Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humory księcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Humory księcia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 lutego 2022

Humory Króla - rozdział 28

 

Simon

Z niedowierzaniem, a może i lekkim osłupieniem, rozglądam się po królewskiej jadalni. Staram się to robić bardzo dyskretnie, bo każdy mój ruch jest śledzony przez wścibskich ochroniarzy, którzy będą mi towarzyszyć. We wszystkim. Na każdym kroku. Każdego dnia. W każdej minucie. W dodatku wydają się entuzjastycznie nastawieni do tego zadania. A ich entuzjazm przeraża mnie do tego stopnia, że czuję nieprzyjemne dreszcze.

Unoszę wzrok. Na wprost mnie siedzi Eryk. Uśmiecha się przelotnie, gdy nasze oczy się spotykają. Poświęca mi sekundę. No może dwie, po czym dalej beztrosko dyskutuje z Vee. Nie mam pojęcia o czym rozmawiają. Irytuje mnie fakt, że jestem obserwowany! Mam ochotę walnąć pięścią w stół i zacząć krzyczeć, że to Eryk jest królem i jeśli ktokolwiek zasługuje na pełną uwagę ochroniarzy, to z pewnością powinien być on. I tylko on. Nie ja! Jest do tego przyzwyczajony. Praktycznie od zawsze ma ochronę. W dodatku zachowuje się swobodnie i naturalnie, czego nie mogę powiedzieć o sobie.

Życie na świeczniku to nie moja bajka. To ja powinienem obserwować otoczenie, aby mój mały władca czuł się bezpiecznie. Jak to się stało, że uległem jego zachciankom? Czemu nie protestowałem? Powinienem się postawić. Właśnie tak! Tak trzeba było zrobić! Zamiast pójść za głosem rozsądku, który słusznie podpowiadał żebym się opamiętał, co zrobiłem? Uległem… I to komu? Małemu, przestraszonemu pisklakowi, który szybko nauczył się pociągać za odpowiednie sznurki.

Kocham Eryka zdecydowanie za mocno. Czy on ma świadomość czego ode mnie wymaga? Przecież ta cała ochrona to jakiś kiepski żart. Nie mówiąc już o tym, że banda narwanych dzieciaków nazywa mnie „Pluszakiem”. Już ja im dam lekcję życia. Mam spore doświadczenie, więc lekko im ze mną nie będzie.

Eryk je kolację. Własne myśli tak mnie pochłonęły, że dopiero teraz to zauważyłem. Porcja jest malutka, ale to i tak spory sukces. Nie przepadam za marynowanym tofu. Wolałbym kawałek mięsa. Soczysty i duży.

- Jeszcze wina? – Uśmiechnięty Vee napełnia kieliszki szkarłatnym trunkiem. Groźnie mrużę oczy, dając blondynowi do zrozumienia, że nie pochwalam takiego zachowania. Mój cichy protest jest ignorowany. Eryk nie powinien pić alkoholu. Jego stan emocjonalny nie jest zbyt stabilny. Alkohol może pogłębić depresję, a stąd tylko mały krok do uzależnienia. Zwłaszcza, że to nie byłby pierwszy raz. Eryk niechętnie opowiada o przeszłości. Mimo to doskonale pamiętam, gdy wspominało o kilkutygodniowym maratonie alkoholowym, który on i Vee urządzili sobie w Wiedniu. Później rzekomo przestali pić. Spędzili razem trzy lata. Nie mam pewności, że to był jednorazowy incydent. Obydwaj milczą na ten temat. To również doprowadza mnie do szału! Niedomówienia. Sekrety. Tajemnice. Czuję się jak bohater powieści detektywistycznej. W dodatku od dłuższego czasu tkwię w martwym punkcie, a rozwiązania brak.

Wpatruję się w Eryka. Młody monarcha chętnie raczy się ulubionym trunkiem. Nie chcę, aby w taki sposób zagłuszał ból i strach, które w sobie nosi. Powinienem porozmawiać z doktorem. Arim mógłby przecież polecić dobrego terapeutę. Eryk jest silny. Poradzi sobie. Jego trauma z dzieciństwa… Nie, tu nie chodzi tylko o dzieciństwo i strach przed ciemnością. Powinniśmy zrobić co w naszej mocy, aby wyeliminować Alana. Wszelkimi dostępnymi sposobami. Jakaś część mnie marzy o tym, by plotki o porwaniu były prawdziwe. Jeśli mafia wykończy go pierwsza będzie to lekko rozczarowujące, ale cóż. Widać taka jego karma.

Przy trzecim kieliszku wina opuszcza mnie dobry nastrój. Tracę apetyt. Zresztą nie tylko ja. Eryk dziękuje za deser. Jego kompan też ma już chyba dość.

- Jestem skonany – Vee pociera oczy ze zmęczenia.

- Za to ja jestem w szoku, że masz w sobie jakieś ludzkie odruchy – komentuję, zabierając głos po raz pierwszy od dłuższej chwili.

- Odprowadzisz mnie do łóżka i przykryjesz kołderką? – Niebieskooki od razu zaczyna kpić z troski, którą mu okazałem.

- Jak dla mnie możesz spać w ubraniu na podłodze – komentuję cierpko, dopijając swoje wino.

- Zimny i nieczuły – odgryza się, sięgając po swój telefon. – Niestety, twoje wyuzdane fantazje będą musiały zaczekać do wieczora  – celowo puszcza oko do Eryka. Daje mi w ten sposób odczuć, że zostałem wyłączony i znowu „zapomniał” powiedzieć mi o czymś ważnym.

- Idź i nie wracaj – żegnam Vee.

- Nic z tego, Romeo. – Mężczyzna brutalnie mnie odtrąca, gdy wyciągam rękę w stronę ukochanego. – Nie jesteś już ochroniarzem. Nie możesz go niańczyć. Zwłaszcza tutaj – dodaje, znacząco spoglądając na moich ochroniarzy.

- W pełni się z tobą zgadzam – przytakuję przymilnie. – Może oddasz ich Erykowi? Dodatkowej ochrony nigdy nie za wiele.

- Nie ma takiej opcji – Vee szybko ucina temat.

- Dlaczego?! Ja mam ochronę, a on nie?! – Awanturuję się, bronią swoich racji. – Przydzieliłeś mi aż czterech ludzi. Gdzie są ochroniarze Eryka? Nie uważasz, że to mało rozsądne rozwiązanie?

- Eryk ma mnie. – Vee ponownie się uśmiecha. Kładzie mi również rękę na ramieniu w geście wsparcia. – Jeszcze jeden taki wybuch i podwoję liczbę twoich cieni, jasne? – szepcze złowrogo.

- Proszę, nie dręcz Simona. Nie widzisz, że to dla niego trudne? – Król niespodziewanie staje w mojej obronie.

- Simon to duży chłopiec. Dobrowolnie przystał na nasze warunki. Skoro chce należeć do rodziny, musi się dostosować. Wierzę w niego. Z głębi serca.

- Zamknij się, bo tego nie da się słuchać! – Tracę nad sobą panowanie.

Prowokacje Vee skutecznie podnoszą mi ciśnienie. Zaciskam dłonie w pięści. W myślach liczę do dziesięciu. „Spokojnie, oddychaj głęboko… Nie zaatakujesz go. Jego marny żywot nie jest tego wart. Eryk wpadnie w panikę. Królewska jadalnia jest zbyt elegancka, by brudzić ją krwią tego złośliwego padalca.”

- Simona zamroczyło. Trafisz sam do sypialni? – Vee z troską wpatruje się w swojego podopiecznego. Świetnie się bawi. W dalszym ciągu jestem obiektem drwin z jego strony.

- Przegiąłeś – warczę.

- Eryk jest zmęczony. Przypilnuj, aby położył się wcześnie spać. Twoi ludzie odprowadzą was na górę.

- Wasza wysokość, proszę tędy – wysoki ochroniarz wskazuje na drzwi. W tym samym czasie towarzysząca mu koleżanka sprawdza korytarz.

- Ten budynek ma najnowocześniejsze zabezpieczenia, więc przestańcie się wygłupiać – rugam ich.

- Znamy nasze obowiązki – ochroniarz wydaje się nieco urażony, że zwróciłem mu uwagę.

Jeśli mam być szczery, to nie do końca rozgryzłem jeszcze zawiły labirynt pałacowych korytarzy. Wolę błądzić między piętrami niż prosić o pomoc. Poza tym Vee obiecał, że dostanę plany budynku. Kilka minut studiowania i będę je znał na pamięć.

Eryk nie ma takich dylematów. Posłusznie podąża za dziewczyną. Zdaje się także nie zauważać cienia, który za nami podąża. Dawniej to ja byłem jego cieniem. A on był humorzastym księciem, dla którego straciłem głowę. Jak to się stało, że wylądowaliśmy tutaj?

- Jesteśmy na miejscu – dziewczyna wskazuje znajomo wyglądające drzwi.

- Bardzo dziękujemy. – Eryk przykłada dłoń do czytnika, aby uporać się z elektronicznym zamkiem.

- Bardzo – przedrzeźniam go, obdarzając moich ochroniarzy kwaśnym spojrzeniem. – Spadajcie.

- Nie tak szybko, Pluszaku. – Mężczyzna śmiało wpycha się przede mnie, zatrzaskując drzwi, aby Eryk nas nie słyszał. – Musimy porozmawiać.

- Nie mam ochoty – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Cofnij się.

- To nie potrwa długo. Nalegam.

- O co chodzi? – Pytam szorstko, dając do zrozumienia, że traci mój cenny czas.

- Długo jeszcze będziesz ciągnął to przedstawienie, czy też zaczniemy się w końcu zachowywać jak na profesjonalistów przystało?

- Nie mam pojęcia o czym mówisz – udaję głupiego.

- Przestań się zgrywać. Zmieniłeś strony, wielka mi rzecz. Nie oznacza to jednak, że możesz na każdym kroku podważać nasze kompetencje.

- Nie będziesz mi mówił co mam myśleć – syczę, bo nie chcę podnosić głosu.

- Pluszaku, współpracujmy, a wszy…

Mój cios jest celny. Rosły ochroniarz wpada na ścianę. Na jego zaskoczonej twarzy pojawia się drobny uśmieszek, który dodatkowo mnie nakręca. Adrenalina sprawia, że wyprowadzam kilka ciosów, których on skutecznie unika.

- Dość! – Towarzysząca nam kobieta postanawia interweniować. – Uspokójcie się. Natychmiast!

- Simon… – Zdyszany mężczyzna wyciąga rękę w moją stronę. Co to ma być? Próba pojednania? Może je sobie wsadzić w tyłek!

Odblokowuję drzwi i wchodzę do sypialni nie oglądając się za siebie.

Jestem tak nabuzowany energią, że najchętniej coś bym rozwalił. Mam ochotę rzucić wszystko i wyjść na zewnątrz. Biec przed siebie tak długo aż zabraknie mi tchu.

W sumie mógłbym to zrobić. Przewietrzyć się. Nabrać dystansu. To by mi dobrze zrobiło. Odciąłbym się od pałacu i problemów, które…

Pałac. Eryk.

Nie. Nie mogę tego zrobić. Jeśli stąd wyjdę, nie będę sam. Czyjś czujny wzrok już zawsze będzie za mną podążać. To złota klatka.  

Siadam na sofie i chowam twarz w dłoniach.

- Wszystko w porządku?

Eryk siada obok mnie. Otwieram oczy i przez chwilę uważnie się w niego wpatruję. Pozbył się marynarki. Elegancka postawa. Splecione dłonie, równiutko ułożone na kolanach. Ton głosu przepełniony troską.

- Jesteś zbyt idealny – mamroczę pod nosem wstając ze swojego miejsca.

- Nie jestem i dobrze o tym wiesz.

- Jesteś. Wszystko w tobie jest po prostu perfekcyjne. Twoje zachowanie. Sposób, w jaki się poruszasz, jak mówisz. Panujesz nad każdym ruchem.

- Simon, ochrona zostaje. Obojętne co powiesz, nie zmienię zdania.

- Wiem, ale… – Zaczynam nerwowo krążyć po pokoju, szukając odpowiednich słów, którymi mógłbym opowiedzieć mu co czuję. – Próbuję oswoić się z sytuacją, ale mam chwilowy kryzys.

- Ja też często miewałem kryzysy. Przyzwyczaisz się.

- Jasne. Już to widzę – opadam na fotel po drugiej stronie pokoju.

- Za kilka dni nie będziesz zauważał ich obecności. Zaufaj mi. Mam doświadczenie w takich sprawach.

- Traktują mnie jak dziecko, rozumiesz? To frustrujące – narzekam na ciężki los.

- Wkurzasz się o to, że nazywają cię „Pluszakiem”?

- Wkurzam się o wszystko. A najbardziej o to, że kocham cię tak cholernie mocno, że jestem gotowy na wiele więcej, aby tylko z tobą być.

- Bardzo mnie to cieszy. – Eryk świętuje swój sukces szeroko się uśmiechając.

- A mnie nie. Przez jakiś czas będę nieznośny.

- Doskonale cię rozumiem. Ja też nie chciałem spędzać czasu z moim ostatnim ochroniarzem. Sama jego obecność wyprowadzała mnie z równowagi do tego stopnia, że zdarzało mi się czymś w niego rzucić.

- Mówisz o Vee? – Z trudem powstrzymuję śmiech, wspominając początki naszej znajomości.

- Vee? – Eryk na chwilę się zamyśla. – Nie. Jego obecność działała kojąco.

- Vee działa kojąco… – z niedowierzania aż nie wiem co powiedzieć.

- Zazdrośnik – szarooki zaczyna chichotać. Po chwili poważnieje. – Nie zapytasz co czuję przy tobie?

- Co czujesz? – Mile połechtany, pozwalam aby owinął mnie sobie wokół palca.

- Emocje. Cały wachlarz emocji, których przedtem nie znałem. Przy tobie czuję, że żyję. I chciałbym, abyś ty też długo przy mnie żył, dlatego koniec z bijatykami.

- Skąd… Skąd o tym wiesz? – Czuję się jak dziecko, przyłapane na kradzieży cukierka.

- Przy drzwiach jest kamera.

- To on zaczął! Sprowokował mnie i nazwał „Pluszakiem”! – Przytaczam najważniejsze argumenty świadczące o mojej niewinności.

- Vee przydzielił ci najlepszych ludzi.

- Najlepszych? Facet nie umiał mnie trafić! – Przechwalam się swoimi umiejętnościami.

- Nie chciałbym być na ich miejscu gdyby się okazało, że zrobili ci jakąś krzywdę. Nawet próba ucieczki do innego kraju na niewiele by się zdała. Vee nie wybacza błędów. Wiem co mówię, bo jego ludzie towarzyszą mi od dawna.

- Są tak dobrzy, że pozwolili Alanowi wejść do Twierdzy – przypominam.

- Było to dość traumatyczne wydarzenie, przyznaję, ale miało też dobre strony.

- Dobre strony? Żartujesz?! Alan postrzelił Moor’a, pobił cię i prawie wysadził hotel! – Moje próby zapanowania nad gniewem szlag trafia.

- Za to zostawił sztylet i szpiega. To wyrównuje rachunki. Idę się umyć. Jestem zmęczony. – Eryk rusza do sypialni.

Ponownie siadam na sofie. W głowie mi huczy od dręczących myśli. Pałac. Królestwo. Konsorcjum. Ochrona. Alan. Twierdza. Wybuch. Stary książę. Moja rodzina… Wszystkie te tematy są ze sobą misternie połączone. Przypominają wielką pajęczynę, składającą się z kłamstw i licznych przestępstw. Winni cieszą się wolnością, a my skazujemy się na życie w luksusowym więzieniu.

Na domiar złego mój telefon zaczyna wibrować. Niechętnie odblokowuję ekran i przeglądam wiadomości, które przesyłam mi Vee.

„Zmiana planów. Nie wracam na noc. Zobaczymy się rano.”

Vee nie wraca na noc? Ciekawe… Powinienem powiedzieć Erykowi. To nasza pierwsza noc w pałacu. Pewnie się stresuje. Nie przepada za zmianami. Trudno mu będzie zasnąć w nowym miejscu. Zresztą nie tylko jemu.

- Skarbie? – Wołam jasnowłosego.

- Tak? – Eryk wychodzi z łazienki. Ma podwinięte rękawy koszuli aż do łokci. Poluzowuje krawat. – Nalewam wody do wanny. Jest olbrzymia. Chcesz się ze mną wykąpać?

Chcę.

Bardzo chcę.

Mieć go tu i teraz.

Podchodzę do chłopaka. Obejmuję go ramieniem w pasie, a następnie bardzo namiętnie całuję. Mój wybranek leniwie owija ramiona wokół mojej szyi. Śmieje się, pozwalając mi na odrobinę szaleństwa.

- Co cię tak bawi, ukochany? – Pytam między pocałunkami, których nigdy dość.

- Ty. Nie możesz wyjść, prawda?

- Prawda – przytakuję, pozbywając się jednocześnie jego krawata.

-Vee jest zajęty, ale… Twoi ochroniarze… Pójdą się z tobą na siłownię jeśli chcesz.

- Chcę ciebie.

- Już mnie masz. Jestem twój – przypomina, spoglądając na mnie rozkochanymi oczami.

- Uśmiechasz się, bo wydaje ci się, że przejrzałeś mnie na wylot? Tak się składa, wasza wysokość, że ja też wiem o czym myślisz. Wypiłeś dużo wina, bo wiesz, ż trudno ci będzie zasnąć w nowym miejscu. Zgadłem?

- Może – Eryk uśmiecha się tajemniczo. – Łóżko jest duże i wygląda na wygodne, a ty będziesz obok, więc…

- Właśnie o tym mówię. Jest zbyt fajne, aby w nim wyłącznie spać. – Rozpinam dwa dolne guziki jego śnieżnobiałej koszuli.

- Trzeba wyłączyć wodę. – Mały spryciarz. Naprawdę sądzi, że zdoła mi uciec. Pogoń to najlepsza część zabawy.

W czasie, gdy Eryk ratuje łazienkę przed zalaniem, pozbywam się marynarki, broni i koszuli, które rzucam na podłogę. Młody monarcha nieśmiało sunie wzrokiem po mojej klatce piersiowej.

- Chodź do mnie.

- Po co? – Udaje zdziwionego, a może nieco się wstydzi tego, jak przed chwilą na mnie patrzył.

- Mówiłeś, że chcesz się wykąpać. Trzeba cię rozebrać zanim wejdziesz do wanny.

- Poradzę sobie.

- Chodź – wyciągam rękę.

Eryk przez kilka sekund rozważa co zrobić. Palce jego prawej dłoni lekko drgają. Waha się. Wyciągam rękę, aby łatwiej mu było podjąć decyzję. Tak jak przypuszczałem, młodziutki monarcha wpada w pułapkę. Gdy tylko muska moją dłoń, przyciągam go bliżej.

- Długo kazałeś na siebie czekać – cmokam z niezadowolenia, obracając chłopaka plecami do siebie.

- Simon… Nie…

- Ciii… – Szepczę do jego ucha. – Nie bój się. Nie zrobię ci nic złego. Ufasz mi? – Zagaduję go, aby nieco się odprężył.

- Tak. – Eryk przytakuje, ale obydwaj znamy prawdę. Jego zaufanie ma pewne ograniczenia, z którymi chciałbym się dzisiaj zmierzyć.

- Tęskniłem za tobą. Bardzo. – Wyznaję, rozpinając guziki, które przedtem celowo pominąłem.

- Przecież cały czas byliśmy razem – zauważa.

- Nie mogłem cię dotykać ani całować.

- Dotykałeś mnie przed chwilą.

- Wiem, ale ciągle mi mało. Działasz na mnie jak narkotyk. Chcę więcej i więcej. – Sięgam do paska od jego spodni.

- Nie – Eryk od razu reaguje, układając swoje dłonie na moich.

- Mówiłeś, że mi ufasz.

- Bo ufam, ale…

- Powiedz mi – nalegam, odsuwając jego ręce, abym mógł swobodnie rozpiąć pasek. – Powiedz mi co czujesz.

- Simon, prosiłem cię… Wiele razy…

- Wiem – przerywam mu. – Nie zrobiłem nic złego. – Rozpinam jego spodnie i pozwalam, aby obrócił się do mnie twarzą. – Kocham cię. Nie chcę, abyś się przy mnie bał. Tymczasem serce bije ci tak szybko – przykładam dłoń do jego klatki piersiowej.

- Przepraszam – skruszony monarcha ucieka wzrokiem, wpatrując się w podłogę.

- Nie przepraszaj, bo nie masz za co. – Zsuwam spodnie z jego szczupłych bioder. – Pospieszmy się, bo woda ostygnie.

Wspólna kąpiel to genialny pomysł. Chciałem ją wykorzystać jako pretekst, by móc się trochę poprzytulać lub podroczyć z Erykiem. Nie sądziłem, że dziewiętnastolatek okaże się aż tak odważny, że z własnej inicjatywy wdrapie się na moje kolana. Kochamy się wolno, celebrując fakt bycia razem.

Zrelaksowany i znacznie bardziej spokojny, suszę Erykowi włosy, a potem zanoszę go do naszego nowego łóżka.

- Dziwnie się tu czuję, a ty? – Srebrnooki stara się wygodnie ułożyć w moich ramionach.

- Ty? Przecież jesteś królem. Pałac to twoje środowisko naturalne.

- Przestań ze mnie żartować. Mówisz tak, jakby na tobie nie robiło to żadnego wrażenia.

- No cóż… Pracując jako ochroniarz poznałem różnych ludzi. Aktorów, celebrytów, polityków. Zdarzali się też członkowie arystokracji, lecz żadnego z nich nie otaczał aż taki przepych.

- Głupek! – Eryk szturcha mnie łokciem w bok.

- Au! – Żalę się, tłumiąc atak śmiechu.

Zapada chwila ciszy. Eryk wpatruje się w sufit, intensywnie nad czymś rozmyślając.

- Podoba mi się tutaj. Dziękuję, że jesteś – unosi głowę i spogląda mi prosto w oczy. – I zawsze będziesz, prawda?

- Zawsze – potwierdzam.

Mój ukochany cicho wzdycha i opada na poduszki.

- Chcesz już spać? – Pyta niespodziewanie.

- Nie chcę. Za to dziwi mnie, że ty nie śpisz. To był ciężki dzień, a ty wypiłeś sporo wina i…

- Simon? – Przerywa mi.

- Tak, skarbie?

- Jeszcze... Kochaj mnie jeszcze… – prosi, skopując kołdrę na podłogę.

- Królowi się nie odmawia, prawda? – Łapię Eryka za nogi i przysuwam bliżej siebie, odrzucając poduszki, które mi przeszkadzają.

- Protokół tego zabrania. To wbrew historii i tradycji.

- Postaramy się o własną historię. I własne tradycje.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Humory Króla - rozdział 17

 

Simon

Wpatruję się w budynki, które mijamy, pędząc na lotnisko. Vee oczywiście chwali się brawurową jazdą. Tym razem nie zwracam uwagi na prędkość. Staram się wyciszyć huczące w głowie myśli. Co powiem rodzinie? Jak mam im wytłumaczyć sytuację, w której się znaleźliśmy? Wiążąc się z Erykiem wplątałem ich w niezły kanał.

Eryk… Czuję silne wyrzuty sumienia z jego powodu. Wolałbym zostać razem z nim w apartamencie. Wiem, że potrzebuje mnie dzisiaj znacznie bardziej niż kiedykolwiek. Czy to nie ironia losu, że jesteśmy zmuszeni pożegnać rodziców w tym samym dniu? Jego rodzice nie żyją. Moi mogą mi nigdy nie wybaczyć. Mimo to podejmę to ryzyko. Poświęcę wszystko dla ukochanego.

- Nie możesz jechać szybciej? – Warczę na Vee. To mój sposób na przełamanie ciszy, która mocno daje mi się we znaki.

- W sumie mógłbym – blondyn nieco dociska pedał gazu. – Tylko nie posikaj się w majtki ze strachu. To nowy samochód.

- Bardzo zabawne – mierzę mężczyznę złośliwym spojrzeniem.

- Jak zawsze zero wdzięczności – mamrocze pod nosem, mknąc wąskimi uliczkami. Obydwaj dobrze wiemy za co powinienem być mu wdzięczny. Jego obecność sprawia, że jest mi znacznie raźniej. Z dwojga złego wolę jego towarzystwo niż drużynę ochroniarską, która ochrzciła mnie mianem „pluszaka”.

- Niby za co mam być ci wdzięczny? – Udaję nieświadomego sytuacji, by nasza rozmowa nie utknęła w martwym punkcie.

- Ranisz moje uczucia – Vee teatralnie łapie się za serce.

- Bezustannie knujesz za moimi plecami. I patrz na drogę! – karcę go.

- Za wszystkie kwestie związane z bezpieczeństwem twojej rodziny odpowiada Eryk, a nie ja.

- Nie wmówisz mi, że o niczym nie wiedziałeś.

- Wiedziałem. Oczywiście, że wiedziałem. Przygotowanie tego typu operacji to spore wyzwanie. Pracowałeś w tej branży, więc nie muszę ci tego tłumaczyć, prawda?

- Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Mieliśmy ściśle ze sobą współpracować i wspólnie decydować…

- Uuu… Jaki zaborczy… – Vee zaczyna się ze mnie naigrywać. Jego zachowanie sprawia, że ledwo trzymam nerwy na wodzy.

- Przestań ze mnie kpić! – Krzyczę na niego, zaciskając dłonie w pięści. – To nie pora na żarty! Mówimy o Eryku i mojej rodzinie!

- Śmiało, wyładuj na mnie swoje frustracje. Od kilku dni przypominasz bombę z opóźnionym zapłonem. To brak seksu tak na ciebie wpływa? A może chodzi o coś innego?

- Zamknij się, bo ci przywalę! – dyszę.

Jestem jak dzika bestia uwięziona w zbyt małej klatce. Pobyt Eryka w szpitalu. Jego kiepskie samopoczucie. Pogrzeb pary książęcej. Izolacja. Brak możliwości decydowania o sobie. Ochrona, grzebiąca w mojej przeszłości i te cholerne Włochy!

- Wyżyj się na mnie, skoro musisz. Przy rodzinie nie odstawiaj takich cyrków. Sporo wysiłku kosztowało mnie uśpienie ich czujności oraz zapewnienie, że wszystko mamy pod kontrolą. Nie spieprz tego.

Ton Vee jest spokojny i opanowany. Mężczyzna zachowuje się tak, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie lub podziwiali widoki, dzieląc się spostrzeżeniami na temat architektury krajobrazu.

Popadam w przygnębienie. Czuję ogromny ciężar, który zdaje się wbijać mnie w ziemię za każdym razem, gdy próbuję wziąć głębszy oddech. Zamykam oczy. Stęsknione serce od razu przywołuje wspomnienie Eryka. Jego krucha, eteryczna postać oparta o poduszki… Obiecałem sobie, że zrobię co w mojej mocy, aby nie dokładać mu zmartwień. Mój monarcha nie jest w szczytowej formie. Rana po postrzale, nerwica, życie w ciągłym stresie. Biedactwo. Jak tylko wrócę do domu, od razu się nim zajmę. Najpierw będę błagać, by zjadł kolację, a potem postaram się przekonać uparciucha, by pozwolił mi się przytulić. Powinien dużo odpoczywać. W moich ramionach od razu zaśnie.

Vee wjeżdża na teren lotniska. Skręca w lewo. Naszym oczom ukazuje się średniej wielkości prywatny odrzutowiec. Obok zaparkowanych jest kilka samochodów. Wokół samolotu kręcą się uzbrojeni ochroniarze.

Blondyn wyłącza silnik. Odpina jeden z pistoletów, który przytwierdzony jest do tapicerki i sprawdza magazynek.

- Masz – wręcza mi broń. – Tak na wszelki wypadek.

- Postaraj się nie celować w moich krewnych, bo nie ręczę za siebie – ostrzegam go.

- Niczego nie obiecuję – szczerzy zęby w zjadliwym uśmiechu. Głupek.

Wysiadamy z auta. Mężczyźni kręcący się wokół odrzutowca zbliżają się do Vee, czekając na jego rozkazy. Ten daje im znak ręką, by zostawili nas w spokoju.

Łapię się poręczy, wspinając po metalowych schodkach. Adrenalina buzuje w żyłach. Jestem spięty, jakbym szykował się do wielkiego starcia. „Weź się w garść” – powtarzam sobie. Z wnętrza samolotu wyraźnie słyszę śmiech moich bratanków, którzy skupieni są na grze video.

- Cześć, wujek – chłopcy witają się ze mną, nie odrywając wzroku od sporego ekranu.

- Cześć – odpowiadam automatycznie.

Scott, mój brat, regularnie przysyła mi zdjęcia dzieciaków. Przez ostatnie kilka miesięcy sporo urośli. Jestem ich ojcem chrzestnym. Specyfika mojej pracy sprawia, że nie spędzam z nimi zbyt dużo czasu. W chwilach takich jak ta, gdy nie widzieliśmy się od wiosny, na początku zawsze jest nieco niezręcznie. Dzieciaki zwykle muszą się ze mną nieco oswoić. Na przełamanie lodów zabierałem ich do parku, gdzie graliśmy w piłkę. Uwielbiają spędzać czas na świeżym powietrzu. Gry video też kochają. Małe urwisy.

Na dźwięk mojego głosu pierwsza reaguje mama. Wstaje ze skórzanego fotela i rzuca się mi na szyję.

- Synku! – Woła, wtulając się w moją klatkę piersiową. – Tak się cieszę, że nic ci nie jest!

Sybill Wright jest niewysoką blondynką o bystrym spojrzeniu i ciepłym, pełnym matczynej miłości uśmiechu. Obok niej stoi ojciec, nerwowo kręcąc się w miejscu. Wysoki, szczupły. Ma na sobie niebieską koszulę oraz ciemne spodnie. Przypomina mi się dzieciństwo, gdy razem z bratem czekaliśmy aż wróci z pracy. Odkładał skórzaną torbę w gabinecie, po czym pakował nas do auta i zabierał do centrum sportowego. Moją wielką pasją było karate. Lubiłem się przed nim popisywać, zwłaszcza wtedy, gdy obserwował trening w towarzystwie innych rodziców.

- Kochanie, udusisz go, a nie ma przy nim króla, który ruszyłby mu na ratunek. – Żart staruszka rozładowuje napiętą sytuację.

- Proszę się nie martwić. Przez cały czas mam go na oku. – Vee zdejmuje okulary i uśmiecha się porozumiewawczo do taty.

- Nie sądziłem, że dotrzymasz słowa, przyjacielu. – Andrew Wright wyciąga rękę, by przywitać się z blondynem.

- Ja zawsze dotrzymuję słowa, panie Wright. Obiecałem, że go przywiozę i oto jest – Vee popycha mnie w kierunku rodziców. Sam rozsiada się na sporej sofie, by obserwować dalszy rozwój wypadków.

- Jak się czujesz, synku? Nie jesteś ranny? – Rodzicielka nie przestaje się o mnie martwić. Dobrze wie, że czasy, gdy moim największym zmartwieniem były siniaki lub otarcia po treningu, dawno minęły.

- Nic mi nie jest – dukam cicho, nie bardzo wiedząc co jeszcze mógłbym  powiedzieć. Jestem wzruszony. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że gdyby nie srebrnooki, mógłbym ich już więcej nie zobaczyć.

- Synku, nie masz pojęcia, jak się martwiliśmy! Najpierw tragedia podczas koronacji, a potem przeprowadzka! – Mama od razu podejmuje temat wyjazdu do Włoch. – Kiedy Vee powiedział, że mamy się pakować, byłam pewna, że żartuje. Dopiero po rozmowie z Erykiem…

- Rozmawialiście z Erykiem?! – Wchodzę jej w słowo. – Kiedy?

- Kilka dni temu. Zadzwonił do nas ze szpitala.

- Ze szpitala… – Rzucam Vee lodowate spojrzenie.

- Spałeś. – Blondyn wzrusza ramionami.

- Jesteśmy pełni podziwu dla Eryka. Tyle osiągnął w tak młodym wieku. – Ojciec chwali mojego ukochanego.

- Zawdzięczam mu życie. Za to ty możesz je szybko stracić, jeśli nie przestaniesz spiskować za moimi plecami – grożę Vee palcem.

- Mówiłem ci już kilka razy, że z kobietami się nie biję – zgrabnie odpiera atak, wywołując uśmiechy na twarzach moich bratanków.

- Wujek zna sztuki walki – młodszy z chłopców od razu staje w mojej obronie. – Wygrywał medale na zawodach.

- Serio? Moim zdaniem jest odrobinkę bez formy. – Vee dobrze wie, że przy pierwszej okazji z pewnością przypomnę mu, który z nas jest bez formy. Załatwię go tak, że na długo mnie popamięta.

- Usiądźmy i porozmawiajmy – tata stara się przejąć kontrolę na zamieszaniem, które kolejny raz wywołałem. Zaczynam żałować, że nie możemy otworzyć okna i wpuścić do środka odrobiny świeżego powietrza.

- Nie zaczynajcie bez nas! – Odzywa się mój brat, który dołącza do rodzinnego zgromadzenia w towarzystwie Camilli, swojej żony. – Z przyjemnością posłuchamy, co Simon ma nam do powiedzenia.

Przełykam głośno ślinę, widząc niezadowolenie i wrogość, malujące się na ich twarzach. Będzie ciężko. Naprawdę ciężko.

Ukradkiem zerkam na mojego pożyczonego „ochroniarza”, który zdążył już obłaskawić chłopców. Pomaga im pokonać wielkiego, różowego potwora, w którego z niesamowitą precyzją strzela babeczkami. Nawet w grach jest dobry. Mam nadzieję, że w razie czego ruszy mi z odsieczą. Nie lubię kłócić się z bratem, a wszystko wskazuje na to, że rodzinna awantura wisi w powietrzu.

- Niezły jesteś – chwali go starszy z moich bratanków. – Nauczysz nas jak to się robi? My zawsze pudłujemy.

- Pewnie. – Vee wręcza chłopcu kontroler i nakierowuje jego rękę na monitor. – Musisz się skupić na przeciwniku. Ale zanim to zrobisz, zobacz ile masz babeczek. Ten puchacz zje co najmniej trzydzieści. Pozbierajcie ich jeszcze trochę, a ja w tym czasie zadzwonię w jedno miejsce.

Skubany, wszystkich potrafi sobie zjednać. Żałuję, że nie umiem zjednywać sobie otoczenia tak jak on. Cztery pary oczu wpatrują się we mnie intensywnie, oczekując odpowiedzi.

- Nie chwaliłeś się, że będziesz chronił króla. – Tata nie zwraca uwagi na Vee i dzieciaki. Chce jak najszybciej poznać odpowiedzi.

- Nie wiedziałem, że Eryk zostanie królem – odpowiadam zgodnie z prawdą.

- Czyżby? – Scott wybucha gorzkim śmiechem. – Z tego co pamiętam, książę Alan był twoim najlepszym przyjacielem w czasach szkolnych. Czy książę Alan nie jest przypadkiem starszym bratem króla Eryka?

- Poznałem Eryka w dniu, w którym zostałem jego ochroniarzem. Alan praktycznie nigdy o nim nie wspominał. Poza tym śledziłeś całą sprawę, więc wiesz, że Eryk trzymał się na uboczu i nie pchał na pierwsze strony gazet. Część poddanych zapomniała o jego istnieniu.

Nigdy nie zapomnę naszego pierwszego spotkania. Eryk wydawał mi się niedostępny i poważny. Zachowywał dystans. Dopiero gdy udało mi się przełamać jego niechęć, pokazał mi zupełnie inne oblicze.

- Teraz to się zmieniło. Uratował ci życie na oczach świata. – Oczy mamy są pełne łez. Kobieta łapie mnie za rękę, wdzięczna losowi, że nadal żyję. – Chciałabym móc osobiście mu podziękować.

- Eryk także bardzo chce was poznać – zapewniam. – Niestety, obecnie to niemożliwe.

- Jak on się czuje? – pyta Camilla, włączając się do rozmowy.

- Powoli dochodzi do siebie. Moim zdaniem powinien zostać dłużej w szpitalu, ale musiał wziąć udział w pogrzebie – dzielę się przemyśleniami. To miła odmiana, gdy można wreszcie przestać udawać i porozmawiać otwarcie o swoich uczuciach.

- To straszne co spotkało jego rodziców. Bardzo mu współczujemy. – Mama zaczyna szlochać. Vee od razu podaje jej pudełko chusteczek, by mogła obetrzeć łzy.

- Dziękuję. – Sybill Wright obdarza mężczyznę szczerym uśmiechem.

- Jedziesz z nami do Włoch? – Brat zadaje pytanie, po którym wszyscy wstrzymują oddech.

- Nie – odpowiadam od razu, rozwiewając wątpliwości.

- Chyba sobie kpisz! Porzucamy pracę i dom po to, żebyś dalej mógł odgrywać bohatera?! Nie sądzisz, że wystarczy tej zabawy?! W telewizji nie mówią o niczym innym, jak kolejne ataki, przed którymi nowy król z pewnością się nie uchroni.

Argumenty Scotta wcale mnie nie dziwią. Na jego miejscu ja również zareagowałbym w podobny sposób. Mój brat przeczuwa, że coś ukrywam. Chyba najwyższa pora, abym wyznał prawdę.

- Nie będę więcej pracować jako ochroniarz. Moja kariera dobiegła końca.

- Nic z tego nie rozumiem – tata drapie się po brodzie. – Skoro nie możesz już pracować, dlaczego chcesz zostać?

- Bo Eryk mnie potrzebuje.

Po moich słowach zapada chwila ciszy, która ciągnie się w nieskończoność. Mama i tata wymieniają między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Mój brat nadal jest wściekły, a bratowa nerwowo zerka w kierunku dzieci.

- Przepraszam – szepczę, wbijając wzrok w podłogę. – Nie chciałem tego. Nie chciałem, abyście zostali w to wszystko wplątani. Obiecuję, że zapewnimy wam bezpieczeństwo.

- I już? Nie masz nic więcej do dodania? – Scott nie ustępuje.

- A co mam powiedzieć? Chciałbym obiecać, że wkrótce wszystko wróci do normy, ale nie mogę. Sami widzieliście, że Eryk nie chciał zostać królem. W dniu koronacji miał zrzec się tytułu i rozpocząć zupełnie nowe życie. Stało się, jak się stało.

- Eryk? – Wzrok mamy przepełniony jest ciekawością. Z szybkością światła układa wszystkie skrawki informacji w spójną całość. – Długo to trwa?

- Nie. – Czerwienię się, jak nastolatek.

- Jest dla ciebie zdecydowanie za młody – szepcze tata. – Pochodzicie z dwóch różnych światów. Poza tym to arystokrata. Jak ty to sobie wyobrażasz?

- Normalnie. Będę przy jego boku aż do śmierci.

- Podczas rozmowy telefonicznej wydawał się sympatyczny, choć bardzo zamknięty w sobie. – Mama wprowadza mnie w szczegóły, których wcześniej nie znałem.

- Pokochacie go, tak jak ja go pokochałem. Jest wrażliwy, dobry i niesamowicie inteligentny.

- Za to los obchodzi się z nim nadzwyczaj okrutnie – komentuje ojciec.

- Nasza rodzina zawsze trzymała się razem. Nigdy nie miałem przed wami żadnych sekretów. Wiem, że w tej sprawie mogę wam zaufać i otworzyć serce. Podejrzewam, że jeszcze długo będziecie się na mnie gniewać za rewolucję, której musicie się poddać. Rozumiem to. Proszę jednak, abyście zrozumieli mnie i Eryka. Jego najwięksi wrogowie to brat i dziadek, który nie cofną się przed niczym, aby go zniszczyć. Jeśli Eryk się wycofa i odda koronę Alanowi, ten doprowadzi ich kraj do ruiny.

- Simon, oni próbowali cię zabić! I to w czasie państwowej uroczystości! Chyba masz świadomość, że taka sytuacja może się w każdej chwili powtórzyć! – Scott walczy o mnie jak lew. Między nami zawsze istniała silna więź. Rozumie mnie bez słów. Rozumie także, że podjąłem decyzję, której za żadne skarby nie zmienię. Chcę być u boku tego, który jest dla mnie najważniejszy.

- Niech próbują. Nie boję się śmierci – bagatelizuję zagrożenie.

- No pewnie, że się nie boisz, skoro twój królewski ochroniarz zasłania cię własnym ciałem. Z tego co pamiętam, powinno być chyba odwrotnie.

- Powinno – przytakuję bratu. – Gdybym to ja zasłonił jego, nie zgodziłbyś się jechać do Włoch. Mam rację? Nie porzuciłbyś pracy, przyjaciół i domu. Zrobiłeś to wszystko, bo Eryk ci zaimponował. Był gotowy poświęcić za mnie życie. Możesz sobie udawać twardziela i boczyć się na mnie miesiącami, ale prawda jest taka, że lubisz go, chociaż praktycznie się nie znacie. – Wykładam wszystkie karty na stół.

- Co teraz będzie? – Camilla posyła mi spojrzenie pełne wątpliwości.

- Nie wiem – chowam twarz w dłoniach.

- Naszym priorytetem jest obecnie jego zdrowie – Vee zostawia pogrążone w zabawie dzieciaki i wtajemnicza moich bliskich w swoje plany. – Musimy także umocnić pozycję Eryka jako króla. Nie wiemy, ile to potrwa. Może kilka tygodni, a może miesięcy. Wszystko zależy od tego, jak daleko posunie się książę Alan.

- Moja żona miała rację twierdząc, że jednak zdążymy opanować podstawy włoskiego – Scott wzdycha ciężko, gdy Camilla bierze go za rękę.

- Zatrudniłem odpowiednią osobę, która będzie waszym tłumaczem. Z doświadczenia wiem także, że włoski nie jest trudny do opanowania – słowa Vee brzmią pokrzepiająco. – Zapewniam, że Rzym skradnie wasze serca.

- Wspominałeś, że będziemy mogli pracować – Camilla twardo negocjuje warunki.

- Pieniędzmi nie musicie się martwić. A jeśli będziecie się nudzić, w Konsorcjum wiele się dzieje. Z pewnością znajdziecie coś dla siebie – niebieskooki roztacza swój czar, gasząc przy tym punkty zapalne.

- Mówisz o tym w taki sposób, jakby nie było żadnych ukrytych haczyków.

- I tu mnie masz – Vee spogląda w oczy mojego brata, a następnie zwraca się do reszty zebranych. – Powrót do dawnego życia nie wchodzi już w grę. Wasza rodzina już zawsze będzie przez nas chroniona. Zadbamy o was. Poślemy dzieciaki do dobrych szkół. Zabezpieczymy ich przyszłość. Spełnimy wszystkie wasze zachcianki pod warunkiem, że będziecie z nami współpracować. Nie oznacza to, że czeka was złota klatka. Wprost przeciwnie. Potraktujcie to jako zupełnie nowy etap. Prześledziłem wasze życiorysy. Dobrze wiem, jak wykorzystać zdobyte przez was umiejętności, by przysłużyły się królestwu. O Simona nie musicie się martwić. Przez cały czas będę go miał na oku – mężczyzna klepie mnie po ramieniu.

- My się zgadzamy – tata uśmiecha się do mnie z tajemniczym błyskiem w oczach. – Mama i ja rozmawialiśmy o tym jakiś czas temu. Chcemy, by nasze dzieci były szczęśliwe.

- Możesz na nas liczyć, synku – Sybill Wright ponownie zaczyna szlochać.

- Dziękuję – obejmuję staruszków, wdzięczny za ich miłość i zrozumienie.

- Z nami nie pójdzie ci tak łatwo – Scott przerywa krótką chwilę szczęścia. – Zgadzamy się pomieszkać przez pewien czas we Włoszech, ale na tym koniec, jasne?

- Jestem waszym dłużnikiem – przytulam brata i bratową.

- Nigdy nie pozwolę ci o tym zapomnieć. Do tego uwiodłeś króla… – Scott parska śmiechem. – Żałuję, że nie dane nam będzie napić się piwa i przegadać całą noc, jak dawniej. Camilla i ja chcemy poznać więcej szczegółów.

- Mów za siebie. Ja potrzebuję czegoś mocniejszego. No i chciałabym, żeby w tej rozmowie uczestniczył Eryk. – Szczera i odważna Camilla czyta w moich myślach. Ja też marzę o tym, by moja rodzina potraktowała Eryka jako zwykłego chłopaka, w którym się zakochałem.

- Niedługo się poznacie – obiecuję.

- Czas na nas – Vee wymownie zerka na zegarek.

Żegnam się z rodziną. Gdy odjeżdżamy z lotniska, odrzutowiec kołuje po pasie startowym. Po chwili pilot chowa podwozie i podrywa maszynę w górę. Opieram się o fotel i przymykam powieki.

- Twoi bliscy są bardzo sympatyczni.

- Naprawdę tak sądzisz? – Spoglądam na Vee, zbierając szczękę z podłogi. Pierwszy raz słyszę komplement z jego ust.

- Eryk będzie nimi zachwycony.

- Chciałbym, aby ich polubił – przyznaję mu rację.

- Eryk już ich lubi. Po tym, jak rozmawiał z nimi przez telefon powiedział mi, że…

- Co ci powiedział? – dopytuję, uśmiechając się. Tymczasem Vee dociska pedał gazu do samej podłogi. Silnik zaczyna pracować na pełnych obrotach, rwąc do przodu z wielką siłą. – Co się dzieje?! – Pełen najgorszych przeczuć wpatruję się w posępną twarz mojego partnera.

- Eryk włączył alarm. Mam nadzieję, że zdążymy na czas...


***

Moi Drodzy! 

Długo mnie nie było. Powodów jest wiele, ale nie będę Was zanudzać moimi problemami. Czasami takie przerwy są potrzebne, by nabrać do wszystkiego dystansu i wrócić z nową energią.

Jeszcze dzisiaj zacznę pisać rozdział 18. Dowiemy się, co stało się w apartamencie i jak się ma nasz mały Eryk. A co potem? Zobaczymy.

Pochwalę się, że prawie skończyłem nowego ebooka. Ogarnąłbym go znacznie szybciej, ale Kicia miała operację. Po zabiegu czuje się dobrze. Nadal wymaga opieki i troski, ale z każdym dniem jest coraz lepiej. 

Dajcie znać co u Was się dzieje. 


Wasz Kitsune 

wtorek, 2 stycznia 2018

Humory króla - rozdział 1 (Prolog)



Eryk
 
Przez cała noc nie zmrużyłem oka. Na samą myśl, iż za cztery godziny będę musiał wsiąść do samolotu i wrócić do domu, robi mi się niedobrze ze zdenerwowania. „Nie dam sobie rady, to ponad moje siły!” – ten głos, raczej wewnętrzny krzyk, towarzyszy mi od chwili, gdy przyjechałem do Wiednia. Trzy lata… Wierzyć mi się nie chce, że minęły trzy lata…
Od kilkunastu minut stoję przed lustrem i próbuję uporać się z zapięciem guzików od koszuli. Moje dłonie drżą i są przeraźliwie zimne. Spoglądam na nie z przerażeniem. Nie dość, że nie nadają się do grania na skrzypcach, to jeszcze utrudniają tak prozaiczne czynności…
- Panie Johnes, nie jest pan ubrany? – rozbawiony Vee otwiera drzwi od pokoju, po czym obdarza mnie ciepłym spojrzeniem. Podchodzi bliżej, by sprawdzić, jak sobie radzę. Mam ochotę się rozpłakać i błagać go, by nie kazał mi wracać do królestwa. Zamiast tego spuszczam wzrok, by dla odmiany przyjrzeć się temu, co robi. Te ręce… Dotykały mnie, chroniły… Czułem się tak, jakby posklejał rozbite kawałki w jedną całość. Nie może mnie naprawić, ale zrobił coś, co… - Panie Johnes? – unoszę wzrok.
- Tak?
- Znowu mnie pan nie słuchał – wypomina mi, sięgając po spinki do mankietów, które leżą na łóżku, tuż obok krawata i marynarki.
- Przepraszam. Jestem zdenerwowany – wyznaję szczerze, bliski kolejnego ataku paniki.
- Rozmawialiśmy już o tym, prawda? Jest pan dobrze przygotowany, a dziadek obiecał panu bezpieczeństwo. – Choć ton głosu mężczyzny jest lekki, po sposobie, w jaki zaciska szczękę widzę, iż nasze rozstanie i dla niego nie jest proste.
- Tak, masz rację – przytakuję zrezygnowany.
- Przyniosłem telefon – Vee pokazuje mi niewielkie, czarne urządzenie, z którym mam się nigdy nie rozstawać. – Jak już wspominałem, jest zaszyfrowany. Wystarczy jeden sygnał i od razu po pana przyjadę, jasne? – Mam zbyt ściśnięte gardło, by mu odpowiedzieć, więc tylko kiwam głową. Vee wyciąga rękę i przeczesuje moje jasne włosy. – Obiecuję, że to nie potrwa długo.
- Pomyślisz, że zwariowałem, ale… - urywam w połowie zdania. Boję się, że jeśli wypowiem jeszcze choć jedno słowo, cała jego praca pójdzie na marne. Nie jestem już dzieckiem. Jestem dorosły i odpowiedzialny. Uratuję królestwo. To moje zadanie.
- Nie odejdę, jeśli to masz na myśli – ochroniarz łapie mnie za ramiona, a po chwili obejmuje. Przepełnia mnie poczucie ulgi. Nie wyobrażam sobie, by mogło go zabraknąć w moim życiu.  – Mówiłem ci już, że uważam cię za rodzinę, prawda? – szepcze w moje włosy, mocno mnie ściskając. – Przypominasz mi brata, którego straciłem. Drugi raz z pewnością do tego nie dopuszczę – Vee uwalnia mnie ze swoich ramion, po czym bardzo ostrożnie dotyka policzka. – Mamy jeszcze sporo czasu. Chodź, napijemy się herbaty – bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę kuchni.
Lubię patrzeć, jak się krząta. Wyciąga z szafki moją ulubioną filiżankę. Nalewa wody do porcelanowego dzbanka. Choć jest wysoki i umięśniony, jego ruchy wydają się tak płynne i dokładne... Gdy zapytałem dlaczego tak jest odpowiedział, iż zawdzięcza to sztukom walki. Setki razy obserwowałem go podczas ćwiczeń. Zawsze wydawał mi się skoncentrowany i pewny siebie. Będzie mi go bardzo brakowało…
- Zjesz ciastko – stawia przede mną talerzyk. To nie prośba, lecz polecenie.
- A ty? Nie napijesz się ze mną? – pytam widząc tylko jedną filiżankę. Wiem, że nie przepada za herbatą, ale tym razem robi wyjątek, wzdychając cicho i mierzwiąc mi włosy dłonią.
- Wykorzystujesz sytuację do maksimum, wasza wysokość – śmieje się cicho.
- Nie chcę się z tobą rozstawać, Vee. Tylko dzięki tobie odzyskałem chęć do życia. Gdy wrócę do domu, to…
- Panie Johnes, wszystko będzie dobrze. Wytrzyma pan. To tylko kilka tygodni – kątem oka dostrzegam, jak z całej siły zaciska palce na rancie granitowego blatu. Gdyby nie to, że jest wyjątkowo twardy, chyba wyrwałby dwie dziury.
- Nie zawiodę. Możesz być tego pewien! Zostanę w domu dziadka tak długo, jak się da. Przysięgam! Zdobędę dowody i…
- Przede wszystkim nie daj się sprowokować – poucza mnie. – Cokolwiek się stanie, musisz zawsze panować nad emocjami. Jeśli zauważą, że jesteś zbyt wesoły, będą chcieli wiedzieć dlaczego. A jeśli okażesz słabość, złamią cię.
- Nie pozwolę na to. Będę się pilnował i schodził im z oczu. Dziadkowi zależy głównie na pieniądzach i kontraktach, a skoro mogę mu je zapewnić, chyba nie zrobi mi większej krzywdy. Sam wiesz, że musiałby się naprawdę wysilić, by przebić dzieło Alana – uśmiecham się smutno.
- Eryku, nawet tak nie żartuj! To nie jest śmieszne! – Vee uderza pięścią w blat.
- Przepraszam – kulę się w sobie, widząc go w takim stanie.
- Poradzisz sobie. Musisz tylko pamiętać o jedzeniu – po raz kolejny podsuwa mi talerzyk, by jak najszybciej zmienić temat. Nawet nie spoglądam w tym kierunku. Czuję, że mój żołądek zaciska się w ciasny węzeł. Bezustannie walczę z mdłościami, które towarzyszą mi od miesiąca. Staram się. Naprawdę się staram, by zachowywać się jak na księcia przystało, ale nie jestem silny. Moją siłą były skrzypce, a gdy zostały mi odebrane, wszystko straciło sens.
Spoglądam na walizkę, która stoi samotnie tuż przy drzwiach. Obok niej znajduje się neseser z komputerem oraz dyplomy. Nawet nie zapytałem co Vee zrobił ze swoimi. Wspominał, że odeśle je do Rzymu. Gdy to wszystko się skończy, zamieszkamy tam na stałe. Kto wie, może przedstawi mnie swojej rodzinie? Zauważyłem, że w każdą niedzielę dzwoni do kobiety, którą nazywa „babcią”. Nie są spokrewnieni, lecz z tego co mi opowiadał, to przemiła osoba. Chciałbym, by mnie polubiła.
Czas płynie dziś wyjątkowo szybko i nim się orientuję, muszę jechać na lotnisko. Odwiezie mnie ktoś obcy. Po raz ostatni rzucam okiem na nasze mieszkanie. Za chwilę to wszystko będzie wydawało mi się tylko pięknym snem.
Vee sięga po swoją kurtkę oraz okulary. Podchodzi do mnie i wyciąga rękę. Mam ją uścisnąć? To już koniec? Tak się pożegnamy? Broda mi się trzęsie, a po policzkach spływają niechciane łzy.
- Zawsze będę blisko, pamiętaj. Jeden sygnał i jestem… - chowa oczy za ciemnymi szkłami, po czym uśmiecha się w ten wyjątkowy sposób i odchodzi. Nie tego się spodziewałem. Spoglądam na zegarek. Do przyjazdu taksówki zostało pięć minut. Idę do łazienki i opłukuję twarz zimną wodą. Odbicie w lustrze przybiera wyuczony przez lata wyraz zobojętnienia. Telefon delikatnie wibruje. Już czas. Czas spojrzeć w oczy przeznaczeniu…
Podczas lotu koncentruję się tylko i wyłącznie na widoku chmur za oknem. Oddycham głęboko. Opanowuje mnie spokój, którego tak bardzo potrzebowałem. Nie ucieknę. Nie tym razem. Może nie jestem w stanie odparować ciosu podczas walki wręcz, lecz nie oznacza to, że do końca życia mam grać rolę ofiary. Chcę zemsty. Chcę jej bardziej, niż czegokolwiek innego… Zniszczę ich kawałek po kawałku, tak jak oni robili to ze mną. Różnica polega na tym, iż zanim się zorientują, że to byłem ja, będę już daleko stąd.
Ochrona lotniska odprowadza mnie do limuzyny, opatrzonej herbem królestwa. Serce bije mi jak oszalałe na widok otwierających się drzwi oraz wysiadającego z auta dziadka, który osobiście pofatygował się po swego „ukochanego” wnuka.
- Wasza wysokość… - kłaniam mu się, spoglądając prosto w oczy. Nie widzę w nich ani krztyny radości, którą obdarzyłby Alana.
- Eryku! Tak się cieszę, że wróciłeś! – starzec próbuje mnie objąć, lecz ze względu na to, że zna mój sekret, nie bardzo wie, czy może mnie dotknąć. Ogranicza się więc do poklepania mnie po ramieniu. Fałsz i obłuda biją z każdego jego gestu. – Jak ci minął lot? Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt zmęczony, bo czeka cię dużo pracy. Razem dokonamy wielkich rzeczy – zapewnia mnie zapraszając, abym zajął miejsce w limuzynie.
- Nie mogę się doczekać… - mamroczę.
Już rozumiem, dlaczego nie potrafiłem oderwać wzroku od chmur i nieba. Wolność… Właśnie ją straciłem…