środa, 28 grudnia 2016

Rozdział II

„Kai


Nowa wiadomość : środa, 23 października, godzina 0:47

Do : LostBoy
Temat : Na wyciągnięcie ręki

„To ja miałem rację. Pierwsze spotkanie z nowym trenerem okazało się zwykłą porażką. Ukrywałem się przed nim przez pewien czas, lecz ktoś ze szkoły bardzo uważnie przejrzał moje papiery, zadzwonił do poprzedniego liceum i wszystko się wydało. Już wiedzą o tym, że startowałem w konkursach (niektóre udało mi się wygrać :D) i teraz naciskają, abym to powtórzył. Mogłem walczyć o stypendium sportowe, ale pływanie nie jest dla mnie. Poza tym musiałbyś zobaczyć jaki tu mają beznadziejny basen. Rodzicom jest to obojętne, a ja straciłem zapał. Czuję się wypalony. Od przeprowadzki nic mnie nie cieszy, nie licząc chwil, gdy czytam Twoje słowa.
Wczoraj znowu byliśmy z chłopakami w kinie. Nie chciało mi się, ale starzy zostali dłużej w pracy, a wiesz co to oznacza... Nie przepadam za samotnym przesiadywaniem w dużym domu. Kino to moja jedyna rozrywka. Jak tak dalej pójdzie, zamienię się w jakiegoś szalonego kinomana. Założę bloga i zacznę zalewać internet swoimi frustracjami. Jak mam być szczery, to nawet nie wiem co to był za film. Wkurzali mnie swoimi komentarzami, chamskimi odzywkami. Część z nich przyprowadziła dziewczyny, które kleją się do mnie tylko dlatego, że są żądne nowości. Przybyło świeże mięso, które trzeba zaatakować.
Po każdej przeprowadzce zawsze pojawia się uczucie wyobcowania, lecz tutaj... Sam nie wiem. Jest inaczej i tyle. Udało mi się poznać kilka fajnych osób, jednak... Nie wiem jak mam ubrać to w słowa. Chyba próbuję Ci powiedzieć, że oni nie są Tobą. Nigdy do nikogo nie czułem tego, co do Ciebie. Wiem, że mogę Ci bezgranicznie zaufać, że jesteś wobec mnie szczery. Robię się zazdrosny na samą myśl, że mam Cię dla siebie tylko przez tych kilka minut, gdy czytasz moje słowa, a potem piszesz jak Ci minął dzień. Chciałbym więcej. Znacznie więcej... I boję się jak zareagujesz. Nie waż się uciekać! Wiem, że znamy się od niedawna, ale czas nie ma tu nic do rzeczy.
Jeśli nie czujesz tego co ja, to mi o tym powiedz. Zrozumiem. Będzie mi przykro, ale... Wolałbym, abyś napisał, że ja także nie jestem Ci obojętny. A jeśli tak nie jest, to nie skreślaj mnie jeszcze, daj szansę. Udowodnię Ci, że jestem godny zaufania, a moje uczucia są szczere.
Wypełniasz pustkę, którą w sobie noszę. Myśląc o Tobie, czuję się szczęśliwy.
Koniecznie napisz do mnie po szkole. Będę czekać choćby do rana.

Twój
BlueMoon”

BlueMoon... Zaskoczyłeś mnie...
Przesuwam opuszkami po klawiaturze komputera. Co mam odpowiedzieć? Że czuję to samo, ale nie mam śmiałości, by komplikować mu życie jeszcze bardziej? W chwili, w której dowie się, że jeżdżę na wózku inwalidzkim, poczuje się oszukany. Będzie udawać, że jest ponad to, ale jego zapewnienia, choć szczere i płynące z głębi serca, dotyczą kogoś innego. Zdrowego. Wyidealizowana wersja mnie samego nie ma szans z rzeczywistością... Nigdy go nie okłamałem, ale jestem realistą... Gdy zadomowi się w nowym miejscu, zrozumie, że nic do mnie nie czuje.
- Jeszcze nie jesteś gotowy? Wiesz która godzina?
- Przepraszam, mamo. Daj mi pięć minut i wychodzimy – wołam za ciemną blondynką, która na chwilę wparowała do mojego królestwa.
- Trzy minuty i masz być w samochodzie! - odpowiada, stukając obcasami po parkiecie.
Jest zdenerwowana, bo dziś ważny dzień. Przedstawia swój projekt przed szefem oraz zaproszonymi gośćmi. Po raz trzeci zmieniła bluzkę. Tym razem na turkusową. Podkreśla ona jej delikatną cerę oraz błękitne oczy, które po niej odziedziczyłem.
- Pięknie wyglądasz – uśmiecham się do niej, obserwując jak poprawia makijaż i zapina zegarek na szczupłym nadgarstku.
- Dziękuję – jest nieco zmieszana. Nie przepada za komplementami. Kojarzą się  jej z moim ojcem, za którym nadal tęskni, a ja jestem do niego bardzo podobny.
Od rozstania rodziców minęły niecałe dwa lata. Dla mamy to nadal świeża rana. Nie pozbierała się po rozwodzie. Czasami słyszę jak dzwoni do swojej przyjaciółki. Ich rozmowy często kończą się łzami. Jest jej ciężko. To moja wina. Zamartwia się o to jak sobie poradzę. Chciałbym jej udowodnić, że jestem już dorosły. Zawsze lubiłem wyzwania. Pogodziłem się z losem i nie mam żalu. Widać tak musiało być.
Nie mogę jej pomóc przy wielu rzeczach i tylko to mnie boli. Chciałbym ją odciążyć. Lepiej zająć się domem, zrobić zakupy. Czasami wydaje mi się, że żyjemy w dwóch różnych światach. Ona na górze, a ja na dole. Zachowujemy się jak współlokatorzy, którzy traktują sąsiada z dystansem.
Wstyd się przyznać, ale ani razu nie byłem na piętrze. Znajduje się tam jej sypialnia, gabinet oraz pokój gościnny. Salon na dole został przerobiony na mój pokój, abym mógł się swobodniej poruszać. Mama często żartuje, że mam za dobrze. Najwspanialszy widok z okna oraz blisko do kuchni. Lubię być z nią w kuchni, obserwować jak gotuje obiad. Jest wtedy wesoła i uśmiechnięta. Są jednak chwile, gdy nie potrafi ukryć emocji. Bez najmniejszego trudu odczytuję z jej twarzy zatroskanie, zmęczenie... Przysiągłbym, że czasami mnie nienawidzi. Ale nie dziś. Potrzebuje mojego wsparcia, a ja jej go udzielę. Z naszej dwójki, to ona wymaga opieki, nie ja.
- Pamiętaj, że po szkole idziesz na basen. Naomi ma dziś egzamin, więc może się trochę spóźnić. Odwiezie cię potem do domu. Ja wrócę późno ze względu na bankiet, więc nie czekaj na mnie.
- Baw się dobrze – całuję ją w policzek i macham na pożegnanie, czekając aż odjedzie. Jest szaro i zimno. Niechętnie kieruję się w stronę budynku. Moi prześladowcy zażyczyli sobie, abym odrobił za nich dodatkowe zadania. Nasz matematyk różnymi sposobami próbuje zachęcić ich do nauki, lecz jego wysiłki spełzają na niczym, a ja nie ukończyłem jeszcze wszystkich zestawów. Każdy z członków drużyny dostał inne, co w sumie daje około 300 przykładów.
- Nowy! Co to ma być?! Gdzie odpowiedzi?! - Donovan wyrywa mi kartki z obliczeniami.
- Może sam spróbujesz? - szydzę z niego, odkładając długopis.
- Milcz, bo oderwiesz! - uderza mnie w głowę.
- Tylko na to cię stać? Tracisz mój czas – wskazuję na arkusze, które mi zabrał.
- Oddaj mu je. Jeśli ich nie skończy, mamy przerąbane – wtrąca się Ben.
Wracam do pracy, ponaglany przez ich złowrogie spojrzenia. Nie przerywam nawet w trakcie historii. Łysol streszcza nam właśnie wczorajszą kłótnię z żoną, która miała miejsce w czasie kolacji.
- Tłumaczyłem jej wiele razy, ale ona nie rozumie. Zapraszanie jej matki, by spędziła z nami aż dwa tygodnie, nie jest najlepszym pomysłem. Powinna była zapytać mnie o zdanie. Zamiast tego sama podjęła decyzję. Przecież to ja jestem głową rodziny. To do mnie powinna należeć ostateczna decyzja! - podnieca się, błyszcząc na prawo i lewo spoconym czołem.
W tej samej chwili jeden z klasowych osiłków trafia mnie w tył głowy papierową kulką.
- Pośpiesz się – syczy wściekły. Łatwo mu powiedzieć. Nie mogę podać samych odpowiedzi. Muszę rozpisać wszystkie działania, a to trwa wieki.
- Kai, co ty tam robisz? Notujesz moje złote myśli? Nie musisz. Twoje szanse na małżeństwo są doprawdy znikome – większość obecnych wybucha śmiechem. No tak, zapomniałem, że jako inwalida już zawsze będę sam... Nie przerywam pracy i nie odpowiadam na jego zaczepkę. - Kai, mówię do ciebie. Chcę wiedzieć co kombinujesz.
- Odrabiam matematykę, panie profesorze – wtajemniczam go.
- Teraz? Na moich zajęciach?! Jesteś bezczelny! Pokaż mi to! - zrywa się ze swojego krzesła i zabiera obliczenia. - Miałeś chyba dość czasu, by odrobić lekcje w domu, prawda? Dostaniesz za to uwagę. Zgłoszę to także waszemu nauczycielowi matematyki – odgraża się.
- Zadania nie są moje. Pomagam kolegom – staram się bronić, chociaż wiem, że na niewiele się to zda.
- Kolegom? To tym gorzej! Nie wolno odrabiać pracy domowej za innych. To oszustwo! Zostaniesz za to zawieszony w prawach ucznia! Przez kolejnych pięć dni masz zakaz pokazywania się w szkole. Niech twoja matka skontaktuje się z...
- Panie profesorze, proszę tego nie robić – Ben nieoczekiwanie staje w mojej obronie.
- Bronisz go? Ty również chcesz zostać zawieszony? - Łysol nie może wyjść z podziwu. Ostatecznie samce alfa zawsze trzymają się razem.
- Jeśli nie zaliczymy matematyki, nie będziemy mogli brać udziału w turnieju – tłumaczy mu kapitan. - Dyrektor zaostrzył regulamin. Sam pan wie jakie to dla nas ważne.
- Rzeczywiście, zapomniałem o tym – Hall wraca do biurka i otwiera dziennik. - Zaraz sprawdzę jak sobie radzicie – mruczy cicho pod nosem, przeglądając ich kiepskie oceny. - Jest gorzej niż myślałem! - wścieka się. Jak tak dalej pójdzie, wykluczą was z turnieju! Jak mogliście do tego dopuścić?! - rzuca dziennikiem o ławkę.
- Profesorze, proszę się nie denerwować. Przedsięwzięliśmy odpowiednie środki – Donovan zerka w moim kierunku – więc będzie dobrze.
- Liczysz na to, że jeśli on odrobi za was zadania, to rozwiąże problem?! A jak zamierzacie zdać test?! Zwiążecie matematyka i każecie inwalidzie podać dobre odpowiedzi?! - traci nad sobą panowanie. Jest mocno czerwony na twarzy. Do pełni szczęścia brakuje pary, lecącej z jego uszu...
- Nie zastanawialiśmy się nad tym – przyznaje zawstydzony chłopak, próbując wyczytać co o całej sprawie sądzi reszta kolegów.
- Banda kretynów... Nie można was spuścić z oczu nawet na pięć minut! A ty?! - zgarnia zabrane poprzednio kartki i rzuca na moją ławkę. - Na co czekasz? Pisz! Przecież lekcja kończy się za dziesięć minut.
Staram się jak mogę, ale nawet ja nie rozwiążę pozostałych sześćdziesięciu przykładów w tak krótkim czasie.
- Takie doraźne akcje to za mało. Potrzebujecie pomocy – ponownie sięga po dziennik. - Donovan, Ben, Luke, Nathan, Zack, Patric i Jared. Począwszy od dzisiaj, będziecie zostawać po lekcjach, a nasz mały geniusz przygotuje was do testów, jasne?
- Nie potrzebuję jego pomocy. Nie należę do drużyny – rozpoznaję głos Jadera za swoimi plecami.
- Może i nie grasz w koszykówkę, ale bierzesz udział w zimowych zawodach międzyszkolnych i będziesz nas reprezentować. Jeśli twoje stopnie nie ulegną poprawie, zostaniesz skreślony z listy!
- Nie dbam o to – jego zuchwałość jest godna podziwu. Niestety, w tym wypadku trafiła kosa na kamień.
- To zadbasz. Codziennie po szkole. I bez dyskusji! - Hall uderza pięścią w stół, przypieczętowując ich los.
- Chyba o czymś pan zapomniał – spoglądam w oczy rozsierdzonego nosorożca.
- Niby o czym? Jest jeszcze ktoś? - zerka do dziennika, by upewnić się, że nikogo nie przeoczył.
- Zapomniał pan zapytać mnie o zdanie. Nie będę ich uczyć – w sali zrobiło się tak cicho, że nie słychać nawet oddechów. Dłonie mi się trzęsą, a serce boleśnie się rwie w klatce piersiowej, zupełnie jakbym uwięził tam drapieżnego ptaka, który za wszelką cenę chce się wydostać.
- Coś ty powiedział?!
- Nie będę ich uczył – powtarzam głośniej.
- Nie będziesz... Ty?! Jak śmiesz! Od tego turnieju zależy reputacja szkoły, a ty...! Jesteś najbardziej krnąbrnym i pyskatym smarkaczem, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia! Zrobisz co ci każę, bo jak nie, to każdą wolną chwilę spędzisz na pisaniu wypracowań! Sprawię, że będziesz powtarzać rok i gnić w tej ławce do śmierci! Już teraz jesteś do tyłu, prawda? Więc weź się do roboty i ani słowa więcej! A jeśli któryś z nich obleje... Nie życzę nikomu, by znalazł się wtedy w twojej skórze, zrozumiano?! - wiem, że nie grozi mi bezpodstawnie. Obleje mnie i zmieni życie w prawdziwe piekło. Nie dbam o to, ale mama... I bez tego ma dosyć zmartwień...
- Jak słońce – szepczę, poddając się.
- Nie słyszałem, co mówiłeś?
- Że zrobię to, co pan każe!
- Ja nie każę, a proszę, prawda? - odpowiada mu cisza. Nikt nie śmie się odezwać. - Donovan! - wywołuje jednego ze swoich ulubieńców.
- Tak? - brzmi jakby był przestraszoną myszką, a nie rosłym nastolatkiem.
- Kazałem mu to zrobić, czy poprosiłem?
- Pan profesor... poprosił.
- No właśnie, poprosiłem. A co Kai odpowiedział?
- Zgodził się.
- Dokładnie – przerywa mu dzwonek. - Dzisiaj po lekcjach. Możecie korzystać z tej sali. Jutro liczę na jakieś postępy! - zabiera dziennik, rzuca mi jeszcze jedno nienawistne spojrzenie i wychodzi, zostawiając nas samych sobie.
- Widzisz, co narobiłeś?! - chłopaki z drużyny od razu się na mnie rzucają! - Przez ciebie będziemy musieli zostawać po zajęciach! Masz przesrane! Zapamiętaj to sobie! - szarpią mnie za ubrania, po czym wychodzą z sali, by uganiać się za dziewczynami.
Przykładam rękę do klatki piersiowej, by jakoś się uspokoić. Z dnia na dzień jest coraz gorzej... Nie wyobrażam sobie jak mam im w czymkolwiek pomóc? Są niewyuczalni i zabiją mnie przy pierwszej okazji... Cholerny Łysol! Gdybym nie był przykuty do tego wózka...
Po ostatniej lekcji cierpliwie czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Zgodnie ze słowami wychowawcy, już dzisiaj powinienem posłużyć się czarami i wlać wiedzę w te zakute łby. Okazuje się jednak, że Hall zapomniał o tym, że na dziś przypada dodatkowy trening, więc udaję się do biblioteki i w pośpiechu kończę resztę obliczeń.
O 17:00 jadę do połączonego ze szkołą centrum sportowego. Nie mam na to ochoty ale rehabilitacja jest ważna. W szatni nikogo nie ma, więc bez większego skrępowania przebieram się w piankę. Dzięki niej udaje mi się ukryć wszystkie blizny.
Basen nie jest popularnym miejscem. Przychodzi tu niewiele osób, zwłaszcza gdy jest tak zimno. Ratownik nie zwraca na mnie większej uwagi. Wie, że sobie poradzę. Podjeżdżam wózkiem jak najbliżej krawędzi i niepewnie staję na nogach. Nie są sparaliżowane, jak większości się wydaje. To przez kręgosłup nie mogę się normalnie poruszać. Ucisk na nerwy sprawia, że ból jest nie do wytrzymania. Mój lekarz uważa, że i tak miałem sporo szczęścia. Jeszcze kilka centymetrów i  byłbym zdany na silne środki przeciwbólowe oraz tygodnie spędzone na specjalnym wyciągu. Staram się o tym nie myśleć. Wskakuję do chłodnej wody.
Lubię pływać. Wyciszam się i zrelaksuję. Przynosi to także ulgę mięśniom. Gdyby nie to, że nie wolno mi ich nadwyrężać, mógłbym tu przychodzić codziennie. Niedługo powinna pojawić się moja rehabilitantka, Naomi która pilnie nadzoruje postępy. Zwykle nie pozwala mi na zbyt wiele. Czego oczy nie widzą... Przepływam kolejne długości, ciesząc się jak dziecko.
Zbyt skoncentrowany na sobie, nie zauważam nieproszonego towarzystwa. Nathan i Luck wskakują do wody.
- Zobaczcie kogo my tu mamy? Czy to nie Nowy? - podpływają do mnie, odgradzając możliwość ucieczki.
- Nasz profesor... Dbasz o formę przed jutrzejszymi zajęciami? Pomogę ci - łapie za piankę i brutalnie wpycha mnie pod wodę.
- Zostawcie go - Jared próbuje go powstrzymać, ale on najwyraźniej ma to gdzieś.
- Jak będzie, palancie? Przygotujesz nas do egzaminów, czy mamy ci wyjaśnić co się stanie, jeśli nawalisz? - popycha mnie w kierunku Luca. Zabawa trwa w najlepsze, a ja znowu ląduję pod wodą.
- Nie utop naszej maskotki – śmieje się Zac, odciągając Jareda w stronę szatni.
- Daj spokój, to tylko żarty – kapitan poklepuje brązowookiego po plecach i każe innym puścić mnie wolno. - Chodźcie chłopaki. Po treningu jestem głodny jak wilk. Co powiesz na hamburgera, Jared? Pokażemy ci najlepsze miejsce – wychodzą z basenu i kierują się w stronę szatni. Jestem uratowany...  Podpływam do drabinki, by chwilę odpocząć.
- Myślałeś, że to już koniec? - spoglądam w górę. Sylwetka Bena rzuca na wodę paskudny cień. Celowo pochyla się w moją stronę i wyciąga z basenu metalowe szczebelki, abym nie mógł się wydostać. - Pływaj sobie do woli – macha mi na pożegnanie, śmiejąc się perfidnie.
O tej porze nikogo tu nie ma. Ratownik poszedł przetrzeć podłogę w szatni. Tak naprawdę wykorzystuje to jako pretekst, by obserwować ćwiczące kobiety, które przyszły na areobik. Nie pomoże mi. Nie dam rady podciągnąć się do góry, nawet gdybym chciał. Załatwili mnie na dobre.
Mijają długie minuty. Im dłużej unoszę się na powierzchni, tym bardziej zaczynają mnie boleć plecy. Jeśli Naomi szybko mnie stąd nie wyciągnie, utopię się...

- Kai! - krzyk mojej rehabilitantki odbija się echem od wyłożonych kafelkami ścian. Nie czeka na moją odpowiedź. Od razu wskakuje do wody i pomaga mi utrzymać się na powierzchni. - Słabo ci? Dlaczego nikogo nie zawołałeś?! - dopiero teraz zauważa brak drabinki.
- Nie wydostaniemy się stąd – informuję ją.
- Wytrzymaj jeszcze trochę. Jakoś nas stąd wyciągnę! - łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jeśli mnie puści, pójdę na dno. Nie mam już siły, by dryfować na powierzchni. - Halo! Gdzie pan jest?! Panie Willson! Niech mi pan pomoże! - liczy na cud, wołając i wołając.
- Proszę pani... !Wszystko w porządku? - odpowiada jej jakiś głos.
- Zawołaj ratownika! Niech tu przyjdzie, bo on się utopi! - prosi spanikowana.
- Proszę mnie chwycić za rękę – nakazuje jej nieznajomy.
- Nie mogę go puścić. Kręgosłup bardzo go boli.
- To niech mi pani poda jego rękę. Wyciągnę go – proponuje.
- Kai, złap go za rękę - z całych sił staram się skoncentrować na jej słowach, ale jestem taki zmęczony... Nieznajomy zachęca mnie, abym go dotknął... Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że pomoc niesie nam nie kto inny, lecz jeden z bandy łajdaków, Jared. To chyba jakiś żart. Najpierw pozbawił mnie możliwości opuszczenia basenu, a teraz chce, abym mu zaufał? Chyba oszalał! Cofam się bliżej Naomi.
- Kai, co robisz?! - dziewczyna stara się zrozumieć sytuację.
- On nam nie pomoże. Szybciej popatrzy jak tu giniemy!
- Nie wygłupiaj się, idioto! To nie miejsce i czas na coś takiego! - chyba jest obrażony, że mam o nim nie najlepsze zdanie. Sam sobie na to zapracował.
- Kai, błagam cię! - robi mi się jej żal. Nie zasłużyła na to, aby iść ze mną na dno... W przyszłym roku kończy studia i wychodzi za mąż.
Jared pewnie splata nasze palce. Jest zaskakująco silny, skoro bez problemu udaje mu się wyciągnąć mnie z wody. Pomaga także Naomi. Zimno mi i niedobrze. Kładę się na boku, co przynosi mi chwilową ulgę. Moja rehabilitantka okrywa mnie ręcznikiem i zaczyna energicznie wycierać.
- Zadzwonię po twoją mamę!
- Nie! - powstrzymuję ją. - Ma dziś ważne spotkanie.
- Ale...
- Nic mi nie jest – podpieram się na rękach, dzięki czemu udaje mi się usiąść. 
- Zawiozę cię na pogotowie. Podadzą ci coś przeciwbólowego.
- Nie chcę. Wytrzymam – zaciskam zęby. Nie pozwolę, by Jared odczuł satysfakcję z powodu tego, co mi zrobili.
- Kai, pozwól sobie pomóc.
- Poradzę sobie.
- Właśnie widzę – Naomi usiłuje mnie podtrzymać, abym mógł stanąć na nogach, ale jestem dla niej za ciężki. Ostatecznie jest tylko drobną Azjatką.
- Ja ci pomogę – ciemnowłosy owija mnie swoim ramieniem w pasie i pomaga usiąść na wózku.
- Nie dotykaj mnie! - wyrywam mu się.
- To nie moja wina, jasne?! Myślisz, że czemu tu wróciłem?!
- Nie wiem. Może po to, by zrobić zdjęcia dla kolegów...
- O czym wy mówicie, chłopcy? - rehabilitantka spogląda raz na mnie, raz na niego.
- O niczym. Nie zwracaj na niego uwagi – uśmiecham się nieszczerze.
- Pomogę ci się przebrać i wracamy do domu – otula się szczelnie ręcznikiem, bo cała dygocze. W ramach oszczędności ogrzewanie zostało ustawione na minimum.
- Ja mu pomogę – mój prześladowca kieruje się za mną do szatni.
- Idź sobie, niczego od ciebie nie chcę! - irytuję się, gdy zostajemy sami.
- Zawsze jesteś taki uparty? - odpowiada pytaniem na moje pytanie.
- Możesz przekazać kolegom, że nic nikomu nie powiem.
- To nie są moi koledzy.
- Jasne... - drwię, sięgając do zamka błyskawicznego. Unoszę ręce do góry, lecz tylko pogarszam sytuację. Boli tak bardzo, że z trudem oddycham.
- Ja to zrobię – rzuca mi ręcznik na kolana i odpina piankę.
- Powiedziałem, nie dotykaj! - jednak jest już za późno. Jared nie zwraca uwagi na moje protesty. Ściąga ze mnie górną część i przez chwilę wpatruje się w blizny po pożarze samochodu, które zdobią moją klatkę piersiową. Chociaż udaje, że go to nie rusza, dobrze wiem co sobie myśli. Lewe ramię aż do łokcia, brzuch... Są wszędzie. Do tego pocięte plecy po poprzedniej operacji kręgosłupa. Ledwo uszedłem z życiem, ale co on może o tym wiedzieć? Wpatruje się w moje oczy, pomagając włożyć bluzę.
- Teraz dół – kładzie mi rękę na udzie, lecz natychmiast ją odtrącam.
- Odczep się!
- Jeśli się im nie postawisz, będzie tylko gorzej.
- Serio? A jak myślisz, dlaczego już teraz nie mogą na mnie patrzeć?
- To się musi skończyć.
- Dzięki, za te cenne rady, ale możesz je sobie wsadzić głęboko w tyłek, gdzie jest ich miejsce. A teraz spadaj! - odwracam się do niego plecami i niezdarnie kończę ubieranie się.
Zabieram swoje rzeczy. Gdy chcę opuścić szatnię, powstrzymuje mnie, zagradzając przejście.
- Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie porozmawiamy.
- Nie mamy o czym. Możesz uznać ten dzień za udany. Odrobię za ciebie zadania, przygotuję do testu, a nawet zaliczę szpital, by było wam wesoło.
- Kai...
- Zejdź mi z drogi. Chcę wrócić do domu.
Naomi czeka na mnie przed wejściem. Nadal jest zdenerwowana. W dłoni ściska telefon. Mam nadzieję, że nie ściągnęła tu mojej mamy.
- Jak się czujesz? - dotyka mojego policzka swoją drobną dłonią.
- Lepiej – kłamię. - Wracamy?
- Pomóc ci wsiąść do auta? - cień znowu się uaktywnia.
- Ile razy mam ci powtarzać, że masz się ode mnie odczepić? Jesteś niedorozwinięty umysłowo, czy głuchy?
- Powinieneś być mi wdzięczny – no tak, wreszcie przechodzimy do sedna.
- Jedźmy już, dobrze? - ignoruję go.
- Jak chcesz – dziewczyna otwiera drzwi od samochodu. W siadam do środka i zapinam pasy. Jared zabawia ją rozmową, pakuje wózek do bagażnika i spogląda w moją stronę z dziwnym wyrazem twarzy. Chyba nie ma granic, których nie przekroczą tacy jak on, by poczuć się panami sytuacji...
Gdy jestem już w domu, od razu biorę leki przeciwbólowe i kładę się do łóżka. Nie mam na nic siły. Spoglądam na laptopa, który leży sobie spokojnie na biurku. Jestem zbyt zmęczony, by po niego sięgnąć. BlueMoon będzie rozczarowany... Pomyśli, że go olałem... Ogarnia mnie bezsilność. Tak prosta rzecz jest poza moim zasięgiem... Po policzkach spływają mi zły. Dlaczego? Przecież ja nigdy nie płaczę... Nie płakałem, gdy obudziłem się w szpitalu, ani kiedy rodzice się rozwiedli. Nawet w chwili, w której lekarz oświadczył, że będę jeździć na wózku. Więc dlaczego właśnie teraz?
Budzę się w środku nocy. Mama okrywa mnie kołdrą. Wreszcie wróciła
- Jak prezentacja? – ściskam ją z wdzięcznością za rękę.
- Dobrze. Naomi nalegała, abym sprawdziła jak się czujesz. Wszystko w porządku?
- Straciłem poczucie czasu i za dużo pływałem – tulę się do niej i pozwalam, by głaskała mnie po włosach.
- Nadal boli?
- Nie, już nie – szukam jej wzroku. Nieznacznie się odsuwa. Znowu widzi we mnie ojca... Wiem, że marzy o tym, by jak najszybciej uciec do siebie. - Podasz mi laptopa?
- Jest środek nocy. Po co ci on? - dziwi się.
- Proszę.
- Tylko nie siedź za długo, bo rano znowu będziesz marudzić, że jesteś niewyspany. Dobranoc – całuje mnie w policzek.
- Dobranoc.

Nowa wiadomość : czwartek, 24 października, godzina 1:36

Do : BlueMoon
Temat : Dziękuję, że jesteś

„Miałem dziś bardzo ciężki dzień. Twoje słowa... Gdyby nie Ty, nie wiem jak bym sobie poradził. Dziękuję. Ja także proszę Cię o szansę. Nie odtrącaj mnie. Zaakceptuj. Pozwól przy sobie być. Każdego dnia zależy mi na Tobie coraz mocniej. Odebrano mi już wszystko, co było dla mnie ważne. Rodzinę, dom, piłkę nożną. Wiem, że Ty także zostaniesz mi odebrany, ale nie dbam o to. Obiecuję, że będę się cieszył wszystkim, co mi dasz. Każdą sekundą, każdym słowem, każdym uśmiechem. Mając Ciebie nie potrzebuję nikogo innego.
Śpij spokojnie. Do jutra.

Twój
LostBoy”

wtorek, 27 grudnia 2016

Rozdział I

„Kai



Nowa wiadomość : poniedziałek, 10 października

Do : BlueMoon
Temat : Re: poznajmy się bliżej

„Masz rację, wakacje skończyły się zdecydowanie zbyt szybko. Byłem tak bardzo pochłonięty różnymi sprawami, że nie zauważyłem, iż trzeba wrócić do szkoły. Drugi rok nauki, a ja nadal czuję się tu obco. Są dni, że tęsknię za starym mieszkaniem, znajomymi, rodziną, ale czasu nie da się cofnąć.”

Chciałbym ci napisać prawdę, ale nie mogę tego zrobić...

„Nie wybrałem jeszcze kierunku studiów. Póki co skupiam się na egzaminach końcowych. Rozważam rok przerwy po szkole średniej, a potem? Może architektura?”

Rok przerwy... O tym też nie będę ci pisać...


„Wiem, że liczby to Twoja zmora, ale ja je uwielbiam. Sprawiają, że wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Uczą cierpliwości. Pamiętam, iż wspominałeś, że cierpliwość nie jest Twoją mocną stroną. Pora zacząć nad sobą pracować, skoro chcesz zostać nauczycielem.
Nie widziałem nowej części Gwiezdnych wojen. Mieszkam zbyt daleko od kina, a poza tym nadal nie mam prawa jazdy.”

I to się pewnie nigdy nie zmieni... Zazdroszczę ci... Mając samochód czułbym się znacznie bardziej samodzielny... Jednak najpierw musiałbym pozbyć się traumy...

„Pytałeś mnie jak mieszka się w małym miasteczku. Domyślasz się, iż ma to swoje plusy i minusy. Przeprowadziliśmy się dokładnie rok temu, więc mniej więcej wiem, czego się spodziewać. Najbardziej czekałem na lato. Przyjaciółka mojej mamy przez całą jesień i zimę obiecywała, że gdy tylko zrobi się cieplej, pokochamy to miejsce. Od czerwca do końca sierpnia życie tutaj wyglądało bardziej normalnie. Senne i wymarłe ulice odżyły. Wszędzie było słychać wesołe rozmowy. Po molo cały czas spacerowali turyści. Teraz, gdy mamy październik, znowu jest cicho i psuto. Letnie domy i pensjonaty zostały posprzątane i zamknięte. Czeka mnie kolejna, długa zima. Mama się z tego cieszy. Twierdzi, że zasłużyliśmy na odpoczynek. Może ona tak to widzi, ale nie ja.
Nasz dom położony jest blisko plaży. Z okien swojego pokoju widzę szary i bezkresny ocean. To dla mnie spora zmiana. Przedtem mieszkałem w dużym apartamentowcu na dwudziestym trzecim piętrze. Z okien widziałem wiecznie zakorkowane ulice, ludzi żyjących w pośpiechu... Tu nikt nigdzie się nie śpieszy. I wszyscy wszystkich znają. Nie docenisz anonimowości, dopóki jej nie stracisz, wierz mi.”

Ktoś taki jak ja od razu rzuca się w oczy... Nie da się uciec, ani zniknąć... Trzeba uzbroić się grubą skórę, która jest jak tarcz. Przywdziać maskę obojętności i udawać, że chodzi o kogoś innego...

„Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, zarówno miasteczko, jak i dom, wydawały mi się bardzo smutne. Zwłaszcza dom. Wymagał gruntownego remontu. Szare, obdrapane ściany. Brak mebli. Najbliżsi sąsiedzi mieszkający dwa kilometry dalej... Jednak ocean... Od samego początku skradł moje serce. Każdą wolną chwilę spędzam...”

- Kai, wstałeś już? Pośpiesz się.
- Dobrze, mamo – maila dokończę później... Wybacz, BlueMoon.

Jest 6:15. Moja mama śpieszy się do pracy. Musi być w centrum o 7:00. Będę miał ponad półtorej godziny, by skończyć pisanie maila oraz powtórzyć historię... Nie przeszkadza mi tak wczesne wstawanie. Przedtem przez kilka lat trenowałem piłkę nożną. Uczęszczałem do szkoły sportowej, gdzie każdy dzień zaczynał się porannym treningiem. Bardzo za tym tęsknię... Sięgam po zdjęcie mojej drużyny, które stoi na biurku. To z nimi wywalczyłem mistrzostwo kraju juniorów. Zdobyłem nagrodę dla najlepszego napastnika... Miałem szesnaście lat i wydawało mi się, że świat stoi przede mną otworem. Stypendium sportowe, zagwarantowane miejsce w najlepszej szkole średniej w kraju... Jak to się stało, że skończyłem tutaj, w tej małej miejscowości, liczącej niecałe piętnaście tysięcy mieszkańców, gdzie każdy każdego zna, wie co jadło się na śniadanie, co robiło w weekend... Miałem szansę na dostanie się do reprezentacji, a teraz... To już przeszłość...
Pakuję zeszyty i książki do plecaka. Zabieram także laptopa oraz słuchawki. Jako jedyny poczekam w szkole do 17.30, aż mama zabierze mnie z powrotem do domu. Gdyby musiała zostać dłużej w pracy, biblioteka miejska, znajdująca się w tym samym budynku co szkoła, czynna jest do 18:00. Potem zostaje parking... Chociaż większość uczniów w mojej klasie ma do dyspozycji własny samochód, nikt mnie nie podwiezie.
- Zrobiłam ci kanapki z masłem orzechowym. Spakowałam też jabłko.
- Wolałbym banana.
- Skończyły się. Po pracy możemy wybrać się razem na zakupy. Co ty na to?
- Jasne – odpowiadam bez entuzjazmu. Nie lubię wypadów do jedynego centrum handlowego, które mijamy w drodze do domu. Pracuje tam kilka osób ze szkoły. Gdy tylko mnie widzą, robią wszystko, by jakoś dokuczyć. Zazwyczaj zostaję w samochodzie, oszukując, że jestem zbyt zmęczony. Dziś wieczorem najpewniej posłużę się tym samym kłamstwem. Wybacz, mamo...
Droga z domu do centrum miasteczka zajmuje nam około dwudziestu minut. Mama pomaga mi wysiąść z samochodu, życząc miłego dnia. Rewanżuję się jej tym samym. Nie ma się co oszukiwać. Nie będzie miło. Tylko dzięki jej determinacji i ciężkiej pracy możemy wieść spokojne i dostatnie życie. Zrobię co w mojej mocy, by nie dokładać jej niepotrzebnych stresów. Poradzę sobie. Zawsze byłem silny. Wypadek tego nie zmienił. Wprost przeciwnie. Dorobiłem się pancerza, dzięki czemu nic, co dziś usłyszę, nie będzie w stanie mnie zranić.
Srebrny samochód mamy znika ze szkolnego podjazdu. Spotkamy się za kilkanaście godzin. Biorę głęboki oddech i otwieram drzwi.
O tak wczesnej porze szkolne korytarze są puste. Przebywa tu tylko woźny oraz kobieta odpowiedzialna za utrzymywanie budynku w czystości. Im także staram się schodzić z drogi. Znajduję sobie cichy zakątek niedaleko biblioteki, zdejmuję kurtkę i sięgam po laptopa. Na czym skończyłem?

„Każdą wolną chwilę spędzam poza domem.
Opowiesz mi o Twoich wakacjach? Jestem pewny, że robiłeś ciekawsze rzeczy niż malowanie salonu.”

Większość czasu spędziłem w szpitalu i na rehabilitacji, ale o tym nie chcę mu pisać.

„Nie mogę się doczekać Twojego kolejnego maila. Liczę na to, że osłodzisz mi jakoś znienawidzony poniedziałek.
Pozdrawiam
LostBoy”

BlueMoon to mój jedyny przyjaciel. Poznaliśmy się na forum internetowym w ostatnim tygodniu sierpnia i od tej chwili codziennie piszemy do siebie maile. Znam go od niedawna, lecz nie wyobrażam sobie, by mogło go zabraknąć. Jest szczery, wrażliwy i dobry. Uwielbia geografię i ponoć nieźle śpiewa. Zdradził mi sporo faktów z swojego życia. Wiem, że mieszka w Bostonie, ma dziewiętnaście lat i podobnie do mnie, czeka go przeprowadzka do małego miasteczka. Jego rodzice zajmują się polityką, więc sporo podróżują. W przeciwieństwie do mnie, nie może się doczekać nowego miejsca i z pewnością poradzi sobie znacznie lepiej niż ja.
Po roku w nowej szkole nadal określany jestem jako „nowy”. Nikt nie używa mojego imienia. Cieszyłbym się, gdyby udawali, że mnie nie ma. Tymczasem mam aż dwa fankluby. Połowa klasy ograniczyła się do drwin i wyzwisk. Byłbym w stanie jakoś to przeboleć. Jednak znacznie gorsze jest popychanie, szarpanie, albo zabawy w wykorzystywaniem mojego wózka inwalidzkiego.
Staram się schodzić z drogi zarówno jednym, jak i drugim. Są dni, że jakoś mi się upiecze i mogę bez problemu przesiedzieć w szkole wyznaczone godziny. Gorzej, gdy banda lokalnych dzikusów zaczyna się nudzić. Niestety, aby się stąd wydostać, muszę wytrwać. Nie ma innej drogi. Gdyby nie wypadek, już od roku byłbym studentem...
Mój plan zajęć każdego dnia wygląda tak samo. Wybrałem profil matematyczny, jednak z racji tego, że do egzaminów końcowych przystąpi tylko jedna klasa, dyrektor zdecydował o równym podziale zajęć. Nie przeszkadza mi to, bo nauka nie sprawia mi specjalnych problemów. Sporo czasu spędzam w bibliotece, więc bez problemu utrzymuję status najlepszego ucznia w szkole. Zależy mi na stypendium i dobrym uniwersytecie. Chciałbym wybrać taki, który położony jest najbliżej oceanu. Wstyd się przyznać, lecz nie wyobrażam sobie, aby wyjechać daleko stąd, w głąb Ameryki i widywać ocean tylko na święta. Tęskniłbym za bryzą, szumem fal oraz spokojem, gdy przebywam sam na plaży, chociaż pokonanie wyboistej ścieżki na wózku inwalidzkim nie należy do prostych.
Przed rozpoczęciem zajęć kartkuję podręcznik od historii, lecz szybko go zamykam. Wolę ponownie przejrzeć maile, które przysłał mi BlueMoon. Czasami wyobrażam sobie, że zostaje przeniesiony do mojej szkoły, a ja wreszcie mam z kim porozmawiać. Idziemy razem na molo, albo na basen. Przede mną jeszcze osiem miesięcy nauki. Miło by było wynieść stąd chociaż jedno miłe wspomnienie.
Pierwszą lekcję mam z wychowawcą. Wykłady z historii zawsze poprzedza narzekaniem na swój los, niskie wynagrodzenie, kłopoty z żoną, problemy z dziećmi. Gdy omówi ważniejsze wydarzenia dnia poprzedniego, każe nam czytać podręcznik, a potem straszy kolejnymi pracami klasowymi. Jeśli jest test, bez większych problemów odpowiadam na wszystkie pytania, zdobywając maksymalną ilość punktów. Wychowawca mierzy mnie wtedy małymi, świńskimi oczkami i oskarża o ściąganie. Gdybym ściągał, już dawno by mnie przyłapał... Czasami odpytuje mnie na wyrywki by sprawdzić, czy nie oszukiwałem.
Niestety, czasami musimy pisać długie wypracowania. Celowo stawia mi wtedy bardzo złe oceny, w zależności od jego sytuacji domowej.
Od samego początku wiedziałem, że nie pała do mnie sympatią. Wkurzam go, bo jestem jedynym niepełnosprawnym uczniem w szkole i trafiłem do klasy urodzonych zwycięzców. Bardzo chętnie bym się przeniósł, lecz nie mam gdzie. To jedyna szkoła średnia w promieniu 60 kilometrów.
Kto wie, może dojeżdżałbym do innej, ale nie mam samochodu. Po wypadku... Nie, nie chcę tego wspominać. Bez samochodu jak bez ręki... Lub z prawie bezwładnymi nogami. Na jedno wychodzi...
Ponieważ jestem w szkole od samego rana, zauważyłem, że wychowawca jest czymś zaaferowany. Kilka razy odwiedził już gabinet dyrektora. Ubrał swoją jedyną marynarkę, którą trzyma w szafie na tyłach sali i wyciąga tylko na specjalne okazje. Jego łyse czoło świeci się od potu, a nieświeża koszula, którą dodatkowo przepocił pod pachami, wydziela nieprzyjemny zapach. Nie uda mu się go ukryć, nawet w połączeniu z tanimi perfumami, które, jak ostatnio wspominał, dostał od żony z okazji dwunastej rocznicy ślubu.
8:29... Wjeżdżam do sali i zajmuję swoje miejsce. Nie muszę się z nikim witać, bo nie mam tu znajomych, o czym regularnie mi przypominają.
Jak ognia unikam nawiązywania kontaktu wzrokowego z kimkolwiek. Wyczytałem w jakimś poradniku psychiatrycznym, że w sytuacji zagrożenia, spoglądanie w oczy drugiej osobie dodatkowo ją rozsierdza. Jestem pewny, że profesor, który podzielił się z czytelnikami tak trafną poradą, przetestował ją najpierw nie raz na własnej skórze. Ufam mu bardziej niż sobie. Kiedyś, zanim się tu przeprowadziłem, uważałem się za duszę towarzystwa. Stare, dobre czasy...
- Nowy! - jeden z członków drużyny koszykówki kopie w wózek, by zwrócić na siebie moją uwagę. - Odrobiłeś matmę? Dawaj zeszyt! - wyrywa mi plecak, z którego właśnie wyciągałem podręczniki i wysypuje jego zawartość na ławkę. Wygrzebuje z tej sterty potrzebny zeszyt i fotografuje odpowiedzi. - Mam chłopaki! - wymachuje kartkami w stronę kolegów, którzy idą w jego ślady i kopiują moją pracę. Nie reaguję. To i tak nie ma sensu... - A co my tu mamy? - zabiera mi także śniadanie, przygotowane przez mamę. - Lubię masło orzechowe – śmieje się, rzucając kanapkami w stronę rosłego obrońcy. - Hej, Luck! Łap! - dobrze wie, że nie mam się komu poskarżyć. A nawet gdybym miał, nie jestem w stanie przeciwstawić się całej drużynie. No trudno, to nie dzieje się pierwszy raz.
- Chłopcy, zajmijcie swoje miejsca – zdyszany wychowawca udaje jednego z nich. Ma powód do dumy. „Nasi” będą bronić tytułu. Liczą na to, że zwycięstwo mają w kieszeni. Mecz ma się odbyć przed świętami. Chyba jako jedyny cieszyłbym się z ich porażki. - Mam wam coś ważnego do powiedzenia – uśmiecha się fałszywie.
- Panie profesorze, czy ma to związek z ostatnim testem? - pyta przewodnicząca.
- Nie tym razem, Rachel. Moja najmłodsza córeczka przez cały weekend była chora. Wychodzą jej pierwsze ząbki. Non stop płakała. Myślałem, że oszaleję – część z uczniów prycha śmiechem na te rewelacje. - Ale o czym to ja... Już wiem! Tak się składa, że dołączy dziś do nas nowy uczeń. Liczę na to, że nie będę się za was wstydzić.
- Nowy? - szmer rozmów zagłusza dalsze wynurzenia Łysola (właśnie tak nazywam wychowawcę w wyobraźni).
- Cisza! - wścieka się. - Zachowujcie się! Jeśli się natychmiast nie uspokoicie, za karę każę wam napisać najdłuższą pracę domową w historii tej szkoły! - to jego koronny argument. Na mnie już nie działa. Pisałem taką pracę trzy razy... Musi mieć co najmniej dwadzieścia stron i wymaga przesiedzenia wielu godzin w bibliotece... Łysol lubuje się w karaniu, przez co wydaje mu się, że jest jednym z najlepszych nauczycieli w szkole. Tymczasem jego system polega na tym, że przed zakończeniem semestru podwyższa oceny ulubionych uczniów, by podnieść im średnią. Na niewiele się to zdaje, bo chociaż nie mogę pochwalić się dobrymi ocenami z historii, to nadrabiam w innych dziedzinach.
- Jeśli ten nowy będzie taki jak ten, to... - na szczęście drzwi się otwierają, więc Rachel nie ma możliwości, by kolejny raz mnie obrazić.
- Jesteś wreszcie! Nazywam się Martin Hall. Proszę, abyś następnym razem nie spóźniał się na moje zajęcia – udaje ważnego, witając się z tajemniczym uczniem. - Może powiesz kilka słów o sobie, a ja skończę wypełniać formalności? - odbiera od niego kartkę, na której powinni podpisać się wszyscy nauczyciele.
- Jestem Jared McPerson. Moi rodzice zajmą się budową szpitala w centrum. Mieszkam w dużym, zielonym domu. Z pewnością wiecie którym. Zapraszam was wszystkich do siebie w piątek po szkole.
- Cześć, jestem Rachel. Przewodnicząca klasy. W czasie przerwy wszystko ci pokażę – niska blondynka od razu stara mu się przypodobać.
- Dzięki.
- Usiądziesz obok Donovana, dobrze? – Hall wskazuje mu jedyne wolne miejsce. - No dobrze. Na czym skończyliśmy ostatnim razem? - stara się popisać swoją elokwencją. - Przerabiamy właśnie rewolucję we Francji. Rachel, pokaż Jaredowi materiał, który musi opanować przed piątkowym testem.
Reszta dnia przebiega w podobny sposób. Nauczyciele witają chłopaka, życzą mu powodzenia i lekko się podlizują. Ma to oczywiście związek z pracą jego rodziców. „Syn dyrektora szpitala” bardzo dumnie brzmi. Poza tym zaprosił wszystkich na imprezę. Jestem pewny, iż dokładnie zdaje sobie sprawę, że w tak niewielkim miasteczku o jakimkolwiek wydarzeniu towarzyskim będzie się rozmawiało tygodniami.
Punktualnie o 14:30 zaczynają się ostatnie zajęcia, czyli godzina wychowawcza z Łysolem, który streści nam za chwilę jak minął mu kolejny dzień pracy.
- No dobrze – jest bez marynarki, która wróciła na swoje miejsce – jeśli wszyscy są obecni, to chciałbym...
- Nie ma Jareda – zauważa Rachel.
- Zgubiliście kolegę już pierwszego dnia? - drwi.
- Może uciekł? - rzuca ktoś inny.
- Pewnie pali za szkołą – odzywa się bożyszcze nastolatek, czyli kapitan drużyny, Nathan.
- Jared pali papierosy? W naszej szkole jest to surowo zabronione! Dlaczego nikt z was mu o tym nie powiedział?
- Nie pytał nas o zdanie – dodaje Ben.
Atakują nowego już pierwszego dnia... Robi się coraz ciekawiej...
- Przepraszam za spóźnienie. Zabłądziłem – uprzedza atak wychowawcy. Za późno, Jared. Koledzy już zdążyli na ciebie donieść... Łysol mruży gniewnie swoje małe oczka.
- Czy to prawda, że paliłeś papierosy za szkołą? - cedzi przez zęby. - Uczeń, który nie przestrzega regulaminu, może zostać zawieszony na dwa tygodnie. Zdajesz sobie z tego sprawę?
- Widział pan, jak paliłem? - chłopak odważnie spogląda mu prosto w oczy.
- Nie, ale twoi koledzy widzieli.
- Którzy koledzy?
- Jak to którzy?! Ci, którzy cię widzieli! - wścieka się Łysol.
- To niemożliwe – zaprzecza spokojnym głosem.
- Niemożliwe?! - uderza pięścią w ławkę. - Posłuchaj, smarkaczu...
- To niemożliwe, bo ja nie palę.
- Kłamiesz!
- Nie kłamię. Moi rodzice są lekarzami, wiem jakie są zagrożenia. Z resztą mogę to panu udowodnić, opróżniając kieszenie. Jednak zrobię to tylko wtedy, gdy wskaże pan osoby, które rzekomo mnie widziały – ton jego głosu jest bardzo spokojny i  pewny swego. Przed Łysolem trudny wybór. Albo wsypie przed nowym swoich ulubieńców, albo wyjdzie na idiotę. Co wybierze? - Kto z was widział mnie z papierosem? - zwraca się do klasy. Sytuacja z każdą sekundą jest coraz bardziej napięta.
- To ja powiedziałem nauczycielowi – kapitan niespodziewanie bierze winę na siebie.
- Widziałeś mnie?
- Nie, Nowy, znaczy Kai mi o tym powiedział, gdy poprosiłem go o sprawdzenie zadania domowego z matematyki - oczy wszystkich kierują się wprost na mnie.
- To nie ja! - zaskoczenie malujące się na mojej twarzy musi wyglądać naprawdę komicznie.
- Kai? - ciemnobrązowe tęczówki Jareda rzucają mi nienawistne spojrzenie. - Nawet nie mieliśmy okazji się poznać, a ty już próbujesz mnie zdyskredytować w oczach wychowawcy?
- Powtarzam ci, że to nie ja – bronię się.
- Więc widziałeś jak paliłem, tak? - podchodzi bliżej, opiera dłonie na ławce i spogląda na mnie z góry. Jest wysoki i szczupły. Ciemne, prawie czarne pasma przydługich włosów, opadają mu na oczy. Na palcu serdecznym lewej dłoni ma ubrany srebrny sygnet. Coś mi mówi, że nie zostaniemy przyjaciółmi...
- Widzisz wózek? Nie ruszyłem się z tej sali ani o krok.
- Tylko tyle masz na swoje usprawiedliwienie? - nie wierzy mi. Na jego miejscu ja również szedłbym w zaparte.
- Kai, nie spodziewałem się po tobie takiego zachowania! - Hall jak zawsze nie stanie po mojej stronie. Jako jedyny zna prawdę, lecz co z tego? Członkowie drużyny koszykówki uśmiechają się do niego porozumiewawczo. - Przeproś Jareda i miejmy to już za sobą.
- Nie będę przepraszał za coś, czego nie zrobiłem.
- Albo go przeprosisz, albo... - jego twarz jest czerwona ze wściekłości. Podchodzi do swojej torby, w której trzyma Death Note, czyli zeszyt kar. W wolnych chwilach wpisuje do niego tematy prac, którymi później nas straszy.
- Nie dbam o twoje przeprosiny – brązowooki kieruje się w stronę swojej ławki. - I jeszcze jedno – odsuwa swoje krzesło – nie fatyguj się do mnie w piątek. Nie będę zadawać się z kimś takim jak ty.
Poniżył mnie przy wszystkich, cofając zaproszenie. Swoim zachowaniem wprawia w osłupienie nie tylko prawdziwych donosicieli, lecz i naszego wychowawcę.
- Tak... Wracajcie na swoje miejsca. Pora zacząć zajęcia. Porozmawiamy dzisiaj o zabezpieczaniu się przed ciążą i... - Łysol kolejny raz robi się czerwony jak burak.
- Panie profesorze, musimy? - chłopaki od razu ruszają mu z odsieczą. - Od zeszłego roku nic się nie zmieniło – wybuchają śmiechem.
- Skoro tak, to przypomniało mi się, że nasza szkoła po raz kolejny została wyróżniona. Dyrektor wręczył mi dzisiaj dokumenty, które muszę wypełnić – pokazuje nam grubą kopertę. - W każdym razie możecie być wdzięczny, bo jak się okazuje, wasz lubiący plotki kolega, wygrał olimpiadę matematyczną.
- Kablarz i geniusz – szydzą za moimi plecami.
- Kai, tu jest napisane, że wybrałeś zwiedzanie muzeum piłki nożnej... A także rewię na lodzie i...
- Panie profesorze, co nas to obchodzi? Nie możemy porozmawiać o czymś innym? - pyta znudzona dziewczyna Donovana, która przewodzi cheerleaderkom.
- Nagroda obejmuje całą klasę, łącznie z transportem i noclegiem w hotelu... - dopiero teraz dociera do niego na czym polega wyróżnienie.
- Gdzie jedziemy? - dopytują.
- Do... Los Angeles! - wykrzykuje. - Zarezerwujcie sobie drugi weekend listopada, dzieciaki!
Nagroda, na którą tak ciężko pracowałem... Najpierw nie chciał podpisać dokumentów twierdząc, że i tak mi się nie uda, a  dzisiaj taka zmiana...
Wpatruję się w swoje splecione dłonie, przysłuchując planom, które snuje razem zresztą klasy. Wyglądają na zadowolonych, ostatecznie taka wycieczka na zakończenie szkoły to super sprawa.
Zajęcia kończą się w atmosferze ogólnej wesołości. Gdy sala pustoszeje, powolnie zbieram swoje rzeczy i kieruje się w stronę drzwi.
Jadę do biblioteki i zajmuję miejsce z tyłu. Poza kilkoma pierwszakami, jak zwykle nikogo tu nie ma. Brzuch i głowa bolą mnie z głodu. Na szczęście mama niedługo kończy pracę i będę mógł wrócić do domu.
Odrabiam zadanie domowe z matematyki, gdy wkracza Jared w towarzystwie chłopaków z drużyny. Szybko się zakumplowali... Gdy tylko mnie widzą, podchodzą bliżej.
- Nowy... Zrobiłeś już zadania?
- Jeszcze nie – unikam ich wzroku.
- A zadania z biologii? - dopytuje Donovan.
- Nie mam.
- Nie masz? - szydzi, zaciskając dłonie na mojej bluzie i ciągnąc mnie w górę. Tak gwałtowne szarpnięcie sprawia, że uszkodzony kręgosłup zaczyna mnie bardzo boleć.
- Puszczaj! - próbuję się uwolnić. Spoglądam na innych obecnych. Nikt mi nie pomoże...
- Na jutro masz przynieść resztę zadań, bo jak nie... -  Z bólu robi mi się słabo, więc chłopak rzuca mną z powrotem na siedzenie. Zrozumiałem przesłanie.
- Nie powinniście tak nim szarpać – odzywa się brązowooki.
- Stajesz w jego obronie, chociaż na ciebie nakablował?
- Nie. Uważam, że los dostatecznie go ukarał – wskazuje na wózek.
- Życie spisało go na straty, ale nie oznacza to, że nie może się na coś przydać. Jeśli nawalisz jutro, równie dobrze możesz się tu wcale nie pokazywać – cofają się, opuszczając bibliotekę.
- Mogłeś siedzieć cicho i trzymać gębę na kłódkę. Co cię obchodzi, czy palę papierosy, czy nie? – Jared chyba stara się ich wytłumaczyć. Nie musi. Żal mi go, bo cokolwiek zrobi, dla nich i tak pozostanie obcy, tak samo jak ja.

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!


Fanart autorstwa: Emy



- Obudziłem cię?
- Tak... - mamroczę sennie do słuchawki. Dlaczego on zawsze musi dzwonić w środku nocy i to w chwili, gdy śnią mi się najlepsze sny...? W dodatku z jego udziałem...
- Przepraszam... Zadzwonię później – kaja się.
- Nie... Zaczekaj... Nie rozłączaj się.
- Jesteś pewny? Mam tylko chwilę przerwy. Za kilka minut muszę wrócić na plan, ale tak bardzo chciałem usłyszeć twój głos... Proszę, nie gniewaj się za ten nocny telefon... - próbuje się tłumaczyć. Nie musi. Sam jego głos sprawia, że zgodziłbym się na wszystko, by był szczęśliwy.
- Nie gniewam się – odpowiadam rozkojarzony, próbując wymacać nocną lampkę, by dowiedzieć się która godzina. - Ja też za tobą tęskniłem – sięgam po mój zegarek. 4:12... z niedowierzaniem odczytuję z tarczy. Jessie, masz szczęście, że kocham cię naprawdę mocno... - Kiedy wracasz?
- Dzwonię właśnie w tej sprawie... Tylko nie krzycz, dobrze?
- Ostatnio mówiłeś, że przyjedziesz pod koniec tygodnia.
- Wybrali moje zdjęcia do kolejnej kampanii, a Maggie każe mi przyjąć to zlecenie, więc zobaczymy się dopiero w wigilię.
- Co?! - gwałtownie siadam na łóżku – To za dwa tygodnie!
- Wiem, ja też jestem załamany.
- Już się zgodziłeś, prawda? - nie musiałem zadawać tego pytania. Po tonie jego głosu dobrze wiem, jaką usłyszę odpowiedź...
- W agencji obiecali, że po tej sesji dostanę trzy tygodnie wolnego. Moglibyśmy wyjechać w jakieś ciepłe miejsce, tylko ty i ja... Tak okazja nie zdarza się często, więc pomyślałem sobie, że warto skorzystać. Proszę, powiedz, że się nie gniewasz. Pojedziemy gdziekolwiek zechcesz - kusi mnie w niezwykle uwodzicielski sposób. Chociaż dzielą nas setki kilometrów, to i tak jego słowa wywołują przyjemny dreszcz, który rozchodzi się wzdłuż mojego kręgosłupa.
- Nie musimy nigdzie wyjeżdżać. Wystarczy, że zabarykadujemy się w domu, wyrzucimy telefon, a ty nie opuścisz łóżka ani na chwilę.
- Obiecuję – nie widzę go, lecz wiem, że uśmiecha się w ten specjalny sposób, który zarezerwowany jest tylko dla mnie. Jego kocie oczy przepełnia radość, której nie widziałem na żadnych zdjęciach, a najznakomitsi fotografowie z całego świata pstrykają mu ich tysiące...
- Jessie, czekamy na ciebie... - w słuchawce słyszę obcy głos, który oznacza tylko jedno...
- Muszę już iść. Zadzwonię z hotelu, dobrze?
- Będę czekał.
- Kocham cię – czuję ciepło, które rozlewa się po moim ciele za każdym razem, gdy wypowiada te dwa słowa. Wkłada w nie tyle serca...
- Ja ciebie też.
- Pa – rozłącza się, zanim udaje mi się z nim pożegnać. Znowu jestem sam. Rzucam się na wielkie łóżko w naszej sypialni, po raz kolejny uświadamiając sobie boleśnie, że rozłąka jest beznadziejną...
Nie zawsze rozstajemy się na tak długo. Zazwyczaj towarzyszę Jessiemu w podróży, lecz tym razem musiałem zostać, by dopilnować wszystkiego przed wydaniem mojej pierwszej książki z przepisami, nad którą ciężko pracowałem przez ostatni rok. Po przeprowadzce do Mediolanu, i porzuceniu Fantazji, nie zdecydowałem się na otwarcie nowej cukierni, do czego mój chłopak, przez dłuższy czas, usilnie mnie namawiał. Od samego początku wiedziałem, że oznaczałoby to długie tygodnie spędzane osobno. Czekałem na niego tyle lat. Nie zamierzam popełniać błędów z przeszłości. Musi być blisko...
Wolny czas przeznaczyłem na prowadzenie bloga, który w szybkim czasie zdobył sporą popularność, dzięki czemu kilka znaczących wydawnictw zażarcie walczyło o współpracę ze mną. Wszyscy przekonani są o kolejnym sukcesie, a ja? Leżę samotnie w łóżku i tulę do siebie poduszkę. Wciąż pachnie tak jak on... Wolałem przesiadywanie w hotelach, niekończące się godziny na planach zdjęciowych lub uciekanie przed zakochanymi fankami, które są gotowe na wszystko, by choć przez chwilę mieć go tylko dla siebie. Gdyby wiedziały, że ich idol, po dniu pełnym wrażeń, potrafi być tak zmęczony, iż zasypia jeszcze w windzie, bo łóżko wydaje mu się zbyt odległą galaktyką, której i tak nie ma szans odnaleźć bez pomocy. A potem budzi się wcześnie rano i demoluje kuchnię. Nie umie zrobić nawet kakao, jednak tak bardzo się stara. Dla mnie... Mój słodki Jessie...
Dalsze spanie nie ma sensu. Ponownie zapalam lampkę i sięgam po czasopisma, które porozrzucane są przy łóżku. Na ich podstawie zamierzam zamienić nasze mieszkanie w prawdziwie bajkową krainę, by uczcić pierwsze wspólne święta. Dwa lata temu zostawił mnie i wyjechał, a w zeszłym roku wszystko podporządkowane było ślubowi Diany i Sebastiana. Jednak to już przeszłość. Dam mu to, z czego przez lata był brutalnie ograbiany.
Przyznaję, iż wysoko ustawiłem sobie poprzeczkę, ale nie zadowolę się byle czym. Aby sprostać wysokim wymaganiom, postanowiłem dobrze się do tego przygotować. Już wiele tygodni temu rozrysowałem perfekcyjny projekt, zamówiłem mnóstwo bombek, świecidełek oraz innych, niezbędnych rzeczy, którymi zamierzam ozdobić każdy milimetr naszego mieszkania. Oczywiście kluczowym punktem programu jest kolacja, którą spędzimy w gronie rodziny i przyjaciół, a także gwiazda wieczoru – gigantyczna choinka, przez którą będę musiał pozbyć się większości mebli z salonu. Jeśli chodzi o sprawienie radości mojemu ukochanemu, żadne kompromisy i półśrodki nie wchodzą w grę. Idę na całość, planując wystawną i ociekającą brokatem uroczystość, którą spędzimy z fantastycznymi ludźmi, pysznym jedzeniem oraz toną prezentów.
Właśnie, prezent... Chciałbym mu dać coś wyjątkowego. Jessie nie pamięta jak to jest znaleźć pod choinką coś wymarzonego, spakowanego w kolorowy papier i upchniętego pod stosem zbędnych rzeczy, takich jak kolejna para skarpet z mikołajem czy obciachowy sweter... Dla niego święta oznaczały samotne przesiadywanie w swoim pokoju, w jakiejś zimnej i bezdusznej szkole z internatem, gdzie umieścił go brat-idiota. Choinkę widział jedynie w centrum handlowym lub telewizji. Musiałem się sporo namęczyć, by wyciągnąć z niego te informacje. Tegoroczne przyjęcie wymaże złe wspomnienia. Już moja w tym głowa.


Do świąt został tydzień czasu. Wydawnictwo zawraca mi głowę ciągłymi telefonami, zmuszają do zorganizowania spotkań autorskich. Nie mam na to czasu. Za siedem dni mój chłopak wróci do domu, a ja nadal nie przygotowałem nawet połowy z zaplanowanych rzeczy.
Choinka już dawno powinna być ustrojona i gotowa, lecz pomylono zamówienia. Zamiast idealnie wyselekcjonowanego, symetrycznego i najbardziej świątecznego drzewka w historii, przywieziono mi sztuczne i plastikowe. Na szczęście ludzie z firmy dekorującej domy obiecali naprawić to przykre nieporozumienie. W przeciwnym wypadku zmiotę ich z powierzchni ziemi.
Wolny czas poświęcam na zakupy. Kupiłem serwis obiadowy na dwadzieścia  osób oraz obrusy, świeczniki, kieliszki, wino. Pamiętałem nawet o kwiatach. Wszystko ma być doskonałe, takie jak on... Zatrzymuję się na środku alejki modnego centrum handlowego i odkładam pakunki na ławkę. Wyciągam swój telefon i przez chwilę wpatruję się w nasze wspólne zdjęcie, które Jessie zrobił nam krótko przed wyjazdem. Jest piękny. Jasna skóra, złote włosy, błękitne oczy... Jeszcze siedem dni... Naciskam zielony przycisk, lecz włącza się poczta głosowa. Cholera... Wiem, że oddzwoni, gdy tylko skończy pracę, ale to nie to samo... Zrezygnowany wpycham urządzenie do kieszeni. W tej samej chwili zaczyna wibrować. Z mocno bijącym sercem spoglądam na wyświetlacz. Dzwoni Kevin. Dlaczego on?
- Halo?
- Collin, dobrze że cię złapałem. Musimy porozmawiać.
- Coś się stało? - model przebywa obecnie razem z moim ukochanym na jednej z egzotycznych wysp.
- I tak, i nie – zaczyna się nerwowo śmiać.
- Nie wkurzaj mnie, Kev i mów o co chodzi – nie będę tracił czasu na konwenanse, zwłaszcza w chwili, w której moja miłość może mnie potrzebować.
- Collin, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale jestem zakochany i postanowiłem się oświadczyć.
- To świetnie, gratuluję – zapewniam go.
- Myślisz? Tak się denerwuję... - zdradza swoje prawdziwe uczucia.
- Nie ma czym. To nie boli – nie umiem ukryć sarkazmu, ale podniósł mi ciśnienie swoimi wygłupami, więc sam się o to prosił.
- Skąd możesz wiedzieć, skoro sam nigdy wcześniej nie próbowałeś?! - oburzenie chłopaka sprawia, że muszę odsunąć aparat od ucha.
- Skąd wiesz, że nie? - odpowiadam pytaniem na jego pytanie.
- Bo gdybyś to zrobił, to Jessie od razu by mi o tym powiedział. W każdym razie ja już zdecydowałem. Idę na całość w te święta. Zarezerwowałem pokoje hotelowe i zaprosiłem naszych rodziców. To będzie niespodzianka.
- Super, już teraz życzę wam dużo szczęścia.
- Dzięki, stary. Wiedziałem, że zrozumiesz – słyszę ulgę w jego głosie.
- Zrozumiem? - dziwię się.
- No wiesz, skoro zamierzam się oświadczyć w wigilię i zaprosiłem rodziców, więc nie przyjedziemy do Mediolanu...
- Co takiego?! - krzyczę do słuchawki. - Od dawna planowałem idealne święta, a ty chcesz się wyłamać?!
- Wybacz... Po prostu nie mogę już dłużej czekać. Muszę się ożenić. Rozumiesz mnie?
- Rozumiem – mruczę niezadowolony.
- Proszę, nie gniewaj się. Wiem, że to bardzo ważne, ale...
- Jasne, nie musisz mi tłumaczyć. Kupiłeś już pierścionek?
- Tak! Jeśli chcesz, to przyślę ci zdjęcie. Jest boski!
- Jestem pewny, że Weronika będzie zachwycona.
- A ja jestem pewny, że zorganizujesz idealne święta dla Jessiego. On bardzo za tobą tęskni.
- Ja za nim też – dodaję.
- Wracam do pracy. Nie masz pojęcia do czego nas tu zmuszają... Cały dzień musimy obściskiwać jakieś rozebrane laski... Masakra.
- Rozebrane? Jessie nic mi nie mówił...
- Bo ma znacznie gorzej. Uparły się na niego i nie dają chwili wytchnienia. Blondyni zawsze mają większe wzięcie. Trzymaj się i wesołych świąt.
Z wściekłością zaciskam palce na smartfonie i liczę do dziesięciu. Przez najbliższe trzy lata Jessie będzie pracować dla agencji... Niech tylko wróci do domu...

Do świąt pozostało pięć dni. Staram się nie myśleć o tym, że w mieszkaniu panuje bałagan, nie udało mi się kupić żadnego prezentu, a mój drogi Jessie nie odezwał się do mnie ani słowem przez ostatnie sześćdziesiąt osiem godzin. Pewnie jest zajęty... Ja również nie narzekam na nudę. Wczoraj, robiąc czekoladki, wypiłem za dużo alkoholu. Musiałem odreagować... Instagram tonie w zdjęciach. Każda ze znanych mi modelek wrzuciła kilkanaście nowych zdjęć. Piękne dziewczyny siedzące Jessiemu na kolanach, całujące go, uśmiechające się i zazwyczaj odziane tylko w skąpe bikini... Po prostu cudownie... Wiem, że promocja jest ważna, lecz trudno pozostać obojętnym na widok ukochanej osoby, do której kleją się najpiękniejsze kobiety świata...
Skonany sprzątaniem i gotowaniem, kładę się do łóżka w środku nocy. Gaszę światło i staram się wyciszyć, nie myśląc o obcych, lubieżnych dłoniach, które dotykają mojego faceta. Wiem, że mnie nie zdradzi. Jednak zazdrość, która podsyca chore wizje, zatruwa moje serce jadem... Sięgam po telefon i po raz kolejny wybieram jego numer.
- Collin, jeszcze nie śpisz? - skąd ta wesołość w jego głosie? Mówił, że za mną tęskni, a już zdołał się pocieszyć?
- Dlaczego nie oddzwoniłeś?! - nie powinienem na niego krzyczeć, lecz nie umiem się powstrzymać.
- Przepraszam, nie chciałem cię budzić.
- A może to nie jedyny powód? - drwię.
- No coś ty, Collin...
- Dobrze się bawisz, Jessie? Słyszałem, że nagie kobiety wolą złotowłosych chłopców...
- Skąd o tym wiesz? - wpada w panikę.
- Nie od ciebie...
- To tylko praca! Ja nigdy nie...
- Wiem, że nie, do cholery! Masz odbierać pieprzony telefon, gdy do ciebie dzwonię! Albo oddzwaniać, gdy zdjęcia dobiegają końca. Czy wymagam zbyt wiele?!
- Nie... Przepraszam... - szepcze do słuchawki. Świetnie... Teraz będzie się obwiniać i nie zaśnie do rana, a potem zmęczony nic nie zje, a przecież czeka go kolejny wyczerpujący dzień. Szlag by to wszystko trafił!
- To ja przepraszam. Nie chciałem tak na ciebie naskoczyć. Bardzo za tobą tęsknię. Zdenerwowałem się, bo tak długo się nie odzywałeś. Wariuję tu bez ciebie.
- Przysięgam, że nie zrobiłem nic złego. Możesz zapytać Kevina, jeśli chcesz. Albo Maggie. Przez cały czas była ze mną.
- Wiem, skarbie. Nie gniewaj się na mnie.
- Nie gniewam się. W każdej chwili możesz przyjechać i sprawdzić co robię. Nie mam nic do ukrycia.
- Chciałbym, dobrze wiesz, ale jutro znowu idę do wydawnictwa.
- Jak idzie sprzedaż książki?
- Za dobrze. Próbują wymusić, abym napisał następną.
- Jestem z ciebie taki dumny. Wiedziałem, że osiągniesz oszałamiający sukces. - To prawda. On jeden, od samego początku, był święcie przekonany, że książka zostanie dobrze przyjęta. Skąd w nim tyle wiary we mnie?
- Przez te głupoty nie mogę być blisko ciebie.
- A ja się cieszę – odpowiada radosny jak skowronek. - Uczcimy twój sukces, gdy tylko wrócę do domu.
- Jessie, kiedy wracasz?
- Zdjęcia kończymy w nocy, więc biorąc pod uwagę przesiadkę oraz różnicę czasu, powinienem być w domu około 22:00.
- Nie ma wcześniejszego lotu?
- Weronika sprawdziła wszystkie możliwości. To jedyny lot. Jeśli się spóźnię na samolot, nie wydostanę się z wyspy aż do nowego roku.
- Będę czekać na lotnisku.
- Wolałbym, abyś zajął się moim bratem i dzieciakami. Sam wiesz jaki potrafi być.
- Przyjadę po ciebie. Koniec dyskusji – irytuję się.
- Dziękuję. Jesteś taki kochany – uczucie w jego głosie sprawiają, że czuję się podle. Jessie nigdy nie podnosi na mnie głosu. Gdy jest mu przykro, od razu zamyka się w sobie.
- Kocham cię.
- To dobrze, bo mam dla ciebie coś wyjątkowego, zobaczysz – cieszy się jak dziecko.
- Prosiłem, abyś niczego mi nie kupował, prawda?
- Collin... Nie mówiłeś tego poważnie... Wiem, że nie lubisz prezentów, ale dla mnie musisz zrobić wyjątek.
- Ty jesteś moim wymarzonym prezentem. Niczego więcej mi nie potrzeba.
- To się jeszcze okaże, zobaczysz – chichocze. - Muszę kończyć, bo Maggie się wścieka.
- Daj mi ją do telefonu.
- To nie wszystko. Zabroniła mi jedzenia czekolady w święta.
- Nie przejmuj się nią – bagatelizuję problem.
- Nie rozumiesz. Maggie zastrzegła, że jeśli przez te trzy tygodnie przytyję chociaż 100 gram, wyśle mnie na obóz kondycyjny z Rexem. Kevin mówił, że Rex kazał mu wstawać o czwartej rano. Dlatego proszę cię, nie rób czekolady, dobrze?
- Jasne, żadnej czekolady.
- Zadzwonię jutro, dobrze? Wieczorem idziemy na przyjęcie.
- Dobrze.
- Dobranoc, Collin.
- Dobranoc, skarbie.
Sięgam po swój planer i dopisuję do listy, by z samego rana zasypać Maggie czekoladą. Sprawdzimy, czy przez trzy tygodnie nie utyje...

Na trzy dni przed przyjazdem Jessiego podziwiam efekty pracy, którą wykonał za mnie zatrudniony profesjonalista. Zrealizował w pełni mój projekt, co jeszcze nie tak dawno temu wydawało mi się zupełnie nierealne. Nasz salon wygląda nieziemsko. Początkowo chciałem, by podobnej metamorfozie poddać całe mieszkanie, lecz dekorator wnętrz stwierdził, że to byłaby zbyt daleko idąca przesada. Czy ma rację? Nie wiem. Skoro na mnie robi to tak piorunujące wrażenie, to nie mogę się doczekać reakcji Jessiego oraz dzieciaków. Chłopcy powinni być zachwyceni piernikowym domkiem, który ustawiłem w ich pokoju.
Teraz wystarczy, że przygotuję kolację oraz deser i będę mógł w końcu się odprężyć. Znowu dzwoni telefon. Uśmiecham się na samą myśl, że to mój jasnowłosy. Niestety, to jego brat...
- Nie wierzę... Taki zaszczyt... - mam nadzieję, że nie wyczuje niechęci, którą do niego żywię.
- Wesołych Świąt, chociaż sądząc po tonie twojego głosu...
- Justin, staram się być miły, ale jeśli będziesz mnie celowo prowokować, to...
- Nie będę. Dzwonię w zupełnie innej sprawie. Chodzi o nasz przyjazd.
- Wynająłem już samochód i dołożę wszelkich starań, abyś ty, twoja żona oraz dzieci... - cedzę przez zaciśnięte zęby, bo mówiąc szczerze, mało jest osób, których nie lubię równie mocno, jak kochanego braciszka.
- Nie przyjedziemy, więc możesz sobie darować te sztuczne frazesy.
- Nie przyjedziecie?!
- Ojciec żony miał wypadek samochodowy i złamał nogę. Nie możemy zostawić rodziców samych w takiej sytuacji.
- Dlaczego dzwonisz z tym do mnie, a nie do Jessiego? To on was zaprosił.
- Dzwonię do ciebie, bo to ty mu o tym powiesz, Collin.
- Jeśli myślisz, że... - próbuję się bronić. Rozumiem, że jego teściowe przechodzą w tej chwili naprawdę ciężkie chwile, lecz on jak zawsze myśli tylko o sobie.
- Zrobisz to, co mówię, bez dyskusji – trudny z niego przeciwnik, ale do mnie mu daleko.
- Nie jestem jak twój braciszek. Nie będziesz mną rządzić, tchórzu. Wykręcisz jego numer i sam przekażesz mu wieści o waszych rodzinnych problemach.
- Collin, weź pod uwagę uczucia Jessiego. Jeśli dowie się ode mnie, pomyśli, że celowo unikam spotkania z nim, co nie jest prawdą. Masz pojęcie jak chłopcy cieszyli się na ten wyjazd? Siedzą smutni w swoim pokoju i są na mnie obrażeni.
- Nie dziwię się im.
- Powiesz mojemu bratu, że przepraszam. Powiesz mu także, że w zamian za to, spędzicie z nami ferie zimowe w Aspen. Całe dwa tygodnie. Wynająłem duży, rodzinny domek.
- Jasne. Coś jeszcze?
- Porozmawiaj z chłopcami. Powiedz im, że to nie moja wina.
- Dlaczego ja?
- Bo cię o to proszę – wydaje się szczery...
- Dobrze, daj ich do telefonu – zrezygnowany czekam aż Justin wedrze się do ich twierdzy.
- Halo? Wujek? - przekrzykują się.
- Cześć, tu Collin.
- Collin! Tata mówi, że nie przyjedziemy na święta! - rozpacz w głosie najstarszego syna jest całkowicie zrozumiała. Od dawna obiecywaliśmy dzieciakom różne atrakcje...
- Przykro mi, ale wasz dziadek naprawdę was teraz potrzebuje.
- To niesprawiedliwe! - zaczyna płakać.
- Wiem, ale wkrótce się zobaczymy, obiecuję.
- A nasz domek z pierników? Przyjechał już?
- Tak. Zabiorę go do Aspen. Tata z pewnością już wam mówił, że spędzimy razem ferie. Nauczycie mnie jeździć na nartach. Będzie fajnie. Tu nawet nie ma śniegu – próbuję ich przekupić. Jessie nie ma z tym większych problemów. Może mi też się uda?
- To nie to samo.
- Dziadek jest chory. Nie możecie zostawić go samego.
- To on wpadł na pomysł wspólnych ferii zimowych.. - chłopiec powoli zaczyna mięknąć.
- Tym bardziej powinniśmy zadbać, by był w pełni sił. Mogę na was liczyć, dzieciaki? Zadbacie o dziadka?
- A choinka? I nasze prezenty? - dopytuje młodszy.
- Zrobimy tak. Jutro z samego rana wyślę je do was samolotem, ok? Jestem pewny, że dotrą na czas. Może być?
- Wolałbym spotkać wujka Jessiego.
- A ja się zgadzam. Dostaniemy prezenty! - cieszy się jego braciszek.
- Dzięki, Collin. Jestem twoim dłużnikiem – po co mi wdzięczność Justina, skoro tym jednym telefonem połowa przygotowań poszła na marne?
- Nie pozwolę ci o tym zapomnieć...
- Wesołych świąt! Pozdrów Jessiego.
- Pa, Justin – ty podły, przebrzydły, niesłowny wężu!
Wykorzystał pretekst w postaci teścia... Jeśli się okaże, że staruszek nie ma złamanej nogi, obedrę go ze skóry własnymi rękami...
Niebieskooki będzie załamany. Kocha te maluch ponad wszystko... Na szczęście jeszcze nie wszystko stracone. Przyjadą Diana z rodzina oraz moi rodzice.

Wigilijny poranek... Jeszcze raz upewniam się, czy wszystko jest idealne, takie jak chciałem. Do przyjazdu Jessiego zostało mnóstwo czasu. Spoglądam na niebo. Mój ukochany leci do mnie. Po ponad trzech tygodniach rozłąki wreszcie będę mógł go przytulić, pocałować, zasnąć przy jego boku... To zabawne jak zmienia się nasz życie, gdy zostajemy pozbawieni ulubionych rytuałów... Nigdy więcej nie pozwolę, by zostawił mnie na tak długo samego.
Około czternastej odbiorę siostrę z lotniska. Nie mogę się doczekać ich przyjazdu. Stęskniłem się za moim małym rudzielcem, Sebastianem i Jessicą, która skradłaby moje serce, gdyby nie fakt, że wcześniej dobrowolnie oddałem je Jessiemu. Nasza księżniczka jest najbardziej rozpieszczonym dzieckiem na świece. Obsypujemy ją prezentami i kochamy najmocniej jak się da.
Około południa Jessiego czeka przesiadka. Obiecał, że wtedy do mnie zadzwoni. Z niecierpliwością czekam na tę chwilę. Pakuję prezenty, które dla niego wybrałem. Ciężko kupić coś chłopakowi, który ma wszystko. Przez całe życie najbardziej brakowało mu miłości. Nikt się o niego nie troszczył. Był zdany tylko na siebie, a mimo to z nieporadnego dziecka zmienił się we wspaniałego faceta. Jego dobroć i radość sprawiają, że kocham go milion razy mocniej niż powinienem. Czasami wydaje mi się, że ta miłość rozsadzi mnie od środka, bo nie jestem w stanie w wystarczający sposób okazać mu jak bardzo jest mi drogi. Dziś to się zmieni... Idę do kuchni i robię sobie kubek gorącej czekolady. Następną czekoladę wypiję przytulony do Jessiego. Uśmiecham się do siebie na samą myśl o tej chwili. Jeszcze tylko kilka godzin...
Przed trzynastą dzwoni do mnie Diana. Dziwne, przecież powinni być w samolocie...
- Siostrzyczko, narażasz innych pasażerów, w tym własną córkę, wiesz o tym? - staram się dawać jej dobry przykład, lecz czasami nawet pozycja starszego brata to za mało, by wpłynąć na tego uparciucha.
- Collin, my nie przyjedziemy. Jessica ma gorączkę.
- Jeśli uważasz, że to dobry żart, to się mylisz... - nadal uśmiechnięty staram się zachować spokój.
- Nie żartuję. Byliśmy na lotnisku, ale mała tak bardzo marudziła, że zabraliśmy ją do szpitala. Lekarz mówi, że to tylko ząbki, ale w tym stanie tak daleka podróż nie jest wskazana.
- Przecież nie podróżujecie samochodem, a pierwszą klasą. Przez dwie godziny lotu w luksusowych warunkach, nic się jej nie stanie.
- Mówisz tak, bo sam nie masz dzieci. Gdy zostaniesz ojcem, zrozumiesz – obraża się na mnie.
- Wiesz ile wysiłku kosztowało mnie przygotowanie świąt i udekorowanie mieszkania? A ty dzwonisz w ostatniej chwili i mówisz mi, że nic z tego?!
- Collin, nie krzycz na mnie, bo to niczego nie zmieni! Zrozum, że mała ma gorączkę. Jedziemy do rodziców. Pomogę nam.
- Rodzice też nie przyjadą?!  - porcelanowy kubek upada na podłogę i roztrzaskuje się w drobny mak.
- Przykro mi, że popsułam twoje plany. Jestem pewna, że Jessie zrozumie. Jest już dorosły, a ja staram się być odpowiedzialną matką...
- Która wpada w panikę w byle powodu! Jeden jedyny raz o coś was poprosiłem, jeden raz!
- Collin! Chyba nie masz pretensji do małego dziecka?
- Nie, mam pretensje tylko do siebie! Ale co ty możesz o tym wiedzieć? 
- Przecież możecie przyjechać do nas... - stara się załagodzić sytuację.
- Jasne. Będziemy w kontakcie.

Po kilku godzinach znowu do mnie dzwoni. Tym razem rozmawiamy bez zbędnych emocji. Mała czuje się lepiej, ale gorączka się utrzymuje. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do siebie.
Rozmawiam także z rodzicami, którzy starają się mnie wesprzeć. Tylko co oni mogą wiedzieć? Czy byłem zbyt zuchwały? Spełnienie jednego marzenia okazało się niemożliwe. Zaprosiłem dwanaście osób, które jedna po drugiej, po prostu się wykpiły. Jak zawsze okazało się, że Jessie, mój Jessie, nie jest dla nich dość ważny. Serce mi pęka, gdy widzę ustrojony stół, zastawiony nową zastawą. Boję się jego reakcji, gdy dowie się prawdy. Nie chcę widzieć w jego oczach odrzucenia i bezsilności. Miał być szczęśliwy...
Gaszę światła i zaciskam palce na kluczykach od samochodu. Ulice są prawie puste. Bez najmniejszego problemu podjeżdżam na lotnisko. Parkuję auto i spoglądam w ciemne niebo, chowając dłonie do kieszenie skórzanej kurtki.
Podchodzę do szklanej szyby i obserwuję jak wielki, biały samolot ląduje na wyznaczonym pasie. Większość podróżnych już dawno dotarła na miejsce. Tylko nieliczni czekają, by odebrać swoich bliskich. Jessie rzuca się na mnie, mocno obejmując.
- Tęskniłem – szepcze w moją szyję, nie chcąc się odsunąć nawet o milimetr. - Tak bardzo tęskniłem. - Jest przemęczony i wychudzony. Ciemne cienie pod oczami zdradzają, że tak długa podróż mocno się na nim odbiła.
- Czy mi się wydaje, czy twoja walizka wygląda na znacznie większą? - zauważam drastyczną zmianę w jego bagażu.
- To niespodzianka – uśmiecha się tajemniczo.
- Nic mi nie powiesz? - staram się odwrócić jego uwagę, by zadać ten zimny cios najpóźniej jak się da...
- Dowiesz się w domu – śmieje się.
- Ja też mam dla ciebie niespodziankę – zaciskam wargi w wąską linię, ledwo nad sobą panując. Upycham jego rzeczy w bagażniku i wsiadam do samochodu.
Mój chłopak jest milczący. Opiera głowę na siedzeniu i wpatruje we mnie. Ja też nic nie mówię. Skoro już teraz brakuje mi słów, to co będzie później?
Obserwuje jak Jessie otwiera drzwi od naszego mieszkania, korzystając ze swoich kluczy. Przekręca zamek i wchodzi do środka. Zapalam światło na korytarzu. Zdejmuje płaszcz i obdarza mnie najpiękniejszym z uśmiechów. Nie zasłużyłem na niego.
- Co się dzieje, Collin? Zrobiłem coś nie tak? - dopytuje.
- Nie, oczywiście, że nie. Po prostu jest mi przykro...
- Przykro? – podchodzi do mnie i z troską dotyka policzka. - Ktoś wyrządził ci jakąś krzywdę?
- Nie mi, a tobie – odpowiadam niechętnie.
- Nie rozumiem.
- Więc chodź ze mną – biorę go za rękę i prowadzę do ciemnego salonu. Sięgam do włącznika i naciskam przycisk. Pokój od razu tonie w setkach lampek, które porozwieszane są na oknach i ścianach, imitując spadający śnieg. Rozświetlają także złote sanie Świętego Mikołaja, które ciągną poustawiane w pary interaktywne renifery.
- Collin... To jest... - zaskoczonemu Jessiemu brakuje słów. Po jego twarzy widzę, że jest zachwycony. Stoi w wejściu, chłonąc moją świąteczną wizję z szeroko otwartymi oczami. Po chwili nieśmiało wchodzi do środka i wyciąga dłoń w kierunku olbrzymiej choinki.
- Podoba ci się? - pytam z nadzieją w głosie.
- Tak... - odwraca twarz w moja stronę. Po policzkach płyną mu łzy. - Nie musiałeś...
- Musiałem, wierz mi, że musiałem – delikatnie ścieram mokre ślady, całując go lekko w usta.
- Kocham cię – przytula mnie mocno.
- Ja ciebie bardziej.

Po pewnym czasie, gdy Jessie nacieszył się wszystkimi atrakcjami, siadamy przy wielkim stole. Mój ukochany zachowuje się tak, jakby nie dostrzegał braku zaproszonych gości.
- Chciałem, abyśmy spędzili święta z rodziną, ale nie wyszło...
- Collin... Ty jesteś dla mnie najważniejszy. Nie ma takich słów, którymi mógłbym wyrazić jak bardzo jestem ci wdzięczny.
- Nie chcę twojej wdzięczności. Zależy mi na tym, abyś kochał tylko mnie – po raz pierwszy odpowiadam szczerym uśmiechem na jego uśmiech.
- Kocham tylko ciebie. Najbardziej na świecie – znowu zaczynając płakać.
- Przestań, bo zgaszę światło – ostrzegam go.
- Nie zrobiłbyś tego – śmieje się, broniąc dekoracji.
- Masz rację. Nie umiem ci niczego odmówić.
- Wiesz, że od teraz już zawsze chcę tego wszystkiego? Na każde święta - nadal rozgląda się po otoczeniu, zahipnotyzowany. Może rzeczywiście troszeczkę przesadziłem, ale z drugiej strony to bezcenne uczucie, móc przyglądać się jak bardzo jest szczęśliwy. I zmęczony.
- Chodź do łóżka. Wyglądasz na skonanego.
- Nie chcę.
- Nie zachowuj się jak dziecko. Za chwilę zsuniesz się z krzesła i będę musiał zaciągnąć się do sypialni.
- Proszę, pozwól mi tu zostać – robi smutną minę. - Boję się, że jeśli stąd wyjdę, to wszystko zniknie.
- Nie zniknie. Zobaczysz – wstaję od stołu i zmuszam, by poszedł ze mną do sypialni. Pomagam mu zdjąć garnitur. Gdy odpinam guziki koszuli, praktycznie chwieje się na nogach.
- Chcę jeszcze raz zobaczyć... - mruczy sennie, walczą z opadającymi powiekami.
- Rano, skarbie. Obiecuję, że rano... - całuję go w czoło i układam na poduszkach. Natychmiast zasypia.

Z przyzwyczajenia budzę się zbyt szybko. Za okami nadal jest ciemno i deszczowo. Wyciągam rękę, by przytulić się do uwielbiającego ciepło niebieskookiego aniołka, lecz natrafiam wyłącznie na zimną pościel. Nie ma go? Zapalam lampkę. Tak jak przypuszczałem, nie ma nawet szóstej... Bardzo cichutko zakradam się do salonu. Jasne światełka świątecznych dekoracji są tak intensywne, że aż bolą mnie oczy. Rozglądam się po pokoju, lecz nie widzę mojej zguby. Gdy mam już dzwonić na policję, by zgłosić zaginięcie, słyszę jego ściszony szept.
- Tutaj jestem – siedzi skulony przy ścianie. Ma na sobie ulubiony, błękitny szlafrok i bose stopy.
- Przez chwilę wydawało mi się, że ktoś cię porwał. Co tu robisz? - podchodzę bliżej i siadam obok niego.
- Stąd jest najlepszy widok – układa głowę na moim ramieniu.
- Nieprawda. Choinkę najlepiej obserwować z sofy. Chodź i sam się przekonaj – proponuję.
- Tu mi dobrze.
- Zmarzniesz.
- Nie, jeśli mnie przytulisz.
- Jestem wobec ciebie zbyt uległy – pozwalam mu umościć się w swoich ramionach i przeczesuję palcami wciąż nieco wilgotne, złote pasma.
- Nigdy się nie zmieniaj – prosi. - Bądź dla mnie taki zawsze... I nakarm mnie czymś, bo umieram z głodu.
- Na co masz ochotę?
- Na ciebie. I czekoladę – wesołe iskierki tańczą w jego cudownych oczach.
- Ponoć nie wolno ci jeść mojej czekolady.
- Ponoć zrobisz dla mnie wszystko – droczy się ze mną.
- To prawda – wyplątuję się z jego objęć. - Zrobimy tak. Ty wrócisz grzecznie do łóżka, a ja przyniosę ci to, co lubisz najbardziej, dobrze?
- Zostańmy tutaj... - nie wolno mi ulec temu spojrzeniu... Wiem, że robi to celowo, by mieć mnie w garści.
- Nie – uciekam do kuchni, by jego urok przestał na mnie działać.
- Jesteś wredny – oświadcza obrażony, okrywając się szczelnie kołdrą.
- A ty wyjątkowo piękny – siadam obok niego i nabieram na łyżeczkę odrobinę musu czekoladowego. - Spróbujesz? - Bawi mnie jak ze sobą walczy. Z jednej strony chciałby udawać twardego, ale z drugiej... Czekolada to wciąż jego największa słabość. W dodatku sam przyznał, że jest głodny... Taką okazję trzeba wykorzystać...
- Mmm... - zamyka oczy, by rozkoszować się ulubionym smakiem. - Kocham cię... - oblizuje wargi.
- Kochasz mnie?
- Nie, czekoladę – mruczy.
- Jesteś jak kot...
- A ty jesteś... - pozwalam mu zjeść jeszcze trochę. - Uwielbiam...
- Jessie... - unosi powieki, udając niewiniątko.
- Tak mi dobrze. To najbardziej wyrafinowany smak na świecie i tylko ty potrafisz sprawić, że za każdym razem smakuje tylko lepiej. Osiągnąłeś poziom mistrzostwa.
Oszukuję, wyciągając łyżeczkę w jego stronę, lecz gdy tylko rozchyla wargi i przymyka powieki, całuję go bardzo namiętnie. Smakuje czekoladą, ale przede wszystkim Jessiem...
- To ciebie powinno się opatentować... - śmieje się.
- Mnie? Oddałbyś mnie innym, by mogli spróbować?
- Nigdy!
- Zazdrośnik z ciebie – przesuwa opuszkami po moim policzku, więc decyduję, że zasłużył na jeszcze odrobinkę słodyczy.
- A z ciebie nie? - odbijam piłeczkę.
- Ze mnie? Ja lepiej się kontroluję. Tymczasem ty... Znasz w ogóle znaczenie tego słowa?
- Nie – oto brutalna szczerość w moim wykonaniu. Ma być mój i tylko mój. By mu to udowodnić, po raz kolejny sięgam po jego słodkie usta.
- Jeszcze...
- Jeszcze czekolady, czy jeszcze pocałunków?
- Są święta, więc będę zachłanny i powiem, że chcę wszystkiego.
- Zasługujesz na wszystko, mój kochany – zapewniam go.
- Nie zasługuję na ciebie, ale jesteś tu ze mną i sprawiasz, że czuję się wyjątkowy. Przy tobie jest mój dom...
Odkładam łyżeczkę do szklanego pucharka i odstawiam na stoliku nocnym.
- Nie... - Jessie robi smutną minę, spoglądając w jego kierunku.
- Tak... - zrywam z niego kołdrę z zrzucam ją na ziemię.
- Nie! - zaczyna się śmiać, otwierając dla mnie swoje ramiona.
- Nie? - dziwię się. - Nie chcesz mnie?
- Bardzo cię chcę, ale nie otworzyliśmy jeszcze prezentów i...
- Masz rację – unoszę się nieco w górę i sięgam po pasek jego szlafroka. - Z największą przyjemnością odpakuję mój prezent.
Jego oczy... Sposób, w jaki na mnie patrzy... Pożądanie, które w nim wzbudzam...
- Nie chcesz zobaczyć, co dla ciebie mam? - nie musi się wysilać, by mnie uwieść.
- Jesteś, byłeś i będziesz najcudowniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałem – rozsuwam miękki materiał na boki, by odsłonić lekko opalone ciało. Jest szczupły i wysportowany. Z przyjemnością obserwuję, jak przygryza dolną wargę, gdy przesuwam palcem wskazującym po jego umięśnionym brzuchu.
- Nie rób tak... - ledwo go dotykam, a on już cały drży. Tylko ja potrafię doprowadzić go do takiego stanu.
- Zastanawiam się co by tu z tobą zrobić...
- Nie dręcz mnie... – jego głos zaczyna się rwać, zdradzając duże napięcie.
- Jeszcze nic ci nie zrobiłem, a ty już się żalisz?
- Collin... Tak bardzo cię pragnę... - szuka moich ust, ale odsuwam się w ostatniej chwili.
- Nie, skarbie.
- Ale ja tak bardzo proszę...
- O co mnie prosisz? O to? - pochylam się nad nim i przesuwam językiem po rozgrzanej skórze.
- Ach... - wyrywa mu się ciche westchnienie. To za mało. Stać go na znacznie więcej...
Znam jego ciało... Każdy milimetr tej cudownie gładkiej skóry... Wiem, jak doprowadzić go na skraj wytrzymałości w przeciągu sekund, ale nie dziś...
- Pobawisz się ze mną, Jessie?
- Ja... - nie wie co odpowiedzieć? Nie szkodzi. Sam zdecyduję...
Biorę mój porzucony pucharek i nabieram na łyżeczkę odrobinę czekolady. Nadal jest zimna, a on taki gorący... Rozsmarowuję odrobinę musu na jego klatce piersiowej. Wzdryga się. W każdej chwili może mnie powstrzymać, jednak nie robi tego... Dobrze wie, że za chwilę wzniecę prawdziwy pożar.
Mój zwinny język leniwie zlizuje czekoladowy trakt, który wiedzie mnie w dół jego brzucha.
- Collin...
- Leż grzecznie, albo cię przywiążę.
- Nie rób tego... Ja chcę...
- Czego chcesz, mój słodki?
- Dotykać cię...
- Pozwoliłem ci na to?
- Nie, ale...
- Znasz zasady, prawda?
- Proszę... Nie bądź taki... - jęczy cicho, gdy jego sutek znajduje się w moich ustach. To odwróci jego uwagę na pewien czas. Chcę się delektować smakiem jego skóry, by zatracił poczucie czasu, poddał się moim pieszczotom... Oddał mi w zupełności...
- Jessie... Odpręż się...
- Proszę... Już wystarczy...
- Nie, skarbie. Nie wystarczy – pieszczę jego członka samym koniuszkiem języka. Jasnowłosy wije się pode mną, więc muszę przytrzymać jego biodra, by mi się nie wyrywał.
- Collin... Bła-Błagam cię... - nie powinienem, wiem, ale nic na to nie poradzę. Najbardziej kreci mnie, gdy jest w takim stanie. Teraz wystarczy, że zacisnę na nim usta i zacznę mocniej ssać, a za chwilę dojdzie. Nie chcę, by się dłużej wstrzymywał.
Zaraz po orgazmie wygląda nieziemsko... Zdyszany. Jego serce bije tak mocno, klatka piersiowa unosi się rytmicznie do góry, policzki są zaróżowione, a usta... Muszę go pocałować. Natychmiast.
Gdy dochodzi po raz pierwszy, potem jest mu już znacznie łatwiej. Przestaje ze mną walczyć, nie opiera się. Grzecznie bierze wszystko, co mu daję. A ja chcę mu dużo dać... Bardzo dużo...
- Nie śpij, Jessie. Nie skończyliśmy – chłopak niechętnie unosi powieki. Nadal jest zmęczony. - Jeszcze ten raz...
- Mmm... Nie chcę spać... Chcę ciebie. Teraz.
- Jak sobie życzysz, kochany.
Moje niecierpliwe dłonie kolejny raz zaczynają błądzić po jego ciele. Już nie jestem w zabawowym nastroju. Pożądanie podpowiada, aby był mój. Jednak zanim to nastąpi, muszę go przygotować, by nie zrobić mu krzywdy.
- Pośpiesz się – ponagla mnie.
- Aż tak bardzo mnie pragniesz?
- Nie było mnie trzy tygodnie...
- Każdej nocy śniłem o tobie.
- Weź mnie...
Sięgam do szuflady po mój ulubiony żel waniliowy. Słodycz obu aromatów sprawia, że z trudem nam sobą panuję.
- Nie chcę dłużej czekać...
- Nie – moje palce delikatnie pieszczą jego wejście. - Mogę?
- Tak – pozwala mi wsunąć je głębiej. Podgryzam wrażliwą skórę na jego szyi. Nauczyłem się robić to w taki sposób, by nie zostawiać żadnych śladów. To, co nas łączy, ma pozostać tylko nasze.
- Collin...
- Wiem... - potrzebuję go równie mocno jak on mnie. Chciałbym go widzieć, ale jeśli to potrwa dłużej, oszaleję. - Odwróć się. - Jestem pewny, że zacznie protestować. Wolałbym, by był na górze, jednak Jessie jest zmęczony. - Proszę... - dodaję, by ułatwić mu podjęcie decyzji. Z pomrukiem niezadowolenia spełnia moją prośbę. Chciałbym móc lepiej nad sobą panować, lecz marzę tylko o tym, by zagłębić się w jego ciasnym wnętrzu.
- Jeśli będzie bolało...
- Nie boli... I nie przestawaj...
Moje biodra przystają na jego propozycję. Poruszam się w nim coraz szybszym tempem, dając nam to, za czym najbardziej tęskniliśmy.
Zaspokojony niebieskooki osuwa się na poduszki. Kładę się blisko niego i mocno przytulam. Uśmiecha się.
- Kocham cię – szepczę mu do ucha.
- Ja ciebie...  - zasypia. Wiem, że ty mnie też.

- Collin, pomożesz mi? - z rozbawieniem przyglądam się mojemu chłopakowi, gdy stara się przepchnąć swoją wyjątkowo ciężką walizkę z korytarza do salonu.
- Co do niej upchnąłeś? Kamienie?
- Nie – wbija szyfr i rozpina zamek. - To prezenty.
- Znowu wykupiłeś połowę sklepu z zabawkami? Dzieciaki będą zachwycone.
- Nie są dla dzieci, ale dla ciebie – unosi wzrok i spogląda mi prosto w oczy. Z przerażeniem stwierdzam, że nie żartuje.
- Oszalałeś! - karcę go. Jednak Jessiego to nie zraża. Zaczyna opróżniać walizkę, ustawiając je niczym wieże z klocków.
- Od którego chcesz zacząć? - pełen nadziei czeka na moją decyzję.
- Wyraźnie prosiłem, abyś nic mi nie kupował, prawda?
- Chyba nie liczyłeś, że potraktuję twoje słowa poważnie? No więc? Co powiesz na to? - wręcza mi wielki karton.
- Dobrze wiesz, że tego nie lubię.
- Wiem – siada za mną i pomaga zedrzeć kolorowy papier. W środku znajduje się książka kucharska, której od dawna poszukiwałem. Zdobycie jej graniczyło z cudem.
- Skąd ją masz?
- To nie ja, a Mikołaj. Mam ci przekazać, że w tym roku byłeś wyjątkowo grzeczny. Podoba ci się?
- Tak. Dziękuję – odchylam głowę i całuję go w policzek.
- Śmiało, sięgnij po następny – odrywa mnie od przeglądania wyjątkowo interesującego przepisu na zapomniane ciasto orzechowe, które mógłbym nieco unowocześnić...
- Jessie... To zajmie wieki.
- Jeszcze jeden, dobrze? Sam wybierz który – sięgam po pierwsze lepsze pudełko. Odkładam książkę na bok i rozrywam papier.
- Okropny - moim oczom ukazuje się czerwony sweter z brokatowym reniferem.
- No cóż... - jasnowłosy sprytnie obchodzi mnie dookoła i zaczyna rozpinać koszulę.
- Skarbie... Co robisz?
- Tylko przymierzymy, dobrze? - skubany jest bardzo szybki. Zanim udaje mi się zareagować, moja koszula zostaje odrzucona na dywan.
- Wyglądam głupio. Jesteś zadowolony?
- Wyglądasz idealnie. Kolejne pudełko?
- Już wystarczy, serio.
- Proszę – smutna mina oznacza tylko jedno, moją zgodę...
- Dlaczego to robisz?
- Bo chcę zasłużyć na więcej czekolady – całuje mnie w usta.
- W lodówce zostało jeszcze piętnaście porcji musu czekoladowego. Nie zjesz tyle.
- Chcesz się przekonać? - rzuca mi wyzwanie.
- Maggie cie za to zabije.
- Nie, jeśli mnie obronisz... - celowo przywołuje tak słodkie wspomnienia. - Jeszcze jeden prezent?
- Tylko pod warunkiem, że otworzysz jeden z moich – coraz bardziej wkręcam się w jego grę.
- Dobrze – zgadza się. Podchodzi do choinki i sięga po jeden z najmniejszych. Uśmiecham się na samą myśl o tym, co znajdzie w środku.
- Otwórz – Jessie niepewnie zrywa papier. Wyciąga kwadratowe pudełko. Otwiera wieczko. W środku znajduje się dziewięć karmelowych czekoladek. Oblizuje usta się na ich widok, bo to jego ulubione. - Wiedziałem, że je dla mnie zrobisz. Teraz mam wszystko, czego chciałem, a ty?
- Mam ciebie, kajdanki i świąteczny sweter, więc nie będę narzekać.
- Wesołych Świąt, Collin.
- Wesołych Świąt.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rozdział XXV


„Grzech


- Nie! - krzyk Cassiana niesie się po okolicy, odbijając głuchym echem. - Nie umieraj! Słyszysz?! Zabraniam ci! - zdesperowany mężczyzna wyciąga zatrute ostrze z drobnego ciała i odrzuca je w stronę pobliskich drzew, celując w gruby pień. Osadza klingę głęboko w pniu starego dębu, aż po samą rękojeść, ukazując prawdziwą siłę demona. Satiel próbuje go wyciągnąć, lecz na niewiele się to zdaje. Szamocze się, chcą odzyskać swój cenny oręż. Drzewo gwałtownie usycha i twardnieje, ulegając śmiercionośnej magii. Gaśnie na naszych oczach, tak samo jak ugodzony wampir... Rana bardzo krwawi. Oczy Nefryta są pełne winy. Po policzkach spływają mu krwawe łzy.
- Przepraszam... - szepcze.
- Proszę, nic nie mów – książę rozrywa jego ubrania, by zrobić prowizoryczny opatrunek.
- To nie zniknie... – zaciska dłonie na jego nadgarstkach.
- Nic ci nie będzie, zobaczysz... - zapewnia Cassian. Stara się rzucić zaklęcie, by uratować mu życie, lecz jego czary w zetknięciu z nieśmiertelną skórą  przemieniają się tylko w czarną mgłę, która spływa na ziemię sprawiając, że śnieg wokół nich zaczyna się topić, ukazując całe pole kolorowych kwiatów.
- Przepraszam... - szepcze ponownie.
- Za co mnie przepraszasz, do cholery?! Za to, że mnie osłoniłeś... Później o tym porozmawiamy!
- Tak bardzo się starałeś, by zdobyć dla mnie jednorożca... Zawsze przysparzałem ci samych problemów...
- To nieprawda! Dobrze wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko! - jego gorliwość łamie mi serce.
- Takie same kwiaty rosną na łące przy domu... Piękne...
- Patrz na mnie! Ani się waż, słyszysz?! Patrz na mnie! Możesz to pokonać! Wiem, że to trudne, ale dasz sobie radę! To tylko czar, walcz!
- Chciałem ci powiedzieć... - zakrwawiona dłoń dotyka policzka księcia... Nefryt powolnie zamyka oczy, nie zdoławszy dokończyć ostatniego zdania. Jego bezwładna ręka osuwa się na śnieg...
- Nie! Nie zgadzam się! Nie! - demon zaczyna szarpać filigranowym ciałem. - Otwórz oczy! Nefryt...! - w pewnej chwili wyciąga z cholewy buta ukryty sztylet i rozcina nim swój nadgarstek.
- Co robisz? - próbuję go powstrzymać, lecz zostaję odepchnięty. - Cassian... Ty chyba nie... - identyczną ranę zadaje nieprzytomnemu krwiopijcy.
- Krew za krew – powtarza słowa przysięgi, którą wymieniają ze sobą tylko i wyłącznie wampiry...
- Nie ma szans, by coś takiego zadziałało na demona – staram się go powstrzymać, lecz jest za późno. Czarnowłosy odchyla jego głowę do tyłu i rozchyla blade wargi.
- Pij – rozkazuje, sięgając po jego nadgarstek... Patrzę oniemiały, jak przełyka wampirzą krew... - Wkurzysz się na mnie, gdy się obudzisz – żartuje, pewny swego.
- Nie nagniesz prawa – śmieje się z niego Satiel, idąc w naszą stronę. - Lepiej pogódź się z faktem, że jego dusza wędruje właśnie do lepszego świata.
- Jego dusza zostanie przy mnie, gdzie jest jej miejsce – odpowiada mu groźnie, wstając z ziemi.
- Książę, nie ma się co martwić... Za chwilę do niego dołączysz, zapewniam cię... - wymachuje groźnie swoim mieczem. - Jak zamierzasz walczyć, skoro powinieneś być blisko koteczka? Wiesz, że jeśli go teraz puścisz, twoje wysiłki spełzną na niczym - wskazuje na różowowłosego. - Coś mi się zdaje, że nie przemyślałeś sytuacji do końca... - drwi, tnąc powietrze. Że też musiał tak szybko uporać się z tym pniem...
- Nie on jeden... - odpowiada mu Sin, wyłaniając się z ciemności i prowadząc przed sobą Davida. - Poddaj się, albo twój mistrz zginie – nacina nieznacznie skórę na podwójnej szyi, brudząc krwią jego koszulę.
- Jeszcze żyjesz? Myślałem, że już dawno po tobie... - zakapturzony bacznie lustruje mojego ukochanego.
- Jeden cios to trochę za mało, by się mnie pozbyć – dumny Sin nie daje po sobie poznać, że został zraniony.
- Silny jesteś, skoro nadal trzymasz się na nogach... Powinieneś pójść w ślady swojego druha, z którym żałosny książę próbuje zawrzeć miłosny kontrakt. Odrobina krwi nie wystarczy, by go uratować, Cassianie...
- Zabierz stąd Nefryta i wracaj do zamku – czerwonowłosy nie spuszcza wzroku z przeciwnika, chowając mnie za swoimi plecami.
- Pomogę ci – oferuje książę.
- Idź już... - ponagla go. - Jack ze mną zostanie
Widzę jak ze sobą walczy, jednak życie przyjaciela jest dla niego priorytetem. Jeśli wampir nie zamieni się w pył do świtu, magia powinna go uzdrowić... Mężczyzna pozwala, by ogarnęła go ciemność. Znika razem z trzymanym w ramionach wielbicielem jednorożców. Mam nadzieję, że zdołał go ocalić...
- Pora to zakończyć. Poddaj się, Satielu, a pozwolę wam opuścić posiadłość – Sin chce dać im odejść...
- Nie słuchaj go. Odzyskaj kontrakt! - woła David.
- Jeszcze jedno słowo, a pozbawię cię głowy – grozi grubasowi.
- Nie możesz mnie zaatakować. Już zapomniałeś, że należę do rodziny?
- Jesteśmy tu sami, tylko nasza czwórka. I z pewnością nie wszyscy odejdą stąd żywi – Satiel rzuca się na Sina, ponownie go atakując. Ich walka jest przerażająca. Jeśli użyję eliksiru, nie pozbędę się z posiadłości Davida, bo bariera na niego nie zadziała. Nie spróbuje mnie zabić, bo to by znaczyło, że sam również zginie. Do tego mam przy sobie dokument. Muszę go zabezpieczyć. Wyciągam go z kieszeni i niepostrzeżenie wsuwam pod wielki kamień Klaudiusza. Nawet jeśli tu zginę, nie dostaną Sina...
- No cóż, Jack... Pora, abyś oddał mi to, po co tu przybyłem – byłem pewny, że spaślak wyciągnie broń spod marynarki, lecz nic takiego się nie dzieje. Ktoś u góry jednak mnie lubi...
- Twój pomocnik jest zajęty. Obawiam się, że będziesz musiał osobiści się pofatygować... - prowokuję go, cofając się w kierunku drzew.
- Ucieczka nic ci nie da, Jack! Poddaj się!
- Nie zamierzam uciekać. Chętnie popatrzę jak konasz na zawał. Powiedz mi, Davidzie... Dasz radę przeczołgać się tych kilka metrów, czy to przerasta twoje możliwości?  - rozwścieczony tłuścioch traci nad sobą kontrolę. Wyciąga dłoń w moim kierunku i posyła wiązkę płomieni. Na szczęście udaje mi się odskoczyć, więc trafia w wiekową sosnę, która zaczyna płonąć od zielonego ognia.
- Co u licha...? Czyżbyś ty również nie był człowiekiem?! - opieram się nonszalancko o kolejne drzewo.
- Nic ci do tego kim jestem! - wrzeszczy. Tym razem płomieni jest znacznie więcej. Ciska nimi na prawo i lewo, zajmując ogniem większość ogrodu.
- Może i potrafisz korzystać z czarów, ale masz problem z celnością – wołam do niego, szukając lepszego schronienia. Szaleniec podpala co tylko może, odcinając mi drogę ucieczki. Strugi potu zalewają mi twarz. Aaron nie traci ani chwili i popycha na mnie płonący konar. To koniec...
- Uważaj! - w ułamku sekundy pojawia się Sin, który osłania mnie przed najgorszym. Niestety, w ślad za nim podąża jego przeciwnik, który korzysta z zamieszania i wbija swoje zaklęte ostrze w ramię wampira, uniemożliwiając mu dalszą walkę. Czerwonowłosy syczy z bólu, opadając na mnie.
- Sin! Nic ci nie jest? - boję się, by nie powtórzyła się sytuacja z Nefrytem. Nie jestem księciem demonów. Nie uratuję go w ten sam sposób...
- To koniec, poddaj się – żąda Satiel, stając za jego plecami.
- Jeszcze nie... – zielonooki zaciska palce na rękojeści swojego miecza, którym podpiera się by wstać. Jest już tak zmęczony, że nie jest w stanie utrzymać się na nogach.
- Trafiłem cię dzisiaj cztery razy... Dziwi mnie, skąd masz tyle siły – uśmiech uznania pojawia się na ustach zakapturzonego wampira.
- Jestem obrońcą rodziny... Nigdy się nie poddam! - oczy Sina płoną równie mocno jak las, który goreje od ognia.
- Obrońcą rodziny? Nie rozśmieszaj mnie... Chodzi ci tylko i wyłącznie o tego człowieka. On umrze tej nocy, a ty będziesz patrzył... - jego jadowite słowa trafiają w samo sedno. Poświęca się dla mnie... To wszystko moja wina...
- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – odcina mu się.
- Oddaj kontrakt, Jack, a pozwolimy ci odejść – David w końcu do nas doczłapał...
- Nie oddam!
Wyciąga rękę i celuje wiązką płomieni w klatkę piersiową Sina, który rzuca się z krzykiem na ziemię.
- Satielu, bądź uprzejmy i odzyskaj go dla mnie...
- Ani kroku dalej... - ostrzegam wampira, wyrywając Sinowi miecz z ręki.
- Nie umiesz się nim posługiwać! Jesteś uzdrowicielem! - biedny Sin... Zaznał w życiu tyle zła, cierpienia i upokorzeń...
- Nie zamierzam walczyć – obracam ostrze ku sobie. - Tak będzie lepiej dla nas wszystkich... - czuję jak czubek ostrza przebija moją skórę na wysokości serca!
- Jack! Zaczekaj... Jeśli to zrobisz, zginą setki niewinnych osób... - zdenerwowany David próbuje złagodzić napiętą atmosferę.
- To prawda, jednak Sin jest dla mnie ważniejszy... Kocham cię ponad wszystko i wszystkich na świecie. Pamiętaj o tym...
- Nie rób tego... Błagam cię... - szepcze.
- Dam ci wolność... - przyrzekam mu.
Będę za nim bardzo tęsknił... Za jego dotykiem, uśmiechem, bliskością... Żałuję, że tak długo był tuż obok, a ja go ignorowałem. Spłacę swój dług. Udowodnię mu, że nikt inny się dla mnie nie liczy... Tylko on... Zamykam oczy i popycham mocniej ostrze...
Spodziewam się bólu i śmierci, lecz nic takiego nie ma miejsca. Satiel wytrąca mi miecz z ręki, a następnie wbija go w serce Davida, który po raz ostatni kumuluje w dłoni zielony płomień.
- Wracaj do piekła – szepcze tamten, odcinając mu głowę przy pomocy swojego czarnego ostrza. Ciało Davida staje w płomieniach. Widzę czarny cień, który nie potrafi się wyzwolić. Próbuje dosięgnąć do odrzuconej na bok głowy, lecz nie jest w stanie jej dosięgnąć. Zirytowany, wydaje z siebie straszliwe dźwięki. Pomstuje na Satiela, odgrażając mu się. - Odsuń się – prosi wampir, wyciągając z kieszeni niewielki, znajomo wyglądający medalion. Identyczny ma Sin. Otwiera jego wnętrze i zmusza demona, by wniknął do środka.
- Co robisz?
- Pieczętuję go... – odpowiada, po czym zamyka medalion i chowa z powrotem do kieszeni.
- Wiedziałeś... Od samego początku wiedziałeś, że jest potworem i pozwoliłeś mu na to wszystko?! Jak mogłeś?! - rzucam się na niego z pięściami, lecz mija mnie bez najmniejszego problemu. Klęka obok Sina i unosi jego głowę go góry. - Nie dotykaj go! - podnoszę porzucony miecz i celuję w jego plecy.
- Uspokój się. Nic mu nie zrobię. Potrzebuje krwi, inaczej umrze.
- Dam mu swoją krew!
- Nie uzdrowisz jego ran, a ja tak. Jestem jego stwórcą.
- Co takiego?! - moje oczy robią się wielkie, niczym spodki ulubionego serwisu herbacianego Henryka.
- Dobrze się spisałeś, mój synu... A teraz pij... - ściąga kaptur, wbija kły w swój nadgarstek, a następnie przykłada go do ust Sina.
Twarz Satiela jest równie anielska, jak u pozostałych wampirów. Ma długie, czerwone włosy i piękne, zielone oczy. Uśmiecha się delikatnie. Jego krew rzeczywiście pomaga, bo zarówno oparzenia, jak i inne obrażenia, znikają. Uleczył nawet szramę, którą zostawił David, a także te, które Sin sam sobie zadał, pijąc własną krew.
- Już wystarczy... - odsuwa rękę i przeczesuje jego potargane włosy.
- Dlaczego... Dlaczego nic nie powiedziałeś?
- Nie mogłem. Naraziłbym go na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Sin to mój jedyny dziedzic – odpowiada z dumą. - Gdy nadejdzie jego czas, przekażę mu swoje obowiązki.
- Obowiązki? O czym ty mówisz?
- Jestem łowcą. Poluję na tych, którzy zagrażają wampirom.
- Tak bardzo chciał cię poznać. W dodatku wyglądasz jak jego prawdziwy ojciec.
- Bo on i ja jesteśmy ze sobą spokrewnieni, stąd nasze podobieństwo.
- Jestem pewny, że zasypie cię pytaniami, gdy tylko się obudzi. Z tego co wiem, nie raz błądził po świecie, by cię odnaleźć – zmieniam temat, by łatwiej go rozgryźć.
- Nie mogę tu zostać. Ty musisz się nim zająć – jego oczy przepełnia ból. Czuje się rozdarty, bo chciałby przy nim zostać, a nie może.
- Proszę, nie odchodź! - staram się go powstrzymać, by kupić Sinowi jeszcze kilka chwil w jego obecności.
- Przykro mi... Kiedyś, gdy nadejdzie odpowiednia chwila, wrócę po niego i opowiem o wszystkim. Do tego czasu zostawiam go pod twoją opieką. A teraz wzmocnij barierę. Mam nadzieję, że zapewni wam bezpieczeństwo.
Sięgam po fiolkę i wylewam jej zawartość na kamień Klaudiusza. Pozornie nic się nie zmieniło, lecz w powietrzu wyczuwam silną energię. Ogarnia mnie fala spokoju. Nareszcie koniec...
- O co chodzi, opiekunie? Nie takiego efektu się spodziewałeś?
- Zastanawiam się po co to wszystko? Jeśli zostanę wampirem, zarówno dom, jak i rodzina, przestaną mieć znaczenie.
- Mylisz się. Kontrakt dalej będzie obowiązywał.
- Nie rozumiem. Czy moja przemiana nie oznacza, że następca nie będzie wybierany?
- Zgadza się. Rodzina zapomni o tobie, Sinie i tej posiadłości, jednak nie będziesz mógł zrezygnować ze swoich obowiązków. Nadal będziesz odpowiedzialny za eliksiry, a on zadba o twoje bezpieczeństwo. Masz w sobie krew uzdrowicielki. Twoje zdolności z pewnością wzrosną, lecz będziesz zupełnie bezbronny, tak jak ten różowy koteczek.
- To najlepszy przyjaciel Sina! Jeśli umrze...
- Nie miałem wyboru. Gdyby David zorientował się w tym, że chcę go zniszczyć, zapadłby się pod ziemią i dalej siał zamęt. Być może szalony książę zdoła go uratować. W każdym razie przeproś go ode mnie, jeśli go spotkasz – spogląda na niebo. - Czas na mnie.
- Nie możesz zostać? Dla niego? Byłby taki szczęśliwy.
- Mój syn... Krew z krwi...
- Mówisz tak, jakby ci na nim zależało.
- Bo zależy. Kocham go ponad wszystko – szczerość bijąca z jego zielonych oczy sprawia, że tym bardziej pragnę poczuć na sobie spojrzenie Sina.
- A twoje inne dzieci? Nefryt mówił, że je zabiłeś.
- Musiałem. Nie chciałem, by ktokolwiek dowiedział się o jego istnieniu. Proszę, ty także nikomu nic nie mów. Miłość wampirów różni się od ludzkiej. Jest niezniszczalna, głęboka... To najsilniejsza więź, jaka istnieje. Z resztą nie muszę ci tego tłumaczyć, prawda?
- Nie musisz – przyznaję.
- Żegnaj, mój synu... - całuje go w czoło. - Żegnaj, Jack. Wkrótce znowu się spotkamy... - rozpływa się w ciemności.
- Żegnaj, Satielu...
Wokół nas panuje niesłychana cisza, a z nieba znowu zaczyna padać śnieg. Pora wracać do domu...
Zabieram Sina, kontrakt oraz jego miecz i ruszam w drogę powrotną. Pierwsze promienie słońca rozświetlają niebo, ukazując skalę zniszczeń... Dom... David wysadził większą jego część w powietrze... Gdy Henryk to zobaczy, zabije mnie... Właśnie, Henryk! Gdzie on jest?!
Obchodzę posiadłość dookoła, lecz nie mamy szans, by schronić się w budynku. Pełno w nim dymu i potłuczonego szkła. Sin musi gdzieś odpocząć, najlepiej w jakimś ciemnym miejscu.
Decyduję się na wejście do środka. Potrzebuję koca, by ochronić wrażliwą skórę przed słońcem. Układam go na stole w naszej dawnej jadalni i staram się przedostać do swojego pokoju. Jest to karkołomne zadanie, ponieważ schody należą do przeszłości. Mimo to dostaję się na górę. Drżąc z zimna, zdejmuję z siebie mokre i na wpół spalone ubrania oraz wykręcam numer do Henryka. Ku mojemu zaskoczeniu, odbiera po pierwszym sygnale.
- Panie, nic ci nie jest?
- Henryku! - łzy szczęścia spływają mi po policzkach. - Wszystko w porządku. Jak się czujesz? I gdzie jesteś?
- Książę zabrał mnie i Milo do swego zamku. Jeśli chcesz, to mogę...
- Jak się czuje Nefryt? Czy on...?
- Nie wiem, panie. Książę Cassian zamknął się razem z nim w swojej komnacie i nie chce nikogo wpuścić.
- Rozumiem.
- Nie martw się, panie. Wszystko będzie dobrze.
- Mówisz tak dlatego, że nie widziałeś domu... - mruczę pod nosem. Naszą rozmowę przerywa cichy pisk, który dobywa się spod mojego łóżka. - Vero? - klękam na podłodze i wyciągam spod łóżka przestraszonego szczeniaczka.
- Nic mu nie jest? - dopytuje służący.
- Trochę się przestraszył, to wszystko.
- Całe szczęście. Nefryt nie mógł go nigdzie znaleźć.
- Henryku, muszę dostać się do podziemi. Sin bardzo tego potrzebuje.
- Użyj kuchennego przejścia – proponuje.
- Nie mamy już kuchni...
- W takim razie skorzystaj z tego, które jest na tyłach domu, w ogrodzie. Vero pokaże ci jak do niego trafić.
- Vero? - nieufnie spoglądam na szczeniaczka, który wtula się we mnie, liżąc po dłoni.
- Nauczyłem go kilku sztuczek. Poprowadzi cię, zaufaj mu. I daj mi znać, gdy panicz się obudzi. Zdecydujemy co dalej.
- Dziękuję. Zrobię jak mówisz.
- Panie, żartowałeś twierdząc, że nie mamy już kuchni, prawda?
- Nie będę ci psuł niespodzianki... - wzdycham smętnie do słuchawki, rozłączając się. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Najważniejsze, że Henryk jest cały i zdrowy. Dom można odbudować, prawda?
Wracam po Sina. Labrador piszczy ze szczęścia na jego widok.
- Potem się pobawicie. Jest bardzo zmęczony. Wskaż nam drogę – proszę go. Piesek spogląda mi prosto w oczy, machając wesoło ogonem. Zaczyna szczekać i rusza przed siebie.
Choć ciężko w to uwierzyć, to jednak Henryk jak zawsze miał rację. Odsuwam stary regał z narzędziami ogrodowymi, który znajduje się w szopce. Za nim schowane jest przejście. Zapalam zapałką jedną z pochodni. Ogień przechodzi na kolejną i dzięki tej sztuczce jestem w stanie zejść nieco głębiej.
- Dokąd teraz? - zastanawiam się na głos, gdy znajdujemy się na rozwidleniu. Pies obwąchuje obie drogi, po czym wskazuje na tę prowadzącą w lewo. - Ty tu rządzisz – idę za nim coraz węższym i bardziej krętym przejściem. Po kilku minutach marszu dochodzimy do drewnianych drzwi. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Vero opiera się na nich przednimi łapkami. Od razu ustępują.
Rozglądam się po niewielkim pomieszczeniu. Nie ma w nim łóżka. Zamiast tego na podłodze rozrzuconych jest sporo poduszek. Układam na nich Sina. Okrywam go kocem i z rozbawieniem obserwuję, jak pies od razu mości się przy jego boku. Na górze znajduje się niewielki otwór zabezpieczony szkłem. Nad nim widać wodę oraz przebijające prze nie poranne słońce. Czyli musimy być niedaleko strumienia.
Siadam obok Sina i przyglądam mu się przez dłuższą chwilę. Mogłem go dzisiaj stracić... Sam mogłem umrzeć... Na szczęście los znowu podarował mi kolejną szansę. Nie zmarnuję jej.
Obok poduszek zauważam oprawiony w jedwab, nieco okurzony, notes oraz znajomo wyglądające pióro. Należą do Sina... Przez chwilę waham się czy wolno mi przeglądać tak osobistą rzecz. Dochodzę jednak do wniosku, że skoro mamy spędzić ze sobą wieczność, powinniśmy się jak najlepiej poznać.
Wśród licznych zapisków, poświęconych ziołom oraz eliksirom, odnajduję prawdziwy skarb...

„Uratowałem syna przyszłego opiekuna. Jest śliczny. Ma na imię Jack. Pierwszy raz od dawna poczułem dotyk człowieka. Nie był wymuszony koniecznością. On naprawdę mnie dotknął. Pochłonięty zabawą nie zwrócił uwagi na fakt, że bacznie go obserwowałem. Ma w sobie tyle dobra i radości. Tak bardzo różni się od innych ludzi. Wiem, że to niemożliwe, ale chciałbym, aby pokochał mnie równie mocno, jak ja pokochałem jego...”.

Sin...

Cichy śmiech oraz natrętny język, liżący mnie po policzku.
- Vero, tak nie wolno. Obudzisz go... - niechętnie unoszę powieki. Sin leży tuż obok, opierając głowę na dłoni i wpatruje się we mnie tak intensywnie, że aż zapiera mi dech...
- Kocham cię... - szepczę do ulubionej zjawy sennej, która nie rozpływa się i nie zostawia mnie samego. W zamian za to puszcza ściskanego przez siebie psa, który nie bacząc na żadne zakazy, znowu się nade mną pastwi.
- On też cię kocha.
- Sin... - obejmuję go mocno, chowając w swoich ramionach.
- Udusisz mnie – protestuje cicho, lecz się nie wyrywa. Przylega do mnie ściśle, układając głowę na mojej piersi. - Uwielbiam ten dźwięk.
- Nie mów tak... To żenujące... - zawstydzam się, bo sama jego obecność wystarcza, abym moje serce dokazywało...
- Bardziej niż to, że podnieca cię, gdy piję twoją krew? - jego bystre oczy wwiercają się we mnie bezlitośnie.
- Nie wiem.
- Rumienisz się – przesuwa palcami po moim policzku. Sięgam po jego dłoń i całuję każdy z nich.
- Ty też będziesz się rumienić, gdy skończysz pode mną, nagi i zaspokojony.
- Tak sądzisz? - próbuje zachować powagę, ale robi tak głupią minę, że obydwoje wybuchamy śmiechem. - Pocałuj mnie – prosi, przymykając powieki. Z największą przyjemnością spełniam jego prośbę. Opiera się czołem o moje czoło i uśmiecha zadowolony.
- Zdradzisz mi co cię tak cieszy, kochany?
- Ty... To, że mogę z tobą być. Długo na to czekałem.
- Od chwili, gdy uratowałeś mnie przed upadkiem z drzewa? - pytam.
- Czytałeś mój...! - denerwuje się.
- Czytałem. Dlaczego tak trudno przyznać ci, że mnie kochasz? I to od dawna... - uśmiecham się napuszony.
- Pamiętasz, gdy zapytałeś mnie o medalion, który noszę na szyi? Powiedziałem ci wtedy, że umieszczam w nim zdjęcia wszystkich opiekunów, ale to nie była prawda. Są w nim ukryte dwie rzeczy, które kocham ponad wszystko. Pierwszą jest ten dom... Nasz dom... A drugą... - spogląda mi prosto oczy. - Kocham cię. Bardzo – ociera się ustami o moje usta, lecz nie całuje. - Te wszystkie lata, gdy byłem obok ciebie, obserwowałem jak dorastasz, jak stajesz się mężczyzną, spełniasz swoje marzenia... Chociaż nie mogłem ich z tobą dzielić, bo nienawidziłeś mnie najbardziej na świecie, są moimi najcenniejszymi wspomnieniami. Czasami zakradałem się by być blisko ciebie, by na ciebie patrzeć. Wkurzyłbyś się, gdybyś wiedział, jak często to robiłem. Twój ojciec dotkliwie mnie za to karał, ale nie umiałem się powstrzymać. To było silniejsze ode mnie. A potem umarł. Po raz pierwszy ucieszyłem się ze śmierci opiekuna, bo wybrano ciebie. W głębi serca liczyłem na to, że się zmienisz.
- Wybacz, nie chciałem być taki okrutny.
- To nie była twoja wina. Tak zostałeś wychowany. W głębi serca wiedziałem, że jesteś inny. Patrząc na ciebie nadal widziałem tamtego chłopca, który z taką bezgraniczną szczerością złapał mnie za rękę. I proszę, nie pomyliłem się.
- Nie tak dawno temu chciałeś związać się z innym, byle tylko ode mnie uciec – wypominam mu.
- To prawda. Nie mogłem dłużej znieść myśli, że nigdy nie spojrzysz na mnie inaczej, że nie odwzajemnisz mojego uczucia.
- Wynagrodzę ci to, zobaczysz.
-  Już mi to wynagrodziłeś. Jestem bardzo szczęśliwy – chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi.
- Sin, gdy spałeś Satiel powiedział, że jest twoim ojcem.
- Wiem, słyszałem jego słowa.
- Słyszałeś?
- Tak. Te o Nefrycie również.
- Więc wiesz także, że nie chcę marnować więcej czasu. Bądź ze mną na zawsze. Kochaj mnie wiecznie, aż do skończenia świata.
- Jesteś tego pewny, Jack? Tej przysięgi nie da się cofnąć. Będziesz ode mnie zależny, zdany tylko i wyłącznie na moją krew.
- Krew za krew... Tak, jestem pewny – całuję go po skroni.
- To dobrze. Ja też jestem pewny, że to właśnie ty.
- Więc na co czekasz? Gryź.
- Skąd ten pośpiech? Czy ma to związek z tym, że Henryk nie widział jeszcze domu?
- Może... - skubię jego dolną wargę.
- Zanim cię przemienię powinieneś wiedzieć, że jako wampir, będziesz mógł podróżować razem ze mną po świecie. Cieszysz się?
- Interesuje mnie tylko to, abyś stale był blisko. Najlepiej nagi... I obejmował mnie o tak – układam go na poduszkach i spoglądam na niego władczo z góry.
- Już jestem nagi. I wolę być na górze – błyskawicznie zamienia się ze mną miejscami.
- Nauczysz mnie tego?
- Jeśli będziesz grzeczny – zaczyna chichotać.
- Nie będę, dobrze o tym wiesz.
- Mam cię ugryźć już teraz? - dopytuje.
- Nie.
- Już się rozmyśliłeś?
- Nie rozmyśliłem, ukochany. Wolałbym jednak, abyśmy rozpoczęli wspólne życie od czegoś bardziej romantycznego. Wszystkie twoje wspomnienia związane ze mną są smutne i mroczne. Dlatego dam ci nowe.
- Kocham cię, Jack.
- Ja ciebie bardziej.
- Tak? - prycha.
- Wystarczy tego romantyzmu... Gryź...

Koniec