sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział XX

„Zdrajca


Budzi mnie miauczenie Cynamona, który domaga się śniadania.
- Już wstaję - wyciągam rękę, by pogłaskać go po rudym łepku. Nie muszę sięgać daleko. Wciąż siedzi na mojej poduszce, łaskocząc swoimi długimi wąsiskami. Niechętnie unoszę powieki. Mój dawny pokój? Gdzie Josh? Spanikowany siadam na łóżku. Moja zguba śpi po drugiej stronie, oczywiście tuż przy samej krawędzi. Jeszcze kilka centymetrów i spadnie... Przesuwam go delikatnie. Nawet nie drgnął. Za to Cynamon jest coraz bardziej zniecierpliwiony. - Powinieneś budzić jego, a nie mnie - marudzę. - To on jest twoim panem.
Kot nie daje za wygraną i towarzyszy mi w łazience. Wpatruje się we mnie złotymi ślepiami spacerując po rancie umywalki. Przedłużające się oczekiwanie na ulubione przysmaki irytuje jego kocią wysokość.
- Dostaniesz dodatkową porcję tuńczyka, jeśli pozwolisz, aby Josh cię pogłaskał. Co ty na to? Dasz się przekupić? - zeskakuje na podłogę i ociera się o moje nogi. - Uparciuch z ciebie. Chodź - podnoszę go - pójdziemy do kuchni.
- Pan Wood. Wcześnie pan wstał - Dennis pośpiesznie zrywa się od stołu. - Gdzie jest Josh?
- Nadal śpi. Zazdroszczę mu - wzdycham, spoglądając na rudzielca. - Masz jakieś zwierzę?
- Nie, proszę pana.
- Szczęściarz. Tak czy inaczej, odradzam ci kota. Nie dość, że chrapie, to jeszcze ciągle jest głodny - Cynamon od razu rzuca się w kierunku miseczki. - Jesz tak łapczywie, jakbym cię głodził - karcę go.
- Ma pan do niego dużą słabość - brązowooki zaczyna się ze mnie śmiać.
- Kupiłem go by sprawić radość Joshowi, tymczasem ta wredna kulka futra nie chce się do niego zbliżyć.
- Przedtem też się tak zachowywał?
- Nie. Był przez niego rozpieszczany do tego stopnia, iż brakowało mu tylko kociej lektyki, bo niewolnika już miał. Josh nosił go na rękach, bawił się z nim. A potem... - przerywam. - W czasie jego nieobecności Cynamon straszliwie tęsknił. Musiałem się nim zająć i w taki oto sposób teraz woli mnie. Gdybym wiedział, że tak się to wszystko ułoży...
- Proszę się nie martwić. Każdego dnia jest lepiej. Cynamon prędzej czy później znowu go pokocha.
- Obyś miał rację - nalewam sobie kawy.
- On ma w sobie coś takiego co sprawia, że szybko zjednuje sobie ludzi.
- Tak? - zaniepokojony unoszę wzrok.
- Pozostaje więc poczekać, aż jego urok zadziała na zwierzęta - ochroniarz wstaje od stołu, gotowy by się oddalić. Przez krótką chwilę poczułem nagły przypływ zazdrości. Te wszystkie dramaty za bardzo dają mi się we znaki. Jak tak dalej pójdzie, zacznę wariować.
- Jak się czuje twój brat? - zmieniam temat.
- Dużo lepiej. Rano pokłócił się z lekarzem. Mają go wypisać ze szpitala za trzy dni, lecz on uważa, że niepotrzebnie blokuje łóżko, które jest potrzebne dla innych chorych.
- Pod tym względem Josh wcale nie był lepszy. A właśnie, miej go na oku, gdy będę pracować. Dobrze by było, gdybyśmy znaleźli mu jakieś zajęcie. Dzwoniłem już do mamy. Wkrótce ma przysłać koordynatorkę do spraw ślubu, lecz do tego czasu żadnego wychodzenia poza teren posiadłości, żadnych rozmów z obcymi, żadnych telefonów. Poproś Ursulę, to pokaże wam dom. Na dole jest sala kinowa, jakieś gry. Cokolwiek, byle się nie przemęczał. I pilnuj, żeby jadł.
- Proszę się nie martwić, panie Wood. Poradzimy sobie.
- W razie czego od razu mnie zawołaj.
- Dobrze, proszę pana.

Biurko taty nie jest tak wygodne do pracy jak stół kreślarski w moim mieszkaniu, lecz gdy podziwiam rezultaty kilkugodzinnych wysiłków, jestem zadowolony. Dochodzi południe. Przeglądam odręcznie nabazgrany plan Rona, który ma mi posłużyć jako wytyczne do dalszej pracy. Nie jestem w stanie rozszyfrować połowy z tych hieroglifów. Będę musiał do niego zadzwonić i poprosić o wsparcie.
Wstaję z fotela i przeciągam się, wyglądając przez okno. W odbiciu szyby dostrzegam, iż ktoś cichutko otwiera drzwi, po czym zakrada się do środka. Nie potrafię powstrzymać uśmiechu. Jeśli się teraz odwrócę, zepsuję mu całą zabawę. Wyraźnie słyszę, jak wstrzymuje oddech. Gdy jest na wyciągnięcie ręki, obracam się. Mój ukochany wpada wprost w moje otwarte ramiona, którymi od razu go obejmuję.
- Widziałeś mnie?!
- Oczywiście, że cię widziałem - zaczynam go łaskotać.
- Tristan, przestań - zanosi się od śmiechu. Dostrzegam Dennisa, który dyskretnie wycofuje się na korytarz, zamykając za sobą drzwi.
- Jak się spało? - pytam, choć po jego twarzy widzę, iż wygląda znacznie lepiej.
- Nie pamiętam w jaki sposób znalazłem się w łóżku... - wyznaje nieco speszony.
- Zasnąłeś w czasie kolacji, więc zaniosłem cię na górę.
- Trzeba mnie było obudzić... - jest niepocieszony.
- Skarbie, co to za mina? - unoszę jego brodę, by patrzył mi w oczy.
- Jesteś rozczarowany?
- Nie tak jak ty.
- Bo ja tak bardzo chciałem... - rumieni się.
- Będą inne noce.
- Wiem. Mimo to nie podobało mi się, że kiedy się obudziłem, ciebie już nie było.
- Tęskniłeś? - droczę się z nim.
- Potrzebuję cię - szepcze cichutko.
- Mam sporo pracy - wskazuję na moje projekty, choć to nie do końca prawda. Mógłbym zrobić sobie chwilę przerwy. Wszystko zależy od tego co zrobi Josh, by mnie przekonać. Tymczasem chłopak wtula się we mnie tak desperacko, jakby od naszego ostatniego spotkania minęły wieki, a nie godziny. - Wiem, że twoja praca jest ważna, ale... - staje na palcach i delikatnie całuje mnie w usta.
- Ale? - udaję niewzruszonego.
- Nic mnie to nie obchodzi - zaplata ręce wokół mojej szyi, wymuszając kolejny pocałunek.
- Zadowolony? - pytam spełniwszy jego prośbę.
- Będę zadowolony, jeśli wrócimy do naszego pokoju.
- Nie - stanowczo odmawiam.
- Tristan... - żebrze.
- Nie mogę. Chciałbym, ale nie mogę.
- Tylko kilka minut. Obiecuję, że potem...
- Nie kłam. Pokręcisz się po domu i wrócisz, by znowu mnie kusić.
- Skąd wiedziałeś? Przedtem też tak robiłem?
- Bez przerwy. Opracowałeś taktykę, w obliczu której byłem całkowicie bezbronny.
- Naprawdę? - cieszy się. - Żałuję, że jej nie pamiętam.
- Twoja strata - przykładał dłoń do jego policzka.
- Niekoniecznie. Jeśli zdradzisz mi jakieś szczegóły, to wtedy...
- O nie, kochany! Nie jestem naiwny.
- Proszę, powiedz mi - nalega, klejąc się do mnie coraz bardziej.
- Nie - śmieję się, puszczając go. Rozsiadam się w fotelu i zaczynam przeglądać dokumenty.
- Tristan... - rozważa, czy może je odsunąć, lecz powstrzymuje go widok mojego komputera. Ostatnim razem nakrzyczałem na niego, gdy szukał informacji o amnezji. Drugi raz nie zaryzykuje i nie dotknie niczego bez pozwolenia. Woli się wycofać. - Może mogę ci jakoś pomóc?
- Kiepsko rysujesz.
- Ach tak... Dennis powiedział, że pozwoli mi pokatalogować dokumenty z bazy danych. Jego zdaniem nie powinienem mieć z tym większych problemów - nic nie wskórał. - Nie będę ci dłużej przeszkadzał - jest wyraźnie zraniony.
- Już się poddajesz? - zatrzymuję go, łapiąc za nadgarstek.
- Mam związane ręce.
- Mógłbyś mieć, ale nie lubię takich zabaw.
- A co lubisz? - błękitne tęczówki ponownie rozbłyskują iskierkami.
- Jeśli ci powiem, co będę z tego miał? - zachowuje się w tej chwili jak Ron, który każdą, nawet najdrobniejszą sytuację stara się wykorzystać na swoją korzyść.
- Co tylko zechcesz.
- Podejdź do mnie - każę mu. Robi kilka kroków w przód, choć nadal trzyma dystans. - Bliżej - zachęcam. - Przecież nie gryzę.
- Gryziesz - wypomina mi.
- Lubisz to.
- Skąd wiesz?
- Bo wiem - nie potrafię oderwać od niego wzroku.
- Przed chwilą powiedziałeś, że nie lubisz wiązania. Próbowaliśmy takich rzeczy?
- A jak sądzisz? - odpowiadam pytaniem na jego pytanie.
- Nie wiem, dlatego pytam ciebie.
- Wahasz się. Dlaczego?
- Gdy wpatrujesz się we mnie w taki sposób, nie czuję się zbyt pewnie.
- Ja? Wydaje ci się, skarbie.
- Wcale nie. Twoje oczy są znacznie ciemniejsze. Robisz się poważny. A potem zawsze mam wrażenie, że czytasz prosto z mojej duszy. To nieco przerażające.
- Przerażam cię?
- Nie. Po prostu... Nie wiem jak mam to ubrać w słowa. Mam wrażenie, że pokazałeś mi tylko jedną stronę, rozumiesz? Tą miłą i troskliwą, a to wcale nie oznacza, że taki jesteś.
- Masz rację. Potrafię być mroczny i wymagający. I właśnie za to mnie kochasz. A teraz podejdź bliżej. Dam ci przedsmak mojego mroku.
- Najpierw obiecasz, że nie zrobisz mi nic złego.
- Skarbie, włos ci z głowy nie spadnie. Gwarantuję - zaciskam dłonie na rzeźbionych poręczach, cierpliwie czekając. W końcu zbiera się na odwagę i pokonuje ostatni odcinak, stając tuż przede mną.
- Lubię, gdy jesteś taki grzeczny - uśmiecham się. - Czeka cię za to nagroda.
- Nagroda? Co masz na myśli?
- To zależy jak daleko jesteś w stanie się posunąć, by spełnić moje polecenia.
- Bardzo daleko.
- Tak? Udowodnij - prowokuję go.
- Co mam zrobić?
- Hmm... Trudny wybór... - zaczynam się lekko obracać na fotelu. - Wiesz, że nie zamknęliśmy drzwi na klucz, więc w każdej chwili ktoś może tu wejść, prawda?
- Chcesz, żebym je teraz zamknął?
- Nie - zaskakuję go.
- A jeśli ktoś przyjdzie?
- Właśnie dlatego pytałem jak daleko jesteś w stanie się posunąć.
- Teraz to ma sens...
- Do tego dochodzi twój ochroniarz Dennis, który zapewne czeka na ciebie na korytarzu.
- Zapomniałem o nim - przygryza dolną wargę.
- Będziesz musiał być bardzo cichutko. Dasz radę?
- Tristan, ja...
- Podnieca cię to, prawda? - Nie odpowiada. Zamiast tego wpatruje się w dywan. - Musisz wybrać, skarbie. Poczekasz do wieczora, czy...
- To strasznie długo! - narzeka.
- A właśnie, przypomniało mi się, że jesteśmy zaproszeni do sąsiada. Znając jego gościnność, nie wrócimy do domu przed północą.
- Torturujesz mnie, wiesz o tym?!
- Twój wybór. Wychodzisz, czy zostajesz? - przez kilka długich sekund w pokoju słychać tylko tykanie zegara oraz jego przyspieszony oddech. Chociaż wydaje mu się, że podejdzie do problemu w sposób racjonalny, zaślepi go pożądanie. Każdy mięsień jego ciała zastyga w oczekiwaniu, skóra robi się znacznie bardziej wrażliwa. Do tego ta niepewność...
- Zostaję - szepcze.
- Cieszę się. A teraz usiądź na biurku - odsuwam się trochę do tyłu, by zrobić mu więcej miejsca. Czarnowłosy niepewnie przesuwa część dokumentów i wspina się na blat, zajmując miejsce na wprost mnie. - Denerwujesz się? - zaczynam pocierać jego członka przez ubranie, by sprawdzić, czy nie rzuca słów na wiatr.
- Tak.
- Zupełnie niepotrzebnie. Zagramy w pewną grę. Polega ona na tym, że od tej pory masz być cicho. Jeśli wydasz z siebie choćby jeden dźwięk, natychmiast przestanę. Co więcej, w ramach kary, nie będziemy się dzisiaj kochać.
- Ale...
- Co przed chwilą powiedziałem? - przerywam mu, przykładając palce do jego ust. - To było pierwsze i ostatnie ostrzeżenie. Przypominam ci, że sam chciałeś. Chcesz wyjść? - energicznie potrząsa głową. Kotek chce się bawić. Jak miło. - Kocham cię - wracam do poprzedniej czynności. Sięgam do paska od jego spodni i powoli go rozpinam. Póki co dobrze mu idzie. - Ponieważ to twój pierwszy raz, nie będziemy się śpieszyć. Odpręż się. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz to przerwać i wyjść. - Josh milczy, choć jego oczy mówią mi więcej niż setki słów. Już jest mój...
Rozpinam rozporek i rozsuwam materiał lekko na boki. Drży, czując na sobie mój dotyk.
- Spokojnie, kochanie. Oddychaj. Przecież wiesz, że cię nie skrzywdzę. Wprost przeciwnie - zakradam się palcami pod jego bieliznę. Nabiera powietrza głęboko do płuc i zasłania usta dłonią. - Potrzebujesz chwili przerwy? Możemy kontynuować? - czekam, aż jego oddech się wyrównuje. W końcu udaje mi się uwolnić jego męskość, po której ostrożnie przesuwam palcami. - Cii... - przypominam mu, patrząc jak się gotuje. To, że się złamie, jest tylko kwestią czasu. Mimo to koniecznie chcę sprawdzić ile jest w stanie wytrzymać. Przesuwam dłonią w dół, a potem w górę. Josh wpatruje się we mnie zamglonym wzrokiem, przykładając obie dłonie do ust. Nie ufa sobie tak jak na samym początku, gdy reguły gry wydały mu się trudne, ale nie niemożliwe do zrealizowania. - Wiem, wiem. Nie musisz na mnie patrzeć w taki sposób. Mam zwiększyć nacisk, prawda? - zaprzecza, kręcąc głową na boki. - Świetnie ci idzie, kochany. Myśl o naszej dzisiejszej nocy. Jeśli będziesz cichutko sprawię, że nie zaśniesz do rana. - Niespodziewanie układa swoją lewą dłoń na mojej, zmuszając, abym nieco zwolnił. - Właśnie tak? - dopytuję, oblizując wargi. Chłopak zaciska mocno powieki i odchyla głowę do tyłu. Czekałem na ten moment. Wykorzystuję okazję, że na mnie nie patrzy i biorę jego członka głęboko do ust.
- Ach! - wyrywa mu się ciche westchnienie. A po chwili jeszcze jedno, i jeszcze... Wsuwa palce w moje włosy, zupełnie mi ulegając. - Nie...! - jęczy cicho, dochodząc.
- Dlaczego nie? - udaję obrażonego. Fotel przechyla się do tyłu, gdy opieram się o niego plecami sprawiając, że mogę cieszyć oczy jego oszałamiającym wyglądem. - Nie podobało ci się?
- Oszukiwałeś! Gdybym wiedział, że zrobisz to ustami, to...
- Nie mówiłeś, że nie mogę - bronię się.
- To niesprawiedliwe!
- Przegrywanie też jest sztuką, mój piękny.
- Przegrywanie? Przecież wiedziałeś, że nie będę się w stanie kontrolować, gdy zaczniesz tak robić! - pośpiesznie poprawia swoje ubrania.
- Nic na to nie poradzę. Mogłeś to w każdej chwili przerwać.
- Tristan, chyba nie zamierzasz mnie za to karać, prawda?
- Gra to gra, skarbie. Złamałeś reguły.
- Proszę cię, okaż mi choć trochę litości - zeskakuje z biurka i siada mi na kolanach. Nareszcie mam go blisko siebie.
- No dobrze. Oto moje warunki. Do końca dnia zjesz jeszcze co najmniej trzy posiłki i deser. Nie będziesz kwestionował faktu, że wszędzie mają ci towarzyszyć ochroniarze - zaczynam wyliczać.
- Ukartowałeś to, by mieć na mnie haka! Jak możesz?! - oburza się.
- Nie wyrzucisz mnie z łóżka, gdy wieczorem wypiję kieliszek wina.
- I jeszcze alkohol?! Mowy nie ma!
- Twoje zdrowie i bezpieczeństwo to moje priorytety. Oczywiście zrobisz jak będziesz chciał. Równie dobrze mogę się przespać w pokoju gościnnym, ale czy cała noc seksu nie jest tego warta? - pytam z nadzieją w głosie.
- Mogę zjeść obiad i deser, ale nic ponad to. I nie licz na to, że pójdę do łóżka z kimś, kto pachnie winem! - awanturuje się. Na szczęście na to także mam swój niezawodny sposób. Całuję do mocno i namiętnie, aż przestaje walczyć.
- Zjesz chociaż jeden dodatkowy posiłek, bo jesteś za chudy. Postaram się nie pić, obiecuję. Poza tym przegrałeś i to ty powinieneś mnie przekonać, a nie odwrotnie.
- Mówisz tak, jakbyś wcale nie chciał się ze mną kochać - robi smutną minę.
- Nie opowiadaj bzdur. Pragnę cię ponad wszystko, ale w przeciwieństwie do ciebie pamiętam, że jeszcze nie tak dawno temu leżałeś w szpitalu.
- Już nic mi nie jest - przechwala się.
- Serio? Na twoim ciele wciąż widać siniaki. Poza tym ważysz tyle co nic, więc nie mów mi, że jest dobrze, gdy nie jest. Masz w pierwszej kolejności jeść i odpoczywać, a zatrudnionym ludziom pozwolić się chronić.
- A jeśli odmówię?
- Mówiłem ci już. Jeśli nie będziesz mnie słuchał, nie dotknę cię aż do nocy poślubnej.
- Akurat - drwi.
- Spróbuj. W przeciwieństwie do ciebie, moja samokontrola nie zna granic.
- Skąd ta pewność? - mierzy mnie podejrzliwym spojrzeniem.
- Prawie cię straciłem. To doświadczenie na zawsze zmieniło moje życie - całuję go pośpiesznie. - A teraz daj mi popracować. Wieczorem Dennis z pewnością dokładnie opowie mi o tym, czy wywiązałeś się ze swojej części umowy.
- I tak uważam, że nie grałeś fair - wstaje z moich kolan i kieruje się w stronę drzwi.
- Zawsze możesz poprosić o rewanż - wołam za nim, gdy wychodzi na korytarz.
- Tak też zrobię, zobaczysz!

wtorek, 25 kwietnia 2017

Rozdział XIX

„Zdrajca


- No i co powiesz? Może być? - uważnie przyglądam się twarzy Josha, by wyczytać z niej jego emocje.
- Tu jest pięknie! - zachwyca się różanym ogrodem mojej mamy.
- Cieszę się, że ci się podoba - przytulam się do jego pleców, by szeptać mu na ucho. - Tam postawimy namioty dla gości, a tutaj girlandy z białych kwiatów. Róże będą się idealnie nadawały, nie sądzisz?
- Nie wiem. Nigdy wcześniej nie brałem ślubu - odwraca głowę, hipnotyzując mnie jasnym błękitem swoich tęczówek.
- I nigdy więcej nie weźmiesz. Tylko ten jeden jedyny raz. Ze mną.
- Skąd wiesz, że szybko się sobie nie znudzimy? A może poznasz kogoś innego albo...
- Dość - przerywam mu, całując lekko w policzek. - Po prostu wiem. Ty także to wiesz, prawda?
- Tak - przyznaje nieśmiało. - Bardzo cię kocham.
- Ja ciebie też, dlatego namioty, kwiaty, balony, białe gołębie, płatki róż, kwiatowa altanka... - wyliczam.
- Nie sądzisz, że to trochę za dużo?
- No dobrze, bez gołębi, ok? To moje jedyne ustępstwo - zaczynam się śmiać, biorąc go za rękę i kontynuując zwiedzanie ogrodu. - W podróż poślubną pojedziemy zwiedzać Polinezję Francuską.
- Wszystko już zaplanowałeś?
- Tylko te ważne rzeczy. Drobiazgami zajmą się profesjonaliści. Mama znalazła odpowiednie osoby.
- Nie powinniśmy tego jeszcze przedyskutować?
- Nie ma czego. Wszystkim się zajmę. Ty masz tylko powiedzieć „tak”.
- Nadal nie powiedziałeś mi dlaczego tu jesteśmy - wraca do niewygodnego tematu.
- Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta - spoglądam mu prosto w oczy - bo cię kocham. Niedługo przyjadą moi rodzice. Chcę, abyś spędził z nimi trochę czasu. Poza tym spójrz - ogród rzeczywiście robi niesamowite wrażenie. Pomijając fakt, iż jest bardzo duży, to znajdują się tu chyba wszystkie gatunki róż, o których kiedykolwiek słyszałem od mamy. Ma obsesję na ich punkcie. Zatrudnia kilku ogrodników, którzy o nie dbają. Ich słodki zapach unosi się w powietrzu. Całość uzupełniają szklarnie oraz wielka fontanna, ustawiona w centralnym punkcie ogrodu. Ona również ozdobiona jest różami.
- Tu jest jak w bajce - błękitnooki siada na jej skraju. - Są nawet złote rybki - wkłada rękę do chłodnej wody.
- Pomyśl życzenie, a ja je spełnię - proponuję mu.
- Mam ciebie, nie potrzebuję niczego więcej.
- Jesteś pewny? W prezencie ślubnym mógłbym ci kupić samolot, albo łódź. Możemy pojechać dokądkolwiek zechcesz.
- To o wiele za dużo - wzdycha. Wyraźnie widzę, iż nie jest zadowolony.
- O co chodzi, skarbie? Powiedziałem coś nie tak?
- Nie, ale... Tristan, ja nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy, by być szczęśliwym. Poza tym nie mam nic, co mógłbym dać ci w zamian. Nie pamiętam nawet kiedy się poznaliśmy ani naszego pierwszego pocałunku...
- Dajesz mi siebie, a to dla mnie najważniejsze. Mam cię na wyłączność. Jesteś tylko mój. Nie pozwolę, abyś o tym zapomniał. A teraz chodź, pojedziemy na przystań. Przy okazji pokażę ci kolekcję samochodów mojego ojca.
- Nie możemy się przejść? To blisko.
- Możemy - wyciągam telefon i każę szoferowi poczekać na nas na miejscu. Josh z niedowierzaniem kręci głową.
- To miał być spacer. Po co ci kierowca?
- Samochód może się przydać na wypadek, gdybyś poczuł się zmęczony.
- Nie jestem zmęczony. Obiecałeś mi różne atrakcje, których nie mogę się doczekać.
- Obiecałem i dotrzymam słowa. Tej nocy zrobię co tylko zechcesz.
- Więc spraw, by była już noc...
- Postaram się, abyś na długo ją zapamiętał - całuję go w policzek.

Idąc w kierunku przystani staram się nie myśleć o tym, co miało miejsce w apartamentowcu. Uspokaja mnie drobna dłoń Josha, którą delikatnie ściskam. Chłopak jest milczący, lecz co pewien czas unosi na mnie swój wzrok i uśmiecha się czule. Kocha mnie i tylko to się liczy.
- Znasz wszystkich sąsiadów? - niespodziewanie przerywa ciszę.
- Tak. Ty też ich poznasz. To sami przyjaciele moich rodziców, więc zaprosimy ich na ślub.
- Myślałem, że to będzie skromna uroczystość.
- Nie rozmawiałem jeszcze z mamą, ale dodatkowe sto, czy dwieście osób nie powinno robić różnicy. Sam widziałeś, że ogród jest olbrzymi.
- Sto czy dwieście?! - gwałtownie się zatrzymuje.
- Nic się nie martw. Oni będą się bawić, a my dyskretnie wsiądziemy do samolotu i rozpoczniemy cudowną podróż poślubną - przytulam go do siebie.
- Nie wiem, czy jestem gotowy na coś takiego. Nawet nie znam twoich rodziców.
- I to jest w tym najlepsze. Jesteś tak słodki, iż zrobiliby wszystko, aby spędzić z tobą więcej czasu, a dzięki mojej przezorności, nic takiego się nie stanie.
- Skąd w tobie taka zaborczość? - pyta, dotykając mojego policzka.
- Nauczyłem się jej od ciebie, najdroższy.
- Ode mnie? Niemożliwe!
- Od samego początku trzymałeś mnie na krótkiej smyczy, a ja robiłem co tylko chciałeś. Nie pamiętasz tego, ale widzę to w twoich oczach. Pod tym względem nic się nie zmieniło.
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! - wyrywa mi się. - Mówisz takie rzeczy, by mocniej zawrócić mi w głowie, a tymczasem to ja robię to, czego ty chcesz.
- Bezustannie powtarzałeś, że mam mniej pracować, nie włóczyć się z Ronem do późna, dbać o siebie, jeść śniadanie, nie siedzieć po nocach. Brzmi znajomo?
- Może... - uśmiecha się. - Biedaku, nie miałeś ze mną łatwego życia. Dobrze przemyślałeś decyzję o ślubie? A jeśli stanę się bardziej wymagający?
- Właśnie na to liczę. Masz mi mówić czego pragniesz, a ja ci to dam.
- Jedyną rzeczą jakiej obecnie pragnę, to znaleźć się z tobą z powrotem w łóżku - mruczy, łapiąc mnie za rękę.
- Chcesz mnie tylko wykorzystać, tak?
- Chcę się znaleźć w twoich bezpiecznych ramionach, być całowanym i pieszczonym, aż zapomnę o całym świecie.
- Najpierw obowiązki, a potem przyjemności. Chodź, bo prom już jest. Dennis się na nas wkurzy.
Rzeczywiście, młody ochroniarz czeka w towarzystwie kilku innych mężczyzn. Ludzie zatrudnieni przez Harolda... Mam nadzieję, że sprawdzą się lepiej niż ci z agencji detektywistycznej. Poubierani są w czarne garnitury. Każdy z nich ma broń, schowaną pod marynarką.
- Znasz ich? - czarnowłosy jest nieco bojaźliwy.
- Będą dbali o twoje bezpieczeństwo - staram się zachowywać normalnie, by bardziej nie straszyć poddenerwowanego chłopaka.
- Dobry wieczór, jestem Craig. Dowódca grupy operacyjnej - łysy mężczyzna w ciemnych okularach ściska mi dłoń.
- Dziękuję za przybycie. Dennis przekazał panu wszystkie potrzebne informacje?
- Tak, panie Wood. Jeszcze dzisiaj zabezpieczymy cały teren. Dwóch moich ludzi będzie bez przerwy pilnowało pana Olsena.
- Bardzo panom dziękuję - uśmiecham się zadowolony.
- Nie zgadzam się! Nie chcę ochrony! - błękitnooki nie podziela mojego entuzjazmu.
- Rozmawialiśmy już o tym, prawda? - z dezaprobatą kręcę głową.
- Przestań traktować mnie jak dziecko! - wybucha.
- Więc nie zachowuj się dziecinnie. Dobrze wiesz, że nie mamy innego wyjścia.
- Oszukałeś mnie! Powiedziałeś, że przyjechaliśmy tutaj ze względu na ślub, a tak naprawdę to kolejna złota klatka!
- Skarbie, ktoś chce cię porwać i szybciej sam dam się zabić, niż pozwolę na to, abyś ponownie został skrzywdzony, rozumiesz? Ci panowie to profesjonaliści. Zapewnią ci bezpieczeństwo i...
- Chcę wrócić do miasta! - wścieka się.
- Josh, nie bój się. Wszystko będzie dobrze - niespodziewanie moim sojusznikiem w okiełznaniu krnąbrnego narzeczonego zostaje Dennis, któremu szybko udaje się go rozgryźć. - Dobrze znam tych ludzi. To moi przyjaciele.
- Nie wierzę ci! Wszyscy wykorzystujecie fakt, że niczego nie pamiętam!
- Zrobimy tak. Ja zostanę z tobą i panem Woodem, a chłopaki pojadą do domu, by zainstalować sprzęt.
- Dobry pomysł - decyduje Craig, zabierając swoją ekipę w stronę samochodu, którym odjeżdżają w kierunku posiadłości.
Próbuję odzyskać zaufanie mojego ukochanego biorąc go za rękę, lecz nie pozwala mi się dotknąć.
- Josh... Proszę cię, nie utrudniaj sprawy, bo nie ręczę za siebie - warczę przez zaciśnięte szczęki.
- Panie Wood, proszę pozwolić, że to ja będę go pilnował, tak jak do tej pory. Spędziliśmy razem sporo czasu, poza tym nigdy cię nie okłamałem. Ufasz mi, prawda? - Dennis jest dobrym obserwatorem. W ciągu tych kilku dni naprawdę udało mu się zdobyć zaufanie Josha, bo w końcu przystaje na jego propozycję.
- Tylko ty? A gdzie jest Randy? - rozgląda się za jego bratem.
- Musiał zostać na miejscu.
- Mówiłeś, że zawsze pracujecie razem.
- To prawda. Jednak ktoś musi obserwować apartamentowiec, pilnować bezpieczeństwa Rose oraz Harolda, zanim tu przyjadą.
- Wszystko u nich w porządku? - dopytuje.
- Tak. Dołączą do nas za kilka dni.
- To wszystko moja wina! Nie chcę, abyście się dla mnie narażali.
- Taką mamy pracę. Złapiemy tego szaleńca, a ty odzyskasz swoje dawne życie. To tylko i wyłącznie kwestia czasu - uśmiecha się do niego. - Oswoiłeś już Cynamona? - zgrabnie zmienia temat.
- Jeszcze nie. Jest bardzo uparty i pamiętliwy.
- Przejdzie mu. Codziennie podchodzi coraz bliżej, prawda?
- Ostatnio prawie udało mi się do dotknąć - chwali się.
- Czytałem gdzieś, że rasowe koty są znacznie bardziej uparte niż dachowce. Wiedziałeś o tym?
- Nie.
- Pięknie tutaj. I raczej pusto - Dennis z zainteresowaniem lustruje okolicę.
- Tristan zna wszystkich sąsiadów.
- Ja też ich znam. Uważnie prześledziłem ich akta.
- Masz fotograficzną pamięć? - wpatruje się w niego z podziwem.
- Nie, praca tego ode mnie wymaga. Ty pewnie też nieźle sobie radziłeś. Byłeś jednym z najlepszych studentów na roku.
- Niewiele mi to dało. Teraz niczego nie pamiętam - wzdycha.
Przysłuchuję się ich rozmowie, choć trochę mnie boli, że zostałem zepchnięty na dalszy tor. Josh bardzo się zirytował gdy wspomnieliśmy, że będzie pilnowany przez dwóch obcych. Może Dennis ma rację, że po prostu się boi? Gdy dotarliśmy na przystań i zobaczył ich groźne miny, przez chwilę miałem wrażenie, że chowa się za moimi plecami.
- Nie wiem czy powinni panowie tak beztrosko spacerować po otwartej przestrzeni. Zwłaszcza w chwili, gdy prom wpływa do portu.
- Nie martw się. Wszystko jest pod kontrolą - odpowiadam, biorąc pod uwagę, iż Josh jest nieco przestraszony. - A jak w domu? - nie umiem się dłużej powstrzymać. Dennis ma tak kamienny wyraz twarzy, iż ciężko z niej cokolwiek wyczytać.
- Wszystko w porządku, panie Wood. Gdy tylko dowiem się czegoś nowego, od razu dam panu znać.
- Dziękuję - przez kilka sekund powracam myślami do chwili, gdy odnalazłem Josha w szpitalu. Siniaki zniknęły, lecz nadal wygląda jak cień człowieka. Co bym zrobił, gdyby porywacz postrzelił właśnie jego, a nie Randiego? A jeśli Josh by tego nie przeżył? Odruchowo mocniej zaciskam palce na jego dłoni. Czarnowłosy lekko się krzywi, lecz nie wyrywa ręki.
Wracamy do domu. W czasie gdy Ursula przygotowuje kolację, rozmawiam z Ronem, który nie brzmi dziś zbyt optymistycznie.
- Wydałeś już wszystkie pieniądze?
- Nie, skąd taki pomysł? - odpowiada mi tym samym, znudzonym tonem.
- Dużo zarobiliśmy, a ty się nie cieszysz. Martwię się.
- Mam trochę problemów w domu, z Abby i teściem. Sam wiesz jak jest.
- Znowu coś przeskrobałeś?
- Nie... To znacznie poważniejsza sprawa.
- Potrzebujesz mojej pomocy? Wiesz, że w razie czego mogę porozmawiać z twoją żoną...
- Tristan - przerywa mi. W jego głosie słyszę napięcie. Wstrzymuje oddech czekając na jego dalsze słowa. - Nie wiem czy dalej chcę to ciągnąć.
- O czym ty mówisz?
- O moim małżeństwie.
- No coś ty, Ron! Przecież uwielbiasz Abby.
- To prawda. Jest moją przyjaciółką, bratnią duszą, ale coraz częściej łapie się na tym, że kocham ją bardziej jak siostrę, rozumiesz? Gdy na nią patrzę, widzę kogoś bliskiego, lecz gdy pomyślę, że mam jej dotykać, kochać się z nią... Nie mogę. Zupełnie mnie nie podnieca. Obojętne czy ma na sobie seksowną bieliznę, czy jest naga...
- A terapia małżeńska?
- Daj spokój, to nie dla mnie. Poza tym to nie wszystko... Przedtem zależało mi na małżeństwie, ale poznałem kogoś innego i...
- O cholera!
- Sam widzisz. Jestem w kropce.
- Mówiłeś Abby, że chcesz od niej odejść?
- Tak. Nie potraktowała moich słów poważnie.
- Stary, nawet nie wiem co mam ci powiedzieć - zaczynam krążyć po bibliotece, by łatwiej zebrać myśli.
- Wiem - Ron śmieje się cicho do słuchawki. - W każdym razie moje problemy osobiste nie powinny rzutować na twoją pracę. Masz sporo zleceń do wykonania, więc bierz się do roboty.
- Pracuję bez przerwy - zapewniam go.
- A jak Josh?
- Bez zmian - zerkam w kierunku salonu, obserwując jak próbuje nakłonić Cynamona do zabawy. Rude kocisko rozsiada się na wielkiej kanapie i zaczyna lizać swoje futro, ignorując zaczepki. W tej samej chwili podchodzi do niego Dennis i zaczyna głaskać po łepku. Josh robi niepocieszoną minę. Gdy próbuje dotknąć kota, ten od razu zeskakuje z kanapy i biegnie w moją stronę. Podnoszę go z ziemi i przytulam.
- Dzwoń do mnie, gdybyś czegoś potrzebował. O każdej porze.
- Dziękuję, przyjacielu. Cieszę się, że jesteś po mojej stronie.
- Zawsze, przecież wiesz.
- Będziemy w kontakcie. Do jutra.
- Do jutra - rozłączam się. Ron i Abby nie będą już razem... Trudno w to uwierzyć.

Podczas kolacji panuje bardzo wesoła atmosfera. Choć Ursula protestowała i próbowała mnie przekonać, iż powinniśmy przenieść się do jadalni, zostaliśmy w kuchni. Dzięki temu mam okazję poznać bliżej ochroniarzy, którym powierzam mój największy skarb. Słuchając ich opowieści o kłopotach innych klientów, powraca mój optymizm. Zapewniają mnie, że złapanie porywacza jest tylko kwestią czasu. Co pewien czas spoglądam w kierunku Josha. Jako jedyny nie wydaje się być zainteresowany własnym bezpieczeństwem. Grzebie widelcem w jedzeniu. Jest zmęczony. Po raz pierwszy od dawna spędził aż tyle czasu na świeżym powietrzu. Nic dziwnego, że oczy same mu się zamykają. W pewnym momencie jestem zmuszony wstać od stołu, by nie zsunął się z krzesła.
- Niezły refleks, panie Wood - chwali mnie Dennis.
- Mam spore doświadczenie w niańczeniu go - uśmiecham się w odpowiedzi. - Dobranoc - żegnam się z zebranymi, biorąc śpiącego narzeczonego na ręce.
- Może panu pomóc?
- Nie trzeba. Poradzę sobie - nie chcę, by go dotykał. Niebieskooki tak ufnie się do mnie przytula. W dodatku jest taki lekki. - Oddam ci go jutro po śniadaniu, bo mam sporo pracy.
- Oczywiście. Dobranoc - ochroniarz usłużnie otwiera mi drzwi, po czym wraca do swoich towarzyszy.
Gdy wchodzę do naszej sypialni, kocur zdążył już ułożyć się na mojej poduszce.
- Nic z tego. Śpię tylko z nim - uprzedzam rudzielca, układając Josha na pościeli. Od razu zwija się w kłębek i przesuwa jak najbliżej krawędzi. - Skarbie, uważaj, bo spadniesz - szepczę, próbując go rozebrać.
- Tristan...
- Dwie godziny na zewnątrz i jesteś nieprzytomny - przeczesuję dłonią jego miękkie włosy, siadając na brzegu łóżka, skąd mogę mu się przyglądać bez końca. Jest jeszcze taki słaby, taki kruchy... Cynamon chyba podziela moje obawy, bo bardzo ostrożnie podchodzi do śpiącego, by powąchać jego dłoń. Josh byłby zachwycony. - Uciekaj - przeganiam go z pościeli. Miauczy głośno niezadowolony z powodu takiego traktowania.
- Boję się... Tristan, gdzie jesteś? - znowu śnią mu się koszmary.
- To tylko zły sen - układam się obok niego, by czuł moją bliskość.
- On wróci... Wróci... - szamocze się.
- Kto wróci? - pytam, lecz nie uzyskuję żadnej odpowiedzi.
Przez dwie godziny leżę wsłuchując się w jego spokojny oddech. Cynamon podejmuje kolejną próbę zaanektowania dla siebie sporej części łóżka, bo układa się tuż za moimi plecami, grzejąc niemiłosiernie swoim ciepłym futrem.
- Gorzej niż z dziećmi... - skarżę się sam do siebie. Jest mi za ciepło, a w dodatku ominęła mnie noc upojnego seksu. A mimo to jestem szczęśliwy. Ron powiedziałby, że się starzeję.

piątek, 21 kwietnia 2017

mpreg 4

„Bezsenne Noce


- Max, tata i ja mamy dla ciebie niespodziankę! - radosny głos mojej mamy sprawia, że unoszę ociężałe powieki. Spoglądam na wyświetlacz. Dopiero ósma... Zabójcza godzina dla kogoś, kto przez pół nocy walczył z opisem krwawych przestępstw.
- Mamo, tyle razy cię prosiłem, abyś nie dzwoniła skoro świt, prawda? - naszą rozmowę zaczynam od porannego marudzenia. 
- Znowu siedziałeś do późna? Jak chcesz kogoś poznać, skoro prowadzisz tryb życia podobny do wampira? - identycznym tonem strofowała mnie w dzieciństwie, gdy wymykałem się z domu, choć obecnie moja samotność bardziej ją niepokoi. Przyjaciółki już od dawna szczycą się gromadką wnuków, a ja jestem po trzydziestce i nadal nic. 
- Mamo, błagam... Okaż mi choć trochę litości... - im jestem starszy, tym boleśniej odczuwam zarwane noce. Zbyt dużo kawy, za mało snu, ból głowy, który mocno mi doskwiera, a dodatkowo w pokoju obok przebywa prawdziwa wisienka na torcie, w wersji blond... 
- Sam nigdy do nas nie dzwonisz. Nie będę ci wypominać, że nie widzieliśmy cię od pół roku... 
- Moja wina, moja bardzo wielka wina... Skoro mamy to już za sobą, darujesz mi resztę litanii i powiesz czym byłaś aż tak podekscytowana? - odwracam jej uwagę od moich przewinień. 
- Żebyś wiedział, że bardzo się cieszę! Po tylu latach wahania w końcu się zdecydowałam. Oczywiście wszystko zawdzięczam twojemu tacie, który namawiał mnie od samego początku. Pomyślałam, że raz się żyje. A potem pojawił się ten lokal. No wtedy to już wiedziałam, że nie ma odwrotu! Postanowiłam, że sama zajmę się urządzaniem, bo projektant chciał zedrzeć z nas niemałą sumkę. 
- Mamo... Poczekaj chwilę – rozcieram obolałe skronie – nie mam pojęcia o czym mówisz. Jaki lokal? Jaki projektant? 
- Ach... No tak. Wyleciało mi z głowy – zaczyna chichotać. - Rozmawiasz właśnie z główną koordynatorką do spraw promocji naszego regionu! Jak wiesz zawsze o tym marzyłam. To nie będzie nic wielkiego, ale gdy pomyślę, że za kilka tygodni będę mogła pochwalić się przed innymi moimi pomysłami... Jestem taka szczęśliwa! - zaczyna się śmiać i pociągać nosem. 
- Mamo, ty płaczesz? - siadam na łóżku zaskoczony. 
- Myślałam, że na stare lata nie czeka mnie nic ciekawego. Czytanie książek, robienie na drutach. W dodatku twoimi nie mogę się chwalić, bo piszesz pod pseudonimem. Przyznaję, że ogródek zaczynał mnie już nudzić, ale teraz wypływam na szerokie wody! 
- I tata się zgodził? - dziwię się, bo jeszcze parę lat temu, gdy mama wspominała o angażowaniu się w sprawy lokalne, prychał pod nosem, że emeryturę zamierza spędzić z wnukami. Widać stracili nadzieję. Szkoda, że nie poczekali tych kilku dodatkowych miesięcy. Będą mieli niespodziankę, gdy dowiedzą się o dziecku. 
- Tak! Jest kochany! Ale to nie jedyna nowość. Kazał wybudować dla mnie przepiękną werandę. Oczywiście był to tylko pretekst, bo nowy budynek jest całkiem spory, a on potrzebował więcej miejsca na swoje narzędzia. Nawet trochę się przez to kłóciliśmy, bo popsuł całą aranżację ogrodu, ale jakoś mu to wybaczę. 
- Cieszę się waszym szczęściem – odsłaniam rolety. Szczelnie odgradzały mnie od intensywnego blasku porannych promieni słonecznych, które teraz boleśnie atakują podrażnione oczy. 
- A co u ciebie, synku? Kiedy nas odwiedzisz? 
- Nieprędko. Jestem zawalony pracą. Negocjuję kontrakt ze studiem filmowym, o którym ci opowiadałem. Naciskają na mnie, abym nadzorował prace nad scenariuszem. To cholernie czasochłonne. 
- To zrozumiałe, skoro jesteś jednym z bardziej poczytnych pisarzy w Stanach – zauważa rozsądnie. 
- Gdyby film okazał się sukcesem, do końca życia nie musiałbym już nic robić – rozmarzam się. 
- W takim razie już teraz trzymam kciuki, by ci się udało. Może dzięki temu mój jedyny syn znajdzie trochę czasu dla zapomnianych rodziców... 
- Obiecuję, że wpadnę do was w przyszłym tygodniu – składam tę obietnicę nieco na wyrost. Wyrwanie się stąd na cały dzień graniczy obecnie z cudem. W dodatku jest jeszcze Eli. Mama jak zawsze idealnie wybiera najmniej odpowiedni moment na wpędzanie mnie w poczucie winy. 
- A co dzisiaj będziesz robić? - pyta niespodziewanie. 
- Mam zaplanowane spotkanie z reżyserem. 
- Daj mi znać jak ci poszło, dobrze? 
- Przecież wiesz o wszystkim na bieżąco – uśmiecham się sam do siebie, bo od lat proszę rodziców o radę za każdym razem, gdy w moim zawodowym życiu dzieje się coś nowego. 
- I niech tak zostanie. W takim razie czekam na wiadomość, Max. Mam nadzieję, że przekażesz nam same radosne wieści. 
- Ja także. Pozdrów ode mnie tatę. 
- Pozdrowię. 
- Miłego dnia, mamo. 
- Kocham cię synku. 
- Ja ciebie też – rozłączam się. Rozmowy z nią zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój. 
Otwieram drzwi od mojej sypialni i pierwsze co widzę, to siedzący przy stole Eli, który przygląda się rozłożonym na stole gotowym grafikom. Poprawie jakieś drobne detale.
- Wcześnie dziś wstałeś – przeczesuję palcami swoje potargane włosy, idąc w kierunku lodówki, lecz mój miły gest zostaje przez niego zupełnie zignorowany. - Nabazgrałeś aż tyle? - dopiero teraz zauważam pokaźny stos prac, które wkłada do specjalnych teczek. 
- Przecież chcesz swoje pieniądze, prawda? - odpowiada zmęczonym głosem. 
- Pewnie, że chcę – pociągam łyk wody z plastikowej butelki. 
- Dziś je dostaniesz. 
Staję za jego plecami i obserwuję jak poprawia kontur starego drzewa. Część jego gałęzi została strącona przez silne podmuchy wiatru. Wśród nich stoi samotna sarna, która przegląda się w tafli jeziora. Niby nic specjalnego, lecz idealnie uchwycił chwilę. Oczy zwierzęcia wyrażają spokój. Nadciąga zima, którą wyczuwa się w powietrzu...
O czym ja myślę? To oczywiste, że rysuje lepiej niż przeciętna osoba, skoro udaje mu się sprzedawać swoje prace w galerii. Poza tym nie przepadam za grafikami. Czerń i szarość wprawiają mnie w ponury nastrój. Znacznie bardziej podobał mi się obraz pełen kwiatów, który widziałem z galerii. Był żywi i zdawał się wibrować od barw. Mam nadzieję, że dziś także będę mógł rzucić na niego okiem. 
- Zasłaniasz mi światło – niemiłe upomnienie przywołuje mnie do rzeczywistości. Spoglądam na moją kulę u nogi. Wygląda dziś znacznie gorzej niż zwykle. Choć jest ciepło, ma na sobie ciemny, gruby sweter, z którym praktycznie się nie rozstaje oraz ciemnoszare spodnie od piżamy. Jego włosy są w nieładzie, jakby od dawna ich nie czesał. Dorobił się także niezłych cieni pod oczami. 
- Źle spałeś? - pytam od niechcenia. 
- Nie spałem. Rysowałem przez całą noc. 
- Mówiłem ci setki razy, że masz dbać o dziecko! - irytuję się. 
- Mówiłeś także, że jeśli nie dostaniesz swoich pieniędzy, wypędzisz mnie na ulicę. „W agencjach towarzyskich nie zatrudniają kaszalotów w ciąży” - idealnie odwzorowuje ton mojego głosu. 
- Prawda. Kończ to i się połóż. 
Uparty dzieciak ani myśli mnie słuchać. Kontynuuje pracę jakby był robotem. W pewnej chwili głowa mu leci i ołówek wypada z ręki, ale od razu przytomnieje. Lewą dłonią dotyka swojego brzucha, a na jego twarzy pojawia się przelotny cień uśmiechu. Wygląda jak duch. Chciałem mu dokopać, ale chyba nieco przesadziłem...
W końcu udaje mu się zapakować wszystkie gotowe szkice. Przeciąga się leniwie. Od ostatniej wizyty u lekarza nie wyszedł z domu nawet na chwilę. Ciągle siedział przy stole, rysując dniem i nocą. Ryzykuję zdrowiem własnego syna dla kilkuset dolarów, które nie są mi potrzebne. Dla niego to prawdziwa fortuna. Pewnie gdyby miał jakiekolwiek pieniądze, już dawno by się wyprowadził. 
- Masz, jedz – podsuwam mu talerz, w którym tylko grzebie widelcem. Oczy same mu się zamykają. Boję się, że spadnie z krzesła, więc podchodzę bliżej, by zabrać go do łóżka. 
- Co robisz?! - zrywa się jak oparzony, gdy dotykam jego ramienia. 
- Chciałem cię zanieść do twojego pokoju zanim zemdlejesz i uszkodzisz dziecko. 
- Trzymaj swoje brudne łapska z daleka ode mnie! – jego słowa przepełnione są jadem. A więc taki jesteś... 
- Nie gryzie się ręki, która cię karmi, Eli. Jeśli będziesz podskakiwał, przestanę być miły – grożę mu, świadomy tego, że się mnie boi. 
- Miły? Ty? To jakiś żart, tak? - nie szczędzi mi ironii. Fiołkowe tęczówki rzucają mi groźne spojrzenie. Co chcesz mi zrobić? Rzucisz się na mnie z pięściami? Wolne żarty... Mam prawie dwa metry, a ty sięgasz mi najwyżej do ramienia, i to tylko wtedy, gdy staniesz na palcach. W dodatku nawet w tym okropnym swetrze wyglądasz na bardzo wychudzonego. Lekki podmuch wiatru i po tobie. 
- Pogódź się z faktem, że jesteś ode mnie zależny – łapię go za brodę, by patrzył mi prosto w oczy. - Od teraz chodzisz spać o dziewiątej. 
- I co jeszcze? - próbuje mi się wyrwać. 
- Zjesz śniadanie – sadzam go na krześle i przysuwam widelec. 
- Nie jestem głodny. 
- Interesuje mnie tylko dobro syna, nie twoje. 
- To zamów coś jadalnego. To jest obrzydliwe – wskazuje na gotowe danie, które składa się z samych zdrowych rzeczy. 
- To zbilansowany posiłek, który słono mnie kosztował. 
- To szara breja i jakaś trawa, które smakują okropnie! - jest nieugięty. 
- Wcale nie! - bronię swojego wyboru. 
- Może spróbujesz? - obejmuje się ramionami, czekając na to, co teraz zrobię. 
- Skoro nalegasz. Moim zdaniem wygląda obiecująco. 
- To się jeszcze okaże – mruczy pod nosem. Nakładam na widelec odrobinę „radosnej sałatki”. Smak jest dość specyficzny, przyznaję. Nie pomaga fakt, że ozdobiono ją jadalnymi kwiatami. - Dobre? 
- Nie musi być dobre. Wystarczy, że jest zdrowe i masz to zjeść do końca. 
- Ani mi się śni! 
- Eli! - uderzam pięścią w stół, wyprowadzony z równowagi. Chłopak aż podskakuje z przerażenia. 
- Dziękuję za śniadanie – pośpiesznie ucieka do swojego pokoju. 
Wredny bachor! Już ja bym cię nauczył szacunku dla starszych... Podchodzę do szuflady, w której trzymam leki i biorę coś na ból głowy, który po naszej sprzeczce jeszcze się nasilił. Otwieram lodówkę i zastanawiam się co mogę mu dać. Najnowsze badania wskazują, iż powinien unikać cukru, soli, tłuszczu, glutenu... Sięgam po słoik z dżemem, którym smaruję kawałek chleba tostowego. To pewnie zje. Pewnie otwieram drzwi prowadzące do jego sypialni, nie kłopocząc się pukaniem. Chłopak leży na brzuchu i znowu coś szkicuje.
- Nie myśl sobie, że za każdym razem będę ci ulegał – rzucam talerz na pościel. 
- Dziękuję – od razu odgryza niewielki kawałek. Jednak był głodny. 
- Za pół godziny wychodzę i wrócę po południu. Wracając do domu zrobię zakupy. Chcesz coś? 
- Landrynki. 
- Nie – pozbawiam go złudzeń w kwestii słodyczy. 
- Jestem pewny, że zarobiłem wystarczająco dużo, by starczyło na najtańsze cukierki. 
- Cukier jest szkodliwy. 
- W twoim wieku z pewnością – celowo mnie drażni. 
- Zamknę drzwi na klucz, więc nie licz na to, że uciekniesz pod moją nieobecność. I ogarnij się jakoś, bo zaczynasz straszyć. 
- O co ci znowu chodzi? - wścieka się. 
- Ponoć osoby w ciąży promienieją, a ty... Widziałeś swoje odbicie w lustrze? 
- Pan idealny się odezwał... Niestety, masz pecha. Dziecko będzie do mnie bardzo podobne. Będziesz się ze mną męczył długie lata. 
- Jeśli wcześniej cię nie zabiję – zabieram mu talerz z niedojedzoną kanapką. 
- Oddaj! - zrywa się z pościeli, chcąc jednocześnie dosięgnąć do talerza. 
- Wolę ją wyrzucić – uśmiecham się złośliwie. - Jeśli zgłodniejesz, zawsze zostaje wyjątkowo zdrowa sałatka. 
- Chleba też będziesz mi żałować? 
- Nie zarobiłeś na niego, a ja tak. 
- Upokarzanie mnie aż tak cię bawi, Max? A może to rodzaj rekompensaty? Byłeś prześladowany w szkole? Rodzice woleli zdolniejszą siostrę? 
- Jestem jedynakiem. 
- Może żona cię rzuciła? Jeśli wziąć pod uwagę twój wiek, to pewnie miałeś ich już kilka... 
- Nigdy nie byłem żonaty! 
- Jesteś impotentem – wyrokuje. 
- Jeszcze jedno słowo, a... 
- To też mnie nie dziwi. Która kobieta wytrzymałaby z takim mężczyzną? Kiepski w łóżku i do tego sknera – kontynuuje atak. 
- Nie jestem sknerą! - krew się we mnie gotuje. 
- Jesteś – Eli okrywa brzuch kocem, chociaż w pokoju jest bardzo ciepło. - Na szczęście to ja, a nie ty, zaopiekuję się dzieckiem, któremu niczego nie zabraknie. 
- I niby jak chcesz to zrobić, co? Nie stać cię nawet na najtańsze cukierki, których i tak ci nie kupię – uprzedzam jego ponowną prośbę, opierając się o framugę. - Już wiem. Będziesz się rozbierać za pieniądze. Tylko to potrafisz – jego zmęczone oczy robią się nieco szkliste. Mam wrażenie, że zaraz się rozpłacze. 
- To nie ja zapłaciłem lekarzowi za zapłodnienie – wypomina mi. - Skoro jesteś taki bogaty i cudowny, czemu noszę twoje dziecko? Kto tu jest od kogo zależny? 
- Właśnie, ty je tylko nosisz! Jeszcze będziesz mnie błagał, abym je zabrał, bo zamienię twoje życie w piekło! - wrzeszczę jak oszalały. 
- To może być jeszcze gorzej? Nie wydaje mi się – wraca do szkicowania. 
- Może, wierz mi, że może! – wychodzę mocno trzaskając drzwiami. Idę od razu do kuchni, gdzie wyrzucam jego niedojedzoną kanapkę, a następnie z prawdziwą lubością pozbywam się resztek dżemu i innych rzeczy, które lubi, zapełniając nimi kosz na śmieci. Nie chce ustąpić po dobroci, trudno. Jego wybór. 
W dobrym nastroju biorę prysznic i ubieram się w jasny garnitur. Zaglądam ponownie do jego pokoju. Jasnowłosy w końcu zasnął. Waham się, czy go tutaj nie zamknąć, ale z drugiej strony może wyjdzie chociaż na balkon? Ma szarą twarz i zapadnięte policzki. Wtulił się poduszkę i porządnie okrył. Tylko on marznie w środku lata... Dziwak.

Spotkanie z przedstawicielami wytwórni filmowej przebiega w miłej atmosferze. Podpisuję umowę. Przez kilka chwil przyglądam się sporej sumie, która do końca tygodnia wpłynie na moje konto bankowe. Dzięki tym pieniądzom mógłbym udać się w podróż dookoła świata, kupić dom, a nawet kolejny samochód. Jeśli dołożyć do tego skromny procent z zysków, który będzie moim udziałem, rodzice powinni być ze mnie dumni.
Zrelaksowany i uśmiechnięty mogę odwiedzić galerię, w której jestem serdecznie witany przez pana Robinsona.
- Eli wspaniale się spisał – z zadowoleniem podziwia efekty jego pracy. - Jest coraz lepszy, nie sądzi pan? 
- Przykro mi, lecz nie znam się na sztuce – dyskretnie rozglądam się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem reprodukcji Moneta, którą chłopak dla niego namalował. 
- A ja wprost przeciwnie, dlatego wiem, iż trafił mi się prawdziwy diament. Proszę – wręcza mi kopertę oraz listę zamówień. 
- Gdzie się podział ten wielki obraz, który był tu ostatnim razem? - zagaduję właściciela, wskazując na puste miejsce po płótnie. 
- Pożyczyłem go zaprzyjaźnionej galerii – uśmiecha się tajemniczo. 
- Myślałem, że zabrał go pan do domu – wkładam kopertę do wewnętrznej kieszeni marynarki. 
- Przyznaję, miałem taki zamiar, lecz mój przyjaciel przekonał mnie do zmiany planów. 
- Tak? - spoglądam na mężczyznę, który ewidentnie coś przede mną ukrywa. 
- Obraz jest piękny. Trudno przejść wobec niego obojętnie, choć to tylko reprodukcja. 
- Pewnie ma pan rację – staram się dać mu do zrozumienia, iż nasza rozmowa dobiega końca. 
- Nie będę pana dłużej zatrzymywał. Proszę pozdrowić ode mnie mojego ulubieńca – uśmiecha się, odprowadzając mnie usłużnie do samych drzwi. - Prace Eli są obecnie bardzo popularne, lecz proszę pilnować, by się nie przemęczał. 
- Przecież nie pracuje w kopalni – moja uwaga sprawia, iż pan Robinson parska śmiechem. 
- Drogi panie Ford, widzę iż nie rozumie pan artystów. 
- Myli się pan. Rozumiem lepiej niż pan sądzi. Sam zaliczam się do tego grona. Jestem pisarzem – chwalę się. 
- Z całym szacunkiem, lecz między Eli a panem istnieje przepaść większa niż Wielki Kanion. 
- Dlaczego tak pan uważa? - dziwi mnie jego ocena, bądź co bądź, dosyć krzywdząca. 
- Bo pan jest silny, a Eli słaby, a malowanie sprawia, iż staje się jeszcze bardziej bezbronny. Musi odsłonić swoje emocje. Z panem jest inaczej, prawda? Pisanie jest pańską siłą. 
- Siłą? Nigdy tak na to nie patrzyłem. 
- Eli potrzebuje kogoś, kto stanie się jego tarczą i osłoni go przed innymi. Cieszę się, że spotkał akurat pana. W dodatku będziecie mięli dziecko. Z początku wydawało mi się, iż zupełnie do siebie nie pasujecie. Przepraszam, że to powiem, lecz odniosłem wrażenie, że jest pan zarozumiałym bucem. Cieszę się, że ta ocena okazała się nie mieć nic wspólnego z rzeczywistością i przepraszam, jeśli poczuł się pan dotknięty – posyła mi zakłopotane spojrzenie. 
- Pójdę już. Eli od rana jest sam. Jeśli go nie przypilnuję, nie zje obiadu. 
- W takim razie do rychłego zobaczenia – Robinson macha mi wesoło na pożegnanie. Nie wiem co bierze, lecz musi koniecznie poprosić lekarza o zmianę leków. Eli i ja? Razem? Jest to równie realne jak to, iż przerzucę się na romanse.

Obładowany siatkami wracam do domu, nadal śmiejąc się w duchu ze słów szalonego „znawcy sztuki”. Może to farby olejne tak na niego działają? Odurzył się, bo zbyt dużo czasu spędza w swojej dziupli, którą szumnie nazywa „galerią”, a ze mnie robi... Zaraz, zaraz, jak to było? Tarczę? Szkoda, że nie widzi prawdziwej twarzy swojego protegowanego. Wie o jego nagich wyczynach? A może sam ma ochotę się nim „zaopiekować”...
Wkładam klucz do zamka i z zaskoczeniem odkrywam, iż drzwi są już otwarte.
- Eli? - wołam jasnowłosego. - Jeśli próbowałeś uciec, to... 
- To co? - odpowiada mi głos mojego ojca, który wstaje od stołu. Obok niego siedzi mama, która rzuca mi krótkie, lecz jakże wymowne spojrzenie. Jej uwagę pochłania bez reszty mały malarz-amator, który na mój widok, krzyżuje ręce na brzuchu w obronnym geście.
- Mamo, tato, co tu robicie? - pytam, bacznie się im przyglądając. 
- Nie sądzisz, iż to nam należą się wyjaśnienia? Kiedy zamierzałeś nam powiedzieć o dziecku? – ojciec nie należy do osób cierpliwych. Od razu chce poznać wszystkie fakty. 
- W przyszłym tygodniu. Mamo, czemu nie powiedziałaś, że przyjedziecie? - ta drobna szatynka, która nie potrafi oderwać wzroku od kiepsko wyglądającego blondyna, jest obecnie moją jedyną szansą, by wyjść cało ze starcia z tym olbrzymem, który jest aż biały ze zdenerwowania. 
- W przyszłym tygodniu... - powtarza po mnie. - Dobre sobie – prycha. 
- Kochanie, nie powinieneś denerwować chłopca – zaczyna cicho, starając się opóźnić coś, co jest nieuniknione. Za chwilę dojdzie do awantury. Nie chcę, aby Eli dostrzegł moje słabe strony, które obnaży rychłe starcie. 
- Pamelo, zabierz go i poczekajcie na mnie w samochodzie – zwraca się do mamy, która od razu wykonuje jego prośbę. 
- Chodź ze mną, Eli – ciągnie jasnowłosego w kierunku drzwi. 
- On zostaje ze mną – zaciskam mocno szczęki. Mama, która ściska drobną dłoń osiemnastolatka, zatrzymuje się w połowie drogi do drzwi. 
- Daj mi pięć minut. Za chwilę do was przyjdę i pojedziemy – głos ojca dodaje jej otuchy, bo wyprowadza Eli z mieszkania, tak jak sobie życzył. Za to jego groźne spojrzenie wwierca się we mnie z taką intensywnością, iż opuszcza mnie część pewności siebie, którą szczyciłem się sam przed sobą zaledwie kilka minut temu. 
- Tato... Ja... - gram na czas. 
- Zawiodłeś mnie! Jak mogłeś?! - jego niebieskie tęczówki znacznie ciemnieją, a na twarzy pojawiają się ciemnoczerwone plamy. To znak dla przeciwnika, by uciekać gdzie pieprz rośnie... - Twoja matka i ja nie tak cię wychowaliśmy! - grzmi. 
- Proszę, pozwól mi coś powiedzieć. 
- Milcz! Nie wstyd ci?! Przecież to jeszcze dziecko! On ma zaledwie osiemnaście lat, rozumiesz?! Osiemnaście! 
- To nie ma nic do rzeczy. Lekarz powiedział, że to była pomyłka, ale... 
- Pomyłka?! Tak to sobie tłumaczysz? Zaciągnąłeś go do łóżka, wykorzystałeś, a teraz się wypierasz?! 
- Do łóżka? Tato, ty nic nie rozumiesz! Kijem bym go nie tknął! 
- On jest w ciąży, kretynie! Nie powiesz mi, że jesteś aż tak głupi, że nie wiesz skąd się biorą dzieci, co? A może to też jest dla ciebie zaskoczeniem? - zaczyna nerwowo krążyć po pokoju, który nagle wydaje mi się bardzo malutki. Mój ojciec to kawał chłopa. Ma 199 wzrostu i waży dobrze ponad sto kilo. Od urodzenia trenował judo. Ma na koncie pięciokrotne mistrzostwo świata, a także złoty medal olimpijski. Choć jego skronie muśnięte są siwizną, z pewnością wciąż jest w dobrej formie. 
- Gdybyś znał go tak jak ja to przyznałbyś mi rację – z niedowierzaniem kręcę głową. 
- Ty znasz go aż za dobrze... Chcę wiedzie co teraz planujesz? 
- Planuję? A co niby mam planować? Naciskam na niego, by oddał mi dziecko, ale on nie chce. 
- Oddał? Jak to oddał?! - ponownie się unosi. 
- Ma się zrzec praw i po sprawie. 
- A co z chłopakiem? 
- Zapłacę mu. 
- Zapłacisz... Brzydzi mnie to, co do mnie mówisz, synu. 
- To co mam twoim zdaniem zrobić? 
- Jak to co? To, co robi się w takich sytuacjach. Liczę na to, że zachowasz się jak mężczyzna. Weźmiesz ślub z Eli i wychowacie razem mojego wnuka. 
- To wykluczone! - tym razem to ja nie umiem nad sobą zapanować. - Nie zwiążę się z kimś takim. 
- Czyli jakim? 
- Tanim... - wypowiadam to słowo z obrzydzeniem. 
- Jest za tani, by z nim być, lecz nie przeszkadzało ci to, by go tu sprowadzić i z nim spać? 
- Mówiłem ci, że my ze sobą nie śpimy! 
- Skoro ty nie potrafisz stanąć na wysokości zadania, ja to zrobię. Zabieram Eli ze sobą. 
- Co takiego?! Nie możesz tego zrobić! 
- A kto mi zabroni? - ojciec unosi swoje kruczoczarne brwi do góry, by wzbudzić we mnie respekt. 
- On zostaje ze mną – postanawiam walczyć do końca. 
- Nie sądzę. Widziałeś w jakim jest stanie? Jak tak dalej pójdzie, straci dziecko. Przykro mi to mówić o własnym synu, ale spodziewałem się po tobie czegoś więcej – podchodzi bliżej i kładzie mi rękę na ramieniu. - Razem z mamą dobrze o niego zadbamy. Nie dzwoń i nie przyjeżdżaj, chyba że zmienisz zdanie – rzuca na do widzenia, po czym zamyka za sobą drzwi.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Rozdział XVIII

„Zdrajca


- Mieliśmy rozmawiać... - opiera swoje dłonie na mojej klatce piersiowej, próbując mnie jakoś powstrzymać.
- Już porozmawialiśmy.
- Nie powiedziałeś mi jeszcze tylu ważnych rzeczy.
- Bo teraz twoja kolej.
- Moja? - dziwi się.
- Powiedz, że mnie kochasz. Tylko mnie. Chcę to od ciebie usłyszeć – chwytam go za nadgarstki, które bez żadnego problemu układam tuż nad jego głową.
- Ale... - waha się.
- Spójrz na mnie. Czujesz to, prawda? - sięgam do paska od szlafroka, który od razu rozwiązuję. Rozsuwam miękki materiał na boki, by cieszy oczy jego jasną skórą.
- To nieuczciwe – szarpie się, zawstydzony.
- Miłość nie jest uczciwa, a namiętna – wolną ręką zaczynam pobudzać jego prawy sutek. - Zaborcza. Wymagająca – wyliczam.
- Tristan...
- Powiedz, że mnie kochasz, że jestem tym jedynym, że zawsze przy mnie będziesz, aż do śmierci.
- Przecież wiesz, że tak, więc przestań mnie dręczyć! - wygina się lekko do tyłu.
- Dręczyć? Nic nie zrobiłem – uśmiecham się niewinnie, wsuwając kolano między jego nagie uda.
- Ale zrobisz... - odgaduje moje myśli.
- To prawda. Wspaniałomyślnie pozwolę ci wybrać. Jeśli przysięgniesz, że zostaniesz ze mną do końca naszych dni, spełnię każdą twoją zachciankę.
- A jeśli nie? - dopytuje.
- Wtedy będę cię musiał przekonać.
- Jak?
- Wszelkimi dostępnymi metodami.
- Na przykład? - w jasnoniebieskich oczach dostrzegam wyzwanie. Szybko się uczysz, mój skarbie. Bardzo szybko...
- Na przykład... - udaję, że się zastanawiam – wachlarz możliwości jest doprawdy szeroki.
- Nic mi nie zdradzisz? - przygryza dolną wargę, gdy moje palce zsuwają się w dół jego brzucha.
- Nie chcę psuć niespodzianek.
- Czy możemy negocjować warunki?
- Leżysz pode mną nagi i chcesz negocjacji? Nie wydaje ci się, że nieco na to za późno?
- Proszę... - nabiera gwałtowniej powietrza, gdy dotykam wrażliwego miejsca na jego podbrzuszu.
- Jestem człowiekiem dialogu. Mów, czego oczekujesz.
- Powiem... Powiem, że cię kocham tak niesamowicie mocno, iż nie wyobrażam sobie dalszego życia z dala od ciebie, ale w zamian chcę... Nie! - protestuje gwałtownie, gdy palcem wskazującym zaczynam sunąć wzdłuż naprężonego członka.
- Tak? – szepczę mu do ucha, lekko je podgryzając. - Mów dalej kochanie, bardzo uważnie cię słucham.
- Zabierz rękę.
- Nie mogę. Chcę, abyś doszedł.
- Tristan! - jęczy wprost w moje usta, gdy zaciskam palce, jednocześnie go całując. - Przes-Przestań!
- Przestanę, gdy dojdziesz – zapewniam. - A potem zrobię to jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... Będę to robić tak długo, aż to powiesz.
- Powiem to, przysięgam, że powiem, jeśli się rozbierzesz i... Aaach!
- Więc o to ci chodzi? Mój mały narzeczony jest aż tak zachłanny?
- Proszę... - spogląda na mnie błagalnie. - Proszę, weź mnie...
- Jesteś pewny?
- Tak!
- No dobrze – unoszę się nieco do góry, sięgając do guzików koszuli, które nieśpiesznie zaczynam rozpinać. Najpierw jeden, potem następny.
- Pomogę ci – uśmiecha się słodko, wyciągając ręce w moją stronę.
- Nie zapomniałeś o czymś? - uciekam przed jego dotykiem.
Chłopak siada obok mnie i nieśmiało unosi wzrok. Zsuwa z ramion szlafrok, a następnie obejmuje mnie za szyję.
- Bardzo cię kocham – wyznaje drżącym głosem.
- Ja też cię kocham, najdroższy – całuję go, popychając z powrotem na łóżko. On również nie pozostaje bierny. Ciągnąć za materiał koszuli, którą nieporadnie próbuje ze mnie zdjąć, odpinając kolejne guziki.
– Pozbądź się jej w końcu – niecierpliwi się. Spełniam jego zachciankę i ściągam koszulę, za co zostaję nagrodzony uśmiechem satysfakcji. Mogę powrócić do całowania jego słodkich, rozchylonych ust. Przytula się do mnie tak ufnie, pieszcząc moje plecy.
– Powiedz to jeszcze raz – żądam, ssąc jego szuję.
– Kocham cię.
– Jeszcze.
– Kocham cię.
– Jeszcze.
– Jeszcze? - zaczyna się śmiać. - A ponoć to ja jestem niezaspokojony.
– Tym za chwilę się zajmiemy, a teraz mów. Powtarzaj mi to bez końca. Do kogo należysz?
– Do ciebie.
– Tylko do mnie?
– Tylko... do... ciebie... - jęczy, ocierając się o mnie kusząco. - Tristan, obiecałeś... Nie chcę już czekać.
– Ja też nie – zapewniam go. - Połóż się wygodnie.
– Wygodnie będzie dopiero wtedy, gdy we mnie wejdziesz i mnie przytulisz.
– Przytulę. Wiesz, że jesteś moim skarbem. Dostaniesz co tylko zechcesz.
– Chcę tylko ciebie – wypowiada te słowa, a po chwili jego oczy zachodzą łzami.
– Josh, co się stało? - od razu reaguję.
– Nic.
– Powiedz mi.
– Ja... Uświadomiłem sobie, że będę się tak czuł do końca życia.
– I dlatego jesteś smutny?
– Nie jestem smutny, lecz bezgranicznie szczęśliwy.
– Cieszę się – z prawdziwą ulgą składam na jego wargach delikatny pocałunek. - To jeszcze nie pora przysięgi, jednak obiecuję ci, że zrobię co w mojej mocy, aby tak było. Wierzysz mi?
– Tak.
– To dobrze. A teraz zamknij oczy – przez moment się waha, ale po chwili namysłu spełnia moją prośbę. - Nie ruszaj się – instruuję go, rozsuwając mu nogi.
–  Pośpiesz się. Chcę cię już czuć – naciska na mnie coraz mocniej. Po raz ostatni uważnie mu się przyglądam. Jest mocno nakręcony, tak jak lubię najbardziej.
– Skradłeś moje serce, wiesz o tym?
– Tristan... Mam cię błagać?
– Nie tym razem – pochylam się nad nim i biorę do ust jego członka
– N-Nie! - łapie mnie za ramiona, lecz nie jest w stanie odepchnąć. - To za dużo! Nie chcę tak!
– Ale ja chcę. Bądź grzeczny, bo cię tak zostawię. Chcesz tego?
– Nie... - skomle cichutko.
– Grzeczny chłopiec. Nie powstrzymuj się. Masz dojść, rozumiesz?
– Obiecałeś, że...
– Jeszcze słowo, a kolejny raz będzie dopiero po ślubie – ostrzegam.
- Nie! Proszę, nie mów tak! Przecież wiesz, że bardzo cię potrzebuję! - jest aż nazbyt świadomy, że mogę spełnić tę groźbę.
– Wiem, mój piękny. Dlatego rób co mówię, w przeciwnym wypadku zostaniesz ukarany. Możemy kontynuować? - pytam, muskając jego czubek koniuszkiem języka.
– Tak – znowu staje się uległy.
Mając jego zgodę, staram się być delikatny. Wiem, czemu tak reaguje. Nie lubi odkrywać swoich uczuć. Za każdym razem, gdy pieściłem go w ten sposób, miał silny orgazm, lecz coś w nim jednocześnie pękało. Głęboko w środku, gdzie jest kruchy i taki wrażliwy, pojawiała się wyrwa w murze, którym się ode mnie odgradza. Dużo ryzykuję, bo nie jest jeszcze gotowy na to, co mu daję, ale nie mogę dłużej czekać. Powiedział, że mnie kocha, więc niech otworzy się tylko na mnie. Zaopiekuję się nim.
Pokój wypełniają jego ciche jęki. Mam wrażenie, że wibrują wokół mnie, zachęcając do porzucenia subtelności na rzecz mroczniejszych doznań. Doskonale wiem co lubi, co powinienem zrobić, by przez kilka chwil należał tylko i wyłącznie do mnie. Znika maska chłodu i opanowania. Znika dystans...
– Tristan... - posyła mi ostatnie, bezwolne spojrzenie. Choć przykłada dłoń do ust, jego głośny krzyk spełnienia odbija się od ścian pokoju.
– Już dobrze – chowam go w swoich ramionach. Wtula się we mnie mocno, szukając schronienia. - Już dobrze – powtarzam, głaszcząc go po włosach.
Przez pewien czas leżymy w ciszy. Josh nie przesunął się nawet o centymetr. Potrzebuje czasu, by dojść do siebie. Pochylam się nad nim i kradnę pocałunek. Nie broni się. Mógłbym z nim teraz zrobić wszystko.
– Dlaczego tak się czuję? - unosi wzrok i patrzy mi prosto w oczy.
– Jak?
– Jakbyś mnie zepsuł i naprawił jednocześnie. Jakbym się miał śmiać i płakać, albo...
– Nie będziesz płakać. Nie pozwolę na to.
– To było za dużo. Proszę, nie rób tak więcej.
– Nie możesz mnie prosić o coś takiego. Doskonale wiesz, że i tak cię nie posłucham.
– Wstydzę się – przyznaje cicho, uciekając wzrokiem.
– Wstydzisz? Dlaczego?
– Krzyczałem tak głośno... Sąsiedzi z pewnością mnie słyszeli.
– I dobrze – zaczynam się śmiać.
– To nie jest dobrze! Już nigdy nie wyjdę z tego pokoju! - naciąga na siebie kołdrę.
– Tym lepiej dla mnie. Zrobię z tobą rzeczy, o których nawet ci się nie śniło - zrzucam puchowe okrycie na podłogę.
– Jesteś okropny! - wspina się na moje biodra. - Poza tym gniewam się na ciebie!
– Za co?
– Jak to za co? - patrzy na mnie z wyższością. - Obiecałeś, że będziemy się kochać.
– Chcesz jeszcze raz? Nie ma sprawy – uśmiecham się lubieżnie, kładąc dłonie na jego nagich udach.
– Nawet gdybym chciał, to w tej chwili jestem zbyt zagubiony.
– Josh, spójrz na mnie – proszę.
– Dlaczego to zrobiłeś? Musiałeś wiedzieć jak zareaguję.
– Bo chcę, abyś był tylko mój – wyznaję szczerze.
– Przecież jestem tylko twój. Kocham tylko ciebie. Nikogo innego.
– To za mało. Chcę pewności, że nigdy mnie nie zostawisz, że nie odejdziesz. Nie zniosę tego kolejny raz.
– To o to chodzi? Chciałem odejść? - mierzy mnie zszokowanym spojrzeniem.
– Nie będziemy do tego wracać - całuję go pośpiesznie w skroń.
– Dlatego nalegasz na ślub? To tylko świstek papieru.
– Mylisz się. To przysięga łącząca dwie dusze, a ja chcę, abyś ją złożył. Obiecał, że już nigdy więcej mnie nie zostawisz. Potrzebuję tego.
– Tristan, to tak nie działa. Powinieneś wiedzieć, że...
– Powiedziałeś, że mnie kochasz, a skoro tak, udowodnisz, że tak jest i zwiążesz się ze mną. Podpiszesz dokumenty. Oddasz mi się cały. Twoje ciało, uczucia, marzenia, nawet twoja przyszłość... Chcę ich tylko dla siebie. Możesz mnie uznać za szalonego, lecz nie masz szans, by przede mną uciec.
– Kocham cię – układa dłonie na moich policzkach. - Kocham cię ponad wszystko. I dziś, i jutro. To się nigdy nie zmieni, nawet gdybym chciał. Cokolwiek się wydarzyło... Nie pamiętam tego, a ty mi nie ułatwiasz, ale nie szkodzi. Chcę, abyś wiedział, że zawsze kochałem cię tak samo mocno. Serce mi to podpowiada. Czujesz? - przykłada nasze splecione dłonie do swojej klatki piersiowej – jest tylko twoje.
– Dziękuję, kochany – obejmuję go ze wszystkich sił. - Musimy się zbierać – decyduję niechętnie.
– Nie możemy zostać? - błękitnooki nie ma ochoty opuszczać ciepłego łóżka.
– Przykro mi, ale nie. Niedługo przypływa prom. Do tego czasu przedstawię cię wszystkim i pokażę dom – ekscytuję się.
– Dom jest piękny, a po tym, co miało tu miejsce, resztę życia powinienem spędzić w ukryciu – rumieni się.
– Daj spokój, kochanie. Lubię, gdy jesteś taki głoś...
– Ani słowa więcej! - przerywa mi.
– Dobrze, już dobrze. Nic nie powiem.
– Kocham cię.
– Może zdążymy zrobić to jeszcze raz – zerkam na zegarek.
– Nie – powstrzymuje mnie. - Będziemy się kochać w nocy. I tym razem zrobisz tylko to, co ci każę, jasne?
– Jesteś cudowny, Josh – i do tego taki naiwny, czego nie zamierzam mówić na głos. On serio liczy na to, że pozwolę mu rządzić w łóżku? Zabawny koteczek.

sobota, 8 kwietnia 2017

Rozdział XVII

„Zdrajca


Cierpliwie czekam aż Josh zaśnie, a potem wychodzę z pokoju, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Muszę go lepiej chronić. Gdy pomyślę o tym, że ten palant próbował sforsować bramę i przedrzeć się do środka, robi mi się zimno. A co by było, gdyby wtargnął do mieszkania? Nie usłyszałbym. Mógł go skrzywdzić, porwać, a nawet zabić... To się nie ma prawa powtórzyć! Zaciskam mocno pięści i udaję się na parter, gdzie mogę w spokoju porozmawiać z mamą i powiedzieć jej o zmianie naszych planów, a także zadzwonić do Harolda, by sprawdzić jak się ma Randy.
- Jego stan jest ciężki, ale wyjdzie z tego. To silny chłopak.
- Całe szczęście – czuję prawdziwą ulgę. - Gdyby coś było potrzebne, cokolwiek, od razu do mnie dzwoń. Za wszystko zapłacę.
- Proszę się nie martwić, panie Wood. Sytuacja jest pod kontrolą.
- Cieszę się.
- Dennis przyjedzie wieczornym promem.
- Dennis? - dziwię się, spacerując po domowej bibliotece. - Nie powinien zająć się bratem?
- Powiedział, że chce osobiście złapać tego drania. Wcale mu się nie dziwię. Gdyby skrzywdził kogoś z mojej rodziny, postąpiłbym tak samo.
- Masz rację – siadam na parapecie, by spojrzeć na ogród. Będąc dzieckiem uwielbiałem spędzać czas właśnie tutaj. Ojciec często pracował przy biurku, a ja go obserwowałem. Żałuję, że rodzice przyjadą dopiero za kilka tygodni. Ich wsparcie bardzo by mi się przydało. Jednak z drugiej strony nie wiem, czy będą bezpieczni we własnym domu... - Wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli Rose i ty zostaniecie w mieście...
- To wykluczone! Jesteśmy w trakcie pakowania...
- Nie. Wiesz, że ufam tylko tobie. Ktoś musi dyskretnie obserwować apartamentowiec chociaż przez kilka dni.
- Ale... - przerywa mi.
- Proszę cię, nie odmawiaj. Rose i ty jesteście jak nasza rodzina. Nie wymagaj ode mnie, abym aż tak ryzykował. Wystarczy, że Josh... - brakuje mi słów, by powiedzieć o tym, co przeżywam.
- Dobrze. Dam panu kilka dni, ale nie więcej – ostrzega. - Rose zamartwia się, że bez jej opieki mały Josh będzie chodzić głodny, więc proszę go często karmić. W przeciwnym wypadku strach się bać – zaczyna się śmiać do słuchawki.
- Zadbam o niego, obiecuję. A ty zatrudnij więcej ludzi. I każ Tannerowi, by nadal szukał. Czuję, że coś nam umyka – przyciągam kolana do klatki piersiowej i opieram na nich głowę.
- Zadzwonię jutro – rozłącza się.
Na moje nieszczęście to nie jedyna trudna rozmowa, którą muszę odbyć. Zaczynam wpatrywać się w  wyświetlacz, zastanawiając się w jaki sposób powiedzieć Ronowi, że chwilowo będziemy mieszkać tutaj... Wpadnie w szał, gdy się dowie. Chociaż i tak wszystko jest lepsze niż krzyki i konwulsje, które zaliczył po kradzieży projektu. Rozważałem wezwanie pogotowia, by pomogli mi go uspokoić...
Ciężko mi. Czy tak ma wyglądać normalne życie? Mam każdemu patrzeć na ręce doszukując się nie wiadomo czego. Porywacz zaczyna się niecierpliwić. Może ma świadomość, że Josh wkrótce odzyska pamięć? A może żałuje, że go nie zabił i teraz chce dokończyć dzieła?  Chodzi o ukradziony projekt? Zemstę jakiegoś kochanka, o istnieniu którego nic nie wiedziałem? Teorie spiskowe mnożą się w mojej głowie w zastraszającym tempie, lecz żadna z nich nie zbliża mnie do rozwiązania. Czy Ron ma rację twierdząc, że ślub sprowadzi prawdziwą katastrofę? Tak bardzo go kocham. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym oddać go komuś innemu. Od pierwszej chwili wiedziałem i czułem, że jest w nim coś szczególnego.
Choć tak się staram, będziemy uciekać tak długo aż złapią tego psychopatę. Szuka go policja i prywatny detektyw. Co jeszcze mogę zrobić? Jestem równie bezradny jak w chwili, gdy odnalazłem Josha w szpitalu, pobitego i wyczerpanego.
Zeskakuję z parapetu i idę do kuchni, gdzie każę Ursuli przygotować obiad. Mój ukochany nadal najbardziej lubi makaron. Spełnię każdą jego zachciankę, pod warunkiem, że będzie wpatrzony tylko we mnie.

Przez kilka następnych godzin zajmuję się pracą.  Sumiennie i dokładnie dopracowuję szkice, co z pewnością zostanie docenione przez mojego wspólnika. Po usłyszeniu ostatnich rewelacji, nakrzyczał na mnie i teraz uparcie nie chce odebrać telefonu. Nie potrafię ukryć uśmiechu spowodowanego przez jego dziecinne zachowanie. Ron szczęśliwy jest tylko wtedy, gdy wykonuję jego polecenia. Więcej zleceń, więcej rysunków, więcej klientów. Nie boi się podejmować ryzyka, wmawiając innym nasze innowacyjne projekty. Nie waha się. Robi tylko to, co pozwoli nam zarobić. Inne rzeczy traktuje z zimną obojętnością. Ja tak nie umiem.
Odchylam się do tyłu i spoglądam na zegarek. Błękitnooki wkrótce się obudzi. Muszę z nim porozmawiać zanim przypłynie wieczorny prom. Chowam więc komputer do sejfu mojego ojca, który znajduje się za jednym z obrazów przedstawiających babcię. Pozując do niego miała zaledwie siedemnaście lat. Dziadek już wtedy był w niej szaleńczo zakochany, jednak jej rodzina nie chciała zgodzić się na ślub. Przez pewien czas chwytał się każdego zajęcia, by móc odłożyć większą sumę pieniędzy i porwać swoją ukochaną. Zrobił to dokładnie w przeddzień jej ślubu z innym. Od tej pory patrząc na jej portret, bądź oglądając zdjęcia ślubne, zawsze się zastanawiałem co by było, gdyby nie zdążył... Niedługo odbędzie się nasz ślub. Jeśli Josh kochał Randala lub kogoś innego, czy ta osoba również będzie próbowała mi go ukraść?
Zabieram z kuchni tacę z jedzeniem i udaję się na górę. Tak jak przypuszczałem, łóżko jest puste. Rozglądam się po moim dawnym pokoju. Nic się tu nie zmieniło od czasów, gdy byłem nastolatkiem. Na jednej ze ścian znajduje się olbrzymi regał, na którym stoją moje skarby – czyli setki różnych modeli samolotów oraz książki poświęcone lotnictwu. Z okna widać zatokę. Tuż obok stoi moje dawne biurko oraz wielkie łóżko. Wszystko wykonane z ciemnego drewna.
Zakradam się do łazienki zadowolony, że miękki, bordowy dywan, tłumi moje kroki. Uchylam białe drzwi. Zaskoczony Josh odwraca się w moją stronę.
- Tutaj jesteś... - podchodzę bliżej i przytulam go do siebie.
- Tristan, ta wanna jest taka mała... – zauważa, zaplatając swoje dłonie na moim karku.
- Nie szkodzi. Poradzimy sobie – śmieję się, sięgając do jego ust.
- Nie – powstrzymuje mnie przed pocałunkiem.
- Nie?
- Nie. Obiecałeś, że odpowiesz na moje pytania. Jeśli dam ci się pocałować, za chwilę skończymy w łóżku – robi poważną minę, lecz z zaróżowionymi po prysznicu policzkami oraz nieco mokrymi włosami wygląda tak słodko...
- Łóżko nie jest nam potrzebne – sadzam go na jasnozielonym, marmurowym blacie by nie upadł na śliskiej posadzce i wpijam się w jego miękkie usta z pomrukiem zadowolenia.  - Od razu lepiej – komentuję, gdy z trudem unosi ociężałe powieki.
- Robisz to celowo, by nie opowiedzieć o moim ojcu czy o powodach naszej nocnej wycieczki? - pyta, mierząc mnie na wpół przytomnym spojrzeniem.
- Odzywa się w tobie prawdziwy prawnik – kpię, opierając dłonie na zimnym marmurze i lekko się nad nim pochylając.
- Tak? - uśmiecha się do mnie. - Odpowiesz na moje pytania?
- To zależy – droczę się z nim.
- Od czego?
- Od tego, co będziesz na sobie miał...
- Tristan! - rumieni się jeszcze bardziej. - To dla mnie ważne! Masz mi natychmiast powiedzieć wszystko co wiesz! Ja nie żartuję!
- Ja też nie – biorę go na ręce i zanoszę do łóżka.
- Przestań się wygłupiać! - wyrywa mi się, lecz w tym starciu nie ma żadnych szans.
- Nie denerwuj się, mój piękny. Przecież wiesz, że niczego ci nie odmówię.
- Więc mów – nadal jest nieufny. Okrywam go kołdrą i wstaję po tacę.
- Najpierw coś zjesz. Ponoć Rose mi grozi, a wolę jej nie prowokować.
- Grozi ci? Z mojego powodu?
- Owszem. Poprosiła o kilka dni wolnego. Jeśli przez ten czas będziesz wyglądać równie mizernie jak teraz, skopie mi tyłek, więc zacznij jeść, abym nie musiał zgłosić się do rządu, by przyjęli nas do programu ochrony świadków.
- Tylko ty jej podpadłeś, ja nie – wypomina mi złośliwie.
- Jedz, bo nic ci nie powiem – układam tacę na jego kolanach i rozsiadam się po przeciwnej stronie łóżka, by móc na niego patrzeć. Złote, ozdobne poduszki bardzo mi w tym pomagają.
- Postarałeś się nawet o makaron – sięga po srebrny widelec.
- Dobry? - upewniam się.
- Tak.
- Lepszy niż ten ugotowany przez Rose?
- Jeśli powiem, że tak, powtórzysz jej to i wtedy to na mnie będzie polować, prawda?
- Ursula się ucieszy, że ci smakuje. Zaczęła tu pracować krótko przed moim wyjazdem na studia. Może nie jest taka ciepła i otwarta jak szalona Meksykanka, ale zrobi wszystko o co ją poprosisz.
- A gdzie Cynamon?
- W pokoju obok. On również zdążył się zadomowić. Wyleguje się na dużym łóżku, zupełnie jak ty.
- Dlaczego tu przyjechaliśmy?
- Powiedziałeś, że w mieszkaniu czujesz się jak w klatce. Przemyślałem to i stwierdziłem, że masz rację. Posiadłość jest spora i ogrodzona. Poza tym najwyższa pora, aby zacząć przygotowania do ślubu, nie sądzisz?
- Tristan... Jeśli o to chodzi to może lepiej... - spuszcza wzrok. Wiem, co za chwilę usłyszę. Nie dam się zbyć byle czym.
- Poprosiłem, a ty się zgodziłeś. Ta obietnica była i jest wiążąca.
- Nie moglibyśmy poczekać aż wróci mi pamięć?
- Nie ma takiej opcji. Czekałem wystarczająco długo. Jedz, to zabiorę cię na spacer.
- Już nie jestem głodny – odstawia tacę na bok.
- Josh, dobrze wiesz, że bardzo cię kocham i zrobiłbym dla ciebie wszystko. Dlaczego nie mówisz mi całej prawdy?
- Skąd wiesz? - zaskoczony otwiera szeroko oczy.
- O co chodzi, skarbie? Zrobiłem coś nie tak?
- Nie.
- Wolisz ślub w innym miejscu?
- Nie.
- Chodzi o seks? - zgaduję.
- Nie! - od razu się czerwieni.
- Więc o co? - niecierpliwię się.
- Bo ja... Ja nadal nie wiem co do ciebie czuję – szepcze zawstydzony.
- Ufasz mi?
- To nie ma nic do rzeczy.
- Proszę, odpowiedz.
- Przecież wiesz, że tak.
- Lubisz ze mną być, prawda? Rozmawiać, być blisko...
- Bardzo lubię, ale to nie to samo co miłość.
- Gdy patrzysz na innych ludzi, pożądasz ich równie mocno jak mnie? Chciałbyś, by cię całowali, dotykali?
- Co?! Nie! Jak możesz mówić takie rzeczy!
- Więc tylko ja mogę zrobić coś takiego... - podnoszę się i przesuwam dłonią od jego łydki w kierunku uda.
- Tylko ty... - wzdycha.
- Sam widzisz, data ślubu zostaje bez zmian – uśmiecham się zadowolony z siebie, opadając z powrotem na poduszki.
- Planowałeś to od samego początku! - rzuca się w moją stronę, udając obrażonego, lecz po chwili po prostu się do mnie przytula.
- Przysięgam, że będziesz ze mną szczęśliwy – całuję go w skroń.
- Byłbym znacznie szczęśliwszy, gdybyś więcej mi mówił. O cokolwiek cię pytam, ignorujesz to lub odwracasz uwagę seksem – narzeka.
- To już nie moja wina, a twoja. Nie potrafię cię nie dotykać. A gdy zaczynasz reagować – sięgam w kierunku paska od białego, frotowego szlafroka, który na sobie ma.
- Nie! - łapie za nadgarstki i układa moje dłonie po obu stronach głowy, rozsiadając się na moich biodrach. - Nie będziesz mnie dotykać, jeśli nie odpowiesz na moje pytania – jego oczy błyszczą groźnie.
- No dobrze, masz mnie – udaję uległego. - Co chcesz wiedzieć?
- Wszystko! - zachłanny jak zawsze...
- Nie wiem wszystkiego, tylko tyle, ile sam mi powiedziałeś, a jak zapewne zauważyłeś, jesteś raczej skryty.
- Tristan... To dla mnie ważne...
- Mamy nie pamiętasz. Zmarła przy porodzie. Wychowywał cię ojciec, który dużo pił, a potem oddał cię jakiejś ciotce i zniknął. To wszystko co wiem. Przysięgam.
- Co było dalej?
- Nie mówiłeś, a ja nie naciskałem. Poznałem cię, gdy byłeś studentem. Powiedziałeś, że nie masz rodziny. Zaproponowałem, że mogę wynająć detektywa i postarać się odszukać twojego tatę. Odmówiłeś. Poprosiłeś jedynie, abym nie pił alkoholu, więc nie piłem. Drażnił cię sam jego zapach. Wyrzucałeś mnie z naszej sypialni za każdym razem, gdy wypiłem chociażby kieliszek wina. Nigdy ci tego nie mówiłem, ale tej nocy, gdy cię uwiodłem, dodałem go trochę do twojej herbaty. Wybaczysz mi?
- Upiłeś mnie i wykorzystałeś?!
- Ależ skąd – zaczynam się śmiać. - Byłeś taki zziębnięty. Chciałem cię tylko trochę ogrzać. W trakcie kolacji stwierdziłem, że w łóżku lepiej mi pójdzie i miałem rację. Nie przewidziałem za to, że tak mną zawładniesz i stracę dla ciebie głowę.
- Dobrze ci tak.
- Aż za dobrze... - odpowiadam rozmarzonym głosem. - Tamtej nocy zyskałem pewność, że to właśnie ty – z czułością dotykam jego policzka. - Gdy spałeś, podjąłem kilka ważnych decyzji dotyczących naszej przyszłości.
- Zgodziłem się na to? Pozwoliłem, abyś podejmował za mnie decyzje?
- Nie. Przekonałem cię za pomocą seksu – łaskoczę go. Uwielbiam, gdy się śmieje.
- Proszę, przestań.
- Gdybyś wiedział jak bardzo cię kocham, nie zabraniałbyś mi – droczę się z nim.
- Nadal coś przede mną ukrywasz. Gdyby był tak jak mówisz,  w domu byłyby moje rzeczy. Co się z nimi stało?
- Pokłóciliśmy się. Bardzo. Wiesz, że jestem impulsywny. Wkurzyłem się i... Nie chcę do tego wracać.
- O co się pokłóciliśmy?
- To już bez znaczenia. Pocałuj mnie.
- O co? - naciska na mnie coraz mocniej.
- Jakieś drobiazgi. Nic ważnego – kłamię, unikając bolesnych wspomnień.
- Drobiazgi... - powtarza po mnie, nad czymś się zastanawiając.
- Wyrzuć to z siebie. Nienawidzę, gdy odcinasz się ode mnie tym cholernym murem.
- Poza Cynamonem, który mnie nie lubi, nic nie zostało. Niczego nie przeoczyłeś... Gdybym poprosił, abyś udowodnił, że mieszkałem razem z tobą, jak byś to zrobił?
- Nie wiem – przyznaję szczerze.
- Co to były za „drobiazgi”? - drąży temat.
- Nie powiem.
- Szkoda – znowu robi się smutny i zamyślony, po czym unosi na mnie swoje jasnoniebieskie oczy i zaczyna wpatrywać się w moją twarz. Dłonią dotyka mojego policzka. Przesuwa palcami po nosie i ustach.
- Co robisz? - pytam nieco speszony jego niecodziennym zachowaniem.
- Uczę się.
- Uczysz?
- Nie chcę zapomnieć po raz drugi... Nie mam wspomnień, zdjęć... Tylko to mi pozostało. Czujesz to? Bo ja to czuję...
- Co takiego, kochany?
- Gdy mnie dotykasz, gdy się uśmiechasz... Pewnie pomyślisz, że oszalałem, ale...
- Nie oszalałeś. To właśnie jest miłość – głos nieco mi drży, gdy wypowiadam ostatnie słowo. Właśnie tak. Kochaj tylko mnie. Bądź tylko mój...
- Miłość? - wygląda na zaskoczonego tym odkryciem. - Kocham cię?
- To pytanie, czy stwierdzenie? - upewniam się.
- Skoro tylko ty wywołujesz we mnie ten dziwny stan, więc raczej stwierdzenie – rozważa to na głos, jakby chodziło o jakiś nic nie znaczący szczegół.
- Widzę, że nie jesteś pewny – wystarczy złapać go za biodra i wykorzystując niewielki ciężar jego ciała, lekko popchnąć, by znalazł się pode mną.
- Tristan! - gani mnie.
- Sprawdźmy jakie inne uczucia jestem w stanie w tobie wywołać...

piątek, 7 kwietnia 2017

mpreg 3

„Bezsenne Noce


- Dziecko rozwija się prawidłowo – oświadcza doktor Webb, uśmiechają się do nas.
- Bardzo mnie to cieszy – odpowiadam pełen dumy. Jeszcze tylko sześć miesięcy i będę mógł przytulić mojego syna.
- Za to twój stan nieco mnie martwi. Co się dzieje Eli? Źle się czujesz? - lekarz przenosi wzrok na zmęczoną twarz blondyna.
- Poranne mdłości mnie wykańczają – narzeka.
- To chyba coś więcej. Wyglądasz na przemęczonego – mężczyzna poprawia druciane ramki, by lepiej go widzieć.
- Ostatnio mam więcej pracy niż zwykle – odpowiada wymijająco.
- Pracujesz w ciąży? - zaalarmowany ginekolog mierzy mnie groźnym spojrzeniem. - Powinieneś więcej odpoczywać, unikać słońca i pić dużo wody, a także spać w ciągu dnia – wylicza.
- Nie mam innego wyjścia. Czynsz bardzo poszedł w górę – zeskakuje z leżanki, odbierając od lekarza wydruk USG. Próbuje jakoś mi się odgryźć. Nadal nie chce oddać mi dziecka... Możesz do woli grać pokrzywdzonego, lecz bazgranie po papierze trudno nazwać prawdziwą „pracą”.
- Może gdyby jadł, miałby więcej siły – odcinam mu się.
- Masz problem z jedzeniem? - pyta lekarz.
- Nie.
- Nie je mięsa ani ryb – skarżę na niego.
- To tym lepiej – chwali go lekarz. - Najnowsze badania wskazują, że to najbardziej optymalna dieta. Jeśli chcesz, mogę przypisać ci więcej witamin.
- Nie, dziękuję.
- W takim razie widzimy się w przyszłym miesiącu. Do zobaczenia – żegna nas pełen optymizmu.
- Więc gdzie teraz jedziemy? Na uczelnię, czy do galerii? - pytam chłopaka, gdy jesteśmy już w samochodzie.
- Do galerii.
Nasza rozmowa przybiera szczątkowy charakter. Chociaż mieszkamy razem od trzech tygodni, żaden z nas nie zamierza się przełamać. Tak długo jak nie podpisze dokumentów o oddaniu dziecka, nie zamierzam wprowadzać żadnych ustępstw. Dzisiejszy dzień należy do wyjątków. Ma odebrać zaległe pieniądze za obrazy i szkice. Może utrata znacznej sumy wpłynie na niego bardziej ugodowo.
- Poczekaj tu na mnie, dobrze? - zostawia mnie na korytarzu, a sam oddala się do gabinetu rektora, gdzie witany jest serdecznie przez starszą kobietę. Wydaje mi się, że to sekretarka. Pozostawiony samemu sobie zaczynam przechadzać się po korytarzach. Nigdy wcześniej nie byłem w podobnym miejscu. Moja uczelnia miała bardziej klasyczny, a przez to znacznie nudniejszy wygląd. Tymczasem tutaj... Ściany zdają się być przeładowane sztuką. Uczelnia bardzo dba o to, by chwalić się osiągnięciami swoich studentów. Nie potrafię ocenić ich pracy pod względem technicznym. Za to bezbłędnie wiem, co mi się podoba, a co nie. Niewiele z tych „dzieł” uznałbym za znośne. Reszta wywołuje u mnie ból głowy. Stanowi krzykliwą kompilację zbyt intensywnych barw, które za nic w świecie nie kojarzy mi się ze sztuką.
Na końcu korytarza dostrzegam wielki plakat, który zachęca do obejrzenia aktów, narysowanych przez studentów trzeciego roku podczas zajęć, które prowadził profesor Stewart. Znam go ze słyszenia. Kilka razy widziałem go także w telewizji. Perła uczelni. Mówi się, że jego studenci zawsze odnoszą sukcesy, więc z tym większą przyjemnością ruszam we wskazanym kierunku, ciekaw co takiego namalowali.
Wystawa składa się z około piętnastu grafik, przedstawiających akty. Na przynajmniej połowie z nich widnieje ten sam model, lecz w różnych pozycjach. Ma dłuższe włosy, sięgające nieco za ramiona, które bardzo często zasłaniają mu twarz. Największe wrażenie robi na mnie grafika, na której autor uchwycił go siedzącego bokiem. Jego głowa pochylona jest nieco w dół. Włosy w lekkim nieładzie. Ciężar ciała opiera na lewej dłoni. Kimkolwiek jest osoba, która to namalowała, spisała się naprawdę świetnie. W jej obrazie jest coś znajomego... Nagość nie razi swoją oczywistością. Lekki uśmiech nadaje młodzieńcowi wprost anielski wygląd. Jest taki...
- Możemy już iść – informuje mnie Eli, który materializuje się przy moim boku nie wiadomo skąd.
- To ty! - krzyczę zaskoczony, bo dopiero teraz udało mi się dostrzec podobieństwo.
- Tak. Idziemy?
- Pozowałeś nago do tych wszystkich obrazów?! - ponownie przesuwam po nich wzrokiem, tym razem wychwytując więcej szczegółów.
- Tak – potwierdza, również na nie spoglądając. - Wyszły całkiem nieźle.
- Jak mogłeś? To jest zbyt...
- Zapłacili mi za to. Proszę – wręcza mi czek, na którym widnieje kwota „dwieście dolarów”.
- Miałeś wielki problem, gdy chciałem dotknąć dziecka, a teraz to... - wskazuję na obrazy.
- Po pierwsze to sztuka, a poza tym tam nikt mnie nie dotykał, zwłaszcza bez pozwolenia.
- Nie muszę pytać cię o zgodę na dotykanie dziecka! - irytuję się.
- Masz rację. Nie musisz. Jednak dziecko znajduje się we mnie, a ja nie życzę sobie, byś tknął mnie choćby palcem.
- Byłeś nagi! - powtarzam to jak mantrę, ponownie przyglądając się jego aktom.
- No i co z tego? - najwyraźniej nie rozumie do czego zmierzam, bo posyła mi pytające spojrzenie. - Nie wstydzę się swojego ciała, choć profesor wybrał mnie ze względu na włosy, których nie wolno mi obcinać. Kto wie, może w październiku również będzie chciał, abym im pozował? - zastanawia się na głos.
- To absolutnie wykluczone! Nie zgadzam się na to, słyszysz?! - ruszam za jasnowłosym w kierunku wyjścia.
- Nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie. Jestem dorosły i mogę robić co chcę. Nie peszą mnie spojrzenia innych. Wprost przeciwnie. Malarze inaczej postrzegają ciało. W ich oczach nagość jest czymś naturalnym.
- A w moich sprzedałeś się – spoglądam na czek – i to dość tanio – trzaskam drzwiczkami od samochodu.
- Dzięki temu miałem okazję wziąć udział w najbardziej ekskluzywnych zajęciach, na które nikt postronny nie ma wstępu – przechwala się.
- No i co z tego? Przecież niczego nie namalowałeś. Świeciłeś gołym tyłkiem i tyle.
- Nie oznacza to jednak, że niczego się nie nauczyłem.
- Skoro tak bardzo zależało ci na studiowaniu, trzeba było zapisać się na zajęcia.
- Nie przyjęliby mnie. Nie skończyłem szkoły średniej.
- Co takiego?! - prawie powoduję wypadek, więc muszę gwałtownie zahamować. Inni kierowcy zaczynają na mnie trąbić. -  Jak to nie skończyłeś?! I ty nosisz moje dziecko?! To hańba!
- Mój wybór ograniczał się do pracy lub mieszkania pod przysłowiowym mostem. I uważaj jak jedziesz! - spogląda na mnie gniewnie.
- Gdyby nie ja, pewnie szukałbyś resztek po śmietnikach – prycham.
- Gdyby nie dziecko, wolałbym przymierać głodem, niż mieszkać razem z tobą – odwraca głowę w kierunku okna.

Naszym kolejnym przystankiem jest galeria sztuki Impression, której właściciel częstuje nas sokiem owocowym i zaczyna szczegółowo omawiać z Eli swoje plany. Nie interesuje mnie to, za to z przyjemnością rozglądam wśród płócien. Część z nich, podobnie jak w przypadku uniwersytetu, zdobi ściany niewielkiego pomieszczenia, a reszta wystawiona jest na specjalnych regałach. Jak informuje mnie sprzedawca, wszystkie to reprodukcje.
Największe wrażenie robi na mnie wielkie, dwumetrowe płótno, powieszone w witrynie.
- „La maison dans les roses” Moneta – podpowiada mi. - Pan Robinson ma do niego wielką słabość. Ponoć przypomina mu o zmarłej matce.
- Ach tak... - nie bardzo wiem jak to skomentować.
- Eli go namalował. Celowo użył bardziej wyrazistych kolorów. Gdy pan Robinson zobaczył efekt końcowy, zakochał się w obrazie i nie pozwala go sprzedać. Zawiśnie na honorowym miejscu w nowym domu pana Robinsona – szepcze. - Od tej chwili dzieła Moneta zyskały na popularności. Sprzedaliśmy wszystkie. Wielka szkoda, że Eli nie może malować. Zarobiłby o wiele więcej niż na akwarelach – spoglądam w ich kierunku. Jasnowłosy uważnie notuje wszystkie uwagi swojego pracodawcy.
- Peter, bądź tak dobry i przynieś pudło z zaplecza – prosi młodego sprzedawcę, który biegnie na złamanie karku, by wypełnić jego polecenie. Obydwaj zachowują się tak, jakby w ich posiadaniu były oryginalne płótna, a nie tanie podróbki. Dyskretnie spoglądam w kierunku ceny jednego z nich. Dwieście dolarów. Tyle godzin pracy i tak śmieszna cena... Żałosne.
- Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, daj mi znać, gdy ukończysz pierwszą partię – uśmiecha się do chłopaka, który chowa swój kalendarz do niewielkiej, czarnej torby, którą ma przewieszoną przez ramię.
- Dobrze, proszę pana – Eli sięga po karton.
- W twoim stanie nie powinieneś dźwigać. Peter, zanieś pudło do samochodu.
- Przepraszam za kłopot.
- To żaden kłopot – właściciel kładzie mu rękę na brzuchu. - Nic po tobie nie widać – śmieje się, oglądając wydruk z USG.
- Już niedługo, proszę pana – odbiera od niego zdjęcia i wkłada z powrotem do torby.
- Mam nadzieję, że grafiki dobrze się sprzedadzą. Ostatnie cieszyły się sporym zainteresowaniem. Klienci chwalili, że potrafisz idealnie oddać klimat smutku i depresji.
- Nie jest to specjalnie trudne – chłopak posyła mi wymowne spojrzenie.
- Skup się na tych, które zostały zamówione, a resztą zajmiesz się później. Kupiłem ci kilka kompletów ołówków. Jeśli zabraknie, daj mi znać. Gdy rysujesz tymi zagranicznymi, prace wyglądają znacznie lepiej, lecz ich cena zaczyna mnie przerażać.
- Wiem, mnie także. Dziękuję za wszystko, pani Robinson. Zadzwonię.
- Do zobaczenia, Eli – macha nam na pożegnanie.
- Proszę – gdy jesteśmy już w samochodzie, wręcza mi kolejny czek.
- To wszystko? - dziwię się widząc tak niewielką sumę. - Nie stać cię nawet na czynsz...
- Przykro mi. Pan Robinson sprowadził...
- Nie chcę słuchać twoich wymówek. Kiedy oddasz mi resztę pieniędzy?
- Jak tylko ukończę grafiki.
- A kiedy to będzie?
- W przyszłym tygodniu.
- Mam nadzieję. W przeciwnym wypadku zacznę naliczać karne odsetki – grożę mu.
- Ja zawsze oddaję długi. Nie musisz się martwić.
- Nie martwię się. W razie czego znam ludzi, którzy z przyjemnością pozbawią cię nerki, albo innego, zbędnego organu... - wyraźnie zbladł po mojej ostatniej uwadze. Dobrze mu tak. Niech się boi.
- Nie wracamy do domu? - przerywa moje rozmyślania.
- Nie. Jedziemy po zakupy.
- Wolałbym wrócić do domu. Źle się czuję – odpowiada słabym głosem.
- Nie martw się. Nikt nie zaatakuje cię nożem, gdy będziesz spał. Najpierw poczekam aż urodzisz mojego syna.
- Dziecko nie jest twoją własnością, Max!
- Mylisz się. Od dawna go pragnąłem i wreszcie będę miał. Za to ty nie jesteś mi do niczego potrzebny. Nie ma z ciebie żadnego pożytku.
- Wiem. Nie raz mi to mówiłeś.
- I jeszcze wielokrotnie powtórzę.
- Przykro mi.
- Przykro to ci dopiero będzie, jeśli nie odzyskam moich pieniędzy. Warto się tak męczyć, Eli? Jeden podpis i będziesz mógł zacząć zupełnie nowe życie.
- Nie oddam dziecka psychopacie – nie odrywa wzroku od przedniej szyby, czym doprowadza mnie do szału.
- Nawet nie wiesz na co mnie stać – puszę się, dumny niczym paw.

Wczesne popołudnie to moja ulubiona pora na zakupy. Parking przy wielkim centrum handlowym wciąż jest jeszcze pusty. Jako przyszły ojciec staram się dbać o mojego synka już teraz, więc kupuję tylko ekologiczne produkty, zwłaszcza owoce. Czasami to jedyna rzecz, którą Eli jest w stanie przełknąć. Chociaż codziennie dostarczają nam specjalnie zbilansowany obiad z restauracji, mdłości powodują, że rzadko udaje mu się go zjeść. Za to pije dużo soków, więc nie może ich zabraknąć.
- To chyba wszystko – przyglądam się zawartości wypchanego po brzegi koszyka.
- Max, możesz mi kupić landrynki? - obracam się w stronę potulnie wlekącego się za mną blondyna. W dłoniach ściska paczkę kolorowych cukierków, które zdjął z półki, gdy wydawało mu się, że nie patrzę.
- Rozmawialiśmy już o tym, prawda? Żadnego cukru. Nie będę ryzykował, że dostaniesz cukrzycy ciążowej.
- Mam dobre wyniki badań. Dziecku nic nie jest.
- Powiedziałem nie. Odłóż to, bo i tak nie dostaniesz.
- Proszę, nie bądź taki – stara się mnie przekonać. Najpierw wyzwiska, a teraz przymilanie się. Ciekawe do czego jeszcze się posunie?
- Jeśli jesteś głodny, to...
- Nie jestem. Chcę landrynki – uparty jak osioł...
- Żadnego cukru! Poza tym nie zarobiłeś na landrynki... - przypominam mu. Po raz pierwszy unosi na mnie wzrok i spogląda prosto w oczy. Robi tak bardzo rzadko. Wydaje się smutny. - I nie rób takiej miny. Twoja marna gra aktorska zupełnie na mnie nie działa.
- Max, przecież to tylko jeden dolar... Oddam ci - jest aż tak zdesperowany? Samo to, że mnie poprosił musiało go wiele kosztować. Zwykle po prostu mnie ignoruje.
- Dziś nie zarobiłeś – zabieram mu cukierki i odkładam do pojemnika z innymi produktami, które wrócą na sklepowe półki, po czym zajmuję się wykładaniem kartonów na taśmę. Wściekły Eli przeciska się obok mnie i odchodzi w kierunku parkingu. I bardzo dobrze. Może świeże powietrze sprawi, że odzyska panowanie nad sobą.
Wychodzę na zewnątrz obładowany jak nigdy. Chłopak stoi oparty o samochód i wpatruje się w ziemię. Znowu przybrał maskę obojętności, którą często u niego widuję. Odblokowuję alarm, by mógł wsiąść do środka i zaczynam przekładać papierowe torby do bagażnika. W tej samej chwili podchodzi do nas jakaś starsza kobieta i wręcza Eli tą samą paczkę cukierków, której mu nie kupiłem.
- Proszę.
- Bardzo pani dziękuję – uradowany jasnowłosy ma łzy w oczach.
- To drobiazg, dziecko. Nie odmawia się osobom w ciąży – grozi mi palcem. Wygląda jak moja emerytowana nauczycielka matematyki, która od czasu do czasu wciąż mi się śni. Do tej pory pamiętam treść ostatniego zadania, które kazała mi rozwiązać.
- Badania wykazują, że cukrzyca w ciąży... - przytaczam niedawno czytane fakty naukowe.
- To pan jest w ciąży, czy pański syn? Współczuję ci, że masz takiego ojca – kładzie rękę na jego ramieniu. - Dbaj o siebie, a wszystko będzie dobrze – uśmiecha się, odchodząc.
Eli wsiada do samochodu i z radością otwiera paczkę landrynek, po czym wkłada jedną do ust, a resztę chowa do swojej torby. Opiera głowę o siedzenie i otula brzuch ramionami, jakby chciał odgrodzić ode mnie dziecko. Jest mi trochę głupio, zwłaszcza po tym, jak obca osoba wydała na niego pieniądze, a w dodatku uznała mnie za jego ojca. Nie jestem jeszcze aż taki stary! A poza tym nigdy nie żebrałem tak jak on.
- Eli, mówiłeś swoim rodzicom, że spodziewasz się dziecka?
- Nie.
- Dlaczego? - za wszelką cenę chcę podtrzymać rozmowę, by zagłuszyć wyrzuty sumienia.
- Bo nie – wyjmuje kolejną landrynkę.
- Jeśli chcesz, to mogę do nich zadzwonić, albo umówimy się na jakieś spotkanie...
- Nie chcę. A jeśli liczyłeś, że dołożą się do czynszu, to muszę cię rozczarować. Nic z tego – gorzki ton jego słów zdradza, że od dawna zdany jest tylko na siebie. Co więcej, powoli pęka. Tym lepiej dla mnie.
- Weź swój karton, a ja zabiorę resztę – wskazuję na wielki pakunek, który zabraliśmy z galerii. Z trudem przenosi go do mieszkania, a następnie kładzie tuż przy drzwiach. - Chyba nie zamierzasz zostawiać go na samym środku, co? - zwracam mu uwagę.
- Nie. Już go zabieram – unosi wieko i wyjmuje część zawartości. Znajduje się tam kilka metalowych kasetek z ołówkami, pędzle, tusz, farby oraz grube ryzy specjalnego papieru. Zabiera akcesoria do swojego pokoju, po czym wraca po papier, który jest najcięższy.
- Daj mi to, bo jak na ciebie patrzę, to szlag mnie trafia! - zabieram mu karton, który przesuwa po podłodze, by go ponownie nie podnosić.
- Dziękuję. – Obserwuję, jak zdejmuje rozpinany, ciemnoszary sweter oraz torbę, które rzuca na łóżko, po czym sięga po swój notatnik i sprawdza od czego powinien zacząć. Wyciąga biały arkusz, z którym przenosi się do salonu. Siada na swoim miejscu i podkłada pod spód sfatygowany szkicownik. Otwiera nowe ołówki, które dokładnie je ogląda. Gdy zaczyna rysować, nie potrafię przestać się na niego gapić. Wydaje się, iż niszczy drogi papier, zaczynając od jakichś przypadkowych kresek, lecz po chwili dodaje do nich kolejne szczegóły. Nagle przerywa i ściślej związuje swoje jasne włosy nisko na karku, starannie je podwijając. Zakłada także grzywkę za ucho, odsłaniając poszarzałą twarz.
- Niedługo przywiozą obiad – przypominam o swojej obecności, bo czuję się ignorowany.
- Nie jestem głodny.
- Ale dziecko jest – podchodzę do lodówki i nalewam dużą szklankę soku, którą stawiam przed nim na stole. - Masz, pij.
- Dziękuję.
- Nie powinieneś się położyć?
- Powinienem wiele rzeczy, ale to jest ważniejsze.
- Jak chcesz – znudzony, włączam telewizor, by zająć czymś rozbiegane myśli. Zachowuję się w stosunku do niego nadzwyczaj okropnie. Nie mam pojęcia skąd bierze się ta wrogość. Czy jest spowodowana tym, iż mój perfekcyjny plan legł w gruzach? Miałem dostać dziecko, które otoczę opieką i miłością, a nie złośliwego gówniarza, który wstaje od stołu i przynosi sobie kolejną landrynkę. A potem się dziwi, że nie jest głodny. - Jeśli nie zjesz obiadu, osobiście go w ciebie wepchnę.
- Dotknij mnie, a pożałujesz – odpowiada na moją groźbę. A ja się o niego martwiłem...