Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie szkolne yaoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie szkolne yaoi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 listopada 2017

Rozdział VI

„Najlepszy


Zawsze niewiele spałem. Umiejętność szybkiej regeneracji sprawdza się w byciu ochroniarzem. Pomimo napiętego grafiku, zostaje trochę wolnego tylko dla mnie. Dochodzi piąta rano. Przesuwam dłonią po zaparowanym lustrze, znajdującym się nad umywalką i poddaję się surowej ocenie. Kogo widzę? Nie przypominam dawnego siebie. Moje oczy są inne. Choć często korzystam z soczewek, by zmienić barwę tęczówek, to jednak brakuje im dawnego blasku. Brzuch zdobi blizna. Mam też inne włosy… Długie kosmyki powoli sięgają moich ramion. Już dawno powinienem je obciąć, jednak Brandon… Nie! Nie wracaj do przeszłości! Nic tam nie ma.  Zupełnie nic…
Otwieram szafkę i sięgam po nożyczki. Mam w tym sporą wprawę. W moim zawodzie zmiana wyglądu często ratuje życie… Krytycznie podchodzę do nowej fryzury, którą staram się dopracować za pomocą elektrycznej maszynki.
- Vee, co robisz? – zaspany książę zakrada się do niewielkiej łazienki.
- Przepraszam. Nie chciałem pana obudzić – wskazuję na urządzenie, które odkładam na blacie. Dobrze wiem, że ma wyjątkowo lekki sen. Wystarczy choćby szmer, by od razu wykazał się czujnością. Lata udręki nie poszły w las, co mały?
- Nie obudziłeś. Ja tylko… Obciąłeś włosy? – Eryk podchodzi bliżej i uważnie mi się przygląda.
- Tak. Zajmujemy się konsorcjum. Teraz bardziej przypominam biznesmena, nie sądzi pan? – uśmiecham się do niego, podziwiając efekty własnej pracy.
- Nieźle ci poszło – nieśmiało wyciąga rękę i dotyka wygolonego boku. – Moje też obetniesz?
- Nie wydaje mi się, by było to konieczne – czochram go po jasnych puklach.
- Dlaczego nie? Skoro ty odcinasz się od przeszłości, ja też mogę to zrobić, prawda? – mały pan Johnes szybko podejmuje decyzję. I czyta ze mnie, jak z otwartej książki. Cholerny symbolizm…
- Ja się od niczego nie odcinam. Po prostu uznałem, że… - jego szare oczy wpatrują się we mnie tak intensywnie… Nie umiem go okłamać. Rozumie ból w równym stopniu, co ja. – To już nie ma znaczenia – ucinam temat.
- Właśnie dlatego ja też tego chcę to zrobić! – takiej determinacji jeszcze u niego nie widziałem. Skoro naprawdę tego chce...
- Nie ma sprawy. Po śniadaniu możemy pojechać do jakiegoś salonu.
- Nie, ty to zrób.
- Ja? Dlaczego ja? – dziwię się jego nietypowej zachciance.
- Bo ufam tylko tobie, Vee. Nikomu innemu – szepcze. Ujmuje mnie jego szczerość. Długo go tego uczyłem.
- Mimo to uważam, że w profesjonalnym salonie…
- Zaryzykuję – uśmiecha się, przerywając mi po raz kolejny.
- No dobrze. Tylko później proszę nie mieć do mnie pretensji – ostrzegam chłopaka.
Przynoszę kuchenny stołek i każę księciu usiąść. Celowo odwraca się od lustra twierdząc, że woli niespodziankę. Jego włosy są proste i prawie białe. Sięgają aż do łopatek. Mały aniołek… Zawsze mi się wydawało, że lubi je takimi, jakie są. Nie rozumiem skąd w nim ta nagła potrzeba, by pójść z moje ślady. Wszystko się zmienia… Z początku chcę go zapytać jeszcze raz, czy jest pewny, lecz widząc ekscytację, malującą się na jego twarzy, nie robię tego.
W czasie całej operacji zrelaksowany Eryk dzieli się ze mną różnymi pomysłami, które jego zdaniem powinniśmy wcielić w życie. Jeszcze kilka miesięcy temu nie był tak śmiały. Wszystko musiałem z niego wyciągać. Tymczasem teraz… To zupełnie inna osoba. Przede wszystkim jest silniejszy psychicznie. Nie chowa się za moimi plecami. Coraz częściej proponuje własne rozwiązania. Genialne rozwiązania… Nie martw się, książę. Wspólnymi siłami wyprostujemy te kręte ścieżki. Jeszcze o tym nie wiesz, lecz moim celem jest nie tylko ukrócenie korupcji, czy zemsta na Alanie. Zrobię z ciebie króla…
- Gotowe – zdejmuję jasnobłekitny, frotowy ręcznik z jego ramion i podaję okulary, które od razu zakłada. Chłopak wstaje ze swojego miejsca i przegląda się w lustrze.
- Wyglądam zupełnie inaczej – z zaskoczeniem odkrywa uroki krótkich włosów.
- Czy nie o to chodziło? W tej fryzurze nawet rodzina by pana nie poznała – zapewniam go.
- Nie będę się z nimi spotykał aż do ukończenia studiów! – wpada w panikę na samą wzmiankę o powrocie do królestwa.
- Panie Johnes… - zaczynam delikatnie, nie chcąc go niepotrzebnie straszyć. – Obawiam się, że nie będziemy mieli innego wyjścia. Musimy tam wrócić. Zaplanować kolejne posunięcia, wybrać ludzi. Proszę się nie bać. Nie nastąpi to dziś, czy jutro – kładę mu ręce na ramionach, by nie uciekał wzrokiem od własnego odbicia. – Jest pan inną osobą niż przedtem. Jest pan silny, ale przede wszystkim przebiegły. I ma pan mnie. Z pana inteligencją i moimi kontaktami, zmienimy historię świata – uśmiecham się, by dodać mu otuchy.
- Historię świata…? Jestem tylko tchórzem, który boi się własnego cienia – dołuje samego siebie, wpatrując się w podłogę.
- Tchórz nie opracowałby strategii i nie zaczął skupować akcji. Zaszyłby się w jakiejś dziurze lub pozwolił się zabić. Tak długo, jak pan oddycha, zawsze jest nadzieja. Zawsze. A my skorzystamy z każdej sposobności, by pokonać wrogów. Jednak najpierw pojedziemy na małą wycieczkę. Wczoraj przywieziono mojego vipera… - rozpiera mnie duma na samo wspomnienie o moim „dziecku”.
- Naprawdę? – jego oczy momentalnie się rozpromieniają. Nasłuchał się ode mnie różnych historii, związanych z tym samochodem… Odnoszę wrażenie, że stał mu się równie bliski, jak ja.
- Jeśli przeżyje pan nocne wyścigi, przeżyje pan wszystko – obiecuję mu.
- Gdy ty o tym mówisz, to brzmi realnie, ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Ponoć na obrzeżach miasta sprzedają niesamowity tort truskawkowy. Sprawdzimy? – w jego oczach odżywają błyszczące iskierki.
- Pojedziemy tam viperem? – dopytuje.
- Pierwszy klient zawsze dostaje jedną porcję gratis… - kuszę.
- Jest za siedem szósta. Nie zdążymy – zerka na tarczę swojego zegarka.
- Zdążymy, zapewniam pana, że zdążymy… - sięgam po swoją kurtkę i puszczam chłopaka przodem. – W siedem minut nie tylko kupimy ciasto, ale i wrócimy do domu…

***

Uwięziony z mieszkaniu z obrażonym Brandonem, ćwiczę wysublimowaną sztukę cierpliwości. Ludziom Adama nie udaje się dowiedzieć niczego konkretnego, zmuszając nas tym samym do pozostania na miejscu.
W towarzystwie innej osoby, cieszyłbym się w takiej opcji. Jednak w obecnej sytuacji… Przecież to nie moja wina, że chłopak nie zna się na żartach. Wydawało mu się, że spełnię jego erotyczną zachciankę tylko dlatego, że postraszy mnie wujkiem? Ma pecha. Nie wiem, co oznacza „strach”. Wyzbyłem się go razem z innymi, zbędnymi uczuciami w chwili, gdy zamordowano mego brata. Ten malec był dla mnie wszystkim. Codziennie pilnowałem matki, by nie piła i nie ćpała w ciąży. Nie protestowała, gdy zabrałem noworodka i odszedłem. Ponoć zmarła jakiś czas później.
Choć starałem się jak mogłem, by dziecko miał w miarę normalny dom, nie zapewniłem mu najważniejszego – bezpieczeństwa. Pierwszy i ostatni raz zawiodłem. Do teraz pamiętam zapach krwi i prochu, który unosił się w kuchni nad ciałami. Czteroletni malec, schowany za plecami opiekunki… Cholerny zwyrodnialec nie zostawił po sobie żadnych śladów, poza niewielkim, złotym sztyletem. Nie udało mi się ustalić jego pochodzenia. Nie szkodzi. Mam czas. Prędzej czy później nasze drogi znowu się skrzyżują, a wtedy…
- Nie chcę! Nie chcę! Nie zabijaj…! Nie zabijaj mojej mamy! – krzyki Brandona odbijają się od pustych ścian. Od czasu, gdy go odrzuciłem, zaczął śnić koszmary. Zrezygnowany kieruję się do jego pokoju. Spóźniłem się. Już nie śpi. Łka cicho w poduszkę. Nie będę go pocieszał. To rodzaj bólu, który tylko i wyłącznie czas jest w stanie ukoić. Bezszelestnie wycofuję się na korytarz i przymykam drzwi.
Mniej więcej po dwóch godzinach rudowłosy decyduje się opuścić swoją kryjówkę. Wyciąga z lodówki butelkę wody i siada obok mnie na sofie. Odkręca zakrętkę, po czym pociąga kilka łyków. Ma spuchnięte oczy i dłonie nieco mu drżą. Nieśmiało opiera głowę o moje ramię licząc na to, że go nie odepchnę. Nie reaguję. Pozwalam mu tak trwać przez kilka minut, aż decyduje się przerwać cieszę.
- Wujek dzwonił? – pyta schrypniętym głosem.
- Nie.
- To dobrze. Nie chcę stąd wyjeżdżać – nieświadomie zaciska dłonie na plastiku, wgniatając go. Zabieram mu jego „ofiarę”, by się nie oblał  i odkładam na stolik.
- Nie mamy na to żadnego wpływu – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Nie przeszkadza ci takie życie? – unosi na mnie wzrok. – Wypełnianie cudzych poleceń, czekanie na telefon, zabijanie… - ostatni wyraz wyszeptał tak cichutko, że ledwo go usłyszałem.
- Jeszcze nikogo nie zabiłem – mierzwię mu i tak dość mocno potarganą czuprynę.
- Jeszcze – powtarza po mnie. – A jeśli będziesz musiał to zrobić? Jeśli oni znowu po mnie przyjdą, to…
- To wtedy zrobię to, co należy do moich obowiązków – ucinam temat, wstając. – Przecież wiesz kim jestem i czym się zajmuję.
- Nie chcę, żebyś zabijał. Mam już dość śmierci – spuszcza głowę i podciąga kolana bliżej klatki piersiowej.
- Właśnie dlatego masz wypełniać moje polecenia. Czasami decydują ułamki sekund. Z resztą nie musze ci tego mówić. Twój ojciec był komendantem policji, więc…
- Zupełnie mu na mnie nie zależało! – wybucha gwałtownie. – Żył tylko pracą. Nie miał czasu na rodzinę. Liczyły się tylko kolejne sprawy, handel narkotykami, przyciskanie świadków! Nie masz pojęcia jak bezwzględny i okrutny… - nagle przerywa, jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. – Te dowody, które zniknęły. Cieszę się, że ktoś je zabrał – zaczyna się gorzko śmiać. – Wyobrażam sobie jego bezradną minę. Poświęcił tyle wysiłku, by wpakować kilku kolesi do paki, a teraz jego oddani koledzy będą ich musieli wypuścić… - śmieje się przez łzy. Wracam na sofę i siadam obok niego. Brandon wtula się w moją klatkę piersiową i zaczyna płakać. – Chcę, żeby wrócili… Żeby było jak dawniej… Zostałem sam…
- Nie jesteś sam. Masz rodzinę. Oni się tobą zaopiekują – staram się go uspokoić, choć jednocześnie dobrze wiem, że kiepski ze mnie pocieszyciel.
- Nie chcę mieszkać z wujem Adamem! On jest zły! Jest takim samym bandytą jak ci, z którymi walczył ojciec! Błagam, nie jedźmy do Kanady! – jego drobnym ciałem wstrząsają niekontrolowane dreszcze. Żal mi go, lecz zlecenie to zlecenie. Decyduję się milczeć i pozwalam chłopakowi płakać do woli. Może przyniesie mu to ulgę, a może poczuje się jeszcze gorzej… To nie ja podejmę decyzję dotyczącą jego przyszłości.
Czas płynie tak wolno. Kolejna lekcja cierpliwości… Czekam, aż oddech rudzielca staje się równomierny, a potem ostrożnie biorę go na ręce i zanoszę do jego pokoju. Kiedy porządnie się wyśpi, będzie mu łatwiej nabrać dystansu.
- Nie odchodź… - łapie mnie za rękę, gdy układam go na pościeli. – Zostań ze mną – żebrze.
- Śpij, potem porozmawiamy – próbuję się odsunąć, lecz on jest szybszy. Przyciąga mnie bliżej zmuszając, abym usiadł obok.
- Brandon…
- Błagam, nie zostawiaj mnie… Nie ty… - Widząc jego zbolałe spojrzenie, nie potrafię mu odmówić.
- Posuń się – niechętnie poprawiam poduszkę i kładę się na łóżku. Jestem nieco spięty, lecz jemu to zupełnie nie przeszkadza. Ponownie wtula się we mnie, ciasno obejmując.
- Vee… Przepraszam za tamto – mamrocze sennie.
- Nie ma sprawy – przeczesuję jego włosy palcami.
- Gniewasz się na mnie?
- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Od teraz będę grzeczny, zobaczysz – wciska twarz w zagłębienie mojej szyi. – Zrobię, co zechcesz… Wszystko…
- To się jeszcze okaże – studzę jego zapędy. Nasza podróż byłaby znacznie prostsza, gdybym mógł nad nim zapanować. Być może wreszcie jest szczery i pozwoli mi robić to, do czego zostałem zatrudniony.
- Kocham cię, Vee… - mruczy, zasypiając.
„Kocha”? Na dźwięk tych słów mam ochotę zerwać się z miejsca i uciekać w popłochu. Nie mogę tego zrobić z bardzo prozaicznego powodu – śpiący nastolatek owinął się wokół mnie, uniemożliwiając wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Świetnie. Tylko tego mi brakowało…

Przez większość nocy nie mogłem zasnąć. Nie przeszkadzało mi nadmierne ciepło, czy „uwięzienie” przez mojego podopiecznego. Szczeniak jest bliski załamania nerwowego. W takim stanie nie trudno zobaczyć coś, czego nie ma… Źle zinterpretował moją troskę i teraz wydaje mu się, że to miłość.
Moje przemyślenia przerywa ciche wibracje.
- Moi ludzie sprawdzili teren. Jest czysto. Możecie jechać dalej – Adam nie lubi tracić zbędnego czasu na konwenanse.
- Jesteś pewny? – dopytuję. – Brandon przechodzi mały kryzys…
- Poradzisz sobie, prawda – mężczyzna dość szybko okazuje mi swoje zniecierpliwienie.
- Nie mam innego wyjścia.
- Zrób wszystko, by dojechał do Kanady. Wiem, że dzieciak bywa trudny, ale to mój jedyny krewny, dlatego postaraj się jakoś go do siebie przekonać. Znamy się od dawna. Dobrze wiem, jaki potrafisz być czarujący, gdy się nieco postarasz.
- Robię to cały czas, wierz mi – odpowiadam cierpko, wspominając nasze poprzednie rozmowy.
- Uważajcie na siebie. Odezwę się wkrótce  - rozłącza się. Gdy odkładam telefon do kieszeni, niebieskooki unosi powieki i posyła mi zagadkowe spojrzenie.
- Nadal tu jesteś… - uśmiecha się do mnie.
- Lepiej się czujesz? – pytam, próbując wybadać w jakim jest stanie.
- Dużo lepiej – łasi się do mnie, jakby był kotem. – Dziękuję.
- Twój wujek każe nam ruszyć dalej – zaczynam ostrożnie.
- Jeszcze pięć minut, dobrze? Chcę się tobą nacieszyć…
- Przecież cały czas jestem obok.
- To prawda, ale chwile takie jak ta, gdy mam cię naprawdę blisko… - chichocze, próbując dosięgnąć moich ust.
- Brandon, prosiłem cię… - warczę, wyswobadzając się z jego objęć.
- Bez śniadania robisz się nieznośny. Mam coś przyrządzić, czy zjemy po drodze? – chłopak kładzie się na brzuchu i wpatruje we mnie intensywnie, jakby próbował wwiercić się we mnie chabrowym laserem, ukrytym w jego pięknych oczach.
- Wolę nie ryzykować. Nie zdziwiłbym się, gdybyś spróbował mnie otruć – kpię, rzucając z niego poduszką.
- Wiesz, wujek w jednym miał rację – jego słowa powstrzymują mnie przed wyjściem z sypialni.
- Tak?
- Mógłbyś się bardziej starać i częściej pokazywać swoją prawdziwą twarz.
- Moje prawdziwe co? – zaczynam się śmiać, zaskoczony jak szybko mnie przejrzał.
- Kocham cię, Vee – zeskakuje z łóżka i cmoka mnie w policzek. – Będę gotowy za pięć minut.

Mijają cztery dni, odkąd mój podopieczny przeszedł całkowitą transformację. Jest miły, grzeczny, ale przede wszystkim posłuszny. Nie wykłóca się o każdy drobiazg. Przestał być złośliwy i zadziorny. Za to bezustannie wpatruje się we mnie rozanielony.
- Przestań – karcę go, nie odrywając wzroku od szyby.
- Jesteś taki pewny siebie, a peszy cię moje niewinne spojrzenie? – pyta, podpierając głowę i próbując okiełznać rude loki, które rozwiewa mu wiatr. Brandon bardzo chciał, abyśmy przejechali się autem z otwieranym dachem. Postanowiłem ulec jego prośbie, ponieważ już jutro mój człowiek przywiezie prototyp vipera, który ulepszam od pewnego czasu.
- Uważasz, że jestem speszony? – zerkam w jego stronę. Jego piegowata twarz od razu rozjaśnia się uśmiechem.
- Uważam, że jesteś cudowny. I mało wymagający. To mi się w tobie podoba – sięga po torebkę cukierków, które kupiliśmy na stacji benzynowej. – Chcesz? – podtyka mi na wpół roztopiony karmelek.
- Nie, dziękuję.
- Widzisz, właśnie o tym mówię. Masz świetny refleks, choć niewiele śpisz. Jesteś naprawdę niezłym kierowcą, a w dodatku zostawiasz mi wszystkie słodycze – rozmarza się, wymownie oblizując palce. Ten drobny gest sprawia, iż mój wzrok zatrzymuje się na nim o sekundę dłużej, niż powinien. – Jednak masz ochotę, prawda? – ponownie podsuwa mi cukierka.
- Przestań. Te sztuczki na mnie nie działają.
- A co na ciebie działa, Vee? – szybko podchwytuje temat. – Co sprawia, że twoje serce bije szybciej?
- Samochody – rzucam bez zastanowienia.
- No tak, mogłem się tego spodziewać… – udaje lekko obrażonego. – A miłość?
- Nie ma czegoś takiego – prycham gniewnie.
- Nie kłam. Całowałeś się ze mną, więc wiem, że potrafisz być bardzo namiętny – ponownie wraca to tematu, o którym jak najszybciej obydwaj powinniśmy zapomnieć.
- Namiętność i miłość to dwie zupełnie różne sprawy. Jesteś jeszcze młody, dlatego nie rozumiesz.
- Rozumiem lepiej, niż ci się wydaje – dumnie unosi podbródek w górę. – Może i jestem młody, ale doświadczyłem wielu…
- Zatrzymamy się tu na obiad – przerywam mu, zjeżdżając z szosy w kierunku niewielkiego baru. – Masz się trzymać blisko mnie i nie rozmawiać z obcymi – przypominam żelazne zasady, od których nie ma odstępstw.
- Jak chcesz – chłopak szybko radzi sobie z rozczarowaniem. Nie jestem specjalnie głodny, lecz wiem, że w takich miejscach uwagę Brandona absorbują towarzyszący nam ludzie, których bacznie obserwuje. Nie czuje się pewnie wśród obcych. Przygląda się zarówno kilku mężczyznom i kobiecie. Komentują wyniki ostatniego meczu, racząc się stekami i popijając lemoniadę. Co jakiś czas ich uwagę pochłania niewielki telewizor, na ekranie którego kilku sportowych komentatorów tłumaczy widzom niuanse ostatniego spotkania. Ponoć gracze faworytów dali ciała, podkładając się nowicjuszom. Amerykański football nigdy mnie nie interesował. Nie mam też ochoty na hamburgera, którego zamówiłem. Moim jedynym celem było odwrócenie uwagi Brandona, co świetnie mi się udaje. Chłopak zaczyna rozmawiać ze mną o sporcie. Opowiada mi również kilka historyjek dotyczących jego liceum. Słucham go bardzo uważnie, celowo zadając coraz więcej pytań, by nie przestawał mówić.
Po kilku godzinach jazdy, udaje się nam w końcu dotrzeć do niewielkiego pensjonatu, prowadzonego przez uroczą, starszą panią, która nieco niedosłyszy. Nasza gospodyni częstuje nas domową zupą  kukurydzianą oraz chlebem, który rano upiekła jej córka. Stosuję tę samą sztuczkę i bardzo szczegółowo wypytuję staruszkę o jej zmarłego męża, który zginął w czasie wojny w Wietnamie. Niektóre z pytań muszę powtarzać po kilka razy, co tym bardziej irytuje znudzonego Brandona. Kobieta jest pewna, iż rudzielec jest moim synem. Nie wyprowadzam jej z błędu.
- Wybrałeś bardzo dziwaczne miejsce – błękitnooki siada na starym, drewnianym łóżku, podziwiając piętrzący się stos poduszek.
- Nie lubisz różyczek? – wskazuję na kwiatowy wzór poszewek, który jest wiernym odwzorowaniem tapety, nadając całemu wnętrzu dość zabawny klimat.
- Daj spokój, to dobre dla dziewczyn! – oburza się. – Tu jest jak w domku dla lalek. Porcelana, zdjęcia jej męża i wnuków… Wolałem, gdy nocowaliśmy w motelach.
- Te rzeczy mają duszę – bronię skarbów starszej pani. – Poza tym w żadnym motelu nie znajdziesz równie miękkiego materaca – rzucam się na posłanie.
- Vee, nie sądzisz, że to trochę nie fair?
- Twoje łóżko jest takiej samej wielkości, więc nie marudź – odgaduje jego myśli, moszcząc się wygodniej na puchowej pierzynie.
- Nie o tym mówię. Przecież to jej dom – szepcze poruszony. – Nie podoba mi się, że sąsiadujemy przez ścianę z obcą osobą, która pewnie nas podsłuchuje.
- W motelu również sąsiadowaliśmy z obcymi ludźmi. Nie narzekałeś  z tego powodu – wypominam mu.
- To prawda, ale ja… - rumieni się lekko, dobierając dalsze słowa. – Ja chciałbym… Znaczy myślałem, że my… No wiesz… Lubię z tobą spać w tym samym pokoju, ale wiedząc, że ona jest obok, czuję się nieco skrępowany – tłumaczy mi zawile.
- Brandon… Gdyby pani Miller wiedziała, jakie zboczone pomysły zatruwają twoje myśli, pewnie wysłałaby cię do kościoła na nocne czuwanie! – drażnię się z nim.
- Nie o tym myślałem! – czerwieni się jeszcze bardziej. – Jak mam zasnąć wiedząc, że tuż za ścianą czai się babcia w staromodnej koszuli?! Powiedziałeś jej, że jedziemy zwiedzać rodzinne strony. A jeśli sprowadzimy kłopoty na jej dom?
- Nic się jej nie stanie. Masz na to moje słowo – mój ton powinien pozbawić go dalszych wątpliwości.
- A jeśli przyśni mi się coś złego i zacznę krzyczeć?
- Obudzę cię. Nie martw się.
- Mogę z tobą spać? – wreszcie przechodzimy do rzeczy.
- Nie.
- No nie bądź taki! Przecież to dla jej dobra. Obiecała ci maślane ciasteczka na śniadanie. Chyba nie chcesz jej denerwować, co? W jej wieku niepotrzebny stres…
- Moja odpowiedź nadal brzmi nie, więc przestań snuć niedorzeczne teorie i kładź się.
- Vee,  mógłbyś choć raz przestać udawać dupka i pomyśleć o innych.
- Masz mnie za naiwnego? Zbyt wiele razy próbowałeś tej sztuczki…
- Tym razem jest inaczej, przecież wiesz! Zmieniłem się i…- zaczyna krążyć nerwowo po pokoju, zdradzając swoje zdenerwowanie. – No dobrze, może na początku serio tego chciałem, ale teraz… Seks zszedł na dalszy plan i wcale go nie chcę, a ty?
Czy mam ochotę kochać się z Brandonem? Hmm… W sumie mógłbym to zrobić. Nawet jeśli nie jest doświadczony, wystarczyłoby kilka drobnych podpowiedzi i mogłoby być naprawdę miło. Jednak nie od dziś wiadomo, że mieszanie przyjemności z obowiązkami zwykle nie kończy się happy endem…
- Nie tak, jak maślanych ciasteczek pani Miller. Radzę ci wziąć zimny prysznic, bo nic tego nie będzie – unoszę się nieco do góry i wskazuję mu drzwi łazienki.
- Dobra, jak chcesz! – wkurza się na mnie, ściągając buty i rzucając je na środku pokoju. – Ciesz się swoimi ciastkami, starociami, kwiatkami i czym tam chcesz! – kończy się rozbierać i gasi światło.
Przez dłuższy czas nie ruszam się ze swojego miejsca. Mały krzykacz kręci się nieco na łóżku, aż w końcu zasypia. Spoglądam na zegarek. Dochodzi pierwsza. Robię się senny. Jednak zanim zasnę, upewniam się, że drzwi od pokoju są zamknięte na klucz. Blokuję również klamkę krzesłem. Jeśli Brandon spróbuje je przestawić, przewróci się.
Ciepła woda oraz miękka pościel kuszą mnie niemiłosiernie. Choć nie tylko one. Para smutnych, wpatrzonych w mrok oczu, próbuje wyśledzić każdy mój ruch. Udawał, że śpi… Jeśli czegoś nie zrobię, obydwaj będziemy mieli noc z głowy. Niewyspany nie zdołam się cieszyć przejażdżką moim maleństwem… Szlag by to wszystko trafił!
- Zmieniłeś zdanie? – pyta, gdy odkrywam kołdrę i kładę się obok.
- Nie robię tego dla ciebie, lecz dla siebie.
- Dla siebie? Myślałem, że teraz to ja jestem dla ciebie najważniejszy… I nie musisz blokować drzwi. Nie będę uciekać. Nie chcę skończyć jak rodzice.
- Rano ktoś tu przyjedzie i przywiezie coś, na co od bardzo dawna czekałem – wtajemniczam go w swoje plany, odwdzięczając się tym samym za jego szczerość.
- Kolejna dziewczyny? – od razu markotnieje.
- Jesteś zazdrosny – czuję niekontrolowany przypływ satysfakcji, wypowiadając na głos to stwierdzenie.
- Nie – burczy obrażony, po czym zmienia ułożenie ciała, by maksymalnie się ode mnie odsunąć. – Możesz sypiać z kim chcesz. Zupełnie mnie to nie rusza…
- To dobrze, bo moja miłość zostanie z nami na dłużej – podsycam w nim niepewność, dobrze się przy tym bawiąc.
- Zostanie? Co przez to rozumiesz?
- To, co powiedziałem. Śpij już – zamykam oczy.
Wyraźnie czuję, że korci go, by coś jeszcze dodać, lecz rezygnuje z tego pomysłu. Chyba rzeczywiście się zmienił. Przedtem zadręczałby mnie pytaniami, a teraz – jest potulny, niczym baranek. Uśmiecham się do siebie na myśl o jutrzejszym poranku. Viper i ja… Nareszcie razem…
Ryk silnika, pęd koni mechanicznych… Dotyk miękkiej skóry pod palcami… Wyciągam dłoń, by musnąć kierownicę, lecz nie mogę ruszyć ręką. Co do...?
- Nie robił bym tego na twoim miejscu – do moich uszu dobiega złowieszczy szept. – Przywiązałem cię do łóżka i zamierzam wykorzystać…

czwartek, 2 lutego 2017

Rozdział X

„Kai


Nowa wiadomość

Do : BlueMoon
Temat : I'm just a LostBoy

Mój Ukochany,
To będzie ostatnia wiadomość, którą do Ciebie napiszę. Nie masz pojęcia jak mnie to boli. Na szczęście nie ma Cię teraz przy mnie. Nie chcę przy Tobie płakać. Wolałbym, abyś zapamiętał wyłącznie nasze dobre chwile.
Podobny list napisałem do mamy. Nie wiem czy powinienem był to robić, ale wiesz jaka ona jest. Muszę jej zostawić trochę wskazówek, inaczej popadnie w pracoholizm i zawsze będzie szukała kluczyków. Proszę, zaopiekuj się nią, dbaj chociaż przez jakiś czas. Nie chcę, by się załamała. Nie licząc Ciebie, to najdroższa mi osoba na świecie. Gdyby nie jej pomoc i wsparcie, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Przeprowadzka była jej pomysłem. Szukała miejsca daleko od domu, lecz prawda jest taka, że zawsze chciała mieszkać blisko oceanu. Rozumiem ją. Poza najcudowniejszym widokiem z okna, los obdarzył mnie Twoją obecnością, uśmiechem, miłością... Jestem taki szczęśliwy, że dane mi było cieszyć się tym wszystkim, nawet jeśli trwało to zaledwie chwilę.

'Cause we're both too young
To give into forever

Przepraszam, że nie dotrzymam tak wielu obietnic. Nie pójdziemy razem na studia. Nie zamieszkamy w wielkim domu. Nie będziemy razem pracować. Pewnie i tak nie umiałbym się przy Tobie skupić. Samo Twoje spojrzenie wystarczy, abym zapomniał jak się nazywam. Psa i kota też nie będziemy mieć. Razem. Może to egoizm przeze mnie przemawia, ale chciałbym, abyś zrealizował chociaż ułamek z naszych wspólnych planów. Pomyśl wtedy o mnie i wiedz, że cokolwiek się stanie, ja zawsze będę przy Tobie. Wszystkie moje myśli, marzenia, plany, cała moja miłość – to wszystko było, jest i będzie tylko Twoje.

I'll leave you one last kiss on your pillow
'Fore I fly away

Proszę, nie oglądaj się na mnie. Żyj pełnią życia, tak jak do tej pory. Wiem, że teraz jest Ci trudno, ale to minie. Wkrótce stanę się wspomnieniem, jednym z wielu, zamglonym i odległym, które przechowuje się jak stare pudełko z muszelkami, które przywieźliśmy z pamiętnych wakacji wieki temu.
Niedługo poznasz kogoś, kto jest Ci naprawdę przeznaczony. Pokocha Cię równie mocno i sprawi, że będziesz szczęśliwy. W głębi serca liczyłem na to, że to będę ja... Zgubiła mnie zachłanność. Ostatecznie ile osób ma szansę, by zakochać się w kimś dwa razy? Znacznie łatwiej wygrać miliony na loterii. Mogę śmiało uznać się za szczęściarza, bo mi się udało.
Nasza miłość była taka prawdziwa. Zbyt piękna, by trwać "na zawsze". Kto wie, może właśnie tak jest dobrze? Mówi się, że prędzej czy później każde uczucie się wypala. Namiętność zostaje zastąpiona przyzwyczajeniem. Możesz się śmiać, lecz wolę pozostać marzycielem, który do końca uznaje podobne rewelacje za totalne bzdury. Jak mógłbym Cię nie kochać? Nie wyobrażam sobie tego! Masz w sobie coś takiego co sprawia, że trudno pozostać obojętnym. Jednak Twój blask objawiał się dopiero wtedy, gdy się do mnie uśmiechałeś. W sumie ciągle to robiłeś. Jestem w stanie policzyć na palcach jednej ręki chwile, gdy Twoje oczy były poważne. Zdradzę Ci mój sekret (teraz już mogę, bo wiem, że nie będziesz miał mi tego za złe) – ciągle się w Ciebie wpatrywałem. To było silniejsze ode mnie. Wodziłem za Tobą wzrokiem zwłaszcza wtedy, gdy nie patrzyłeś. Udawałem, że się uczę, a tymczasem studiowałem bardzo uważnie barwę twoich czekoladowych tęczówek, albo sposób, w jaki marszczyłeś czoło. Mijało kilkanaście minut. Nie potrafiłem się dłużej powstrzymać i wyciągałem rękę w Twoją stronę, celowo cię prowokując. Unosiłeś na mnie wzrok i... To niesprawiedliwe, że to już koniec! Dlaczego nie dostaliśmy drugiej szansy?
Może w kolejnym życiu los na nowo nas połączy, a nawet jeśli nie, to wiedz, że jesteś moim ideałem, miłością mojego życia i będę Cię kochać tak samo mocno aż do chwili, gdy ponownie się spotkamy. Uśmiechnij się wtedy do mnie tak jak zawsze. Nie mogę się doczekać tej chwili. Bez Ciebie będę tylko zagubionym chłopcem, który czeka na swojego księcia z bajki.

I'm just a Lost Boy
Not ready to be found

Żegnaj, Jared.
Twój Kai.

***

Obiecałem Wam moje inspiracje :) Poszukajcie na YT.

Lost Boy, Troye Sivan (pozwoliłem sobie zacytować drobne fragmenty w tekście)
Blue Moon, Troye Sivan

Moi Drodzy,

Jak z pewnością wiecie, pierwszy rozdział Zdrajcy pojawi się jeszcze w tym tygodniu (chyba :D). Proszę, abyście pomogli mi dokonać pewnego wyboru. Wolicie, abym pisał z perspektywy tylko seme, czy mam podzielić każdy (lub prawie każdy) rozdział na pół, by zakraść się także do umysłu (i serca) uke? Dajcie znać, abym mógł zabrać się do pracy :)

Wasz Kitsune

środa, 1 lutego 2017

Rozdział IX

„Kai


- Nie wrócisz na noc do domu? Dlaczego? - zszokowany przyglądam się mamie, która maluje usta cielistą szminką.
- Jared ci nie mówił? Wybieram się na przyjęcie do burmistrza razem z jego rodzicami. Myślałam, że wiesz – wydaje się zmartwiona takim obrotem sytuacji. - Roztrzepany z niego chłopak. Ostatnio tylko nauka mu w głowie. Ucieszyłam się na to wyjście, bo wspominał, że macie swoje plany na sobotę.
- To jeszcze nic pewnego – mruczę w odpowiedzi, spuszczając wzrok.
- Nic pewnego? - mama podchodzi bliżej i pochyla się nade mną, by spojrzeć mi prosto w oczy. - Za dobrze cię znam. Coś ukrywasz...
- To nie moja wina, tylko Jareda! Namówił mnie na spotkanie z Blue. Jedziemy do hotelu Białe Mewy – wyznaję wszystkie przemilczane grzeszki.
- Ty i Jared... I ten internetowy chłopak? Nie wydaje mi się, że to dobry pomysł. Dorze to przemyślałeś?
- Nie. On... wymusił to na mnie! Co miałem zrobić? Zgodziłem się, ale tak bardzo się boję! Co zrobię, jeśli to Blue okaże się tym jedynym? Jak spojrzę Jaredowi w twarz? I co mam powiedzieć Blue? - wpadam w panikę, którą moja rodzicielka zdaje się podzielać.
- Skoro tak, to może lepiej to odwołaj.
- Nie mogę!
- Nie możesz, czy nie chcesz?
- Mamo, jeśli tam nie pojadę, Jared uzna, że tylko bawię się jego kosztem.
- Ma rację. Od początku ci mówiłam, że powinieneś z nim być, prawda?
- Wtargnął siłą do mojego życia, powywracał wszystko do góry nogami i jeszcze się rządzi. Kocham Blue. Jest dla mnie bardzo ważny, ale...
- Jareda też kochasz... - kończy za mnie zdanie.
- Kocham... Mamo, co ja mam zrobić? Jak z tego wybrnąć? To dzieje się za szybko. W przyszłym tygodniu są egzaminy, a potem operacja. Nie dam sobie rady, jeśli stracę ich obydwu!
- Kai, synku. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – pociesza mnie, mocno przytulając.
- Tak bardzo chciałbym ci wierzyć – jęczę w odpowiedzi.
- Dzień dobry – na dźwięk jego głosu, od razu uwalniam się z bezpiecznych mojej rodzicielki.
- O wilku mowa – Alison uśmiecha się promiennie. - Nie powiedziałeś Kaiowi o przyjęciu – wypomina mu.
- Przepraszam, zapomniałem – chłopak udaje potulnego.
- Synku, nie muszę tam iść. Jeśli wolisz, żebym...
- Wykluczone! - przerywa jej Jared. - Kai nie będzie dłużej chować głowy w piasek. Pojedzie ze mną.
- A jeśli ten cały BleuMoon nie przyjdzie? - pyta mama.
- Proszę się nie martwić. Zadbałem o to, abyśmy się nie nudzili, prawda? - posyła mi wymowne spojrzenie, pod wpływem którego moja krew zdaje się wrzeć.
- Ufam, że załatwicie to między sobą. Zadzwonię – kobieta pośpiesznie całuje mnie w policzek. A ty – zwraca się do brązowookiego – masz się nim zaopiekować, jasne?
- Obiecuję – uśmiecha się pewny siebie.
- To lecę! - spóźniona mama macha nam z samochodu, znikając za zakrętem.
- Co tu robisz tak wcześnie? - zadaję pierwsze lepsze pytanie, by przerwać ciszę, jaka zapanowała.
- Tęskniłem za tobą – wyciąga rękę i dotyka mojego policzka.
- Prze-Przestań – strącam jego dłoń.
- Denerwujesz się? Nie ma czym. Wystarczy, że mi zaufasz i...
- Jared! To nie są żarty, a życiowe wybory! Ja...! - czuję bolesny ucisk w klatce piersiowej.
- Dokładnie, to nie żarty. Od dziś oficjalnie będziesz mój. Duszą i ciałem.
- Albo jego... - dodaję cichutko. Ostatnia uwaga nie przypadła mu do gustu, bo łapie mnie mocno za ramiona i całuje z pasją. W tej chwili zgodziłbym się na wszystko.
- Mój – powtarza, kierując się w stronę kuchni. - Wyjeżdżamy w południe. Pomogę ci się spakować. Egzaminy są dopiero w środę. Możemy zostać w hotelu aż do wtorku. Co ty na to?
- Do wtorku?!
- Liczę, że spodoba ci się to, co będę z tobą robił – puszcza do mnie oko.
- Nie pójdę z tobą do łóżka! To absolutnie wykluczone! - krzyczę.
- Łóżko odpada? - wzdycha. - Trudno. Podłoga też będzie ok.
- Nie, nie będzie! - irytuje mnie fakt, że mówi takie rzeczy, jednocześnie przygotowując śniadanie! Czy dociera do niego fakt, że nie pozwolę, aby mnie rozebrał i dotykał?
- Kai, ja już postanowiłem. Później mi podziękujesz, zobaczysz. Zjesz tosta? - podaje mi parujący kubek świeżej kawy, który ignoruję.
- Straciłem apetyt – odpowiadam mu, po czym wracam do swojego pokoju. Ostrożnie schodzę z wózka i siadam na dywanie. Jeszcze raz przeglądam ostatni mail od Blue... Napisał, że nie może się doczekać. Dlaczego to wszystko jest tak cholernie trudne? Zrezygnowany chowam twarz w dłoniach. Znajome kroki odbijają się cicho od parkietu. Jared siada obok mnie i obejmuje ramieniem. Gdy próbuję je odsunąć, ponownie atakuje moje usta. Tym razem jest znacznie delikatniejszy. Sprawia mi przyjemność pieszcząc językiem wrażliwe wargi. Opiera mnie o materac i kontynuuje natarcie. Jego palce zakradają się pod moją piżamę. Ten dotyk, chodź obcy i zupełnie niespodziewany, wydaje mi się bardzo naturalny. Dłonie ukochanego, który zawsze o mnie dbał, obejmował mnie nimi, chronił. Czy w obliczu miłości, którą do niego czuję, te kilka blizn naprawdę coś znaczy?
- Kocham cię – szepcze, dodatkowo łaskocząc naelektryzowaną skórę. - Powiedz, że kochasz mnie bardziej od niego i spędzisz ze mną dzisiejsza noc – nalega, skubiąc ustami moją szyję.
- Ja... - wredne myśli uciekają mi z głowy. Nie potrafię się skupić, gdy robi takie rzeczy.
- Ty? - jego wargi schodzą jeszcze niżej.
- Jared! - otwieram szeroko oczy, czując jego zwinny język sunący po moim sutku.
- Spokojnie... Nie szarp się tak... - zatapia palce w moich kręconych włosach. - Kochasz mnie? - pyta, wwiercając się pociemniałymi od pożądania tęczówkami wprost w moją duszę.
- Tak.
- Bardziej niż jego? - dopytuje.
- Znacznie bardziej – przyznaję mu rację, mocno zawstydzony.
- Pojedziesz ze mną do hotelu?
- Tak.
- Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy. A teraz zjedz śniadanie. Mam wobec ciebie poważne plany, ale gdy tak na mnie patrzysz, trudno mi się pohamować.
- Sam zacząłeś – celowo go drażnię, licząc na to, że zmieni zdanie.
- Potrzebowałeś tego.
- Potrzebowałem?
- Moje argumenty do ciebie nie docierają. Zgodziłeś się. Więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne – uśmiecha się czule, całując mnie w kącik ust. - Jesteś taki słodki.
- Słodszy niż twoja ulubiona kawa z cukrem?
- Słodszy od samego cukru.
- Jared?
- Tak?
- Jak mam mu o tym powiedzieć?
- Jak to jak? Zwyczajnie. Kochasz mnie bardziej i chcesz ze mną być.
- A jeśli...
- Cokolwiek się wydarzy, będę przy tobie. Nie zostawię cię ani na chwilę samego. Jesteś na mnie skazany do końca życia.
Jego słowa sprawiają, że oczy mimowolnie zachodzą mi łzami. Rzucam mu się na szyję, szczęśliwy jak nigdy wcześniej. Nie sądziłem, że nadejdzie taki dzień. Czuję się tak, jakbym wygrał wszystkie puchary jednocześnie. Moje serce i ciało rwą się do niego. Niech mnie tak trzyma i nigdy nie puszcza.
- Mógłbym cię tak tulić godzinami, ale powinniśmy się zbierać.
- Nie jedźmy. Zostańmy w domu – żebrzę.
- Nie.
- Nie bądź taki zasadniczy. Mojej mamy nie będzie aż do jutra...
- Kusisz mnie? - zaczyna się śmiać.
- Nie to miałem na myśli! - bronię się.
- Jedziemy do hotelu – niechętnie zaczyna zapinać guziki, które jeszcze chwilę temu pozwolił sobie odpiąć.
- Nic nie mogę zrobić, by cię przekonać?
- Mógłbyś zrobić bardzo wiele, wierz mi... Jednak wolę zaczekać, aż nikt nie będzie nam przeszkadzał.
- Jesteś pewny, że tego chcesz? - pytam, spuszczając wzrok. - Jeśli o mnie chodzi nie musimy...
- Masz pojęcie jak bardzo cię pożądam? - odpowiada pytaniem na moje pytanie. - Kocham cię takiego jaki jesteś. Wiem, że mi nie wierzysz, ale po dzisiejszej nocy to się zmieni. Zobaczysz.
- Jesteś zbyt pewny siebie.
- A ty wyjątkowo pyszny, aż chciałbym cię zjeść – przesuwa palcem wskazującym po moim podbródku. - Pomóc ci się ubrać?
- Poradzę sobie.
- Jedno twoje słowo i... - ponownie wsuwa swoje dłonie pod moją piżamę.
- Jared!
- Dobrze, idę zrobić śniadanie.

- Jak ci się podoba? Wybrałem pokój z największym łóżkiem i widokiem na ocean. Cieszysz się?
- Tak, cieszę – przytakuję mu.
- Nie wyglądasz na szczególnie usatysfakcjonowanego. Jeśli wolałbyś inny apartament, to...
- Nie, ten jest ok – przywołuję na twarz nieco wymuszony uśmiech. Została niecała godzina... W środku cały się trzęsę. Nie wyobrażam sobie tej sceny. Naprawdę go kochałem. Jak mam mu powiedzieć, że to nasze pierwsze, a zarazem ostatnie spotkanie w życiu? Gdybym był na jego miejscu Blue, uznałbym to za wyjątkową podłość. Jeszcze kazałem mu przyjeżdżać tutaj tylko dlatego, bo Jared chce zaciągnąć mnie do łóżka. Jako jedyny wygląda na zrelaksowanego. Rozpakowuje nasze rzeczy, ciągle się do mnie uśmiechając. Dłużej tego nie zniosę!
- Kai, wszystko w porządku? - w dodatku zachowuje się tak, jakby czytał w moich myślach...
- Chciałbym pobyć trochę sam, więc jeśli nie masz nic przeciwko, to...
- Sam? Mam sobie pójść?
- Nie, zostań. To ja sobie pójdę.
- Jesteś pewny? Widziałeś, że jest tu raczej pusto.
- Pojadę na molo i poczekam na Blue. W razie czego zadzwonię.
- Kai... W twoim stanie nie powinieneś się przemęczać - zaczyna zachowywać się jak moja matka, lecz jestem nieugięty.
- Będziesz mnie widzieć z okna. Nie martw się. Wielokrotnie powtarzałeś, że mamy się dobrze bawić.
- Nie wykorzystuj moich własnych słów przeciwko mnie. Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli.
- Cokolwiek miałeś na myśli, będzie musiało poczekać. Niedługo wrócę – naciskam na klamkę i wyjeżdżam na korytarz.
Już po kilkunastu minutach udaje mi się dotrzeć na molo. Nikogo tu nie ma. To dobrze. Wielkie szare fale, krzyk mew... Siadam na ławce i odpycham wózek na bok. To wszystko wydaje mi się surrealistyczne. Jakiś czas temu cieszyłbym się na to spotkanie. A teraz... Wbiję nóż w plecy niczego nieświadomemu Blue, który był dla mnie niesamowitym oparciem. Rozśmieszał, gdy było mi smutno. Wspierał. Żartował. To pierwsza osoba, która zaprzyjaźniła się ze mną od czasu wypadku. Zaakceptował mnie takiego, jakim jestem. Potrafił pisać maile przez całą noc, jeśli tego potrzebowałem. Poświęcił mi czas, okazał serce... A ja? Czym mu się odwdzięczyłem? Poczucie winy i uczucia, których nie umiem dłużej odwzajemniać bardzo mnie bolą. Wścieknie się. Może nawet zechce mnie pobić. Gdybym był na jego miejscu tak właśnie bym zrobił.
Telefon w mojej kieszeni zaczyna wibrować. Dostałem maila. Spoglądam na wyświetlacz. Jest od Blue...

„Gotowy na nasze spotkanie?”

Czy jestem gotowy? Pewnie nie, lecz jest za późno by się wycofać. Musi być gdzieś blisko...
Wiatr przegania chmury. Moją twarz oświetlają ciepłe promienie jesiennego słońca, których się nie spodziewałem. Taka piękna pogoda, a grobowa atmosfera... Za plecami słyszę kroki, odbijające się od drewnianego podestu. Przyjechał...  Serce bije mi tak mocno, jakby miało wyrwać się z piersi. Powolnie odwracam się w jego stronę.
- Co tu robisz? Miałeś poczekać aż wrócę... - nieco zawiedziony przyglądam się Jaredowi, który siada obok mnie na ławce.
- Kai, spójrz na mnie – nigdy wcześniej nie widziałem, by był równie poważny.
- To nie jest dobry moment. Wiesz która godzina? - spanikowany wpatruję się w opustoszałą plażę.
- Kai... Nikt więcej nie przyjdzie. To na mnie czekałeś.
- Nie jestem w nastroju na żarty!
- To nie jest żart. Przed chwilą wysłałem do ciebie maila. Odczytałeś go, prawda?
- Nie... - czuję jak cała krew odpływa z mojego ciała.
- Marzyłem o tym od chwili, w której się poznaliśmy – uśmiecha się do mnie i bierze za rękę.
- Niemożliwe! Nie! - odsuwam się od niego najdalej, jak to możliwe.
- Kai, spokojnie... Wszystko ci wytłumaczę – spogląda mi prosto w oczy. Chyba nie takiej reakcji się spodziewał. Ponownie próbuje mnie dotknąć, ale nie daję mu takiej możliwości. Gdybym tylko mógł, uciekłbym jak najdalej stąd!
Jak on mógł tak ze mnie zadrwić?! Jak mógł?! Od samego początku bawił się mną... W dodatku grał na dwa fronty, a ja, jak ostatni idiota, tak bardzo go pokochałem... Czułem, że to się tak skończy! Pewnie rozpowiedział wszystkim, że przywiózł mnie tutaj tylko dlatego, że dałem się podejść jak dziecko. Wmówił mi, że pójdziemy do łóżka, że mnie kocha... Jak mogłem być tak zaślepiony?!
- Kai... - siłą przytula mnie do siebie.
- Puszczaj! Nie dotykaj mnie! - walczę ze wszystkich sił, ale on jest znacznie silniejszy.
- Nie płacz, proszę... Nie gniewaj się na mnie... Ja ci to wszystko wytłumaczę, przysięgam – skrucha w jego głosie zupełnie mnie dobija. Mam nadzieję, że jest z siebie zadowolony. Zrobił coś, co nawet ojcu się nie udało. Złamał mnie...

Nie mam pojęcia jak znalazłem się z powrotem w hotelu. Wiem tylko, że leżę na łóżku, otulony ramionami kłamcy...
- Puść – powtarzam tysięczny już raz.
- Nie.
- Puść – nie ustępuję.
- Najpierw dasz mi szansę, abym mógł ci wszystko opowiedzieć. Nie chcesz poznać prawdy?
- Puść.
- Kocham cię – bez zastanowienia uderzam go łokciem prosto w żebra.
- Ała! Za co? - zaczyna się śmiać. Mimo wszystko obracam głowę. Wolę mieć pewność, że nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy. Brązowooki natychmiast to wykorzystuje. Obraca mnie twarzą w swoją stronę. - Mam wielką ochotę cię pocałować, ale pewnie byś mnie pogryzł, prawda? - żartuje.
- Spróbuj i sam się przekonaj – prowokuję go.
- Kai, nie bądź taki... Przecież wiesz, że jesteś sensem mojego życia. Gdy zachowujesz się tak niesprawiedliwie, sprawiasz mi wielki ból.
- I bardzo dobrze! - odpowiadam wojowniczo.
- Proszę, możesz mnie pobić, jeśli to przyniesie ci ulgę – udaje bezbronnego.
- Nie będę cię bił. Chcę wrócić do domu. Teraz.
- Dlaczego? Pokochałeś mnie bardziej niż BlueMoon...
- Nie będę o tym rozmawiać! - siadam zbyt gwałtownie na łóżku, za co przychodzi mi zapłacić dość wysoką cenę. Syczą z bólu, opadając na miękkie poduszki.
- Skarbie, nic ci nie jest? Połóż się na brzuchu. Pomasuję ci plecy.
- Nie życzę sobie, abyś mnie dotykał! - ponowny wybuch gniewu tylko pogarsza mój stan. Jared nie reaguje na moje protesty i obraca niczym bezwolną kukiełkę. Tym właśnie dla niego byłem. Zabawką... Cóż za ironia losu. Z jednej strony przynosi mi tak wielką ulgę, a z drugiej niewyobrażalne cierpienie.
- Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy?
- To był poniedziałek.
- Nie o tym dniu mówię – zaczyna się cicho śmiać, choć słyszę nerwowość w jego głosie. - Wszedłem na forum internetowe. Byłeś tam bardzo popularny. Wiele osób prosiło cię o radę. Wszystkim chętnie doradzałeś w kwestii ćwiczeń i treningów. Jednak ja zwróciłem uwagę na coś jeszcze. Jako miejsce zamieszkania podałeś miejscowość, do której wkrótce miałem się przeprowadzić. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, poznawać się bliżej. Z początku nawet tego nie zauważyłem. Bezustannie wpatrywałem się w ekran telefonu, czekając na twoje wiadomości. Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej chciałem ci powiedzieć. Już wtedy bardzo cię kochałem.
- Kłamiesz.
- Nie kłamię. Możesz zapytać moich rodziców, jeśli chcesz. Byłem w tobie tak bardzo zadurzony, że wymusiłem na nich wcześniejszy wyjazd. Zgodzili się w zamian za pomoc przy pakowaniu rzeczy. To był koszmar, ale ja tak tego nie postrzegałem. Myślałem tylko o tym, że jeszcze kilka godzin i będziesz obok.
- Takie bajki opowiadaj Alison, pewnie uwierzy. Od początku postrzega cię jako chodzący ideał – coraz bardziej przeszkadza mi jego dotyk, ale on ani myśli przestać.
- Wytrzymaj jeszcze trochę.
- Nie chcę. Zabierze ręce.
- Wiedziałem, że będziemy uczęszczać do tej samej klasy – kontynuuje swoją historię, delikatnie uciskając kręgosłup. - Od razu cię rozpoznałem. Ułamek sekundy... Twoje oczy spotkały się z moimi. Pomyślałem, że to przeznaczenie. Dopiero później zauważyłem, że poruszasz się na wózku. Byłem na ciebie tak wściekły. Wydawało mi się, że wiem o tobie wszystko, a ty... Zaskoczyłeś mnie. Przez kilka dni nie potrafiłem dojść do siebie. Zacząłem żałować pochopnej decyzji o przeprowadzce. W domu jeszcze raz przeczytałem wszystkie twoje wiadomości. W mailach byłeś wesoły i otwarty, a w szkole smutny i zamknięty w sobie.
- Jestem pełen sprzeczności – kpię.
- Masz rację, jesteś. Postanowiłem więc, że poznam twoją tajemnicę i wtedy zdecyduję. Jednak gdy banda tych idiotów prawie cię zabiła... Nigdy w życiu nie bałem się tak bardzo jak w tamtej chwili... Tak naprawdę powinienem być im wdzięczny.
- Wdzięczny? To wszystko tłumaczy...
- Daj mi skończyć. To dzięki ich wybrykowi zrozumiałem, że kocham cię ponad wszystko i zrobię co w mojej mocy, abyś był tylko mój. Nie przewidziałem jednego.
- Czego?
- Że wybierzesz jego, a nie mnie. Wiesz jak się czułem, gdy pisałeś mi te wszystkie rzeczy? Zazdrościłem sam sobie. Twoje słowa powinny być skierowane do mnie i nikogo innego.
- Oszukiwałeś mnie, więc jakie to ma teraz znaczenie? To nic nie znaczyło.
- Nie mów tak! - irytuje się.
- Puść mnie – tym razem spełnia moją prośbę. Gdy tylko siadam na łóżku, od razu pojawia się obok.
- Odpocznij – poprawia poduszki, by było mi wygodniej.
- Chcę wrócić do domu – przypominam mu.
- Nie dzisiaj.
- Jeśli mnie nie odwieziesz, zadzwonię po mamę.
- I zepsujesz jej pierwszy wieczór, w którym wreszcie zdecydowała się wyjść do ludzi?
- To zadzwonię po taksówkę.
- Zapłacisz fortunę.
- Nie dbam o to!
- Kai... Postaraj się mnie zrozumieć. Zdobycie twojego zaufania nie było proste. Gdybym ci wtedy powiedział, odsunąłbyś się ode mnie tak jak teraz.
- Dziwisz mi się? Miałeś wiele okazji, by powiedzieć prawdę. Nie zrobiłeś tego, bo lubisz bawić się moim kosztem – nie żałuję mu gorzkich słów. Jared popycha mnie na poduszki i całuje. Z początku mam ochotę wykorzystać jego własny pomysł i poznęcać się nad bezbronną dolną wargą, ale potem uświadamiam sobie, że to już koniec. Nasz ostatni pocałunek...
- Chciałem ci powiedzieć w czasie pobytu w Los Angeles. Byłeś wtedy taki szczęśliwy. Zrezygnowałem, bo plecy cię bolały, a potem pojawił się twój ojciec. To nie jest takie łatwe, jakim się wydaje... - ponownie ociera się wargami o moje wargi, lecz tym razem nie reaguję. - Spróbuj rywalizować sam ze sobą o miłość ukochanego, to może lepiej mnie zrozumiesz. Masz rację, powinienem zrobić to szybciej, ale ty nie potrafiłeś wybrać. Kochałeś mnie, kochałeś jego... Wierzysz mi?
- Nie wiem... - wzdycham, a on zaczyna spacerować po pokoju.
- Przepraszam. Gdybyś jednak nie otworzył się przed BlueMoon, nie otworzyłbyś się przede mną.
Ma rację... We wszystkim. Najgorsze jest jednak to, że moje zdradzieckie serce wiedziało... Od samego początku... Wystarczyło, że nasze oczy się spotkały. A ja sądziłem, że można kochać dwie osoby jednocześnie... Przecież to fizycznie niemożliwe! A przynajmniej nie w taki sposób, nie miłością, która rozsadza mnie od środka.
- Wybaczysz mi? - wyrywa mnie z zamyślenia.
- To zależy – wciąż udaję obrażonego, by zyskać odrobinę przewagi, którą zamierzam użyć przeciwko niemu.
- Zależy? - powtarza po mnie z nadzieją. - Od czego?
- Od wielu rzeczy – sprytnie okładam dłonie w piramidkę.
- Na przykład? Zrobię co zechcesz.
- Wszystko? - upewniam się.
- Wszystko – jest zdenerwowany. To będzie łatwiejsze niż odebranie dziecku cukierka.
- Podejdź do mnie – wskazują mu miejsce obok łóżka. Bez słowa spełnia moje polecenie. To może być naprawdę niezła zabawa.
- I co teraz?
- Waham się – przyznaję. - Mógłbym ci kazać biegać nago po plaży, albo...
- Nago? Skoro chcesz – posyła mi złośliwy uśmieszek, zaczynając się rozbierać.
- Jared, co robisz? Ja tylko żartowałem!
- A ja nie – rzuca sweter na ziemię i zaczyna rozpinać guziki koszuli. - Wiesz co jest najlepszym lekarstwem na kłótnie w związku? Seks na zgodę – podpowiada mi, sięgając do paska swoich spodni.
- My nie jesteśmy w związku!
- Hmm... Chyba pora na wdrożenie technik perswazji.
- Nie! - czerwienię się po same uszy, gdy ściąga z siebie spodnie.
- Rumienisz się, mój kochany. To pewnie dlatego, że jest ci gorąco. Masz na sobie zdecydowanie za wiele ubrań – wskakuje na łóżko i pochyla się nade mną, zaczynając mnie łaskotać. - Widzisz, umiem sobie z tobą poradzić w każdej sytuacji – łapię go za nadgarstki i spoglądam prosto w oczy.
- Kocham się, Jared.
- Ja ciebie też.

Jest połowa stycznia. Od ponad tygodnia jestem w szpitalu. Zdążyłem się zadomowić w tym niewielkim pokoju, który przez najbliższe miesiące będzie moim domem. Najbardziej doskwiera mi brak sąsiedztwa oceanu tuż za oknem i tęsknota za moim chłopakiem. Nie widziałem go od kilku dni. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że trafiłem do szpitala akurat w czasie egzaminów semestralnych. Jared nie może ich opuścić, jeśli chce ukończyć szkołę w terminie.
Ostatnie tygodnie, które spędziliśmy razem, były najszczęśliwszym okresem w moim dotychczasowym życiu. Chociaż pod koniec praktycznie nie wstawałem z łóżka, bo ucisk na nerwy zdawał się nie do wytrzymania, to i tak niczego nie żałuję. Wprost przeciwnie, mógłbym cierpieć znacznie bardziej, by móc spędzić z nim jeszcze kilka chwil.
Rano czeka mnie operacja... Pomimo licznych zapewnień doktora Nedda, mamy oraz Jareda, nie umiem uwolnić się od strachu. Zasnąć też nie umiem. Otulam się szczelnie ramionami i obserwuję jak wskazówki na wielkiej tarczy szpitalnego zegara przesuwają się krok na krokiem, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Dopiero pierwsza... Do zabiegu zostało osiem godzin...
Ktoś otwiera drzwi od mojego pokoju. Zamykam oczy, udając, że śpię. Pielęgniarki już jakiś czas temu sprawdzały jak się czuję. Powinny wrócić dopiero rano. Czyjaś dłoń ostrożnie przeczesuje moje włosy. Unoszę powieki, zaskoczony tym gestem.
- Cześć – mój chłopak pochyla się nade mną i całuje w policzek.
- Co tu robisz? Miałeś przyjechać jutro!
- Cii... Bo nas usłyszą – zaczyna rozpinać kurtkę, którą odkłada na fotel. - Chyba nie liczyłeś na to, że zostawię cię samego, prawda?
- A egzaminy?
- Zdałem. Posuń się trochę – kładzie się obok mnie i chowa w swoich bezpiecznych ramionach.
- Dziękuję, że przyjechałeś.
- Nic by mnie nie powstrzymało – całuje mnie po twarzy. - Boisz się?
- Bardzo.
- Niepotrzebnie. Wszystko...
- … będzie dobrze.
- Dokładnie tak – muska moje usta swoimi.
- Nie odchodź – wczepiam się w niego palcami, by był jeszcze bliżej.
- Nie odejdę. Będę tu tak długo, aż poczujesz się lepiej. Wynająłem pokój w hotelu naprzeciwko, ale liczę na to, że pozwolisz mi tu spać – śmieje się.
- Nigdy cię nie puszczę.
- Ja ciebie też nie. Pierwszy raz włamałem się do szpitala.
- Jared? - odzywam się po chwili milczenia, bo przypomina mi się coś bardzo ważnego.
- Tak?
- Mógłbyś podać mój telefon?
- Oczywiście, skarbie – wręcza mi smarftona, który leży na stoliku przy łóżku.
- Mam nadzieję, że nie wysyłasz sekretnych wiadomości do kogoś innego. Serce pękłoby mi z rozpaczy.
- Nie, to wiadomość do ciebie – uśmiecham się, oddając mu urządzenie. - Napisałem do ciebie maila, ale wolno ci go przeczytać tylko wtedy, gdyby coś mi się stało.
- Kai, nie opowiadaj bzdur! Nic ci nie będzie! - pociesza mnie, choć nie ukryje bezsilności i napięcia, które wyczuwam w jego ciele.
- To dla mnie bardzo ważne. Jeśli... - głos mi się łamie. - Jeśli coś pójdzie nie tak... Tylko wtedy wolno ci to przeczytać. W przeciwnym wypadku skasujesz wiadomość, jasne?
- Odmawiam.
- Jared, proszę cię. Obiecaj mi to – wpatruję się w niego załzawionym wzrokiem.
- Dobrze, obiecuję. Przysięgam, tylko przestań pleść takie bzdury.
- Dziękuję – układam głowę na jego ramieniu. - Wiesz, że za kilka miesięcy rozpoczynamy studia? - zmieniam temat.
- Wiem. Tak się składa, że powoli rozglądam się za domem niedaleko uniwersytetu.
- Dlaczego za domem? Nie chcesz mieszkać w akademiku?
- Jesteś zbyt głośny w czasie seksu. Nie chcę, by inni studenci słyszeli jak dochodzisz.
- Jak możesz mówić takie rzeczy! - oburzam się, wywołując wesołość na jego twarzy.
- Powinieneś widzieć swoją minę. Aż żałuję, że jest tak ciemno. Z przyjemnością zrobiłbym ci teraz zdjęcie.
- I dołączył do kolekcji „żenujące momenty Kaia”.
- Dobry pomysł, skarbie. Może tak zrobię.
- Jesteś okropny!
- A ty i tak kochasz mnie ponad wszystko.
- Tak.
- Ja też cię kocham. Dlatego uważam, że powinniśmy kupić dom, psa, kota, założyć firmę – wylicza.
- Ta lista nie ma końca?
- Jest wiele rzeczy, które chcę robię tylko z tobą. Jedną z nich jest na przykład seks w szpitalu. Masz ochotę?
- Nie!
- Nie chodziło mi o dzisiejszą noc, lecz o inne, które tu z tobą spędzę.
- Masz pojęcie, że tuż za rogiem co najmniej trzy pielęgniarki mają właśnie dyżur?
- Będziesz musiał być bardzo cichutko.
- Sam bądź cichutko – wpijam się ustami w jego usta.
- Kotku, wiesz co z tobą zrobię, gdy będzie już po wszystkim? - szepcze mi do ucha.
- Nie mów... Wolę niespodziankę.
- I to nie jedną.
- Jared?
- Tak?
- Dziękuję. Za wszystko.
- Nie dziękuj. Najlepsze chwile dopiero przed nami. A teraz spróbuj zasnąć, dobrze? Nie wyglądasz najlepiej. Kiedy ostatnio przespałeś całą noc?
- Kiedy byłeś obok...
- Teraz jestem obok. Zamknij oczy. Będę tu aż się obudzisz.
On zawsze dotrzymuje obietnic. Obojętne czego dotyczą.

czwartek, 26 stycznia 2017

Rozdział VIII

„Kai


Ojciec... Nie widziałem go od tamtego dnia... Ani razu nie odwiedził mnie w szpitalu. Nawet nie zadzwonił.
- Nie jesteś już moim ojcem! - mój głos jest zimny i spokojny. Brzmi obco. Nie poznaję go. Obcy ja, po raz kolejny, wyrzeka się filaru naszej rodziny... Nie, on nie jest już moją rodziną.
- Byłem przy twoich narodzinach. Opiekowałem się tobą przez całe twoje życie. Nie sądzisz, że jesteś wobec mnie niesprawiedliwy?
Niesprawiedliwy? Siadam na leżaku, by lepiej mu się przyjrzeć. Nie zmienił się przez ten czas. Ma na sobie jasny garnitur, jest opalony, szczupły, wysoki. Za jego plecami dostrzegam młodą kobietę w obcisłej, fioletowej sukience. To nowa „mama”? Syna też ma nowego?
- Jestem dorosły i tak jak ty, dokonałem pewnych wyborów. - Staram się wstać, lecz ze względu na to, że wczoraj tak niewiele odpoczywałem, ból od razu atakuje ze zdwojoną siłą.
- Nadal poruszasz się na wózku? Operacja nic nie dała? - dziwi się, Niedobrze mi od fałszu, którym jest przesiąknięty. Jak śmie mówić do mnie takie rzeczy?! Tchórz i kłamca!
- Jared... Możesz mi pomóc? - posyłam mu błagalne spojrzenie.
- Jasne – brązowooki natychmiast podrywa się z miejsca, by mnie wesprzeć. - Wracamy do pokoju, czy jedziemy do kina?
- Wszystko mi jedno, gdzie pojedziemy, byle z daleka od tego typa.
- Kai, nie mów tak o mnie! Ty nic nie rozumiesz! - łapie mnie za ramię, lecz Jared od razu go odpycha.
- Lepiej będzie, jeśli zostawi nas pan w spokoju – chowa mnie za swoimi plecami.
- Nie wtrącaj się! To sprawy między moim synem, a mną! Kai! - ponownie zwraca na siebie moją uwagę – mogę ci pomóc. Mam znajomości. Załatwię ci lepszego lekarza. Widzę, że matka nie potrafi się o ciebie zatroszczyć tak, jak należy.
- Nie waż się mówić o matce w mojej obecności! - krzyczę.
- Nie rób scen! - syczy wściekle, starając się mnie uciszyć.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić! Masz zapomnieć o moim istnieniu, ty egoisto! - czuję w sobie furię, która podsycana jest fizycznym cierpieniem. Nie chcę go w swoim życiu.
- Moja propozycja jest szczera. Pomogę ci, synu. Mój przyjaciel prowadzi prywatną klinikę w Szwajcarii. Zadzwonię do niego. Nie będziesz musiał mi dziękować. Wszystkim się zajmę. Pokryję koszty.
- Od kiedy jesteś taki hojny? Z tego co pamiętam, do tej pory nie oddałeś mamie sporej sumy pieniędzy, którą wypłaciłeś z jej konta – wypominam mu.
- To stare dzieje – mocniej zaciska szczęki niezadowolony z faktu, że wyjawiłem niewygodnie rewelacje na jego temat. Kolejna rysa na kryształowym wizerunku perfekcyjnego tatusia...
- Serio? Powiedziałbym, że nic się w tej sprawie nie zmieniło. Nie dość, że byłeś beznadziejnym mężem i ojcem, to jeszcze okazałeś się złodziejem – boleśnie z niego drwię.
- Kai, jeszcze jedno słowo i...!
- I co? Pokażesz swoje prawdziwe oblicze? Śmiało, nie mogę się doczekać. Zastanawiam się co jeszcze ukrywasz? Twoja propozycja również ma w sobie jakieś podwójne dno, mam rację?
- Podpiszesz pewien dokument – oświadcza chłodnym tonem.
- Mylisz się, niczego nie będę podpisywać!
- To dla twojego dobra! Jeśli to zrobisz – pochyla się nade mną, by towarzysząca mu kobieta niczego nie słyszała – wpłacę na twoje konto równowartość tego, co jestem winny twojej matce, a nawet dorzucę coś ekstra.
- Nie, dziękuję.
- No dobrze, rozumiem. Każdy ma swoją cenę. Powiedz, ile chcesz i miejmy to z głowy.
- Niczego nie pragnę bardziej jak tego, by nie musieć cię już nigdy więcej oglądać.
- A operacja? Nie chcesz znowu chodzić? - na samą myśl o tym, że szczuje mnie jak psa, najchętniej bym mu przyłożył. Kiedyś był dla mnie wszystkim. Zaraził miłością do piłki nożnej, nauczył grać, woził na treningi. Był ze mnie dumny. Teraz zachowuje się tak, jakby handlował żywym towarem. W Szwajcarii czy w Stanach, moje szanse nadal wynoszą pięćdziesiąt procent.
- Jared, chodźmy stąd – proszę.
- Kai, to jednorazowa oferta. Jeśli odmówisz... - woła za nami.
- Odmawiam. Kto wie, może napiszę o tobie książkę? Jak sądzisz, ile mi za nią zapłacą? A jaki zyskasz rozgłos i popularność... Nie mogę się doczekać!
- Nie zrobisz tego! Nikt ci nie uwierzy! - odgraża się.
- Przekonamy się!

Gdy wsiadamy do windy, jestem cały roztrzęsiony. Obejmuję się mocno ramionami, próbując powstrzymać atak paniki. Myślałem, że mam to już za sobą. Wydaje mi się, że znowu czuję zapach dymu, a moja skóra... Ona płonie!
- Kai, spokojnie... Już dobrze... Jesteś bezpieczny... - ktoś tuli mnie do siebie, szepcząc kojące słowa. Kim jesteś? Nie widzę cię... Wszystko jest rozmazane... - Nie płacz, proszę. Nie płacz – kciukami ściera łzy z moich policzków. Chciałbym mu coś odpowiedzieć, lecz nie jestem w stanie nabrać powietrza.
Nie mam pojęcia ile tak leżymy, wtuleni w siebie, zasłuchani w swoje oddechy i pogrążeni w myślach, którymi nie mamy ochoty z nikim się dzielić. Słońce powoli zachodzi... Niebo ciemnieje... Palce Jareda przeczesują moje włosy. Tak wyraźnie słyszę bicie jego serca, którego dźwięk uspokaja niczym kołysanka. Ciepło ramion, którymi mnie obejmuje. W pewnej chwili przesuwa rękę, by sięgnąć po koc, lecz ja od razu protestuję.
- Nie jest ci zimno? - pyta z troską. Czy jest mi zimno? Nie wiem. W tej chwili jestem pewny tylko jednej rzeczy – nie chcę, by mnie puścił. Potrzebuję go bardziej niż tlenu.
- Nie – szepczę schrypniętym głosem, mocniej zaciskając palce na jego ubraniu. Sunie opuszkami po mojej skórze. Dotyka skroni, policzków, ust. Jest uważny i cierpliwy, a ja marzę tylko o tym, by nie przestawał. - Kai...? - unoszę wzrok, by spotkać jego pociemniałe tęczówki.
- Tak?
- Nie sądzisz, że pora podzielić się ze mną tym ciężarem?
- Co masz na myśli? - znowu zasycha mi w ustach. Mam mu powiedzieć prawdę? Nie mogę...
- Kai, to cię niszczy. Sprawia, że jesteś smutny, rzadko się uśmiechasz, tracisz nadzieję. To się musi skończyć. Teraz. Przysięgam, że nikomu nie powiem. Wierzysz mi?
- Tak.
- To, o czym rozmawiałeś dziś z ojcem ma związek z wypadkiem, prawda?
- Tak – przyznaję niechętnie, ponownie tuląc twarz do jego klatki piersiowej.
- Powiedz mi... Co się wydarzyło tamtego dnia? To nie ty prowadziłeś samochód, prawda? – nalega.
- To była niedziela. Poprzedniego dnia dostałem wiadomość, że selekcjoner jest mną zainteresowany i przyjedzie na kolejny mecz, który miał się odbyć pod koniec miesiąca. Nie masz pojęcia jak bardzo się cieszyłem. Ojciec uparł się, że mam go podwieźć do klubu na jakieś spotkanie. Negocjował kontrakt. Miał wyjechać do Europy na kolejny sezon. Padało. Był jakiś dziwnie poruszony, jakby ledwo panował nad emocjami. W połowie drogi zażądał, abyśmy się zamienili miejscami. Zgodziłem się. Jechał bardzo szybko. Samochód wpadł w poślizg i wypadł z drogi na pobocze. Uderzył w drzewo. Straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, siedziałem na miejscu kierowcy. Już wtedy bardzo mnie bolało. Ojciec... Powtarzał, że mam być cicho. Krew leciała mu po twarzy. Byłem przerażony. I wtedy auto zaczęło płonąć. Nie mogłem się ruszyć. Wołałem go, by mi pomógł, ale on... Powiedział, że brał narkotyki. Straciłby uprawnienia. Wolał więc poświęcić mnie, niż zaryzykować karierę - kolejne łzy zalewają mi twarz.
- Już po wszystkim. Nie płacz...
- Nie pomógł mi, rozumiesz? Swojemu jedynemu dziecku... To przez niego nie mogę chodzić, ale nie to było najgorsze. Ogień tak szybko się rozprzestrzeniał. Ból był gorszy niż...
- Cichutko... Już nigdy nie będziesz sam... Zawsze będę obok ciebie, obiecuję... Obronię cię przed wszystkim...
Czas płynie powoli. Uspokajam się i przestaję łkać. Robię się senny, a jednocześnie boję zasypiać. Chcę, żeby mnie tak obejmował. Był blisko. Miał rację... Gdy mu o wszystkim powiedziałem, poczułem się wolny. Złe wspomnienia nie zniknęły, ale przestały boleśnie ciążyć. Pustkę stopniowo wypełnia zupełnie inne, nowe uczucie... Moje serce podzieliło się na dwie części. Połowa należy do BlueMoon, a druga połowa... jest jego.

- Dzień dobry – unoszę ciężkie powieki, które zaczynam pocieram. Nadal są spuchnięte. I głowa bardzo mnie boli... Wspaniały początek dnia...
- Dla kogo dobry?
- Nie wyglądasz najlepiej.
- Jared, ja... - chciałbym mu podziękować, albo przeprosić. Nigdy w życiu nie rozkleiłem się w obecności drugiej osoby.
- Nie musisz nic mówić. Wszystko rozumiem.
- Tak?
- Przez większość nocy miałem ochotę wybiec z tego pokoju, odszukać twojego ojca i... - przygrywam wargę prawie do krwi, bo nie chcę, aby ktoś jeszcze poznał prawdę! - Kai, obiecałem, prawda?
- Nie możesz o tym nikomu powiedzieć! Zwłaszcza Alison! To ją załamie!
- Nie powiem – zaczyna gładzić mnie po włosach. - Przysięgam, że nie powiem.
- Dziękuję – mruczę w jego klatkę piersiową. - Nie powinniśmy się już zbierać?
- Nie musimy się śpieszyć. Zostaniemy tak długo, jak będziesz chciał. Co powiesz na śniadanie nad basenem? Albo na spacer? Słońce i świeże powietrze...
- Wolałbym wrócić do domu. Nie chcę ryzykować ponownego spotkania z tym draniem.
- Przepraszam, nie pomyślałem o tym.
- Nie masz mnie za co przepraszać. Gdyby nie ty, to...
- Właśnie na tym polega moja rola. Jestem po to, by się tobą opiekować, chronić cię. Dość się już nacierpiałeś. Dość czasu spędziłeś w samotności.
- Jared...
- Kocham cię. Bardzo.
Nic na to nie odpowiedziałem. Po prostu pozwoliłem, aby przy mnie był.

Od naszego wyjazdu minęły dwa tygodnie. Najszczęśliwszy okres w moim „nowym życiu”, jak określa je Jared. A to nowe życie zaczęło się w chwili, w której pozwoliłem mu zbliżyć się do siebie. Czuję się tak, jakbym uchylił drzwi i zaprosił światło do mrocznego pokoju. Promień jest ciepły i intensywny, a ja wykorzystuję wszystkie okazję, by wygrzewać się w jego blasku.
Każdy dzień wygląda teraz tak samo. Mama wstaje rano i szykuje się do pracy. Wychodząc, mija się w drzwiach z Jaredem. Zostajemy sami. Pijemy kawę leżąc w łóżku, albo rozmawiamy o bzdurach. To najprzyjemniejsze, a zarazem najkrótsze chwile. Potem on musi jechać do szkoły, a ja opracowuję zagadnienia, które mają nam pomóc w dalszej nauce. Gdy zajęcia dobiegają końca, chłopak nie wraca do siebie. Przyjeżdża do mnie. Jemy wspólnie obiad, idziemy na krótki spacer, czasami do kina. Codziennie uczymy się aż do późnego wieczoru. Około dwudziestej drugiej nadchodzi chwila rozstania. Brązowooki podchodzi do mnie, całuje w usta, szepcząc, że bardzo mnie kocha, po czym zapewnia, że wróci rano. Przed zaśnięciem wysyła mi ostatniego smsa, życząc spokojnej nocy. Nasz codzienny rytuał, od którego nie ma odstępstw.
Mama pracuje także w soboty i niedziele. Stara się nadgonić wszystkie zlecenia, by móc spędzić razem ze mną jak najwięcej czasu, gdy będę już w szpitalu. Gdy żegnamy naszego gościa, przynosi dwa kubki herbaty i kładzie się ze mną do łóżka. Opowiadamy sobie wtedy jak minął nam dzień. Cieszy ją, że w końcu mam przyjaciela, chociaż z jej oczach on jest kimś znacznie bliższym. Po części ma rację. Nie jest mi obojętny, jednak mam jeszcze Blue...
Skoro moje serce dokonało tak dziwnego wyboru i zdecydowało się kochać dwie osoby jednocześnie, nie mogłem pozostać wobec tego faktu obojętny. Powiedziałem Blue o Jaredzie, o wydarzeniach, które miały miejsce w czasie pobytu w Los Angeles, o czekającej mnie operacji i jej konsekwencjach. Było mu przykro. Przez cztery dni nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. A potem stwierdził, że nie umie i nie chce ze mnie rezygnować. Uczciwiej byłoby, gdybym wybrał tylko jednego z nich, ale jak mam to zrobić?
Blue jest ze mną od kilku miesięcy. Od samego początku okazywał swoje wsparcie i zainteresowanie. Poświęcił mi mnóstwo czasu i nieprzespanych nocy. Jego uczucie jest szczere i prawdziwe. Nasza więź ma silne podstawy emocjonalne. Co prawda nie wiem jak wygląda, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Daje mi coś, czego nie daje mi Jared. Nie naciska na mnie tak jak on, ale... Od wycieczki bezustannie namawia na spotkanie... Dziś też odmówię. Nie chcę komplikować mu życia. Jestem pewny, że sam odejdzie, gdy tylko wyląduję na stole operacyjnym.
No i jest jeszcze ten drugi... Jego ramiona są dla mnie otwarte, ale on sam nie potrafi się otworzyć tak, jak Blue. Czasami przyłapuję go na tym, że wpatruje się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Jak mantrę powtarza miłosne wyznanie, ale trudno mi w to uwierzyć. Nie znam go tak jak Blue. Nie zna jego wnętrza, a nigdy nie uwierzę, że skusiłem go wózkiem inwalidzkim lub bliznami po wypadku. Gdybym mógł połączyć ich w jedno – kuszące ciało Jareda oraz wrażliwość Blue...
Nie zdradziłem się ani słowem, ale każdego dnia buduję wokół siebie uczuciowy kokon. Słodkie słowa mojego internetowego ukochanego, ciepło dotyku Jareda. Liczę na to, że dzięki tym wspomnieniom przetrwam najgorsze chwile. Nie oszukuję się jak mama i nie nastawiam na szczęśliwe zakończenie. Wiem, że gdy będę leżał znieczulony lekami, nie dam rady pisać do mojego chłopaka, Jared będzie zajęty nauką, a mama pracą. Jeśli do tego czasu nie będę dość silny, załamię się. Już teraz jest mi ciężko. Czasami, gdy brązowooki przypadkowo dotyka moich nóg, coraz boleśniej uświadamiam sobie co stracę.
Mógłbym się wycofać, ale mama nie chce o tym słuchać. Od kiedy ma sojuszników w postaci rodziców mojego „przyjaciela” oraz jego samego, nawet nie wspominam o takim rozwiązaniu. Będzie, co ma być.
- Znowu do niego piszesz? - przyłapał mnie na gorącym uczynku. Jest niezadowolony i nieco obrażony, a mimo to siada obok mnie na dywanie.
- Wcześnie wróciłeś.
- Córka Martina skręciła nogę w czasie zajęć. Rzucił wszystko i pognał do szpitala – tłumaczy mi, opierając głowę o moje ramię.
- Co? - spoglądam na niego, zaskoczony nagłą bliskością.
- Jestem zazdrosny.
- Obiecałeś! - wypominam mu, odkładając komputer na bok.
- Owszem, obiecałem, ale nie będę siedział cicho i udawał, że tego nie widzę. Spław go wreszcie i bądź tylko mój – szepcze mi do ucha, zostawiając na nim drobne pocałunki.
- Łaskoczesz... - próbuję się odsunąć, lecz on obejmuje moją twarz dłońmi i spogląda prosto w oczy.
- Spław go – powtarza.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że właśnie to usiłowałem zrobić?
- Tak? - unosi brew, zaczynając rozpinać guziki swetra, który na sobie mam.
- Tak. Jared, co robisz? - pytam, starając się bezskutecznie go od siebie odsunąć.
- Rozbieram cię. Pora na masaż.
- Dziękuję, ale tym zajmie się Naomi, gdy przyjedzie po południu.
- Nie przerywaj fascynującej opowieści o swoim ukochanym – drwi, ściągając mi z ramion ciepłe okrycie.
- Blue koniecznie chce się spotkać.
- Zgodziłeś się? - wstrzymuje oddech.
- Nie uważam, aby to był dobry pomysł.
- Bzdura! To świetny pomysł. Napisz, że się zgadzasz. Zawiozę cię dokąd tylko zechcesz.
- Nie.
- Kai, tak dłużej być nie może. Nie możesz zwodzić nas obu. On musi odejść, a ty zrozumieć, że mając mnie, nie potrzebujesz nikogo innego – ściąga ze mnie koszulkę i zmusza, abym położył się na brzuchu.
- To nie jest takie proste...
- Jest. Sam niepotrzebnie to utrudniasz. Wiem, czemu to robisz. Boisz się, że zostaniesz sam po operacji, prawda? Mówiłem ci setki razy, że będę ciągle obok ciebie.
- Nie... - jęczę cicho, gdy jego palce sprawnie przesuwają się po epicentrum bólu. Trzeba mu przyznać, że nawet w tak prozaicznych czynnościach jest coraz lepszy. Umie czytać w moich myślach. Bezbłędnie odgaduje gdzie powinien masować, by przynieść mi ulgę.
- Spotkasz się z Blue w sobotę. Napiszesz mu, że będziesz na niego czekał o czternastej na molo przy hotelu Białe Mewy. Potem przyślę ci dokładną mapę.
- Oszalałeś? To za trzy dni! - zmuszam się, by wstać, lecz przytrzymuje mnie w miejscu, abym się nie ruszał.
- Napiszesz mu, że dokładnie wszystko przemyślałeś i doszedłeś do wniosku, że miły z niego facet, ale wolisz być ze mną.
- Jared! - ponownie usiłuję się podnieść, lecz on nachyla się nade mną i łapie za nadgarstki.
- Podczas spotkania powiesz, że pożądasz mnie znacznie bardziej, niż to okazujesz. Codziennie wieczorem dyskretnie spoglądasz na zegarek. Nie lubisz się ze mną rozstawać, lecz z drugiej strony dobrze wiesz, co to oznacza... - delikatnie całuje mnie po karku.
- Jared... Proszę cię...
- Myślisz, że nie widzę zniecierpliwienia, które maluje się na twojej twarzy? Puls gwałtownie ci przyspiesza, oczy stają się szkliste... Przygryzasz wargi, bo wiesz, co się za chwilę stanie...
- T-To nie tak!
- Lubisz, gdy cię całuję?
- Jared! - mój błagalny ton zupełnie go nie wzrusza. Znęca się nas moją obnażoną skórą, parząc ją gorącymi ustami.
- Masz pojęcie ile mnie kosztuje przerwanie tej wieczornej pieszczoty? Muszę ze sobą bardzo walczyć... Wyobrażam sobie, jak przyciągasz mnie do siebie, pozwalając się rozebrać. Wreszcie mogę cię pieścić całego, tak jak od początku chciałem. Robię się twardy na samą myśl o tych wszystkich rzeczach... - wzdycha. - A ty co? Całujesz mnie tak delikatnie, jakbyś był uroczą pensjonarką. Na szczęście to nie potrwa długo. W sobotę, gdy spławisz już tego chłopaka od siedmiu boleści, pójdziemy do hotelu i...
- N-Nie... - bronię się.
- Tak. Dobrze wiesz, że tak – śmieje się zmysłowo. - Wynająłem apartament. Zapewniam cię, że po nocy ze mną już nigdy więcej nie wspomnisz o żadnym Blue.
- Mmm... - ten nieartykułowany dźwięk stanowi moją jedyną odpowiedź.
- Zgadzasz się ze mną, czy protestujesz? - śmieje się.
- Nie wiem... - przyznaję zawstydzony.
- Nie wiesz? - zwinnym ruchem układa się obok mnie i obraca na plecy. Chce na mnie patrzeć akurat w chwili, gdy jestem taki zawstydzony...
- Powiedz to, na co od tak dawna czekam. Chcę to od ciebie usłyszeć – wodzi palcem wskazującym prawej dłoni wzdłuż linii mojej żuchwy.
- Kocham cię... - szepczę cicho – ale Blue... - przerywa mi, brutalnie całując.
- Po sobocie nie będzie żadnego Blue, jasne? - cofa dłonie, siadając na dywanie. - Zgłodniałem. Co powiesz na obiad? Może zamówimy pizze? - nie wierzę, postanowił za mnie! Nie mam innego wyjścia. BlueMoon, wreszcie się spotkamy...