poniedziałek, 30 maja 2016

Rozdział XXIII

„Humory księcia


Simon

Po raz ostatni spoglądam w oczy spanikowanemu Erykowi. Dlaczego tak bardzo boi się zostać sam? Przecież to jego rodzice... Może dzisiejsza noc zmieni coś w jego relacjach z rodziną? Mały książę jest bardzo samotny. Perfekcyjnie ukrywa tęsknotę za najbliższymi. Wcale mu się nie dziwię. Ja też tęskniłbym za mamą i tatą na jego miejscu. Mam dobry kontakt z rodzicami i często do nich dzwonię. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym się od nich odciąć, nie widywać, nie rozmawiać. Muszę im pomóc. Z ciężkim sercem, lecz zostawiam go samego. Tylko na chwilę. Na kilka minut... Nie odejdę daleko. Cały czas będę blisko. Nie bój się.
Rozglądam się wśród gości bardzo uważnie. Gdzieś tutaj ukrywa się prawdziwy obiekt moich zainteresowań. Stara się zachować ostrożność, przyczajony na uboczu. Nie bądź taki nieśmiały... Pokaż się...
Obchodzę całą salę balową. Spoglądam w kierunku Eryka. Nadal rozmawia z rodzicami, lecz z jego miny wnioskuję, że ich spotkanie niczego nie zmieni. Książę jest zdenerwowany, a jego oczy aż płoną z wściekłości. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Jeśli teraz nie znajdę „mojego ulubieńca”, to podobna okazja może mi się długo nie trafić.
Skoro nie w świetle kryształowych żyrandoli, to może w jakimś ciemnym koncie? Wychodzę na hol. Dostrzegam go w towarzystwie młodej dziewczyny. Oddalają się w kierunku schodów. Nie mam innego wyjścia. Podążam za nimi. Z tej odległości nie widzę dobrze jego twarzy, lecz wiem, że to on... 
Na drugim piętrze jest pusto. Kierują się w stronę zachodniego skrzydła. Mężczyzna otwiera drugie drzwi po prawej stronie korytarza. W pokoju panują egipskie ciemności. Mimo to młoda kobieta wchodzi do środka. Choć jest cicho, a goście bawią się na dole, on jest zdenerwowany. Rozgląda się ostatni raz po korytarzu, w końcu dołącza do swojej towarzyszki, zamykając drzwi. Idę za nimi. Czekam kilka minut. Przykładam ucho, lecz słyszę jedynie jej stłumiony śmiech i ciche westchnienia. Delikatnie przekręcam klamkę. Drzwi otwierają się bezszelestnie. Nie włączyli światła, jedynie niewielką lampę w rogu pokoju. Są zbyt zaabsorbowani sobą, by dostrzec moją obecność.
Mężczyzna posadził kobietę na wielkim biurku, a sam usadowił się między jej nogami. Całuje ją, podciągając powoli jej balową suknię do góry.
- Kocham cię – powtarza cicho dziewczynie, która odchyla głowę do tyłu, by ułatwić mu pieszczenie długiej szyi. 
- Mam dosyć ukrywania się. Kiedy wszystkim powiemy? - dyszy niezadowolona. 
- Już niedługo. Po koronacji. Obiecuję, że po koronacji – odpowiada jej. 
- Nie mogę się doczekać – zarzuca mu ręce na szyję. 
- Ja też nie, skarbie.
- Wyobrażasz sobie minę mojego ojca, gdy się dowie? - śmieje się, a on zajęty jest rozwiązywaniem satynowych wstążek na jej plechach. 
- Będzie tak samo głupio wyglądać jak Eryk w chwili, w której powiedziałem mu, że przejmuję rodzinną firmę. Żałuję, że tylko go straszyliśmy. Powinienem był osobiście zetrzeć mu tę parszywą pewność siebie z twarzy gołymi rękoma. 
- Skarbie... Pośpiesz się i rozbierz mnie – prosi go uwodzicielskim głosem. 
- Zamierzacie ogłosić zaręczyny? - pytam ich głośno, wychodząc z cienia i bezczelnie zapalając światło. 
Kobieta krzyczy, zakrywając nagie piersi suknią i chowając się w jego ramionach.
- Wynoś się! - mężczyzna mierzy mnie nienawistnym spojrzeniem. 
- Odkryłem wasz mały sekret, a ty traktujesz mnie tak wrogo – uśmiecham się, rozsiadając wygodnie w fotelu, by mieć lepszy widok na całą scenę. 
- Jak śmiesz! Ty... Ty... 
- Uważaj – ostrzegam go – nie chcesz mnie obrazić lub zdenerwować – mój przyjazny uśmiech zastępuje złowrogie spojrzenie. - Odpowiecie mi na kilka pytań i możecie kontynuować. 
- Wyjdź, bo nie ręczę za siebie – grozi mi, jednocześnie zdejmując frak i otulając nim półnagą kochankę. 
- To ja tu zadaję pytania – odpowiadam mu spokojnie. 
- Jesteś zwykłym chamem i prostakiem bez ogłady! - wykrzykuje w moją stronę, zbliżając się. 
- Na twoim miejscu liczyłbym się ze słowami, szanowny panie dziedzicu. W przeciwnym razie nasze spotkanie zakończy się mniej przyjaźnie. 
- Czego chcesz? - Roger jest coraz bardziej zdenerwowany. 
- Odpowiedzi. Dlaczego groziłeś Erykowi? 
- Bo go nienawidzę! Nie zasługuje na to by żyć! - krzyczy mi prosto w twarz. Nie wytrzymuję i uderzam go. Siła mojego ciosu powoduje, że wpada na sąsiedni fotel. Ma rozciętą wargę. Ociera krew i śmieje się. 
- Zastraszanie księcia nie ujdzie ci na sucho. 
- A co on mi może zrobić? Naskarży na mnie dziadkowi? A może mojemu ojcu? Cieszę się, że w końcu o tym wiesz! Moim zdaniem wszyscy powinni się dowiedzieć! Uważa się go za wizjonera, ale dla mnie to idiota, który przeszedł załamanie nerwowe. Wiedziałeś o tym? Wiedziałeś, że zamknęli go w szpitalu psychiatrycznym, bo próbował się zabić?! Chciałem mu o tym przypomnieć. Kolejna próba byłaby z pewnością udana... 
Podchodzę do niego i uderzam jeszcze raz, tym razem w brzuch. Upada na dywan, z trudem łapiąc powietrze.
- Jesteś żałosny... - syczy z bólu. 
Chwytam go za koszulę i unoszę do góry, by spojrzeć w oczy.
- Dlaczego to robiłeś?! - potrząsam nim. 
- Bo wiedziałem, że jeśli mój ojciec dowie się o tym, że Eryk znowu popada w obłęd, przepisze mi firmę. Poza tym nic mu się nie stało. Dostał tylko kilka listów i przesyłek. 
- Wysadziliście mój samochód! A gdyby Eryk był w środku?! 
- Książę nigdy nie jeździ innym samochodem niż limuzyna – wtrąciła się zapłakana dziewczyna. - Poza tym ten wybuch był skierowany w ciebie, nie w niego. Wiedzieliśmy od starego księcia, że samochód pułapka pozbawił życia jednego z agentów, za którego byłeś odpowiedzialny, podczas ostatniej misji. Chcieliśmy się ciebie pozbyć. Liczyliśmy na to, że załamiesz się tak samo jak książę. 
- Ale on się nie załamał – cedzę wściekły przez zęby. 
- Nie szkodzi. Ojciec i tak uwierzył mnie, a nie jemu. Zamierzam to wszystkim rozpowiedzieć. Zniszczę go i zdyskredytuję w oczach tych, którym pomagał – podnoszę go z dywanu i zadaję kolejny cios, ciesząc się jak dziecko widokiem krwi, która zalewa jego hrabiowską gębę. 
- To za mój samochód – dodaję spokojnie – lubiłem go. 
Dziewczyna zaczyna krzyczeć i rzuca się na mnie z pięściami. Bez trudu ją obezwładniam i odpycham na pobliską kanapę.
- Bądź grzeczna, bo inaczej skończysz tak jak on – ostrzegam. 
- Zostaw ją! - hrabia nadal nie ma dosyć? Kto by pomyślał, że jest taki wytrzymały... Podnoszę dziewczynę z kanapy i otulam ramionami, by bardziej go sprowokować. 
- Skoro wiesz o wybuchu, to wiesz pewnie co spotkało osobę, która podłożyła bombę – pytam słodkim głosem, zaciskając palce prawej dłoni na jej szyi. Drży z przerażenia. 
- Puść Klaudię, bo inaczej... 
- Jesteś taki zabawny – wybucham śmiechem, obserwując jego frustrację – naprawdę ci na niej zależy? 
- Tak – odpowiada śmiertelnie poważnie. 
- Klaudio, a może opowiesz mi, skoro jesteśmy wobec siebie tacy szczerzy, jak to było z oskarżeniami wobec Eryka? Ponoć chciał cię zgwałcić, tak? Po tym co tu dziś widziałem nie powiedziałbym, że nieśmiała propozycja księcia była dla ciebie aż tak wielkim szokiem... - kpię z niej, dociskając jeszcze bliżej siebie. 
- Ja... Ja... Wymyśliłam to wszystko! - szarpie się w moich ramionach. 
- Wymyśliłaś? Staremu księciu powiedziałaś coś innego. 
- Powiedziałam mu to, co chciał usłyszeć. On też nie przepada za Erykiem. Wszyscy o tym wiedzą! Gdyby nie to, że pomaga mu w firmie, już dawno postarałby się o wydalenie go z kraju. 
- Czyli nie chodziło o to, by uwieść księcia i zostać jego żoną? - pytam udając zaskoczenie. 
- Chyba kompletnie oszalałeś! - dziewczyna broni się jak wściekła. 
- Czy to nie degradacja? - pytam ją cicho, łapiąc za brodę, by razem ze mną patrzyła na Rogera – spójrz na niego. Nie jest księciem, nie jest młody, ani bogaty. Jesteś aż tak bardzo zdesperowana, że rzuciłaś się na pierwszego lepszego nieudacznika z tytułem hrabiego? A co z tym chłopakiem, z którym byłaś zaręczona? Nie był dość bogaty? 
- Wiesz już wszystko, więc puść ją – Roger stara się wyrwać dziewczynę z moich ramion, więc celowo popycham ją w jego kierunku, bo brzydzi mnie dotykanie jej. Eryk miał rację. Takie jak ona nie cofną się przed niczym. 
- Zaczekaj! Co chcesz teraz zrobić? - powstrzymuje mnie, gdy chcę wyjść z pokoju.
- Jak to co? Wykorzystam tę wiedzę najlepiej jak potrafię – uśmiecham się do mężczyzny. 
- Twoje słowo przeciwko mojemu? Nikt ci nie uwierzy, nawet jeśli rozgłosisz w gazetach, że szantażowałem Eryka. 
- To zabawne, że o tym wspominasz, bo pomyślałem dokładnie o tym samym przychodząc tutaj – podchodzę do stolika, na którym zostawiłem mój telefon – dlatego na wszelki wypadek wszystko nagrałem. Każde twoje słowo, hrabio. 
- Zapłacę ci ile chcesz! To nie może się przedostać do prasy. Zniszczą mnie i ojca. 
- Masz rację – odpowiadam spokojnie – na szczęście dla ciebie nie zależy mi na pieniądzach. 
- Więc czego chcesz? Dam ci wszystko! - błaga mnie. 
- Masz zostawić Eryka w spokoju. Zapomnieć o jego istnieniu. Jeśli spadnie mu choć jeden włos z głowy, będziesz pierwszą osobą, którą odwiedzę, by zapytać dlaczego. Rozumiemy się? 
- Ta sprawa jest już zamknięta. Pewnie sam zauważyłeś, że nie dostał ani jednego anonimu od czasu, gdy przejąłem firmę. Odkupię ci także samochód – proponuje. 
- Niczego od ciebie nie chcę. 
- Jesteś pewny? Mogę ci pomóc. Jesteś blisko Eryka. Znasz jego słabości. Gdybyś odpowiednio nim pokierował... To co mówiłem o szpitalu psychiatrycznym jest prawdą. Zapytaj starego księcia lub moją siostrę, jeśli mi nie wierzysz. Eryk to wrak człowieka. Jeśli go złamiemy, pomoże nam przejąć kontrolę nawet nad konsorcjum, a wtedy...
Podchodzę do niego, odpycham dziewczynę na bok. Natychmiast upada na dywan i z rozkoszą walę go pięścią w twarz, obserwując jak dławi się krwią, zamroczony. Raz, drugi i kolejny...
- Przestań! - krzyczy Klaudia. - Złamałeś mu nos! 
- Połamię mu wszystkie kości, jeśli będę miał ochotę. Potraktuj to jako ostrzeżenie. Jeśli choćby pomyślisz o Eryku, zabiję cię. Powoli i bardzo brutalnie. Ale najpierw zabiję dziewczynę i każę ci patrzeć. Żarty się skończyły. Chciałeś się bawić w gangstera? Chętnie się w tobą pobawię. Z resztą nie tylko z tobą – wymownie spoglądam w zapłakane oczy jego ukochanej. 
- Obiecuję... Obiecuję, że nigdy się do niego nie zbliżę – Roger dławi się własną krwią, która obficie spływa my na białą koszulę. Chyba nie tylko nos mu złamałem, ale i wybiłem kilka zębów. Powinienem go skatować znacznie mocniej, żeby wiedział, że ze mną się nie zadziera. 
- Obyśmy się więcej nie spotkali – rzucam na pożegnanie, wychodząc na korytarz i zostawiając ich samych sobie. 
- Wspaniałe przedstawienie – Alan klaszcze mi z uznaniem. 
- Długo tu jesteś? 
- Niestety nie od początku. Chciałem ci pomóc, ale uznałem, że sam świetnie sobie radzisz – uśmiecha się. - Kto by przypuszczał, że nic nie znaczący Roger posunie się do czegoś takiego. 
- Muszę wracać do Eryka. 
- Nie zapomniałeś o czymś? - łapie za nadgarstek i całując moje palce. 
- Alan, ja... 
- Moi ludzie pilnują Eryka. Chodź ze mną na chwilę – ciągnie mnie za sobą korytarzem do jednego z pokoi. Gdy otwiera drzwi, waham się. Eryk z pewnością się niepokoi... Blondyn uśmiecha się i gestem zaprasza do środka. Zamyka drzwi i popycha mnie na nie, namiętnie całując. Próbuję go odepchnąć, ale nie pozwala mi się ruszyć.
- Obiecałeś... - szepcze mi do ucha – tak długo kazałeś mi czekać. Pragnę cię – przesuwa gorącym językiem po małżowinie, jednocześnie przytrzymując moje dłonie. 
- Poczekaj... Porozmawiajmy – staram się poskromić jego zapędy. Wsunął mi język głęboko do ust, uniemożliwiając zbędne słowa kolejnym pocałunkiem. 
- Nie chcę rozmawiać. Chcę się z tobą kochać. Teraz – jego słowa sprawiają, że krew zaczyna się we mnie gotować. Zwinne palce ściągają mi marynarkę, która ląduje na podłodze. Gdy zaczyna odpinać guziki koszuli, odtrącam go. Łapie mnie za nadgarstki i dociska przy ścianie, szturmując usta. 
Jeśli nic nie zrobię, jeśli tego nie przerwę... Zakrada się pod koszulę drażniąc skórę dotykiem, który jeszcze mocniej mnie rozpala. Pragnę spełnienia bardziej niż czegokolwiek innego. Zamykam oczy i zatracam się w przyjemności, w pocałunkach, w sposobie jaki liże i całuje mnie po szyi.
Odpina pasek spodni i kieruje się palcami niżej. Dotykaj mnie, Eryku, dotykaj... Otwieram gwałtownie oczy. To nie Eryk mnie dotyka, tylko Alan. Nie, nie chcę... Nie z nim. Nie w taki sposób... 
Gwałtownie chwytam go za ręce, by uniemożliwić mu dalsze działania. Obracam go i przypieram do drzwi, przytrzymując mocno.
- Musimy porozmawiać. 
- Teraz? - błękitnooki spogląda na mnie rozmarzonym spojrzeniem. - Czemu teraz? Pozwól mi jeszcze przez chwilę... 
- Nie! - przerywam mu ostro i odsuwam się, aby nie mógł mnie już całować. 
- Co się dzieje, Simon? - wzdycha zrezygnowany. - Nie chcesz mnie? 
- Przepraszam, ale nie mogę tego zrobić. 
- Dlaczego nie? - wpatruje się we mnie magnetycznym błękitem, który zdaje się hipnotyzować. - Podobam ci się, prawda? 
- Tak, podobasz. 
- Lubisz mnie? - szepcze cicho. 
- Bardzo. Przecież wiesz. 
- Ale mnie nie kochasz... - stwierdza fakt zrezygnowany. 
- Kochałem cię bardzo. Od pierwszej chwili, gdy się spotkaliśmy – puszczam go i odsuwam się, by nabrać większego dystansu. 
- Więc o co chodzi? 
- Zawsze będę cię kochał. Zawsze będziesz kimś drogim, ale... - zaczynam, szukając słów. Jak mam mu to powiedzieć? Jak go nie zranić? 
- Czyżby mały Eryk rzucił na ciebie czar? - irytuje się, czytając wprost z mojej duszy. 
- To chyba coś więcej niż tylko czar – odpowiadam zgodnie z prawdą. - Eryk jest... 
- Simon... Nawet tak nie żartuj... A co ze mną?! Co z nami?! Miałeś go zostawić i być ze mną! Jesteś mój! Tylko mój! - wybucha wściekły. 
- Wiem. Przepraszam. Gdy powiedziałem, że cię kocham, mówiłem szczerze, ale... 
- Nie ma żadnego „ale”! Zostaw go i chodź ze mną. Zostanę pieprzonym królem! A on jest tylko zagubionym dzieciakiem, który nie wie czego chce! Nigdy cię nie pokocha tak mocno jak ja, bo on nie wie co to znaczy! NIGDY! Rozumiesz? 
- Rozumiem. Mimo to chcę z nim być. 
- Z nim? On nigdy cię do siebie nie dopuści. 
- Więc będę obok, aby nie czuł się sam. 
- Cholerny Eryk! Nie wierzę, że wolisz jego, mogąc być ze mną. 
- Przykro mi Alan. Naprawdę mi przykro. 
- Simon... - podchodzi do mnie – spójrz mi w oczy. To ja, twój najlepszy przyjaciel. Znasz mnie. Jestem częścią ciebie. Od zawsze. Jeśli jednak odrzucisz mnie dzisiaj, nigdy ci tego nie wybaczę. Nie będziemy już przyjaciółmi. Zaprzepaścisz wszystko, co razem przeżyliśmy. Nasze wspomnienia, marzenia, wszystkie chwile... przepadną. Jesteś tego świadomy? 
Spoglądam mu w oczy. Mój Alan... Pierwszy raz, gdy spotkaliśmy się w sali gimnastycznej... Mam wrażenie, że cofam się w czasie. A potem przeżywam ponownie wszystkie chwile, które spędziliśmy razem. Pęka mi serce na myśl, że każe mi wybierać między sobą a Erykiem. Eryk... Chcę go zobaczyć. Powiedzieć mu, że go kocham. Nawet jeśli rozstanie z Alanem boli, to nie wyobrażam sobie, aby mógł stracić małego księcia...
- Przepraszam, Alan. Bardzo mi przykro, ale on... To, że go poznałem... 
- Nie musisz się tłumaczyć - wchodzi mi w słowo.
Ciszę między nami przerywa dźwięk smsa. Alan wyciąga telefon, czyta wiadomość i uśmiecha się, jakby stało się coś wyjątkowo dobrego. Jego uśmiech nie gaśnie nawet wtedy, gdy spogląda mi w oczy. Dziwne. Jeszcze przed chwilą był wściekły i roztrzęsiony, a teraz jest szczęśliwy... Jego nastroje zawsze tak szybko ulegały zmianie?
- Zanim się pożegnamy, chciałbym abyś wiedział, że od tej chwili jesteś moim wrogiem i zrobię wszystko, by cię zniszczy – jego głos jest lodowaty, a uśmiech wyjątkowo szczery i radosny. Boję się tego kontrastu. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego oblicza starszego księcia... 
- Alan, to że go kocham nie oznacza, że przestaniesz być moim przyjacielem... 
- Właśnie dla mnie umarłeś... Jeśli jeszcze raz się spotkamy, zabiję cię. Masz na to moje słowo. 
- Wiem, że jesteś wzburzony, ale... - podchodzę bliżej i kładę mu dłoń na ramieniu, lecz on bez trudu łapie mnie za nadgarstek i rzuca na ziemię. 
- Nienawidzę cię równie mocno jak nienawidzę jego. Sprawię, że będzie cierpiał bardziej niż kiedykolwiek... - wygina mi ramię, siedząc na moich plecach. Jest szybszy i zwinniejszy niż zapamiętałem. - Chciałem dać ci wszystko. Siebie, miłość, królestwo, ale ty wzgardziłeś moimi darami, dlatego zaryzykowałem – wygina mi rękę jeszcze mocniej. - Boli, prawda? Jego pewnie też boli... 
- O czym ty mówisz?! Co zrobiłeś Erykowi?! - krzyczę. 
- Nie denerwuj się tak, bo ci ją złamię.
- Co mu zrobiłeś?! - wyrywam się. Zawsze byłem od niego silniejszy. Odrobina sprytu i uwalniam się, blokując kolejne ciosy. Dociskam go do podłogi, aby nie mógł mi uciec. - Alan, ja nie żartuję. Co zrobiłeś Erykowi? 
- Ja? Nic. Przecież byłem z tobą – wybucha cichym śmiechem. 
- Alan – ostrzegam go – gdzie on jest?! 
- Zapewniłem mu rozrywkę, tylko tyle. Nie chciałem, aby był zazdrosny. My się tu tak dobrze bawiliśmy... Eryk nie lubi być pomijany. 
- Gdzie on jest?! 
- Nie wiem. To ty się nim zajmujesz, a nie ja – uśmiecha się przebiegle. 
- Jeśli coś mu zrobiłeś... 
- A jeśli mu zrobiłem? - pyta. 
- Nie wierzę, przecież to twój brat. 
- Mój brat... Moja własność. Zabrał mi cię. Wiedziałem, że tak będzie. Od pierwszej chwili, gdy zobaczyłem jak na niego patrzysz. Nie lubię się dzielić, przecież wiesz. 
- Alan, o czym ty mówisz? Gdzie jest Eryk?! 
- Na twoim miejscu zacząłbym go szukać. Biedny, mały Eryk... Nie czujesz się winny? To ty mnie odrzuciłeś, ale to on poniósł tego konsekwencje. 
- Nie wierzę... Nie mógłbyś... 
- Dlaczego nie? Moja zazdrość nie zna granic. Masz szczęście, bo jestem wspaniałomyślny. W przeciwnym wypadku kazałbym go zabić, ale nadal jest mi potrzebny. To geniusz. Poza tym dobrze wiem, że to ty mu się narzucałeś, prawda? Eryk nie wie czym jest miłość, ale nauczę go. Zobaczysz, że nauczę go kochać mnie jak nikogo na świecie. 
- Pytam po raz ostatni GDZIE ON JEST?! - tracę nad sobą panowanie. 
- Jesteś taki porywczy. Nic się nie zmieniłeś... Nie martw się. Nie ucieknie ci. Dopilnowałem tego. Czeka na ciebie opakowany niczym prezent. Powinieneś już iść. Jestem pewny, że UMIERA z tęsknoty za tobą – zaczyna się śmiać. Puszczam go i biegnę w stronę drzwi. Jeszcze na schodach słyszę przerażający śmiech Alana. Jeśli Erykowi coś się stało... Jeśli choćby tknął go palcem... Popamięta mnie. 
Wyjmuję z kieszeni telefon. Mam nieodebrane połączenia. Wszystkie od Eryka. Ponad godzinę temu...
W tłumie znajduję ochronę starego księcia. 
- Gdzie książę Eryk?
- Nie widzieliśmy go. Chyba wrócił już do domu. 
- A gdzie stary książę? 
- Rozmawia z bratem. 
Podbiegam do księcia zdenerwowany.
- Wasza wysokość, gdzie jest Eryk? 
- Simon, nie denerwuj się tak. Pewnie gdzieś się tu kręci. Ludzie Alana go pilnują. 
- Nie wydaje mi się. Dzwoniłem do niego i nie odbiera. 
- Może wrócił już do domu? 
- Sprawdzaliście pokoje na górze? - wtrąca się król. - Albo stajnie, czy psiarnię. Gdy był mały uwielbiał tam przesiadywać. Mógł godzinami bawić się ze szczeniakami. 
- Gdzie to jest, wasza wysokość? 
- Wszystkie pomieszczenia gospodarcze są obecnie puste. Eryk dobrze o tym wie. To po drugiej stronie ogrodu. Nie wybrałby się tam o tej porze. Boi się ciemności – dodaje jego dziadek. 
- Dziękuję, wasze wysokości – rzucam szybko, biegnąc we wskazanym kierunku. Oby nie było za późno... 
Przed domem zaparkowanych jest kilka samochodów. Rozpoznaję ten należący do Alana. Wsiadam i odpalam silnik. Samochód natychmiast reaguje, zostawiając za sobą smugę pyłu. Dotarcie do budynków nie jest takie proste. Nie znam drogi. Błądzę po żwirowanych alejkach, aż udaje mi się wybrać właściwą.
Wysiadam z samochodu. Nikogo tu nie ma, tak jak powiedział książę. Wyciągam i odbezpieczam broń. Otwieram drzwi od psiarni i zapalam światło. Sprawdzam wszystkie boksy, lecz nikogo nie znajduję. Sprawdzam stodołę i stajnie. Nie znajduję Eryka. Wyciągam telefon i wybieram jego numer. Nie odbiera. Nie słyszę także, aby dzwonił. Wpadam w panikę, rozdarty między morderczą chęcią odszukania Alana i wydobycia z niego informacji o tym, gdzie ukrył brata, a przeraźliwym strachem, który ściska mi serce od chwili, gdy straciłem go z oczu. „Nie zostawiaj mnie” prosił, a ja jak ostatni idiota wybrałem za niego, bo wydawało mi się, że wiem lepiej. Gdzie on jest? Gdzie on jest? Rozglądam się nerwowo. Wsiadam do samochodu i odpalam silnik. Gdy mam już odjeżdżać po Alana, zauważam, że jeden z budynków jest oddalony od innych. Schowany za wielkimi drzewami. Biegnę w jego stronę. Ponownie wyciągam broń. Popycham drzwi, które mocno skrzypią. W środku panuje idealna cisza. Wchodzę do środka, zapalając światło i wtedy go znajduję... Wisi nad podłogą, podwieszony na linach. Ma zwieszoną głowę, ale oddycha. 
- Eryku! - krzyczę, odczepiając liny od haków, by uwolnić chłopaka. Jest nieprzytomny. Z ust leci mu krew. Kładę go ostrożnie na podłodze i dzwonię po pogotowie oraz do starego księcia. Dotykam twarzy chłopaka. Jest zimny i mocno pobity. Nie odzyskuje przytomności.
Pogotowie zabiera nas do szpitala, gdzie zabierają go na oddział intensywnej terapii. Po kilku minutach pojawia się stary książę. 
- Wasza wysokość... 
- Wiadomo już coś? 
- Nie. Dopiero zaczęli go badać. 
- Jak to się mogło stać? - mężczyzna wydaje się bardzo mocno zmartwiony. 
- To moja wina. Zostawiłem go z rodzicami, a potem śledziłem Rogera i Klaudię. 
- Nie obwiniaj się. Dom naszpikowany był ochronę. Pilnowali go zarówno moi ludzie jak i ludzie zatrudnieni przez Alana. 
- Kto zazwyczaj pilnuje Alana? - pytam przez zaciśnięte zęby, starając się zachować nad sobą panowanie. 
- Max i Dawid. Nie wiedziałeś? 
- Max i Dawid... - powtarzam po nim. Popamiętacie mnie... 
- Dlaczego śledziłeś Rogera? 
- Bo to on i Klaudia, była asystentka, stoją za próbą porwania, wybuchem oraz anonimami. 
- Roger?! Klaudia?! - zanim udaje mi się przekazać księciu więcej informacji, wychodzi do nas lekarz. 
- Wasza wysokość – wita się. 
- Doktor Arim – książę podaje mu rękę – co z moim wnukiem? 
- Został mocno pobity. Tym razem obyło się bez złamań. 
- Wyjdzie z tego? Odzyskał przytomność? - pytam zdenerwowany. 
- Tak, ale tylko na chwilę. Nic nie powiedział. Na razie podaliśmy leki i robimy badania. Potrzebna jest zgoda waszej wysokości na utrzymanie księcia w śpiączce farmakologicznej. 
- Dlaczego? - pytamy jednocześnie. 
- Jego organizm jest słaby. Dzięki wzmożonej dawce leków przeciwbólowych prześpi najgorsze. 
- Zgadzam się, doktorze. Proszę robić to co konieczne. 
- Oczywiście. Możecie wrócić do domu. W razie czego dam znać. 
- Doktorze, żadnej policji i prasy – prosi dziadek. 
- Wiem, wiem – lekarz uśmiecha się smutno, po czym znika za drzwiami, odgradzającymi mnie od Eryka. 
- Wracam do domu – oświadcza niespodziewanie książę. 
- Ja tu zostaję. 
- Nie musisz. To najlepszy lekarz jakiego mamy w królestwie. 
- Mimo to chcę tu zostać – siadam na krześle i chowam twarz w dłoniach. 
- To nie twoja wina, chłopcze – książę kładzie mi dłoń na ramieniu. 
- Moja. Tylko moja. Gdybym go pilnował... 
- Gdybyś go pilnował, nie wiedzielibyśmy kto próbował go zabić. 
- Roger powiedział, że zrobił to po to, by przejąć firmę hrabiego. 
- Porozmawiam z Ryszardem.
- Powiedział także, że Eryk próbował popełnić samobójstwo. Czy to prawda? 
- Tak. Połknął opakowanie leków. To było krótko po tym jak rodzice wyrzucili go z domu. Uratowało go płukanie żołądka. Gdy doszedł do siebie, wysłałem go za granicę, aby odpoczął. Obiecał, że więcej tego nie zrobi. Proszę, nie mów o tym nikomu. Prasa by go zniszczyła. 
- Nikomu nie powiem - zapewniam księcia.
- Jedź ze mną do domu. Nie pomożesz mu siedząc tu całą noc. Kazałem moim ludziom obstawić szpital. Będą też pilnować pokoju Eryka. Nikt się tu nie przedostanie. Poza tym chciałbym, abyś opowiedział mi wszystko o tym, czego się dowiedziałeś. Niewykluczone, że jeszcze tej nocy będę musiał porozmawiać z Ryszardem. Chciałbym, abyś przy tym był. Wrócimy tu rano. On i tak będzie spał. Proszę – patrzy mi w oczy. Wiem, że potrzebuje mojej pomocy. Z ciężkim sercem podnoszę się z krzesła, zostawiając Eryka kolejny raz dzisiejszego dnia.

wtorek, 24 maja 2016

Rozdział XXII

„Humory księcia

Eryk

Każdy dzień nieodwracalnie zbliża mnie do balu. Obowiązków jak zawsze mam sporo, więc brakuje czasu na rozmyślania o groźbach Alana.
Staram się pracować w nocy, by spać w dzień, gdy wiem, że Simon kręci się gdzieś obok, dzięki temu jakoś funkcjonuję.
Simon także dziwnie się zachowuje. Nadal wymienia z Alanem mnóstwo wiadomości i często ze sobą rozmawiają, lecz jego oczy nie lśnią takim szczęściem jak dawniej. Nie wiem, co zaszło między nimi tamtego dnia i nic mnie to nie obchodzi. Jeśli jest na tyle głupi, by pozwalać sobą manipulować, to jego wybór. Próbowałem go ostrzec. Nie posłuchał. Nic więcej nie mogę dla niego zrobić.
Na trzy dni przed balem porządkuję wszystkie dokumenty, które mam w pokoju, upewniając się, że w razie czego nie pozostawię po sobie żadnych śladów, które mogłyby mnie zdemaskować. Simon uważnie mi się przygląda, jednak nic nie mówi. Ostatnio często spędzamy czas w ten sposób. Milcząc. Każdy pochłonięty jest swoimi sprawami.
Od zajęć odrywa mnie niespodziewana wizyta dziadka, który każe mężczyźnie zabrać mnie do ogrodu na spacer, bo blado wyglądam. Właśnie zaczęło się lato, a ja siedzę w klimatyzowanym pokoju, niczym w więzieniu, oglądając słońce przez kuloodporną szybę.
- Czym sobie zasłużyłem na taką dobroć? - pytam mego dobrodzieja, nie kryjąc sarkazmu.
- Eryku... Proszę cię. Przecież źle się czułeś.
- Nie przeszkadzało ci to, kiedy ratowałem tyłek Maxa.
- Eryku... - dziadek nie wie co ma odpowiedzieć. Jest mu wstyd przed Simonem. 
- Dziękujemy, wasza wysokość. Już wychodzimy – ochroniarz stara się ratować sytuację. 

- Nie musiałeś być dla niego taki niemiły – karci mnie, gdy idziemy do ogrodu. 
Nie odpowiadam. Chowam okulary do kieszeni i cieszę się promieniami słońca. Ciepły wiatr rozwiewa mi włosy. Wreszcie mogę zdjąć marynarkę, którą rzucam na ławkę przed domem.
- Jak daleko możemy iść? 
- Co masz na myśli? 
- Jak daleko od domu wolno mi odejść? Metr? Pięć metrów? Dziesięć? 
- Bardzo zabawne. Ze mną możesz iść gdzie chcesz, aż do ogrodzenia. 
- Do ogrodzenia. Super. Tylko smyczy brakuje – drwię. 
- Nie smyczy, a kagańca... Mógłbyś chociaż na chwilę powstrzymać się od złośliwości? 
- Nie jestem złośliwy. 
Odchodzę jak najdalej domu, by choć na chwilę zapomnieć o tym, że będę tu musiał wrócić. Kładę się na trawie pod drzewem i staram zrelaksować. Jestem zmęczony, ale żal mi teraz zasypiać. Wiatr szumi nad moją głową, poruszając gałęziami drzewa. Otwieram oczy zauroczony.
- Mogę cię o coś zapytać? - nie daje o sobie zapomnieć... 
- Słucham. 
- Byłeś kiedyś zakochany? 
- Zakochany? To dosyć trudne pytanie. 
- Trudne? - dziwi się, siadając obok mnie i opierając się plecami o pień. 
- Wiem co to znaczy kochać ponad wszystko. To chciałeś wiedzieć? 
- Kochałeś tak drugą osobę? 
- Nie. Kochałem tak coś, co było dla mnie wszystkim. 
- Co to było? 
- To już nie ma znaczenia – odpowiadam cicho. 
- Nie chcesz mi powiedzieć? 
- Nie chcę. 
- Dlaczego? 
- Bo to już przeszłość. 
- No dobrze. Umiesz kochać rzeczy, a potrafiłbyś pokochać tak drugą osobę? - przesuwam się, by lepiej go widzieć. 
- Moim zdaniem nie ma innej miłości. Albo kochasz całym sobą albo nie kochasz wcale. Prawdziwa miłość nie boi się nawet śmierci. 
- Oddałbyś życie za ukochaną osobę? 
- Tak. A ty nie? - dziwię się. 
- Skąd możesz to wiedzieć? 
- Każdy o tym wie. Nie czytałeś bajek? - odpowiadam zirytowany, bo nagle zachciało mu się drążyć temat uczuć. 
- Mama mi czytała, a tobie? 
- Nie pamiętam, ale chyba nie. 
- Nie czytała ci bajek?
- Była zajęta.
- Czym?
- Nie wiem, ją musiałbyś zapytać. 
- Więc kto czytał ci bajki?
- Sam sobie czytałem.
Wiatr znowu szumi między gałęziami, rozwiewając mi włosy. Przymykam powieki i kładę się na plecach.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. 
- Na które? 
- Czy potrafiłbyś pokochać drugą osobę? 
- Simon... To nie jest kwestia specjalnych umiejętności. Wszyscy są zdolni do miłości. Ja... - szukam odpowiednich słów, by nie zdradzić mu za wiele – zostałem zepsuty. Cokolwiek zrobię, cokolwiek powiem, nie zmienię przeszłości. Nigdy nie zapomnę, nawet gdybym bardzo się starał. To nie czyni ze mnie odpowiedniego partnera do związku.
- Mówisz tak, jakby nikt nie miał cię już nigdy pokochać. 
- Rodzice się mnie wyrzekli. To powinno dać ci do myślenia. 
- Co takiego im zrobiłeś? 
- Postawiłem przed nimi wybór, albo Alan, albo ja. Wybrali jego. Nie mam im tego za złe. Nie chcę żyć w zakłamaniu. 
- W zakłamaniu? 
- Będziesz po mnie wszystko powtarzać? W zakłamaniu. Dokonali wyboru. Tak samo dziadek, a nawet ty. Nie zmuszajcie mnie, abym udawał, że tak nie jest. 
- Alan jest dla mnie bardzo ważny. To mój przyjaciel... 
- Wiem – staram się uśmiechnąć, ale kiepsko mi idzie. - Postaraj się zrozumieć mój punkt widzenia. Tu nie ma miejsca na nas dwóch. On lub ja. Musisz wybrać.
- Ale... 
- Nie ma żadnego „ale”. 
- Gdybyś pogodził się z Alanem, nikt nie byłby zmuszony wybierać między wami. 
- Pewnie masz rację. Na szczęście nigdy nie będę musiał sprawdzać tej teorii w praktyce. 
Naszą rozmowę przerywa telefon. Wiem, że to dziadek jeszcze zanim odebrał. Minęło trzydzieści minut. Podnoszę się i otrzepuję ubranie z liści.
- Mam wracać, prawda? - pytam. 
- Tak – Simon niechętnie się podnosi – też masz wrażenie, że byliśmy tu bardzo krótko? - pyta niespodziewanie. 
- Nie szkodzi – rozglądam się po raz ostatni po ogrodzie. Ogarnia mnie żal na samą myśl, że więcej go nie zobaczę.
Noc poprzedzająca bal... Nie mogę zasnąć. Rozważam różne możliwości. Czy byłbym równie zdenerwowany, gdyby Simon wybrał mnie, a nie Alana? Jakby to było, gdyby był tu teraz ze mną? Wspierał, dodawał otuchy... Nigdy się nie dowiem.
Tak naprawdę marzę tylko o tym, by chociaż na chwilę znaleźć się znowu w jego ramionach. Poczuć ciepło. Zamiast tego otulam się ciasno ramionami i obserwuję wskazówki przesuwające się po tarczy antycznego zegara, który wisi na ścianie. Czy czegoś żałuję? Czy mogłem zrobić coś lepiej lub inaczej? Chyba nie. 
Mogłem pocałować Simona jeszcze raz, ale on już nie jest mój... Teraz ktoś inny będzie go całować. 
Spędzam dzień na pracy w swoim pokoju. Wieczorem przebieram się w smoking i czekam. Zabezpieczam telefon dodatkowym hasłem, usuwając z pamięci wszystkie zbędne dane.
Przed samym wyjazdem odwiedza mnie dziadek. 
- Eryku, wszystko będzie dobrze. Zobaczysz – uśmiecha się fałszywie. Chyba nawet on w to nie wierzy. 
- Możemy jechać – oświadcza Simon, wchodząc do mojego pokoju. 
Schodzę z nim do samochodu. Dziadek każe nam jechać królewską limuzyną. Siadam przy oknie, przysłuchując się rozmowie, jaką prowadzą.
Szofer parkuje przed głównym wejściem. Dziadek zatrzymuje się, by pomachać do reporterów. Ja mam to gdzieś. 
- Nie denerwuj się tak – zielonooki próbuje mnie pocieszyć i odchodzi o kilka kroków. Zatrzymuję go, łapiąc za nadgarstek. Odwraca się w moją stronę. Widzę zaskoczenie w szmaragdowych oczach.
- Obojętne, co by się dzisiaj nie działo... nie zostawiaj mnie samego. Zrób to dla mnie. Ten jeden raz... – proszę łamliwym szeptem. Nie czekam na jego odpowiedź. Pełen obaw i niepokoju, nabieram powietrza w płuca. Już nie ucieknę.
Król jak co roku wydaje prawdziwe przyjęcie, pełne przepychu, arystokratów, polityków i ważniejszych celebrytów. Jutrzejszą prasę na całym świecie obiegną zdjęcia zrobione tej nocy.
Moim najważniejszym obowiązkiem jest przywitanie się z królem oraz wysłuchanie jego przemówienia, a potem unikanie Alana na tyle długo, abym mógł szybko uciec do domu. 
- Tutaj jesteś – dziadek już wydaje się niepocieszony. - Chodź ze mną do króla – popycha mnie w odpowiednim kierunku. 
Przechodzimy przez salę balową, gdzie jego wysokość wita przybyłych gości.
- Mój drogi bracie – ściska dziadka serdecznie. - Dobrze cię widzieć. I ciebie również, książę Eryku. 
- Wasza wysokość – kłaniam się, lecz nie zabawiam rozmową. Przez chwilę patrzymy sobie w oczy. Król szybko odwraca wzrok. 
- Dawno cię nie widziałem Eryku, co słychać? 
- Nadal sam sobie radzę, dziękuję.
Pewnego popołudnia uciekłem ze szkoły, by się z nim spotkać. Błagałem, aby mi pomógł. Płakałem, prosiłem... "Radź sobie sam" powiedział. Miałem niecałe dziesięć lat, lecz zapamiętałem królewską lekcję bardzo dokładnie. Każde nasze spotkanie przywołuje tamten dzień. Jestem przekonany, że jego wysokość pamięta go równie dobrze jak ja. Sama moja obecność jest niczym wyrzut sumienia. Dobrze mu tak. Obyś smażył się w piekle razem z pozostałymi...
Przemówienie króla zostało zaplanowane na godzinę 22:00. Nerwowo spoglądam na zegarek. Zostało niewiele czasu. Trzymam się na uboczu, rozmawiając tylko z tymi osobami, z którymi naprawdę muszę. Na szczęście nie ma ich zbyt wiele. Wypatruję w tłumie Alana. Gdybym wiedział gdzie jest, łatwiej byłoby mi go unikać. Wszystko wskazuje na to, że pojawi się w ostatniej chwili, jak ma to w zwyczaju.
Simon podaje mi kolejny kieliszek szampana, na który zupełnie nie mam ochoty. 
- Nie dzieje się nic złego. To zwykłe, nudne przyjęcie – odzywa się.
- Odprężę się dopiero wtedy, gdy wrócę do domu. - odpowiadam.
Co pewien czas zerkam w jego stronę. Tak długo jak jest obok, czuję się bezpieczny. Może rzeczywiście niepotrzebnie dałem się sprowokować? Jednak Alan to Alan i ostrożności nigdy za wiele...
Tak jak przypuszczałem, jako ostatni wita się z królem. Krótko po tym król prosi zebranych o uwagę.
- Jak zapewne wiecie w tym roku mija trzydzieści pięć lat od czasu, gdy wstąpiłem na tron. Trzydzieści pięć lat... Szmat czasu. Wiele się przez ten czas wydarzyło. Starałem się godnie reprezentować nasz kraj, ale moja podróż dobiegła końca. Postanowiłem zrzec się korony na rzecz księcia Alana, który pierwszego sierpnia, w tej oto sali, złoży uroczystą przysięgę i przejmie panowanie. 
Zebrani witają jego decyzję burzą oklasków, gratulując Alanowi oraz dziękując królowi za lata poświęceń. Większość jego sukcesów zawdzięcza mnie. Czuję się dumny, gdy królewski minister uroczyście odczytuje listę dokonań. Dobrze się spisałem.
Emocje nieco opadają. Chciałbym poprosić Simona, abyśmy wracali, ale dostrzegam rodziców. Nie widziałem ich ponad trzy lata. Niewiele się zmienili przez ten czas.
- Eryku – głos mamy nieco drży – możemy porozmawiać? 
Wyglądają dokładnie tak, jak ich zapamiętałem. Oboje mają jasne włosy. Mama ma na sobie granatową suknię wieczorową, diadem oraz rodową biżuterię. Wygląda pięknie. Kiedyś często wychodzili z ojcem na bale i przyjęcia... Wtedy też zawsze pięknie wyglądała. Jej oczy są znacznie ciemniejsze niż oczy Alana. Za to tata... Właśnie tak będzie wyglądać Alan za kilka lat. Dokładnie tak samo. Musi czuć się dumny z syna, który wkrótce obejmie tron. Po co ja jestem im potrzebny? 
- Nie mamy o czym – próbuję odejść, ale Simon patrzy na mnie z dezaprobatą. 
- To twoi rodzice, chociaż ich wysłuchaj. 
- Nie chcę. 
- Synu, proszę cię. To zajmie tylko chwilę – nalega na mnie. 
- Mów i odejdź – staram się, by mój głos brzmiał lodowato. 
Mama wymownie spogląda na mojego towarzysza. 
- Możemy zostać sami? - prosi go. 
- Nie! - natychmiast protestuję. 
- Tak, oczywiście. Przepraszam. 
- Nie odchodź...! – wołam za nim. 
- Za chwilę wrócę – uśmiecha się do mnie. 
Odprowadzam go wzrokiem, gdy znika w tłumie. Nie podoba mi się, że przez rodziców musieliśmy się rozstać.
- Eryku – mama kładzie mi dłoń na ramieniu, lecz gdy odwracam na nią wzrok, natychmiast cofa rękę, ubraną w długą, białą rękawiczkę – chcielibyśmy, abyś wrócił do domu. Alan niedługo się wyprowadzi i zamieszka tutaj. To wspaniała okazja, abyśmy mogli żyć jak dawniej. 
- To wykluczone. Coś jeszcze? - pytam coraz bardziej zirytowany, wypatrując powrotu Simona. 
- Wiem, że możesz mieć do nas żal, ale postaraj się zrozumieć... Twoja obecność w domu bardzo by nam pomogła. Mógłbyś przejąć firmę i pomagać bratu – zaczyna ojciec. 
- Nie jesteśmy rodziną. Pamiętasz, jak mnie wyrzuciłeś? Bo ja tak. Otworzyłeś drzwi i wypchnąłeś mnie za nie krzycząc, że nie jestem już twoim synem. Zdaniem sądu jestem sierotą. Nie mam ani ojca, ani matki. 
- Nie mów tak! Bardzo nas krzywdzisz! Gdybyś nie był taki uparty...! Czy rodzina nic dla ciebie nie znaczy? 
- Znaczy bardzo wiele. Rodzina to osoby, które się nami opiekują, zwłaszcza wtedy, gdy komuś dzieje się krzywda. Waszym obowiązkiem było chronić mnie, bo byłem dzieckiem. Małym, bezbronnym dzieckiem. Tymczasem wy staliście z boku i przyglądali mojej krzywdzie. 
- To nieprawda! - protestuje mama. 
- Milcz! - syczę do niej, by nie wzbudzać sensacji otoczenia – nigdy więcej nie chcę was widzieć. Zejdźcie mi w oczu, inaczej za chwilę wszyscy dowiedzą się prawdy o tym jaką jesteśmy cudowną, kochającą się rodziną – staram się pohamować złość, lecz na próżno. 
- Jeszcze tego pożałujesz! - ojciec patrzy mi wściekle w oczy. 
- Grozisz mi? - pytam spokojnie. 
- Żebyś wiedział. Jak Alan zostanie królem to... 
- To co? - kpię z niego. - Co jeszcze może mi zrobić? 
- Nie prowokuj go – ostrzega mnie. 
- Zejdźcie mi z oczu! Brzydzę się wami!
Oburzenie malujące się na książęcych twarzach, jest bezcennym widokiem. Opada maska lukrowanego szczęścia, ukazując prawdziwe uczucia. Nic się nie zmieniło. Nadal obwiniają mnie o wszystko, co się wydarzyło. Mam ochotę roześmiać im się w twarz, ale jakie to ma znaczenie? To był ich wybór, nie mój. To oni mnie skreślili. Woleli swojego ulubieńca.
Gdzie Simon? Czemu to tak długo trwa? Krążę po sali balowej szukając go, ale wygląda na to, że zapadł się pod ziemię. Dzwonię i dzownię, lecz nie odbiera. Może coś się stało? Wypatrzyłem w tłumie ochroniarzy dziadka. Już miałem do nich podejść, gdy ktoś na mnie wpada i popcha w kierunku ściany. 
- No proszę, a kogo my tu mamy? Chowasz się przed nami, Eryku? 
- Tak jak ty przed wierzycielami, Dawidzie? - odcinam się mężczyźnie. 
- Przed nikim nie muszę się chować, smarkaczu! 
- Oczywiście, że nie. Zapomniałem, że sprzedałeś swój dług konsorcjum. 
- Zamknij się! - jego wzburzony głos zwraca uwagę zebranych. 
- Spokojnie, Dawidzie – uspokaja go Max, udając lekko wstawionego – nie przyszliśmy tu, by się kłócić. To bal, bawmy się. 
- Masz rację stary, zabawmy się – wymieniają między sobą porozumiewawcze spojrzenia. 
- Chodź z nami Eryku. Musimy porozmawiać – Max uśmiecha się do mnie, choć jego oczy mówią coś zupełnie innego. 
- Nie chcę, czekam tu na kogoś. 
- Masz na myśli twojego ochroniarza? Obawiam się, że jest nieco... zajęty – szepcze Dawid. 
- Wiedziałeś, że ma słabość do Alana? 
- Są razem w jednym z pokojów piętro wyżej. Raczej nie chcą, by im przeszkadzać. My nie możemy być gorsi, prawda Eryku? 
- Książę nie jest przekonany – Max odbiera mi kieliszek, który trzymałem w dłoni. - Nic nie szkodzi. Mamy swoje sposoby, abyś zmienił zdanie – przypiera mnie do ściany, kładąc ręce po obu stronach głowy, abym nie miał jak uciec. 
W tej samej chwili Dawid wyciąga z kieszeni niewielką strzykawkę i wbija mi igłę w ramię. Zaczyna mi się kręcić w głowie. 
- Źle się czujesz, Eryku? Wypiłeś za dużo szampana? - pyta z troską w głosie? - Może wyjdziemy na chwilę na zewnątrz? Łyk świeżego powietrza dobrze ci zrobi. 
Czuję jak nogi się pode mną uginają. Max łapie mnie za lewe ramię, a Dawid za prawe. Dyskretnie opuszczamy salę.
Gdy odzyskuję świadomość, mam związane ręce i jestem zakneblowany w stajni, na tyłach ogrodu. Dawid pociąga za linę tak długo, aż moje nogi przestają dotykać ziemi, a następnie przywiązuje ją do haka, wbitego w ścianę. 
- Max, pamiętaj, żeby nie celować w twarz i niczego mu nie złamać. 
- Przecież wiem – zdejmuje frak – przytrzymaj. 
- To niesprawiedliwe! Ja też chcę się z nim pobawić!
- A kto powiedział, że nie będziesz miał okazji? 
- To nie tak, że coś do ciebie mamy, książę. Jesteśmy ci bardzo wdzięczni za pomoc, ale znasz Alana. Nie lubi, gdy ktoś mu podskakuje – Dawid zaczyna delikatnie mnie popychać sprawiając, że sznur boleśniej zaciska się na związanych nadgarstkach. 
- Prosił, abyśmy ci tylko przypomnieli, że masz siedzieć cicho do koronacji, bo jak nie, to sprawy mogą przybrać znacznie gorszy obrót – Max, jako pierwszy, uderza mnie pięścią w brzuch. Robi mi się słabo. 
- Nie tak mocno, stary. Takim tempem od razu go wykończysz! - protestuje Dawid.
- To nie moja wina, a jego! Sam zobacz, jaki jest chudy!
Tym razem to Dawid bierze zamach i celuje w to samo miejsce. Cios jest słabszy od poprzedniego, lecz równie bolesny.
- Widzisz? A jednak można – uśmiecha się do swojego kompana.
- W takim razie teraz ty  – Max odbiera mu swój frak i czeka aż Dawid pójdzie w jego ślady. 
- Nie będę się rozbierał. Nie chcę pognieść rzeczy – uderza mnie po raz kolejny, tym razem znacznie mocniej. 
Zapadam w ciemność...

poniedziałek, 23 maja 2016

Rozdział XXI

„Humory księcia


Simon


Odpalam silnik sportowego auta. Cieszę się, że wreszcie mogę spędzić kilka godzin poza posiadłością i nabrać do wszystkiego dystansu. Zwłaszcza pobyć z dala od Eryka... Co mu się stało? Czy to możliwe, aby decyzja króla tak nim wstrząsnęła, że aż się rozchorował? Chce zwrócić na siebie uwagę? Ciągle jest wściekły. Jednak to, co najbardziej mnie niepokoi to zemsta, z której nie chce zrezygnować... Z drugiej strony co mały książę może zrobić bratu? Nie podpowie mu żadnej złej decyzji, bo za bardzo troszczy się o królestwo. Jest ciągle pod obserwacją. Nie wychodzi z domu. Nie ma znajomych. Czasami celowo czytam mu przez ramię, by wiedzieć czym się zajmuje. Zazwyczaj przegląda dokumenty, albo lokalne wiadomości. Cokolwiek planuje, nie jest to nic groźnego. Mógłby rzucić czymś w brata, tak jak ma w zwyczaju rzucać we mnie, ale to i tak niczego nie zmieni. A jednak myśl o zemście zatruwa go niczym jad. Odsunął się od rodziny. Nie ma żadnych bliskich. 
Każda osoba z jego otoczenia wie, że Eryk ma swoje dziwactwa, jednak nikt nie traktuje ich poważnie. Jak to możliwe, że ktoś tak inteligentny marnuje swój potencjał na takie bzdury... 
Znienawidził brata, bo zgubił się w lesie jako dziecko... Wiele dzieci gubi się w lesie. Sam nie raz się gubiłem bawią się z bratem, gdy spędzaliśmy wakacje u babci, ale zawsze traktowaliśmy to jako przygodę. Czy to możliwe, aby tak bardzo przeżył tamten incydent, że nadal śnią mu się koszmary?
Parkuję samochód pod ratuszem i wchodzę do środka, wypatrując Alana, co nie jest trudne, bo otacza go wianuszek uśmiechniętych urzędniczek. Niebieskooki książę posyła im zniewalające uśmiechy, pozuje do zdjęć. Nic się nie zmienił. Zawsze wzbudzał zainteresowanie otoczenia.
- Przepraszam drogie panie, ale jestem umówiony. Niedługo znowu was odwiedzę. 
- Książę, zawsze z przyjemnością ci pomożemy. Wracaj szybko. 
Alan macha im na pożegnanie, kierując się w moją stronę.
- Simon, masz samochód? Ratuj mnie – szepcze mi do ucha obejmując na powitanie. 
- Ciężko jest być popularnym, co? - żartuję z niego. 
- Chcesz się zamienić na jakiś czas? - pyta z nadzieją w głosie. 
- I być bezustannie uwielbianym przez piękne kobiety? W każdej chwili – odpowiadam, idąc w stronę auta. 
- Czy to by znaczyło, że ja musiałbym chronić Eryka? - przystaje na chwilę, co natychmiast zostaje zauważone przez kolejne kobiety. 
- Skoro się zamieniamy, to tak. 
- W takim razie rezygnuję. Wolę rozwścieczony tłum kobiet, niż mojego wiecznie niezadowolonego braciszka. 
- Wsiadaj, rozchwytywany książę – otwieram drzwi samochodu. 
- Fajny wóz. 
- Twojego brata. Pożyczyłem. 
- Ma już prawo jazdy? 
- Jeszcze nie. Chciałem go nauczyć, ale nie był zainteresowany. 
- Zupełnie mnie to nie dziwi – uśmiecha się.
- Gdzie jedziemy? 
- Do Twierdzy. Wiesz gdzie to jest? 
- Masz na myśli ten nowy hotel? - pytam z zainteresowaniem. 
- Tak. Zamówiłem stolik w restauracji. Było bardzo ciężko. Musiałem powiedzieć, że jestem księciem – żali się, na co ja wybucham śmiechem. - Nie śmiej się ze mnie. Mam ochotę napić się wina i świętować z moim najlepszym przyjacielem – wpatruje się we mnie zrelaksowany. 
- Naprawdę się cieszysz? 
- Tak. Bardzo. Czuję, że wypełnia się moje przeznaczenie – odpowiada poważnie. 
- Przeznaczenie... - powtarzam po nim. 
- Szkoda, że się nie widzisz – Alan stara się mnie naśladować. Robi tak głupią minę, iż kolejny raz zaczynamy się śmiać. 
- Stałeś się bardziej poważny – zauważa. - Czy to zasługa garnituru, czy mojego przeuroczego braciszka? Przyznaj się, daje ci się we znaki, prawda? 
- Nie uśmiecha się zbyt często, to prawda. Nie zmienia to jednak faktu, że ktoś mu grozi, więc sytuacja nie sprzyja żartom. 
- Nie masz wrażenia, że Eryk, pomimo swojego młodego wieku, jest już stary i zgorzkniały? Czasami, gdy jeszcze wolno mi było go odwiedzać, zachowywał się jak dziadek naszego dziadka. 
- Jest mocno skoncentrowany na pracy – przyznaję. 
- On nigdy nie żartował. Nie umie się bawić. Przynajmniej nie tak jak my. Zabawimy się dzisiaj.
 Udaje mi się zaparkować, po czym kelner kieruje nas do stolika oddalonego od innych, na co Alan bardzo nalega.
- Ładnie tutaj – zauważa. - Zupełnie inaczej niż się spodziewałem. Chociaż nazwa brzmi nieco pretensjonalnie... 
Rozglądam się po pomieszczeniu. Zarówno restauracja, jak i sam hotel są bardzo nowoczesne. Pomieszczenia urządzone są elegancko i z przepychem. Widać, że zainwestowano tu sporo pieniędzy.
- Znasz właściciela? - unosi wzrok znad karty win. 
- Nie, ale prędzej czy później go poznam. Król zaprosił go na przyjęcie. Ponoć to jakiś zamożny szejk, którego znudziła Europa. Jest też właścicielem konsorcjum. 
- Konsorcjum? Masz na myśli to samo konsorcjum, które inwestuje w lokalne firmy? 
- Dokładnie tak. Wybudował Twierdzę dla kaprysu, bo podczas ostatniej wizyty nie był zadowolony z obsługi w hotelu, który należał do Dawida. Szejk go kupił, a potem zburzył i w niecałe dwa lata postawił ten. 
- Więc dlaczego przyszliśmy tu na obiad? - pytam zdziwiony. 
- Z ciekawości. Dawid byłby wściekły, gdyby się dowiedział, ale będąc z tobą czuję się rozgrzeszony. Poza tym mają tu niezłe wina. 
Po kilku godzinach w restauracji oraz kilku butelkach czerwonego trunku, lekko szumi mi w głowie. Alan decyduje, że musimy przejść się na spacer do parku, który kiedyś uwielbialiśmy.
- Tęskniłeś za tym?  
- A ty nie? - unosi jasne brwi w podobny sposób, w jaki robi to Eryk. 
- Tego nie powiedziałem, ale wydawało mi się, że wolisz unikać otwartej przestrzeni i tłumów fanek. 
- Simon, za dużo się martwisz – wyciąga z kieszeni marynarki ciemne okulary, które tylko podkreślają jego niespotykaną urodę. 
- To ma załatwić sprawę? - kpię. 
- Źle w nich wyglądam? 
- Wprost przeciwnie. 
- W razie czego nadal szybko biegam – przesuwa okulary nieco niżej, by móc wpatrywać się we mnie błękitnymi tęczówkami. - Ryzykujesz czy nie? 
- Nie mam innego wyjścia. 
Spacerujemy małymi uliczkami, które położone są na obrzeżach centrum, w kierunku mostu.
- Pamiętasz, kiedyś często tu przychodziliśmy. 
- Chyba ty. Nie ma bardziej romantycznego miejsca niż most wiszący nad rzeką i park po jego drugiej stronie. Zabierałeś tu wszystkie dziewczyny. 
- A dzisiaj zabieram ciebie – uśmiecha się do mnie. – Co powiesz na spacer? – Zdejmuje okulary i spogląda w moje oczy, w taki sam sposób, w jaki dawniej uwodził dziewczyny na szkolnych korytarzach. 
- Książę, to dla mnie prawdziwy zaszczyt – odpowiadam. 
- Powiedziałeś to specjalnie – oburza się. 
- Nie wiem o czym mówisz – z ironią zakłada okulary i udaje, że się na mnie obraża. 
- Dobrze wiesz. Wszystkie nastolatki tak do mnie mówiły. 
- Wiem – uśmiecham się chytrze – pamiętam także, że gustowałeś w blondynkach. 
- Jesteś podły! – przyspiesza kroku, więc zaczynam za nim biec. 
- Blondynki zabierałeś na spacer do parku, a całą resztę do kina. 
- Wiedziałeś o tym?! 
- Od zawsze. 
- A ja myślałem, że to mój słodki sekret – nie kryje zaskoczenia. 
- Nikomu go nie zdradzę – obiecuję, kładąc prawą rękę na sercu. 
- Wiesz co jest najdziwniejsze? Nie pamiętam ich twarzy, za to bardzo dobrze pamiętam twoje roześmiane oczy za każdym razem, gdy tu przychodziliśmy. 
- Książę... Sprawiasz, że się rumienię. 
- Nie mów do mnie książę. Wiesz, że tego nie lubię. 
- Przestanę, gdy zostaniesz królem. Król lepiej brzmi.
- Zdecydowanie lepiej.  
Przechodzimy przez most w milczeniu, podziwiając widok.
- Dawno tu nie byłem – rozglądam się po okolicy, bo drzewa wydają mi się znacznie wyższe, a żwirowane alejki, które prowadziły do naszego ulubionego miejsca, zostały zastąpione kamiennymi dróżkami. 
- Ja też nie. Ostatni raz z tobą – przez dłuższą chwilę patrzy mi w oczy, a potem odwraca wzrok – ścigamy się do drzewa? 
Wspinamy się na pagórek, za którym rośnie największa płacząca wierzba, jaką kiedykolwiek widziałem, i skąd widać, jak rzeka skręca w kierunku miasta. Mało osób wie o tym miejscu, bo wzniesienie jest dosyć strome. Nigdy nam to nie przeszkadzało. Kładziemy się na trawie pod olbrzymim wierzbowym parasolem, schowani przed ciekawskimi spojrzeniami ewentualnych spacerowiczów.
- Simon?
- Tak? 
- Zrobisz coś dla mnie? - prosi cicho, zapatrzony w mieniące się fale. Unoszę się na łokciu, by lepiej go widzieć.
- Co mam zrobić? 
- Bądź ze mną. 
- Przecież jestem. 
- Nie rozumiesz – uśmiecha się – chcę, abyś był ze mną. Wiem, że ty też tego chcesz. Zawsze tego chciałeś. 
- Alan... 
- Daj mi dokończyć - kładzie mi palec na ustach. - Proszę, abyś zostawił Eryka i wrócił ze mną do domu. Kiedy dowiedziałem się, że tu jesteś, rzuciłem wszystko i natychmiast przyjechałem. Złamałem zakaz dziadka, który zabrania mi odwiedzać się w domu. Mimo to zrobiłem to i nie żałuję. Wróć ze mną – nalega.
- Alan... 
- Proszę. Przecież wiem, że czujesz to co ja. Nie musisz nic mówić. Widzę to w twoich oczach. Między nami zawsze istniała ta niewidzialna więź, od pierwszej chwili – zaciska dłonie na mojej koszuli i chowa twarz - nie pozwolę ci więcej odejść. Jesteś mój! - przyciąga mnie blisko siebie, obejmuje ramionami i całuje. Otwiera usta, aby nasze języki się spotkały. 
Czy to możliwe? Czy ja śnię? Przecież zawsze chciałem go pocałować... Zawsze go pragnąłem... A teraz mam go w swoich ramionach. Namiętnego... Zupełnie mi uległego. Przesuwam kolano między jego uda, by być jeszcze bliżej. Jęczy mi prosto do ust, chcą więcej. Szarpie koszulę, by ułatwić swoim palcom błądzenie po mojej rozgrzanej skórze. Smakuje winem i Alanem... Najbardziej seksowne połączenie... Odchylam jego głowę do tyłu i zaczynam całować po szyi. Wplata palce w moje włosy. Unosi powieki, by wabić mój wzrok rozmarzonym błękitem. Chcę go. Tu i teraz. Bardziej niż czegokolwiek. Całuje go znowu i znowu, aż nie jesteśmy w stanie złapać tchu. Powoli zaczynam odpinać guziki książęcej koszuli, odsłaniając kolejne centymetry nagiego ciała.
Słyszę jakiś irytujący dźwięk, który wydobywa się z kieszeni jego marynarki. 
- Nie odbierzesz? - pytam, przesuwając się językiem coraz niżej. 
- Powinienem, ale... Nie przestawaj – marudzi, gdy sięgam po telefon i mu podaję. 
- Halo – szepcze, starając się zapanować nad oddechem. - Nie. Jestem zajęty. Teraz? Dobrze. Niedługo będę. 
Opada na trawę obok mnie. Jego klatka piersiowa nadal szybko unosi się i opada, kusząc jasną skórą.
- Muszę już iść – obraca się w moją stronę zirytowany – obowiązki wzywają. 
Przytula się, a następnie przesuwa ustami po moich ustach.
- Nie... - ostrzegam go. 
- Chcę tu z tobą zostać – mruczy cicho, niczym kot – kochać się pod tym drzewem, a potem zabrać cię do łóżka i... 
- Za chwilę stracę nad sobą panowanie - odsuwam go. 
- Czyli mam jeszcze chwilę – zakrada się palcami pod moją koszulę, śmieją cicho i drażnią sutki swoim zwinnym językiem. 
- Rób tak dalej, a zostaniesz tu do rana – przytrzymuję mu nadgarstki. 
- Simon... Jedź ze mną. Powiedz, że się zgadzasz –prawie mnie błaga.
- Nie mogę – wzdycham cicho. 
- Nie możesz, czy nie chcesz? – pyta, wpatrując się we mnie uporczywie. 
- Nie mogę. Ktoś zagraża Erykowi. Nie mogę go zostawić.
- Eryk... Zawsze Eryk... Ktoś inny może go pilnować. Ja bardziej cię potrzebuję. Latami na ciebie czekałem. 
- Wiem. Ja na ciebie też – uśmiecham się do niego, całując w policzek. 
- Więc chodź ze mną. Jeszcze dzisiaj zatrudnię kogoś na twoje miejsce. Nawet kilka osób, jeśli to konieczne. 
- Alan... Eryk nie jest obecnie w najlepszej formie. Poza tym zbliża się bal i koronacja. Nowa osoba nie zaskarbi sobie jego zaufania z dnia na dzień.
- Zaufania? Eryk i zaufanie? Chyba żartujesz. 
- Poznałem go i wiem jaki jest, co daje mi przewagę. Nie ma łatwo, jest chory, nie będę dokładać mu stresów. 
- A ja? Moje potrzeby już się nie liczą? Simon, ja cię kocham i chcę z tobą być. Teraz! 
- Ja ciebie też, zawsze o tym wiedziałeś. Mimo to będziesz musiał uzbroić się w cierpliwość. Po koronacji dziadek obiecał Erykowi wakacje. Poproszę, aby do tego czasu znalazł kogoś na moje miejsce, dobrze? - przesuwa ustami po jego ustach. 
- Obiecujesz?  
- Obiecuję. A teraz wracajmy.
- Spotkasz się ze mną na balu? - pyta nagle, zapinając guziki i tak mocno pogniecionej koszuli. 
- Tak – uśmiecham się. 
Odprowadzam go do parkowej bramy, gdzie czeka już samochód.
- Obiecałeś – uśmiecha się do mnie po raz ostatni, powtarzając tak drogie nam słowo. 
- Do soboty – macham mu na pożegnanie. 
- To jeszcze cały tydzień – żali się, gdy kierowca odpala silnik. 
- Ja czekałem kilka lat, więc ty możesz poczekać do soboty – śmieję się z niego. 
Przez resztę popołudnia spaceruję po parku. Propozycja Alana... Być z nim? Tak na poważnie? Powiedział, że mnie kocha... Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego... Kiedyś rzuciłbym dla niego wszystko, ale teraz... Jeszcze dwa dni temu w taki sam sposób całowałem jego brata... Kilka godzin z Alanem skomplikowało sytuację.
Eryk... Trudno mi będzie się z nim rozstać. Jest złośliwy, ale lubię go. Nawet więcej niż tylko lubię. Ma w sobie kruchość i delikatność, z którą nie spotkałem się nigdy wcześniej. Jest piękny. Znacznie piękniejszy niż starszy brat, a gdy się uśmiecha... Gdy jego oczy się śmieją, cały promienieje. Nie mówiąc już o tym, że jest zupełnie bezbronny... Na samą myśl, że ktoś mógłby go skrzywdzić...
Wracam do domu wieczorem. Starego księcia jeszcze nie ma, więc od razu idę do Eryka. Otwieram drzwi jego pokoju. Byłem pewny, że będzie spać, ale siedzi przy stole i pracuje.
- Miałeś odpoczywać – karcę go. 
- Miałem – odpowiada cicho – ale dziadek kazał mi to skończyć. 
- Jadłeś coś? 
Nie odpowiada, mierząc mnie zmęczonym wzrokiem.
- Za chwilę. Musze jeszcze obliczyć zyski i … 
- Zjesz ze mną kolację? Przyniosę ci tosta – zachęcam go. 
- Jak będziesz grzeczny – odpowiada, nie odrywając wzroku od monitora. 
- Zaraz wracam – śmieję się. 
Wychodzę na korytarz i opieram się o drzwi. Dlaczego serce tak szybko mi bije, gdy na mnie patrzy? Dlaczego przy nim wszystko wydaje się być na swoim miejscu?
Eryk nienawidzi Alana. Nigdy nie powiedział mi całej prawdy o ich relacji, ani o wydarzeniach z przeszłości. Dlaczego? Mój mały podopieczny nie rzuca słów na wiatr. Gdyby chodziło o coś błahego, nie nienawidziłby brata aż tak. Muszę się koniecznie dowiedzieć o co chodzi, jeśli nie od Eryka, to od Alana. 
Gdy jemy razem kolację, niebieskooki przysyła mi smsa: „Kocham Cię i cholernie za Tobą tęsknię...”. Wpatruję się w ekran telefonu. Ja też mu dziś powiedziałem, że go kocham... Przedtem kochałem go przez lata, a teraz, gdy jest na wyciągnięcie ręki... Czemu czuję się taki zagubiony?
- Wszystko w porządku? - Eryk wyrywa mnie z zamyślenia. 
- Tak. 
- Na pewno? - czuje się dziwnie, gdy lustruje mnie srebrnym spojrzeniem, jakbym został przyłapany na zdradzie – zazwyczaj uśmiechasz się, gdy ktoś do ciebie pisze, a teraz jesteś smutny. Ktoś umarł? 
- Jak zawsze nadzwyczaj spostrzegawczy. Nie, nikt nie umarł. 
- To moja praca. 
- Nigdy nie piszesz do mnie smsów – zauważam. 
- I nie będę. 
- Jesteś wredny. 
- Wiem. Nie raz mi to mówiłeś. 
- Zmieniłeś numer telefonu? 
- Nie. Zablokowałem większość połączeń przychodzących. 
- Mój numer też? 
- Tak. 
- Odblokuj go! – żądam natychmiast. 
- Nie jest mi już potrzebny. 
- Odblokuj, bo inaczej... - ostrzegam krnąbrnego księcia. 
- Nic mi nie zrobisz. 
- Skąd ta pewność? 
- Bo masz coś na sumieniu. 
- Co takiego?! - niemożliwe, aby wiedział... 
- Widzę to w sposobie, w jaki na mnie patrzysz. Czujesz się winny. 
- Ja wcale nie... 
- Nie musisz mi się tłumaczyć – ucina rozmowę – to nie moja sprawa, prawda? 
- Prawda – niechętnie przyznaję mu rację. 
Przegląda teczki z dokumentami. Ściąga okulary i zamyka oczy.
- Lekarka kazała ci leżeć. 
- Max ma kłopoty. Przecież wiesz, że należy do ulubieńców dziadka. Jeśli tego nie zrobię, straci fortunę.
- Mam do niej zadzwonić?
- Podoba ci się?
- Nie.
- Mi też nie. Nie dzwoń.
- Kiedy się położysz?
Jak to skończę. 
- Czyli kiedy? 
- Za jakieś pięć, może sześć godzin. Możesz iść spać - spogląda na zegarek. 
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? 
- Dziękuję za kolację – odpowiada wyuczonym tonem, nie odrywając wzroku od wykresów na papierze. 
- Dobranoc – rzucam ze złością i wychodzę z pokoju, trzaskając drzwiami. 
Czemu tak bardzo zirytowałem się jego zachowaniem? Bo nie okazał mi ani krzty uczucia, na które liczyłem? Bo jest zimny i nieprzystępny? A może dlatego, że odkrył moją tajemnicę? Czy on wie, co mnie łączy z Alanem? A jeśli wie, nie jest zazdrosny? Zupełnie mu na mnie nie zależy? Tamten pocałunek był naszym ostatnim?
 Wracam do swojego pokoju i kładę się na łóżku. Wyciągam telefon i wybieram jego numer. Czekam i czekam. Po dziesięciu sygnałach w końcu odbiera.
- Zgubiłeś się na korytarzu? - pyta, szeleszcząc kartkami papieru.
- Odebrałeś, podły kłamco! Mówiłeś, że zablokowałeś mój numer.
- Simon... - wzdycha ciężko - jesteś moim ochroniarzem. Nie mogę zablokować twojego numeru.
- Wiedziałem.
- Skoro wiedziałeś, to po co dzwonisz?
- Nudzę się - odpowiadam szczerze.
- Jak zdałeś egzaminy w szkole wojskowej? 
- Ściągałem - śmieję się.
- Doniosę na ciebie.
- Jeśli pójdziesz spać, rano sam podyktuję ci treść donosu.
- Nie ma szans. 
- Czyli nadal jestem szpiegiem.
- Śpij już - rozłącza się.
Nie dam rady go zostawić... Nawet gdybym chciał.