środa, 31 maja 2017

Rozdział XXVI

„Zdrajca


- Od rana nie masz humoru. To dlatego, że wyciągnąłem cię z łóżka? - dopytuje Ron.
- Nie, to nie ma z tym nic wspólnego, chociaż wolałbym, abyś więcej tego nie robił - celowo unikam odpowiedzi na jego pytanie, bo co miałbym mu powiedzieć? Josh przechodzi atak zazdrości, więc pakuj się i spadaj? Zamiast tego wolę deszcz, który obficie spływa po szybach.
- Będzie padało co najmniej do jutra - wzdycha niepocieszony.
- Co będzie z nauką wędkowania?
- Nie wiem. Czekam na cud, jeśli mam być szczery. A ty - wskazuje na porozrzucane na stole dokumenty - pomóż mi to poukładać. Zajęty pracą nie masz czasu na głupie myśli.
- I kto to mówi... - odgryzam mu się.
- Jeśli szybko się z tym uporamy, będziesz mógł wrócić w ramiona swojego chłopczyka.
- Nie mów tak o nim.
- Co się dzieje, Tristan? Za dobrze cię znam, by nabrać się na tak nieudolną grę aktorską. Od rana coś cię gnębi, a intuicja podpowiada mi, że źródło twojego problemu to pewien ciemnowłosy chudzielec.
- Masz rację - przyznaję niechętnie. - Martwię się o niego. Nie było mnie przez kilka dni i sam widzisz jak wygląda.
- Daj mu czas. Z tego co pamiętam zawsze był zamknięty w sobie - Ron siada na parapecie ze smętną miną.
- No dobra, ja ci powiedziałem. Teraz twoja kolej - nie spuszczam wzroku z twarzy mojego najlepszego przyjaciela.
- Rano rozmawiałem z Abby. Poprosiła mnie o spotkanie. Mamy na spokojnie omówić wszystkie kwestie związane z rozwodem.
- Ron, jesteś tego pewny? Przedtem zapewniałeś mnie, że jesteście szczęśliwi.
- Byliśmy. Nadal będziemy się przyjaźnić, zobaczysz. Nie kocham jej, a ona nie kocha mnie. W moich oczach pozostanie najważniejszą kobietą mojego życia. Będę ją szanował i wspierał do śmierci, tak jak obiecałem. Podejrzewam, że razem pojawimy się na waszym ślubie, ale to niczego nie zmieni. Abby nie jest już moją żoną, a przyjaciółką i tak będę ją teraz postrzegać.
- Cokolwiek się stanie, zawsze będę blisko.
- A gdybyś musiał wybrać?
- Wybrać? - jego niespodziewane pytanie mąci mi lekko w głowie. Mówi o sobie i Abby, czy o Joshu?
- Abby albo ja. Kogo wybierasz?
- Kobiety przychodzą i odchodzą, lecz brat jest bratem - uśmiecham się do niego.
- Przestań się zgrywać! - rzuca we mnie kulką papieru.
- Nic na to nie poradzę. To ta jesienna melancholia - deklaruję uroczyście, układając dłoń na sercu.
- Jesteś nienormalny! - wyrokuje. - Kończmy to, bo mam zaplanowany wędkarski seans. Będę oglądać film o tym jak rozróżnić ryby słodkowodne od tych złapanych w morzu oraz takie związane z anegdotami. Gdyby zrobiło się naprawdę niezręcznie, rozładuję sytuację jakąś opowiastką, a ty będziesz w tym czasie szkicować samolot.
- A co z rumem? Ponoć piraci i prawdziwe wilki morskie mają całkiem silną głowę.
- Nie traktujesz mnie poważnie! Dobrze wiesz, że ciężko jest mnie spić. Jestem zaprawiony w boju i żadne procenty nie są mi straszne - przechwala się.
- To nasza broń ostateczna? Procenty i dowcipy i rybach? Konkurencja będzie się tarzać ze śmiechu, gdy pozna twoje plany.
- Nasz plan zakłada podpisanie umowy na jak najlepszych warunkach, korzystając przy tym ze wszystkich dostępnych metod. Nigdy o tym nie zapominaj - grozi mi palcem.
- Nie zapomnę, obiecuję.
Lubię pracować z Ronem. W jego towarzystwie nawet najnudniejsze lub najbardziej żmudne etapy zawsze mijają w oka mgnieniu. Dziś jest dokładnie tak samo.

Gdy zbliża się pora obiadu, przeciągam się zadowolony. Nareszcie koniec. Wesoły i uśmiechnięty udaję się prosto do jadalni, gdzie Rose oraz Ursula streszczają sobie ulubione telenowele.
- Drogie panie, widziałyście mojego ukochanego?
- Jest na górze, razem z Dennisem.
- Czyżby uciekał przed jedzeniem? - zastanawiam się na głos.
- Musiał się położyć. Ostatnio często cierpi na migrenę - wtajemnicza mnie Ursula.
- Dlaczego nic o tym nie wiem? - irytuję się.
- Josh nie chciał pana martwić. Wspominał, że ma pan sporo na głowie, więc... - kobieta posyła mi przepraszające spojrzenie.
- Sprawdzę co robi - nie było mnie zaledwie kilka dni... Czemu nikt mi nic nie mówi?!
Drzwi od naszej sypialni są zamknięte. Otwieram je bardzo powoli. Serce wyraźnie mi przyspiesza. Czuję się trochę tak, jakbym miał nakryć tę dwójkę na czymś niedozwolonym. Przecież Dennis to ochroniarz Josha, kretynie! Sam mu kazałeś być ciągle blisko... Przeszłość już nie wróci. Nikt więcej ci go nie zabierze...
W pokoju jest ciemno. Wszystkie okna zostały szczelnie zasłonięte. Jasnowłosy mężczyzna siedzi na krześle przy łóżku. Podnosi na mnie wzrok, po czym przykłada palec do ust dając mi do zrozumienia, abym był cicho. Obserwuję jak zwinnym ruchem podnosi się ze swojego miejsca. Wychodzimy na korytarz.
- Ma migrenę - szepcze. - Podałem mu leki, teraz śpi.
- Czemu nic mi nie powiedziałeś? - atakuję go.
- Zaczęło się od lekkiego bólu głowy. Położył się, a potem było już tylko gorzej. To trzeci raz w ostatnim czasie.
- Muszę zadzwonić do jego lekarza.
- Już dzwoniłem. Powiedział, że to normalne. Ponoć jest to oznaka, iż wkrótce odzyska pamięć.
- O tym też nic nie wiem! - syczę wściekły.
- Przepraszam, panie Wood. Uznałem, że to drobiazg i w sytuacji, gdy ratował pan przyjaciela, zwykły ból głowy pańskiego narzeczonego tylko niepotrzebnie dołożyłby panu trosk. Prześpi się trochę i wszystko wróci do normy - jego logiczne tłumaczenie nieco mnie uspokaja.
- To ja przepraszam. Mam wrażenie, że wszystko wymyka mi się z rąk, zwłaszcza Josh.
- O to akurat nie musi się pan martwić. On bardzo pana kocha. Jest pan dla niego najważniejszy na świecie.
- Skąd wiesz? - czuję się nieco zawstydzony, słysząc takie słowa.
- Bo mi powiedział.
- Tobie powiedział, że mnie kocha, a na mnie jest obrażony - mamroczę pod nosem.
- Z tym problemem będzie pan musiał poradzić sobie sam - uśmiecha się do mnie.
- Do końca dnia masz wolne. Ja z nim zostanę - klepię go po ramieniu.
- Dziękuję panu. Tylko proszę nie zapalać światła i nie odsłaniać okien.
- Obiecuję.
- Każę przynieść panu obiad na górę.
- Nie jestem głody.
- Josh również bezustannie to powtarza. Może dzięki panu zmieni zdanie, więc proszę dać mu dobry przykład.

Najedzony i umyty zakradam się do łóżka. Ciemność, szum deszczu za oknem, zapach skóry mojego ukochanego. Chciałbym go przytulić, lecz boję się go dotknąć. Tak spokojnie śpi...
Mija godzina, potem kolejna... Sam robię się zmęczony. Przytulam się do poduszek i odpływam. Przez to całe szaleństwo z Ronem czuję się przemęczony. To aż dziwne ile przyjemności może dać człowiekowi takie wspólne leżenie w łóżku.

- Nie, nie chcę... Nie chcę... Zostaw mnie... Nie dotykaj... 
Nieśpiesznie unoszę zaspane powieki. Nie mam pojęcia, która jest godzina. Wyciągam rękę, by włączyć lampkę nocną.
- Nie bij mnie już...
- Josh?! - zaalarmowany jego dziwnym zachowaniem, natychmiast się do niego przysuwam. - To tylko sen.
- Nie bij mnie! Proszę, przestań! Ron, nie bij mnie! - szarpie się w moich ramionach.
- Josh! - potrząsam nim, by przerwać koszmar. Chłopak w końcu się budzi. Oddycha ciężko. Po policzkach spływają mu łzy.
- Tristan...
- Już dobrze.
- Tak się bałem... - tuli się do mnie, szukając schronienia. Szybko zasypia, zostawiając mnie samego ze swoimi myślami.
Powiedział, że Ron go bił... To absurd! Znam go od lat. W szkole chłopacy naśmiewali się w niego, bo nie przepadał za sportami zespołowymi. Zamiast tego wolał przeglądać rubryki giełdowe. Interesowały go podatki, wykresy, ceny walut, ale nie przemoc. Szczerze wątpię, czy kiedykolwiek brał udział w jakiejś bójce. A jednak przyszedł we śnie do Josha, by wyrządzić mu krzywdę...

Dochodzi piąta, gdy ciemnowłosemu robi się zbyt ciepło i próbuje się ode mnie odsunąć.
- Gdzie się wybierasz, mój piękny? Tu jest twoje miejsce - zaczynam się cicho śmiać, czekając aż na mnie spojrzy.
- Tristan? Co ty tu robisz?
- Jak to co? To nasze łóżko. Nie pamiętasz? A może wolisz, żebym ci przypomniał do czego służy, hmm? - przekręcam go na plecy, by móc patrzeć na niego z góry. Nie wygląda za dobrze. Jest blady i ma ciemne cienie pod oczami.
- Zapewniam cię, że doskonale pamiętam.
- Co się dzieje, najdroższy? Głowa nadal cię boli? - z czułością gładzę jego policzek.
- Troszeczkę.
- Moje biedactwo. Zaraz coś na to zaradzimy - wstaję z łóżka i podchodzę do stołu, gdzie Dennis zostawił tabletki. Uważnie czytam informacje z etykiety. „Nie przekraczać dwóch dawek na dobę.” Muszą być bardzo silne. - Powinieneś coś zjeść. Masz ochotę na śniadanie?
- Nie jestem głodny.
- Zdziwiłbym się, gdybyś był. Nie możesz nic nie jeść. Jeśli chcesz je zażyć, śniadanie jest nieuniknione. Poczekaj tu na mnie, za chwilę wracam.
Przeszukuję lodówkę z nadzieją na znalezienie czegoś, co by go ucieszyło.
- Może pudding? - podpowiada mi Rose, zakładając kuchenny fartuszek.
- Co tu robisz o tak wczesnej porze?
- Mogłabym zadać panu to samo pytanie.
- Josha nadal boli głowa. Musi coś zjeść, bo inaczej nie podam mu leków.
- W ostatnim czasie bardzo schudł - kobieta wygląda na zatroskaną jego wyglądem.
- To moja wina. Zostawiłem go i wszystko szlag trafił! - z wściekłością zatrzaskuję drzwi od lodówki.
- Panie Wood, spokojnie. Robi pan wszystko co tylko może. Proszę dać chłopcu trochę czasu.
- Wiesz o co mnie wczoraj poprosił? - czuję, że jeśli komuś nie powiem co mnie trapi, to eksploduję.
- Ma się pan pozbyć pana Rona, zgadłam? - siada na wysokim stołku przy wyspie i podpiera głowę.
- Skąd wiedziałaś?! Mówił ci o tym?!
- Panie Wood, w tak delikatnych sprawach słowa są zbędne.
- Twoje zdolności mnie przerażają - opieram się o kuchenny blat. - Co ja mam zrobić, Rose? Co mam zrobić?
- Jak to co? Po pierwsze, nakarmi pan Josha moim puddingiem. Potem zadba o to, by nie cierpiał z powodu migreny i zapewni o swoich uczuciach, jasne? - wylicza.
- I już? Myślisz, że zadziała? Nie sądzę, że...
- Ja się nigdy nie mylę - przerywa mi, zeskakując ze stołka i wyciągając z czeluści lodówki szklany klosik. - Proszę wykonać moje polecenia, ale już!
- Tak jest, generale!
- A potem liczę na raport - podaje mi srebrną łyżeczkę.
- Jesteś kochana - całują ją w policzek.

W pokoju jest znacznie jaśniej. Błękitnooki poodsłaniał wszystkie okna. Nadal pada. Układam się na pościeli i czekam, aż do mnie dołączy. Słysząc szum wody, dobiegający spod prysznica, mam wielką ochotę, by do niego dołączyć. Powstrzymuje mnie myśl o jego migrenie. To niesprawiedliwe! W końcu mam czas i nikt nam nie przeszkadza, a nie będziemy się kochać...
Po kilkunastu minutach łazienkowe drzwi w końcu zostają otwarte. Josh ma na sobie inną piżamę oraz nieco wilgotne włosy. Niechętnie wraca do łóżka. Układa się przy brzegu, odwracając do mnie plecami.
- Nic z tego. Najpierw jedzenie - przyciągam go do siebie.
- Nie chcę - marudzi.
- Udam, że tego nie słyszałem. Rose zrobiła pudding specjalnie dla ciebie. Chyba nie chcesz, abym jej naskarżył, że nie zjadłeś. Wiesz co ci wtedy zrobi?
- Boję się pomyśleć.
- No właśnie.
- Uratowałbyś mnie przed jej gniewem, gdybym poprosił?
- Skarbie, dla ciebie zrobiłbym wszystko - próbuję pocałować go w policzek, ale się odsuwa.
- Głowa mnie boli.
- Niezła wymówka. Umówmy się, że tej jeden raz ci uwierzę - sięgam po klosik i nakładam odrobinę kremu ma łyżeczkę.
- Nie musisz mnie karmić. Sam sobie poradzę.
- Lubię cię karmić. Jesteś wtedy taki słodki i uległy. Otwórz usta - wywraca oczami, lecz spełnia moje polecenie.
- Zachowujesz się jakbym był twoim dzieckiem, a nie przyszłym mężem.
- Nie przeszkadza mi to, bo wiem, że i tak mnie kochasz - nakładam kolejną porcję.
- Nie zjem więcej - powstrzymuje mnie, a dobrnęliśmy dopiero do połowy.
- Skarbie, musisz jeść. Jesteś za chudy - zachęcam go.
- Głowa boli mnie coraz bardziej. Mogę już dostać tabletki?
- Możesz - kładę mu na dłoni białą pigułkę obiecując sobie w myślach, że jak tylko zaśnie, zadzwonię do doktora Kenta. Muszę się upewnić, że to normalne w jego sytuacji.
- Dziękuję - wtula się w poduszkę i przymyka oczy.
- Opowiesz mi co się śniło? - kładę się obok niego i okrywam kołdrą.
- Chyba nic - robi zdziwioną minę.
- Przebudziłeś się w nocy - zaczynam ostrożnie.
- Tak? Nie pamiętam - wydaje się szczery, więc nie będę naciskać. Postanawiam zmienić taktykę.
- Tak. Mówiłeś, że bardzo mnie kochasz, że mam cię przytulać i całować bez końca.
- Niemożliwe! To chyba twój sen.
- Owszem, mój. Powiedz, że mnie kochasz.
- Kocham - robi ponurą minę. - Kochałbym bardziej, gdybyś spełnił moją prośbę.
- Dlaczego tak nie lubisz Rona? Jesteś zazdrosny?
- Nie! - ponownie odwraca się do mnie plecami.
- Jesteś - przytulam się do niego. - Wiesz, że kocham tylko ciebie, prawda? - szepczę mu do ucha. - Ciebie i nikogo innego. Chcę spędzić z tobą resztę życia. Codziennie przytulać, zasypiać obok ciebie, budzić się przy tobie i karmić cię puddingiem.
- Przestań. Chcę spać.
- Nie bądź dla mnie taki oschły. Potrzebuję cię. Potrzebuję twojej miłości...
- Więc pozbądź się Rona, a będzie tak jak dawniej.
- Nie mogę. Proszę, zrozum! Nie mogę tego zrobić! - przemawia przeze mnie desperacja. Stoję między młotem a kowadłem. Jeśli uszczęśliwię jednego z nich, ten drugi będzie cierpiał. To ponad moje siły!
- W takim razie ja też nie mogę traktować cię tak jak dawniej. Kocham cię, choć bardzo mnie ranisz.
- Josh... Błagam, nie mów takich rzeczy. Zrobiłbym dla ciebie wszystko.
- Odkąd cię znam to ty ciągle bawisz się moimi uczuciami. Tak było w szpitalu, w twoim mieszkaniu i tak samo jest tutaj.
- To nieprawda! - bezwiednie zaciskam palce na jego piżamie, zszokowany tym, co przed chwilą powiedział.
- Prawda. Dobrze o tym wiesz. Gdybym mógł, wyjechałbym daleko stąd, abyśmy mogli nabrać dystansu i wszystko na spokojnie przemyśleć.
- Nigdzie nie pojedziesz! Tu jest twoje miejsce!
- Sam widzisz - odwraca się w moją stronę. Niebieskie tęczówki, choć zmęczone i mizerne, uważnie mi się przyglądają. - Chcesz mnie ubezwłasnowolnić i jeszcze liczysz na to, że będę ci za to dziękował. Kocham cię. Szczerze i mocno, ale nie mogę pozwolić, abyś dalej traktował mnie w taki sposób, bo mnie zniszczysz.
- Ty nic nie rozumiesz! Nie umiem bez ciebie żyć! Gdy się rozstaliśmy, mój świat się zawalił! Wtedy zrozumiałem, że nigdy więcej nie pozwolę ci odejść! - ból w sercu jest nie do wytrzymania. Czemu jest tak blisko, a jednocześnie tak daleko?!
- Nie pamiętam dlaczego się rozstaliśmy, ale wiem jedno. Od zawsze bardzo cię kochałem. Ta miłość krzyczy we mnie. Błaga, abyś ją w końcu usłyszał, ale ty nie chcesz słyszeć. Nie chcesz mi nic powiedzieć. Nie będę dłużej siedział cicho. Musisz podjąć decyzję. On czy ja?
- Ty. Przecież wiesz, że ty - pochylam się i złączam nasze wargi w delikatnym pocałunku. Pragnąłem go od tak dawna. Josh dalej mnie torturuje, bo nie chce otworzyć ust i przy pierwszej nadarzającej się okazji, po prostu się odsuwa. - Poproszę Rona, by wyjechał przed końcem tygodnia, dobrze?
- Ale...
- Muszę mu wynająć inne mieszkanie i poprosić jego rodziców o pomoc. Wytrzymasz z nim jeszcze dwa, trzy dni?
- Dwa, trzy dni... Nie dłużej.
- Dziękuję - ocieram się nosem o jego policzek. - Głowa nadal boli?
- Tak.
- Powiesz mi, gdy przestanie? Mam ochotę kochać się z tobą do nieprzytomności.
- Po tych lekach chce mi się spać, ale potem...
- Potem - całuję go w policzek.
- Nie odchodź. Tak mi z tobą dobrze.
- Mi z tobą też. Nigdzie się stąd nie ruszę - kocham tylko ciebie, nikogo innego...

wtorek, 30 maja 2017

mpreg 8

„Bezsenne Noce


Podróż do sklepu nie zajmuje mi wiele czasu. Co prawda centrum handlowe otwarte zostanie dopiero za kilka godzin, lecz sok mogę kupić już teraz. Wybieram sobie duży wózek i ruszam na poszukiwania.
Przemierzając sklepowe alejki decyduję się na mnóstwo innych, zdrowych rzeczy, zwłaszcza owoców. Borówki? Mogą być. Truskawki też. I ananas, brzoskwinie, winogrona. Do tego woda. Koniecznie w szklanych butelkach. Nie pozwolę, by dawał dziecku taką z kranu. Rodzice mają filtr, ale mimo to niezbyt mu ufam.
Przez chwilę zatrzymuję się przy dziale ze słodyczami. Biorę do ręki wielką paczkę landrynek. Czy powinienem je kupić? Eli kocha cukier. Poprzednią zjadł chyba tego samego dnia, choć dobrze wiedział, że mu nie wolno. To wszystko przez to, iż czuję wyrzuty sumienia z powodu tego cholernego misia, na którym niedawno się wyżyłem. Weź się w garść Max. Przecież dobrze wiesz, że to może zaszkodzić dziecku. Rozdrażniony odkładam je na miejsce i ruszam w kierunku działu z zabawkami, gdzie przekopuję się przez kilka koszów wypchanych pluszowymi zwierzętami. Słonie, lwy, żyrafy, węże... Gdzie te cholerne niedźwiedzie?!
- Czy mogę panu pomóc? - zaczepia mnie jeden z pracowników, który od pewnego czasu uważnie mi się przygląda.
- Tak. Szukam misia. Dużego i brązowego.
- Musi pan poczekać na dostawę.
- Poczekać? A ile to potrwa?
- Tydzień, góra dwa.
- Aż tyle?!
- Misie kiepsko się sprzedają. Dzieciaki szaleją za tym nowym filmem, który grają w kinie. Pluszowy wąż naturalnych rozmiarów to obecnie hit - wskazuje na dwumetrowego boa dusiciela. Jestem pewny, że zostałbym jego ofiarą, gdybym podarował go Eli.
- To nie do końca to czego szukam. Przyjadę później i rozejrzę się w centrum handlowym.
- Obawiam się, że nic innego pan nie znajdzie. Tylko my mamy dział z zabawkami.
- Nie szkodzi. Zamówię przez internet.
- Na prawdę nie chce pan węża? To nasz numer jeden - namolny sprzedawca podtyka mi upiornie wyglądającego futrzaka.
- To musi być miś, proszę mi wierzyć.
- Jak pan chce, ale proszę pamiętać, że ich też mamy ograniczoną liczbę, wiec gdyby zmienił pan zdanie, to... Przy zakupie całej serii dajemy gratis namiot ogrodowy - uśmiecha się zachęcająco.
- Jestem tradycjonalistą, to musi być miś - staram się go spławić.
- Max?! - odwracam się gwałtownie, słysząc za plecami znajomy głos.
- Ian? To naprawdę ty?!
- No raczej, że ja! - żywiołowy blondyn, z którym przez kilka lat chodziłem razem do podstawówki, rzuca mi się na szyję, pesząc swoim zachowaniem pracownika sklepu, który dyskretnie się oddala.
- Proszę dać mi znać, gdyby zmienił pan zdanie w kwestii węża.
- Macie jeszcze węże? Całe szczęście! Biorę trzy zestawy. Łącznie z namiotami - spoglądam na Iana z niedowierzaniem.
- A nie mówiłem - sprzedawca z wyższością chwali przezorność mojego dawnego przyjaciela. - Pójdę na zaplecze. Za chwilę wracam.
- Max, gratuluję! - gdy zostajemy sami, Ian niespodziewanie ponownie rzuca mi się na szyję. - Wszystko wiem od twojego ojca. Pęka z dumy i wszystkim opowiada, że niedługo zostanie dziadkiem.
- Serio? - uśmiecham się zaskoczony takim obrotem sprawy. - Ojciec nie umie trzymać języka za zębami.
- Spotkałem go w zeszłym tygodniu w sklepie z narzędziami. Był w towarzystwie takiego młodego blondyna. Ponoć jest twój, to prawda? - szturcha mnie lekko w ramię. - Stary, musisz mi zdradzić jak ci się udało go poderwać? Przecież to chodzący ideał. W dodatku taki młodziutki.
Co powinienem zrobić? Powiedzieć Ianowi prawdę o Eli? A może brnąć w kłamstwa, które mój ojciec rozpowiada na prawo i lewo, ciesząc się wnukiem i synem-podrywaczem?
- No cóż, to czysty przypadek - zaczynam się nerwowo śmiać.
- Zazdroszczę ci Max - puszcza do mnie oko. Najpierw Freddy, teraz Ian. Jak tak dalej pójdzie, to Eli dorobi się pokaźnej grupy adoratorów. W sumie co mnie to obchodzi? Niech sobie robi co chce. Interesuje mnie tylko mój syn.
- Dzięki.
- Od twojego ojca wiem, że pracujesz obecnie przy jakimś filmie.
- To nic wielkiego. Sprawdzam literówki w scenariuszu. Nie to co ty, lokalny superbohaterze.
- Daj spokój. Wykonywałem swoją pracę, aż tu nagle rozdzwoniły się telefony, wszyscy chcieli zrobić sobie ze mną zdjęcie, przeprowadzić wywiad. Jestem zwykłym strażakiem, sam wiesz - spuszcza wzrok. Zawsze był nieco nieśmiały. W zeszłym miesiącu, narażając własne życie, wdarł się do płonącego domu i uratował małego chłopca. Wszystkie media o tym mówiły.
- Wiem, że od zawsze nie potrafiłeś przejść obojętnie obok kogoś, komu działa się krzywda.
- Powiem ci prawdę, jeśli obiecasz, że to zostanie tylko między nami - szepcze.
- Obiecuję.
- Pamiętasz, gdy jako chłopcy czytaliśmy komiksy? Marzyłem, by choć raz poczuć się tak jak Superman czy Batman i w końcu się udało. To była najstraszniejsza, a zarazem najwspanialsza chwila w całym moim życiu. Bałem się, że już nigdy nie zobaczę żony i dzieciaków, ale musiałem, po prostu musiałem po niego iść... - jego oczy zachodzą łzami.
- Powiem coś, co słyszałeś wiele razy w ostatnim czasie. Jestem z ciebie bardzo dumny. Nie każdy miałby jaja na tyle wielkie, by zachować się tak jak ty - kładę mu obie dłonie na ramionach.
- Prawdziwy z ciebie romantyk, Max - obydwaj wybuchamy śmiechem.
- Oto pańskie zamówienie - pracownik działu z zabawkami wręcza Ianowi trzy wielkie kartony.
- Bardzo dziękuję. Syn i córka żyć mi nie dają z powodu tego węża - wzdycha. - Kupiłem też jeden dla tego małego. Dopiero niedawno wyszedł ze szpitala.
- Ucieszy się - zapewniam go automatycznie.
- Na to właśnie liczę. A ty nie bierzesz?
- Mój syn urodzi się za kilka miesięcy, więc mam jeszcze czas.
- Będziecie mieli syna? To wspaniale!
Tak naprawdę to nie wiem co się urodzi. Od samego początku założyłem, iż to będzie syn. Nie było mnie przy Eli podczas ostatnich badań kontrolnych. Muszę go o to zapytać jak tylko wrócę do domu.
Rozmawiam z Ianem jeszcze przez kilkanaście minut. W końcu umawiamy się na przyszły tydzień. Zaprosił nas do siebie, a ja nie bardzo umiałem wytłumaczyć mu, że między mną a Eli nie wszystko jest tak transparentne jak się wydaje. Łączą nas sekrety, którymi nie chcemy dzielić się z innymi. Szczerze wątpię, iż wyrazi chęć odwiedzenia moich znajomych i udawania pary.
Wracam do domu. Jest jeszcze wcześnie. Znając przyzwyczajenia ojca, pewnie poszedł pobiegać wokół jeziora. Mama nie wstaje przed ósmą. Mam więc szansę, by wyciągnąć z Eli prawdę o naszym dziecku.
Zabieram na górę kilka butelek soku jabłkowego, a resztę zakupów upycham do lodówki i spiżarni. Otwieram drzwi od naszego pokoju, lecz po blondynie nie ma śladu. Byłem pewny, że wrócił do łóżka lub dalej rysuje. Podchodzę do stołu, na którym leżą ukończone szkice, nad którymi pracował od rana. Piękne... Tym razem są to japońskie drzewa wiśniowe. Delikatne odcienie różu mieszają się między sobą, tworząc zachwycający pejzaż, który z pewnością znajdzie swojego nabywcę.
Nagle przypomina mi się, że nie sprawdziłem łazienki. Nie zastanawiając się za wiele, łapię za klamkę i otwieram drzwi.
- Tutaj jesteś. Musimy... - chłopak unosi na mnie wzrok oczekując na to, co powiem, lecz słowa zamierają mi w ustach.
- O co chodzi, Max? - ponagla mnie.
- Jesteś nagi - dukam. Powinienem odwrócić wzrok, bo jest to dość niezręczna sytuacja. Nie robię tego. Moje oczy zdają się skanować każdy milimetr jego skóry. Wystające obojczyki, drobne ramiona, malutkie sutki, zaokrąglony brzuch.
- Nie umiesz pukać? - jego uwaga sprawia, iż wraca mi świadomość.
- Nie wyglądasz na zawstydzonego - zauważam. Jasnowłosy nie zareagował nerwowo. Nie zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Nie zaczął krzyczeć. I nie próbuje się okryć. Po prostu na mnie patrzy, pewnym siebie wzrokiem. Z nas dwojga to ja czuję się bardziej zażenowany. Policzki palą. Mój oddech staje się cięższy. A przecież to on jest rozebrany, nie ja...
- Dlaczego miałbym się wstydzić swojego ciała?
- Większość osób tak właśnie reaguje! - moje słowa brzmią trochę jak desperacki atak. To ja zawiniłem, a on? Czemu się nie chowa? Sprawia wrażenie, jakby mój wzrok błądzący po jego ciele, sprawiał mu przyjemność...
- Zapominasz, że pracowałem jako model - zaczyna przyglądać się własnemu odbiciu w lustrze. - Dla mnie to nic niezwykłego - sięga po gumkę do włosów i nieśpiesznie zabiera się za związanie jasnych pasm, które opadają mu złotą falą na ramiona.
- To już przeszłość! Więcej nie będziesz tego robić!
- Bo co?
- Bo ja tak mówię! - jego spokój i opanowanie niesamowicie podnoszą mi ciśnienie krwi. Jak on może zachowywać się jakby nigdy nic, skoro jest nagi! Widzę go całego! Każdy skrawek jego ciała!
- Nie obchodzi mnie twoje zdanie - podchodzi bliżej. Celowo mnie prowokuje? Chyba oszalał.
- Załóż coś na siebie! Musimy porozmawiać!
- Cały czas rozmawiamy. Mów, jeśli chcesz - jest tak blisko, iż czuję ciepło, które bije od jego jasnej skóry. Cofam się o krok do tyłu, co natychmiast zostaje przez niego wykorzystane. Eli wyciąga rękę w moją stronę. Przełykam głośno ślinę. Każdy mój nerw jest spięty do granic wytrzymałości.
- Co robisz? - szepczę, gdyż zaschło mi w gardle.
- Ubieram się. Sam mi kazałeś.
- Ja... - zaczynam się jąkać.
- Dobrze się czujesz, Max? - chłopak wlepia we mnie swoje fiołkowe tęczówki, przechylając jednocześnie głowę nieznacznie w prawo.
- Tak! Wszystko w porządku.
- Przesuniesz się trochę? Nie mogę się dostać do majtek.
- Jasne - odskakuję od półek garderoby jak oparzony. Tymczasem Eli przegląda ich zawartość, lecz niczego na siebie nie zakłada. Woli mnie torturować. Zabiera wybrane przez siebie ubrania i zanosi je na łóżko.
- Jestem nagi, ale nie głuchy. Mów, bo widzę jak się męczysz - nakłada na siebie jasnoniebieską koszulkę z krótkim rękawem.
- Chodzi o dziecko.
- Nic mu nie jest - uśmiecha się, obejmując brzuch ramionami, jak zwykle ma w zwyczaju robić.
- Nie o to mi chodzi. Pytałeś lekarza o jego płeć?
- Nie - odwraca się do mnie tyłem, ukazując całkiem kształtne pośladki.
- Jak to nie?!
- Dlaczego miałbym to robić?
- Jak to dlaczego?! Czy to nie oczywiste?!
- Nie dla mnie.
- Eli... Nie wkurzaj mnie... - ostrzegam go.
- Nie rozumiem o co ci chodzi - przyznaje zaskoczony. - Kocham dziecko bez względu na to, czy będzie chłopcem, czy dziewczynką. To ty ubzdurałeś sobie, że chcesz syna, więc to tylko i wyłącznie twój problem.
- Mógłbyś w końcu założyć coś na siebie?! Rozmawiamy o poważnych sprawach!
- By poznać płeć dziecka, potrzebujesz mojej zgody, a ja się nie zgadzam.
- Nie masz prawa!
- Mam, bo to ja jestem w ciąży, a nie ty. Dzidziuś wie, że moja miłość do niego jest bezgraniczna, a twoja nie, dlatego cię nie lubi.
- To już ewidentnie twoja wina! Nie dajesz mi szansy, abym był bliżej swojego syna!
- A ty chciałbyś być dotykany w intymny sposób przez kogoś obcego?
- Nie jestem obcy! Jestem ojcem dziecka!
- Powinieneś być bliski dziecku, ale nie mnie.
- Mieszkałeś pod moim dachem! Moi rodzice cię przygarnęli! To nic nie znaczy?! - atmosfera między nami z sekundy na sekundę jest coraz bardziej napięta. - Gdzie są twoi rodzice, co?
- Nie wiem - odpowiada spokojnie, jednocześnie nakładając na siebie bieliznę. Nie patrzy mi w oczy. Coś ukrywa...
- Nie wiesz? Podaj mi adres. Sam z nimi porozmawiam.
- Nie znam ich adresu.
- Pełnoletni jesteś od kilku miesięcy, więc jeszcze do niedawna z nimi mieszkałeś!
- Ostatni raz widziałem ich jakieś sześć lat temu...
- Sześć lat temu? To kto cię wychowywał?! Ulica?!
- Co to za krzyki?! - do naszej sypialni wkracza wściekły ojciec, gotowy nieść pomoc swojemu nowemu ulubieńcowi. - Max, czemu na niego krzyczysz od samego rana?! Tak trudno ci zrozumieć, że masz go nie denerwować? - groźna mina w połączeniu z rozgrzanym po treningu ciałem to sygnał, by się jak najszybciej ewakuować. Niedźwiedź nie okaże mi litości.
- Eli nie chce poznać płci dziecka, a dla mnie to bardzo ważne - próbuję się wytłumaczyć.
- Powiedział nie. Koniec dyskusji, jasne? - spojrzenie Petera Forda jest jak wyrok. Przegrałem to starcie.
- Tak - cedzę przez zęby.
- Jeszcze raz podniesiesz na niego głos, to inaczej sobie porozmawiamy - grozi mi palcem. Nic nie odpowiadam, lecz w środku aż się gotuję z bezsilności. Ten karzełek owinął sobie ojca wokół palca! - Jak się czujesz, mój drogi? - zmienia front i uśmiecha się do blondyna?
- Dobrze, proszę pana. Dziękuję - przymila się.
- Gdyby Max sprawiał ci jakieś problemy, od razu mi powiedz - głaszcze go po głowie.
- Wczoraj zabrał mi misia, którego dostałem od Freddiego - nie waha się na mnie skarżyć. - Schował go wysoko w szafie.
- Max, jak Boga kocham... Ile ty masz lat, co? Tylko wstyd mi przynosisz - ojciec mruczy pod nosem. - Zaraz ci go sięgnę. - Z przerażeniem obserwuję, jak mija Eli i udaje się do niewielkiej garderoby. Sprawdza dokładnie wszystkie półki, lecz nie znajduje pluszaka. Jego resztki schowałem wczoraj w bagażniku, a rano wyrzuciłem do kontenera w miasteczku. Nie znajdzie dowodów. Jestem uratowany. - Gdzie go schowałeś synu?
- Na górnej półce - kłamstwo jest złe, bardzo złe, ale obecnie nie mam innego wyboru.
- Nic tu nie ma - oświadcza tata.
- Niemożliwe! - podchodzę bliżej i udaję, że szukam pluszaka. Kątek oka dostrzegam smutek, który wyraźnie maluje się na twarzy złotowłosego. - Musi tu być! - brnę dalej. Eli wycofuje się w kierunku swojego łóżka. Przez chwilę mam wrażenie, że się popłacze. Na szczęście udaje mu się opanować. Zaczyna ściągać poszewkę ze swojej kołdry, którą wkłada do plastikowego kosza.
- Zapomniałem poduszki z ogrodu. Pójdę po nią - wybiega pośpiesznie, zostawiając nas samych.
- Jesteś z siebie zadowolony? - ojciec trzaska głośno drzwiami.

Podczas śniadania panuje bardzo cicha atmosfera. Zamyślony Eli skubie owoce, którymi mama obłożyła jego porcję owsianki.
- Poradzicie sobie beze mnie, chłopcy? Mam dziś sporo pracy i wrócę dopiero wieczorem.
- Oczywiście, Pamelo. Z pewnością damy sobie radę - tata całuje mamę w rękę, nie spuszczając wzroku z jasnowłosego.
- Może wybierzecie się gdzieś na obiad? Szczerze wątpię, że uda mi się wrócić przed kolacją.
- To świetny pomysł, kochanie. Co ty na to Eli? Masz ochotę na wycieczkę?
- Przepraszam, ale wolałbym zostać w domu. Mam sporo pracy, a jutro przyjeżdża kurier.
- W takim razie zamówimy coś gotowego. Może być?
- Jeśli pan chce, ugotuję obiad. To żaden problem - chłopak uśmiecha się lekko, jakby czytał ojcu w myślach.
- Liczyłem, że to powiesz - cieszy się. - Zrobisz to samo danie co ostatnio?
- Tak.
- Więc postanowione! Max pojedzie po zakupy. Napisz mu na kartce co będzie ci potrzebne.
- Tylko nie wykorzystujcie go za bardzo - martwi się mama. - W pierwszej kolejności ma odpoczywać. - A ty synu, skoro masz energię na kłótnie od samego rana, będziesz mógł się wykazać w inny sposób. Zrobisz pranie, odkurzysz dom i zajrzysz do naszych sąsiadów. Niewykluczone, że będziesz też musiał narąbać im drewna do kominka.
- Ale mamo...
- Bez dyskusji! Od dziś codziennie masz zmieniać pościel w waszym pokoju i sprzątać łazienkę. Dziecko ma żyć w sterylnej czystości, więc nie ma mowy, by znalazł się tam choćby pyłek kurzu, jasne?
- Coś jeszcze? - humor zupełnie mnie opuszcza na myśl o domowych obowiązkach.
- Wyprasujesz rzeczy i umyjesz okna - czy ta lista na swój koniec?
- Jesteś kochana jak zawsze - uśmiecham się kwaśno.
- Najpierw nas unikałeś jak ognia, a teraz denerwujesz ciężarnego. Chyba nie liczyłeś na to, że obejdzie się bez konsekwencji, prawda? - wstaje od stołu i poprawia zagniecenia na swojej letniej sukience. - Widzimy się wieczorem.
- Odwiozę mamę. Bądźcie grzeczni - ojciec rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie.
Eli również szybko się podnosi, by zapisać na kartce produkty, które mam kupić.
- Proszę - wręcza mi różowy papierek w kształcie jabłka. Moja mama uwielbia takie tandetne gadżety.
- Prawie nic nie zjadłeś - zwracam uwagę na jego miseczkę.
- Nie jestem głodny.
- Wolałbyś coś innego? Przywiozę ci...
- Niczego nie chcę, dziękuję - zimny ton jego głosu zdradza, iż nadal ma do mnie żal.
- Eli, jeśli chodzi o misia, to kupię ci innego - zaczynam ostrożnie.
- Nie musisz.
- Poniosło mnie i...
- Nie mam czasu na bzdury - sięga po szklankę, do której nalewa wody z kranu.
- Przywiozłem ci soki.
- Wolę wodę.
- Nie zachowuj się w taki sposób. Przecież powiedziałem, że odkupię misia - łapię go za ramię, lecz chłopak od razu cofa się do tyłu, zmuszając mnie, bym cofnął rękę.
- Niczego od ciebie nie chcę - spogląda na mnie z pogardą, po czym wychodzi do ogrodu. Świetnie, Max. Możesz być z siebie dumny... Tym głupim wybrykiem przekreśliłeś szanse, by się do niego zbliżyć. Nie pozwoli ci się dotknąć. Nie zyskasz pewności, że urodzi się syn. A co najgorsze, nie nawiążesz więzi z maleństwem.
Sprzedawca miał rację. Powinienem kupić tego cholernego węża, a następnie udusić nim Freddiego. Randki i prezenty, tak? Jeszcze zobaczymy...

sobota, 27 maja 2017

mpreg 7

„Bezsenne Noce


Po raz setny w przeciągu ostatnich pięciu minut spoglądam na zegarek. Gdzie on jest?! Już prawie dwudziesta trzecia! Chowam się w mroku, niczym okrutny morderca, czający się na niczego nie podejrzewającą ofiarę. W tym wypadku jest to mój dawny pokój, który znajduje się na poddaszu. Rodzice zawsze liczyli na to, że prędzej czy później będę miał rodzeństwo. Z ich planów nic nie wyszło. Mama miała spore trudności, by ponownie zajść z ciążę. Nie przeszkodziło im to jednak we wstawieniu dwóch pojedynczych łóżek do pokoju dziecięcego. Będąc nastolatkiem pozbyłem się tego stojącego bliżej okna i wstawiłem coś bardziej odpowiedniego. Ostatecznie nie przypominam drobnego karzełka. Jestem dorosłym facetem, który miota się po tych kilku metrach kwadratowych, przeklinając w myślach pośrednika nieruchomości, który doradził rodzicom zakup tak niewielkiego domu.
Blond-krasnal ogrodowy zadomowił się na dobre. W garderobie, która ukryta jest za drzwiami łazienki, znajdują się jego ciuchy, a w samej łazience szczoteczka do zębów i jakieś inne drobiazgi. Tym razem nie ukrył szkicownika pod poduszką. Ma za to kilka kartonów drogiego papieru. Obejrzałem jego nowe prace, głównie akwarele. Pastelowe barwy sprawiły, iż depresyjny nastrój grafik należy obecnie do przeszłości. Czyżby był to jakiś przekaz? Malował wszystko w ciemnych barwach, bo w moim domu był nieszczęśliwy, a teraz rozwija skrzydełka? Nie, to chyba nie to. Realizuje zamówienia, które ma dokładnie rozpisane. Kilka z nich dotyczy obrazów olejnych. Będą musiały poczekać. Nie pozwolę, by mój syn wdychał trujące opary. I gdzie on jest?! Już prawie północ!
Dopiero kilka minut po dwunastej Freddy parkuje swojego grata na podjeździe. Obchodzi samochód i otwiera Eli drzwi, pomagając mu wysiąść oraz wręczając pluszowego misia, do którego ten od razu się przytula. Nie słyszę o czym rozmawiają. Mogłem otworzyć okno... Pozostaje mi obserwacja, którą ułatwiają zapalone w aucie światła.
Freddy chyba spodziewa się jakiejś gratyfikacji za wspólnie spędzony wieczór, lecz Eli nie reaguje, gdy ten zakłada mu pasmo jasnych włosów za ucho. Uśmiecha się delikatnie, po czym otwiera drzwi i macha rozczarowanemu chłopakowi na pożegnanie. Żałuję, że nie widzę wyrazu twojej twarzy, Freddy... Co to w ogóle za imię? Mógłbym tak nazwać swojego psa, gdybym zdecydował się jakiegoś przygarnąć. Właśnie, jeśli mój syn wyrazi takie życzenie, spełnię je. I wtedy na pewno nazwiemy psa Freddy. Jednak zanim to nastąpi słyszę kroki, tłumione przez wykładzinę. Przekręca klamkę i wchodzi do pokoju. Jest ciemno. Jego łóżko stoi bliżej drzwi. Odkłada na nie misia, a następnie zdejmuje torbę oraz bluzę.
- Wiesz która jest godzina?! - przelewam na blondyna swoje frustracje.
- Max! - łapie się za serce. - Nie strasz mnie tak!
Wyciągam rękę, by przycisnąć włącznik. Dzięki lampie widzę, iż jego oddech jest przyspieszony. Serce łomocze mu w piersi. A może to tylko moja wyobraźnia, którą „dokarmiłem” kilkoma drinkami? Trudno stwierdzić.
- Czemu wracasz tak późno? Mówiłem, że masz się kłaść najpóźniej o dziewiątej! - przypominam mu.
- Mówiłeś wiele dziwnych rzeczy - zaczyna się zachowywać tak, jakby mnie ignorował. Całą uwagę skupia na misiu. Podchodzę bliżej i zabieram mu zabawkę.
- Oddawaj! - staje w obronie swojej własności.
- Strzelnica w wesołym miasteczku... Masz pojecie ile osób dotykało tego przed tobą? - pogardliwie wymachuję mu żałosnym prezentem nad głową. Jest za niski, by do niego dosięgnąć.
- To nie twoja sprawa! Freddy wygrał go dla mnie! Chcę go z powrotem!
- Nic z tego - kładę brzydkiego, brązowego pluszaka na najwyższej półce w garderobie, gdzie nie sięgnie.
- Max, oddaj mi go! Jest mój! - awanturuje się, lecz odgradzam go od tego wyliniałego siedliska bakterii. - Nie masz prawa! - napiera na mnie swoim drobnym ciałem. Łapię go za ramiona i wypycham z łazienki. Opieram się plecami o zamknięte drzwi, by bardziej go wkurzyć. Fiołkowe oczy rozpalają gromy. Zaciska dłonie w małe piąstki. Jest taki zabawny...
- Kładź się, już późno - udaję niewzruszonego.
- Nie będziesz mi mówił, co mam robić! Jestem dorosły!
- Dorosły facet bez problemu odzyskałby swoją własność - drwię. - Tymczasem ty... Ile masz wzrostu? 130? 140 centymetrów?
- 165 jeśli już koniecznie musisz wiedzieć!
- 165... Jeśli dołożymy do tego czterdzieści kilo wagi, to rzeczywiście robisz zatrważające wrażenie.
- Myślisz, że wszystko ci wolno, bo jesteś większy i silniejszy? To się jeszcze okaże!
- I co zrobisz? Zawołasz tatusia? Jesteś taki przewidywalny... - pochylam się lekko, by nasze oczy znajdowały się na równym poziomie. Po chwili pokonany Eli wycofuje się w kierunku łóżka. - Poddajesz się?
- Myśl sobie co chcesz - zabiera poduszkę i kieruję się w stronę drzwi.
- Gdzie idziesz?
- Wychodzę.
- Dokąd?
- Do ogrodu.
- Teraz? - dziwię się.
- Tak - przekręca gałkę i wychodzi na korytarz.
- Eli, wracaj!
- Jesteś pijany i agresywny. Nie zamierzam ryzykować, że zrobisz mi coś złego. Prześpię się w altance. Mam nadzieję, że do końca ciąży dasz mi święty spokój - znika z pola widzenia, zostawiając mnie samego. Przez kilka sekund oniemiały wpatruję się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał. Co za wredny, mały, uparty...! To oznacza wojnę! Myślisz, że będziesz sobie ze mną pogrywać, smarkaczu? Jeszcze zobaczymy. Dopadam do garderoby i chwytam pluszaka, którego rozszarpuję na części. Głupawy uśmieszek misia nie schodzi mu z pyska nawet wtedy, gdy pozbawiam go głowy, którą następnie kopię z impetem, aż ginie pod łóżkiem. Gdybym mógł, z Eli postąpiłbym dokładnie tak samo! Cholerny dzieciak!
Siadam i przez kilka chwil oglądam pobojowisko. Białe kłęby wypełniacza do maskotek walają się po podłodze. Sięgam po coś, co jeszcze nie tak dawno temu było misiową łapą... Gdyby zobaczył, co z nim zrobiłem, dopiero wtedy by się wystraszył... Chowam twarz w dłoniach. Nigdy wcześniej nie zachowywałem się tak impulsywnie. Powiedział, że jestem agresywny... Po części ma rację. Rodzice robią co mogą, by donosił ciążę, a ja? Straszę go i denerwuję, a przecież spędziliśmy ze sobą tylko kilka minut. Może to i dobrze, że zabrali go do siebie. Kilka takich wyskoków i serio zrobiłbym krzywdę dziecku. Trudna sprawa...
Wzdycham ciężko i zabieram się za sprzątanie bałaganu. Jutro odkupię misia, skoro tak mu na nim zależy. Spoglądam na zegarek. Dochodzi pierwsza. Noc może i jest ciepła, ale Eli nie powinien spać w ogrodzie. Przeziębi się lub zostanie zjedzony przez komary.
Otwieram drzwi i schodzę na dół. Ogród wypełniony jest dźwiękami rechoczących żab oraz delikatnym blaskiem świetlików. Nie widziałem ich całe wieki. W sumie od czasu, gdy postanowiłem się wyprowadzić. Wyciągam rękę w stronę żarzących się owadów. Są piękne. Gdy byłem mały, zakradałem się tu każdej nocy tylko po to, by móc na nie patrzeć. Z resztą nie tylko na nie. Razem z tatą zabieraliśmy śpiwory, by wspólnie obserwować gwiazdy. Potem w magiczny sposób budziłem się we własnym łóżku. Tata zawsze robił zdziwioną minę twierdząc, że on także obudził się w swojej sypialni. Wmawiał mi, że w ogrodzie mieszkają elfy, które opiekują się naszym domem i to one przeniosły nas do środka. Coś mi się wydaje, że dziś moja kolej, by zabawić się w takiego elfa...
Eli śpi na wąskiej sofie, okryty szczelnie cienkim kocem. W dłoniach ściska swój telefon, z którego dobiegają ciche dźwięki. Nie znam tego utworu. Brzmi jak kołysanka. A przynajmniej tak na niego zadziałał. Biorę go ostrożnie na ręce i zanoszę do pokoju, gdzie dodatkowo okrywam kołdrą. Tak jak przypuszczałem, to małe łóżeczko idealnie pasuje do tak filigranowej budowy ciała. Uśmiecham się sam do siebie. To pierwszy raz, gdy dzielę ten pokój z kimś innym. Historia zatoczyła koło. Chciałem być jak mój ojciec, a wkrótce sam nim zostanę. Eli nosi mojego syna. Kto wie, może za kilka lat ja również zabiorę go w nocy do ogrodu, pełnego elfów i świetlików...

Zanim udaje mi się otworzyć oczy, słyszę charakterystyczny dźwięk, który oznacza tylko jedno. Mój współlokator już nie śpi. Siadam na łóżku, pocierając zaspane oczy. Blondyn opiera głowę na lewej dłoni, wpatrując się beznamiętnym wzrokiem w szkic, nad którym obecnie pracuje.
- Już nie śpisz? Przecież dopiero piąta - z niedowierzaniem spoglądam na zegarek. - Eli? - próbuje zwrócić na siebie jego uwagę.
- Oddaj moją własność - syczy wściekły.
- Jeśli chodzi o misia, to kupię ci innego - kajam się, by nie zaogniać stosunków miedzy nami.
- Chcę tego, którego dostałem.
Z takim argumentem trudno jest walczyć. Przecież nie powiem mu prawdy, bo gdy zobaczy co zrobiłem z jego prezentem, dostanie zawału. Rzucam się na pościel, wypuszczając powoli powietrze.
Mija kilkanaście minut, które spędzamy w absolutnej ciszy.
- Co się stało, kochanie? - odkłada ołówek i z wielką czułością zwraca się do dziecka.
- Źle się czujesz? - zaalarmowany od razu do niego podbiegam.
- Nie dotykaj mnie - strąca moją dłoń ze swojego ramienia, rzucając jednocześnie bardzo zimne spojrzenie.
- Powiedziałeś, że źle się czujesz.
- Nic takiego nie mówiłem!
- Przecież wyraźnie słyszałem. Dziecku dzieje się krzywda!
- Możesz sobie podziękować! Dzidziuś cię nie lubi! - odbija piłeczkę.
- Jestem jego ojcem - odpowiadam z dumą.
- Tylko z nazwy.
- Skąd możesz wiedzieć co czuje dziecko? - szydzę.
- Bo między nami jest bardzo silna więź.
- Przestań pleść bzdury. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
- Nie musisz - wstaje od stołu.
- Gdzie idziesz?
- Do kuchni. Dzidziuś chce pić.
- Dzidziuś nie jest w stanie przekazać ci takiej informacji. To niemożliwe!
- Tego nigdy się nie dowiesz - ponownie obejmuje brzuch ramionami. Podążam za nim, bo nie podoba mi się, że ma nade mną przewagę. Podchodzi do szafki i wspina się na palce, by dosięgnąć do półki ze szklankami.
- Odsuń się - wyręczam go. Otwieram lodówkę w poszukiwaniu soku jabłkowego, lecz nie mogę go znaleźć. - Gdzie mama schowała sok?
- Woda mi wystarczy - odkręca kran i nalewa pełną szklankę.
- Nie pij tego! Gdzie jest sok?!
- Twoi rodzice nie kupują słodkich napojów. Ponoć ma to związek z jakimiś smsami i cukrzycą ciążową. Wiesz coś o tym?
Rzeczywiście wysłałem mamie kilka wiadomości. To było w dniu, w którym rodzice zabrali Eli ze sobą. Nie sądziłem, iż potraktuje moje słowa poważnie, bo na żaden nie odpowiedziała. Znowu nawaliłem.
- Poczekaj tutaj. Pojadę do sklepu.
- Nie chcę czekać. Napiję się wody - ponownie podchodzi do zlewu, by nalać kolejną porcję, którą łapczywie wypija.
- Możesz jeszcze pospać, a ja w tym czasie dokończę pracę, dobrze? - zwraca się do dziecka. A co jeśli mówił prawdę i mój syn nie obdarzy mnie bezgraniczną miłością? Przecież to nie ja ciągle go przytulam. Nie zna mojego głosu. Jestem dla niego zupełnie obcy. W dodatku ciągle denerwuję Eli, co pewnie też odbija się na samopoczuciu dziecka, które z mojej winy zostało pozbawione ulubionego przysmaku. Gdy cierpiał na mdłości, bez przerwy pił sok. Jestem podłym draniem...
- Przywiozę ci sok. Za chwilę wracam - sięgam po kluczyki, które zostawiłem na małym sekretarzyku mamy.
- Nie musisz. Poza tym najbliższe sklepy są dość daleko stąd. Nie marnuj paliwa. Będzie ci potrzebne, by wrócić do domu - uszczypliwa uwaga... Język mnie świerzbi, by mu się odgryźć. To tylko piętnaście kilometrów. Bez problemu mógłbym tam pobiec i nawet nie miałbym zadyszki.
- Kto ci powiedział, że zamierzam wracać?
- Przecież tu nie zostaniesz.
- Rodzice z pewnością bardzo się ucieszą, gdy powiem, że osobiście na to nalegałeś.
- Nie zrobisz tego!
- Czego nie zrobisz, synu? - tata... Pojawił się w idealnej chwili.
- Eli chce, abym został. Powiedział, że czuje się przy mnie bezpieczniej. Nie masz nic przeciwko, prawda? - uśmiecham się radośnie do ojca.
- Ty podły...! - blondyn z impetem odstawia szklankę na blat.
- Eli! - wołam za nim, gdy wybiega z kuchni. - To miał być nasz sekret... - tłumaczę ojcu.
- Synu, to chyba nie jest najlepszy pomysł - czuje jego wielką dłoń na ramieniu.
- Muszę się z nim dogadać zanim urodzi się dziecko. Nie zrobię tego na odległość. Proszę, nie utrudniaj mi! - spoglądam na niego błagalnie.
- Maxwell...
- Chcę być blisko syna. Nawiązać z nim więź, by od samego początku wiedział kim jestem.
- To nie jest dobry pomysł - zaczyna ostrożnie. - Nie rozumiesz, że aby nawiązać taką więź, musisz był bliżej osoby, która je nosi? Tymczasem ty... Chłopak zupełnie cię nie obchodzi, a co gorsze, nawet nie starasz się go poznać. Boję się, że twoja obecność będzie go tylko stresować.
- Latami powtarzałeś mi, że tu jest mój dom i zawsze będę mógł tu wrócić. Teraz nadszedł ten moment. Proszę, nie odmawiaj.
- Max... - przyparłem własnego ojca do muru. To okropne uczucie.
- A twoja praca? Co z książką i scenariuszem?
Praca... Książkę mogę pisać gdziekolwiek, lecz scenariusz to znacznie poważniejsze zobowiązanie. Czy dam radę?
- Nie martw się. Też o tym myślałem i mam wszystko pod kontrolą - kłamię jak z nut.
- Dzień dobry - mama całuje mnie w policzek. Nadal ma na sobie swój ulubiony fuksjowy porannik, który kupiłem jej na zeszłoroczne urodziny. - Chyba nie chciałeś wyjechać bez śniadania, prawda?
- Mamo, właśnie o tym rozmawiamy. Ja nie chcę stąd wyjeżdżać...
- To cudowna wiadomość, skarbie! - rzuca mi się na szyję. - Tak się cieszę, że w końcu zmądrzałeś.
- Wyjaśnijmy coś sobie. Nie robię tego ze względu na Eli, lecz na dziecko.
- Nie martw się. Tata i ja nie zamierzamy wtrącać się w wasze sprawy. Po prostu cieszę się, że będę cię mieć przy sobie - obejmuję ją ramieniem i całuję w skroń. Nikt nie rozumie mnie tak dobrze jak ona.
- Rodzinny uścisk? - ojciec ogarnia naszą dwójkę swoimi niedźwiedzimi ramionami. - Ty, Eli, dziecko... Zapowiada się naprawdę interesująco - kątem oka dostrzegam, jak jego usta wykrzywiają się w specyficzny sposób. Ta mina... Robił ją tylko wtedy, gdy podczas walki udało mu się rozgryźć przeciwnika. Zawsze twierdził, że te kilka sekund, podczas których zdobywał przewagę, znaczyło dla niego o wiele więcej, niż jakiekolwiek zwycięstwo. Odsłoniłem przed nim moje prawdziwe uczucia dotyczące dziecka. Z pewnością zrozumiał ile ono dla mnie znaczy. Nie zawiodę cię tato. Będę wzorowym ojcem, zobaczysz.

***

Moje Gąski,

Dziękuję Wam za wsparcie i miłe słowa :) To bardzo wiele dla mnie znaczy :)
W wolnej chwili napisałem kolejny rozdział Bezsennych Nocy. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

Wasz Kitsune

czwartek, 25 maja 2017

Dlaczego mnie nie ma

Moje Gąski,

Nie chciałem Wam tego pisać, ale jesteśmy jak rodzina. Mam do Was zaufanie, więc wiem, że mnie zrozumiecie.

Ostatnie kilka dni spędziłem w szpitalu, towarzysząc bliskiej osobie. To, czego tam doświadczyłem... Tego nie da się opisać słowami. Nie ukrywam, po tym wszystkim potrzebuję kilku dni, by dojść do siebie, bo moja psychika jest obecnie w rozsypce.

Obiecuję, że za kilka dni wszystko wróci do normy i pojawią się nowe rozdziały Zdrajcy i Bezsennych Nocy.

Skoro już czytacie moje słowa, to chciałbym o czymś wspomnieć. Nie bądźmy obojętni wobec innych. Nie ignorujmy ich potrzeb. Nie odwracajmy wzroku, gdy komuś dzieje się krzywda. Wiem, że świata nie da się naprawić w kilka sekund, ale możemy uczynić go lepszym. Dla siebie i bliskich.

Wasz Kitsune

piątek, 19 maja 2017

Rozdział XXV

„Zdrajca


- Nareszcie! Siedział tu tak długo, że przez tego typa przegapiłem pierwszą lekcję łowienia - oburzenie Rona jest uzasadnione. Dyskretnie spoglądam na tarczę zegarka. Pierwsza piętnaście... - Jestem skonany. Harold obiecał, że rano zabierze mnie na molo i zaczniemy trenować. Nie mogę się doczekać - ziewa przeciągle.
- Obyś okazał się rybakiem-zawodowcem, bo inaczej będziemy w trudnej sytuacji - klepię go po ramieniu.
- Nic się nie martw. Myślałem o tym. Jutro przepytam wszystkich sąsiadów i postaram się o godne zastępstwo, chociaż boli mnie twój brak wiary w moje starania.
- Ron, powtarzam ci, że ty nawet nie lubisz ryb. Jak chcesz je łapać?
- Szczęście należy do zuchwałych - przechwala się. - Przyjdź rano na molo i sam się przekonaj.
- Przyjdę z kamerą. Muszę to uwiecznić dla potomnych. A jak ci się nie uda, zawsze możemy postarać się o nowy biznes. Zostaniesz gwiazdą internetu.
- To nie było śmieszne - posyła mi wściekłe spojrzenie.
- Dobranoc.
- Ja z pewnością pójdę spać, ale ciebie czekają jeszcze „trudne sprawy” do rozwiązania - drwi.
- Wypchaj się! - rzucam przez ramię. Na szczęście dla mnie Ursula umieściła go w innym skrzydle domu. Muszę jej za to podziękować.
Drzwi do naszej sypialni są otwarte. Zaglądam do środka.
- Co się stało? - pytam Dennisa, który siedzi obok Josha na łóżku. Chłopak jest zapłakany i roztrzęsiony.
- W ostatnim czasie często miewa koszmary - odpowiada, jednocześnie podając mu szklankę z wodą. Drobne dłonie lekko drżą. - Napij się - przytrzymuje ją przy jego ustach. - Lepiej?
- T-Tak...
Serce boleśnie ściska mi się w piersi. Moje biedactwo...
- Zajmę się nim. Możesz iść spać - zwracam się do jasnowłosego ochroniarza.
- Dobranoc panu.
- Dobranoc.
Od razu siadam na jego miejscu i przesuwam palcami po mokrym od łez policzku. Josh wydaje się bardzo zagubiony. Otula się szczelnie ramionami i próbuje zwinąć w kłębek.
- Kochanie... Chodź do mnie - układam się obok niego i mocno obejmuję. - Nie bój się.
- N-Nie gaś światła, dobrze? - prosi cicho.
- Nie zgaszę - obiecuję mu, głaszcząc po plecach. - Opowiesz mi co to był za sen?
- N-Nie...
- Już dobrze - powtarzam te słowa bez końca, całując go po skroni. Cierpliwie czekam aż jego oddech się uspokoi, a puls powróci do normy.
- Pozwolisz mi się przebrać? - przerywam ciszę, która między nami zapanowała.
- Nie - wczepia się mocniej w moją koszulę.
- Nie szkodzi. Przytul się do mnie. Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić.
- Tristan...
- Więcej cię nie zostawię. Przysięgam. Będę cały czas obok.
- Jestem zmęczony.
- To śpij - przeczesuję jego hebanowe włosy obserwując, jak powoli przymyka powieki. Światło nieco go razi, ale nic nie mówi. Jego sen okazuje się bardzo płytki. Często się budzi, najczęściej po to, by upewnić się, że jestem.

Budzę się około siódmej. Pada. Ron nie będzie zadowolony. Uśmiecham się sam do siebie na samą myśl o jego wkurzonej minie. Dziś także nie rozpocznie swojej wędkarskiej kariery.
Mój skarb nadal trzyma głowę na moim ramieniu. Jego ciepły oddech drażni moją skórę. Układam go na poduszce, a sam podpieram się na ręce, by móc go obserwować. Usta ma kusząco rozchylone... Aż mam ochotę nimi zawładnąć. Powstrzymuje mnie jego upiorny wygląd. Gdy spaliśmy razem, nie miewał koszmarów. I jadł.
Na łóżko wskakuje kot, który szuka sobie ciepłego miejsca, by móc dalej leniuchować. Stara się ułożyć jak najbliżej Josha, który zatapia palce w jego futrze.
- Cynamon... Dobrze, że jesteś... Tak się bałem... - mamrocze.
- Czego się bałeś? - całuję go w policzek.
- Tristan? - przez chwilę wygląda na zaskoczonego.
- Spodziewałeś się kogoś innego?
- Myślałem, że tylko mi się śnisz...
- Gdyby to był tylko sen, czy zrobiłbym o tak - pochylam się, by musnąć wargami jego żuchwę - albo tak - próbuję dosięgnąć ust.
- Jeszcze ci nie wybaczyłem - robi obrażoną minę.
- Ale wybaczysz. Wiesz, że kocham cię jak wariat - łapię za jego nadgarstki i układam na pościeli. - To mój obiecany pocałunek - szepczę tuż przy jego ustach. - Zapewniam cię, że po nim wszystko będzie wyglądało inaczej - ocieram się delikatnie o jego skórę, czując przyjemne iskry. Wyobraźnia przypomina mi, iż usta mojego ukochanego są słodkie niczym miód i takie miękkie...
Josh przymyka powieki. Uwalnia prawą dłoń i przykłada ją do mojego policzka, pieszcząc kciukiem po twarzy. Po chwili przenosi się niżej... Opuszką zaznacza kontur mojej górnej wargi... To za dużo. Dłużej tego nie zniosę. Pragnę go bardziej niż tlenu.
- Tristan, śpisz?! - przerażony chłopak aż podskakuje, słysząc dobijającego się do naszej sypialni Rona. Nawet kot unosi zaspany łepek i zaczyna groźnie mruczeć.
- Zabiję go... Przysięgam, że go zabiję - syczę wściekły.
- Bądźmy cicho, to może sobie pójdzie - proponuje błękitnooki, chowając się w moich ramionach i naciągając na nas kołdrę.
- Świetny pomysł, skarbie - chwalę mojego ukochanego.
- Tristan! Wiem, że nie śpisz! To bardzo ważne! Otwieraj!
- Zamknąłeś drzwi na klucz? - szepcze do mojego ucha.
- Nie wiem. Jeśli tu wejdzie... - nie udaje mi się dokończyć zdania, bo Ron szybkim ruchem ściąga z nas okrycie, uśmiechając się przy tym promiennie.
- Co tam robicie, gołąbeczki? - rozsiada się na łóżku. - Przykro mi, ale obowiązki wzywają. Wstaniesz sam, czy mam użyć przemocy?
- Za chwilę to ja jej użyję. Spadaj i zostaw nas w spokoju! I oddaj kołdrę! - odgrażam się.
- Przecież nie jesteście nadzy - Ron wydaje się zupełnie niewzruszony sytuacją. - A nawet gdybyś był, zupełnie mnie to nie wzrusza. Nie raz widziałem cię golutkiego. No już, wstawaj, wstawaj. Klienci są w drodze. Pogruchacie sobie później.
- Przejeżdżają dopiero około południa. Do tego czasu zostaję tutaj - cedzę przez zaciśnięte zęby - a ty nie będziesz nam więcej przeszkadzał!
- Tak się składa, że plany się zmieniły. Wiedziałbyś o tym, gdybyś łaskawie włączył telefon. Najpierw praca, potem przyjemności. No już! Pójdę zerknąć co ze śniadaniem, a tobie daję dziesięć minut, abyś się ogarnął - klaszcze w dłonie, poganiając mnie. Łapię za jedną z poduszek i ciskam nią z kierunku Rona, który zgrabnie uchyla się przed tym ciosem, uciekając na korytarz. - Dziewięć minut!
- Szlag by to wszystko trafił! - irytuję się, siadając. Chowam twarz w dłoniach i rozważam, co powinienem teraz zrobić. Sięgam po telefon, który leży sobie spokojnie na szafce nocnej. Gdy tylko go włączam, zasypuje mnie toną nieprzeczytanych wiadomości.
- Musisz już iść? - Josh znowu jest smutny.
- Przepraszam. Sam wiesz, że tego nie planowałem.
- Wiem. Oddasz nam kołdrę? - pyta, przytulając się do Cynamona, który z prawdziwą przyjemnością układa się z powrotem na łóżku.
- Już oddaję - sięgam po puchowe okrycie, uśmiechając się na wspomnienie tego, jak próbował nas schować przed światem.
- Jak dobrze - wtula się w pościel.
W rekordowym czasie biorę prysznic i przebieram się w granatowy garnitur. Wracam do sypialni i wyjmuję z torby potrzebne dokumenty.
- Ładnie wyglądasz - mój ukochany nie szczędzi mi komplementów.
- Nie tak ładnie jak ty. Zwłaszcza z tymi potarganymi włosami.
- Jeszcze długo pozostaną potargane. Nie chce mi się wstawać.
- Postaraj się zasnąć. Powiem Ursuli, by przyniesiono ci śniadanie do łóżka. - Mój wzrok mimowolnie kieruje się na pudełeczko, którego nadal nie odpakował. Sięgam po nie i podaję mu. - Proszę.
- Nie musiałeś.
- To tylko drobiazg, który nie wynagrodzi ci tych kilku dni, ale... Otworzysz?
- Mówił ci ktoś, że jesteś bardzo natrętny? - wzdycha, odbierając ode mnie swój bezcenny prezent. Z bijącym sercem śledzę każdy jego ruch, nie mogąc się doczekać na to co powie. Unosi wieko i zagląda do środka.
- I jak? Może być?
- Tristan... To za dużo. Nie mogę tego przyjąć.
- Możesz. Spójrz jakie to łatwe - sięgam po zegarek, który zapinam mu na nadgarstku lewej dłoni.
- Nie lubię, gdy wydajesz na mnie pieniądze. Źle się z tym czuję.
- A ja czuję się bardzo szczęśliwy.
- Nadal uważam, że to było niepotrzebne.
- Dla mojego ukochanego tylko to, co najlepsze.
- Zrobisz coś dla mnie, jeśli poproszę? - pyta niespodziewanie, wpatrując się z uwagą w moją twarz.
- Wszystko, co tylko zechcesz.
- Nie spodoba ci się to, czego obecnie chcę.
- Mów. Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
- Pozbądź się Rona.
- Spotkanie nie potrwa długo. Do obiadu powinno być po wszystkim, a wtedy będę tylko twój.
- Nie o tym mówię. Chcę, aby on stąd wyjechał.
- Josh... - zaskoczony, przeczesuję włosy palcami. - Stawiasz mnie w bardzo kłopotliwej sytuacji.
- Wiem, że to twój przyjaciel, który przechodzi obecnie ciężki okres w życiu, ale nie lubię go. Wydaje mi się, że nigdy go nie lubiłem, a jeśli twierdziłem inaczej, to kłamałem, rozumiesz? Każ mu się wynosić. Nie chcę go więcej widzieć.
- Nie mogę tego zrobić. Ron ma trudny charakter i nie każę ci go lubić, ale próbował popełnić samobójstwo i ...
- Nie obchodzi mnie to! Ma rodzinę, przyjaciół! Każ mu odejść!
- Kochanie, proszę cię... Nie bądź taki zaborczy. Gdy klienci wyjadą, to...
- Czy ty nie widzisz, że on tobą manipuluje? Wykorzystuje cię do własnych celów, a ty jesteś naiwny jak dziecko we mgle!
- To nieprawda! Ron nigdy nie zrobiłby czegoś takiego - bronię przyjaciela, coraz bardziej rozjuszony. Jak może go oskarżać? Nawet go nie pamięta! Gdyby nie on i jego pomoc, nie poradziłbym sobie po naszym rozstaniu. Nie odwrócę się od niego, gdy sam jest w potrzebie. Nie jestem tak dwulicowy. Nie rzucam słów na wiatr! Nie powiem kocham, by po chwili ładować się do innego łóżka...
- Powiedziałeś, że zrobisz dla mnie wszystko. Udowodnij. Każ mu odejść. Niech jeszcze dzisiaj opuści to miejsce.
- A jeśli tego nie zrobię?
- Przestanę wierzyć w twoją miłość - odpowiada cicho.
- Nie bądź śmieszny. Nikt nigdy nie kochał cię tak bardzo jak ja. Nikt! Nawet rodzice. I nikt nie pokocha. Jesteś przewrażliwiony, bo źle spałeś. Ron zostaje z nami. Koniec tematu - wychodzę z sypialni, by nie poprosił mnie o coś bardziej absurdalnego.

środa, 17 maja 2017

Rozdział XXIV

„Zdrajca


- Jutro wypiszą cię do domu.
- Wiem. Lekarz mi mówił - Ron nie wygląda na specjalnie zadowolonego.
- Co się dzieje? - pytam, siadając obok jego łóżka.
- Nic. Po prostu będąc tutaj... - przerywa.
- No mów.
- Będąc tutaj czułem się bezpiecznie. Nie wiem czy jestem gotowy, by wrócić do mojego mieszkania - pochmurnieje.
- A kto powiedział, że tam wrócisz?
- Przymusowe wakacje dobiegły końca... Pora wyjść spod szklanej bańki i zmierzyć się z rzeczywistością - spogląda na swoje obandażowane nadgarstki.
- Zmierzysz się z nią wtedy, gdy będziesz gotowy. Do tego czasu pomieszkasz ze mną - uśmiecham się zadowolony, że wreszcie mogę wtajemniczyć go w mój przebiegły plan.
- Z tobą? - dziwi się.
- Zaskoczyłem cię, co?
- Rzadko ci się to zdarza.
- Wszystko dokładnie zaplanowałem, więc mam nad tobą przewagę - wyciągam się na krześle, rozkoszując tą chwilą.
- Zdradzisz jakieś szczegóły, czy też dalej będziesz się tak głupio szczerzyć?
- Psujesz całą zabawę - marudzę.
- Chcę już wiedzieć co wykombinowałeś.
- Zabieram cię ze sobą.
- Mam mieszkać na końcu świata, skąd nie ma się jak wydostać? Mowy nie ma! - protestuje.
- Nie przesadzaj, nie będzie tak źle.
- Ty i twój chłopczyk szykujecie się do ślubu. Jeśli liczyłeś na to, że będę pomagać ci wybierać koronki i zastawę, to nic z tego. Takie rzeczy mnie nie kręcą.
- O to nie musisz się martwić. Mama się tym zajmuje.
- Odmawiam. To ciężar, który wolę dźwigać sam.
- Nie pytałem cię o zdanie. Powiedziałem, że jedziesz ze mną i koniec. Prosto ze szpitala udamy się na lotnisko. Jeśli potrzebujesz czegoś ze swojego domu daj znać Haroldowi. Przywiezie ci.
- Tristan, to się nie uda. Obecnie nie jestem duszą towarzystwa, a twój dzieciak za mną nie przepada. Z wzajemnością. Nadal uważam, że to zdrajca i złodziej.
- To mój problem, a nie twój. Ważniejsze jednak, że jestem zazdrośnikiem, więc dla własnego dobra trzymaj z się od niego daleka - grożę mu palcem.
- Masz na wszystko przygotowaną odpowiedź? A co z firmą? - pyta. To jego najbardziej czuły punkt.
- Nad tym też myślałem. Od tej pory to klienci będą przyjeżdżać do nas. Są tak ekscentryczni, że dodatkowa wycieczka nie sprawi im problemu.
- To się nie uda!
- Mimo to spróbujemy. Nie mamy nic do stracenia.
- Nic poza pieniędzmi! Masz pojęcie ile możemy stracić?! - irytuje się.
- Ryzyko jest minimalne. Rozmawiałem już z kilkoma twoimi ulubieńcami. Zgodzili się.
- Kto? Facet od małpki?
- Nie tylko on. Kto jest na czele listy?
- Nie... - otwiera szeroko usta ze zdumienia.
- Tak. Obiecałem mu wspólne łowienie ryb. Był zachwycony.
- Jesteś niesamowity! - oczy mojego wspólnika po raz pierwszy od tygodnia znowu błyszczą.
- Czyli jedziesz? - upewniam się.
- No raczej! Dam radę opanować podstawy wędkowania w kilka dni?
- Harold obiecał, że da ci kilka lekcji, abyś nie zrobił z siebie idioty.
- On też jedzie?
- Bardzo na to nalegał. W sumie nie tyle on, co Rose. Nie mogłem im odmówić.
- Rodzinny wyjazd?
- Jesteś bardzo ważną częścią tej rodziny - ściskam jego dłoń.
- Dziękuję - oczy Rona zachodzą łzami.
- Drobiazg. A teraz musisz mi pomóc. Chcę kupić coś dla Josha, by wynagrodzić mu te kilka dni rozstania. Co powiesz na to? - wyciągam telefon, by mógł rzucić okiem na wybrany przeze mnie zegarek. - Wyprodukowali takich tylko sto. Spodoba mu się?
- Jest wart fortunę - przygląda mi się z niesmakiem. - Przedtem nie byłeś taki hojny.
- Josh jest wart o wiele więcej.
- Nie wydałbym na niego złamanego grosza.
- A ja wprost przeciwnie.
- Już go kupiłeś, więc po co pytasz mnie o zdanie?
- Sam nie wiem. Po prostu jestem szczęśliwy. Chciałbym już zobaczyć jego minę, gdy otworzy pudełko.
- Jest aż tak źle, że musisz uciekać się do przekupstwa?
- Nie - chowam telefon do kieszeni. - Po prostu chciałbym dać mu coś równie niezwykłego jak on sam.
- Mam nadzieję, że doceni twoje starania.
- Ja też.
Rozmawiając z Ronem w szpitalu zataiłem przed nim fakt, że Josh przestał ze mną rozmawiać. Przez ostatnie dwa dni informacji udziela mi Dennis. Mój narzeczony stracił zainteresowanie telefonami ode mnie w chwili, gdy powiedziałem, że nie wrócę na weekend. Za każdym razem, gdy mam choć chwilę wolnego, od razu do niego dzwonię, lecz nie odbiera.
- Wszystko w porządku, panie Wood? - Harold uważnie mi się przygląda, gdy z ciężkim sercem ponawiam połączenie.
- Tak.
- Nadal nie odbiera?
- Niestety - uśmiecham się smutno, wpatrując w zdjęcie błękitnookiego, które zrobiłem, gdy nie patrzył.
- Jutro panu wybaczy.
- Mam nadzieję. Tak bardzo za nim tęsknię.
- Proszę porozmawiać z Dennisem. Może jemu uda się coś wskórać? Ma na niego dobry wpływ. Zaprzyjaźnili się.
- Rozmawiałem z nim dziś rano.
- I co?
- Nic. Jest nieugięty.
- Zależy mu na panu, skoro tak się zachowuje.
- Myślisz?
- Panie Wood, on to robi z zazdrości. Nie jest zachwycony rozstaniem, ani tym, że poświęca pan czas przyjacielowi.
- Z jego przyjazdu też nie będzie zadowolony.
- Powiedział mu pan?
- Nie bezpośrednio. Powiedziałem Dennisowi. Wiesz jak głupio się czułem prosząc go, by przekazał temu uparciuchowi, że go kocham?
- Wyobrażam sobie - mężczyzna zaczyna się ze mnie śmiać.
- Przestań - rozdrażniony nie potrafię nad sobą zapanować.
- Przepraszam, to silniejsze ode mnie. Gdybym nie znał pana od takiej strony, w życiu nie pomyślałbym, że jest pan taki uczuciowy.
- Bo nie jestem! - ta rozmowa sprawia, że czuję się coraz bardziej zażenowany. - Mam trzydzieści lat, prowadzę dobrze prosperującą firmę, w której nie ma miejsca na uczucia.
- A Josh?
- To wyjątek - przyznaję szczerze. - Sam widziałeś jaki jest. Przy nim nie potrafię się opanować.
- Nie ma w tym nic złego. Jest pan zakochany, w dodatku z wzajemnością.
- Gdyby tak było, odebrałby ten cholerny telefon! Ron ciągle mi powtarza, że nie powinienem pozwolić, by omotał mnie jak za pierwszym razem, a jest na jak najlepszej drodze do tego, abym błagał go o wybaczenie, choć to on powinien mnie przepraszać! Nabroił, a teraz niczego nie pamięta. Robię co mogę, by zapewnić mu bezpieczeństwo, a on co? No sam zobacz! - ponownie wykręcam jego numer, lecz od razu włącza się poczta głosowa.
- Odrzucił połączenie?
- Jutro własnoręcznie go uduszę!
- Nie zrobi pan tego. Wystarczy, że chłopak się do pana uśmiechnie.
- Za dobrze mnie znasz, Haroldzie - wzdycham pokonany. - Chciałbym być już w domu. Mam dosyć zmartwień i szpitali. Tego niepokoju o to, czy byłem dość przewidujący. Gdyby coś mu się stało, a mnie nie byłoby obok...
- Zrobił pan wszystko, co możliwe. Nasi ludzie bezustannie kręcą się wokół apartamentowca, obstawili dom pańskich rodziców, są w stałym kontakcie z policją. Teraz wystarczy uzbroić się w cierpliwość i poczekać. Przecież umie pan być cierpliwy, prawda?
- To jedna z moich zalet - drwię z samego siebie.

- Jak tutaj pięknie!
- Cieszę się, że ci się podoba. Mam nadzieję, że poczujecie się jak w domu - uśmiecham się do Rose, która przez całą drogę suszyła mi głowę o fakt, iż nie przyjeżdża tu w charakterze pracownika, lecz gościa. Jej mąż pochłonięty jest rozmową z Ronem. Zasypuje go pytaniami dotyczącymi łowienia ryb. Nawet w tak błahej kwestii chce dać z siebie wszystko. Dla takiego mieszczucha jak on wybór odpowiedniej przynęty to spore wyzwanie. Nigdy wcześniej nie był na rybach, a już zamówił cały asortyment różnego rodzaju sprzętów, łącznie z podwodną echosondą.
- Za moich czasów wystarczył kij, haczyk i kilka robaków. Naprawdę uważam, że podchodzi pan do tego zbyt poważnie - Harold studzi jego zapędy.
- A moim zdaniem powinniśmy być gotowi na wszystko! Zwłaszcza na wielkie ryby! Ja zamierzam złowić bardzo wielką, grubą i bogatą - przechwala się Ron.
- Jak już to zrobisz, poproś, by spełniła twoje trzy życzenia - szydzę z jego nowej pasji.
- Żebyś wiedział! Po pierwsze, chcę być bogaty. Po drugie, chcę mieć powodzenie w interesach, a po trzecie... - milknie. Dobrze wiem, o czym właśnie pomyślał.
- Pierwsze i drugie już się spełniły, a ponoć nigdy wcześniej nie był pan na rybach - Rose ratuje nas z opresji.
- Dziś się to zmieni, prawda Haroldzie? Złowię jakąś wielką sztukę, którą zjemy na kolację.
- Nie lubisz ryb - przypominam mu, wchodząc do salonu.
- To polubię. Ludzie się zmieniają.
- Jeśli serio złapie pan jakąś rybę, z przyjemnością ją dla pana upiekę.
- Dziękuję. Jesteś kochana - Ron całuje Rose w policzek.
Rozbawione towarzystwo nie przestaje się śmiać, lecz ja jestem coraz bardziej nerwowy, bo nigdzie nie widzę Josha. Pojawia się za to Ursula, która wraz z młodszą służącą proponuje gościom zimne napoje.
- Gdzie Josh? - pytam kobietę.
- Jest w kuchni. Karmi swojego kota.
- Przepraszam was na chwilę - zwracam się do zebranych.
- Tylko nie połam sobie nóg! - krzyczy za mną Ron widząc jak szybko się oddalam.
Drzwi od kuchni są otwarte. Dennis zajął miejsce na wysokim stołku przy wyspie i bawi się swoim telefonem.
- Może sam też byś coś zjadł? Śniadania prawie nie tknąłeś - zwraca się do czarnowłosego.
- Nie jestem głodny - odpowiada mu. Nie widzę go, więc podchodzę bliżej. Ochroniarz od razu spogląda w moją stronę, lecz gestem nakazuję mu, by milczał. Josh siedzi na podłodze. Jego ręce są splecione pod kolanami, na których opiera głowę. Przygląda się Cynamonowi, który pochłania niewielkie kawałki różowego tuńczyka. Po skończonym posiłku od razu podchodzi do chłopaka i ociera się o jego nogi.
- Smakowało ci? - pyta swojego ulubieńca.
Chowam się przy kredensie, by móc jeszcze przez chwilę nacieszyć oczy jego widokiem. Znowu jest przeraźliwie chudy. I blady. Ciemne cienie pod oczami świadczą o tym, że nie spał za dobrze w ostatnim czasie. Zajmę się tobą, kochanie. Teraz już wszystko będzie dobrze.
Nie podchodzę bliżej, by go nie przestraszyć, lecz chciałbym być dostrzeżony. Nie mogę się doczekać, aż rzuci mi się w ramiona i zacznie namiętnie całować. Całą jego uwagę skupia na sobie puchaty rudzielec, którego zaczyna głaskać po łepku. Gdy szczupłe palce Josha przesuwają się na jego grzbiet, kot mierzy mnie majestatycznym, znudzonym spojrzeniem, aż w końcu decyduje się podejść bliżej. Jego zachowanie budzi czujność błękitnookiego.
- Cześć - witam się, skoro zostałem już zdekonspirowany.
- Cześć - odpowiada cicho. Przez kilka długich sekund wyraźnie widzę, jak moja postać odbija się w jego jasnych oczach, po czym odwraca wzrok, ignorując mnie.
- Nie cieszysz się, że wróciłem? - pytam zaskoczony tak chłodnym przywitaniem. Chłopak powoli podnosi się z ziemi. Dopiero teraz dostrzegam, że ma na sobie czarne dresy oraz szarą bluzę, której rękawy podciągnął aż do łokci. - Josh? - ponaglam go.
- To twój dom. Prędzej czy później i tak byś wrócił.
- Przywiozłem ci prezent.
- Niczego nie chcę.
- Skarbie... - mocno zaciskam palce na niewielkim, opakowanym w ozdobny papier pudełeczku i robię pierwszy krok w jego stronę. Czarnowłosy od razu zaczyna się cofać do tyłu.
- Zostaw nas samych - proszę Dennisa, który bez słowa spełnia moją prośbę, zamykając za sobą drzwi. Odkładam pudełko na granitowy blat i podchodzę bliżej. - Tęskniłem za tobą.
- Tak? - wzrusza ramionami.
- Nie pocałujesz mnie na przywitanie? Obiecałeś, że to zrobisz - wyciągam rękę i dotykam jego policzka.
- A ty obiecałeś, że wrócisz wieczorem - wypomina mi.
- To była wyjątkowa sytuacja, przecież wiesz - przyciągam go do siebie z cichym pomrukiem, obejmując mocno ramionami.
- Puść...
- Jak dobrze mieć cię tak blisko. Nie masz pojęcia jak mi tego brakowało.
- Mogłeś przytulić Rona - atakuje, nadal grając niedostępnego.
- On nie pachnie tak jak ty. I tak nie smakuje - pochylam się, by go pocałować, lecz celowo odwraca głowę. - Nie odmawiaj mi... Jeszcze kilka godzin, a oszalałbym z tęsknoty...
- Kłamca... Podły kłamca - szepcze cicho.
- Wiem, że cię zraniłem. Poczujesz się lepiej, jeśli przeproszę? - pytam, ujmując go za brodę, by patrzył mi prosto w oczy.
- Możesz spróbować.
- Wybacz mi, mój ukochany. Obiecuję, że więcej cię nie zostawię, a w nocy, gdy będziemy już sami...
- W nocy? - zaskoczony unosi brwi. - Czemu nie teraz?
- Bo...
- Tristan?! Tutaj jesteś! - Ron nie bacząc na nic, podbiega do mnie i chwyta za ramię. - Przed chwilą rozmawiałem z jednym z naszych klientów. Jest już w drodze. Musimy się przygotować.
- Za chwilę, dobrze? Teraz rozmawiam z Joshem - mój wspólnik odwraca głowę i spogląda na błękitnookiego z wyższością.
- Cześć mały, co słychać? Cieszysz się, że będę z wami mieszkał? - Reakcja Josha była do przewidzenia. Zaciska usta w wąską linię i obejmuje się ściśle ramionami. - No co tak patrzysz? Nie wiedziałeś?
- Nie.
- Tristan ci nie powiedział? W takim razie niespodzianka! - uśmiecha się zjadliwie.
- Nie lubię niespodzianek - mamrocze w odpowiedzi, spuszczając wzrok.
- Przyzwyczajaj się, skoro planujesz zostać częścią naszej rodziny - mój wspólnik jest dzisiaj bezlitosny. Przez sekundę mam wrażenie, że Josh aż wstrzymał oddech, słysząc tak przykrą uwagę. Uwalnia się z mojego uścisku i spogląda na Dennisa, który czekał na niego na korytarzu.
- Chodźmy, nie będziemy im przeszkadzać w pracy - zwraca się do ochroniarza.
- Poczekaj! - próbuję go zatrzymać, lecz nie bardzo mam jak to zrobić, bo Ron uwiesił się na mnie i ani myśli puścić. - A prezent? - wołam za nim, gdy wychodzi.
- Mówiłem, że niczego nie chcę.
- Josh!
- Zostaw go. Podąsa się i mu przejdzie. Będziesz miał całą wieczność, by się z nim cackać.
- Ron, przesadzasz! To mój narzeczony. Cokolwiek się przedtem działo, to już nie ma znaczenia, jasne?
- Chcesz mi powiedzieć, że zapomniałeś o zdradach, kradzieży i złamanym sercu?
- Posłuchaj mnie - łapie go za ramiona - nie zaprosiłem cię po to, abyś odreagowywał na nim swoje frustracje!
- Spokojnie, stary. Uspokój się. Nie chciałem nic złego. Wiesz, że kiepsko radzę sobie z emocjami. Jeśli przegiąłem, to go przeproszę.
- Nigdy więcej nie wspominaj o przeszłości - syczę przez zaciśnięte zęby.
- Dobrze, już dobrze. Będę milczał jak grób - bagatelizuje problem. - To co, idziemy, czy zamierzasz rzucić się za nim w pościg?
- Potem z nim porozmawiam.

niedziela, 14 maja 2017

Rozdział XXIII

„Zdrajca


- Kochanie, opowiesz mi co dziś robiłeś? - pytam sennym głosem licząc, że zdołam go jakoś udobruchać.
- Zapytaj ochroniarzy. Oni z pewnością wszystko ci opowiedzą.
- Josh... Nie bądź dla mnie taki zimny.
- A jaki mam być?
- Bardzo za tobą tęsknię - szepczę, by nie obudzić Rona.
- Gdyby tak było, byłbyś teraz ze mną, a nie z nim. Nie widziałem cię od trzech dni - wyrzuca mi.
- Mógłbyś wykrzesać z siebie odrobinę wyrozumienia. Ktoś czyha na twoje życie, Ron leży w szpitalu, a ja spędziłem cały dzień z bandą dziwaków, z których jeden chce poślubić swoją małpkę. Jestem wykończony i marzę tylko o tym, by cię przytulić.
- Pozwól mi przyjechać, to będziesz mnie tulił bez przerwy. I kto wie, może pozwolę ci na coś więcej... - kusi zmysłowo. Przecież zdaje sobie sprawę, że nie pozostanę obojętny.
- Nie - wybucham cichym śmiechem.
- Dlaczego nie? - jęczy do słuchawki.
- Przestań... Kiedy wydajesz z siebie takie dźwięki, mam na ciebie straszną ochotę.
- Tak? A mi zupełnie przeszła ochota na seks z tobą.
- Nawet tak nie żartuj - prycham obrażony. - Gdy wrócę, masz czekać w łóżku. Nagi i gotowy.
- Nie.
- Jak to nie?
- Po prostu nie. Idź spać.
- Nie chcę. Wolę rozmawiać z tobą niż... - ziewam.
- Kłamca.
- No dobrze, jestem trochę zmęczony - pocieram dłonią podrażnione oczy.
- Trochę?
- Jadłeś coś dzisiaj?
- Może - nie lubię, gdy odpowiada półsłówkami.
- Nie możesz bardziej schudnąć, bo znikniesz, a to złamałoby mi serce.
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
- Bardzo cię kocham - prowokuję go swoim wyznaniem.
- Zasługuję na to, by być kochanym.
- A ty?
- Co ja? - udaje niewiniątko.
- Kochasz mnie?
- Nie pamiętam.
- Nie pamiętasz? Przypomnę ci, gdy wrócę.
- Znowu nocujesz w szpitalu?
- Tak. Ron jest w rozsypce. Potrzebuje mnie.
- Nie kocham cię. Dobranoc - rozłącza się, karząc mnie kolejnym atakiem zazdrości.
Od Dennisa wiem, że muszą w niego wpychać każdy kęs. Przedtem też taki był. Gdy bardzo się czymś denerwował, potrafił nie jeść przez kilka dni. Jest taki chudy. Nie może... Powieki same mi się zamykają. Jutro, zajmę się tym jutro.

- Pański wspólnik bardzo szybko dochodzi do siebie. Za kilka dni będzie mógł wrócić do domu.
- Cieszę się, panie doktorze. To naprawdę dobra wiadomość - czuję jak część przytłaczającego mnie ciężaru spada z moich ramion.
- Za to o panu nie mogę tego powiedzieć. Powinien pan pojechać do domu i trochę odpocząć, bo jak tak dalej pójdzie to i pan zostanie moim pacjentem, panie Wood - ordynator zaczyna się bawić swoimi okularami, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Bez Rona firma tonie. Nie mogę do tego dopuścić, bo wtedy naprawdę się załamie.
- Nie jest pan niezniszczalny. Przecież pan Horton ma tu niezłą opiekę.
- Wiem i jestem za to bardzo wdzięczny, lecz wolę go mieć na oku. Mam wrażenie, że nie jest jeszcze gotowy, by samemu zmierzyć się z tym, co się stało.
- W każdym razie ostrzegałem pana.
- Dziękuję.
- A jak się ma mój drugi pacjent?
- Josh? Świetnie... Jak tak dalej pójdzie, będę musiał kazać ochronie, by siłą go karmili.
- Proszę na niego nie naciskać.
- Staram się, ale to takie trudne! W dodatku jest cholernie uparty! Gdyby mnie posłuchał, ale nie... On musi wszystko po swojemu.
- Z pana relacji wnioskuję, że ma niezły charakterek. Zawsze taki był?
- Uparty jak osioł? Owszem.
- W takim razie zazdroszczę panu anielskich pokładów spokoju.
- Rozczaruje pana doktorze jeśli powiem, że z tym spokojem to różnie bywa?
- Ależ skąd. Choć dla pana to trudne, powinien się pan cieszyć. Jego osobowość coraz wyraźniej daje o sobie znać. Wkrótce powinien odzyskać pamięć.
- Z jednej strony byłoby mi łatwiej, ale z drugiej... Mam wrażenie, że zaczęliśmy wszystko od początku. Było nieco dziwnie, ale teraz jest już dobrze. Ze wspomnieniami, czy bez nich, kocham go tak samo mocno.
- Mam dziś nocny dyżur. Proponuję, by pojechał pan do domu, a ja posiedzę z pańskim przyjacielem, dobrze?
- Proszę się mną nie przejmować, poradzę sobie.
- Mimo wszystko nalegam. Do rana nie chcę tu pana widzieć, jasne? Ma się pan porządnie wyspać, bo straszy pan mój personel.
- Dziękuję - żegnam się, wychodząc z gabinetu doktora Kenta.

Gdy mam już za sobą wszystkie spotkania, Harold zawozi mnie do apartamentowca. Przez chwilę przyglądam się miejscu, przez które porywacz próbował przedrzeć się do środka ostatnim razem. Wstrząsa mną nieprzyjemny, zimny dreszcz. Ściskam telefon, na który co kilkanaście minut dostaję raport z domu. „Wszystko w porządku” - czytam ostatnią wiadomość. To bardzo mnie uspokaja.
Ochrona nie spuszcza mnie z oczu, co uważam za drażniące. Kilka par oczu bezustannie śledzi każdy mój ruch. Na szczęście zostawiają mnie samego, gdy wchodzę do mieszkania. Teraz lepiej rozumiem Josha. Bycie chronionym ma swoje ciemne strony. Jeszcze dwa, trzy dni i będzie po wszystkim.
- Panie Wood! - Rose z entuzjazmem rzuca mi się na szyję.
- Rose? Co tu robisz? Już późno - próbuję uwolnić się z jej uścisku.
- Jak to co robię? Czekałam na pana z kolacją. Jak pan wygląda? - łapie mnie za brodę i uważnie wpatruje się w ciemne cienie pod oczami, których nie mam przed nią jak ukryć.
- Nic mi nie jest, serio.
- Jak się czuje pan Ron?
- Lepiej.
- Taki młody chłopak, a mógł doprowadzić do takiej tragedii... - kobieta z zatroskaniem ociera łzy z twarzy. - Harold mówił mi, że zostawił pan Josha pod opieką obcych ludzi. To prawda? - szybko zmienia temat.
- Dennis się nim zajmuje.
- Powinien być blisko pana. Nikomu innemu nie ufa.
- Wiem, codziennie mi to wypomina, ale nie przywiozę go tutaj dopóki porywacz nie zostanie aresztowany.
- Biedaczek. Pewnie bardzo to przeżywa - ona też trzyma jego stronę? Czemu wszyscy są przeciwko mnie?
- Ron wybrał najmniej odpowiedni moment.
- No dobrze, resztę opowie mi pan podczas kolacji.
- Wybacz Rose, ale nie jestem głodny. Chcę jeszcze raz zadzwonić do Josha, a potem iść spać.
- Udam, że tego nie słyszałam. Marsz do stołu! - wskazuje mi palcem odpowiedni kierunek. Widząc jej groźnie błyszczące oczy, ani myślę dyskutować.
- Taka musztra potrzebna jest Joshowi, a nie mnie - szepczę pod nosem.
- Nim też się zajmę - zapewnia, nakładając mi na talerz olbrzymią porcję.
- Proszę, zrób to. Dennis powiedział, że cały dzisiejszy dzień leżał w łóżku z Cynamonem i niczego nie tknął.
- Proszę mi oddać swój telefon. Za chwilę do niego zadzwonię - wyciąga rękę po mojego smartfona.
- Naprawdę?
- Szybciutko, bez ociągania się - pogania mnie, odwiązując fartuszek i siadając obok mnie przy stole. - Tylko proszę wybrać numer. Nie lubię tych nowoczesnych urządzeń.
- Mam nadzieję, że odbierze - czekam kilka sygnałów. Błękitnooki nie śpieszy się z podjęciem decyzji.
- Nie chcę z tobą rozmawiać. Jestem zmęczony - nie potrafię ukryć uśmiechu, słysząc ton jego głosu. Wciąż króluje „koci foch”.
- A porozmawiasz z Rose? Jest tu ze mną.
- Tylko pod warunkiem, że nie będziesz podsłuchiwać - odgraża się.
- Proszę mi to dać - Meksykanka odbiera mi urządzenie, z którym od razu przenosi się na kanapę. - Jak się masz mój mój skarbeczku? Dobrze się czujesz? - traktuje go, jakby był małym chłopcem, co najwyraźniej mu odpowiada. - Nie, nie przeszkadza nam. Kazałam mu zjeść kolację. A ty już jadłeś? Chcę wszystko wiedzieć - zachęca go do zwierzeń.
Przez ponad dwadzieścia minut ich rozmowy słyszę tylko „tak” lub „nie”, powtarzane przez Rose bez końca. Za to czarnowłosy jest znacznie bardziej wylewny. Opowiada jej różne rzeczy ze szczegółami, których mi nie chciał powiedzieć. Pomimo zmęczenia, czuję bolesne ukłucie zazdrości.
- Ma do pana uzasadniony żal za to, że został sam - wyrokuje po zakończeniu połączenia.
- Poproś go, by trochę mi odpuścił. Musiałem pomóc Ronowi.
- On ma rację, panie Wood. Pan Ron ma rodzinę, żonę, przyjaciół. Mógł poprosić o pomoc kogoś innego. Josh pana potrzebuje.
- Za kilka dni wypuszczą go ze szpitala, a wtedy wynagrodzę mu moją nieobecność. Kupię co zechce, albo zabiorę w jakieś piękne miejsce.
- To za mało.
- To co mam zrobić? - pytam załamany.
- Zabrać mnie ze sobą.
- Nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo.
- Proszę nie opowiadać bzdur. Rozmawiałam już z córką. Ona też uważa, że muszę jechać.
- Nie przekonam cię do zmiany decyzji?
- Może pan próbować, ale szkoda na to czasu. Przyjdę rano przygotować panu śniadanie, bez którego nie wyjdzie pan z domu. A teraz do spania.
- Jesteś aniołem - całuję ją w policzek.

Żegnam się z Rose, po czym biorę prysznic i układam wygodnie na łóżku. Kładę telefon na poduszce. Jeszcze ten raz...
- Tristan, idź w końcu spać!
- Odebrałeś, czyli jednak nie śpisz... Dlaczego? - poprawiam poduszki i gaszę światło.
- Nie twoja sprawa.
- Nie możesz zasnąć, prawda?
- Nie jestem zmęczony.
- Jesteś. I znowu leżysz za blisko brzegu.
- Skąd wiesz?
- Znam cię. Odsuń się stamtąd. Nie chcę, żebyś spadł.
- Dobrze mi tu.
- A mi nie. Proszę, mów coś do mnie. Chcę słyszeć twój głos zasypiając.
- Ty już śpisz - śmieje się cicho. - Zupełnie jak Cynamon. Wiesz, że umościł się na twojej poduszce?
- Zgoń go.
- Nie. Znowu mnie kocha.
- Nikt nie kocha cię tak mocno jak ja - licytuję się o jego miłość z kotem...
- Cynamon jest taki mięciutki... Dziękuję, że go dla mnie kupiłeś.
- Jak ci się udało uzyskać przebaczenie?
- Dennis mi pomógł. Powiedział, że potrafi każdego obłaskawić i miał rację.
- Tak? To dobrze - ziewam.
- Śpij - otula mnie jego cichy szept.
- Kocham cię.
- Dobranoc.
- Josh... - muszę to usłyszeć chociaż raz.
- Kocham cię, ale tylko troszeczkę.
To mi wystarczy.

sobota, 13 maja 2017

Rozdział XXII

„Zdrajca


Pilot powoli szykuje się do lądowania. Wyglądam przez niewielkie okno. Pada. Ciemne chmury, kotłują się nad miastem. Prognoza pogody wprawia mnie w przygnębienie. Deszcze i burze do końca tygodnia. Niedobrze. Już teraz boli mnie głowa. Pocieram skronie, czekając aż maszyna dotknie płyty lotniska. Humor poprawia mi widok limuzyny, zaparkowanej tuż przy hangarze. Harold jest jak zawsze na czas.
- Panie Wood - ściskamy sobie dłonie na przywitanie - jak minęła podróż?
- Spokojnie - uśmiecham się blado.
- Proszę - wciska mi do ręki tabletki. - Powinno pomóc.
- Skąd wiedziałeś?
- Dobrze pana znam - uśmiecha się tajemniczo. - Radzę je wypić, bo nie mam dla pana dobrych wieści.
- Wiadomo coś nowego o porywaczu?
- Nie. Policja i detektywi czekają na jego kolejny ruch.
- Schowałem Josha w takim miejscu, że nigdy go nie dostanie.
- A jak on się czuje?
- Fizycznie jest lepiej, gorzej z psychiką. Wkurzył się na mnie, że go zostawiłem. A właśnie, poproś pilota, by monitorował pogodę. Chcę mieć pewność, że wieczorem damy radę stąd odlecieć.
- Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, deszcze i burze to zaledwie wierzchołek góry lodowej.
- Co masz na myśli? - przyglądam się jak Harold płynnie włącza się do ruchu.
- Rozmawiał pan z panem Hortonem, prawda?
- Tak, dzisiaj rano.
- Nic nie wie? - mężczyzna spogląda mi prosto w oczy, zszokowany.
- Wiem o rozwodzie.
- Nie o tym mówię. Co dokładnie powiedział pan Horton? - ton jego głosu zdradza silne napięcie.
- W sumie niewiele. Powiedział, że poprosił Abby o rozwód, i że mam przyjechać.
- Tylko tyle?
- Miejmy to już za sobą. Mów - spoglądam na niego wyczekująco.
- Pan Ron jest w szpitalu.
- Co takiego?!
- Wczoraj wieczorem próbował popełnić samobójstwo.
- Ron?! Nie, to niemożliwe! Przez cały czas byliśmy w kontakcie.
- Też mnie to zdziwiło. Próbowałem dodzwonić się do jego żony, ale nie odbiera. Ponoć wyjechała do Europy razem ze swoimi rodzicami, by uniknąć nagonki ze strony mediów.
- Wiesz w jakim jest stanie? - szukam w kieszeniach marynarki telefonu, by jak najszybciej skontaktować się z tym skończonym durniem.
- Moi ludzie ustalili, że przebywa w dobrze nam znanym szpitalu Świętego Antoniego. Chce go pan odwiedzić, czy jedziemy najpierw do firmy?
- Powinien zacząć się modlić, bo gdy dorwę do w swoje ręce, to...
- W takim razie do szpitala - Harold zjeżdża z autostrady, wybierając skrzyżowanie prowadzące do centrum.
- To jedyne rewelacje, czy jest tego więcej? - pytam po chwili milczenia, próbując zebrać myśli.
- Randy wychodzi dziś ze szpitala. Z resztą jest pan na bieżąco.
- Dlaczego od razu mi nie powiedziałeś?
- Musiałem się upewnić. Poza tym był pan w drodze. Głowa nadal boli?
- A jak myślisz? Najpierw Josh, teraz Ron... Czy wszystko musi zostać wywrócone do góry nogami?
- I jesteśmy - parkuje samochód koło tylnego wyjścia, by nie rzucał się w oczy.
- Dziękuję - otwieram drzwi, lecz mnie powstrzymuje.
- Panie Wood, proszę na niego nie krzyczeć, lecz postarać się wyciągnąć z niego dlaczego to zrobił.
- Nie widzisz jaki jestem spokojny?
- Mnie pan nie oszuka. Jest pan zdenerwowany, ale życiu pańskiego wspólnika nic już nie zagraża. Wyjdzie z tego - kładzie mi rękę na ramieniu. - Będę tu na pana czekał.
- Dziękuję - słowa Harolda dodają mi otuchy.
- Który oddział?
- Ten sam co poprzednio. Doktor Kent z pewnością ucieszy się na pana widok.
- Doktor Kent? Super... - wzdycham.
Winda bardzo szybko zabiera mnie na odpowiednie piętro, skąd kieruję się bezpośrednio do gabinetu ordynatora. Jego asystentka jest nieobecna, więc pukam do drzwi.
- Proszę.
- Dzień dobry.
- Pan Wood? - lekarz jest wyraźnie zaskoczony moim widokiem. - Chodzi o pańskiego narzeczonego?
- Nie do końca - waham się jak zacząć tę przykrą rozmowę.
- Proszę - gestem pozwala mi usiąść.
- Na pański oddział trafił mój wspólnik, Ron Horton. Przyszedłem zapytać jak się czuje?
- Zna pan procedury. Nie mogę udzielić panu tego typu informacji.
- Panie doktorze, bardzo pana proszę. Przyjaźnimy się z Ronem od czasów szkoły. Jest dla mnie jak brat. Codziennie rozmawiałem z nim przez telefon. Wiem o rozwodzie i kłótni z żoną.
- Przysięga pan, że to pozostanie miedzy nami?
- Tak. Zrobię co w mojej mocy, by odzyskał zdrowie. Szef ochrony twierdzi, że próbował popełnić samobójstwo. To prawda?
- Tak. Pan Horton nieudolnie podciął sobie żyły. Stracił sporo krwi, lecz był na tyle przytomny, by wezwać pomoc. Wydaje mi się, iż próbował w ten sposób zwrócić na siebie uwagę.
- Ron...
- Czy w przeszłości miały miejsce podobne zdarzenia?
- Nie.
- Czy wiadomo panu, aby pan Horton zażywał narkotyki lub brał jakieś leki?
- Nie. Czasami chodzi do klubów, ale zazwyczaj kończy zabawę po kilku drinkach.
- Gdy tu trafił był trzeźwy. Przez kilka kolejnych dni musi zostać na obserwacji. Odmawia poinformowania najbliższej rodziny. Nie chce także rozmawiać ze szpitalnym psychologiem. Cieszę się, że pan przyjechał, bo ewidentnie potrzebuje pańskiego wsparcia.
- Mogę się z nim zobaczyć?
- Oczywiście. Zaprowadzę pana do jego pokoju - mężczyzna wstaje od biurka, by razem ze mną udać się do odpowiedniej sali.
- Pan nie idzie? - pytam lekarza, który cofa się dyskretnie do tyłu.
- Nie. Poczekam na pana w swoim gabinecie. Liczę na to, że podzieli się pan ze mną informacjami. Każdy szczegół jest na wagę złota. Rozumiemy się?
- Tak.
- W takim razie do boju - rzuca cicho, oddalając się.
Biorę głęboki wdech i naciskam na klamkę. Serce ściska mi się w piersi. Powracają przykre wspomnienia z Joshem w roli głównej. Boję się... Ron nie śpi. Leży na szpitalnym łóżku, tępo wpatrując się w jeden z monitorów. Do prawej ręki podpiętą ma kroplówkę. Zamykam za sobą drzwi, o które bezwolnie opieram się plecami.
- Przyjechałeś - odzywa się pierwszy, nie racząc na mnie spojrzeć.
- Dlaczego... - to jedyna rzecz, którą jestem w stanie z siebie wydusić.
- Pamiętasz jak się czułeś, gdy Josh cię zdradził? - niespodziewanie odpowiada pytaniem na moje pytanie.
- Abby i ty ciągle się zdradzaliście.
- Nie o to mi chodzi. Chodź, usiądź obok mnie. Nieśpiesznie ruszam w jego stronę. Przysuwam sobie znajomo wyglądające krzesło, by usiąść tuż przy łóżku. Dopiero teraz dostrzegam białe bandaże, którymi ma owinięte oba nadgarstki. - Pewnie będę miał blizny. Nie zrobiłem tego zbyt umiejętnie - podąża wzrokiem w tym samym kierunku. Zawsze tak było. Potrafił bezbłędnie czytać w moich myślach.
- Ron... - wyciągam rękę i przesuwam opuszkami po jego palcach.
- Wiem, wiem... Nie musisz nic mówić. Po prostu okazało się, że nie jestem tak silny jak ty. Do teraz zastanawiam się jak to przetrwałeś. Przecież ten ból jest nie do wytrzymania.
- Byłeś obok, pamiętasz? Wspierałeś mnie, więc nie czułem się sam. Dlaczego... Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Rzuciłbym wszystko i przyjechał. Postarałbym się przekonać Abby...
- Tristan, Abby nie ma z tym nic wspólnego. Rozwód to najlepsza decyzja, którą ostatnio podjąłem. Sam wiesz jak miedzy nami było. Nie chciałem dłużej ciągnąć tej farsy. Kłóciliśmy się, to prawda, lecz powodem tych nieporozumień były interesy. Chcę wycofać swój wkład z firmy jej ojca.
- Skoro nie o Abby chodzi, więc o kogo?
- Nie tylko ty masz swojego Josha - przelotny uśmiech pojawia się na jego bladej twarzy. - To trwało już jakiś czas. Mówiłem ci przecież.
- O wielu osobach tak mówiłeś - wypominam mu, bo od zawsze był bardzo kochliwy.
- To prawda, lecz tym razem było inaczej. Naprawdę się zakochałem. Nie tak jak w Abby, ale całym sobą.
- To samo zdanie wypowiedziałeś w dniu waszego ślubu.
- Wiem. Przepraszam. To nie do końca była prawda. Ukrywałem związek przez ostatni rok. Nie chciałem, by ktokolwiek wiedział, w tym ty - rzuca mi badawcze spojrzenie, pełne poczucia winy.
- Przecież wiesz, że możesz mi zaufać.
- Tu nie o to chodzi. Gdyby inni się dowiedzieli, gdyby moja rodzina się dowiedziała, byłbym skończony.
- Nie pleć bzdur. Twoi rodzice cię kochają.
- Kochają idealnego syna, który jest nastawiony na osiągnięcie sukcesu, a nie człowieka o miękkim sercu, który wiąże się z innym mężczyzną za plecami żony. A wiesz co jest w tym najgorsze? - przecząco kiwam głową, ciekaw tego, co chce mi powiedzieć. - Jemu też chodziło tylko o pieniądze. Próbował mnie okraść, zupełnie jak Josh ciebie.
- Targnąłeś się na swoje życie z powodu pieniędzy?
- Tristan, to nie były małe pieniądze, jasne!
- Ile? - chcę jak najszybciej to z niego wyciągnąć, by oszacować straty.
- Dużo. Więcej niż poprzednim razem.
- Jesteśmy bankrutami?
- Oszalałeś?! Jeszcze mnie nie pogięło! - oburza się, próbując usiąść. - Pomóż mi. Omotali mnie tymi rurkami i kablami, jakbym był świąteczną szynką.
- Ron, nie igraj ze mną. Powiedz prawdę, ile straciłeś?
- Nic nie straciłem. Nie pozwolę by byle amator dobrał się do mojego konta.
- Nie rozumiem - zupełnie skołowany powtórnie siadam na swoim miejscu.
- Zanim cokolwiek podpisuję, sprawdzam wszystko kilka razy. Zawsze tak robię, prawda?
- Tak - przytakuję mu - czasem wręcz obsesyjnie.
- No właśnie. Ta zasada świetnie się sprawdza. Umowa zawierała pewne nieścisłości, które postanowiłem sprawdzić. Gdybym ją podpisał, zostałbym w samych skarpetach! Wszystko, na co z takim oddaniem pracowałem przez całe życie, przepadłoby w przeciągu sekund.
- To jeszcze nie powód, by odbierać sobie życie.
- Masz rację. Jeśli jednak dołożymy do tego złamane serce... - po jego policzkach zaczynają spływać łzy. - Załamałem się. To wszystko spadło na mnie tak niespodziewanie i... Przepraszam - tuli się do mnie.
- Już dobrze, poradzimy sobie. Zawsze sobie rodziliśmy.
- Dlatego zależało mi na tym, żebyś tu przyjechał. Nie zostawisz mnie, prawda?
- Nie zostawię, przecież wiesz, że możesz na mnie liczyć. Gdybyś mi wczoraj powiedział, to... - wyrzuty sumienia zalewają mnie od środka niczym gigantyczne tsunami.
- To był impuls. Źle zrobiłem.
- Źle to mało powiedziane!
- Jesteś na mnie zły?
- Nie na ciebie, a na siebie. Wiedziałem, że macie problemy w związku. Powinienem... - nerwowo zaciskam dłonie na metalowej poręczy szpitalnego łóżka.
- To nie twoja wina. Też nie masz lekko. A właśnie, gdzie się podziała twoja zabaweczka? Nie zabrałeś go ze sobą?
- Został w domu. Ochrona go pilnuje.
- Pozwolił ci wyjechać, czy musiałeś się wymknąć?
- Śmiertelnie się na mnie obraził, ale to nic. Przejdzie mu - wspominam ostatnie słowa, które usłyszałem od Josha „teraz mniej cię kocham...”. Poczekaj aż wrócę. Już ja cię nauczę miłości. Do ślubu nie wyjdziemy z łóżka...
- Tristan, nie możesz teraz wrócić. Ktoś musi zająć się firmą.
- O nic się nie martw. Josh zrozumie.
- Mam nadzieję. Posiedzisz ze mną? Nie chcę być sam.
- Jasne - uśmiecham się po raz pierwszy, odwzajemniając jego uśmiech.
- Jesteś prawdziwym przyjacielem. Dziękuję, bracie.
- Trzymamy się razem od chwili, w której się poznaliśmy. To tylko chwilowy kryzys. Wyjdziemy z niego silniejsi, jak zawsze.
- Podasz mi mój telefon? Prześlę ci mój kalendarz. Dzięki temu łatwiej przygotujesz się do spotkań. Ostrzegam, że będziesz miał ręce pełne roboty, ale to dla ciebie pestka. Dasz sobie radę. Jak tylko trochę się ogarnę, to ci pomogę, ok? - wciąż jest roztrzęsiony.
- Nie myśl teraz o tym. Odpoczywaj.
- Myślę tylko o tym! O mały włos a straciłbym wszystkie oszczędności! W moim wieku zaczynać od zera?!
- Sądziłem, że rozstanie bardziej cię boli.
- I to nas właśnie różni. Miłość przychodzi i odchodzi, ale pieniądze pozostają. Obyś zarobił ich dzisiaj jak najwięcej.
- Powinieneś porozmawiać z psychologiem. Pomoże ci - przypominają mi się słowa ordynatora.
- Po co?
- Może jeśli się przed kimś otworzysz, to...
- Powiedziałem tobie, to wystarczy.
- Z rodzicami też się nie kontaktowałeś - wypominam mu.
- Ani słowa moim rodzicom! Wiesz, jacy są przewrażliwieni. Pewnie skończyłoby się na terapii, gdzie każdy szczegół życia poddawany jest analizie.
- Przemyśl to. Terapia nie jest taka zła.
- Ty nie korzystałeś z terapii i jakoś wróciłeś do pionu.
- Bo byłeś obok. Codziennie wyciągałeś mnie do ludzi, żebym nie siedział sam.
- Zadziałało, prawda? - puszcza do mnie oko. - Nie chwaląc się, jako psycholog byłbym najlepszy. Ci tutaj mogliby się ode mnie sporo nauczyć - wyciąga się na łóżku.
- Jesteś najbardziej niesamowitą osobą jaką znam.
- Mówisz tak, bo nie znasz naszego nowego klienta. Planuje ślub ze swoją małpką. To dla niej kupuje nowy samolot.
- Żartujesz, prawda? - załamany, chowam twarz w dłoniach.
- Nigdy nie żartuję w sprawie pieniędzy. Postaraj się opanować i nie rzucać żadnych komentarzy na temat ich związku. Robi się wtedy bardzo drażliwy.
- Zapamiętam.
- I jeszcze jedno. Nie dotykaj małpki. Ma bardzo ostre zęby.
Przez kolejne dwie godziny Ron opowiada mi o naszych klientach, a ja nie potrafię oderwać od niego wzroku. Zawsze zwraca baczną uwagę na wszystkie szczegóły. Dzięki temu bezbłędnie dopasowuje się do sytuacji. Wie wszystko o wszystkich. Do tego jest bardzo ożywiony. Praca to jego środowisko naturalne. Uwielbia, gdy coś się dzieje, a telefon nie przestaje dzwonić. Przykro mi się robi widząc go w szpitalu.
- Czas na ciebie. Teraz pojedziesz do włoskiej restauracji, gdzie za pół godziny zaczyna się uroczysty obiad. Będziesz świętował zaręczyny syna pana Astona. Samolot opatrzony naszym logo to ich prezent ślubny. Bądź miły, ale nie przesadnie. I pytaj o ślub. W razie czego dzwoń. I nie flirtuj z jego żoną. Trochę możesz, ale bez przesady.
- Ron, poradzę sobie.
- Przyjedziesz do mnie wieczorem?
- Przyjadę. Harold jest na dole. Jeśli chcesz, mogę go poprosić, by z tobą posiedział.
- To nie będzie głupio wyglądało? Dorosły facet pilnowany jakby był dzieckiem.
- Nikomu o tym nie powiemy - zapewniam go.
- W takim razie poproś go, by przyszedł. Sam czuję się nieswojo.
- Nie jesteś sam. Pamiętaj o tym.
- Tristan, a co będzie jutro?
- Jutro? Co masz na myśli?
- Kto zajmie się firmą?
- Mówiłem ci, że ja.
- Serio zostaniesz? Byłem pewny, że mówisz tak, by mnie spławić.
- Jeśli nie dotrzymamy terminów, podadzą nas do sądu o odszkodowania.
- Nie bluźnij! - parskam śmiechem widząc jego reakcję. - To nie jest śmieszne. Od nakazu egzekucji nie ma odwołania!
- Przecież wiem. Odpocznij. Harold jest już w windzie. Wrócę wieczorem i zdam ci relację ze wszystkiego.
- Tristan... Jest jeszcze jedna sprawa. Pan Aston sporo pije. Nie wiem czy dasz mu radę...
- Dla ciebie zrobię wszystko. Poza tym ile wina może wypić starzejący się bankier? - bagatelizuję problem.
- Oj bo się zdziwisz...
Wychodząc ze szpitala wykręcam numer do domu. Ursula informuje mnie, że u nich także pada. Mówi też o tym, że Josh późno wstał, a teraz bawi się z kotem pod czujnym okiem Denisa. Powinienem mu powiedzieć o zmianie planów, ale boję się jego reakcji. Wytłumaczę mu to na spokojnie po spotkaniu.

Obiad z klientami przeciąga się w nieskończoność. Przez wypite wino muszę zawołać taksówkę, która zawozi mnie z powrotem do szpitala. Harold dzielnie czuwał obok śpiącego Rona, lecz ma już swoje lata i jemu też należy się odpoczynek.
- Możesz jechać. Ja tu zostanę.
- Panie Wood, nie wygląda pan najlepiej. Może lepiej będzie, jeśli ja też zostanę.
- Nie martw się. Zadomowiłem się tutaj i znam każdy kąt. Tylko przywieź mi rano czysty garnitur, dobrze? Ron zaplanował prawdziwy maraton, do którego muszę się jeszcze przygotować.
- A pańska praca?
- Jestem na bieżąco, wiec nie powinno być żadnych opóźnień.
- A Josh? Poradzi sobie?
- Nie wiem. Jeszcze z nim nie rozmawiałem.
- To proszę to zrobić jak najszybciej.
- Będzie zły - tłumaczę się.
- Nie dziwię mu się. Traktuje go pan jak dziecko, którym od dawna nie jest.
- Nic na to nie poradzę. Sam widziałeś jaki jest bezbronny. Gdybym go zabrał ze sobą, równie dobrze mógłbym przyczepić wstążkę i wysłać zaproszenie do porywacza, by nas odwiedził.
- Panie Wood, związek nie polega tylko na tym, by jedna strona podporządkowywała się drugiej. To relacja partnerska. Jeśli nie będzie pan traktował Josha na równi z sobą, straci go pan.
- To nie ma z tym nic wspólnego!
- Proszę to przemyśleć. Widzimy się jutro. Dobranoc.
- Dobranoc - mamroczę pod nosem. Wychodzę na hol, gdzie łatwiej zebrać mi myśli. Josh naprawdę jest na mnie zły, bo ani razu do mnie nie zadzwonił. Wykręcam numer Dennisa.
- Poproś mojego narzeczonego do telefonu - wydaję mu polecenie. Po chwili słyszę dźwięk otwieranych drzwi.
- Dzwoni pan Wood - informuje go.
- Tristan? Gdzie jesteś? Już po dziesiątej - pyta zaniepokojony.
- Wiem, skarbie.
- Coś się stało? - dopytuje.
- Ron jest w szpitalu. Próbował popełnić samobójstwo.
- Nic mu nie jest?
- Nie.
- To dobrze. Kiedy wrócisz?
- Skarbie, nie wrócę dzisiaj na noc.
- Obiecałeś... - choć ton jego głosu jest cichy, to boli niczym cios zadany nożem.
- Proszę, nie gniewaj się na mnie. Nie wiedziałem, że sytuacja jest aż tak poważna.
- Tristan...
- To nie potrwa długo, przysięgam. Najwyżej kilka dni.
- Kilka dni? W takim razie pozwól mi przyjechać. Nie chcę być tu sam!
- Nie jesteś sam. Tłumaczyłem ci to wielokrotnie. Masz Dennisa i ochronę. Oni się tobą zajmą.
- Ale Tristan... Ty nic nie rozumiesz! - jest blisko ataku paniki.
- Proszę, nie denerwuj się. Wiem, że nie tego się spodziewałeś. Ja też nie, ale stało się. Muszę zatroszczyć się o Rona i o firmę, inaczej wszystko przepadnie.
- No tak... Masz rację.
- Gdybyś czegokolwiek potrzebował cały czas jestem pod telefonem. Możesz do mnie w każdej chwili zadzwonić.
- Zapomniałeś dodać, że ja nawet nie pamiętam twojego numeru...
- Szlag by to...! Przepraszam. Nie pomyślałem o tym. Poproszę Dennisa, by dał ci jedną ze służbowych komórek, może być? Josh? - odpowiada mi tylko cisza. - Josh, błagam cię, nie rób mi tego!
- Panie Wood, tu Dennis. Josh pobiegł na górę.
- Weź jeden z telefonów i dopilnuj, żeby cały czas miał go przy sobie.
- Dobrze. O której pan wraca? Mam po pana wyjechać?
- To nie będzie konieczne. Mój wspólnik jest w szpitalu. Muszę się zająć firmą.
- Rozumiem.
- Pilnowałeś, czy jadł?
- Byłem przy nim cały czas, ale ciągle powtarzał, że nie jest głodny i zje z panem kolację.
- Nakarm go czymś. Najbardziej lubi makaron.
- Wiem.
- Gdyby coś się działo...
- Panie Wood, proszę na siebie uważać. Mamy tu wszystko pod kontrolą, ale nadal nie znamy motywów porywacza. Równie dobrze może i pana zaatakować.
- Niech spróbuje. Czekam na niego - szczerze ucieszyłbym się z takiego rozwiązania. Mam mu sporo do powiedzenia...
- Nie jest pan wyszkolony. Postępując w taki sposób niepotrzebnie naraża pan Josha. Jeśli coś się panu stanie, w pierwszej kolejności rzuci się panu na ratunek. Nie będziemy go mogli powstrzymać, a sam pan wie, co to oznacza.
- Dobrze, koniec z tymi strasznymi wizjami. Twój brat jest już w domu?
- Tak. Wypuścili go kilka godzin temu.
- Pozdrów go ode mnie. I upewnij się, że Josh coś zje przed spaniem. Zadzwonię za godzinę.
- Do usłyszenia - rozłącza się. Po kilku chwilach przysyła mi numer komórki Josha.
Niechętnie wracam do pokoju Rona. Jestem wykończony. To był bardzo długi dzień. Wykręcam jeszcze raz do mojego narzeczonego, ale nie raczy odebrać. Po pewnym czasie Dennis przysyła mi zdjęcie. Czarnowłosy śpi wtulony w futro Cynamona, który oficjalnie skończył się dąsać. Kocie fochy przeszły na jego pana...