poniedziałek, 26 czerwca 2017

mpreg 10

„Bezsenne Noce


Poranek wita mnie specyficznym szelestem, który oznacza tylko jedno - Eli już rysuje. Spoglądam na zegarek. Nie ma szóstej...
- Czy ty nigdy nie śpisz? - przeciągam się sennie, spoglądając w kierunku blondyna, który siedzi odwrócony do mnie plecami.
- Mam za dużo do zrobienia, by spać.
- To się może źle odbić na dziecku - przypominam mu.
- Jeśli nie będę miał pracy, to także się na nim odbije. Przepraszam, jeśli cię obudziłem. Mogę się przenieść do ogrodu.
- Nie, rysuj sobie do woli - o tej porze jest jeszcze chłodno, nawet wczesnym latem. Nie chcę, by się rozchorował.
Kilka minut spędzamy w ciszy. Opieram się o poduszki i przyglądam temu, co robi. Jest bardzo obowiązkowy i dokładny. Dwa razy sprawdza, zanim odłoży coś do pudła. Ja nigdy tak nie pracowałem. Zawsze wydawało mi się, że twórcze zawody wymagają weny oraz pasji. Jeśli tej pierwszej mi brakuje, nie jestem w stanie pisać. Tymczasem on spędza każdą wolną chwilę na malowaniu. Przecież musi bywać zmęczony lub znudzony. Czasami wykonuje ten sam szkic kilkanaście razy. Gdybym miał przepisywać w kółko jedną stronę tekstu, umarłbym z nudów.
- Moja oferta dotycząca pomocy jest nadal aktualna - chciałbym wykorzystać okazję i wypracować normalne relacje miedzy nami.
- Dziękuję, poradzę sobie.
- O której przyjedzie kurier?
- Między ósmą trzydzieści, a dziewiątą - jest tak skoncentrowany na tym, co robi, że nawet jego głos wydaje się brzmieć inaczej. To robot, a nie człowiek.
Czas wlecze się w żółwim tempie. Eli powoli kończy pakowanie, po czym spogląda na zegarek i widząc, że jest dopiero kilka minut po siódmej, decyduje się na prysznic. Wreszcie mam możliwość, by zobaczyć jego twarz. Uśmiecha się w ten specyficzny sposób. Zapewne myśli o dziecku. Nawet moich rodziców traktuje z rezerwą, choć są dla niego bardzo mili. Gdy znika za drzwiami łazienki, wstaję z łóżka i podchodzę do stołu. Naprawdę się napracował. Karton jest pełny.
Wśród rozłożonych rzeczy dostrzegam rysunek, który wczoraj uległ zniszczeniu. Biorę go do ręki i oglądam. Zapowiadał się nieźle. Szkoda, że tak się stało... Kierowany instynktem obracam kartkę na drugą stronę. Znajduje się na niej uśmiechnięta twarzyczka naszego dziecka. Niewiele różni się od portretu, który podziwiałem będąc jeszcze w swoim mieszkaniu. Dzidziuś jest piękniejszy, namalowany ze znacznie większą dbałością o szczegóły. Przesuwam opuszkami po jego malutkich policzkach.
Słysząc, że Eli zakręcił wodę, zabieram rysunek i składam go na cztery, wciskając do kieszeni piżamowych spodni. Na palcach wracam z powrotem do łóżka i kładę się na swoim miejscu. Otwieram laptopa, by udawać, że nie ruszyłem się stąd ani na krok. Serce dudni mi w piersi, a skradziona kartka papieru wydaje się nieziemsko ciążyć. Oby nie zauważył, oby nie zauważył - desperacko powtarzam w myślach. Na szczęście blondyn nie ma czasu na takie bzdury. Jest już ubrany i zabiera się za zdejmowanie poszewek ze swojej pościeli.
- Zostaw, ja to zrobię - upominam go, wspominając zalecenia mamy, która kazała mi dbać o sterylną czystość.
- Nie musisz - odpowiada. Traktuje mnie dość chłodno, jednak nawiązaliśmy dialog i tym razem naprawdę się przyłożę, by tego nie spieprzyć. Zamiast na monitor, spoglądam na to, w co jest ubrany. Ma na sobie szorty i jasnoszarą bluzę, która prawie idealnie maskuje jego stan. Znowu nachodzi mnie silna potrzeba, by dotknąć dziecka. Chciałbym położyć dłonie na jego brzuchu... Poczuć ciepło, bijące pod skórą. Póki co muszę zwalczyć to uczucie, bo szczerze wątpię, iż Eli pozwoliłby mi na tak śmiały gest.

Podczas śniadania mama oznajmia nam, że wybiera się na cały dzień do sąsiedniego miasteczka. Zostaniemy sami.
- Pamelo, pamiętaj, że jesteśmy z ciebie bardzo dumni - żegna ją tata, odprowadzając do czekającego przed domem samochodu. To jej trzecie oficjalne spotkanie, a ona czuje się jak ryba w wodzie. Nigdy nie miała problemu, by dotrzeć do ludzi i przekonać ich do swoich racji. To za jej namową Eli musiał się zgodzić na przeprowadzkę.
- Trudno mi się przyzwyczaić, że mama należy do miejscowych władz - zagaduję chłopaka, który odstawia brudne naczynia do zmywarki. - Jako regionalny koordynator przejęła na siebie liczne obowiązki - dodaję, gdy nie reaguje na zaczepkę.
- Pewnie tak - odwraca głowę, by spojrzeć na zegarek. Kurier powinien tu być lada chwila.
- Eli, to może dzisiaj uda ci się wyczarować coś na obiad? - powrót uśmiechniętego ojca przywołuje mnie do rzeczywistości.
- Oczywiście, proszę pana - przytakuje mu. - Na którą godzinę ma być gotowy?
- Na pierwszą? Muszę pojechać do sklepu po części, a potem chcę zerknąć jak idzie chłopakom naprawa wysięgnika w koparce. Ostatnio ciągle się psuje, a bez tego ani rusz. A potem mógłbyś pojechać ze mną. Chcę zobaczyć, czy robotnicy pomalowali już biuro Pameli.
- Dobrze, proszę pana. Z przyjemnością pojadę - jasnowłosy uśmiecha się lekko do ojca.
- Wiesz, przyszło mi do głowy, że mógłbyś namalować dla niej kilka kwiatków. Mam na myśli takie, jak te na altance. To robiłoby wielkie wrażenie na odwiedzających. Jak sądzisz?
- Bardzo dobry pomysł - cieszy się.
- Świetnie. W takim razie najpierw zobaczymy jak tam wygląda, a potem skoczymy po farby, ok?
- Dobrze. Kurier przyjechał! - Eli wybiega z kuchni, by otworzyć drzwi.
- Powoli - woła za nim tata. - Ach ta młodość - śmieje się.
- Namalował całkiem sporo - opieram się o blat kuchennych szafek, obserwując jak dostawca wyciąga z samochodu opakowany w firmowy papier galerii Robinsona karton. Pewnie znowu kupił mu farby.
- Jest bardzo pracowity. Siedział nad tym dzień i noc. To dlatego poznałem go z Freddym, który zabiera go w różne miejsca. Powinien więcej korzystać z życia.
- Nie sądzisz, że ta sytuacja może się obrócić przeciwko niemu?
- Co masz na myśli, synu? - ojciec mierzy mnie podejrzliwym spojrzeniem. Nie lubi, gdy coś nie przebiega zgodnie z jego planem.
- Nie chcę, by go wykorzystał! - syczę przez zęby. - Ani się z nim spotykał - dodaję.
- To już nie twoja sprawa, prawda? - klepie mnie po ramieniu, odchodząc. Nie moja? A czyja? Przecież to moje dziecko! Kiedy on to w końcu zrozumie?! Stary uparciuch!
- Nie wydaje mi się, że Freddy to odpowiedni przyjaciel. Jest on niego sporo starszy, a poza tym...
- Sporo starszy? - znacząco unosi brwi.
- A poza tym - dodaję z większym naciskiem - Eli nie przepada za towarzystwem. Nie zauważyłeś, że woli przebywać sam? - to jedyny argument, który przychodzi mi do głowy.
- Maxwell... Czasami jak ty coś powiesz... - wzdycha, sięgając po swoją wielką, brązową torbę z narzędziami.
- Przecież to prawda! - bronię swojego argumentu. - Znam go dłużej. Kiedy mieszkaliśmy razem, nikt do niego nie zadzwonił ani nie odwiedził. To samotnik.
- Więc jak ci się udało go poderwać, co? - Szlag by to trafił! Jak mi się udało?! Myśl, Max, myśl...!
- Spotkaliśmy się i... - gorączkowo szukam kłamstwa, w które uwierzy.
- I co? Zaciągnąłeś chłopca do łóżka, bo jest ładniutki, tak?
- Proszę pana - szybki powrót Eli ratuje mnie z opresji - pan Robinson przesłał to dla pani Pameli - wręcza ojcu paczkę, którą ten od razu rozpakowuje. - Podejrzewam, że to obraz jednego z malarzy, którego zatrudnił na moje miejsce.
- Zwolnił cię? - zszokowany przyglądam się jego spokojnej twarzy.
- Nie. Po prostu wspominał, że ostatnio ma więcej zamówień, a ja jestem w ciąży i... Niezły jest - przenosi wzrok na niewielkie płótno. Przesłany obraz to jakiś bliżej nieokreślony pejzaż. Moim zdaniem Eli namalowałby to lepiej. - Ma bardzo dobrą technikę. Wcale się nie dziwię, że pan Robinson jest nim taki zachwycony - w jego głosie czuję nutkę zazdrości.
- No bez przesady! Ty jesteś o wiele zdolniejszy od niego - chwali go ojciec.
- Dziękuję, panie Ford. Jest pan bardzo miły, ale nie trzeba być znawcą, by dostrzec lekkość i świeżość jego stylu.
- Wiesz kim on jest?
- Tak. To Edmund Poll. Poznaliśmy się w galerii. Trzy lata temu skończył studia i teraz pracuje jako wolny strzelec. Jeśli podpisze kontrakt z galerią, pan Robinson sprawi, że rozwinie skrzydła.
- Ty też je rozwiniesz za jakiś czas - wskazuje na jego brzuszek. - Jesteś jeszcze młodziutki. Całe życie przed tobą.
Odnoszę wrażenie, że Eli ma inne zdanie na ten temat. Przysłany obraz sprawił mu przykrość. Przebiegły właściciel galerii wymaga, by chłopak dał z siebie więcej. Gdy sprzątam na górze, zauważam długą listę zamówień, które musi zrealizować. Czeka go sporo pracy, nie mówiąc już o konkurencji. Sięgam po swój komputer i wpisuję nazwę galerii. W tym miesiącu reklamują się serią obrazów, nawiązującą do natury. Prace Eli to kopie. Tymczasem ten cały Edmund z góry zaznacza, że na nikim się nie wzoruje. Jeszcze kilka tygodni temu usłyszałem z ust Robinsona, że „Eli to diament”. Czyżby zmienił zdanie?
Kończę prace domowe i wracam do kuchni, gdzie Eli przygotowuje obiad. Muszę przyznać, że radzi sobie jak zawodowiec. Ciekawe gdzie nabył takich kulinarnych umiejętności? Ja potrafię zagotować wodę w czajniku elektrycznym, albo wykręcić numer do restauracji.
- Co to będzie? - pytam, przyglądając się, jak kroi marchewkę na wąskie paseczki.
- Udon. Twój ojciec za tym przepada - wtajemnicza mnie.
- Pierwsze słyszę, by lubił kuchnię japońską.
- Innych potraw nie umiem przygotować.
- Biorąc pod uwagę to, co robisz teraz, nie powinieneś mieć większych trudności. Kto nauczył cię tak gotować? - nie umiem pohamować ciekawości.
- Pan Matsuda. Pracowałem w jego restauracji przez jakiś czas.
- W restauracji? Ty? Jak to się ma do malarstwa? - nie umiem oderwać od niego wzroku. Zręcznie posługuje się nożem, a w dodatku wszystko tak ładnie pachnie...
- Przygotowanie smacznego posiłku to też sztuka - odpowiada zgryźliwie.
- Trzeba mi było powiedzieć, że umiesz gotować, to nie zamawiałbym jedzenia w restauracji - tłumaczę się, by nie wyjść na wrednego typa, który wmuszał w niego zdrową żywność, ozdobioną kwiatami.
- Mogłeś zapytać, a nie decydować za mnie - posyła mi drwiące spojrzenie.
- A ty mógłbyś nie być taki uparty! To by nam wiele ułatwiło.
- Nie oddam ci dziecka - grozi mi palcem.
- Nie o tym mówię. Po prostu od początku traktujesz mnie jak wroga, a ja...
- Zanim zaczniesz mnie pouczać, zastanów się jak ty mnie traktowałeś - przykrywa garnek pokrywką i ustawia miseczki na blacie.
- No dobrze, przyznaję, że się nie popisałem - nerwowo przeczesuję dłonią włosy.
- Usprawiedliwianiem się niczego nie osiągniesz.
- To co mam zrobić? - łapię go za szczupłe ramiona, bo czuję, iż w końcu mamy szansę na jakiś przełom.
- Puść - natychmiast reaguje.
- Puszczę, jeśli mi powiesz. Musimy od czegoś zacząć, rozumiesz? Inaczej nic się nie zmieni i skrzywdzimy dziecko - blondyn przez kilka sekund rozważa moje słowa.
- Powiedziałem ci już wczoraj, co masz zrobić.
- Dlaczego mam przepraszać, skoro nie czuję się winny?! - irytuję się.
- Max, to boli - spogląda na moje dłonie, którymi niechcący za mocno go ścisnąłem. Od razu je cofam.
- Przepraszam, nie chciałem - oglądam jego ręce. - Jesteś tak chudy, że... - nie kończę tego zdania. Znowu powiedziałbym za dużo, a przecież miałem naprawiać nasze relacje, a nie je pogarszać. - Przepraszam. Naprawdę przepraszam. Za wszystko. Będę się starał lepiej nad sobą panować, by więcej cię nie ranić, ale to w dużej mierze zależy także od ciebie. Gdybyś mnie nie prowokował, to...
- Wystarczy. Wiem, do czego zmierzasz.
- Mam nadzieję, że nie będziesz miał siniaków. Ojciec by mnie zabił, gdybym zrobił ci krzywdę.
- Nic mi nie będzie - trochę dziwi mnie jego reakcja. Powinien być wściekły, a jedyne co robi, to dyskretnie się odsuwa. Czeka na ojca, który w razie czego, pośpieszy mu na pomoc...
- Eli, boisz się mnie? - zagradzam sobą jedyną drogę ucieczki.
- Nie bądź śmieszny. Dlaczego miałbym się ciebie bać? - zasłania brzuch rękoma.
- Idioto, nie skrzywdził bym dziecka! - unoszę się gniewem.
- Dziecka może i nie... - mamrocze pod nosem.
- Nawet tak nie żartuj! Nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem - prycham.
- O czym znowu bredzisz, Max? Szukasz kogoś, z kim chciałbyś się zmierzyć? - obracam się w kierunku ojca, który mężnie pręży swoje muskuły.
- Nie, ależ skąd. Po prostu staram się przekonać Eli, że może się przy mnie czuć bezpiecznie - śmieję się nerwowo.
- Pamiętaj, jedno słowo i wgniotę go w ziemię, jasne? - głaszcze osiemnastolatka po złotawych włosach.
Po wyjątkowo smacznym obiedzie, tata zabiera nas do miasteczka. Upiera się przy tym, abyśmy przejechali się jego nowiutkim pickupem.
- Wygodnie ci? - spogląda na Eli z troską. - Pasy cię nie uwierają?
- Nie, proszę pana. Możemy jechać.
Peter Ford jest gorszym kierowcą niż ja. Najwidoczniej nie wyczuł możliwości samochodu, bo trochę nami szarpie. Zauważam, że jego podopieczny również nie jest pod wrażeniem tego, co z nami wyczynia. Gdy dość ostro hamuje, osłaniam go ramieniem, by nie poleciał do przodu. Wciśnięty w fotel, nieco przerażony, nabiera gwałtownie powietrza. Zdążył jedynie oprzeć dłonie na mojej klatce piersiowej. Czuję, jak zaciska palce na materiale mojej koszulki.
- Nic ci nie jest? - pytam. Nie odpowiada. Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami w tym niezwykle rzadkim odcieniu. Po chwili potrząsa przecząco głową i cofa nieco drżące dłonie. - Dobra, dosyć tego. Teraz ja prowadzę.
- To nowy samochód - tłumaczy się ojciec. - Jeszcze go porysujesz.
- Zaryzykuję. A jeśli będziesz mi się sprzeciwiał, wszystko powiem mamie i odwieziesz swoje srebrne autko wprost do salonu - grożę mu. - Wysiadaj! - otwieram drzwi od strony pasażera i wyskakuję z szoferki. - Co ci strzeliło do głowy, by kupować tak wielki wóz?!
- Chciałem nim wozić narzędzia - ojciec potulnie zamienia się ze mną miejscami. - Może rzeczywiście jest nieco okazały, ale...
- Wymień go na mniejszy i po kłopocie - radzę mu. - Dopóki tego nie zrobisz, zabraniam ci wozić nim mojego synka - odpalam silnik i włączam się do ruchu.
Nowe biuro mamy to niewielkie pomieszczenie, w którym jeszcze jakiś czas temu mieścił się sklep z winami. Właściciel wolał się przenieść do centrum handlowego, zostawiając po sobie zaniedbany lokal. Koledzy taty zagipsowali dziury w ścianach i pomalowali wszystko na biało. Dostarczono także meble, jednakże efekt końcowy trudno uznać za zadowalający.
- Dziwnie tu - zauważam, siadając na niewielkiej, czarnej sofie, obok której stoi stolik. Piętrzą się na nim wydrukowane ulotki, zachęcające mieszkańców do wspierania regionu.
- Przedtem ściany były fioletowe i też było dziwnie. Może powinniśmy dobrać inny kolor? - pan „złota rączka” dzieli się z nami swoimi przemyśleniami.
- To zależy... Jak bardzo chciałby pan zmienić to pomieszczenie? - odzywa się z końcu mały artysta.
- Chcę, by Pamela była zadowolona - tata jest pełen dumy. - To co, jedziemy do sklepu? - wyciąga rękę po kluczyki.
- Ty zostajesz i poodsuwasz meble - przydzielam mu to wyjątkowo męskie zadanie, nie kryjąc satysfakcji.
- Pamiętaj, że jemu nie wolno dźwigać, a farby są ciężkie - woła za mną, gdy jesteśmy już na ulicy.
- Pomóc ci wsiąść? - pytam, odblokowując drzwi, bo auto ma wielkość czołgu, a do szoferki trzeba się wspiąć po schodkach.
- Poradzę sobie.
W sklepie z farbami młody sprzedawca robi co może, by wcisnąć nam jak najwięcej puszek. Eli uważa, że litrowe wystarczą. Nie wiem co planuje, lecz widząc kilka dość żywych kolorów domyślam się, iż stworzy coś nieprzewidywalnego.
- Co jest największą atrakcją tego regionu? - pyta, bawiąc się swoim telefonem.
- Nie wiem. Może winnice, bo jest tu dość ciepło, ale wątpię, że mama chciałaby nawiązać do swoich poprzedników. Jest też zabytkowy most, który wszyscy koniecznie chcą obejrzeć. Ponoć jeśli niebo danego dnia ma odcień różowy, twoje marzenie zostanie spełnione.
- To jakieś miejscowe przesądy? - kątem oka dostrzegam, że próbuje go wyszukać w internecie.
- Tak go nie znajdziesz. Jest dobrze ukryty.
- Ma jakąś szczególną nazwę?
- Chyba nie.
- Zapytam pana Forda. Może on będzie wiedział - odkłada smartfona do kieszeni.
- Nie licz na to. To dość niebezpieczne miejsce. Z pewnością nie powie ci, gdzie ono jest.
- Nie chcę tam pójść. Chcę go namalować.
- Nie chcesz, by spełniło się twoje marzenie? - dziwię się.
- Ja nie mam marzeń, Max. Niebo ma być różowe, tak? - upewnia się.
- Możesz mi nie wierzyć, ale most działa. Chciałem syna i będę go miał - przechwalam się.
- To równie dobrze może być córka i co wtedy?
- Złożę reklamację.
- Do kogo? Nie urodzę ci innych dzieci - odgraża się.
- Przecież muszą być rzeczy, których być chciał. Na przykład cofnąć się do czasów dzieciństwa, mieć latający dywan, napisać najbardziej poczytną książkę wszech czasów, codziennie otwierać gwiazdkowe prezenty - zaczynam wyliczać szczęśliwe chwile ze swojego życia.
- Masz dużo marzeń, Max. Mam nadzieję, że wszystkie się spełnią - uśmiecha się smutno, po czym wyskakuje z samochodu, by czym prędzej zabrać się do pracy.
- Most to bardzo oryginalny pomysł - chwali go ojciec.
- Problem polega na tym, że mam tylko kilka godzin, a nie wiem jak on wygląda. Któryś z was musi mi go naszkicować.
- Naszkicować? To może być trudne. Kiepsko rysuję - w tym akurat ma rację. Mój ojczulek nie jest typem artysty.
- Więc ty to zrobisz - wpycha mi do ręki ołówek. Efekt moich starań jest tragiczny, ale Eli się nie zraża. Od razu przechodzi do rzeczy, zamieniając największą ścianę na swoje wielkie płótno. Pracuje bez przerwy przez kilka godzin. Gdy wieczorem wracamy do domu, jest tak zmęczony, że rzuca się w ciuchach na łóżko i od razu zasypia. Ściągam mu buty, a następnie sięgam po koc. Chłopak leży na boku, zupełnie nieprzytomny. Oto szansa, na którą czekałem...
Zakradam się obok łóżka i siadam na podłodze. Po raz kolejny tego dnia czuję, że mój puls zaczyna wariować. Odsuwam nieco koc. Nawet nie drgnął. Wstrzymuję oddech i podsuwam jego bluzę nieco do góry, by odsłonić brzuszek. Mój synek... Przykładam dłoń do jego ciepłej skóry. Jest nieco napięta i taka gładka. Powolutku sunę opuszkami po tej słodkiej wypukłości. Wcale się nie dziwie, że on ciągle go dotyka. Gdybym mógł, gdybym tylko mógł, to robiłbym to bezustannie.
Eli zmienia pozycję i przesuwa się bardziej na plecy. Z początku chciałem zabrać rękę, lecz skoro się nie obudził, postanawiam nadal pieścić moje maleństwo. Robię się na tyle odważny, iż zsuwam nawet jego szorty nieco w dół, by nie zasłaniały mi dziecka. Jasnowłosy przesuwa rękę i układa swoją dłoń na mojej. Jego drobne palce są znacznie mniejsze niż moje, w dodatku umazane kolorowymi farbami...
- Kolacja - podskakuję na dźwięk głosu mamy, która uchyla drzwi i przyłapuje mnie na gorącym uczynku. - Nasz aniołek już śpi? - przygląda się nam z rozczuleniem. Przez Eli nie mogę wstać. Czuję silne uderzenie gorąca, które atakuje moje policzki. Czemu czuję się taki zażenowany?
- Mamo... - jąkam się, zastanawiając, jak to wytłumaczyć. - Ja chciałem go tylko dotknąć, ale...
- Nie musisz mi się tłumaczyć, kochanie. Przecież on nosi twoje dziecko. To zrozumiałe, że dotykałeś go już wcześniej.
- Ja nie... - spokojnie, nie zaprzeczaj, bo jeśli rodzice dowiedzą się w jaki sposób Eli zaszedł w ciążę, skończę jako trofeum taty, który obedrze mnie ze skóry i rozłoży przed kominkiem.
- Nie wiem gdzie byliście, ale pilnowałeś, by nie był głodny? Powinien jeść częściej i więcej, a nie skubać tyle, co nic.
- Jadł obiad.
- Max, to było kilka godzin temu. Obudź go i każ zjeść kolację. Czekamy na dole.
- Dobrze, tylko nie mów nic tacie, ok? Nie chcę, żeby się ze mnie śmiał.
- Nic mu nie powiem, obiecuję - znika za drzwiami, zostawiając nas samych.
- Eli... Obudź się. Musisz coś zjeść. W przeciwnym wypadku mama nafaszeruje cię rogalikami, słyszysz? Eli... - nic to nie daje. Powinienem pomyśleć o kolacji wcześniej, ale byłem tak zafascynowany sposobem, w jaki wyczarował różowe niebo, że zapomniałem. - Eli...
- Mmm... - wydaje z siebie jakiś zaspany dźwięk, po czym przyciska drugą ręką moją dłoń do swojego brzucha. Jeśli teraz się obudzi, wydrapie mi oczy, ale jeśli tego nie zrobi, mama z pewnością go wyręczy.
- Eli, proszę, wstań...
- Max? - niechętnie unosi powieki. - Która godzina?
- Jesteś głodny? Mama zrobiła kolację.
- Głodny? Nie wiem... - jak na zawołanie czuję, że burczy mu w brzuchu.
- Przyniosę ci coś dobrego, jeśli mnie puścisz, dobrze?
- Puszczę? - mruga kilka razy. Unosi głowę i spogląda w dół. - Zabierz rękę! - przestraszony odsuwa się jak najdalej może.
- Uważaj, bo spadniesz - zachowuję się naturalnie, by nie pogarszać sprawy. - Chciałem cię tylko przykryć kocem, a ty mnie złapałeś i nie chciałeś puścić - celowo omijam najważniejszą część.
- Na przyszłość proszę, abyś mnie nie przykrywał - otula brzuch ramionami i podciąga kolana do klatki piersiowej, kuląc się w kłębek.
- Nie zrobiłem nic złego. Mówiłem ci już, że z mojej strony nic ci nie grozi. Chodź, musisz coś zjeść - wyciągam rękę, by pomóc mu wstać. Jeszcze przed chwilą kurczowo ją ściskał, a teraz unika jak ognia. Przed nami bardzo długa droga...

czwartek, 22 czerwca 2017

Rozdział XXXII

„Zdrajca


Poniedziałek. Nasza uroczystość zaplanowana jest na sobotę. Rodzice pojawią się w czwartek rano. Moja ekscytacja sięga zenitu. Niecierpliwie doglądam wszystkich szczegółów. Cieszy mnie, że pracownicy odpowiedzialni za przygotowania zajmują się rozkładaniem białych namiotów w ogrodzie, że pojawiły się już krzesła i stoły, a także przywieziono całą masę dodatków, w tym doniczki z krzewami róż, które wydają subtelny, lecz jakże cudowny zapach.
Josh, który został mi podrzucony przez Dennisa, przygląda się pracom w ogrodzie z dziwnym wyrazem twarz. Trudno tu mówić o radości. Przyjmuje to wszystko z obojętnością, która mnie martwi.
- Głowa nadal boli? - przełamuję ciszę między nami.
- Tylko trochę.
- Chcesz się położyć?
- A będziesz mi towarzyszyć? - odpowiada pytaniem na moje pytanie.
- Nie mogę - podchodzę bliżej, by pocałować go w policzek. - Za to z przyjemnością zjem z tobą śniadanie - uśmiecham się.
- Nie jestem głodny.
- Właśnie dlatego będę ci towarzyszył. Muszę mieć pewność, że coś zjadłeś. Chyba nie chcesz zrobić przykrości Rose, prawda?
- Nie. Chodź - bierze mnie za rękę - miejmy to już za sobą.
Posiłek mija w przemiłej atmosferze. Zarówno Rose, jak i Ursula, nie przestają mówić o przygotowaniach. Zachwycają się kwiatami, ozdobami i porcelaną. Nawet Harold włącza się do rozmowy. Tylko mój narzeczony sprawia wrażenie smutnego i zamyślonego.
- Co się dzieje, skarbie? Dlaczego jesteś taki cichy? - chłopak ma świadomość, że każde z nas wpatruje się w niego w napięciu. Zrobiłbym wszystko by go uszczęśliwić.
- Panie Wood, proszę go nie dręczyć. Nie widzi pan, że jest już wystarczająco zdenerwowany? Od samego początku powtarzałam panu, że spraszanie wszystkich znajomych to zły pomysł - grzmi Meksykanka.
- Wcale nie! - bronie się. - Chcę, żeby wszyscy bliscy mogli cieszyć się naszym szczęściem.
- Josh nie wygląda na specjalnie szczęśliwego - zauważa zgryźliwie.
- Skarbie...? - liczę na to, że rozwieje moje wątpliwości i powie, ze on też się cieszy.
- Przepraszam, ale możemy zmienić temat? Nie chcę rozmawiać o ślubie - odzywa się wreszcie.
- Nie chcesz? To ma być najszczęśliwszy dzień naszego życia. Bardzo się z Ronem staraliśmy, by wszystko wypadło idealnie.
- Więc poproś Rona, by zachwycał się kwiatami i balonami, bo mnie to zupełnie nie rusza - odkłada serwetkę obok swojego talerza. - Dziękuje za śniadanie. Było pyszne - posyła kobietom blady uśmiech, po czym wstaje ze swojego miejsca i opuszcza kuchnię.
- Gdzie idziesz? Nic nie zjadłeś - wołam za nim.
- Jednak muszę się położyć. Głowa bardzo mnie boli - wykorzystuje swoją ulubioną wymówkę.
Ursula i Rose wymieniają miedzy sobą porozumiewawcze spojrzenia. Jestem pewny, że do perfekcji opracowały telepatyczną wymianę myśli i teraz besztają mnie bez ograniczeń. Tylko Harold spogląda na wyświetlacz swojego telefonu udając, że czyta jakieś ważne informacje, które dostarczył mu szef ochrony.
- Sprawdzę, jak on się czuje - podnoszę się z miejsca.
- Panie Wood... - tego najbardziej się obawiałem. Przestraszony unoszę wzrok, napotykając groźnie zmrużone oczy mojej gospodyni. - Musimy porozmawiać - cedzi przez zaciśnięte zęby.
- Teraz? - opadam bezwolnie na krzesło, domyślając się odpowiedzi.
- Teraz... - potwierdza moje najgorsze przypuszczenia.
- Przepraszam, ale coś mi się właśnie przypomniało - jej małżonek pośpiesznie ucieka z tonącego okrętu.
- Idziesz do ogrodu sprawdzić dostawę, prawda? - Ursula również dezerteruje? - Pójdę z tobą.
- Tchórze - mamroczę pod nosem obserwując, jak szczelnie zamykają za sobą drzwi. - Zostaliśmy sami - śmieję się nerwowo, licząc na to, że uda mi się rozładować napiętą atmosferę.
- Rzeczywiście - kobieta odsuwa od siebie naczynia, jakby próbowała zaanektować dla siebie większą przestrzeń, potrzebną by rzucić się na mnie i rozerwać gardło pomalowanymi na czerwono paznokciami.
- Znowu zrobiłem coś nie tak? - nie ma co tego przedłużać. Trzeba spojrzeć w oczy przeznaczeniu...
- Lista jest całkiem spora, ale skupmy się na najważniejszym.
- Tak? - przełykam głośno ślinę, gotowy na jej atak.
- Chodzi mi o pańskiego wspólnika.
- O Rona? - dziwię się. - A co on ma z tym wspólnego? Josh zażądał, abym się go pozbył. Spełniłem jego prośbę. Muszę z nim rozmawiać, bo prowadzimy razem firmę i...
- Nie o tym mówię - przerywa mi oschle.
- A o czym?
- Poprosił go pan o pomoc w przygotowaniach do ślubu?
- Tak. Sama wiesz, że tak duże przyjęcie wymaga podjęcia setek decyzji. Ron wspaniałomyślnie...
- Wspaniałomyślnie? - ponownie mi przerywa.
- Nie rozumiem o co ci chodzi? Przecież to mój przyjaciel...
- Którego pański narzeczony nie lubi, delikatnie mówiąc.
- Nie cofnę jego zaproszenia, jeśli do tego zmierzasz - irytuję się.
- Pan nadal nie rozumie, prawda? - z niedowierzaniem kręci głową.
- Nie rozumiem - przyznaję szczerze. - O co chodzi, Rose?
- To może zapytam inaczej. Kto jest dla pana najważniejszy?
- Josh, przecież to oczywiste.
- Z kim bierze pan ślub?
- Nie pomagasz mi... - warczę.
- Josh jest najważniejszy. To z nim bierze pan ślub. Skoro to jest dla pana takie oczywiste, to proszę mi powiedzieć, które decyzje dotyczące ceremonii skonsultował pan z narzeczonym?
- Ja...
- Zapytał go pan o to, jak chciałby, by wyglądało to wydarzenie?
- Nie, ale...
- A przyjęcie? Kwiaty? Menu? Goście? - jej pytania są jak seria z karabinu maszynowego. Nie można ich zatrzymać, ani się przed nimi uchylić. Wszystkie naboje celnie trafiają do celu...
- Też nie, jednak...
- To może chociaż smoking? - zabija mnie tym pytaniem. Wypuszczam powietrze z płuc z głośnym świstem. - Panie Wood?
- Nie.
- Już pan rozumie, czy mam kontynuować?
- Uważasz, że Josh nie cieszy się ze ślubu, bo podjąłem za niego wszystkie decyzje? Chciałem go chronić. Był pobity, wychudzony, niczego nie pamiętał. Myślałem, że w ten sposób mu pomagam.
- Źle pan myślał! - uderza dłonią w stół. - W dodatku o pomoc poprosił pan wspólnika, a nie narzeczonego!
- Nie sądziłem, że się za to obrazi, przysięgam! Poza tym skoro źle robiłem, czemu nic nie powiedziałaś? Czemu czekałaś do ostatniej chwili?!
- A co miałam powiedzieć? Zamknął się pan w gabinecie z konsultantką i wspólnikiem, nic nikomu nie mówiąc! Zwłaszcza Joshowi.
- To co mam teraz zrobić?! Do ślubu zostało kilka dni!
- Nie wiem. Proszę zapytać Josha. To także jego wielki dzień, a został on przez pana zepchnięty do roli marionetki. Nie zdziwiłabym się, gdyby poprosił o odwołanie ceremonii.
- To absolutnie wykluczone!
- Ma pan kilka dni, by jakoś naprawić zaistniałą sytuację. Proszę tego nie spieprzyć - wstaje ze swojego miejsca i kładzie mi rękę na ramieniu.
- A ty mów mi od razu takie rzeczy. Nie czekaj. Sama widzisz, że bez ciebie gubię się jak dziecko we mgle - całuję kobietę w rękę.
- Narzeczony na pana czeka.
Biegnę na górę, by jak najszybciej wyjaśnić to nieporozumienie. Tak jak przypuszczałem, Josh leży zwinięty w kłębek na swoim ulubionym miejscu. Obok, na fotelu, śpi Cynamon. Ściągam buty i bardzo ostrożnie przytulam się do jego pleców.
- Nadal boli? - całuję go za uchem.
- Co tu robisz? Miałeś pracować - nie obraca się w moją stronę, lecz korzysta z okazji i wtula się we mnie, gdy obejmuję go ramieniem.
- Bardzo cię kocham.
- Wiem. Ja ciebie też. Zostań ze mną chociaż na chwilę. Przy tobie łatwiej mi się zasypia - prosi.
- Zostanę. Zostanę tak długo, jak będziesz chciał - zapewniam go. Odłożę naszą rozmowę na później, gdy będzie się lepiej czuł, a do tego czasu...

Cierpliwie czekam, aż mój ukochany otworzy oczy. Nie śpieszy się. Zamiast tego szczelniej przylega do mojej klatki piersiowej.
- Która godzina? - pyta mocno zaspanym głosem.
- Nie wiem.
- Mam wrażenie, że bardzo długo spałem, a ty byłeś tu cały czas... - spogląda na mnie, po czym uśmiecha się delikatnie.
- Potrzebowałeś mnie.
- Jesteś kochany - obejmuje mnie mocno.
- Jak głowa?
- Już nie boli.
- To dobrze, bo mam dla ciebie niespodzianki - uśmiecham się tajemniczo, gdy stara się mnie rozgryźć.
- Nie lubię niespodzianek.
- Te ci się spodobają, zobaczysz. Pierwsza jest taka, że wymusiłem na Ronie więcej wolnego. Czas do ślubu zamierzam spędzić tylko i wyłącznie z tobą.
- Naprawdę? To rzeczywiście dobra wiadomość - cieszy się.
- Widzisz, mówiłem, że będziesz zadowolony. Powinieneś mieć więcej wiary w swojego przyszłego męża.
- Jeszcze do mnie nie dociera, że nim będziesz. Ślub wydaje mi się taką samą abstrakcją jak to, że wiodłem kiedyś inne życie.
- To akurat moja wina... Odsunąłem cię od wszystkich przygotowań. Tak bardzo chciałem cię chronić, a tymczasem wszystko popsułem.
- Nie mów tak.
- Kiedy to prawda. O nic cię nie zapytałem. Do uroczystości zostało niewiele czasu, ale nie jest jeszcze za późno. Zrobię co w mojej mocy, by zmienić wszystko tak, abyś był zadowolony. Musisz mi tylko powiedzieć... - Josh unosi się do góry i całuje mnie w usta.
- Za dużo gadasz, wiesz? - jego pieszczoty zawsze przepełnione są czułością. Ponownie mości się w moich ramionach, układając głowę na mojej klatce piersiowej.
- Przepraszam, skarbie. Nie chciałem cię zranić - gładzę go po plecach, czekając na to, co odpowie.
- Chyba przyzwyczaiłem się do tego, że bywasz egoistycznym dupkiem - śmieje się cicho.
- Kochasz mnie, prawda? - upewniam się.
- Kocham cię tak bardzo, że aż się tego boję.
- Nie musisz się niczego bać. Zawsze będę blisko. Ochronię cię.
- Lepiej kup Rose naprawdę duży bukiet kwiatów.
- Wiedziałeś?! - spoglądam na niego z niedowierzaniem.
- Przez ten krótki czas zdążyłem cię całkiem nieźle poznać, zwłaszcza twoje słabości.
- Jesteś moją jedyną słabością. Za to najukochańszą.
- I tak ma zostać - ostrzega mnie.
W ogrodzie słychać dźwięk lądującego śmigłowca. W tej samej chwili dostaję wiadomość od Dennisa, któremu zleciłem to nietypowe zadanie.
- Pora na kolejną niespodziankę - cieszę się jak dziecko, uciekając z łóżka.
- Ja nie wstaję - zastrzega z góry, zakopując się w pościeli.
- Kochanie, nie rób mi tego. Pozwól się rozpieszczać - spoglądam na niego z nadzieją, wyciągając rękę, by pomóc mu wstać.
- Jeśli zaprosiłeś Rona, to...
- Nie, to nie on. Przysięgam. To pan Berrardi. Jest bardzo zajętym człowiekiem, ale dla ciebie zrobił wyjątek.
- Powinienem wiedzieć, kim on jest?
- Nie, bo to niespodzianka. No chodź - nakładam buty i wyciągam go z pokoju na zewnątrz.
Zabieram go na parter, do salonu, gdzie Ursula zdążyła już zaproponować naszemu gościowi coś do picia.
- Dziękuję bardzo, ale mam niewiele czasu. Panie Wood, możemy zaczynać? - ubrany w elegancji, szary garnitur mężczyzna, uśmiecha się do nas ciepło, po czym układa czarny neseser na stole i sięga po niewielki kluczyk, którym odpina łańcuszek, przytwierdzony do nadgarstka. - To ze względów bezpieczeństwa - informuje zaintrygowanego czarnowłosego, który woli zachować dystans, chowając się za moimi plecami.
- Może być pan pewny, że na terenie posiadłości nic panu nie grozi. Moi ludzie odeskortują pana z powrotem do pańskiej pracowni, tak jak się umawialiśmy.
- Bardzo dziękuję. Gotowi? - spogląda na nas dobrotliwie, wprowadzając kod do zamka.
- Tak. Usiądź, proszę - odsuwam Joshowi krzesło, a sam zajmuję miejsce z boku, by móc go obserwować.
- Denerwuje się pan? Zapewniam, że nie ma czym - mężczyzna zakłada okulary z czarnych oprawkach.
- Tristan, ja nie rozumiem... - Josh szuka u mnie pomocy, lecz nie zamierzam psuć mu zabawy.
- To nie będzie bolało - śmieje się pan Berrardi. - No, może trochę, ale pan Wood wyraźnie stwierdził, że nie mamy ograniczeń. Proszę bardzo - kładzie przed Joshem kwadratowe pudełko z tłoczonymi na aksamicie inicjałami oraz nazwą swojej rodzinnej firmy. Na jego widok chłopak robi się nieco blady. Mam ochotę parsknąć śmiechem. Biedactwo, to nie to, o czym myślisz. - Śmiało - zachęca go - proszę otworzyć. Błękitnooki waha się przez kilka sekund, po czym drżącą dłonią dotyka aksamitu. Ostrożnie unosi wieko, nie spuszczając wzroku z tajemniczego przybysza.
- Obrączki? - szepcze zaskoczony.
- Proszę wybrać te, które się panu najbardziej podobają. Później przymierzymy. Poprawek dokonam w pracowni, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Pan Berrardi jest prawdziwym mistrzem - chwalę jubilera. - To wyjątkowy zaszczyt, że zgodził się osobiście pofatygować.
- Przysługa za przysługę, panie Wood - kilka lat temu pomogłem mu w bardzo nietypowej sytuacji. Syn jubilera siedział obok mnie w samolocie i zostawił podobny neseser, którego powinien pilnować ze względu na bezcenną zawartość. Odwiozłem zgubę do ich pracowni i tak się poznaliśmy. - Pański narzeczony jest chyba nieco zaskoczony.
- Skarbie, co się dzieje? Nie podobają ci się? Wolałbyś coś innego?
- Nie, nie! Są naprawdę śliczne, ale dlaczego to ja mam wybrać? - jego cichy głos zdradza niepewność.
- Bo ja już dawno wyczerpałem limit - przysuwam pudełko bliżej, by go ośmielić. - Od chwili, w której założysz mi jedną z nich, aż do końca życia, nigdy jej nie zdejmę. Chcę, żeby ci się podobała, bo to symbol naszej miłości, a także oddania.
- Ale...
- Ja panu pomogę - wtrąca się jubiler. - To nasz najpopularniejszy model. Jest grawerowany i ozdobiony brylantami.
- Wolałbym bez brylantów - peszy się, na widok miny mężczyzny.
- Jesteś pewny? Ja nie miałby nic przeciwko - jeśli nie chce brylantów ze względu na ich cenę, tym bardziej muszę zareagować.
- Jestem pewny - piorunuje mnie spojrzeniem. No dobrze, więc brylanty odpadają.
- Zgodnie z najnowszymi trendami, obrączki nie muszą do siebie pasować, wiec mogą panowie wybrać różne modele.
- Ach tak? - te słowa niezbyt go przekonują. Mnie z resztą też.
- Wolałbym takie same, a ty? - nie chcę tego przyznać przed obcym, lecz odwlekałem moment wyboru obrączek, bo są dla mnie bardzo ważne.
- Te są ładne - mój ukochany wskazuje na jedną ze skromniejszych, lecz jednocześnie bardziej eleganckich par.
- Zechce pan przymierzyć? - Berrardi podaje Joshowi wybrany model, by mógł mu się bliżej przyjrzeć.
- Są idealne - uśmiecha się, przesuwając opuszką palca po krawędzi. - Jak sądzisz?
- Jeśli tobie się podobają, to m też - odpowiadam.
- W takim razie bardzo panom dziękuję. Tak jak mówiłem wcześniej, będą do odbioru jutro. Reszta tak, jak się umawialiśmy, prawda? - jubiler przypomina mi o grawerze, którym ma je ozdobić po wewnętrznej stronie. Nie chcę o tym mówić narzeczonemu. To również ma być niespodzianka.
Nasz gość szybko pakuje pudełko do nesesera, który przypina do ręki. Składa nam także życzenia na dalszą drogę życia, po czym wychodzi, eskortowany przez Dennisa.
- Dziękuję - Josh niespodziewanie przytula się do mnie i całuje w usta.
- To ja ci dziękuję, najdroższy. Dopiero przy tobie poczułem, co znaczy kochać i być kochanym.
- Ja kocham cię bardziej - przekomarza się ze mną.
- Nie prowokuj mnie...
- Lubię cię prowokować. Jesteś później znacznie bardziej namiętny - ociera się o mnie.
- Nic z tego. Pora na obiad. Chociaż w twoim wypadku to raczej śniadanie. Jesteś głodny, prawda?
- Tak, jestem - przytakuje mi.
- Powinienem to gdzieś zapisać... - żartuję. - Kazałem przygotować coś wyjątkowego. Chodź ze mną.
- Nie idziemy do kuchni? - spogląda w znajomym kierunku, lecz ja zabieram go gdzieś indziej.
- Nie - korci mnie, by wyjawić prawdę.
- Tristan?
- Mamy ciekawsze plany, wierz mi. Ubierz kurtkę, dobrze?
- Jak chcesz - pełen rezerwy wykonuje moje polecenie. Splatam nasze palce i wyciągam go do ogrodu. Mijamy pracujących tam ludzi, którzy uśmiechają się na nasz widok.
- Są już namioty - zauważa Josh, lecz nie pozwalam mu się zatrzymać.
- To nie tutaj - ponaglam go.
- A gdzie?
- Zobaczysz.
Po drugiej stronie domu mama do spółki z ogrodnikiem starają się, by powstał tam sad. Drzewa owocowe mało mnie obchodzą. Nie traktowałem ich jako „części dziedzictwa, które posłuży do przygotowania moim dzieciom musu jabłkowego na zimę”, bo nigdy nie myślałem o dzieciach. Poza dżemami, odkryłem w tym miejscu znacznie ciekawszy potencjał.
- Co powiesz na piknik? - wskazuję na osobny, znacznie mniejszy namiot, rozstawiony między jabłoniami.
- Możemy...? - jego oczy przepełnia szczęście.
- My wszystko możemy. To jest w tym najlepsze - odpowiadam z dumą.
- Postarałeś się o to specjalnie dla mnie? - przygląda się przepięknie nakrytemu stołowi, na którym dla ozdoby porozkładano czerwone jabłka oraz gałązki drobnych, herbacianych różyczek. - Nie musiałeś...
- Czułem i czuję się bardzo winny, dlatego wynagrodzenie ci cierpień to obecnie mój priorytet - owijam ramiona wokół jego szczupłego ciała.
- Za szybko ci wybaczyłem - Josh obraca głowę, by mnie pocałować.
- Też tak uważam - mruczę z zadowolenia. - A teraz przestań tak na mnie patrzeć, bo zamiast obiadu, skończymy w łóżku.
- O nie! - ucieka mi, siadając po drugiej stronie stołu.
- Nagle zrobiłeś się aż taki głodny, że odmawiasz powrotu do domu? - drwię, układając dłonie na biodrach.
- Sam mówiłeś, że za szybko ci wybaczyłem. Z przyjemnością poczekam do później, gdy zaczniesz mnie błagać...
- Jeszcze chwilę, a nie będę się fatygował tak daleko. Wezmę cię tutaj.
- Na oczach tych wszystkich ludzi? Nie zrobisz tego... - jego zaróżowione od wiatru policzki i błyszczące oczy są nagrodą za moje starania.
- Masz rację, nie zrobię. Jeszcze ktoś by zobaczył, jaki jesteś cudowny i miałbym kłopot.
- Tak? A co byś zrobił?
- Gdyby ktoś cię dotknął? Zabiłbym - poważnieję.
- Tristan! To nie jest śmieszne!
- Chciałeś wiedzieć, więc ci powiedziałem. A teraz jedz, bo za chwilę mogę zmienić zdanie.

Po posiłku Josh żąda ode mnie spaceru. Jest w doskonałym humorze. Często się do mnie przytula i bez przerwy trzyma za rękę. Jest mój. Jego dusza i ciało należą wyłącznie do mnie. Dlaczego nadal czuję niepokój? Czy jest to związane z tym, iż mój ślubny pośpiech ma swoje drugie dno? Nie powiedziałem mu o nas wielu istotnych szczegółów. Nie ma pojęcia o zdradzie, ani tym bardziej o konsekwencjach, jakie za sobą pociągnęła. Część mnie chce, by pozostał taki na zawsze. Być może nie odbędziemy już nigdy żadnej z naszych rozmów na temat prawa, rozwoju firmy i wspólnej pracy. Josh i Ron nie będą najlepszymi przyjaciółmi, a ja na zawsze pozostanę nieufny. Każę go pilnować ze względu na porywacza, a gdy ten drań zostanie złapany, ktoś ciągle będzie go miał na oku, by nie powtórzyła się sytuacja z Randalem. Ale to przyszłość. Najpierw czeka nas wyjątkowy miesiąc miodowy na drugim końcu świata, poprzedzony najcudowniejszą uroczystością. Nikt i nic nie zakłóci naszego szczęścia.

wtorek, 20 czerwca 2017

Rozdział XXXI

„Zdrajca


Do naszego ślubu zostało dziesięć dni. Przygotowania idą pełną parą. Moja mama przechodzi samą siebie, nadzorując wszystko za pomocą internetu. Rodzice mają przyjechać dopiero w przyszłym tygodniu, gdyż ojciec nie może wyjechać z Dubaju do czasu, aż wygaśnie jeden z jego najważniejszych kontraktów. Nie mam im tego za złe. W naszej rodzinie pracoholizm jest dziedziczny.
Ron i Abby rozstają się w przyjaźni. Pomógł im psycholog, którego im znalazłem. Bałem się, że Ron znowu da się ponieść emocjom, więc zmusiłem go do terapii. Gdy lekarz usłyszał o rozwodzie, zaproponował, by na następną sesję zaprosił także żonę. To uratowało ich przyjaźń, lecz nie małżeństwo. Mój wspólnik wciąż mieszka w apartamentowcu. Ma to swoje dobre strony, gdyż jak sam twierdzi, jest wabikiem na psychopatę. Ponoć ma to coś wspólnego z łowieniem ryb, ale wolę nie rozwijać tego tematu. Od czasu ostatnich „lekcji” nadal sporo czyta na ten temat, bo jak sam twierdzi, nigdy nie wiadomo kiedy ta wiedza okaże się niezbędna.
Detektyw Tanner, w którym pokładałem spore nadzieje, nadal niczego nie znalazł. Porywacz zapadł się pod ziemię lub przyczaił, szukając lepszej okazji. Jego zdaniem powinienem jeszcze raz przemyśleć organizowanie tak wystawnego przyjęcia. Ślub bierze się tylko raz w życiu. Ludzie z agencji dokładnie sprawdzili wszystkich zatrudnionych przez mamę pracowników. Najczęściej są to osoby z dużym doświadczeniem, więc szczerze wątpię, iż wśród nich znajdzie się ktoś niepowołany. Poza tym nie spuszczę Josha z oczu na sekundę. Będzie cały czas przy mnie, aż do końca życia.
Moim największym problemem okazuje się jego nowa „praca”. Tanner bezustannie podsyła mu różne dokumenty do przejrzenia. Próbował mnie przekonać, abym zgodził się na zatrudnienie Josha na okres próbny, ale ja nie chcę o tym słuchać. Nie będzie pracował w agencji detektywistycznej i koniec! Obojętne, czy powierzy mu stanowisko konsultanta, czy też zrobi z niego szefa działu. To zajęcie niesie ze sobą niebezpieczeństwo, przed którym staram się go ochronić. Oczywiście mój niesubordynowany narzeczony ma na ten temat odmienne zdanie. Jest tak bardzo zafascynowanym nowym zajęciem, że nie chce słuchać o powrocie na studia. Rozmawiałem z rektorem w jego imieniu. Sytuacja nie wygląda dobrze. Josh musiałby włożyć sporo pracy, by ponownie podejść do egzaminów. W praktyce oznacza to, iż zaczynałby od zera. Nie mówiłem mu o tym, lecz to chyba bez znaczenia. Chłopak jest szalenie inteligentny. Doskonale rozumie, że bez wspomnień jego prawnicza kariera utknęła w martwym punkcie. Obecnie widzi dla siebie o wiele ciekawsze opcje, a wiążą się one z przeglądaniem dawnych akt.
Najgorsze jest to, że głowa boli go coraz częściej. Doktor Kent jak mantrę powtarza, że to wspaniale, lecz on bardzo cierpi. Przypisane leki nie działają już tak dobrze, jak na początku. Tłumią ból, co w praktyce oznacza, iż mój ukochany i tak musi go znosić. A kiedy on cierpi, ja też cierpię. Liczę na to, że nasza podróż poślubna pozytywnie wpłynie na jego samopoczucie. Najchętniej sam bym go porwał i zamknął się razem z nim w hotelu, by przez ten czas nikt nam nie przeszkadzał. W sumie i tak to zrobię, ale dopiero po ceremonii. To dla mnie zbyt ważne, by zrezygnować w takim momencie. Jeszcze tylko dziesięć dni i na zawsze będzie tylko mój...

- Przejrzałem rysunki, które mi przysłałeś. Ten ze wczoraj będziesz musiał poprawić - Ron szeleści papierami.
- Dlaczego?
- Bo klient nie jest zadowolony. Zrób to szybko i po kłopocie.
- Czy mi się wydaje, czy jesteś nieco zirytowany? - pytam, sięgając po mój komputer, by sprawdzić, który element nie przypadł do gustu nowobogackiemu Francuzowi.
- Szczerze? Jeśli tego nie zrobisz, zablokujesz przelew...
- Więc przechodzimy do sedna - śmieję się. Drzwi od pokoju, który połączony jest z naszą sypialnią otwierają się cichutko. Mój ukochany konsultant zagląda nieśmiało do środka. Widząc, że rozmawiam przez telefon, podchodzi bliżej.
- To nie jest śmieszne! W przeciwieństwie do ciebie, ja muszę rozejrzeć się za nowym domem.
- Masz już coś na oku? - czarnowłosy z kocim sprytem odbiera mi komputer, który odkłada na stoliku, a sam rozsiada się na moich kolanach.
- To nie jest prosta decyzja. Nie wiem, czy zainwestować w coś większego, ale za to oddalonego od centrum, czy też poszukać innego apartamentu - rozważny, jak zawsze...
- A może by tak odrobinę szaleństwa? - proponuję mu, spoglądając rozbawionym wzrokiem na narzeczonego, który unosi jedną brew do góry, a następnie zabiera się za odpinanie guzików mojej koszuli.
- Szaleństwa? Nie wydam fortuny na byle co... Z drugiej strony sam powiedz, czy patrząc na mnie myślisz sobie „dom z ogrodem”, czy raczej...
- Nie rób tak - szepczę cicho, czując delikatny dotyk na swojej klatce piersiowej.
- Czyli dom z ogrodem do mnie nie pasuje? - upewnia się Ron, który źle zinterpretował ostatnie zdanie. - A jakbym kupił mniejszy dom w centrum? Ogród wtedy nie wchodzi w grę. Sam wiesz, że ceny działek są tam horrendalnie wysokie - niezrażony, kontynuuje swoje wywody dotyczące nieruchomości.
- Przecież nie masz pojęcia o roślinach... - chwytam szczupły nadgarstek, bo trudno mi się skupić na rozmowie, gdy Josh przesuwa opuszkami w dół, zaznaczając kontur mięśni na moim brzuchu. W zamian za to splata palce naszych dłoni, bawiąc się nimi.
- Zatrudnię ogrodnika. Poza tym słyszałem, że podlewanie i koszenie trawnika jest relaksujące.
- Kto ci to powiedział? To kłamstwo - błękitnooki przesuwa językiem po mojej szyi. Mając obie dłonie zajęte, nie mam jak go spacyfikować.
- Jak to kto?! Twój ojciec. Gdy rozmawiałem z nim ostatnim razem twierdził, iż to najwyższy czas. Wspominał coś o ustatkowaniu się, dzieciach... Z tobą również porusza takie poważne tematy? - poważne tematy... Jedyny poważny temat, który obecnie mnie interesuje, to usta śmiało błądzące po mojej skórze. - Tristan? Jesteś tam?
- Tak... Przepraszam, o czym mówiłeś? - wpatruję się w błękitno-szare tęczówki, które wyrażają pragnienie. Josh przyszedł tu w konkretnym celu i nie zamierza odpuszczać.
- Pytałem, czy kupisz dom za miastem? Moglibyśmy zostać sąsiadami. Co ty na to?
- Sąsiadami? - moje małe kociątko nie jest zachwycone tym pomysłem. Daje mi to mocno do zrozumienia podgryzając zębami pieszczoną skórę. - Aua! - wyrywa mi się.
- Tristan? Co ty tam robisz?
- Pracuję nad... - zdekoncentrowany nie pamiętam nawet nazwiska klienta.
- Rozłącz się - żąda czarnowłosy, chcąc mi wyjąć telefon z ręki.
- Nie - odpowiadam stanowczym głosem.
- Stary, muszę coś sprawdzić. Za chwilę oddzwonię - Ron kończy połączenie. Smartfon wypada mi z ręki i ląduje na kanapie.
- Nareszcie! - cieszy się mój mały uwodziciel. - Gadał i gadał bez końca... - sięga dłonią do zapięcia moich spodni.
- Powiedziałem nie - bronię się.
- Nie, nie nie... Ciągle to od ciebie słyszę - marudzi.
- To nieprawda. Robię co mogę, by cię zadowolić - przeczesuję dłonią jego potargane włosy.
- Rano powiedziałeś nie, wczoraj wieczorem też powiedziałeś nie. I przedwczoraj... - wylicza.
- Źle się czułeś. Już nie pamiętasz?
- Ale teraz czuję się dobrze i chcę to wykorzystać.
- Chcesz mnie wykorzystać - poprawiam go.
- To prawda. Nie będę się kłócił, więc nie traćmy więcej czasu... - sięga ustami do moich ust. Odsuwam się w ostatniej chwili.
- Muszę to skończyć. To bardzo ważne.
- Pracujesz od rana. Należy ci się chwila przerwy - wraca do pieszczenia mojej klatki piersiowej. Nie mam tak wrażliwej skóry jak on. Gdybyśmy odwrócili sytuację, już byłby mój...
- Josh, nie zachowuj się jak... - Ron nie daje o sobie zapomnieć. - Tak?
- Przed chwilą rozmawiałem z naszym człowiekiem od patentów. Mamy wielkie szanse na zastrzeżenie twoich ostatnich pomysłów. Cieszysz się?
- To jeszcze nic pewnego. Będę się cieszył, gdy... - mały spryciarz odpina pasek moich spodni. Nie mogę go odepchnąć, bo śmiertelnie by się na mnie obraził. Dyskretnie spoglądam na zegar, umieszczony na pasku zadań. Jest jeszcze wcześnie. Uda mi się wygospodarować pół godziny dla ukochanego i dać mu przy tym niezłą nauczkę...
- Mnie ucieszy tylko przelew oraz pognębienie konkurencji. Jeśli to przejdzie... Masz pojęcie, co to będzie oznaczało? - ekscytacja mojego wspólnika wiąże się z wysoką premią, za którą ja również mógłbym kupić dom....
- To świetnie - mamroczę pod nosem, bo obecnie absorbuje mnie ktoś inny. Mój przebiegły uśmieszek oraz pewny siebie wyraz twarzy to dla niego nowość. Nie odczytuje tych sygnałów jako zagrożenia. Sięga dłonią do moich spodni, by bardziej mnie sprowokować. - Skoro tego właśnie chcesz...
- Chcę. No dobrze, widzę, iż to cię nudzi. Jak idą przygotowania do ślubu? - Ron zmienia temat rozmowy.
- Dobrze - zaciskam mocno szczęki, bo spragniony Josh ściąga moje spodnie i przesuwa palcem wskazującym po całej długości obnażonego członka.
- Tylko dobrze? Włożyłem w to tyle pracy, więc spodziewam się czegoś spektakularnego!
- Ja również chcę czegoś więcej - rzucam dwuznacznie. Wiem, iż mój narzeczony nie posunie się zbyt daleko. Mimo to nie zmarnuję okazji, by nieco go podręczyć.
- O tak? - szepcze cichutko, zwiększając nacisk.
- Stać cię na więcej.
- Też tak sądzę, ale nie dałeś mi rozwinąć skrzydeł - zahipnotyzowany zabawami Josha, zupełnie zapomniałem, iż rozmawiam przez telefon. Tymczasem Ron zanosi się od śmiechu ze swojego ulubionego, lotniczego żartu. - Rozwinąć skrzydła... Dawno nic mnie tak nie ubawiło.
- Muszę kończyć. Potem do ciebie zadzwonię - nie czekam na to, co odpowie. Nerwowo naciskam na czerwoną słuchawkę.
- Chcesz więcej? - drażni się ze mną. - Poproś, to może okażę ci łaskę. - Napięcie miedzy nami rośnie z każdą sekundą. Dobrze wiem, iż Josh nie zadowoli mnie ustami, bo tego nie lubi. A właściwie „stary Josh” tego nie lubił, a ja nigdy na to nie naciskałem. Aż do dzisiaj... - Poproś, to zrobię co zechcesz - uśmiecha się, dumny z siebie.
- Proszę... - udaję mocno nakręconego, by dać mu złudną iluzję władzy nade mną.
- Grzeczny chłopiec - uśmiecha się, oblizując usta.
- Dla ciebie zrobię wszystko.
- Wiem. Ja dla ciebie też.
To się za chwilę okażę. Boję się choćby drgnąć, by go nie wystraszyć. Skąd w nim aż taka odwaga? Boleśnie wolno sunie ciepłym i nieco wilgotnym językiem wzdłuż całej długości, po czym unosi wzrok, by ocenić moją reakcję. Cierpliwie czekam na to, co dalej nastąpi. Zżera mnie ciekawość, jak daleko się posunie?
Niezdecydowany przygryza dolną wargę i chce pomóc sobie ręką.
- Nie - odsuwam ją.
- Nie? - mocno się czerwieni.
- Nie. Chcę czuć wyłącznie twój koci język.
- Ale... - waha się? Niedobrze.
- Jeśli spełnisz moją zachciankę, ja spełnię twoją - ta metoda zawsze się sprawdza.
- To nie jest dobra chwila na negocjacje...
- Spraw, żebym doszedł, to będziesz miał prawo do jednego życzenia.
- Wyrzucisz czarne pudełko? - pyta z nadzieją w głosie.
- Wyrzucę.
- Warto zaryzykować - decyduje.
- Jeśli ci się nie uda, w czasie nocy poślubnej pokażę ci jak działają...
- Nie chcę tego słuchać! - przerywa mi ostro.
- A ja chcę dojść. Teraz - łapię go za brodę i zaglądam głęboko w oczy. - Proszę - dodaję pojednawczo, choć równie dobrze mógłby to odebrać jako rzucenie rękawicy.
- Jak sobie życzysz - tym razem drażni samą główkę. Opieram się wygodnie i mruczę z zadowolenia. Mógłbym się szybko uzależnić od czegoś tak przyjemnego. Moja reakcja ośmiela go, by otworzyć szerzej usta. Mój członek wsuwa się w ich wnętrze zaledwie kilka centymetrów... - Nie mogę... Przepraszam, ale nie mogę... - jego oczy zachodzą łzami. Jest zrozpaczony. Wiem, że to podłe, lecz parskam śmiechem, przygarniając go jednocześnie w swoje ramiona. - Dlaczego się śmiejesz?! - odpycha mnie.
- Przepraszam, skarbie. Nie chciałem - wyciągam rękę i dotykam jego policzka. - Nie gniewaj się.
- Dlaczego nie mogę tego zrobić?!
- To nie ma znaczenia. Ważne, że wygrałem - w wyobraźni zaczynam snuć różne wizje, które zawsze kończą się tak samo...
- Wygrałeś? Chyba nie zamierzasz... - wpada w panikę.
- Chodź - przekładam jego nogi przez moje biodra, by usiadł na mnie okrakiem. - Nadal mnie chcesz?
- Tak - odpowiada nieco nadąsany.
- Głowa cię nie boli?
- Tristan... Jeszcze chwilę, a ciebie zacznie coś boleć - ostrzega mnie.
- Już mnie boli, ale przestanie, gdy znajdę się w tobie.
- Więc co cię powstrzymuje?
- To - wyciągam z kieszeni spodni malutki, aksamitny woreczek.
- Nie... Nie chcę.
- Otwórz - nalegam.
- Nie!
No trudno, próbowałem po dobroci... Odkładam woreczek i sięgam dłońmi pod jego bluzę.
- Masz na sobie za dużo ubrań. Zdejmij to - za bardzo go pragnę, by przedłużać naszą grę. Chłopak posłusznie unosi ręce do góry. Kilka sekund później, przysysam się do jego klatki piersiowej. Porusza się niespokojnie, gdy zębami skubię za lewy sutek. - Ściągnij resztę.
- Najpierw mi to oddasz - próbuje przechwycić swój prezent.
- Jest dla ciebie - zapewniam go, pomagając mu odpiąć jeansy, które zsuwam na jego uda. Tyle wystarczy.
- Tristan, ja nie chcę tych rzeczy...
- Zmienisz zdanie, gdy zobaczysz co to jest - wyjmuję niewielki pierścień, który zamierzam mu ubrać. Josh spogląda na mnie nieufnie.
- Po co ci to?
- Zobaczysz - uśmiecham się. - Nakłada się to tak - nasuwam zabawkę na jego męskość.
- I to wszystko?
- Nie - włączam wibracje. - To tylko delikatna stymulacja. Może być?
- Nic więcej mi nie zrobisz?
- Obiecuję - pomagam mu zejść, po czym pozbywam się jego spodni. - Połóż się, dobrze? - Wreszcie się relaksuje. Układa głowę na oparciu sofy i rozsuwa nogi, aby było mi wygodniej. - Zamknij oczy - proszę. Wiem, że posłucha. Tak będzie mu znacznie łatwiej.
- Pośpiesz się - ponagla mnie. Podciągam jego biodra nieco wyżej, a następnie lekko pobudzam wejście. Powinienem zrobić to palcami, ale dziś ominiemy ten krok.
- Gotowy?
- Mmm...
- Odpręż się, kochanie... - gładzę go po biodrach, napierając nieco mocniej.
Uwielbiam to uczucie. Staram się być delikatny, by nie zrobić mu krzywdy. Najpierw musi się przyzwyczaić. Z początku poruszam się powolutku. Mój kochanek zaczyna cichutko pojękiwać, dając mi do zrozumienia, że mogę pozwolić sobie na więcej. Tak też robię. Josh  otwiera oczy i spogląda na mnie zamglonym wzrokiem. Dopiero teraz orientuje się, w jaki sposób zadziała nowa zabawka...
- Tristan...
- Przyjemnie?
- Tak, ale... - dyszy ciężko.
- Chodź do mnie - podciągam go do góry, a następnie sadzam sobie na kolanach, tak jak od początku chciałem. Zatapiam usta w jego miękkich wargach. Ich wyrafinowanego smaku nie da się z niczym porównać.
- Tristan... Ja już nie mogę, a to nie pozwala mi...
- Jeszcze się tobą nie nacieszyłem. Nie dojdziesz, póki ci nie pozwolę - warczę, całując go po odsłoniętej szyi. Po chwili sam szuka moich ust, które tłumią jego narastające krzyki. Jest blisko, lecz dzięki tej zabawce, przedłużę jego przyjemność o kilka rozkosznych chwil.
Czarnowłosy obejmuje mnie mocno za szyję. Jego biodra unoszą się i opadają, doprowadzając nad na sam skraj obłędu. W końcu dochodzi, spocony i zdyszany, pazernie łapiąc każdy oddech.
- W porządku? - pytam, gdy jego oddech się wyrównuje.
- To było niesamowite... - spogląda w kierunku niewielkiego krążka, który z niego zsunąłem. - Szkoda, że nie zadziała w wannie...
- Ten może nie, ale są inne...
- Inne?
- Pokazać ci?
- Może później, dobrze?
- Później? Zwykle jesteś taki nienasycony, a teraz chcesz odłożyć seks na później? - dziwię się.
- Musisz skończyć pracę, a ja dojść do siebie - śmieje się cicho.
- Było aż tak dobrze?
- Znacznie lepiej - niechętnie zsuwa się z moich kolan, niepewnie stając na nieco drżących nogach.
- Zanieść cię do łazienki?
- Nie, poradzę sobie.
- Na pewno? - schyla się po swoje porozrzucane ubrania.
- Wracam do naszej sypialni, a ty zostań tutaj. A wieczorem, jak już skończysz pracę, przyjdź do mnie. I przynieś to - wskazuje na pierścień.
- Podobało ci się - uśmiecham się, usatysfakcjonowany.
- Do wieczora - znika za drzwiami. Biorę do ręki erotyczną zabawkę i uważnie ją oglądam. Czy powinienem mu powiedzieć, że mam ich kilka? Nie, lepiej nie...

niedziela, 11 czerwca 2017

mpreg 9

„Bezsenne Noce


Czy ja wyglądam na perfekcyjną panią domu?! Nie pamiętam kiedy ostatnio tak ciężko harowałem... Jeśli nie sprostam oczekiwaniom mamy, gotowa wystawić mnie za drzwi. Najwyższy czas pomyśleć o zatrudnieniu kogoś do sprzątania.
Wieszając pranie w ogrodzie, spoglądam w kierunku werandy. Skupiony Eli zajęty jest rysowaniem. Co pewien czas uśmiecha się i porusza ustami, lecz nie słyszę tego, co mówi. Prawdopodobnie szepcze coś do dziecka.
Wracam do domu i rozglądam się po otoczeniu. Czy powinienem zrobić coś jeszcze? Na górze wszystko lśni. Wolę to sprawdzić, bo jeśli mama zorganizuje test białej rękawiczki, moja przyszłość może zostać zagrożona... Jeszcze tylko zakupy. Oprócz listy, zostawionej przez moją rodzicielkę, muszę zorganizować sobie coś do ubrania, skoro zdecydowałem się tu przeprowadzić. No i zapytać Eli o składniki na obiad. Spokojnie, tylko spokojnie... Nie wolno go denerwować...
Idąc przez trawnik, który wkrótce będę musiał skosić zauważam, iż jedna ze ścian jest biało-zielona. Wygląda to tak, jakby ktoś pobrudził ją farbą. Jeśli to ojciec, to nie chciałbym być w jego skórze... Obchodzę budynek, by sprawdzić skalę zniszczeń, lecz to co widzę, przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Tylna ściana wygląda jak łąka, na której dopiero co zakwitły setki maków. Są tak idealnie wkomponowane w resztę ogrodu, iż patrząc na nie z tej perspektywy, wydają się trójwymiarowe. Zaskoczony tym odkryciem spędzam kilka długich minut podziwiając jego pracę. W końcu przypominam sobie o zakupach. Nabieram powietrza do płuc, by nabrać sił przed kolejną konfrontacją.
- Widziałem kwiaty, które namalowałeś dla mamy. Są piękne - dobrze Max. Tak trzymaj. Może dzięki komplementom zdobędziesz przewagę.
- To drobiazg - odpowiada automatycznie. Nie zaszczyca mnie ani jednym spojrzeniem. Wpatrzony jest w swoje najnowsze dzieło. Stara się ukończyć jak najwięcej prac, które pan Robinson z pewnością szybko sprzeda.
- Jadę do sklepu.
- To jedź.
- Potrzebujesz czegoś?
- Nie od ciebie.
- Eli! - mój podniesiony głos sprawia, iż pędzelek, którym poprawiał kontury, wypada mu z ręki i robi czarną plamę na jasnozielonych listkach gałązki brzoskwiniowej.
- O nie! - próbuje ratować zniszczoną akwarelę, lecz jest już za późno.
- Przepraszam, nie chciałem - kajam się, widząc jego smutne spojrzenie.
- Trudno... Muszę zacząć od początku - sięga po nową kartkę.
- Spójrz na mnie - nie wytrzymuję napięcia. Przysuwam sobie jedno z wolnych krzeseł, by usiąść jak najbliżej niego. - Musimy porozmawiać.
- Nie mam czasu. Zmarnowałeś godzinę mojej pracy.
- To potrwa chwilę, obiecuję - chłopak opiera się o krzesło i otula brzuch ramionami.
- Mów - zakłada za ucho dłuższe kosmyki jasnych włosów, które rozwiewa mu wiatr.
- Powinniśmy, dla dobra dziecka, jakoś się dogadać - przerywam, czekając na jego reakcję.
- To wszystko?
- A czego się jeszcze spodziewałeś?
- Przeprosin - wypala.
- Ja?! Mam cię przepraszać? Za co? - irytuję się. - Jeśli chodzi o misia, to powiedziałem przecież, że go odkupię!
- Tu nie chodzi o maskotkę, lecz całokształt twojego postępowania.
- Całokształt czego...?! Czy ty się słyszysz?! Od samego początku staram się...
- Max, nie chce tego słuchać - przerywa mi. - Ty nadal niczego nie rozumiesz - wzdycha.
- A ty niby tak?
- To się nazywa dojrzałość. Potrafię wyciągnąć wnioski, a ty nie.
- No teraz to sobie pojechałeś po bandzie! Jestem prawie dwa razy starszy od ciebie!
- Ale nie mądrzejszy. Wybacz, mam sporo pracy.
- Nie skończyliśmy naszej rozmowy!
- Rozmowa opiera się na dialogu, a ty mnie nie słuchasz.
- Chcę mieć udział w życiu dziecka!
- A ja chcę święty spokój. Męczysz mnie - podnosi się ze swojego miejsca, po czym zaczyna sobie rozmasowywać dół pleców.
- Męczę?! To ty mnie męczysz! Zrobiłbym wszystko, bylebyś zniknął z mojego życia raz na zawsze! Jesteś jak pasożyt, który przyssał się do mojego życia! Psujesz moje relacje z synem, z rodzicami! Nie jestem w stanie skończyć nowej książki! A ty... - ogarnia mnie szał, nad którym nie mam kontroli. Bezskutecznie szukam czegoś, czym mógłbym mu jeszcze dopiec. Eli przez chwilę patrzy mi prosto w oczy, a potem... Po jego policzkach zaczynają spływać łzy. Zostawia mnie samego i idzie w kierunku domu.
Zaciskam palce na oparciu krzesła, a po chwili szarpię nim, przewracając część mebli. Co ja zrobiłem?! Co ja najlepszego zrobiłem?!
Siadam na sofie i chowam twarz w dłoniach. I co, Max? Cieszysz się, że udało ci się go złamać? To nie było specjalnie trudne, nie? Szlag by to trafił! Wrażliwiec cholerny! Mógł mi się odciąć. Albo uderzyć. A ten co? Zaczął ryczeć, jak baba!
Powinienem sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby dziecku coś się stało.
Zaglądam do salonu, a potem do kuchni. Nie ma go. Pewnie poszedł na górę. Po cichu wchodzę po schodach. Drzwi od pokoju są uchylone. Tu też go nie ma? Gdzie mógł pójść?
- Eli? - waham się przed otwarciem łazienki. Gdy odpowiada mi cisza, zaczynam się mocno niepokoić. Popycham drzwi. Tu też go nie ma?!
Coraz bardziej zdenerwowany przeszukuję cały dom. Wołam go i wołam, lecz nic to nie daje. Idioto, masz jego numer! Wyciągam z kieszeni swój telefon i wybieram numer.
- Abonent chwilowo niedostępny...
Spokojnie, Max... Za chwilę się znajdzie. Ostatecznie dokąd mógł pójść? Nikogo tu nie zna. To mała miejscowość. Przejadę się po głównych ulicach i po kłopocie.
Odpalam silnik mojego mercedesa i z piskiem opon opuszczam podjazd. Krążę i krążę po całej okolicy, lecz po Eli ani śladu. Nie zapadł się pod ziemię! Nie ma tu taksówek, pociągów, czy metra. Autobus też się tu nie zatrzymuje. Gdzie on jest?!
Moje rozmyślania przerywa telefon od ojca.
- Halo? Tato? Jesteś w domu? - zarzucam go pytaniami.
- Tak, właśnie wróciłem. A ty? Zrobiłeś już zakupy?
- Jeszcze nie - pytać go o Eli czy nie? Jeśli powiem, że przeze mnie uciekł, ojciec przerobi mnie na miazgę, lecz jeśli nie powiem, a jemu coś się stanie... - Tato, jest z tobą Eli? - dukam zdenerwowany.
- Eli? Nie, nie ma go. Dzwonił do mnie jakiś czas temu. Powiedział, że idzie na spacer.
- Mówił dokąd?
- Max... To nie jest nasz więzień. Jeśli chce wyjść z domu, to...
- Powiedział ci, gdzie idzie? - przerywam mu, by wydobyć bezcenną informację. Mój puls zdaje się wariować. Uspokoję się, gdy tylko odnajdę tę beksę.
- Nie. Wspominał tylko, że wróci wieczorem.
- Freddy! On będzie wiedział gdzie poszedł! - przypominam sobie o jego jedynym znajomym.
- Freddy pojechał na spotkanie hotelarzy. Wróci za kilka dni.
- Ach tak? - wredny dupek! Musiał wyjeżdżać akurat teraz?!
- Max, prosiłem cię, prawda? Zostaw go w spokoju. Czasami każdy potrzebuje pobyć trochę sam ze sobą. Eli lubi spacerować. Jak zgłodnieje, to wróci - jego słowa stanowią kiepskie pocieszenie, lecz prawda jest taka, że ojciec zna go znacznie lepiej niż ja. - Jedź do sklepu, albo skup się na swojej pracy - radzi mi.
- Tato...
- Wiem o waszej kłótni - skraca moje męki.
- Ja to naprawię, obiecuję, tylko powiedz mi, gdzie on jest!
- Nie powiem, bo nie wiem. Wiem za to, że wróci wieczorem.
- Ale...
- Zajmij się swoimi obowiązkami. I kup coś na obiad. Przez ciebie straciłem okazję, by zjeść coś orientalnego - w jego głosie słychać rozdrażnienie.
- Dobrze, jak sobie życzysz - nie chcę zaogniać sprawy, więc się rozłączam.

By opanować emocje, postanawiam posłuchać ojca i udaję się do wielkiego centrum handlowego, skąd przywożę masę ubrań, tony jedzenia, a także nowego, puchatego niedźwiedzia. Układam go na łóżku Eli razem z landrynkami.
Siadam blisko okna i zaczynam wprowadzać poprawki do scenariusza. Pracuję nieprzerwanie przez kilka godzin. Około dwudziestej jestem u kresu wytrzymałości. Schodzę na dół. Rodzice oglądają telewizję.
- Dzwonię na policję! - oświadczam im.
- Na policję? Nie ma takiej potrzeby - tata odkłada gazetę na stolik.
- Nie ma go cały dzień!
- Synku, uspokój się - mama stara się nieco mnie wyciszyć, lecz jest na to zdecydowanie za późno!
- Nie mogę! Jeśli wiecie gdzie on jest, macie mi natychmiast powiedzieć!
- Maxwell... Napij się czegoś na uspokojenie, bo niepotrzebnie panikujesz. Pamelo, daj mu coś, bo jego huśtawki nastrojów świętego wyprowadziłyby z równowagi!
I kto tu kogo prowokuje?! Na uspokojenie, tak... Ciekawe, czy będąc na moim miejscu, siedziałby teraz beztrosko przed telewizorem... Myśli, że jest taki mądry, bo jego syn jest już dorosłym mężczyzną, a mój nie ma jak poprosić o pomoc... Nie martw się synku, tata cię odnajdzie i ochroni, zobaczysz... A gdy tylko Eli wróci do domu, przywiążę go do...
- Dobry wieczór - uciekinier, jakby nigdy nic, wchodzi do salonu. Ma na sobie te same ciuchy, które miał ubrane rano, a także swoją torbę, przewieszoną przez ramię. Nic mu nie jest!
- Mówiłem - szepcze do mnie ojciec. - Czekaliśmy na ciebie - uśmiecha się do niego.
- Chodź, skarbie. Zrobię ci coś do zjedzenia - proponuje mama.
- Dziękuję, nie jestem głodny. Zostawiłem swoje rysunki w ogrodzie. Muszę po nie pójść.
- Ulżyło ci? - ojciec staje za moimi plecami, gdy obserwuję chłopaka wpatrując się w przeszklone drzwi, prowadzące na taras.
- Nawet nie wiesz jak bardzo - mamroczę pod nosem. - Myślałem, że zapadł się pod ziemię, albo jeszcze gorzej - po raz pierwszy głośno mówię o moich obawach.
- Max, sam już nie wie jak mam do ciebie dotrzeć. Mam nadzieję, że ta sytuacja czegoś cię nauczy. Jeśli nie zmienisz swojego postępowania, bezpowrotnie pogrzebiesz szansę, by wszystko naprawić. Rozumiesz?
- Tak - przyznaję niechętnie.
- A jeśli jeszcze raz podniesiesz na niego głos, pofatyguję się do sądu i załatwię ci zakaz zbliżania się, a gdy dziecko się urodzi, zeznam pod przysięgą, że nie nadajesz się na ojca. Zostaniesz pozbawiony praw i nigdy więcej nie zobaczysz ani jego, ani maleństwa - szokujące słowa ojca działają na mnie jak kubeł zimnej wody.
- Nie zrobiłbyś tego... - spanikowany wpatruję się w jego twarz. Jest poważny i opanowany, co oznacza, iż dobrze to sobie przemyślał.
- Chcesz się przekonać? - pyta, klepiąc mnie po policzku, po czym wraca na swój fotel.
Tymczasem blondyn wraca z ogrodu i kieruje się wprost na górę.
- Dobranoc - żegna się.
- Nie chcesz z nami posiedzieć? Zrobię ci kakao - kusi go mama. Dokładnie widzę, jak przesuwa palcami po brzuchu. Dziecko z pewnością ma na nie ochotę.
- Może innym razem - spogląda na mnie wymownie. O nie mój drogi, tak nie będziemy robić. Idę do kuchni i otwieram lodówkę. Wyciągam mleko, które planuję podgrzać.
- Pomogę ci - mama zabiera mi karton z ręki.
- Dziękuję.
- Przypilnuj, żeby coś zjadł, dobrze? - układa na talerzyku malutkie rogaliki, które specjalnie dla niego kupiła.
Gdy kakao jest gotowe, zabieram tacę na górę. Tak jak przypuszczałem, Eli siedzi przy stole i przegląda plik prac, których nie zdążył jeszcze spakować.
- Proszę - podsuwam mu kubek. Ignoruje mnie, jakbym był niewidzialny. Misia i landrynek też nie chce, bo odłożył je na moje łóżko. Przeczesuję włosy palcami, bo nie wiem co teraz. - Pomóc ci? - sięgam po szkice, które odłożył.
- Nie dotykaj - zabiera mi je.
- Przepraszam... Nie chcę cię denerwować. Za tamto też przepraszam - jestem szczery i wkładam w te słowa całego siebie. Chłopak wpatruje się we mnie fiołkowymi tęczówkami. Jest zmęczony. Jestem pewny, iż marzy o tym, by położyć się do łóżka. - Pomogę ci - ponownie oferuję mu swoje usługi przy pakowaniu.
- Nie chcę.
- Obiecuję, że postaram się lepiej nad sobą panować - sięgam po kubek, który przed nim stawiam. - Mama to zrobiła, nie ja. Nie wiedziałem, że lubisz takie rzeczy. A właściwie nie ty, tylko on - uśmiecham się. Obłaskawienie go jest trudne. To jak próba pogłaskania skorpiona. Jeden nieprzemyślany ruch i po mnie... Z prawdziwą satysfakcją obserwuję, jak wyciąga drobną dłoń w kierunku kubka. Właśnie tak, napij się. Wiem, że chcesz...
- Dzidziuś lubi cukier... - jak zahipnotyzowany wpatruje się w unoszącą się nad napojem stróżkę pary. W końcu przyciąga go do siebie i ostrożnie moczy usta. - Nie jest słodkie... - rozczarowany spogląda na swój brzuch. Rzeczywiście, mama nie dosypała cukru. Być może zrobiła to dlatego, że stałem obok...
- Przyniosę cukierniczkę - wreszcie mam szansę, by się wykazać. Synek lubi słodkie kakao, to tatuś mu je da.
Zbiegam po schodach i wpadam do kuchni. Przeglądam wszystkie szafki w kredensie.
- Mamo, gdzie jest cukier?
- Nie ma.
- Nie mamy cukru? Dlaczego? - dziwię się.
- Jak to dlaczego? Zasypywałeś mnie wiadomościami o cukrzycy ciążowej, więc by nie kusić losu, oddałam mój zapas sąsiadce.
- Żartujesz, prawda? - Max, powinieneś się teraz sam kopnąć w tyłek...
- Po co ci cukier, synku? Ty nie słodzisz, a Eli nie wolno. Sam tak mówiłeś.
- Nie ma cukru - oświadczam po powrocie na górę. - Może jeszcze zdążę do sklepu - spoglądam na zegarek. - Zamykają za dziesięć minut. Jeśli zignoruję ograniczenia prędkości, powinno się udać.
- Bez przesady. Wypiję to i idę spać - teraz ja również jestem rozczarowany. Taka prosta rzecz i okazała się być poza moim zasięgiem.
- To może zjedz rogalika? - proponuję.
- Nie, dziękuję. I tobie też nie radzę ich jeść. Są ze sklepu ze zdrową żywnością - wtajemnicza mnie.
- Nie może być aż tak źle - sięgam po jedno z ciastek. Gryzę, a po chwili żałuję, iż nie mam go jak wypluć. - Co to ma być?! Chcą nas zabić?
- Jedna z koleżanek twojej mamy stwierdziła, że weźmie z niej przykład i ruszyła z nowym biznesem. Zawsze je we mnie wpycha. Zazwyczaj chowam je do torby i karmię nimi ryby w jeziorze.
Jezioro! To tam byłeś! Nie jesteś głodny, bo miałeś torbę wypchaną tym paskudztwem! Współczuję ci...
- Koniec z tym. Powiem jej, że jesteś uczulony na... - ciasteczko wygląda tak niewinnie, a smakuje jak... - cokolwiek to jest - prycham.
- Chyba otręby.
- Otręby - powtarzam po nim. W tej chwili mój wzrok zatrzymuje się na landrynkach. - Wiem, co zrobimy - rozrywam opakowanie, po czym wrzucam kilka z nich do kubka.
- Max...
- Teraz będzie słodkie - zapewniam go. - Skosztujesz?
- Nie.
- Sam mówiłeś, że dzidziuś chce cukru.
Waha się, lecz w końcu ulega dziecku. Wydawało mi się to nierealne, lecz ono naprawdę ma na niego wpływ.
- Dobre?
- Tak.
- Cieszę się.
Może to głupie, lecz przepełnia mnie radość. Improwizowałem, ale udało się. Mój synek jest zadowolony. Tak bardzo chciałbym go dotknąć. Poczuć to nowe życie, schowane pod skórą. I kto wie, może dziecko wiedziałoby, że to ja... Tatuś bardzo cię kocha, malutki.

piątek, 9 czerwca 2017

Rozdział XXX

„Zdrajca


Za oknem jest już zupełnie ciemno. Powinienem zgasić światła, lecz jeśli to zrobię, nie będę mógł na niego patrzeć. We śnie wygląda tak spokojnie. Ciemne pasma dłuższych włosów wiją się lekko wokół jego twarzy. Ma niesamowicie długie rzęsy i wygląda tak kusząco... Chcę go... Skąd we mnie to nienasycenie?
Josh nieco się odsuwa, mrucząc coś niezrozumiałego. Przytulam się do jego pleców, by czuć ciepło...
- Tristan...
- Śpij, mój piękny, śpij - zaczynam go głaskać po włosach. Oddycha równo, więc pewne jeszcze się nie obudził. To dobrze. Powinien jak najwięcej wypoczywać.
- Mam związane ręce... - wypowiada te słowa cichym, nieco schrypniętym głosem. Nie reaguję. - Tristan...? - niecierpliwi się, obracając w moją stronę. Nasze oczy znowu się spotykają. Zarówno on, jak i ja, zachowujemy względny spokój, choć pod skórą czuję, jak krew się we mnie gotuje, domagając się kolejnego razu. Dotykaj go, pieść, całuj... Niech krzyczy z rozkoszy moje imię...
Błękitnooki wydaje się nieco zawstydzony, bo na jego policzkach pojawia się lekki rumieniec. Szybko spuszcza wzrok.
- Patrz na mnie - rozkazuję mu.
- Tristan...
- Patrz na mnie - powtarzam. Nie ma innego wyjścia. Jest bezwolny wobec mojej siły. Wpatrujemy się w siebie intensywnie, jakbyśmy widzieli się po raz pierwszy. To dla niego zdecydowanie za dużo. Nerwowo mruga kilka razy, gdy pod powiekami pojawiają się pierwsze łzy. O nie, kochany. Nie będziesz płakać. Pochylam się do przodu i całuję go w usta. Jest tak spragniony czułości, iż zachłannie reaguje na pieszczotę. Tego właśnie chcę. Masz mi się oddać cały. Pozwolić, abym cię zniewolił. Posiadł. Zdominował...
- Jeszcze - jęczy żałośnie, gdy się od niego odsuwam.
- Jeszcze? - śmieję się cicho. - Jeśli będziesz grzeczny...
Josh wzdycha, po czym spogląda na swoje nadgarstki.
- Nie zamierzasz tego zdjąć? - bada wzrokiem supeł, który nieco poprawiłem, gdy spał.
- Dlaczego miałbym to zrobić? - udaję zdziwionego.
- Będziesz mnie tu trzymał i wykorzystywał?
- Może... Jeszcze nie wiem co z tobą zrobię.
- Ach tak? - jesteś kiepskim aktorem, mój piękny. Boisz się.
By odwrócić jego uwagę od przykrych myśli, ponownie próbuję go pocałować. Zagubiony, nie wie jak zareagować. Umysł podpowiada mu, iż stanowię zagrożenie, przed którym należy się bronić, lecz czy nie powiedziałem, iż ma mi się poddać? Celowo pogłębiam pocałunek, pozbawiając go drogocennego powietrza.
- Teraz... Teraz jesteś zadowolony? -  pyta, nieco dysząc.
- Może...
- Tristan... Proszę cię, nie mieszaj mi bardziej w głowie... - przytula się do mnie.
- Nie podobało ci się?
- Nigdy więcej tak nie rób. Zabraniam ci, słyszysz?!
- Zabraniasz? Skarbie, to ja decyduję, nie ty. A właściwie nie „nowy” ty. Przedtem liczyłem się z twoim zdaniem, ale tobie to nie wystarczyło.
- To nieprawda! - broni się.
- Nie przerywaj mi! - mój zbyt ostry ton powoduje, iż kuli się w sobie. - Kogo kochasz najbardziej?
- Cie-Ciebie... - jego broda drży, a po policzkach zaczynają spływać kryształowe łzy.
- Jesteś tego pewny?
- Tak... Proszę, nie bądź dla mnie taki surowy. Przecież wiesz, że jesteś dla mnie wszystkim. I błagam cię, rozwiąż mi ręce.
- Rozwiążę, jeśli obiecasz, że będziesz mi posłuszny - ostrzegam.
- Dobrze... - pociera oczy wierzchem uwięzionych dłoni.
- Daj - niechętnie sięgam do supła, który nieco poluzowuję. Czarnowłosy spuszcza wzrok. - Tak lepiej? - rzucam pognieciony krawat na podłogę.
- Dziękuję - szepcze cichutko.
- Co znowu? - pytam po chwili ciszy.
- Nic. Zastanawiałem się tylko jak długo każesz mi tu leżeć?
- Aż się tobą nasycę - moja szczerość sprawia, iż jego policzki znowu robią się nieco czerwone.
- Jeszcze nie masz dość? - ta informacja chyba go nieco zaskoczyła.
- Kochanie, ja nigdy nie mam cię dość. Jestem szczęśliwy tylko wtedy, gdy jesteś obok. Nagi.
- Bardzo zabawne - słyszę jak burczy mu w brzuchu. - Dasz mi jeść, czy od razu zaczniesz wykorzystywać?
- Jak ty mnie kusisz... - niechętnie ściągam z siebie kołdrę, by rozejrzeć się za ubraniami. - Na co masz ochotę? Przyniosę ci.
- Wszystko mi jedno.
- A mi nie. Mamy teraz dwie kucharki, a ty nadal jesz tyle, co nic. Wiesz jak bardzo mnie to martwi?
- Jak jestem zdenerwowany, to nie mogę jeść. Nawet makaronu.
- To straszne - udaję zatrwożonego. - Co cię tak denerwowało?
- Nie było cię - przypomina mi.
- Bezustannie do ciebie dzwoniłem.
- To nie to samo. Chciałem mieć cię blisko. A potem wróciłeś razem z Ronem - gdy mi to wypomina, wracam do chwili, w której śnił mu się jeden z ostatnich koszmarów. Oskarżał z nim mojego wspólnika o straszne rzeczy. Może teraz uda mi się coś z niego wyciągnąć?
- Josh, to nie Ron cię porwał. Wiesz o tym, prawda?
- Nie lubię go. Możesz mnie tu trzymać w nieskończoność, nie dbam o to. Nie podoba mi się, że ciągle kręci się obok ciebie.
- Nie musisz być zazdrosny. Tylko ty...
- Nie, Tristan. To nie ma z tym nic wspólnego. Wiem, że nigdy nie spojrzałbyś na niego tak jak na mnie. Poza tym to bardziej skomplikowany problem! Nocowałeś w szpitalu i w apartamentowcu. Gdyby ten szaleniec zrobił ci coś złego, to...
- Daj spokój - przerywam mu. - Umiem o siebie zadbać - czochram go po ciemnych włosach.
- Ja też umiałem, a teraz niczego nie pamiętam. Mimo to pociesz mnie myśl, że dobrze się stało. Nie mam rodziny, nie jestem nikim ważnym. Gdyby to spotkało ciebie... Gdybyś to ty został porwany i doznał amnezji, nie poradziłbym sobie. Nie wiem, czy zdołałbym zapewnić ci bezpieczeństwo. Nie znam twojej rodziny. Poza Ronem, którego nie lubię i nie ufam, nie miałbym się do kogo zwrócić. Mógłbym niechcący pogorszyć sprawę, albo narazić twoje życie. Ta myśl nie daje mi spokoju. Prawda jest taka, że musiałbym się z tobą rozstać, by inni mogli się o ciebie troszczyć - to, co powiedział... Nie jest nikim ważnym? Nie zna mojej rodziny? Rozstać się? Uczucia uderzają we mnie ze zdwojoną siłą.Wracam do łóżka i popycham go na pościel.
- Co...?!
- Nigdy więcej tak o sobie nie myśl! Zabraniam ci, słyszysz?! Jesteś dla mnie wszystkim! Całym moim światem! Nie pozwolę, by ktokolwiek cię tknął, rozumiesz? - wpijam się w jego miękkie usta, a następnie zrywam z niego okrycie, by móc dotykać nagiej skóry. Porywacz mógł mi go odebrać już na zawsze. Jeszcze kilka godzin w tamtej ruderze i umarłby z wyczerpania. Druzgocący ból wypełnia moją klatkę piersiową. Wydaję z siebie dźwięk, który przypomina skowyt. Próbowałem, naprawdę próbowałem poradzić sobie bez niego. Udawałem uśmiechniętego, spałem z kim popadnie, a prawda jest taka, że dotarłem do granicy, do punktu, który oznaczał, iż pora rzucić wszystko i go odnaleźć, choćby był na końcu świata. Tu jest jego miejsce. W moich ramionach.
Rozsuwam mu nogi i unoszę biodra. Delikatniejszy, bądź delikatniejszy - słyszę głos, który zagłuszany jest przez szybkie bicie mojego serca. Potem, potem taki będę, ale teraz... Teraz nie mogę, wiesz o tym, prawda? Jestem twardy, tak boleśnie twardy. Muszę go mieć! W tej właśnie sekundzie! Wystarczy jedno pchnięcie i już jestem w środku. Tłumię jego krzyk pocałunkami. Nie będzie bolało, zaufaj mi...
Narzucam sobie i jemu zabójcze tempo, które nie pozwala mi zwolnić ani na chwilę. Chcę go, chcę go całego... Gdybym mógł, wchłonąłbym go w siebie, by ciągle był tak blisko, by czuł tylko mnie, kochał tylko mnie, oddawał się mnie...
Jego ramiona owijają się wokół mojej szyi. Nienasyceni... Tacy byliśmy i nadal jesteśmy...
Jęki rozkoszy, które z siebie wydaje sprawiają, że wchodzę w niego jeszcze głębiej. Przysysam się do jego szyi. Chcę zostawić na niej ślady, naznaczyć go, napiętnować.
Dopiero gdy dochodzi, pozwalam sobie na czułość. Ostrożnie przesuwam językiem po nabrzmiałych wargach, spijając z nich ostatnie westchnienia.
Patrzymy sobie w oczy. Nie musimy nic mówić. Josh przesuwa dłuższe pasma moich brązowych włosów do tyłu, by odsłonić twarz. Powinienem się odsunąć, lecz nie potrafię. Jest mi zbyt dobrze.
Po kilku minutach przypominam sobie, że chłopak był głodny. Chcę wstać.
- Nie... - obejmuje mnie w pasie.
- Zapomniałem o jedzeniu - kradnę mu kolejny pocałunek.
- Już nie jestem głodny. Ty mi wystarczysz.
- Przygniotę cię.
- Nie szkodzi - jedną z dłoni przesuwa po mojej klatce piersiowej.
- Najpierw jedzenie, potem wanna. Może być?
- Nie odchodź... Będę tęsknił... - półprzymknięte powieki, rozchylone usta... Powinienem jak najszybciej uwolnić się spod wpływu jego czaru, inaczej go zamęczę.
- Pięć minut - obiecuję mu.
- Nie... - zaczynam go łaskotać.
- Cztery minuty?
- Nie...
- Trzy? - spoglądam na niego z nadzieją.
- Nie...
- Policz do stu. Za chwilę będę z powrotem.
- Tristan? - woła za mną, gdy kończę zawiązywać szlafrok i sięgam do klamki.
- Tak?
- Kocham cię znacznie bardziej, niż ty mnie.
- To niemożliwe, mój skarbie, ale próbuj dalej.
- Dziewięćdziesiąt dziewięć... Dziewięćdziesiąt osiem...
- Nie tak szybko! - śmieję się, wybiegając na korytarz.
Nie zapalam światła w kuchni i staram się zachowywać w miarę cicho. Josh musi coś zjeść. Wyciągam ceramiczne naczynie i wkładam makaron do kuchenki mikrofalowej. To potrwa dłużej niż pięć minut...
Sięgam po tacę i układam na niej różne rzeczy. Gdy makaron jest gotowy, ostrożnie przenoszę naczynie. Zakradając się do własnej sypialni znowu czuję się jak nastolatek. Zbyt intensywne emocje zostają zastąpione przez szczenięcą radość.
- Spóźniłeś się - mój ukochany leży na boku i podbiera głowę dłonią.
- Chciałeś coś ciepłego, prawda? - stawiam tacę na łóżku.
- Nie jestem głodny.
- Jesteś - zapewniam go. - Pokarmię cię.
- Pieluchy też będziesz mi zmieniać? - szydzi.
- Im dłużej będziesz to przeciągać, tym później pójdziemy do wanny... Nie masz ochoty?
- To zależy, czy mówisz o kąpieli, czy o sobie. Na ciebie zawsze mam ochotę.
- Mamy jeszcze sporo prezentów do przetestowania - przypominam sobie.
- Nie zgadzam się! - protestuje.
- Nie chcesz? Z mojej perspektywy wyglądało to tak, jakby ci się podobało... - nakładam odrobinę makaronu na widelec - otwórz usta - nie jest zadowolony, lecz nie będzie ze mną walczył. Już nie.

Leżąc z ciepłej wodzie zastanawiam się nad naszą przyszłością. Czuję, jak głowa zaczyna mi ciążyć od nadmiaru informacji, które tak ciężko jest przetrawić.
- Nie śpij - upomina mnie, moszcząc się miedzy moimi nogami.
- Nie śpię. Myślę.
- O czym? - dmucha na pianę, którą ma w dłoniach.
- O wielu sprawach - celowo unikam konkretów.
- Kłamca - szepcze, zostawiając pocałunek na moim ramieniu.
- Nie kłamię. Myślę o tym, co mi dzisiaj powiedziałeś.
- Tak? - czuję opuszki jego palców, przesuwające się leniwie po mojej klatce piersiowej i żebrach.
- Tak.
- Niepotrzebnie się zadręczasz.
- Nie zadręczam się. Ja...
- Obiecałeś mi coś innego - spogląda na mnie wymownie.
- Nie jesteś zmęczony?
- Jestem. Ty też jesteś - całuje mnie po policzku. - Lubię w wannie. A ta dodatkowo ma fajne bąbelki. Powinniśmy mieć taką w domu.
- Ty mały, rozpieszczony... - przyciągam go do siebie i układam dłonie na jego pośladkach. - Mógłbym z tobą zrobić masę rzeczy, wiesz?
- Pod warunkiem, że wyrzucisz to pudełko. Nie chcę go widzieć nigdy więcej.
- Podobało ci się - uśmiecham się triumfalnie.
- Bardzo się bałem - przyznaje nieśmiało. Niespodziewanie wsuwam palce do jego wnętrza. Nabiera głęboko powietrza, odchylając się nieco do tyłu. Wykorzystuję sytuację i zaczynam go całować po szyi.
- Teraz też się boisz?
- Nie...
- Naprawdę nie chcesz sprawdzić co jeszcze kupiłem? Niektóre z tych rzeczy sprawią ci ogromną rozkosz.
- Teraz też odczuwam rozkosz, a ty? - jego dłoń zaciska się na moim członku.
- Mmm... Kotku, chcesz się bawić?
- Nie jestem kotkiem - porusza nerwowo biodrami.
- A kim jesteś?
- Ja... - mocniej się wygina, gdy ocieram się o jego wrażliwy punkt. - O właśnie tak... - jęczy. Nie przestaję go pobudzać. Próbuje mnie zmusić, abym go posiadł, lecz nie chcę tego robić. - Tristan...
- Tak?
- Na co czekasz? - posyła mi mordercze spojrzenie.
- Powiem ci, jeśli dojdziesz... - odchylam go bardziej do tyłu i zaczynam pieścić jego sutki.
- Nie... Nie tak... - niecierpliwi się, ale ja nie przestaję. Jest już blisko. By nie stracić równowagi, musi złapać się moich ramion. Przesuwa ciężar ciała bardziej na moje uda, a dzięki temu moje palce wchodzą w niego pod innym kątem. Znowu krzyczy. Przestraszony, zakrywa usta dłonią.
- Zabierz rękę. Chcę cię słyszeć - rozkazuję mu. Po chwili opada w moje ramiona, zdyszany i zaspokojony.
- To nie koniec. Odwróć się.
- Nie dam rady... Zabierz mnie do łóżka - marudzi.
- Myślałem, że lubisz wannę.
- Uwielbiam, ale nogi mam jak z waty.
- Moje biedactwo - porywam go w swoje ramiona i wstaję. - Kiedy z tobą skończę, cały będziesz jak z waty...

wtorek, 6 czerwca 2017

Rozdział XXIX

„Zdrajca


Wyciągam telefon i wybieram numer Dennisa.
- Co robicie? - zagaduję go.
- Jesteśmy w salonie, na dole - po głosie słyszę, iż głupio mu przyznać, że Josh nadal bawi się w detektywa, choć wyraźnie mu tego zabroniłem.
- Jak tam mój konsultant?
- Chyba dobrze.
- Tak? No cóż, w takim razie sam postaram się wybić mu ten niedorzeczny pomysł z głowy.
- Przeprasza, panie Wood - kaja się.
- Nie szkodzi. Dzwonię w innej sprawie. Jak się czuje twój brat?
- Lepiej, dziękuję. Rozmawiałem z nim dziś rano. Jest wściekły z powodu tego, co się stało - celowo unika tematu strzelaniny.
- Wyobrażam sobie. Pewnie tobie też jest ciężko.
- Obowiązki są ważniejsze - odpowiada natychmiast.
- Zauważyłem, że łączy was silna wieź. Zawsze pracowaliście razem - powoli udaje mi się uśpić jego czujność.
- Nie bardzo rozumiem do czego pan zmierza.
- Rozmawiałem dziś z Ronem. Jego próba samobójcza uświadomiła mi, że rodzina jest najważniejsza. Od razu pomyślałem o tobie. Może miałbyś ochotę pojechać do domu i sprawdzić, jak radzi sobie Randy?
- Ale...
- Dwa, trzy dni, potem do nas wrócisz - kuszę go. - Nie mam w planie żadnych spotkań, więc osobiście zajmę się Joshem. Prom odpływa za pół godziny. Co ty na to?
- Bardzo dziękuję - nie kryje radości.
- Dennis, nie mów nic Joshowi. Nie chcę, by się denerwował. Poproś go, by przyszedł na górę, gdy skończy czytać. Twoi koledzy z pewnością przypilnują, by nie stała mu się żadna krzywda.
- Dobrze. Zrobię jak pan mówi.
- Załatwiłem ci transport. O nic nie musisz się martwić.
- Dziękuję.
- Pozdrów ode mnie Randiego. Powiedz, że może wrócić do pracy jak tylko zakończy leczenie. Do zobaczenia - rozłączam się.
Dennisowi wystarczyło kilka minut, bo spakować rzeczy i wsiąść do samochodu. Na ekranie komputera widzę jeden z naszych samochodów, którym odjechał w towarzystwie innego ochroniarza. Teraz wystarczy, że każę pozostałym trzymać się z daleka od naszej sypialni, wykorzystując migrenę jako wytłumaczenie.
Zdejmuję marynarkę i rozsiadam się wygodnie w fotelu. Przymykam powieki, ciesząc się ciszą. Jest mi tak błogo, a będzie jeszcze lepiej. Wystarczy, że ptaszyna wróci do swojej klatki...
Spostrzegawczy ukochany to prawdziwy skarb. Wystarczy godzina, by odkrył, iż jego nowy przyjaciel zniknął chwilę po tym, jak rozmawiał ze mną przez telefon. Poszukiwania rozpoczął od biblioteki, a teraz kieruje się tutaj. Wyraźnie słyszę odgłos jego kroków, który rozbrzmiewa na korytarzu. Otwiera cichutko drzwi, zaglądając do środka.
- Tristan?
- Tak? - unoszę na niego wzrok.
- Wiesz gdzie jest Dennis?
- Musiał wyjechać na kilka dni - wtajemniczam go w mój plan. Póki co jest nim zaintrygowany. Wchodzi do sypialni. Czekałem na to. Pewnie nie zdaje sobie sprawy, iż zamki w drzwiach są elektroniczne. Wystarczy wcisnąć odpowiedni przycisk na telefonie, by nikt nam nie przeszkadzał. To takie łatwe...
- Wyjechać? Dokąd?
- Sprawy rodzinne. Nie pytałem.
- Ukrywasz coś przede mną - bystre, błękitne tęczówki śledzą każdy mój ruch.
- Ja? Ależ skąd.
- Nie jestem naiwny - układa dłonie na swoich biodrach. - Dlaczego kazałeś mu wyjechać?
- Nie kazałem - bronię się. - Zaproponowałem mu urlop, a on się zgodził. Był mi bardzo wdzięczny. Jeśli mi nie wierzysz, zapytasz go gdy wróci. Potwierdzi moje słowa.
- Ani on ani ty nic mi nie powiecie. Traktujecie mnie jak dziecko, którym już od dawna nie jestem - komentuje nieco obrażony.
- Nadal się na mnie gniewasz, choć zrobiłem to, o co prosiłeś. Ron wyjechał.
- Nie o tym mówię!
- A o czym?
- Przestań się zgrywać! Ja... - słowa więzną mu w gardle, gdy gwałtownie podnoszę się ze swojego miejsca. Tak, to pułapka, mój mały. Zwabiłem cię tutaj, by przypomnieć do kogo należysz.
- Ty? Dokończ proszę - wykonuję pierwszy krok w jego stronę. Josh od razu zaczyna się cofać. Uśmiecham się, sięgając do węzła swojego krawata, który nieco poluźniam.
- Tristan, co robisz?
- Rozmawiam z tobą - udaję niewiniątko.
- Nie zbliżaj się, słyszysz?! - wyciąga ręce przed siebie, by mnie odepchnąć.
- Skarbie, co się dzieje? Boisz się mnie? - idealnie odgrywam zatroskanego kochanka.
- Tak. Jesteś nieprzewidywalny! Mówiłem ci już, że nie chcę... - próbuje uciec, lecz obejmuję go ramionami.
- Nie denerwuj się. Przecież nie zrobię ci nic złego - spoglądam w jego oczy. Są jak poranne niebo. Już błękitne, lecz nadal pamiętające o szarości nocy.
- Puść! - szarpie się. Nie trwa to długo. Wie, że przegrał...
- Kocham cię - układam dłoń na jego karku, a następnie pochylam się i całuję.
- Nie! - przesuwa głowę.
- Nawet tego mi odmawiasz? - wzdycham cicho, wtulając twarz w jego włosy. Po chwili uwalniam go z uścisku. Josh jest nieco zmieszany. Ma świadomość, że zranił mnie swoim postępowaniem. Niczego nie wymuszę. Sprawię, że sam mi się oddasz. Zaczniemy od obiecanego pocałunku...
- Ja też cię kocham, choć czasami bardzo mnie wkurzasz - obejmuje mnie ściśle i wtula twarz w zagłębienie mojej szyi, o którą ociera się ustami. - Możesz mnie pocałować, jeśli chcesz - szepcze zawstydzony.
- Nie będziesz uciekać?
- Nie będę. Za bardzo lubię, gdy to robisz.
- Cieszę się, mój skarbie - uśmiecham się, by po chwili zawładnąć jego miękkimi wargami. Tłumi jęk przyjemności, gdy zakradam się językiem do ich wnętrza. Podczas gdy on zatraca się coraz bardziej w pocałunku, ja popycham go delikatnie do tyłu.
- Tristan... - jest odurzony, lecz czujny.
- Połóż się ze mną na chwilę, dobrze?
- Tylko na chwilę - zaznacza, po czym siada na łóżku i łapie na mój krawat, abym znalazł się bliżej. Kładę się obok niego, by móc dalej całować. Splatam palce naszych dłoni i układam je na wysokości jego głowy. Jest tak bardzo zaabsorbowany, iż nie zauważa, że przygotowany wcześniej krawat ma do odegrania istotną rolę.
- Co robisz?! - reaguje zbyt późno.
- Mówiłeś, że chcesz spróbować „nowych rzeczy”. Postanowiłem spełnić twoją zachciankę.
- Nie to miałem na myśli! Rozwiąż to! - wskazuje na swoje uwięzione nadgarstki.
- Nowe nie zawsze oznacza złe, a ty jesteś taki żądny nowości. Chcesz nowych przyjaciół, nowej pracy, nowych umiejętności. Jako twój przyszły mąż nie mogę zostawać w tyle.
- Tristan, to nie jest śmieszne! Nigdy się tak nie zachowywałeś! Przerażasz mnie! - rzeczywiście, panika zagościła w jego pięknych oczach, lecz to już nie ma znaczenia.
- Nie denerwuj się. Wystarczy, że będziesz mnie słuchał.
- Nie chcę! - stara się podnieść, lecz popycham go z powrotem na łóżko.
- Spójrz, mam dla ciebie prezent - zwracam jego uwagę na czarne pudełko, które leży tuż przy jego głowie.
- Co to jest?
- Różne drobiazgi, które wybrałem z myślą o tobie. Nie rób takiej zbolałej miny. Spodobają ci się, zobaczysz.
- Po co ci one? - jego oczy zaczynają się szklić od łez.
- Są dla ciebie. Osobiście lubię seks bez tych wszystkich udziwnień, ale skoro to za mało... Kto wie, może dzięki tobie zmienię w tej kwestii zdanie. Gotowy?
- Nie! Masz mnie natychmiast rozwiązać, słyszysz?!
- Z nowymi rzeczami jest tak, że najpierw się ich boimy, a dopiero później ogarnia nas ekscytacja. Jak będzie w twoim wypadku? Nie chcesz się dowiedzieć?
- Nie!
- A ja i owszem - ściągam z siebie koszulę, by było mi wygodniej. - Musisz się położyć na brzuchu, o tak - choć stawia mi opór, układam go w wybrany przez siebie sposób. - A teraz zdejmiemy zbędne ubrania, dobrze? - zaczynam od jego butów.
- Zostaw! Nie rozbieraj mnie! Ja nie chcę, słyszysz? - wierzga nogami.
- Jeśli się nie uspokoisz, przywiążę cię do łóżka i zasłonię oczy. Moim zdaniem warto przyjrzeć się nowościom z bliska, nie sądzisz?
- Tristan! - szok maluje się na jego idealnej twarzy. Chyba wreszcie do niego dotarło, że ja nie żartuję.
- Najpierw buty - kontynuuję. - A teraz spodnie - unoszę jego biodra do góry.
- Błagam cię... - zaczyna płakać.
- Proszę, nie... - jest taki wrażliwy. Dotykam załzawionego policzka. - Pamiętasz jak panikowałeś, gdy kochaliśmy się po twoim wyjściu ze szpitala? Wtedy też się bałeś, a nie było czego.
- Więcej cię nie odepchnę... Tristan... - chlipie.
- Wiem, mój kochany. Wszystko to wiem - płynnym ruchem uwalniam go z dresów. - Lubię, gdy jesteś nagi - z czułością pieszczę jego lewy pośladek. - Więc jak? Jesteś ciekawy co dla ciebie mam? - mruczę usatysfakcjonowany.
- Uwolnij mnie... Tak bardzo się boję... - pociąga nosem, po czym chowa twarz w dłoniach.
- O nie, daj rączki. Powinny leżeć o tutaj - przytrzymuję go za kark, by móc, dzięki wcześniej zawiązanemu krawatowi, ułożyć je na pościeli miedzy jego szeroko rozstawionymi nogami. - Oprzyj ciężar ciała na ramionach i nie podnoś się. Będzie ci wygodniej - radzę.
- Tristan...
- Ani drgnij, bo bardzo mnie zdenerwujesz, a wtedy nie będzie już tak miło, jasne? - nie odpowiada, więc ponawiam moje pytanie. - Josh, rozumiesz zasady? Masz wykonywać moje polecenia. Bez dyskusji. Jeśli będziesz grzeczny, nic złego ci się nie stanie.
- Proszę... Kochaj się ze mną tak jak zawsze... Nie chcę tych rzecz... - skomle.
- Nie oszukuj. Jeszcze wczoraj zapewniałeś mnie, że nie jesteś już taki jak dawniej. Postaram się dostosować do twoich wymagań - sięgam po pudełko, które kładę na swoich kolanach. Unoszę wieczko i przywołując figlarny uśmiech, przeglądam specjalnie wyselekcjonowaną zawartość. - Od czego zaczniemy? Może od tego? - wyjmuję jeden z przedmiotów, który zapakowany jest w niewielki, aksamitny woreczek. Posyłam mu pytające spojrzenie, na które nie reaguje. - Josh? Zadałem ci pytanie. Odpowiedz, proszę.
- Jakie to ma znaczenie? I tak zrobisz ze mną co będziesz chciał! Jestem zabawką! Niczym się nie różnię od tego, co masz w ręku!
- Mylisz się. Jesteś bezcenny, a co za tym idzie, należy ci się specjalne traktowanie. Już wiem od czego zaczniemy - chłopak spina się jeszcze mocniej. Jego oddech staje się nierówny, a nogi zaczynają lekko drżeć. Nie tak szybko skarbie, jeszcze cię nawet nie dotknąłem...
Wstaję z łóżka i wyjmuję jeden z prezentów. Resztę odkładam na stół, bo nie chcę, by wiedział co jest w środku.
- Nieco duży jak na pierwszy raz, ale powinieneś dać sobie radę - jego źrenice robią się znacznie większe pod wpływem trwogi, która targa jego rozdygotanym serduszkiem. Jest uroczy... I tylko mój...
- Co... - nie jest w stanie mówić.
- Pytasz co z tym zrobię, czy co to jest?
- Co to jest? - szepcze.
- Wibrator. Spodoba ci się. Chyba nie muszę ci tłumaczyć, gdzie się go wkłada, prawda?
- Nie chcę... - nowa fala łez pozbawia go świeżo odzyskanego głosu.
- Jest na baterie i ma różne prędkości.
- Błagam cię... Nie każ mnie w taki sposób... To okrutne...
- Nie każę cię. Wprost przeciwnie. Stary Josh był zbyt nieśmiały, by choćby pomyśleć o wibratorze, ale ty nie jesteś taki jak dawniej, prawda? - mój głos jest beznamiętny. Przyciskam przycisk, by upewnić się, że baterie są naładowane. - Wolisz z żelem, czy bez? - mój narzeczony zamiast odpowiedzi wydaje z siebie cichy pisk. - Niech ci będzie - podchodzę do nocnej szafki, gdzie mam schowaną ulubioną buteleczkę, której zawartością obficie oblewam erotyczny gadżet. - Gotowy? - staję za nim i kładę wolną dłoń na jego biodro.
- Nie... Nie chcę... Nie... - powtarza bez przerwy, lecz to ignoruję.
- Rozluźnij się - rozsuwam mu pośladki, by wsunąć wibrator do jego wnętrza. - Pomyśl, że to ja. Może będzie ci łatwiej.
- To boli! - porusza się niespokojnie, lecz nie cofam ręki.
- Gdybyś się rozluźnił, nie bolałoby... To dopiero kilka centymetrów.
- Proszę...
- O co mnie prosisz? O to? - dzięki lubrykantowi wibrator bez problemu wsuwa się w jego ciasne wnętrze. Czy powinienem go jeszcze podręczyć, czy raczej nacisnąć przycisk?
Chłopak zanosi się od płaczu, lecz ja nie przestaję. Oto prawdziwa natura naszego związku, najdroższy... Będę bezlitosny, jeśli jeszcze raz spróbujesz się ode mnie odsunąć. I wtedy, i teraz, starałem się. Tak bardzo się starałem. Stopię lód w twoim sercu, jeśli nie miłością, to siłą...
Z prawdziwą przyjemnością napawam się każdym, najdrobniejszym szczegółem. Jasna skóra, pod którą widzę lekko zarysowane mięśnie, wygięte plecy i drobne dłonie, zaciskające się bezradnie na prześcieradle. Chciałbyś uciec, prawda? Zostawić mnie, lecz gdy z tobą skończę, będziesz taki jak przedtem. Znowu stanę się twoim słońcem. Będziesz mnie nieustannie wielbił, pożądał... Siła twoich uczuć stanie się tak wielka, iż nie będziesz umiał sobie z nią poradzić.
- Włączę go... - uprzedzam czarnowłosego o swoim kolejnym posunięciu.
Czuję wibracje, które sprawiają, że mocniej przygryza dolną wargę. Na szczęście nie widzi mojej twarzy, więc nie muszę ukrywać uśmiechu. Podoba mu się... - I jak? Przyjemnie?
W moim ukochanym zachodzi subtelna zmiana. Przestaje płakać. Jego policzki robią się czerwone, ciało zaczyna się odprężać, a oczy...
- Ach... - wyrywa mu się jęk przepełniony ekstazą.
- Dobrze?
- Mmm...
- Cieszę się. Wciąż boli?
- Nie.
- No proszę... Podnieca cię to choć odrobinę?
- T-Tak...
- Na to właśnie liczyłem - ponownie naciskam przycisk, by zwiększyć moc. Po tym, co dziś przygotowałem, będziesz na każde moje zawołanie...
- Nie! Tak nie!
- Nie broń się przed przyjemnością, którą ci daję. Powinieneś być mi wdzięczny.
- Tristan...
- Chciałbyś już dojść, prawda? Nic z tego. Poczuj jak to jest... Poczuj jak ja się czuję za każdym razem, gdy na ciebie patrzę lub o tobie myślę - Josh krzyczy głośno, gdy wibrator drażni jego najczulszy punkt. Muskam przełącznik, podkręcając obroty. Oglądanie go w takim stanie jest prawdziwą torturą. Pragnę go... Jednak zanim będzie mój musi się nauczyć. Bądź grzecznym chłopcem. Pokaż jak mnie kochasz...
- Dość! Błagam! Dość! - żebrze.
- Dojdź... - pochylam się nad nim i szepczę mu do ucha. Silny orgazm, jak na zawołanie, zawładnął jego wychudzonym ciałem. Jest spocony i zziajany. Pewnie marzy o tym, abym rozwiązał jego nadgarstki i pozwolił mu odpocząć. Nic z tego...
Wysuwam z niego erotyczną zabawkę i rozpinam swoje spodnie.
- Ty chyba nie... Ja już nie mogę... Tristan...!
- Możesz. Dojdziesz jeszcze raz, zaufaj mi - łapie go mocno za biodra i jednym pchnięciem jestem cały w środku. Jak dobrze... - Tęskniłem za tobą - zwierzam mu się. - A ty? Tęskniłeś za mną? - nie czekam na jego odpowiedź. Zaczynam się agresywnie poruszać. Jest na tyle rozluźniony, iż wiem, że nie zrobię mu większej krzywdy. - Tylko ja i nikt inny...
Łapię go za członka i zaczynam pocierać, by zwiększyć jego doznania. Chciałbym, by to uczucie trwało w nieskończoność, lecz wiem, iż od spełnienia dzielą mnie sekundy. Jednak zanim tak się stanie, on musi dojść pierwszy.
- Tristan...
- Uwielbiam cię...
Ekstaza sprawia, iż przez chwilę czuję oszołomienie. Znika, wszystko znika... Jest tylko on... Dotyk jego śliskiej skóry pod opuszkami... Żar naszych uczuć... Namiętność...
Niechętnie wysuwam się z niego i pomagam mu ułożyć na boku. Chowam go w swoich ramionach i zaczynam całować, najpierw w usta, a potem po twarzy. Z wielkim wysiłkiem unosi powieki. Jest wykończony. Przesuwam mu z czoła wilgotne kosmyki, które zakładam za jego ucho. Wiem, że chce mi coś powiedzieć, lecz zasypia, nim udaje mu się otworzyć usta.
- Kocham nowego ciebie...