosmyki za ucho.
- Bardzo zabawne, paniczu – starszy mężczyzna spogląda na niego z rozbawieniem, jakby opowiedział mu jakąś nadzwyczaj zabawną anegdotę.
- Niedługo odejdę. Jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić, powiedz. Chętnie pomogę – oferuje swoje usługi. Henryk wygląda na około siedemdziesiąt lat, ale prawda jest taka, że ma znacznie więcej. Ile? Tego nikt nie wie. Służy w domu od niepamiętnych czasów. Podobnie jak ja, będzie pełnił obowiązki aż do śmierci, a na jego miejsce przyjdzie inny Henryk, by usługiwać moim następcom oraz opiekować się posiadłością.
- Mógłbyś naprawić dach? Wydaje mi się, że niektóre z dachówek wymagają wymiany.
- Sprawdzę – wampir od razu rzuci się do pracy.
- Trzeba też przeczyścić rynny, skosić trawę, przyciąć drzewa... - zaczyna wyliczać. - Zdążysz się z tym uporać?
- Oczywiście. Możesz na mnie liczyć. Zrobię wszystko – znowu odzywa się w nim perfekcyjna pani domu...
- Proszę iść spać, panie. Już późno. My się wszystkim zajmiemy, prawda?
- Tak. Dobranoc, Jack – rzuca mi ostatnie spojrzenie, podążając za Henrykiem, który zachowuje się jak kura pilnująca pisklaka. Nie byłem zachwycony, gdy wtargnął do mojej sypialni bez uprzedzenia. Dobrze wiem czemu to zrobił. Obawia się, iż kolejny raz wygnam wampira za drzwi. Jestem pewny, że gdyby był na moim miejscu, to pozwoliłby mu pomieszkać tu przez jakiś czas. Powinienem poczekać, aż dojdzie do siebie, a dopiero później kazać odejść. Henryk nie chce się przyznać, że lubi towarzystwo Sina. Takie słowa nigdy nie przejdą mu przez gardło, z racji tego, iż obraziłby w ten sposób pamięć o swoim bracie. A może po prostu się go boi? Bądź co bądź, nawet głodny wampir, to nadal wampir. Posiada nadludzką siłę. Człowiek w starciu z takim potworem nie ma najmniejszych szans. Jest jednak coś, co nas łączy. Stary służący unika dotykania. Wampirza skóra, z racji chłodu i dziwnej, nienaturalnie gładkiej faktury, w niczym nie przypomina już tej należącej do człowieka. Jeśli dołożymy do tego kły oraz szklane szpony, dystans nie wydaje się niczym nadzwyczajnym.
Dlaczego los postawił na mej drodze pierworodnego piekieł? Czy byłem zły? Czy nie troszczyłem się o ojca? Za słabo przykładałem się do swoich obowiązków? Przecież miałem ratować ludzkie życie. Nie mam w sobie żadnych wyjątkowych umiejętności ani mocy. Nie uleczę ran nieśmiertelnego, nawet gdybym chciał. Za to on z każdą minutą pogłębia moje, pozwalając abym żył w samotności i odosobnieniu... Niesprawiedliwy jesteś losie, gardząc moimi pragnieniami... To przez ciebie nie umiem i nie chcę postawić się na jego miejscu.

środa, 19 października 2016

Rozdział III

„Grzech


Tak jak przypuszczałem Henryk nie wpuścił gościa do domu, lecz zatrzymał przy bramie. Mam więc okazję przyjrzeć się nieznajomemu zanim staniemy twarzą w twarz. Z pewnością nie przekroczył pięćdziesięciu lat. Ciemne włosy, mocno oprószone siwizną na skroniach, ma zaczesane do tyłu. Ubrany w piaskowy garnitur oraz fioletową koszulę, które w żaden sposób nie maskują sporej nadwagi, podwójnego podbródka oraz ciemnoczerwonych plam na polikach, nie robi na mnie dobrego wrażenia.
- Dobry wieczór – wita się uprzejmie. - Jestem David Aaron, a ty musisz być Jack - próbuje się uśmiechnąć, wlepiając we mnie małe, świńskie oczka.
- Czemu zawdzięczam pańską wizytę w środku nocy, panie Aaron? - silę się na uprzejmy ton.
- Proszę, mów mi David. Liczę na to, że zostaniemy przyjaciółmi.
- Nie szukam przyjaciół – odpowiadam mu ostro. - Możesz więc przestać mydlić mi oczy konwenansami i przejść od razu do rzeczy. Kim jesteś i co tu robisz?
- Skoro tak stawiasz sprawę – fałszywy uśmiech znika z jego napuchniętej twarzy. - Mam dla ciebie bardzo intratną propozycję. Chodzi mi o twojego podopiecznego...
- Nie mam żadnego podopiecznego.
- Masz. Dobrze wiesz kogo mam na myśli. Jestem pewny, że przebywa tu z razem tobą i zostanie w tym domu długo po tobie, Jack...
- Nadal nie rozumiem.
- Już ci tłumaczę. Prawda jest taka, że chciałbym go od ciebie na trochę pożyczyć. Pięćdziesiąt, góra sto lat... Wszystko zależy od ciebie – dodaje pośpiesznie, jakby ten argument miał mnie przekonać do rzucenia mu się z wdzięczności w ramiona.
- Po co?
- Po co, po co... Powiedzmy, że mam taki kaprys. Istoty takie jak on są bardzo rzadkie – układa swoje tłuste palce w piramidę, zachowując się przy tym jak pokrętni politycy, których szczerze nienawidzę. - Sowicie cię za to wynagrodzę, zapewniam.
- Nie chcę pieniędzy, mam ich pod dostatkiem.
- Nie chodziło mi o pieniądze... Nie miałbyś ochoty wrócić do swojego poprzedniego życia? Nie tęsknisz za nim? Ponoć zapowiadałeś się na całkiem niezłego pediatrę...
- To niemożliwe! Związku, który nas łączy nie można zerwać!
- Mylisz się, mój drogi. Jest pewne rozwiązanie, dość drastyczne, nie twierdzę, że nie, lecz nie dotyczyłoby ono ciebie, a wspólnika twojej niedoli... Nie darzysz go ciepłymi uczuciami, prawda Jack?
- Co przez to rozumiesz? - przyglądam się tłuściochowi, który krąży wokół mnie. Tak intensywny wysiłek fizyczny sprawia, że zaczyna się mocno pocić. Sięga więc go kieszeni marynarki po chusteczkę, którą wyciera sobie czoło.
- Włos ci z głowy nie spadnie, gwarantuję. A to, co zrobię z wampirem, to już moja sprawa – zaczyna się śmiać, powodując falowanie wielkich fałd tłuszczu i atak zadyszki.
- Nie mogę rozważyć twojej oferty, jeśli nie podasz mi wszystkich szczegółów. Co dokładnie chcesz z nim zrobić? - dopytuję, czując gęsią skórkę na całym ciele. Dobrze wiem, że jego odpowiedź nie przypadnie mi do gustu...
- Jeśli zgodzisz się na moje warunki, zabiorę wampira do siebie choćby dzisiaj, a ty będziesz mógł wyjechać i cieszy się życiem, tak jak to miało miejsce zanim skazano cię na zesłanie do tej, za przeproszeniem, wiochy. Nie obraź się proszę, ale życie na tym odludziu z pewnością nie należy do prostych.
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Co mu zrobisz?
- Będzie moim niewolnikiem. Może sprzedam go temu, czy tamtemu, bo nie ukrywajmy, jest całkiem ładniutki. A poza tym... - robi pauzę.
- Poza tym? - im dłużej przebywam w jego towarzystwie, tym bardziej zaczyna mnie mdlić.
- Powiedzmy, że mam innego wampira, który zgodził się zatroszczyć o to, by twój mały podopieczny nie sprawiał problemów.
- Chcesz związać go z innym wampirem wbrew jego woli? To szaleństwo! - krzyczę. Zawarcie kontraktu z innym wampirem przeprowadzone siłą jest znacznie gorsze niż głód, który mu zafundowałem... Źle się stało, że wybrano mnie na opiekuna, ale nawet ja nie umiałbym być aż tak brutalny... Sin postradałby rozum, nie mówiąc już o tym, że...
- Nie, to czysty biznes. Więc jak, przemyślałeś sprawę? Zgadzasz się? Przywiozłem już nawet srebrną klatkę i kajdany. Wystarczy, że go zawołasz i po problemie – zaczyna pocierać dłonią o dłoń. Jego paluchy przypominają parówki ozdobione złotymi pierścieniami. Ohyda! - Na co czekasz, Jack? Jeśli będziemy się tak guzdrać, świt nas tu zastanie, a do tego czasu mam ochotę zabawić się z tym słabeuszem. Jest głodny, prawda? To oznacza, że nie sprawi zbytniego kłopotu. Moi ludzie szybko sobie z nim poradzą. Muszę przyznać, że świetnie się spisałeś. Sam lepiej bym tego nie wymyślił. No dalej, pośpiesz się i przywołaj go! Nie będę tu sterczał całą noc – irytuje się na moją opieszałość.
- Nie.
- Przepraszam, ale chyba nie dosłyszałem – uśmiech przygasa na jego nalanej twarzy.
- Powiedziałem NIE – znacznie bardziej akcentuję odmowę.
- Jack, czy ty rozumiesz, że to twoja jedyna szansa? Nikt inny nie jest w stanie uwolnić cię od klątwy. Tylko ja. Moja propozycja spadła ci jak gwiazdka z nieba, a ty bezczelnie mi odmawiasz?! Nie zachowuj się jak dziecko. On i tak jest już martwy. Nawet tego nie poczuje!
- Nasze spotkanie dobiegło końca. Proszę, nie przychodź więcej – odwracam się do mężczyzny plecami i idę w kierunku domu.
- Jack! Wracaj natychmiast! Porozmawiajmy! Przez niego spędzisz resztę życia na tym przeklętym zadupiu! W dodatku będziesz traktowany tylko jako posiłek! Tego chcesz?! Jack!
- Zamknij drzwi i nie wpuszczaj go nigdy więcej – proszę Henryka, który natychmiast wypełnia moje polecenie.
Rozmowa z tym obrzydliwym typem mocno podniosła mi ciśnienie. Idę do kuchni i nalewam sobie szczodrą porcję alkoholu. Po kilku minutach dołącza mój służący.
- Napijesz się ze mną? - proponuję mu drinka, ponownie napełniając swoją szklaneczkę.
- Dziękuję, panie, ale nie przepadam za alkoholem. Pan David zostawił wizytówkę. Prosi o kontakt przed końcem pełni. Ponoć do tego czasu zmieni pan zdanie – odbieram od niego biały kartonik, po czym drę na kilka części i wyrzucam.
- Nie spotkam się z nim nigdy więcej! – powtarzam, kierując się do swojej pracowni, gdzie znajduję Sina beztrosko śpiącego przed kominkiem. Prawdą jest, że nie darzę go sympatią, ale gdybym się zgodził... Przyglądam mu się przez chwilę. Wygląda na spokojnego i zrelaksowanego. Czuje się tu bezpiecznie. Tylko ciemne cienie pod oczami zdradzają w jakim naprawdę jest stanie. Powiedział, że to jego druga opcja... Czy zgodziłby się na propozycję Davida wiedząc, co ten chce mu uczynić? I czy ja powinienem się zgodzić? Wolność... Mógłbym odzyskać wolność nie ryzykując przy tym niczyjego życia. A wampir? Co mnie obchodzi co się z nim stanie? Będzie sobie cierpiał w nieskończoność. Ja także cierpię! Czy ktokolwiek lituje się nad moim losem? 
Ukrywam twarz w dłoniach i rozważam wszystkie za i przeciw. Nie umiem podjąć żadnej racjonalnej decyzji, więc postanawiam odłożyć to do jutra i idę spać.
Po przebudzeniu spotkanie z Davidem jawi mi się jako zwykły koszmar senny, którym nie zamierzam dłużej zawracać sobie głowy. Muszę kontynuować badania. Pochłonięty zamówieniami nie zauważam, gdy za oknem robi się ciemno.
- Popełniłeś błąd, o tutaj – Sin szepcze mi do wprost ucha, wskazując palcem na obliczenia.
- Nie skradaj się tak! Przez ciebie o mały włos nie dostałem zawału!
- Przepraszam, Jack. Nie chciałem – odwraca głowę w moją stronę. Jest tak blisko, że widzę ciemne plamki w zielonych oczach. Wydaje mi się, że dawniej ich kolor był znacznie bardziej intensywny...
- Odejdź! Mówiłem ci tyle razy, że masz się do mnie nie zbliżać, bo...
- Bo się mnie brzydzisz. Wiem, pamiętam – kończy za mnie zdanie, odsuwając się o kilka kroków od biurka.
- No właśnie. Więc co tu jeszcze robisz?
- Źle dobrałeś proporcje. Jeśli natychmiast nie zareagujesz, za chwilę to, nad czym pracujesz, wybuchnie – wskazuje na miksturę, podgrzewaną przy pomocy niewielkiego palnika.
- Nie śmiesz mnie! Pracowałem nad tym przez ponad miesiąc! Wszystko sprawdziłem trzy razy, więc zapewniam cię, że...
- Źle policzyłeś miejsca po przecinku. Jeśli mnie nie posłuchasz, możesz zrobić sobie krzywdę – ton jego głosu przypomina mi mojego nauczyciela, który w podobny sposób tłumaczył niejasności krnąbrnemu dziecku, którym z pewnością nie jestem!
- Nie wybuchnie! - przyglądam się miksturze. Chyba za mocno ją podgrzałem, bo zaczyna gwałtownie parować, ale...
- Proszę cię, odsuń się – próbuje mnie osłonic, lecz odpycham go i podbiegam do stołu, by przyjrzeć się reakcji chemicznej. - Jack! Nie! - szklany pojemnik wylatuje w powietrze, zanim zdążyłem zmniejszyć płomień. Kawałki szkła rozlatują się we wszystkie strony, raniąc mnie przy tym w rękę. Unoszę ją do góry, by obejrzeć obrażenia. W tej samej chwili oczy Sina robią się wielkie i świecące.
- Krew... - szepcze cicho, nie umiejąc oderwać wzroku od cienkiej stróżki, która spływa po moich palcach.
- Odejdź! - ostrzegam go.
- Jack... Krew... - powtarza, przyglądając się zranionej dłoni jak zahipnotyzowany.
- Nie dostaniesz, odejdź! - nakazuję mu.
- Ale Jack... Jestem taki głodny... Tylko kilka kropli... - zmniejsza dystans między nami.
- Powiedziałem nie! - wampir może wziąć krew tylko wtedy, gdy mu się ją daje. Powinien poczekać na sygnał od opiekuna, że ten wyraża chęć nakarmienia go, ale Sin zupełnie mnie ignoruje. Oblizuje suche wargi. Jego kły zdają się wydłużać. Zaczynam cofać się w kierunku ściany, lecz na niewiele się to zdaje. Zapach krwi z pewnością mami już jego wampirze zmysły. Jeśli go nie powstrzymam, rzuci się na mnie i zabije!
- To nie będzie bolało... Wezmę tylko troszkę, zobaczysz... - sięga po moją dłoń.
- Zostaw! - rozkazuję mu, uderzając w twarz z całej siły. Mój cios przywraca mu zdrowy rozsądek. Mruga kilka razy nie bardzo rozumiejąc co się dzieje. - Odejdź, Sin! Chciałeś się na mnie rzucić! - odpycham go do tyłu.
- Prze-Przepraszam Jack... Nie wiem... Nie wiem co mi się stało... Ja... Nie chciałem... Przysięgam! Nie chciałem... - szepcze, chociaż obrzydliwe kły oraz dziwnie błyszczące oczy nie świadczą na jego korzyść.
- Wynoś się stąd!
- Proszę! Nie wyrzucaj mnie z domu! Błagam cię...
- Zagrażasz mi! Opuść teren tego domostwa! - powtarzam część zaklęcia, która pozwala mi usunąć wampira poza bramę. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, więc nie wiem czego mam się spodziewać. Sin wpatruje się we mnie żebrzącym wzrokiem. Drzwi balkonowe same się otwierają. Niewidzialna siła otula jego ciało i powoli zaczyna wypychać, najpierw z pokoju, potem coraz dalej, przesuwając go w stronę głównej bramy.
- Jack! Proszę, nie! Jack! Ja nic nie zrobiłem! Odwołaj to! Jack! - jęczy coraz głośniej. Wychodzę na taras, by na własne oczy przekonać się jak działa moja „moc”. Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczony skutecznością zaklęcia. Książę Klaudiusz pomyślał o wszystkim...
Po chwili do pracowni wpada zaalarmowany Henryk.
- Panie, wszystko w porządku? Słyszałem jakieś głosy – mężczyzna wpatruje się we mnie z troską.
- Nic się nie stało. Zraniłem się w rękę, a ten idiota uznał to za zaproszenie do ataku, więc użyłem zaklęcia i wyrzuciłem go z domu – streszczam służącemu zajście.
- Całe szczęście. Proszę pokazać mi dłoń, zaraz się nią zajmę – niechętnie wyciągam zakrwawiony nadgarstek w jego stronę. - Skóra została przecięta, ale nie wbiły się żadne odłamki. Pójdę po apteczkę.
- Dziękuję – odkręcam kran, by obmyć ranę. Po chwili powraca, by szybko i sprawnie robić mi opatrunek.
- Gotowe, panie – informuje mnie, ściągając jednorazowe rękawiczki.
- Jesteś w tym naprawdę niezły – przyznaję zaskoczony.
- To mój obowiązek – dodaje, chowając plastry i bandaże z powrotem do pudełka. - A panicz Sin?
- Pójdę po niego jak trochę ochłonie. Obiecałem, że będzie mógł tu zostać aż do zakończenia pełni.
- Mam nadzieję, że nic mu nie będzie. Idąc po apteczkę miałem wrażenie, że słyszałem za murem jakieś samochody.
- Samochody? - dziwię się. - Przecież mieszkamy tu zupełnie sami, więc skąd nagle... David! - podrywam się z miejsca i wybiegam do ogrodu.
- … posiłki są już w drodze. Powtarzam, macie schwytać go żywcem! Jest głodny, nie stanowi dużego zagrożenia! – głos Davida niesie się z samochodowego megafonu.
- Tam jest! Brać go! - słyszę krzyki i głosy ludzi. Nad bramą przelatuje kilka srebrnych strzał. Jedna z nich wbija się w ziemię centymetry od mojej stopy.
- Panie, wróć do środka – Henryk próbuje mnie powstrzymać, gdy zaczynam mocować się z potężnym zamkiem.
- Muszę go stamtąd zabrać! W przeciwnym wypadku zostanie złapany! Szybko, pomóż mi!
- On jest wampirem, poradzi sobie. Panie, nie możesz stad wyjść – przypomina mi.
- Wiem, ale jeśli nie otworzę bramy, Sin nie będzie mógł wrócić. Szybko! Nie traćmy czasu! - wspólnymi siłami zdejmujemy zasuwę. Z oddali słychać, iż nadjeżdżają kolejne samochody.
- Macie go już? Nie uciekł daleko! Temu kto go dla mnie złapie, ofiaruję dziesięć milionów dolarów! - ekscytuje się David. Z góry nadlatuje śmigłowiec, by wspomóc poszukiwania za pomocą wielkiego halogenowego reflektora.
- Tam jest! Na drzewie! - krzyczy jeden z ludzi, a łucznicy od razu wypuszczają grad srebrnych strzał w kierunku przeciwnika.
- Sin! Wracaj do domu! - krzyczę, dochodząc do krawędzi bariery, której nie wolno mi przekroczyć.
- Muszę przyznać, że świetnie się spijałeś, Jack – David powoli drepcze w moja stronę, uśmiechając się przebiegle.
- Wynoście się z mojej ziemi!
- Tak się składa, że ta ziemia nie należy już do ciebie. Jest niczyja, więc możemy na niej polować bez przeszkód.
- Trafiłem go! - powiadamia jeden z mężczyzn.
- Wspaniale! - uradowany David klaszcze w dłonie.
- Sin! Wracaj! - każę wampirowi świadomy rosnącego z każdą sekundą zagrożenia, które na nas sprowadziłem.
- Ani kroku dalej – grubas próbuje mnie powstrzymać. - To dla twojego dobra, Jack. Zobaczysz. Bez wampira będziesz znacznie szczęśliwszy, a ja tak bardzo pragnę go mieć!
- Szefie, możemy użyć srebrnych kul? - pyta jeden z uzbrojonych ludzi.
- Tak. Chcę go mieć za wszelką cenę! Strzelać, powtarzam strzelać aż go złapiemy!
- Nie możesz go zabrać wbrew jego woli!
- A kto mi zabroni? Ty? Jesteś równie bezbronny jak ten głodny wampir – śmieje mi się w twarz. - Ale skoro chcesz pójść w jego ślady – jeden z jego ludzi rzuca mu miecz, którym zaczyna wymachiwać... - to nie mam nic przeciwko – zanim się orientuję w sytuacji, David rzuca się na mnie. Pomimo sporej nadwagi, jest solidnie wyszkolonym szermierzem. Nie mam z nim żadnych szans.
- Uważaj! - do moich uszu dobiega wołanie Sina, który w ostatniej sekundzie zasłania mnie własnym ciałem, odpychając w głąb ogrodu. Srebrne ostrze przeszywa jego skórę, rozcinając ją pod skosem od prawego ramienia aż po żebra z lewej strony. Krzyczy z bólu, tarzając się po ziemi.
- Zamknij bramę! - nakazuję Henrykowi. Tymczasem wampir zdaje się być w agonii. Zrywa z siebie tunikę, by lepiej obejrzeć obrażenia. Nie wygląda to dobrze. Bardzo krwawi, a biorąc pod uwagę fakt, że od dawna był głodny, rana nie jest w stanie sama się zasklepić.
- Sin! Spokojnie! To za chwilę minie! - próbuję zapanować na czerwonowłosym, który szarpie za resztki tuniki, a następnie zatapia kły w przedramieniu lewej ręki, gryząc raz za razem.
Przejmując stanowisko opiekuna członkowie rady ofiarowali mi całą wiedzę, którą udało im się zdobyć o nieśmiertelnych na przestrzeni kilkuset lat. Przeczytałem ten pokaźny tom kilka razy, by łatwiej zrozumieć zapisy kontraktu, zwłaszcza akapity poświęcone karmieniu. Wyczytałem w nim, że picie własnej krwi to dla wampira najgorszy rodzaj kary. Nie zaspokaja ona pragnienia. Ratuje w nagłych sytuacjach. Patrząc na poranione przedramiona, Sin często się w nich znajdował...
Boję się do niego podejść, choć ciężko dyszy ciężko i przestaje wyć. Po raz ostatni spogląda na mnie załzawionymi oczami. Jego włosy zdają się matowieć i tracić intensywną barwę. W końcu traci przytomność, upadając na żwirowaną alejkę.
- Sin! - podbiegam do niego i podnoszę z ziemi, by łatwiej mi było przyjrzeć się obrażeniom na jego ciele. Na lewym ramieniu widać ślad po srebrnej strzale, którą został trafiony. Rana na klatce piersiowej także się nie uleczyła, a przecież powinien zupełnie zniknąć, tak samo jak ślady po kłach. Od jak dawna jego ciało jest zbyt słabe, by się zregenerować? - Zaraz się tobą zajmę! Wytrzymaj jeszcze trochę! - biorę go na ręce i niosąc w kierunku domu.
- Panie, obawiam się, że w tej chwili niewiele da się dla niego zrobić.
- Mylisz się – układam go przy kominku, podwijając jednocześnie rękaw koszuli. - Masz, pij – przykładam nadgarstek do bladych ust. Nie reaguje. Celowo dotykam jego nagiej skóry. Powinienem móc odbierać wampirze myśli lub uczucia, lecz kompletnie nic nie czuję.
Podchodzę do stołu i sięgam po nóż.
- Panie, co chcesz zrobić? - przerażony Henryk przygląda się z dezaprobatą, gdy nacinam sobie palec serdeczny lewej dłoni. Krew spływa na jego usta, lecz mimo to Sin ani drgnie.
- No dalej, nie rób mi tego...
- Nic mu nie będzie. Śpi - wyrokuje, poprawiając okulary.
- Skąd wiesz? Spójrz na jego włosy! Dzieje się z nim coś złego!
- Powinniśmy go umyć. Ciepła kąpiel rozgrzeje jego ciało.
- Dobry pomysł - chwalę mężczyznę.
- Wezmę go, panie – niechętnie oddaję mu wampira, obserwując jak oddala się w kierunku południowego skrzydła.
- Zabierz go do mojego pokoju – każę. - Po kąpieli znowu spróbuję nakarmić go krwią.
- Jak sobie życzysz – odpowiada, zabierając go do głównej sypialni. Obserwuję jak kładzie Sina ostrożnie na szezlongu, by móc przygotować kąpiel. Zdejmuje mu buty oraz spodnie, a potem wkłada bezwolne ciało do ciepłej wody, podtrzymując przy tym głowę. Delikatnie zmywa krwawe ślady, gładząc skórę myjką. Obwija wampira ręcznikiem i zanosi do łóżka. Kolejny raz nacinam sobie palec, by wlać nieco krwi do ust nieśmiertelnego. Dopiero teraz zauważam, że ma on ubrany na szyi złoty medalion. Jest niewielki. Nie ma więcej niż centymetr. Sądząc po sposobie, w jaki został ozdobiony, musi być bardzo stary... Sięgam po niego, by lepiej mu się przyjrzeć. Okazuje się, że można go otworzyć. Czy powinienem? Jakiś wampirzy sekret? Ostrożnie ujmuję go w obie dłonie i rozsuwam. W środku wprawione są dwa czarno-białe zdjęcia. Na jednym widnieje miniaturowa wersja posiadłości, a na drugim jestem ja...

niedziela, 16 października 2016

Rozdział II

„Grzech


Moi przodkowie mieszkają w tej osadzie od niepamiętnych czasów. Zachowane źródła wskazują na rok 1254, lecz Sin uparcie twierdzi, że był tu znacznie wcześniej. W każdym razie drzewo genealogiczne rozpoczyna się od księcia Klaudiusza, który za zasługi na polu bitwy został obdarowany kilkunastoma wioskami. W jednej z nich wybudował dom i założył rodzinę. Pochodził z zamożnego rodu. Był wykształcony i bardzo przedsiębiorczy. Królewski kronikarz chwalił jego liczne zasługi twierdząc, iż porzucił wojny na rzecz studiów nad ziołami, które kontynuujemy po dzień dzisiejszy.
Pewnego dnia książę znalazł na progu swego domu wampira. Zrobiło mu się go żal, więc zawarł z nim magiczny kontrakt. Wampir został porzucony przez swego stwórcę, a Klaudiusz nie życzył sobie, by polował na ludzi. Obiecał mu karmić go swoją krwią i dał azyl w zamian za pomoc w zbieraniu ziół oraz chronieniu rodziny. Kontrakt przypieczętowany został krwią, by w żaden sposób nie dało się go złamać i dotyczy tylko i wyłącznie męskich potomków rodu. Żyjemy tak od pokoleń...
Każdy mężczyzna, który obejmuje we władanie tę posiadłość, przejmuje na siebie zaszczyt oraz obowiązki głowy rodziny, a co za tym idzie, zostaje opiekunem czerwonowłosego potwora. Moje osobiste piekło rozpoczęło się pięć lat temu.
Kontrakt narzuca same ograniczenia. Nie wolno mi opuszczać posiadłości. Powinienem także oddać się bez reszty produkcji eliksirów, które wykonuję na specjalne zamówienia, składane zwłaszcza przez demony różnej maści. W zamian za to wampir przywozi potrzebne składniki. Jego troska o to miejsce oraz rodzinę graniczy z fanatyzmem. Nie wolno mi także przekazać swoich obowiązków komuś innemu, ale co najważniejsze – nie wolno mi zabić wampira. Gdyby zginął z mojej ręki, śmierć ponieśliby wszyscy żyjący członkowie rodu oraz ich rodziny. Razem blisko dwa tysiące osób, rozsianych po całym świecie... No i jest jeszcze karmienie... Sin szczyci się tym, że nigdy nie odebrał nikomu życia by zdobyć krew. Nie umie polować jak inne wampiry. No cóż, zawsze jest ten pierwszy raz, prawda?
Zdanie na temat dzielenia się krwią od zawsze było tematem tabu. Zarówno wampir, jak i jego żywiciel doskonale wiedzą, że jeśli ten pierwszy podczas posiłku zatraci się w piciu, dla człowieka nie będzie ratunku. Skończy jako kolejna krwiożercza istota, zdana na łaskę swego stwórcy. Jedni to popierali i chętnie karmili nieśmiertelnego, a inni nie. Dopiero mój ojciec jawnie sprzeciwił się takiej praktyce, oddając mu zaledwie kilkanaście kropli życiodajnego płynu rocznie, ale ja poszedłem jeszcze o krok dalej. Od pięciu lat, czyli od czasu, gdy po śmierci ojca to na mnie spadł obowiązek przejęcia na siebie ciężaru kontraktu, nie oddałem mu ani kropli.
Byłem pewny, że wczorajszej nocy tylko się ze mną drażnił, próbując uzyskać krew w zamian za dziennik, który jakimś cudem trafił w jego ręce, ale on zrobił to celowo. Przywiózł go, by mi się przypodobać. Jest głodny, więc nie cofnie się przed niczym! Pragnienie sprawia, że jego ciało zasycha od wewnątrz. Cierpi. Dobrze mu tak... Takie kreatury jak on już dawno powinny smażyć się w piekle, gdzie jest ich miejsce! Tymczasem ten znienawidzony przeze mnie potwór beztrosko sobie śpi. Najchętniej zabiłbym go gołymi rękoma...
Zanim zostałem opiekunem, wiodłem zwykłe, przeciętne życie. Chciałem być lekarzem i pracować w szpitalu. Całe dnie spędzałem nad książkami, by dostać się na wymarzone studia. Los mi sprzyjał, aż do tamtego dnia... Miałem rozpocząć staż, gdy dowiedziałem się, że decyzją rady starszych, ojciec przejął rolę wampirzego karmiciela. Był wściekły. Musiał przeprowadzić się do tej zapomnianej posiadłości, którą inni krewni omijają szerokim łukiem. Tylko nieliczni wiedzą o wampirze, który tu mieszka, za to wszyscy są przekonani, iż dom kryje w sobie zło, a ci, którzy w nim mieszkają, zostali przeklęci. Ich rozumowanie nie odbiega znacząco od prawdy.
Starałem się odwiedzać ojca tak często, jak tylko mogłem, lecz mimo to czuł się bardzo samotny i nieszczęśliwy. Umarł po dziesięciu latach odosobnienia, przeklinając wampira nawet na łożu śmierci.
Rada starszych uznała, że skoro tak często wpadałem w odwiedziny, to nie przeszkadzać mi będzie kontynuowanie jego misji. Złamano wieloletnią tradycję, która mówiła o tym, że syn nie dziedziczy po ojcu „przywileju”. Opiekunem powinien zostać ktoś inny, nie ja! Każdy, tylko nie ja!
Jeszcze tego samego wieczoru zmuszono mnie do przeprowadzki. Moje życie, marzenia, plany... Wszystko przepadło. Skupiłem się na pracy nad eliksirami by nie myśleć o krzywdzie, jaka mnie spotkała.
 Sin od początku ochoczo mi pomagał licząc na to, że wynagrodzę go swoją krwią. Był mocno zdziwiony, gdy uświadomiłem mu, iż nie zamierzam tego robić. Próbował różnych sztuczek, abym zmienił zdanie. Rozpieszczał prezentami, mamił obietnicami bez pokrycia, prosił... Próbował wszystkiego, ale pozostałem nieugięty. Wiedziałem, że moje postępowanie powoli zaczyna mu doskwierać. To tak nasza gra. Kto wytrzyma dłużej i pierwszy się złamie. Póki co wygrywam. Nie mówiąc już o tym jak dużą satysfakcję czerpię z robienia mu na złość. Wynagradza mi to lata spędzane w tym więzieniu, w którym odbywam karę dożywocia. Biorąc pod uwagę, że mam ich zaledwie dwadzieścia osiem, cała wieczność przed nami... Niech więc cierpi z głodu i pragnienia. Chętnie popatrzę jak zdycha, wijąc się u moich stóp...

***
Dochodzi 22:00, gdy wampir dołącza do mnie w pracowni. Siada przed kominkiem i przeciąga się rozglądając po otoczeniu mocno zaspanym wzrokiem. Chociaż nie potrzebuje trumny, a promienie słońca nie palą jego skóry, sprawiając jedynie dyskomfort, przesypia dzień, budząc się po zachodzie słońca. Tak właśnie powinno być, lecz ten wampir jest na to zbyt głodny. Nie ma siły wstać tak wcześnie. Nie wytrzyma także do świtu, co oznacza mniej godzin wspólnej udręki.
- Dobry wieczór – wita się ze mną, uśmiechając. - Lepiej się czujesz?
- Daruj sobie, jestem zajęty – gaszę jego entuzjazm.
- Mogę ci pomóc, jeśli chcesz – proponuje, przeczesując ogniste pasma włosów palcami.
- Nie chcę. Wynoś się.
- Nie musisz być taki opryskliwy, Jack. Jeszcze tylko trzy noce. Przecież nie jestem uciążliwym gościem. O nic nie proszę. Zabrałeś mnie do sypialni z własnej inicjatywy, prawda?
- Pamiętaj, że w każdej chwili mogę cię wyrzucić za drzwi – nie odrywam wzroku od zapisków, analizując antidotum, nad którym obecnie pracuję.
- Łączy nas silna więź. Jeśli mnie wypędzisz, kolejne kilka miesięcy nie będziesz mógł wychodzić na zewnątrz, bo słońce będzie cię razić równie mocno, jak i mnie, a to boli – przypomina. - Są też inne niedogodności. Nasilający się ból w klatce piersiowej, nieprzespane noce, koszmary senne... Warto aż tak się poświęcać? - wylicza.
- Zastanawiam się co gorsze, twoje towarzystwo, czy słońce. Chyba jednak wolę słońce...
- Żyłbyś znacznie bardziej komfortowo, gdybyś pozwalał mi częściej wracać do domu.
- Możesz sobie pomarzyć! - drwię. - To, że poprzedni opiekunowie pozwalali ci tu przesiadywać należy do przeszłości. Będziemy kontynuować nową tradycję i spotykać się jak najrzadziej.
- Cóż... Nie ukrywam, chciałbym móc częściej cię odwiedzać. Lubię być w domu z tobą i Henrykiem. Dobrze mi tutaj – wzdycha cicho.
- Nic mnie to nie obchodzi.
- Życie wampira jest bardzo samotne, Jack – otula się ramionami. - Nie rozumiesz tego, bo nigdy tak naprawdę nie byłeś sam. Nie wiesz jak to jest tułać się po świecie przez setki lat, nie mając ani gdzie wrócić ani z kim porozmawiać...
- Przestań skomleć, bo ci przyleję! Co nazywasz domem? Złotą klatkę, w której jestem zamknięty?
- Dom to bezcenne miejsce. Powinieneś bardziej je szanować. Ostatecznie twoja rodzina mieszka tu od pokoleń.
- Ty też mieszkasz tu od pokoleń i nikomu nie wyszło to na dobre. Że też przez te wszystkie lata nie znalazł się ktoś, kto zabiłby cię raz a dobrze! - uderzam pięścią w blat, pełen wściekłości.
- Przykro mi, że nienawidzisz mnie aż tak bardzo – cofa się w mrok, przez co nie widzę jego twarzy.
- Tylko się nie popłacz, długowieczna kreaturo.
- Nie zamierzam. Nie stać mnie na utratę choćby kropli krwi.
Zapada między nami cisza. Skupiam się na pracy, a Sin w tym czasie zaczyna przeglądać księgozbiór, na który składają się zielniki, a także książki medyczne i te poświęcone farmacji. Książkami wyłożone są szczelnie wszystkie ściany w tym pokoju, a także kilku innych. Zbieranie ich to moja jedyna przyjemność. Wampir wybiera sobie lekturę i rozkłada się z nią przed kominkiem, do którego uprzednio dokłada drewna.
Służący przynosi kolację, którą wspólnie zjadamy, ignorując czerwonowłosego natręta. Z racji tego, że mieszkamy tu w dwójkę, nie bawimy się w konwenanse. Jadanie samotnie w wielkiej jadalni pogłębiało moje przygnębienie.
- Jack? - cichy głos Sina przerywa nasze ucztowanie.
- Czego znowu chcesz? - warczę niezadowolony, że śmiał się do mnie odezwać.
- Jacyś ludzie krążą wokół domu – słyszę wyraźną niechęć w jego głosie, lecz nie odrywa wzroku od czytanej książki.
- No i co z tego?
- Nic. Przyjechali w odwiedziny.
- Przez ciebie nikt mnie tu nie odwiedza. To pewnie to turyści, którzy zgubili drogę.
- Są uzbrojeni, więc uważaj, dobrze? - wypowiada te słowa w chwili, gdy zaczynają dobijać się do drzwi.
- Sprawdź czego chcą, Henryku – proszę służącego.
- Jak sobie życzy, panie – starszy mężczyzna podrywa się z miejsca, by wypełnić moje polecenie.
- Jack, nie wpuszczaj ich do środka. To niebezpieczne – drażni mnie jego udawana troska.
- Zamknij się! Nikt nie pytał cię o zdanie.
- Przepraszam – szepcze nie ruszając się ze swojego miejsca.
Po kilkunastu minutach wraca służący informując mnie, że ktoś bardzo nalega na spotkanie ze mną.
- Nie przedstawił się?
- Nie. Powtarza tylko, że to bardzo ważne.
- O tej porze? - przyglądam się wampirowi, który udaje pochłoniętego czytaniem. - Poproś, aby zaczekał. Za chwilę przyjdę. Kim jest ten człowiek? - pytam, gdy Henryk znika za zamkniętymi drzwiami.
- To szef Organizacji. Przyszedł wybadać ile wiesz na mój temat.
- Tylko tyle? Niepokoi mnie z twojego powodu?
- Jack, ty nic nie rozumiesz! On tu przyszedł na przeszpiegi. Nie wyczuwa mojej aury, bo jestem tu chroniony, jednak głupi też nie jest. Zapewne zaproponuje ci zerwanie kontraktu, chociaż doskonale wiemy, że to niemożliwe. Ze mną też próbował się skontaktować, składając bardzo nietypową propozycję.
- Serio? Jaką?
- Chce mi oddać swoją krew – odpowiada cicho.
- Za darmo?
- Nie. Za sto lat służby. Powiedział, że powinienem to rozważyć, bo to jednorazowa oferta. Za dwa dni mam dać mu odpowiedź.
- I co zamierzasz zrobić? - pytam z nadzieją w głosie.
- Waham się – wampir unosi wzrok i spogląda mi prosto w oczy. - Jestem głodny, nie będę kłamał, że nie. Mam jednak swoją godność i nie zamierzam kolejny raz błagać o coś, czego i tak nie chcesz mi dać. Jeśli zgodzę się na jego warunki, obiecał, że da mi tyle krwi, ile tylko zechcę.
- Więc w czym tkwi problem?
- Sto lat to bardzo długo. W tym czasie nie mógłbym opiekować się rodziną. Poza tym musiałbym się zgodzić na zakłucie w srebrne kajdany i spełnianie wszystkich jego życzeń. Mógłby wykorzystać moją moc i wyrządzić innym wiele zła, ale nie tylko.
- Nie chcesz być chłopcem na posyłki w Organizacji? Wzruszające. Na twoim miejscu nie odrzucałbym tak hojnej oferty, tym bardziej jednorazowej.
- Nie masz pojęcia czym zajmuje się Organizacja, prawda? Oni nie tylko polują na wampiry. Produkują trucizny, na które ty opracowujesz antidotum. Poza tym jestem pewny, że sprzedaliby mnie wiele razy, by więcej zarobić.
- Sprzedali? A kto chciałby kupić takie zdechłe brzydactwo?
- Jest wiele osób, które zapłacą fortunę, by przespać się w wampirem. Nie wiedziałeś?
- Żartujesz, prawda? - zaczynam się śmiać, lecz Sina nie rozbawił mój żart. Jest śmiertelnie poważny.
- Być może za jakiś czas będę musiał zmienić zdanie. Każdego dnia jest mi coraz ciężej. Twój ojciec mnie głodził, ale ty... - ucieka wzrokiem, próbując wzbudzić we mnie poczucie winy.
- Skoro tak ci do nich śpieszno, to droga wolna. Idź, nie jesteś tu potrzebny.
- Jak zawsze myślisz tylko o tym, by się mnie pozbyć – uśmiecha się smutno. - A co będzie z tobą, jeśli odejdę? A twoi następcy, którzy nawet mnie nie poznają? Mówiłem ci już, sto lat to bardzo długo. Zanim się zdecyduję, muszę to dokładnie przemyśleć.
- Wzruszające, doprawdy.
- Zawsze mówisz, że nie mam serca, ale prawda jest taka, że to ty go nie masz.
- Coś ty powiedział?! - irytuję się.
- Prawdę. Jesteś tak skoncentrowany na sobie, że nie zauważasz nic poza rzekomą krzywdą, która cię spotkała. Chciałeś być lekarzem, a musisz robić eliksiry... Jestem pewny, że ani przez chwilę nie zastanowiłeś się nad sensem tego zajęcia ani faktem ile dobrego z niego wynika. O rodzinie też nie myślisz.
- A co jest dobrego w przesiadywaniu tutaj i odmierzaniu ziół? Albo karmieniu potwora?
- Nie przesadzaj Jack, jeszcze niczym mnie nie nakarmiłeś i pewnie długo tego nie zrobisz. Byłeś nieugięty, gdy cię błagałem. Równie dobrze mógłbym wcale tu nie wracać, ale nasze rozstanie pogarsza twój stan, dlatego tu jestem. Nie chcę, abyś cierpiał z mojego powodu, bo masz ważne zadanie do wykonania. Przewodniczysz rodzinie. Ciesz się z tego, bo nasza rodzina pod każdym względem jest wyjątkowa. Jeśli szef Organizacji zabierze mnie do siebie i zacznie torturować, narażę ich na niebezpieczeństwo, a ciebie i twoich następców na wielkie cierpienie. Rozumiesz? To dlatego każdego dnia wmawiam sobie, że nie jestem głodny, chociaż ból jaki się z tym wiąże jest nie do opisania. Nie da się go porównać z jednym, niespełnionym marzeniem...
Przez kilka długich sekund mierzymy się wzrokiem. Nienaturalnie zielone oczy wydają mi się zbolałe i zmęczone, a mimo to tak trudno przestać się w nie wpatrywać... Idioto! On wykorzystuje swoje sztuczki przeciwko tobie! Ocknij się, póki nie jest za późno! Wychodzę z gabinetu, trzaskając drzwiami.