sobota, 23 lipca 2016

Kostka XII


„Czekolada


- Jesteś bardzo powolny. Gdzie twoja forma? - Rex nie szczędzi mi komplementów od samego rana... - Mógłbyś się bardziej postarać. Wieczorem nie będziemy ćwiczyć, ale rano...
- Rex... Odpuść trochę. Ledwo żyję – opieram dłonie na kolanach, starając się zapanować nad oddechem. Mój trener spogląda na zegarek, sprawdzając czas.
- Nie jest źle – stwierdza po chwili – nie oznacz to jednak, że nie może być lepiej. Popracujemy nad lepszym czasem – uśmiecha się złowieszczo.
- Super – ocieram pot z czoła.
- Gdzie się podział twój entuzjazm? Sport uwalnia endorfiny.
- Mam dwie prace, do tego trenuję z tobą. Dziwisz się, że jestem zmęczony?
- Zrezygnuj z cukierni. Przecież zarabiasz tam marne grosze.
- Nie mogę. Obiecałem, więc dotrzymam słowa.
- Chcesz więcej czasu spędzać ze swoją dziewczyną, tak? Biorąc pod uwagę jaka jest... agresywna, teraz rozumiem dlaczego zapragnąłeś trenować boks – wybucha śmiechem.
- Mylisz się. Chcę się nauczyć lepiej bronić. Moja dziewczyna ma problem z takim jednym typem. Nie mogę tego tak zostawić.
- Jessie... Nie obraź się, ale bijatyki powinieneś zostawić innym. Potrzebujesz co najmniej kilku miesięcy treningu, a nie kilku dni.
- Nie wierzę własnym uszom! Rex, ponoć jesteś najlepszy – drwię z niego.
- Jestem, dlatego umiem ocenić twoje możliwości. Gdybym serio chciał cię zaatakować, skończyłoby się pobytem w szpitalu.
- Nie mam kilku miesięcy, więc musisz się bardziej starać.
- No dobra, skoro wiem na czym ci zależy, od jutra będziemy się poważnie przykładać. Ostrzegam, że łatwo nie będzie.
- Wiem.
- Odpocznij i widzimy się wieczorem na lotnisku.
Obserwuję jak wsiada do swojego samochodu i odjeżdża, po czym osuwam się na trawnik przed domem. Mam przed sobą cały dzień pracy, noc w samolocie, poranny trening i co najmniej dziesięć godzin na kortach tenisowych. Miną wieki zanim pozwolą mi położyć się spać...
Pakuję najpotrzebniejsze rzeczy do torby upewniając się, że zabrałem paszport oraz dokumenty i wychodzę, machając pani Brown, która podlewa kwiatki przed domem. Zazdroszczę jej. Też chciałbym mieć swój kąt, albo miejsce, które mógłbym nazwać domem...
- Jessie, dobrze że już jesteś – Sebastian podbiega do mnie w chwili, gdy zamykam za sobą drzwi Fantazji.
- Coś się stało?
- Diana i Collin kłócą się o coś od samego rana.
- Nie przejmuj się, oni często się kłócą – zapewniam przestraszonego chłopaka.
- Ich kłótniom zawsze towarzyszy dźwięk rozbijanego szkła? - pyta niepewnie.
- Nie wiem, aż tak dobrze ich nie znam – podnoszę ladę i idę za Sebastianem na zaplecze. Drzwi od kuchni są zamknięte, lecz nie da się ukryć, że rodzeństwo nie szczędzi sobie przykrych słów.
- Powiedziałem, że nie! - krzyk Collina powoduje u mnie gęsią skórkę.
- Nie bądź taki uparty! To dla twojego dobra!
- Dla mojego dobra?! Chyba zupełnie zgłupiałaś!
- Masz to zrobić! Dziadek z pewnością by tego chciał – Diana niechętnie wraca wspomnieniami do okresu, gdy żył ich dziadek. Bardzo go kochała i nadal za nim tęskni. Musi chodzić o coś ważnego, skoro powołuje się na jego autorytet w potyczce z własnym bratem.
- Ale dziadka już nie ma, a ja nie jestem jak on! - odpowiada jej wzburzony głos czarnowłosego.
- Jesteś podły! - krzyczy dziewczyna, otwierając gwałtownie drzwi wpadając prosto w moje ramiona, którymi ją otulam.
- Jessie! - łka, wtulając się we mnie.
- Nie płacz – proszę bezradnie, starając się ją uspokoić.
- Przyniosę jej chusteczki i szklankę wody – Sebastian wykorzystuje pierwszy lepszy pretekst, by uniknąć rozjuszonego Collina i znika za drzwiami.
- Jessie, Collin na mnie krzyczy i... - Diana zanosi się płaczem, więc obejmuję ją jeszcze ciaśniej, co nie podoba się jej bratu.
- Nie mieszaj się, bo pożałujesz – ostrzega mnie.
- A właśnie, że będzie się mieszać! To mój najlepszy przyjaciel! Jestem pewna, że przyzna mi rację!
- Spokojnie, Di. Nie denerwuj się – trzymam ją blisko siebie, bo boję się, że gotowa jest rzucić się na brata.
- Tak? A jeśli to mnie przyzna rację, to co wtedy? - Collin naśladuje jej roztrzęsiony głos.
- Proszę – Sebastian podaje dziewczynie chusteczki, którymi natychmiast wyciera nos.
- Dziękuję – posyła mu smutny uśmiech.
- Jessie, do kuchni! A ty – spogląda gniewnie na Sebastiana – otwórz cukiernię.
- Tak jest, szefie – przestraszony chłopak natychmiast spełnia jego polecenie.
Nie wiem jak to się stało, że zostałem wciągnięty w konflikt między nimi, ale biorąc pod uwagę, że oboje są uparci, zdecydowanie powinienem unikać bycia jedną ze stron konfliktu.
- Ja raczej nie... - próbuję się wykręcić, by tylko nie znaleźć się między młotem, a kowadłem.
- Już! - głos Collina jest zimny i nieznoszący sprzeciwu. Diana odważnie bierze mnie za rękę i ciągnie za sobą do kuchni. Nie ma odwrotu.
- Więc... O co chodzi? - pytam nieśmiało, jak ognia unikając czarnowłosego i chowając się za Dianą.
- Chcę, aby Collin wziął udział w konkursie cukierniczym. Dziadek co roku brał w nich udział i zawsze wygrywał.
- Zrozum wreszcie, że nie jestem dziadkiem! - krzyczy, popychając naczynia, które poukładane były na blacie i teraz z hukiem spadły na podłogę.
- Przestań! - dziewczyna aż podskakuje od hałasu.
- Bo co?
- Collin... Uspokój się, proszę – próbuję jakoś na niego wpłynąć.
- Nie mów mi co mam robić – spogląda mi w oczy, cedząc słowa. Dobrze wiem, że moja obecność tutaj oraz fakt, że Diana tuli się właśnie do mnie, nie działają na niego łagodząco.
- Jessie, powiedz mu, że mam rację – Diana kładzie mi drobne dłonie na ramionach.
- Nie wiem, które z was ma rację, bo nie bardzo rozumiem o co się kłócicie.
Collin podchodzi bliżej i zabiera mi dziewczynę, którą sadza na blacie.
- Nie płacz już – bardziej jej każe, niż prosi.
- To ustąp mi – nalega na niego, widząc, że ma przewagę.
- Konkurs wymaga wielu przygotowań. Nie dam rady prowadzić kawiarni, zajmować się zleceniami i opracować nowego przepisu do konkursu – tłumaczy jej, opierając dłonie na blacie po obu stronach, zupełnie jakby chciał odgrodzić ją ode mnie.
- Rozmawiałam z Sebastianem. Powiedział, że wszystkim się zajmie.
- Co takiego?! Kiedy z nim rozmawiałaś?
- Wczoraj wieczorem. Dzwoniłam do ciebie zaraz po tym jak znalazłam ogłoszenie. Sebastian pomógł mi je wypełnić.
- Wypełnić?!
- Zostałeś zakwalifikowany. Cieszysz się? - pyta go niepewnym głosem.
- Di! Jak mogłaś?!
- Sam nigdy byś się na to nie zgodził. Szczęściu trzeba pomagać – uśmiecha się po raz pierwszy od dłuższego czasu.
- I to nazywasz pomocą, tak? - uderza pięścią w blat.
- Przecież Sebastian...
- Milcz! Wiesz, że jeśli teraz zrezygnuję, odbiorą mi licencję?!
- Nie widziałam. Przepraszam, Collin – znowu wybucha płaczem, lecz tym razem chłopak przytula ją do siebie mocno i głaszcze po włosach.
- Nie płacz – prosi.
- Bo ja... Tak się cieszyłam wypełniając zgłoszenie, że nie pomyślałam o konsekwencjach – szlocha w jego klatkę piersiową.
- To trudno. Stało się – Collin z trudem nad sobą panuje. Diana od zawsze stanowiła jego największą słabość. Nigdy niczego jej nie odmawiał.
- Naprawdę zabiorą ci licencję? - przerażona, spogląda mu w oczy.
- Nie, jeśli czymś ich zaskoczę lub wygram – ociera łzy z jej policzków.
- Wygrasz! Zobaczysz, że wygrasz. Będziemy ci pomagać, prawda Jessie? - chłopak przenosi na mnie swoje spojrzenie.
- On dziś wyjeżdża, zapomniałaś?
- Przecież wróci – Diana uwalnia się z jego ramion i zeskakuje z blatu. - Wrócisz?
- Oczywiście. Za jakieś dwa, trzy tygodnie.
- No widzisz. Wszystko się ułoży – uśmiecha się do Collina. - Poza tym twoja czekolada smakuje tak jak dziadka.
- To nieprawda – to stwierdzenie wyrywa mi się zupełnie nieoczekiwanie.
- Co takiego?! - Collin odsuwa siostrę i łapie mnie za fartuch. - Powtórz to...
- To nieprawda, że smakuje tak samo. Jest dobra, ale wprowadziłeś jakieś modyfikacje do przepisu, tak?
- Nie – puszcza mnie, przeczesując nerwowo włosy.
- Nie? - dziwię się. - Przepraszam, w takim razie...
- Collin nie ma oryginalnego przepisu – przerywa mi Diana.
- To prawda – przyznaje. - Dziwię się tylko jak to możliwe, że ty jeden to wyłapałeś.
- Nie wiem. Zapomnij o tym, co powiedziałem.
- Moim zdaniem to wspaniała wiadomość. Skoro Jessie aż tak dobrze potrafi rozróżniać smaki, pomoże ci pokonać konkurencję – dziewczyna rzuca mu się na szyję.
- Dobrze kombinujesz, siostrzyczko – chłopak spogląda na mnie z tajemniczym uśmiechem. - Kiedy dokładnie wracasz, Jessie? - pyta.
- Nie wiem. Dam ci znać – odpowiadam pośpiesznie.
- Jak tylko wrócisz spędzimy ze sobą dużo czasu w kuchni – mruczy z zadowoleniem.
- Nie wydaje mi się – przerywam mu wojowniczo, doskonale zdając sobie sprawę z podtekstu, który ukrył w tym zdaniu.
- Jessie, musisz pomóc Collinowi! - oburza się Diana. - Dziadkowi też odmówiłbyś pomocy?
- Nie... Ale Collin to nie twój dziadek – bronię się.
- Nie martw się, Jessie. To będzie prawie tak jak z dziadkiem. Będziesz siedział ze mną w kuchni, a ja będę cię karmił czekoladą – jego oczy aż pobłyskują pod wpływem emocji.
- N-Nie – protestuję cicho, ale rodzeństwo zajęte jest już odkopywaniem starych ksiąg z przepisami nestora.
- Nie marudź, Jessie – karci mnie Diana.
- Siostrzyczko, mam swoje sposoby, by przekonać Jessiego do współpracy – uśmiecha się do niej, czule dotykając policzka.
- Tak się cieszę! Jestem pewna, że jeśli połączymy siły, to zwycięstwo mamy w kieszeni.
- Z pewnością masz rację – odpowiadam jej bez entuzjazmu.
- Idziemy na salę. Baw się dobrze i wybierz najlepszy z możliwych przepisów.
- Tylko bądźcie grzeczni.
- Ja zawsze jestem grzeczna – uśmiecha się przekornie.
- Miałem na myśli Jessiego. On potrafi być bardzo niegrzeczny.
Diana wyciąga do mnie rękę, którą łapię. W tej samej chwili dzwoni mój telefon. Na wyświetlaczu pojawia się nazwisko pani Brown.
- Muszę odebrać. Halo?
- Przepraszam, że przeszkadzam ci w pracy, ale mam dla ciebie przykrą wiadomość – kobieta jest bardzo zdenerwowana.
- Co się stało, proszę pani?
- Jessie... Nawet nie wiem jak mam ci to powiedzieć... Musisz się wyprowadzić.
- Wyprowadzić? Dlaczego? - Diana spogląda na mnie nie kryjąc zaciekawienia. Mocniej zaciskam palce na jej drobnej dłoni.
- Rozmawiałam dziś z wnukiem. W końcu postanowił nam pomóc. To bardzo dobra wiadomość, bo zamieszka z nami i wreszcie nie będziemy dla ciebie ciężarem, ale...
- Rozumiem. Nic się nie stało – zapewniam starszą panią. - Kiedy mam zabrać rzeczy?
- I tu tkwi problem. Mógłbyś to zrobić dzisiaj?
- Dzisiaj?
- Wiem, że stawiam cię w bardzo kłopotliwej sytuacji, ale tak bardzo zależy nam z mężem na tym, by sprowadzić tu wnuka...
- Dzisiaj lecę do Paryża – przypominam kobiecie, zmartwiony.
- Proszę cię, nie odmawiaj mi. Pomogę ci się spakować, jeśli chcesz.
- Dobrze. Niech będzie dzisiaj – dodaję głosem pozbawionym emocji.
- Dziękuję. Wiedziałam, że mnie zrozumiesz.
- Do widzenia – rozłączam się.
- Co się stało?
- Muszę jechać do mieszkania i zabrać swoje rzeczy.
- Teraz? - dziwi się Diana. - Dlaczego?
- Bo wnuk państwa Brown postanowił się wprowadzić.
- Przecież dzisiaj wyjeżdżasz.
- Nie martw się. Nic się nie stało – kłamię, zbyt oszołomiony tempem, w jakim to wszystko się rozgrywa.
- To gdzie będziesz mieszkać?
- Wynajmę pokój w hotelu. Wrócę za godzinę, dobrze? - pytam równie zaskoczonego Collina, który przysłuchiwał się naszej rozmowie.
- Pomogę ci, jeśli chcesz – proponuje.
- Nie musisz. Poradzę sobie – rozwiązuję fartuch, nie bardzo wiedząc co powinienem teraz zrobić. Może zadzwonić do Maggie? Spodziewałem się wszystkiego, ale nie tego, że w przeciągu jednej chwili stracę dach nad głową...
Taksówka szybko zawozi mnie na miejsce. Od progu wita mnie zapłakana pani Brown, którą mocno obejmuję.
- Tak mi przykro, Jessie.
- Nic się nie stało – powtarzam to zdanie do znudzenia, czekając aż sam w nie uwierzę.
- Propozycja wnuka bardzo nas zaskoczyła. Zadzwonił od razu po twoim wyjściu. Rozważaliśmy z mężem jak powinniśmy się zachować... Tyle dla nas zrobiłeś... A my tak nagle pozbawiamy cię mieszkania.
- Proszę się nie martwić. Przecież od początku wiedziałem, że mieszkam u państwa tylko na pewien czas.
- Poradzisz sobie? Co teraz zrobisz? Nie masz tu żadnej rodziny.
- Po drodze dzwoniłem do hotelu. Wynajmę pokój i ...
- Będziesz nas nadal odwiedzać, prawda?
- Oczywiście. Może pani na mnie liczyć – uśmiecham się. - A teraz przepraszam, spakuję się.
Samo pakowanie nie zajmuje mi wiele czasu, bo zabrałem ze sobą niewiele rzeczy, decydując się na przeprowadzkę tutaj zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Jest mi ciężko z zupełnie innego powodu. Znowu straciłem dom. To nic, że państwo Brown są mi zupełnie obcy. Iluzja troski, jaką mnie otaczali, bezpowrotnie zniknęła. Zapinam torbę, z ciężkim sercem rozglądając się po niewielkim pomieszczeniu. Dobrze mi tu było, a wszystko co dobre kiedyś się kończy... Moje rozmyślania przerywa pukanie do drzwi.
- Proszę, jest otwarte. Już skończyłem i może pani... - wychodzę z sypialni, lecz to nie pani Brown czeka na mnie w salonie, a Diana i Collin.
- Jessie, mam dla ciebie niespodziankę – uśmiecha się do mnie.
- Wybacz Di, ale mam dosyć niespodzianek jak na jeden dzień.
- Ta ci się spodoba. Znalazłam ci mieszkanie. Cieszysz się?
- Dzwoniłem już do hotelu. Wszystko mam pod kontrolą.
- Przestań kłamać. Nienawidzisz hoteli! Poza tym nie będziesz mieszkał sam – zachęca mnie, nie kryjąc radości.
- A z kim? - pytam zupełnie zaskoczony.
- Ze mną – Collin odzywa się niespodziewanie.
- Czy to nie wspaniale? - Diana wybucha radością. - To był mój pomysł. Mam dziś same dobre pomysły, prawda braciszku? Jak tylko wyszedłeś, zapytałam Collina czy możesz z nim zamieszkać. Wiedziałeś, że kupił nowe mieszkanie? Jest śliczne. Spodoba ci się. Collin od razu się zgodził. Co prawda meble jeszcze nie dojechały, ale to nie ma większego znaczenia, bo wyjeżdżasz, a kiedy wrócisz, wszystko będzie już na miejscu.
Spoglądam przerażony to na Dianę, to na jej braciszka. Ona chyba nie mówi poważnie... Miałbym z nim zamieszkać? Razem? W jednym mieszkaniu? Mowy nie ma!
- Wiem, że chciałaś dobrze, ale nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.
- Twoje zdanie mało nas obchodzi. Idziemy – wtrąca się czarnowłosy, zabierając jedną z walizek – czekam w samochodzie – rzuca oschle, wychodząc.
- Collin! Zaczekaj! Ja nie chcę z tobą mieszkać!
- Z reklamacjami do niej, nie do mnie – uśmiecha się lekko, znikając za drzwiami.
- Nie cieszysz się? - Di wpatruje się we mnie, kładąc dłoń na ramieniu.
- A ty cieszyłabyś się ze wspólnego mieszkania z Collinem?
- Zapominasz, że już z nim mieszkałam. Nie było tak źle.
- Serio? A kto mi ciągle powtarza, że Collin to palant?
- Bo to prawda, sam wiesz – chichocze cicho.
- Czemu mi to robisz? - wpadam w czarną rozpacz. - Przecież my się pozabijamy!
- Nie przesadzaj. Collin jest bardzo troskliwy. Tobą też się zaopiekuje, jeśli dasz mu szansę – zapewnia mnie.
- Nie chcę! Wolę mieszka w hotelu, albo zadzwonię do Maggie. Wiele razy proponowała mi mieszkanie w swoim apartamentowcu.
- Nie lubisz być sam. Nigdy tego nie lubiłeś.
- Ale to nie oznacza, że mam mieszkać z Collinem!
- Boisz się go? Jestem pewna, że jak lepiej się poznacie, to...
- Znam go już wystarczająco blisko! I to z jak najgorszej strony.
- Jessie... Tak naprawdę to on wpadł na ten pomysł. Zależy mu na tobie.
- Di! Ty kompletnie oszalałaś!
- Po prostu widzę jak na ciebie patrzy.
- Jak na zabawkę, albo swoją własność. Dzięki, ale ja pasuję.
- Mylisz się, Collin zawsze się o ciebie troszczył, nawet wtedy, gdy byliśmy dziećmi. Daj mu szansę. Nie jest taki zły.
- Nie chcę.
- Chcesz. Mnie nie oszukasz – wlepia we mnie swoje orzechowe spojrzenie, pełne uczucia.
- Moje życie jest już wystarczająco skomplikowane. Mam ciebie i...
- A teraz będziesz miał jego.
- Ale ty i ja... - przerywam jej.
- To, że będziecie razem mieszkać nie oznacza, że przestaniesz być moim chłopakiem – grozi mi palcem. - Będziesz mnie dalej rozpieszczać, dzwonić do mnie i chodzić na imprezy. Nic się nie zmieni. Po prostu Collin będzie obok. Jeśli ci się nie spodoba, poszukamy innego mieszkania, dobrze?
- Di...
- Ty i ja zawsze razem, pamiętasz? - spogląda mi w oczy przez łzy, tuląc mocno. - No chodź. Pojedziemy obejrzeć nowe mieszkanie – ciągnie mnie za sobą.
- Nie umiesz niczego jej odmówić, Jessie i takie są tego konsekwencje – jego komentarz podnosi mi ciśnienie, lecz ma rację. Od zawsze robiłem to, czego chciała. W zmian za to nieświadomie dawała mi oparcie i dzieliła się swoją rodziną. Nie przeszkadzało jej, gdy dziadek czy babcia traktowali mnie jak dodatkowego wnuka, a przecież była rozpieszczoną księżniczką, zazdrosną nawet o brata. Może widziała, że byłem bardzo samotny już jako dziecko? Gdy brat pracował, przesiadywałem sam w domu, czekając na jego powrót. Czasami nie było go po kilka dni. Wtedy pojawiała się ona, zabierając mnie do siebie. Zawsze robiliśmy to, co w danej chwili sprawiało jej przyjemność. Graliśmy w gry, chodziliśmy nad rzekę, odwiedzaliśmy jej dziadka. Nie pytała mnie o zdanie. Decydowała za mnie. Minęło kilka lat i nic się nie zmieniło.
Kamienica, którą wybrał Collin nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza olbrzymimi pomieszczeniami.
- To będzie kuchnia – wskazuje pustą przestrzeń – a to salon, a tam są pokoje. Wybierz sobie, który chcesz.
- Wszystko mi jedno – czuję się obco w nowym miejscu. Panująca tu pustka unaocznia mi własne uczucia. Czuję się dokładnie tak samo.
- Jeśli chcesz, pomogę ci się urządzić – proponuje Diana.
- Jasne. Weź moją kartę i kup co uważasz za konieczne – wyciągam plastik z portfela i wręczam dziewczynie.
- Naprawdę?
- A czemu nie? Ja i tak nie mam na to czasu.
- Lubisz niebieski? Albo zielony? A może wolisz niespodziankę?
- Wszystko mi jedno.
- Jessie, nie wyglądasz na zadowolonego. Dlaczego? - Collina naprawdę ciężko oszukać.
- Przepraszam. Jestem zmęczony – spuszczam wzrok.
- Wiem, że jesteś zaskoczony, ale czy tak nie jest lepiej?
- Lepiej dla ciebie, czy lepiej dla mnie? - odpowiadam pytaniem na jego pytanie.
- Dla nas.
- Nie ma „nas”, Collin. Będę ci płacił za mieszkanie, tak jak robiłem to do tej pory. To, że razem mieszkamy nic nie zmieni.
- Serio? - uśmiecha się szczerze rozbawiony moją dziecinną reakcją.
Przez resztę dnia nawet nie staram się ukryć pesymistycznych myśli, które mnie nawiedzają w związku z dzisiejszymi wydarzeniami. To nic nie zmienia... To nic nie zmienia... Będziemy razem mieszkać, ale tylko tyle. Albo aż tyle... Co pewien czas spoglądam na zegarek, bo do pełni szczęścia brakuje mi już tylko spóźnienia na samolot.
- No więc, mój współlokatorze, nie mogę się doczekać twojego powrotu – drwi ze mnie przy pożegnaniu.
- Bardzo zabawne, Collin. Lepiej zacznij pracować nad lepszym przepisem na czekoladę.
- O to akurat się nie martwię. Pomożesz mi po powrocie – to brzmi bardziej jak stwierdzenie faktu, niż prośba o pomoc, ale cóż... To cały on.
- Nie mam ochoty na czekoladę.
- Zmienisz zdanie. Uwierz mi.
- Jessie, uśmiechnij się do mnie chociaż raz – prosi Diana.
- Dbaj o siebie, dobrze? – proszę.
- Nic się nie martw.
Przed Fantazją parkuje czerwony samochód.
- Muszę już iść – całuję ją w policzek.
- To nie jest Maggie – zauważa, przyglądając się kobiecie za kierownicą.
Blondynka poprawia włosy, korzystając z samochodowego lusterka, a potem nakłada na usta błyszczyk.
- To Weronika – tłumaczę dziewczynie.
- Weronika?
- Asystentka Maggie. Pracuje z nią od niedawna. Zawsze nam towarzyszy podczas wyjazdów.
- Myślałam, że Maggie sama sobie radzi.
- Jest bardziej roztrzepana ode mnie. Chodź, przedstawię cię.
- No wreszcie. Spóźnimy się przez ciebie – jasnowłosa okazuje mi swoje niezadowolenie.
- Diano, poznajcie się. Oto Weronika...
- To jest Diana?! - blondynka pośpiesznie wysiada z samochodu. - Ta sama, o której Rex mówił, że...
- Ani słowa więcej – ostrzegam ją, słysząc za sobą cichy śmiech Collina.
- Cześć – rzuca się na Dianę, całują w policzek. - Nic się nie martw. Będę go miała cały czas na oku, zwłaszcza przed tą modliszką, która na niego poluje.
- Modliszką? O co chodzi, Jessie? I dlaczego brat się z ciebie śmieje?
- Później ci opowiem – obiecuję, kierując się w stronę auta.
- Pa – blondynka wsiada pospiesznie i zapina pasy. - Twoją Dianę wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Gdyby nie jej włosy, nigdy bym nie pomyślała, że taka z niej wampirzyca.
- Nie mów tak o mojej dziewczynie! - ostrzegam ją, obrażając się. - Nie znasz jej i nic o niej nie wiesz.
- Wiem, że na dużo jej pozwalasz – drażni się ze mną. - Modliszka będzie zazdrosna...
Wyciągam telefon, który wibruje mi w kieszeni

Nowa wiadomość : Od Władca Czekolady
„Wiedziałeś, że czekolada jest afrodyzjakiem? Nie mogę się doczekać, aż wypróbuję na Tobie jej działanie, współlokatorze...”

piątek, 22 lipca 2016

Kostka XI


„Czekolada


Nie ma nawet szóstej rano, gdy Maggie brutalnie dobija się do drzwi. Mocno zaspany kieruję się w ich stronę. Przekręcam klamkę. Kobieta wpada do środka w towarzystwie mężczyzny, ubranego w szpanerski dres. Wszystko, tylko nie to...
- Maggie... Jest szósta rano – marudzę, przecierając zaspane oczy.
- Ty też cieszysz się, że mnie widzisz, prawda skarbie? - uśmiecha się pełna entuzjazmu, który towarzyszy jej zazwyczaj wtedy, gdy oznacza kolejne zlecenia.
- Tak, wybacz, że nie skaczę z radości, ale jeszcze śpię.
Kobieta podchodzi bliżej i uważnie mi się przygląda. Dopiero teraz orientuję się, że mam na sobie tylko dresowe spodnie. Collin porwał moją koszulkę na strzępy.
- Co to jest?! - pyta wściekła, wskazując na moją klatkę piersiową.
- Co masz na myśli? - odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Jessie... - przesuwa palcem po mojej skórze – nie sądziłam, że taki jesteś – mruży oczy, co nie oznacza niczego dobrego. Mężczyzna, który jej towarzyszy, wybucha cichym śmiechem, przypominając o swojej obecności.
- To nic takiego – strącam jej dłoń, czerwieniąc się.
- Mały Jessie lubi się ostro zabawić – komentuje facet w dresach.
- Nie twoja sprawa! - warczę na niego niezadowolony z kierunku,  w jakim to wszystko zmierza. - Kim ty w ogóle jesteś?!
- Jestem Rex. Twój nowy trener osobisty – uśmiecha się złośliwie, pokazując wybielone zęby.
- Rex? - powtarzam z niedowierzaniem.
- To znaczy król. Jestem najlepszy – szczerzy się, zadowolony z siebie. - Dzięki mnie ty też będziesz najlepszy. To moje hasło reklamowe. Przyznasz, że ma w sobie moc – nie kryje dumy.
- Guzik mnie to obchodzi. Wynoś się z mojego mieszkania.
- Jak na przyszłą gwiazdę, warunki masz nadzwyczaj skromne – zauważa – ale temperament to już inna bajka, co blondasku? - unosi znacząco brwi, wpatrując się w ślady na moim ciele.
- Maggie... Wyjdź stąd i zabierz go, bo nie ręczę za siebie – cedzę przez zaciśnięte zęby.
- Rex, poczekaj na zewnątrz. Muszę porozmawiać z Jessiem – prosi go.
- Zacznę rozgrzewkę. Jak skończycie, dołączysz – instruuje mnie, wychodząc z mieszkania.
- Nie będę z nim ćwiczyć. Tyle razy cię prosiłem, abyś odpuściła, ale ty zawsze swoje! – wściekam się na Maggie, która nie przestaje lustrować mojej poznaczonej przez Collina skóry.
- Jessie, moje słońce. Musisz więcej ćwiczyć! Dobrze o tym wiesz. Rex jest najbardziej kompetentną osobą, jaką udało mi się znaleźć. Dzięki niemu będziesz w świetnej formie. Poza tym prosiłam, abyś nie robił żadnych głupstw. Musisz poprosić swoją dziewczynę, by traktowała cię nieco delikatniej. Na szczęście ubrania to zakryją.
- Diana nigdy nie...! - przerywam w pół zdania, bo nie zamierzam się nikomu z niczego tłumaczyć.
- Przyznaję, że jestem zaskoczona. Sprawiała wrażenie cichej i spokojnej, gdy ją poznałam. Pozory mylą – Maggie ponownie mi się przygląda.
- To nie twoja sprawa! - powtarzam.
- Może to nie Diana... - zaczyna się na głos zastanawiać. - To dlatego jesteś taki zirytowany, tak?
- Nic ci nie powiem! Idź sobie i zostaw mnie samego.
- Już idę. Jestem spóźniona na ważne spotkanie. W każdym razie od dziś robisz to, co każe ci Rex i nie chcę słyszeć ani jednego słowa skargi. Masz to zapisane w kontrakcie.
- Do kiedy obowiązuje nasz kontrakt? - pytam rozdrażniony.
- Do końca roku, ale chyba nie powiesz mi, że nie będziesz chciał go przedłużyć – kobieta wpada w panikę. - Jessie! Taka opcja nie istnieje!
- Więc zabierz stąd pana „najlepszego”.
- Zabiorę go, ale dopiero po balu. Do tego czasu postaraj się z nim popracować. Proszę cię – spogląda mi błagalnie w oczy, układając swoje drobne dłonie na moich nagich ramionach.
- Jestem szczupły i wysportowany, tak jak chciałaś. Lepiej już nie będzie.
- To tylko kilka tygodni. Nie rób mi tego. Jeśli Ben i Connor odejdą, tylko ty mi pozostaniesz. Gdy szef zorientuje się, że zmarnowałam tyle czasu, zamiast popracować nad twoim wyglądem, wyrzuci mnie z pracy! Proszę cię, skarbie, nie odmawiaj mi. Tylko do balu. Rex to profesjonalista. Ułożył ci plan żywieniowy. Jest do twojej wyłącznej dyspozycji. Może z tobą biegać, ćwiczyć, nauczyć różnych sztuk walki...
- Sztuk walki? Serio? - akurat ta część naprawdę mnie zainteresowała.
- Jeśli będziesz chciał – spogląda na mnie z nadzieją. - Zgadzasz się?
- Na sztuki walki? Jeśli mogę, to tak – wzdycham ciężko.
- Dziękuję! Jesteś kochany! Zaczniecie już dzisiaj, dobrze? Tylko powiedz Rexowi, że ma ci niczego nie połamać i nie uszkodzić.
- Dobrze – odprowadzam Maggie do drzwi.
- Jestem pewna, że szybko się zaprzyjaźnicie. Znam Rexa bardzo długo i wszyscy byli zadowoleni z jego usług.
- Kiedy jest bal? - pytam.
- Dwudziestego piątego października. Najpierw jednak weźmiesz udział w sesji. Musimy zrobić więcej zdjęć w smokingu. Zajmiemy się tym podczas wyjazdu. A właśnie. Mówiłam ci już, że lecimy do Paryża? Spędzimy tak około trzech tygodni. Rex pojedzie z nami, więc uprzedź swoją dziewczynę.
- Jak chcesz – dodaję ponuro.
- Moim zdaniem powinieneś rzucić pracę w cukierni. Wiem, że chcesz być bliżej Diany, ale to strata czasu.
- Nie mogę tego zrobić. Obiecałem, że...
- Bzdura! Pomyśl o swojej karierze, o przyszłości!
- Maggie... Ja sam nie wiem czego chcę. Pozuję do zdjęć, ale nie traktuje tego poważnie. To tylko tymczasowe zajęcie...
- Wiem, kochanie. Mimo to wykorzystam każdą sekundę, by udowodnić ci, że to twoje przeznaczenie. Jeśli nie chcesz sam porozmawiać z Collinem, ja mogę to zrobić w twoim imieniu. Jestem pewna, że zrozumie.
- Nie, dziękuje. Jak już mówiłem, nie odejdę z Fantazji. Collin da mi wolne.
- No dobrze. Muszę już lecieć. Baw się dobrze z Rexem. Zadzwonię później – macha mi na pożegnanie, wsiadając do samochodu, który na nią czekał. Spoglądam na mojego nowego trenera, który poprawia dres i uśmiecha się zachęcająco.
- No i co, Jessie? Od czego chcesz zacząć?
- Maggie wspominała, że możesz mnie nauczyć walczyć.
- Jesteś tego pewny? To oznacza więcej siniaków i zadrapań. Nie wiem czy Maggie...
- Już z nią rozmawiałem. Zgodziła się.
- Najpierw sam ją zapytam. Teraz sobie pobiegamy. Przyjadę po ciebie po pracy i zabiorę do mojego studia. Sprawdzimy w jakiej jesteś formie.
- W bardzo dobrej – odcinam mu się.
- To się okaże. No dobrze. Szkoda czasu. Przebieraj się i wychodzimy. Chyba, że wolisz chwalić się swoim agresywnym życiem seksualnym na mieście – kolejny raz wybucha śmiechem.
- Jeszcze jedna uwaga tego typu, a zamknę ci drzwi przed nosem i zadzwonię do szefa – ostrzegam go.
- Nie bądź taki, Jessie. To tylko żarty! Musisz mnie koniecznie poznać z twoją dziewczyną. To pewnie niezła kocica.
- Odczep się od Diany, bo gorzko tego pożałujesz.
- Diana... Ładne imię, ale Rex ładniejsze – zapewnia.
- Brak mi słów – wywraca oczami, załamany samozachwytem trenera.
Nieprzespana noc i dwadzieścia kilometrów z Rexem to trochę za wiele, nawet jak na mnie. Mięśnie dają mi o sobie boleśnie znać, nie mówiąc już o tym, że cały dzień spędzę na nogach, a wieczorem znowu trening...
- Kiepsko wyglądasz – zauważa Sebastian, ustawiając filiżanki.
- Podziękuj cioci. Zatrudniła jakiegoś tyrana, który od rana mnie prześladuje.
- Trenujesz z Rexem?!
- Skąd wiesz? - pytam zaskoczony.
- Jessie, właśnie przeskoczyłeś na wyższą półkę. Z tego co wiem, ciocia tylko raz go zatrudniła, bo jest cholernie drogi! Jestem pełen podziwu! – klepie mnie po ramieniu.
- Nie wiedziałem. Ponoć jest do mojej wyłącznej dyspozycji i pojedzie z nami do Paryża.
- Jedziesz do Paryża?! - Diana dopada do mnie, rzucając mi się na szyję. - Zazdroszczę ci! Też chciałabym tam pojechać. Miasto miłości... Masz niesamowite życie, Jessie!
- W każdej chwili mogę się z tobą zamienić – spoglądam w orzechowe oczy dziewczyny. - Nie będzie mnie przez kilka tygodni. Poradzisz sobie do mojego powrotu?
- Nic się nie martw. Zbliżają się zaliczenia. Będę się dużo uczyć i unikać Adama.
- Przykro mi, że znowu muszę cię zostawić. Nierozważnie zaufałem Maggie i do końca roku to ona dysponuje moim czasem.
- Tylko do końca roku? A co potem?
- Nie wiem – zakładam jej kosmyki ognistych włosów za ucho. - Przywiozę ci coś ładnego.
- Nie musisz... - peszy się.
- Pozwól mi.
- Ja też chcę prezent! – wtrąca się Sebastian.
- Wiedziałem, że to powiesz– czochram chłopaka po włosach.
Praca nie sprawia mi dziś przyjemności. Mocno odczuwam przemęczenie. W dodatku obawiam się spotkania z Collinem. Nie wiem, co mam mu powiedzieć, gdy się zobaczymy. Muszę go uprzedzić o wyjeździe, czyli kolejny raz sam na sam w jego kuchni... Na szczęście czarnowłosy nie zaszczyca nas swoją obecnością. Di wspominała coś o wyprawie do hurtowni, co oznacza, że pojawi się przed samym zamknięciem. I całe szczęście.
Maggie dzwoniła do mnie kilka razy zapewniając, że zgodzi się na wszystko, bylebym trenował z jej tajną bronią. Gdyby Rex nauczył mnie kilku trików, czułbym się znacznie pewniej w związku z sytuacją z Adamem  jego znajomymi. Skoro muszę spędzać czas z trenerem, to czemu nie miałbym wykorzystać takiej okazji. Jemu i tak jest pewnie wszystko jedno co będziemy robić. Ćwiczenia to ćwiczenia.
Późnym popołudniem jestem już mocno zmęczony, więc korzystam z okazji, że panuje mniejszy ruch i chowam się na zapleczu, by chwilę odpocząć. Dochodzi dwudziesta, więc to moja jedyna szansa na złapanie oddechu.
Jak na złość mój nowy prześladowca daje o sobie znać.
- Halo?
- Jessie, tu Rex. O której kończysz pracę? Wpadnę po ciebie.
- Nie możemy spotkać się na miejscu?
- Maggie mówiła, że często się gubisz, więc wolałbym po ciebie przyjechać. Odwiozę cię później do domu.
- Dziękuję, sam sobie poradzę.
- To żaden problem – zapewnia mnie.
- Pojawienie się ciebie w moim życiu to dla mnie spory problem – wzdycham cicho.
- Mięśnie bolą? A mówiłeś, że jesteś w formie.
- Bo jestem.
- Dopiero będziesz – śmieje się ze mnie. - Więc o której kończysz?
- O dwudziestej.
- Będę punktualnie. Zobaczysz, spodoba ci się. Mam już gotowy cały program treningowy.
- Jasne. Do zobaczenia, Rex – rozłączam się, ponownie wzdychając. Zaczynam zachowywać się jak mój brat...
- Kim jest Rex? - cichy i lodowaty głos Collina sprawia, że aż podskakuję.
- Collin, czy ty zawsze musisz pojawiać się niczym duch? Zawału przez ciebie dostanę!
- Kim jest Rex? - powtarza swoje pytanie, wpatrując się we mnie gniewnie.
- Synonimem problemów, które zawdzięczam tobie.
- Tak?
- Tak – nawet nie udaję, że jestem na niego zły.
- A co ci takiego zrobiłem? Gdy wychodziłem, byłeś zadowolony i potulny jak baranek – uśmiecha się przelotnie. Może powinienem poznać go z moim trenerem? Mogliby mnie razem dręczyć...
- Sprowadziłeś na mnie problemy. Przez ciebie Maggie uważa, że Diana i ja...
- A więc o to chodzi – zgaduje. Podchodzi do mnie i lekko dotyka klatki piersiowej. - Twoja agentka posądziła małą Di o moje grzeszki?
- Nie rób tak nigdy więcej – uciekam wzrokiem, czując palący ogień na policzkach.
- Ale te inne rzezy mogę robić, tak? - dopytuje.
- Nie!
- Jesteś taki zabawny – wybucha cichym śmiechem. - Zerwałeś już z Dianą? - pyta, nagle poważniejąc.
- Nie i nie zamierzam tego robić. Poza tym w piątek muszę wyjechać na kilka tygodni, więc sam będziesz musiał mieć ją na oku.
- Wyjeżdżasz? Dokąd?
- Do Paryża. Maggie każe mi jechać, więc nie mogę odmówić.
- Nie musisz mi tego tłumaczyć. Jedź.
Jedź? To wszystko, co ma mi do powiedzenia? Myślałem, że będzie chciał mnie zatrzymać, a on zachowuje się tak, jakbym...
- Nadal nie powiedziałeś mi kim jest Rex – zauważa.
- Bo nie ma o czym mówić.
- Jessie, jeśli zależy ci, aby mnie rozdrażnić, to jesteś na dobrej drodze... - ostrzega. - Chodź, pomożesz mi rozpakować samochód.
- Idę – odpowiadam bez entuzjazmu, podążając za nim.
- No więc? - ponagla mnie.
- Maggie go zatrudniła. Będę z nim trenować, aż mnie wykończy.
- O nie, to moje zadanie – posyła mi swój złośliwy uśmieszek.
Pracujemy w milczeniu, wyciągając ciężkie worki pełne mąki i innych produktów.
- Co się dzieje, Jessie? Jesteś dziś wyjątkowo milczący.
- Jestem zmęczony – przyznaję.
- Zmęczony? - dziwi się. - Jeśli zerwiesz z Dianą pomogę ci się zrelaksować – obiecuje.
- Mam już plany na wieczór. Jestem umówiony z Rexem.
- Nie wolałbyś spędzić tego czasu ze mną?
- Wolałbym iść spać.
- Hmm... Możemy pojechać do hotelu. Zabrałbym cię do siebie, ale właśnie się przeprowadziłem i nadal nie mam mebli.
- Gdzie będziesz mieszkać?
- Niedaleko stąd. W poniedziałek odebrałem klucze. Mam teraz całkiem duże mieszkanie, do którego wstawię jeszcze większe łóżko i...
- Nie chcę wiedzieć – przerywam mu, bo za bardzo odpłynął, rozmarzony.
- Nie chcesz kupić swojego mieszkania?
- Nie lubię mieszkać sam, a państwo Brown są bardzo mili.
- Jesteś dorosły. Taka jest kolej rzeczy.
- Może dla ciebie. Zawsze mieszkałem sam. Lubię świadomość, że ktoś bliski jest tuż za ścianą. Poza tym, nie wiem czy chcę tu zostać na stałe.
- Nie wiesz? - podaje mi puszkę z colą.
- Dzięki.
-  Wolisz przeprowadzić się bliżej brata?
- Justin chyba nie byłby zadowolony, gdybym tak zrobił. Póki co zostanę tutaj. Do końca roku obowiązuje mnie kontrakt.
- A potem?
- Maggie powiedziała, że powinienem podpisać kolejny, na co najmniej dwa lata. Jeśli to zrobię, nie rozpocznę studiów. Justin przestanie się do mnie odzywać.
- Teraz też nie masz z nim bliższego kontaktu.
- To nieprawda! Zaprosił mnie na święta.
- Nie żartuj. Masz czekać kilka miesięcy, aby zobaczyć się z rodziną? Nie zależy im na tobie. Powinieneś kierować się tym, co jest dobre dla ciebie, a nie dla Justina.
Naszą rozmowę przerywa dźwięk mojego telefonu.
- To Rex. Muszę już iść – spoglądam zrezygnowany na wyświetlacz. - Do jutra.
- Jessie! - głos trenera wydaje się słodki niczym miód. - Dlaczego nie odebrałeś? Gotowy na pierwszą lekcję tajskiego boksu?
- Tajski box? - Collin spogląda na mnie unosząc znacząco brwi.
- Cześć – Rex nie traci czasu i wyciąga rękę w stronę Collina.
- Cześć – odpowiada czarnowłosy, posyłając mu ironiczny uśmiech.
- Rozmawiałem z Maggie. Powiedziała, że możemy trenować co i ile chcemy. Bałem się, że będzie się wściekać, jeśli cię uszkodzę, ale mamy zielone światło  – ciągnie mnie za sobą do samochodu, obklejonego jego zdjęciem oraz jakże chwytliwym hasłem reklamowym „Rex dla najlepszych”.
- Jessie pracuje też dla mnie, a ja nie życzę sobie, abyś go uszkodził – wtrąca się Collin, mierząc trenera zimnym wzrokiem.
- Nie martw się. Mały Jessie nie jest taki delikatny. Lubi się ostro zabawić. Rozrywka na odpowiednim poziomie to moja dewiza – zapewnia go, nie puszczając mojego ramienia. - Szybko, szkoda czasu. Mamy tylko trzy godziny!
- Dzięki, Collin – posyłam mu znaczące spojrzenie, bo wiem, że doskonale rozumie, co miałem na myśli.
Trening z Rexem jest morderczy. Rzucał mną po ringu niczym szmacianą lalką. Gdy nie byłem w stanie ustać już na nogach, pozwolił mi wziąć prysznic i odwiózł do domu.
- Widzimy się punkt szósta. Postaraj się nie spóźnić. Każda minuta oznacza kilometr więcej.
Doczołgałem się do łóżka, odbierając ostatnią wiadomość od Maggie, która napisała, że początki z Rexem nie należą do przyjemnych, ale szybko się przyzwyczaję i będę mu wdzięczny. Gdybym miał siłę, odpowiedziałbym jej, gdzie może sobie wsadzić te swoje bezcenne porady. Jednak to nie jej wiadomość zwróciła moją uwagę, lecz ktoś zupełnie inny.

Nowa wiadomość : Od Władca Czekolady
„Żyjesz?”

Chciałbym mu coś napisać, ale nie jestem w stanie. Przesuwam palcami po ekranie i naciskam na zieloną słuchawkę.
- Jessie – słyszę zadowolenie w jego głosie. - Nie śpisz jeszcze?
- Collin? - pytam, na wpół przytomny, udając zaskoczonego.
- Spodziewałeś się kogoś innego?
- Władcy Czekolady, ale nie ciebie – przyznaję, stękając cicho, bo wszystkie mięśnie bardzo mnie bolą.
- Bardzo zabawne. Co robisz?
- Umieram. Jeśli jutro nie przyjdę do pracy to...
- Mam wysłać filmik twojemu bratu?
- Nie! - protestuję.
- Jak tam tajski boks? 
- Super. Zawsze o nim marzyłem.
- Skoro tak, to nie powinieneś narzekać.
- Nie narzekam. Collin... - wypowiadam cicho jego imię, bo mam wrażenie, że już kiedyś, dawno temu słyszałem określenie „Władca Czekolady”, lecz jestem zbyt zmęczony, by dokończyć urwaną myśl.
- Tak? Jessie... - szepcze. - Śpij spokojnie – rozłącza się.

wtorek, 19 lipca 2016

Kostka X

 

„Czekolada


Kończę pracę i uciekam prosto do samochodu. Znowu pada... Opieram dłonie na kierownicy, ale nie odpalam silnika. Dlaczego? Dlaczego to musi być on? Czemu całując się z Dianą nie czuję nic, a wystarczy sama jego obecność, abym pragnął... A gdyby tak posłuchać podszeptów Collina, rzucić jego siostrę i może wtedy... Nie! Jeśli to zrobię, Adam skrzywdzi Di! Poza tym, Collinowi też na mnie nie zależy. Zaciągnie mnie do łóżka, a gdy się ze mną zabawi, porzuci.
Moje rozmyślania przerywa telefon od brata, na który bardzo długo czekałem.
- Justin, nareszcie! Długo kazałeś mi czekać! Co u ciebie słychać?
- Nie ekscytuj się tak. Głowa mnie boli – jego głos jak zawsze jest ponury.
- Przepraszam. Jak dzieci? - pytam z nadzieją w głosie, że dopuści mnie do jakichś rodzinnych tajemnic, od których oddzielony jestem tysiącami kilometrów.
- Dobrze.
- Tylko dobrze? - próbuję coś z niego wyciągnąć.
- Są zdrowe, co jeszcze mam ci powiedzieć?
- Nic. Przepraszam. Nie chciałem być nachalny – tłumaczę się. - Przyślesz mi nowe zdjęcia dzieciaków? Chciałbym...
- Jessie! Jestem zajęty. Nie mam czasu na bzdury. Narobisz sobie zdjęć jak przyjedziesz na święta – ostry ton gasi resztki mojego entuzjazmu.
- Przepraszam – szepczę. - Nie chciałem cię denerwować. Dziękuję, że do mnie zadzwoniłeś.
- Wybrałeś już studia? - przechodzi do swojego ulubionego tematu.
- Jeszcze nie, ale sprzedano moje zdjęcia do bardzo dużej kampanii i już niedługo...
- Wolałbym posłuchać jak opowiadasz o uniwersytecie – wzdycha niezadowolony. - Marnujesz czas na bzdury. Kariera modela trwa chwilę. Czym później będziesz się zajmować? Pomyślałeś o tym?
- Jeszcze nie... – przyznaję cicho.
- No właśnie! Sądzisz, że mało mam zmartwień?! Masz już dziewiętnaście lat! Pora wziąć za siebie odpowiedzialność.
- Myślałem, że będziesz zadowolony... Bardzo dużo zarabiam. Odłożyłem pieniądze na mieszkanie i studia.
- Jesteś krnąbrny i uparty. Masz wybrać porządną szkołę. Skończyć prawo albo ekonomię. A co ty robisz? Wygłupiasz się tracąc czas! W dodatku zawracasz mi głowę pisząc setki wiadomości – znowu wzdycha niezadowolony.
- Przepraszam. Ostatnio mówiłeś, że pojedziesz do Mediolanu w interesach. Myślałem, że moglibyśmy się spotkać i dlatego-
- Byłem w Mediolanie, to prawda. Nawet się zastanawiałem, czy do ciebie zadzwonić, ale miałem dużo pracy. Poza tym zobaczymy się w święta, prawda?
- To dopiero za kilka miesięcy – wypominam mu. - Nie przeszkadza ci, że nie widzieliśmy się tak długo? Nie znam twojej żony, nie widziałem dzieci. Myślałem, że będziesz chciał-
- Jessie, nie mam czasu na bzdury. Chciałeś porozmawiać, więc rozmawiamy. Liczyłem na to, że wydzwaniasz do mnie po to, by pochwalić się, że rozpoczynasz szkołę. Tymczasem jak zawsze tracisz tylko mój czas.
- Justin... Jesteś moją jedyną rodziną. Nie mam nikogo innego. Nawet zadzwonić nie mam do kogo, a ty się dziwisz, że zależy mi na tobie i twojej rodzinie?
-  Przecież teraz rozmawiamy. Mów o tych swoich ważnych rzeczach. Tylko szybko. Za trzy minuty mam zebranie rady nadzorczej – kolejny raz wzdycha, okazując mi swoje znudzenie. - Poza tym skoro tak bardzo zależy ci na rodzinie, to załóż swoją. Poszukaj sobie dziewczynę. Postaraj się o dziecko. Chyba nie muszę ci tłumaczyć jak się to robi, prawda? - parska śmiechem do słuchawki, a mi pęka serce z bólu.
- Nie, Justin, nie musisz – ocieram niechciane łzy. - Dziękuję, że do mnie zadzwoniłeś.
- Nie dziękuj. Od tego masz brata. Jednak następnym razem chcę usłyszeć o uniwersytecie, jasne? I żadnych więcej wiadomości, czy maili. Mam gdzieś w co cię ubrali i ile na tym zarabiasz. To nie jest prawdziwa praca.
- Dobrze, żadnych wiadomości.
- Muszę kończyć, cześć – rozłącza się przed czasem. Zostały mi jeszcze prawie dwie minuty...
Rzucam telefon na siedzenie, jakby był jadowitym wężem i ukrywam twarz w dłoniach. Dam sobie radę. Zawsze dawałem...
Po chwili Justin przysyła mi wiadomość o treści „Masz”. W załączniku zdjęcie. On, jego żona i dzieci. Tak bardzo urosły... Wszyscy tacy uśmiechnięci i zadowoleni. Nasza rodzina też kiedyś tak wyglądała... Przecieram oczy i odpalam silnik. W tej samej chwili spostrzegam Collina, który wpatruje się we mnie, stojąc na progu Fantazji. Wrzucam wsteczny i szybko odjeżdżam. Rozmowa z nim to ostatnia rzecz jakiej teraz pragnę. Mam tylko nadzieję, że nie widział jak płakałem.
Nie chcę wracać wracać do pustego mieszkania, zbyt roztrzęsiony po rozmowie z bratem, ale nie mam tu żadnych bliskich czy znajomych, więc jadę do centrum handlowego. W wolnym czasie odwiedzam sklepy z zabawkami i wyszukuję takie, które mogłyby się spodobać dzieciakom. Kilka już kupiłem, ale to za mało. Ostatecznie to będzie nasze pierwsze spotkanie. Zależy mi na tym, aby mnie polubiły. Po zakupach idę na kolację i do kina. Obładowany kolorowymi torbami dopiero późnym wieczorem wracam do domu. Na szczęście jestem zmęczony i szybko zasypiam, nie zadręczając się zbędnymi myślami.
Niestety, nie każdy idzie w moje ślady. Są tacy, którzy nie śpią i piszą smsy...

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Dlaczego płakałeś?”

Cholera, jednak mnie widział! Co teraz? Najlepiej będzie go zignorować i udawać, że śpię. To dobry plan. Spadaj, Collin. Chowam się pod kołdrą i udaję, że mnie nie ma.

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Masz 30 sekund na odpowiedź, chyba że wolisz osobiście wszystko mi wyjaśnić...”

Oszalał? Osobiście? I co jeszcze? Przyjedzie tu w środku nocy? Jasne, już to widzę... Pani Brown potraktuje go jako włamywacza i wezwie policję. Niech oni się nim zajmą.
Pani Brown... Ma już swoje lata i sporo zmartwień z powodu problemów zdrowotnych męża... Odwiedziny Collina, który dobija się do drzwi to zbędna atrakcja...

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Odczep się. Jest środek nocy. Chcę spać!”

To powinno załatwić sprawę. Czekam w napięci przez kilka minut, ale nic się nie dzieje. Zrozumiał... Okrywam się kołdrą i próbuję zasnąć.
Telefon dzwoni... Wściekły spoglądam na wyświetlacz.
- Collin! Daj mi spać! - zirytowany krzyczę do słuchawki.
- Otwórz drzwi – odpowiada spokojnie, jakby odwiedzanie znajomych przed czwartą rano było najnormalniejszą rzeczą na świecie.
- Ty chyba nie...! - aż boję się dokończyć zdanie.
- Otwórz, Jessie. Musimy porozmawiać. Teraz – naciska na mnie.
- Nie chcę.
- Ale ja chcę. Równie dobrze mogę je wyważyć – podpowiada mi słodkim głosem. - Co wybierasz?
Niechętnie opuszczam ciepłe łóżko. Przekręcam zamek. Zaskakuje mnie, jakby tylko na to czekał i natychmiast wchodzi do środka. Jest ciemno. Nie zdążyłem włączyć światła. Wygląda jak złowieszczy cień, który czaił się pod łóżkiem, gdy byłem mały... Zapala światło, które razi mnie w oczy. Ma na sobie czarną skórzaną kurtkę i czarne rękawiczki, a w dłoni ściska kask.
- Collin, czy ty nigdy nie śpisz? - marudzę, kierując się na kanapę, bo zimno mi w stopy. Podciągam nogi do góry i oplatam je ramionami, układając głowę na kolanach. Czarnowłosy odkłada kask  oraz rękawiczki na stole i siada obok mnie.
- Dlaczego płakałeś? - pyta spokojnie, zupełnie jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Nie płakałem – ucinam temat, ciaśniej obejmując się ramionami.
- Nie kłam. Widziałem jak rozmawiałeś z kimś przez telefon. Kto to był?
- Masz rację. To ja rozmawiałem, więc to moja sprawa. Mogę wrócić do łóżka? - pytam z nadzieją w głosie.
- Ostrzegam cię, Jessie, jeśli mi nie powiesz to-
- To co? Wykorzystasz mnie i nagrasz inny filmik do kolekcji? - unoszę głowę i spoglądam mu w ciemne oczy, które rozbłyskają gniewem.
- Gdzie telefon? - podrywa się z kanapy, rozglądając po niewielkim salonie.
- Co? - pytam zdezorientowany.
- Twój telefon. Gdzie jest?
- Po co ci mój telefon?
Collin nie odpowiada. Zamiast tego wchodzi do sypialni i włącza światło. Podążam za nim przyglądając się jak rozrzuca poduszki po posłaniu, aż udaje mu się odnaleźć upragniony przedmiot.
- Oddaj! - każę mu, lecz zupełnie to ignoruje. Zamiast tego odblokowuje ekran i przegląda historię połączeń.
- Justin... - imię mojego brata zabrzmiało w jego ustach niczym znienawidzone przekleństwo.
- Collin! Ostrzegam cię! - wyciągam dłoń po aparat, ale on nic sobie z tego nie robi.
- „Podły Szantażysta”, tak? - unosi na mnie wzrok i  spogląda tajemniczo. Policzki natychmiast palą mnie pod wpływem jego spojrzenia.
- Ma to swój urok, nie twierdzę, że nie – przesuwa palcami po dotykowym ekranie – ale ja wolę tak – uśmiecha się zadowolony, odkładając telefon z powrotem pod poduszkę.
- Dobrze się bawisz? - drwię z niego, lecz na wszelki wypadek nie zbliżam się do łóżka.
- Jeszcze nie. Jeśli jednak zerwiesz z moją siostrą i ściągniesz to, co masz na sobie, może być bardzo-
- Collin! Nawet tak nie żartuj! - ganię go.
- Dlaczego? - posyła mi śmiałe, lubieżne spojrzenie. - Wiesz, co mógłbym z tobą zrobić? - rozsiada się wygodniej, nie spuszczając ze mnie palącego wzroku.
- Nie wiem i nie chcę wiedzieć.
- Nie chcesz? - podnosi się powoli, zwinny niczym kot i zaczyna krążyć wokół mnie, nie dotykając. - Ja chcę. Bardzo. Rozebrać cię, a potem...
- Przestań! - bronię się, wyciągając przed siebie dłonie, by go odepchnąć i zwiększyć dystans między nami. Jednak Collin i to przewidział, bo łapie za moje nadgarstki i przyciąga bliżej siebie, opierając je na swojej klatce piersiowej. Ciepło jego ciała zdaje się promieniować przez skórzaną kurtkę. Czuję jak robi mi się gorąco.
- Spójrz mi w oczy – każe, ryzując kciukami wzory na moich nadgarstkach.
Podnoszę wzrok i spełniam jego polecenie.
- O czym rozmawiałeś z bratem? - pyta, nie przestając drażnić mojej skóry.
- O niczym.
- Jessie... - mruczy złowieszczo.
- Justin jest niezadowolony, bo nie poszedłem na studia. Nie podoba mu się, że jestem modelem. Każe mi wybrać uczelnię zanim odwiedzę go w święta.
- Co chciałbyś studiować?
- Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Rozumiem.
- Tak? - dziwię się.
- Tak. Twój brat nie ma prawa narzucać ci swojego zdania.
- Tak jak twój ojciec nie miał prawa narzucać ci swojego? Nie rozmawiasz z nim, a ja nie chcę iść w twoje ślady – denerwuję się, próbując go bez powodzenia odepchnąć.
- Decyzja, którą podjąłem nie była łatwa, lecz dzięki temu żyję swoim życiem, a nie cudzym. Nie płaczę po kątach tylko dlatego, że ktoś powiedział mi coś przykrego.
- To nie twoja sprawa! Wynoś się! - tracę nad sobą panowanie.
Collin przyciąga mnie bliżej siebie i bez najmniejszego problemu rzuca na łóżko, układając moje dłonie po obu stronach głowy.
- Wszystko, co dotyczy ciebie jest moją sprawą – pochyla się nade mną i szepcze do ucha. - Boisz się, że jeśli nie posłuchasz brata, to stracisz rodzinę. Prawda jest taka, że twojemu bratu wcale nie zależy na twoim szczęściu. Nie dba o to czego ty chcesz, lecz narzuca ci swoje zdanie. Nie pozwalaj mu na to. Walcz. To twoje życie, a nie jego - unosi się i spogląda w moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy.
- Ja... - próbuję mu coś odpowiedzieć, ale zamyka mi usta pocałunkiem. Chciałbym uwolnić ręce, odepchnąć go... Albo przyciągnąć bliżej siebie... Nic nie mogę. Jego język powoli drażni się w moim. Zupełnie jakbyśmy mieli dla siebie całą wieczność, a czas stanął w miejscu.
- Jessie... - szepcze mi w usta, odsuwając się – zerwij z Dianą – uwalnia prawą rękę i przesuwa opuszkami po moim policzku. - Jeśli tego nie zrobisz, nie posuniemy się dalej.
- Ona mnie potrzebuje.
- Mylisz się. To ja potrzebuję ciebie, a ty mnie. Tylko to się liczy – wstaje, pozbawiając mnie swojej bliskości. Znowu czuję się samotny...
- Ty też kogoś masz – zarzucam mu, przypominając sobie blondynkę, którą całował w klubie.
- Jesteś zazdrosny?
- Nie – odpowiadam automatycznie, siadając na łóżku.
- Jesteś – uśmiecha się zadowolony.
- A jeśli jestem... to co z tego?
- Twoja zazdrość podsyca we mnie pożądanie.
- Collin, to nie jest zabawne – przerywam mu.
- Masz rację, nie jest. Pocałowałeś Dianę na moich oczach.
- Musiałem! Adam...!
- Sam się nim zajmę.
- Poradzę sobie – odpowiadam obrażony.
- Jessie – podchodzi bliżej i unosi moją brodę – nie będę czekać w nieskończoność.
- Wiem. Zauważyłem – popycha mnie z powrotem na łóżko i całuje bardziej brutalnie. Nie jest już troskliwy, a wymagający. Pozbawia mnie powietrza, sprawiając, że krew w żyłach płonie. A ja chcę więcej... Jego dłonie wsuwają się pod moją koszulkę, pieszcząc wrażliwą skórę na brzuchu.
- Myślisz, że dotykałbym cię tak ja teraz, gdybym był z kimś innym? - dyszy mi do ucha, gwałtownie nabierając powietrza. - Pragnę się aż do bólu, całym sobą i będę cię miał. Dobrze wiesz. Jednak najpierw zerwiesz z Dianą! - unosi się wyżej i bez najmniejszego problemu rozrywa materiał, wpijając ustami w zagłębienie mojej szyi. Jego usta ssą wrażliwą skórę.
- Collin... N-Nie... - proszę go, bojąc się, że zostawi ślady, których nie uda mi się ukryć podczas zbliżających się zdjęć.
- Wiem, że nie – drażni moje sutki językiem, przyprawiając o prawdziwe spazmy.
- Proszę cię... - błagam cicho, niezdolny do transformacji myśli w słowa.
- Mam przestać? - pyta, skubiąc mój prawy sutek zębami – czy chcesz więcej?
- Chcę... Nie przestawaj – proszę go, obejmując za szyję.
- Uwielbiam, gdy jesteś taki uległy.
- Collin... - spoglądam mu w oczy – pocałuj mnie – proszę nieśmiało.
- Pocałuję, ale nie w usta – uśmiecha się złośliwie, popychając z powrotem na poduszkę.
- C-Co chcesz zrobić? - unoszę się na łokciach, ale powstrzymuje mnie, kładąc palec wskazujący na ustach.
- Połóż się – rozkazuje.
- Ale... - protestuję cicho.
- Zobaczysz, spodoba ci się – obiecuje.
Nie mam innego wyjścia. Muszę mu zaufać.
- Jesteś taki... - spogląda na mnie z góry, przesuwając palcami po mojej nagiej skórze.
- Jaki?
- Od pierwszej chwili, gdy nasze oczy się spotkały, wiedziałem... - całuje mnie po obojczyku. - Spojrzałeś na mnie w taki sposób... - znowu przygryza skórę zębami, a ja krzyczę z rozkoszy. - Właśnie tak, Jessie. Chcę cię słyszeć. Poddaj mi się... - przesuwa językiem po lewym sutku, a ja zagryzam wargę. - Nie tłum tego. Daj mi to, czego chcę. Teraz. - Wgryza się w moją skórę. Zatapiam palce w jego włosach, jęcząc żałośnie.
- Collin!
- Wiem... - śmieje się cicho, zsuwając dresy z moich bioder.
- N-Nie, Collin – próbuję go powstrzymać, gdy orientuję się co chce zrobić, ale nie daje mi takiej możliwości, wsuwając sobie mojego członka do ust. Wyrywa mi się nieartykułowany dźwięk, który ciemnowłosy wita cichym pomrukiem zadowolenia. Bezwiednie zaciskam dłonie na prześcieradle, dysząc ciężko. Jego język doprowadza mnie do granic wytrzymałości, pieszcząc w taki sposób... - Collin! - nie umiem się już powstrzymać i dochodzę, zupełnie wyczerpany.
- Dobrze ci było? - szepcze, gładząc mnie po twarzy. Odwracam się na brzuch i w odpowiedzi mruczę coś niezrozumiałego. Czarnowłosy wstaje z łóżka i okrywa mnie kołdrą.
- Nie odchodź – próbuję złapać go za rękę, ale on tylko się uśmiecha.
- Śpij, jesteś wykończony. Jutro porozmawiamy – słyszę jego kroki, oddalające się w kierunku drzwi. Nie został ze mną. A ja chciałbym... Zasypiam, zanim dochodzi do mnie przerażająca prawda, którą uświadamiam sobie tuż przed zaśnięciem...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Kostka IX


„Czekolada


Poranek wita mnie deszczem, który przypomina ścianę wody. Za pięć szósta wychodzę z mieszkania i udaję się do sklepu. Kupuję zapas moich ulubionych płatków śniadaniowych i czekoladowe mleko roślinne. Większe zakupy zrobię razem z panią Brown, której obiecałem wspólną wyprawę do centrum handlowego na obrzeżach miasta.
Od wejścia słyszę mój telefon, który bombardowany jest nieodebranymi połączeniami, mailami i wiadomościami. Tylko jedna osoba działa w ten sposób od samego rana...
-Witaj, Maggie – kobieta odbiera już po pierwszym sygnale.
- Czemu nie odbierasz?! Martwiłam się!
- Zapomniałem telefonu.
- Już się bałam, że coś ci się stało! Albo, że cię porwali!
- Bez przesady. Jestem dorosły i potrafię się o siebie zatroszczyć – irytuję się, bo traktuje mnie jak dziecko.
- Gdybyś nie był taki uparty i zamieszkał w moim apartamentowcu... - wzdycha niezadowolona – ale nie, ty zawsze swoje.
- Nie przeprowadzę się. Rozmawialiśmy już o tym – odpowiadam spokojnie, odkręcając mleko.
- Agencja zapłaci za mieszkanie – przypomina mi kuszącym głosem. Wróżę jej karierę w telemarketingu. Jestem pewny, że bez problemów sprzedawałaby dwa zestawy garnków w cenie jednego...
- Wiem. Mimo to dziękuję. Dobrze mi tutaj.
- Jesteś dziwny.
- Dzwonisz tak rano tylko po to, by wypominać mi niechęć do przeprowadzek?
- Nie, dzwonię po to, by przypomnieć ci, że w weekend pracujesz. I to sporo. Masz wyglądać idealnie i być wyspany.
- Wiem. Pamiętam.
- To dobrze – wyczuwam wahanie w jej głosie, które próbuje przede mną ukryć.
- O co chodzi, Maggie?
- Jessie... Skoro sam rozpocząłeś ten temat, to jest jedna sprawa, która nie daje mi spokoju, ale to nie jest rozmowa na telefon... Przyślij mi adres tej cukierni, w której pracujesz, to odwiedzę cię po południu. Musimy porozmawiać.
- Chcesz przyjść do cukierni?! - dziwię się.
- Tak. Przy okazji przedstawisz mi swoją dziewczynę. Będę około piętnastej. Do zobaczenia – rozłącza się, zanim zdążę zaprotestować.
Wizyta Maggie w Fantazji nie wróży nic dobrego...
Kończę jeść płatki i wracam do łóżka. Umówiłem się z panią Brown dopiero około dziewiątej. Powinienem spróbować się zdrzemnąć chociaż przez godzinę. Gdy zamykam oczy dostaję kolejną wiadomość.

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Śpisz?”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Nie”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Zerwij z Dianą”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Nie mogę tego zrobić”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Dlaczego nie? Czekasz, aż zauroczenie zamieni na miłość? Nie będziesz z nią szczęśliwy”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„A z Tobą tak?”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Nie wiem. Przekonajmy się”

Łatwo mu powiedzieć. Mam zostawić Dianę Adamowi? Nie poradzi sobie sama. Wykorzysta ją i porzuci. Poza tym wcale jej na mnie nie zależy. Nawet całować się ze mną nie chce.
Budzi mnie ciche pukanie do drzwi. Pani Brown jest już gotowa. Zabieram kurtkę i portfel, a następnie wyruszamy na podbój hipermarketu. Po powrocie pomagam jej wypakować zakupy.
- Jessie, nie musisz tego robić. Spóźnisz się do pracy.
- Nie spóźnię. Poza tym te rzeczy są dla pani za ciężkie – wskazuję na zgrzewki wody mineralnej, które szczelnie wypełniają bagażnik. - Mój szef jest bardzo wyrozumiały. Daruje mi te dodatkowe kilka minut – uśmiecham się sam do siebie, rozbawiony własnym kłamstewkiem.
- Jesteś prawdziwym wybawieniem. Codziennie dziękuję za ciebie opatrzności.
- Proszę tak nie mówić. Zawstydza mnie pani – peszę się.
- Wnuk ani razu nie przyszedł nam pomóc, gdy wyjechałeś. Postanowiliśmy z mężem, że będziemy od teraz robić znacznie większe zakupy.
- Przepraszam. Nie wiedziałem. Gdyby mi pani wcześniej powiedziała, to może...
- Jessie, przecież to nie twoja rola. Troszczysz się o nas znacznie bardziej niż powinieneś.
- Musimy się lepiej zorganizować. Może nauczę państwa korzystać z internetu? Będziecie wtedy mogli zamawiać produkty prosto do domu.
- Wystarczy mi, jeśli od czasu do czasu zabierzesz mnie do sklepu – uśmiecha się zadowolona.
- Zawsze może pani na mnie liczyć. W każdej sytuacji – zapewniam starszą panią.
- Pod koniec tygodnia również będę potrzebowała pomocy. Trzeba będzie zawieść męża w sobotę do szpitala. Pojedziesz z nami?
- W sobotę pracuję, ale proszę się nie martwić. Poproszę o pomoc Collina. Jestem pewny, że nie odmówi.
- Collina? Tego przemiłego chłopaka, który kiedyś cię odwiedził? - pani Brown ma zaskakująco dobrą pamięć.
- Tak.
- Jesteś aniołem. Syn wyjechał na konferencję, a wnuk nie odbiera ode mnie telefonu.
- Proszę się nie martwić. Collin z pewnością pomoże.
- Dziękuję.
Pani Brown jak zawsze miała rację. Spóźniłem się kilka minut, choć pożyczyła mi samochód. Diana i Sebastian uwijali się przy obsłudze klientów.
- Cześć. Za chwilę wam pomogę – pobiegłem na zaplecze, by zawiązać fartuch.
- Pośpiesz się. Klientki na ciebie czekają – rozbawiony Sebastian wciska mi w rękę tacę oraz notesik i długopis.
- Myślisz, że robi im różnicę, kto podaje kawę? - pytam go, pośpiesznie poprawiając ubranie.
- Do mnie się tak nie uśmiechają – dodaje ponurym tonem.
Nie wiem czy mówi prawdę, czy tylko sobie ze mnie żartuje, ale jedno jest pewne. Przez kilka kolejnych godzin mam naprawdę sporo pracy. Nawet nie zauważam Maggie, która rozsiadła się przy jednym ze stolików.
- Słodko wyglądasz – drażni się ze mną.
- Masz ochotę na kawę? Czy wolisz niesamowicie czekoladowy koktajl z bitą śmietaną?
- Oszalałeś?! Taki napój ma miliony kalorii! - oburza się, zupełnie jakbym ją obraził. - Poproszę kawę.
- Zaraz podaję.
- Jessie, kto to jest? - szepcze Diana za moimi plecami, gdy napełniam filiżankę i ustawiam na tacy razem z czekoladkami.
- To Maggie, moja agentka. Chodź, przedstawię cię. Wiele jej o tobie opowiadałem.
- Ona jest twoją agentką?! Sama wygląda jak modelka albo aktorka! – Diana nie kryje podziwu.
- Tak? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Dla mnie Maggie to Maggie.
- Jest piękna, a ja wyglądam przy niej jak szara myszka z prowincji.
- Przestań się wygłupiać. Jest przemiła i nie gryzie. No chodź – ciągnę Dianę za sobą.
Maggie od razu uśmiecha się promiennie, całując moją dziewczynę w policzek.
- Diana! No wreszcie! Jessie długo cię ukrywał. Teraz rozumiem dlaczego. Chciał cię zagarnąć tylko dla siebie. Cwaniak.
- Tak jak ty próbujesz to zrobić ze mną, organizując znacznie więcej pracy, niż to konieczne? - dogryzam kobiecie.
- Jesteś niewdzięczny! To tylko dodatkowe, drobne zlecenia! Poza tym nikt nie nadaje się do sesji na korcie tenisowym równie idealnie jak ty.
- Zawsze mi to powtarzasz.
- I zawsze mam rację. Intuicja nigdy mnie nie zawiodła.
- To prawda – niechętnie się z nią zgadzam. Przypomina mi się moja pierwsza sesja, gdy Maggie kazała mi pozować bez koszuli. Bardzo się wstydziłem i chciałem zrezygnować. Światła raziły mnie w oczy, ludzie na planie rozpraszali. W dodatku było przeraźliwie zimno, ale ona uparcie brnęła dalej. Sprzedała zdjęcia jeszcze w tym samym tygodniu. Przez ponad tydzień nie uczęszczałem na zajęcia, bo byłem tak chory. Codziennie do mnie dzwoniła zapewniając, że następnym razem poczuję się pewniej.
- Diano, usiądź na chwilę. Tak się cieszę, że wreszcie cię poznałam. Jessie wspominał, że znacie się od czasów szkolnych.
- Tak, to prawda. Od zawsze byliśmy najlepszymi przyjaciółmi – zawstydzona Diana mocno się rumieni pod czujnym wzrokiem Maggie.
- Nie przeszkadza ci, że Jessie dużo pracuje? Po balu zleceń będzie jeszcze więcej.
- Po jakim balu? - pytam zaskoczony.
- Każdego roku agencja organizuje bal charytatywny. Nie wiedziałeś?
- Nie.
- Więc już wiesz. Zaproszenia są jeszcze w drukarni. Nie miałam czasu ich odebrać, ale czujcie się zaproszeni. Jeśli będziesz chciała Diano, bardzo chętnie pomogę ci w wyborze sukni wieczorowej.
- Sukni wieczorowej? Dla mnie? - dziewczyna otwiera szeroko oczy ze zdziwienia.
- To przecież bal! Każdy przychodzi z osobą towarzyszącą! – Maggie uśmiecha się tajemniczo. Jestem prawie pewny, że nigdy wcześnie nie wspominała mi o żadnym balu charytatywnym. A teraz Diana i ja pójdziemy tam razem...
- Przepraszam Maggie, ale muszę wracać do pracy. Było mi bardzo miło cię poznać – rudowłosa wstaje od stolika, by odciążyć Sebastiana.
- Za chwilę do ciebie dołączę – obiecuję jej, spoglądając na Maggie.
- Usiądź – prosi mnie. Dobrze wiem, że czekała na odpowiednią chwilę, abyśmy mogli porozmawiać.
- O co chodzi, Maggie? Coś się stało?
- Jessie... Czy ktoś, oprócz mnie, kontaktował się z tobą w sprawie zdjęć?
- Nie.
- Jesteś tego pewny? - dopytuje, przekręcając lekko głowę. Jej ciemnobrązowe, idealnie ułożone włosy sięgające szyi, zdają się miękko okalać twarz, nadając kobiecie młodzieńczego wyglądu. Zbiera dłuższe kosmyki i odgarnia je za lewe ucho. Robi tak tylko wtedy, gdy jest czymś zdenerwowana.
- Tak. Zawsze tylko ty do mnie dzwonisz i...
- Nie o to mi chodziło – przerywa mi.
- A o co? - gubię się, nie nadążając za jej tokiem myślenia.
- Mam na myśli kogoś z konkurencji – dodaje poważnie.
- Z konkurencji?
- Jessie, powiedz mi szczerze. Czy złożono ci jakąś ofertę?
- Nie – zapewniam ją.
- Na pewno?
- Tak. Nikt się ze mną nie kontaktował. Poza tym dobrze wiesz, że lubię z tobą pracować. Nie mam zamiaru nigdzie się przenosić.
- Jesteś tego pewny? Dobrze wiesz, że lada chwila ruszy twoja największa kampania. Jeśli teraz odejdziesz, stracę twarz...
- Maggie! Nigdy bym ci tego nie zrobił!
- Ufam ci. Wiesz, że jesteś moim skarbem, ale ostatnio doszły mnie bardzo niepokojące plotki.
- Nawet gdybym dostał taką propozycję byłabyś pierwszą osobą, do której bym zadzwonił. Tak wiele dla mnie zrobiłaś... Nie mógłbym cię zdradzić – dodaję cicho.
- Przeprasza, skarbie – sięga dłonią do mojego policzka – musiałam zapytać.
- Wiem – całuję ją w rękę. - Nie martw się. To tylko plotki.
- Skoro tak, widzimy się w piątek wieczorem na lotnisku. Zamówiłam już hotel i bilety. Spodoba ci się – zapewnia mnie, zbierając swoje rzeczy.
- Nie tak szybko – powstrzymuję ją – nie zjadłaś ani jednej czekoladki! Wybrałem je specjalnie dla ciebie – podsuwam jej talerzyk.
- Jessie... Wiesz, że nie jem słodyczy, a już z pewnością czekolady – posyła mi przepraszające spojrzenie.
- Tylko jedną – proszę – Collin sam je robi. Spróbuj – wpatruję się w kobietę z nadzieją. Maggie niechętnie sięga po małą pralinkę i odgryza niewielki kawałeczek. - Dobra?
- Pyszna! Jeszcze nigdy wcześniej nie jadłam czegoś takiego! Collin to właściciel tej cukierni, tak? Muszę z nim koniecznie porozmawiać! Gdzie go znajdę? - podrywa się w miejsca i rusza w kierunku lady. - Przepuście mnie dzieciaki. Muszę porozmawiać z szefem.
- Proszę, ciociu – Sebastian pomaga jej przejść na zaplecze. Gdy Maggie orientuje się, że Collin przebywa na tyłach, w kuchni, od razu otwiera metalowe drzwi i wchodzi do środka. Wpatrujemy się w nią oniemiali.
- Weszła do kuchni... - szepcze Sebastian.
- I to bez pukania – dodaje przerażona Di. - Jessie, może powinieneś...
- O nie! Ja tam nie idę! – bronię się, uciekając w stronę sali, gdzie czekają na mnie kolejne osoby do obsłużenia. - Jeśli Maggie jest aż tak odważna, niech sama sobie radzi.
Nerwowo spoglądam na zegarek, odliczając kolejne minuty, ale nikt nie wychodzi. Po blisko godzinie Collin uchyla drzwi i wypuszcza kobietę całą i zdrową.
- Będziemy w kontakcie – uśmiecha się do niego, chowając notes do torebki i machając nam na do widzenia. Czarnowłosy odprowadza ją wzrokiem, a gdy kobieta znika nam z pola widzenia, od razu spogląda na mnie.
- Zapraszam – otwiera szerzej drzwi, czekając aż potulnie wejdę do środka.
- Dlaczego znowu ja? Przecież nic złego nie zrobiłem! – dodaję zdenerwowany.
- Nie przedłużaj nieuniknionego – spogląda na mnie wymownie. Nie mam innego wyjścia. Sebastian i Diana próbują dodać mi otuchy, ale nie ma dla mnie ratunku. Przecież to moja agentka złamała kardynalną zasadę numer jeden, która mówi o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno nikomu wchodzić do kuchni bez pukania, czy wyraźnego pozwolenia. A Maggie wparowała do środka, nie licząc się z niczym, a teraz ja za to odpowiem...
Gdy ciężkie drzwi zamykają się za moimi plecami, wpadam w panikę.
- Spokojnie, Jessie. Czemu jesteś taki niespokojny? - mierzy mnie przeciągłym spojrzeniem.
- Przepraszam za Maggie. Ona nie-
- Nie martw się. Nic się nie stało.
- Tak? - dziwię się. - Ale Maggie weszła tu-
- Poczęstowałeś ją moją czekoladką, prawda? Dzięki tobie podpisze ze mną kontrakt i sporo zarobię. Dziękuję, Jessie – uśmiecha się zadowolony.
Zaraz zemdleję... Nie gniewa się na mnie? Jest zadowolony? Kontrakt? Maggie rzeczywiście jest niesamowita.
- Ja... Ja też się cieszę, ale nie ma nic za darmo – spoglądam Collinowi śmiało w oczy.
- Podziękowałem ci. Czego jeszcze chcesz? - wpatruje się we mnie pewny siebie.
- Drobnej przysługi. Zawieziesz w sobotą pana Browna do szpitala, dobrze?
- Powinienem wiedzieć kim jest pan Brown? - zastanawia się na głos.
- Mieszkam u nich – przypominam mu. - W piątek wieczorem wylatuję z Maggie na zdjęcia. Ich syn jest w delegacji, a wnuk nie ma dla nich czasu. Sam bym się tym zajął, ale nie mogę odmówić, a nie znam nikogo innego.
- Ok., nie musisz dodawać nic więcej. Podaj im mój numer telefonu i powiedz, że jestem do ich dyspozycji.
- Naprawdę? Zrobisz to? - dziwię się, że tak łatwo poszło.
- Poprosiłeś mnie, a ja bardzo chętnie spełnię wszystkie twoje zachcianki – uśmiecha się znacząco. - Wystarczy, że poprosisz.
- To nie zachcianka, ale prośba.
- Jest ci szkoda tych staruszków, więc próbujesz udawać ich wnuka.
- Wcale nie! Ja tylko...!
- Tylko co? Znowu dajesz się wykorzystywać. Wiesz jak się to skończy?
- Mylisz się. Oni mnie nie wykorzystują. Są dla mnie bardzo mili i …
- Jessie, jesteś taki naiwny. Diana, ta szalona agentka, twój brat... Wszyscy oni robią dokładnie to samo. Wykorzystują cię.
- Nie zapominaj o sobie. Ty też mnie wykorzystałeś.
- Ja to co innego. Podobało ci się, gdy to robiłem. Przyznaj się – zbliża się do mnie, wpatrując prosto w oczy. - Chciałbyś, abym znowu cię wykorzystał, prawda? Podświadomie marzysz o tym, by mi się poddać – układa dłonie po obu stronach mojego ciała, lecz mnie nie dotyka. Znowu nie mam jak uciec.
- N-Nie...
- Wystarczy, że zerwiesz z Dianą. Inaczej nic z tego.
- Nie zrobię tego. Ona mnie potrzebuje!
- A co ty z tego masz? Spełniasz jej zachcianki, robisz co ci każe i co? Czujesz się szczęśliwszy? Ze mną nie musiałbyś udawać. Widzę, jaki jesteś. Poddaj mi się, a w pięć minut dam ci o wiele więcej niż ona przez całe życie...
- Muszę już iść – odpycham go.
- Jessie – woła za mną, gdy pośpiesznie opuszczam kuchnię. Muszę koniecznie unikać zostawania z nim sam na sam. Jego bliskość, nawet jeśli mnie nie dotyka, za bardzo na mnie działa.
- Wszystko w porządku? - pyta Diana, widząc, że nasza rozmowa z Collinem dobiegła końca.
- Tak – uśmiecham się – a u ciebie?
- Nie bardzo. Właśnie przyszedł Adam kolegami.
- Nic nie szkodzi. Zachowuj się normalnie. Wypiją kawę i sobie pójdą – kładę jej dłoń na ramieniu.
- Nie chcę ich obsługiwać.
- Ja się tym zajmę, a ty zostań tutaj – zabieram tacę i ruszam do stolika.
- Cześć, mogę przyjąć zamówienie? - Adam posyła mi kpiące spojrzenie. Czuje się pewniejszy siebie, bo towarzyszy mu trzech kolegów oraz jego dziewczyna.
- Laluniu... Twarzowy fartuszek – wyciąga rękę w moją stronę, ale natychmiast się cofam, nie dając mu możliwości, by mnie dotknął.
- Dziękuję za komplement. Wybraliście coś z menu?
- Jasne. Przynieś nam te czekoladowe napoje ozdobione wisienką.
- Oczywiście. Już podaję.
Jakby nigdy nic wracam do Diany i składam zamówienie. Dziewczyna jest ewidentnie podenerwowana, więc w przygotowaniu koktajli wyręcza ją Sebastian.
- Jessie... Wyproś ich – szepcze do mnie, gdy ustawiamy szklanki na tacy.
- Nie bój się. Za chwilę sobie pójdą – uśmiecham się do niej.
- Ale Adam...
- Di, spójrz na mnie – unoszę jej brodę – to nic takiego. Klienci jak wszyscy inni. Nie daj się im zastraszyć. Nie są tego warci. Uśmiechnij się do mnie – dziewczyna niechętnie spełnia moją prośbę. - Widzisz, od razu lepiej.
- Gotowe – Sebastian podaje mi gotowe zamówienie, a ja zanoszę je do stolika. Rozstawiam szklanki i uśmiecham się radośnie.
- Co cię tak cieszy, laluniu? - pyta jeden z kolegów orangutana.
- Tylko wybrani mogą się ze mną tak spoufalać – odpowiadam mu spokojnie. - Smacznego – odchodzę zadowolony z siebie, by obsłużyć kolejnych klientów.
Mija kolejnych kilka minut. Kątem oka staram się obserwować Adama, który dwoi się i troi, by jakoś mnie sprowokować. Prawda jest taka, że nie ma ze mną żadnych szans. Mam za duże doświadczenie z kłopotliwymi klientami, więc po prostu ignoruję ich obecność, skupiając się na pracy.
- Laluniu, chodź tutaj! – woła mnie, podburzony przez towarzystwo, które wybucha cichym śmiechem, gdy się zbliżam.
- O co chodzi? - pytam, obejmując tacę ramionami.
- O ciebie. Nie podoba mi się twoja morda.
- W takim razie nie widzę innego wyjścia, jak opuszczenie naszej cukierni – odpieram atak.
- Posłuchaj mnie... - zaczyna.
- Nie mam czasu na bzdury, więc zapłaćcie rachunek i wyjdźcie – odchodzę, lecz Adam łapie mnie za ramię, podnosi szklankę ze stołu i oblewa zimnym napojem, głośno się śmiejąc.
- Jesteś żałosny – wzdycham tylko, patrząc na niego z politowaniem. Odchodzę od stolika, podchodzę do Diany i nie zważając na jej protesty, namiętnie całuję, starając się przy tym nie ubrudzić ubrania dziewczyny. Zadowoleni z przedstawienia klienci zaczynają bić mi brawo i klaskać.
- Ty podła gnido! - wrzeszczy Adam za moimi plecami, ale to wszystko, co może zrobić.
- Zaraz wracam. Muszę się przebrać – szepczę tuż przy ustach Diany, odrywając się od niej. Gdy unoszę wzrok, nad głową rudowłosej widzę zimne spojrzenie Collina, którego sprowadził Sebastian, przeczuwając kłopoty.
- Jessie, co tu się dzieje?! - pyta wściekły.
- Nic.
- Ten gnojek cię oblał?
- Adam pierwszy raz przyszedł do cukierni. Nie umie się zachować – tłumaczę Collinowi, szczerze rozbawiony.
- Który to Adam? - pyta czarnowłosy, podnosząc ladę i ściągając fartuch.
- Collin, nie! – Di próbuje go powstrzymać, uwieszając się na wytatuowanym ramieniu, lecz chłopak patrzy na nią złowieszczo, a przerażona siostra natychmiast go puszcza. Obserwuję jak w ułamku sekundy chłopak podchodzi do stolika, łapie Adama za bluzę i unosi do góry bez najmniejszego problemu.
- Wynoście się – szepcze cicho, po czym rzuca go na krzesło. Podchodzi do drzwi, które otwiera z impetem. - Już!
Niezadowolone towarzystwo opuszcza Fantazję. Collin zamyka za nimi drzwi i wraca do kuchni. Na sali znowu słychać szum przerwanych rozmów. Zachowanie szefa bardzo spodobało się odwiedzającym nas kobietom, które zaczynają o nim plotkować.
Gdy zapinam guziki czystej koszuli, którą na szczęście miałem schowaną w szafce, Collin ponownie wyłania się z kuchni i ciągnie mnie za sobą.
- Co znowu? - pytam zirytowany.
- Po jaką cholerę prowokujesz tego gnoja?! - wybucha.
- Nie prowokuję go. To tylko zabawa.
- Zabawa?! To nazywasz zabawą?! Koniecznie chcesz oberwać?!
- Nie udawaj. Wcale nie chodzi ci o Adama, ale o to, że pocałowałem Dianę.
- Wiesz, że Adam jest silniejszy od ciebie? W dodatku ma kolegów. Nie masz z nimi żadnych szans.
- Przestań, nic mi nie zrobią – opieram się o szafki.
- Jessie, tacy jak on nie odpuszczają.
- Potrafię się obronić.
Collin rzuca się na mnie, wykręcając mi ramię i popychając na ścianę.
- Serio? Potrafisz się obronić? - kpi z mojego położenia.
- Puszczaj – szarpię się.
- Przed chwilą zapewniałeś mnie, że potrafisz się obronić. Śmiało, odepchnij mnie.
- Collin! Puszczaj!
- Co jest? Nie reagujesz? Prawda jest taka, że jesteś łatwym celem. Zbyt łatwym – dodaje, uwalniając moje ramię, ale nie odsuwając się ode mnie. - Nie rozumiesz? Nie chcę, aby stała ci się krzywda, dlatego nie prowokuj losu – szepcze mi do ucha, ocierając się o nie swoimi miękkimi ustami. Czuję dreszcze na całym ciele.
- Collin... - wzdycham cicho.
- Zerwij z Dianą, a zabiorę cię do łóżka i...
- Nie zerwę z nią. Nie, dopóki Adam nie da jej spokoju.
- A ja? Co ze mną? Będziesz udawać, że nie ma chemii między nami? Że nie pragniesz mnie równie mocno, jak ja ciebie – przesuwa ustami po wrażliwej skórze tuż pod moim uchem.
- Collin... Błagam cię... Nie rób tak... - nogi zaczynają mi drżeć z podniecenia.
- Pragnę cię rozebrać, całować, kochać się z tobą długie godziny... Przecież ty też tego chcesz, prawda? Wystarczy, że...
- Nie! - odpycham go. - Diana to moja przyjaciółka. Nie zostawię jej na pastwę losu!
- Jak chcesz – odpowiada zrezygnowany i pozwala mi wyjść.

sobota, 16 lipca 2016

Kostka VIII


„Czekolada


Cierpliwie czekam, aż Di wyjdzie do szkoły. Obiecałem, że po nią przyjadę i wybierzemy się gdzieś z jej znajomymi. Piwo to ostatnia rzecz na jaką mam dziś ochotę, ale nie mogę pozwolić, by Adam sprawiał przykrość mojej dziewczynie.
„Moja dziewczyna”... Teraz, gdy wróciłem, a Collin już wie, sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana.
Obserwuję Dianę, która macha mi na pożegnanie i znika. W tej samej chwili otwierają się drzwi piekieł...
- Jessie! Chodź tu! - słyszę donośny, pełen gniewu rozkaz dochodzący z kuchni. Byłem pewny, że wcześniej wyszedł. Czekał na mnie?
- Za chwilę wracam – szepczę do Sebastiana, który wygląda na równie przestraszonego, jak ja.
- Szef bywa przerażający – zauważa.
- Bywa? - kpię cicho.
Nabieram odważnie powietrza i zamykam za sobą drzwi. Collin wpatruje się we mnie morderczym spojrzeniem.
- No więc? Masz mi coś do powiedzenia? - pyta mnie głosem pełnym jadu.
- Myślałem, że poszedłeś do domu... – zaczynam nieśmiało.
- Mów! - naciska na mnie, zaczynając nerwowo krążyć po pomieszczeniu.
- Co mam ci powiedzieć? - pytam bezsilny.
- Prawdę! Pieprzoną prawdę, Jessie!
- Jestem chłopakiem Diany. Wtedy na imprezie... Poszliśmy tam po raz pierwszy... jako para.
- Kochasz ją? - nie traci czasu...
- Diana to moja najlepsza przyjaciółka. Bardzo mi na niej zależy...
- O czym ty do mnie mówisz?! - przerywa mi zirytowany. - „Przyjaciółka”, „Zależy ci”... A ja pytam, czy ją kochasz!
- To sprawa między mną a Dianą.
- Czyli jej nie kochasz – czyta ze mnie, jak z otwartej książki.
- To nie ma znaczenia. I tak będziemy razem!
- Dlaczego?! - podchodzi bliżej i unosi moją brodę, abym patrzył mu prosto w oczy. - Bo ci kazała, prawda? A ty się zgodziłeś – zgaduje.
- Nie, to był mój pomysł – uciekam wzrokiem.
- Twój?! I patrz na mnie, do jasnej cholery!
Niechętnie unoszę na niego wzrok. Targają nim tak silne emocje, że jego oczy wydają się czarne. Boje się...
- Diana miała kłopoty z Adamem... Musiałem jej pomóc. Zaproponowałem, że zostanę jej chłopakiem. Zgodziła się, bo dzięki temu dał jej spokój.
- Jak zawsze ruszyłeś jej na ratunek, co? - drwi ze mnie.
- To nie tak...! - chcę się jakoś wytłumaczyć, ale nie daje mi takiej szansy.
- Powiedziałeś jej, że ją kochasz? - drąży temat.
- Nie – przyznaję cicho.
- A ona?
- Diana z pewnością nic do mnie nie czuje.
- Jesteś tego pewny, czy tylko ci się tak wydaje? Pytałeś ją o to?
- Nie, ale ona nigdy by mnie nie...
- Idiota! Nie widzisz, jak na ciebie patrzy? Jak się do ciebie uśmiecha?
- To niemożliwe! - bronię się.
- Tego nie wiesz – dodaje nieco spokojniej. - A to z kolei komplikuje sytuację między nami.
- „Między nami”?
- Jessie, nic nie rozumiesz?! Zależy mi na tobie! Od pierwszej chwili, gdy cię zobaczyłem...! Chciałem z tobą być, ale teraz... - przeczesuje niezgrabnie włosy palcami, by ukryć fakt, jaki jest zdenerwowany. - Nie mógłbym jej tego zrobić – mruczy pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie.
- Co masz na myśli?
-  Żaden z nas nie wie, co ona do ciebie czuje. Po tej aferze z rodzinami przysiągłem sobie, że nigdy jej nie skrzywdzę. A teraz pojawiłeś się ty... Szlag by to wszystko trafił! - uderza pięścią w stół.
Spoglądam na niego oniemiały. Czemu mówi mi to wszystko? Chciał ze mną być? Od pierwszej chwili? Co to wszystko znaczy? On chyba nie...
- Collin... - wypowiadam jego imię, starając się ogarnąć sytuację. Obserwuję, jak podnosi na mnie wzrok i uśmiecha się lekko. Pod wpływem tego spojrzenia robi mi się nagle bardzo gorąco...
- Nie sądziłem, że to będzie takie trudne... Myślałem, że gdy wrócisz lepiej się poznamy i może wtedy... Ale to już nie ma znaczenia. Nie myśl sobie, że rzucam słowa na wiatr. Jeśli skrzywdzisz Dianę, gorzko tego pożałujesz. Nie ma takiej dziury na świecie, z której bym cię nie wyciągnął i nie zabił, jasne? I jeszcze jedno. Pamiętaj, że wciąż dysponuję naszym słodkim filmikiem, więc jeśli liczyłeś na to, że pozwolę, abyś odszedł z pracy, to już teraz możesz to sobie wybić z głowy – ostrzega.
 Po chwili spogląda ponownie w moje oczy z tajemniczym wyrazem twarzy, jakby posyłał ten zniewalający uśmiech własnym wspomnieniom. Nie wiem czy robi to bezwiednie, czy celowo, ale jedno jest pewne – jego słowa bardzo mnie ranią. Czuję nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej. Collin wyrzeka się mnie tylko dlatego, że postanowiłem pomóc Dianie? Jest dokładnie tak, jak powiedział. „Przestaję dla niego istnieć”. Koniec z ukrywaniem się tutaj, koniec z pocałunkami, dotykiem... Uświadomienie sobie tego wszystkiego spada na mnie jak grom z jasnego nieba. Z jednej strony mam ochotę uciec jak najdalej, zadowolony z faktu, że bycie z Di uwalnia mnie od niego, a z drugiej... Jest mi smutno i czuję się bardzo samotny. Zupełnie jak podczas pierwszych świąt bożonarodzeniowych, które spędzałem w internacie, gdy brat powiedział, że jest zbyt zajęty, by do mnie przyjechać. Spędziłem je zupełnie sam, zamknięty w swoim pokoju, oglądając telewizję. Zarówno wtedy, jak i teraz, mam nieodparte wrażenie, że druga osoba łamie mi serce. To boli... Mimowolnie sięgam dłonią do klatki piersiowej i dotykam źródła tego cierpienia. Pod opuszkami czuję, jak miarowo bije mi serce, a jednak tak ciężko jest mi oddychać. Duszę się i muszę stąd jak najszybciej wyjść. Przebywanie z nim w tak małym pomieszczeniu to dla mnie zdecydowanie za wiele.
- Jessie? Wszystko w porządku? - pyta zaniepokojony, zmniejszają dystans między nami i przyglądając mi się w ten specyficzny sposób...
- Muszę... Muszę już iść – zaczynam się powili cofać, aż wpadam plecami na drzwi.
- Uważaj – Collin wyciąga rękę w moją stronę, ale nie mogę pozwolić, by mnie teraz dotknął. Nie wytrzymałbym tego i zrobił coś bardzo, bardzo głupiego... Zamiast tego zaciskam palce na koszuli, jakby ten gest mógł w jakikolwiek sposób zlikwidować nieprzyjemny ucisk w piersi...
Prawą dłonią gorączkowo szukam klamki, a gdy udaje mi się ją wymacać, natychmiast otwieram drzwi i uciekam, zostawiając zaskoczonego ciemnowłosego samemu sobie.
Zabieram swoje rzeczy i wybiegam na ulicę. Powietrze jest nieco wilgotne po niedawnym deszczu, co przyjmuję z wielką ulgą, bo znacznie łatwiej jest mi oddychać, a ból łagodnieje. Nie znika, jest przytłumiony, ale wciąż jest. Nachodzi mnie przerażająca myśl, że po raz kolejny zostałem odrzucony. Znowu dotykam klatki piersiowej, próbując zrozumieć, co się właśnie stało i czemu tak gwałtownie zareagowałem. Przecież miałem chować wszystkie uczucia głęboko w sobie, uśmiechać się radośnie... To nieprawda. To nie może być prawda... To tylko stres związany z faktem, że Collin dowiedział się o mnie i Dianie. Nic więcej. Ja nic do niego nie czuję. To nic nie znaczy. Zupełnie nic...
Przez dłuższą chwilę stoję na ulicy niezdolny, aby się ruszyć. Dopiero zamówiona przeze mnie wcześniej taksówka, której kierowca zgrabnie parkuje przed Fantazją, wybudza mnie w letargu i odrętwienia. Diana na mnie czeka. To nie pora na rozczulanie się nad sobą. Muszę wziąć się w garść i udowodnić wszystkim, że jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi.
Kierowca zawozi mnie na uniwersytet. Natychmiast spostrzegam moją dziewczynę, która już czeka, otoczona swoimi koleżankami. Uśmiecham się szczerze na jej widok, bo wiem, że mogę liczyć na jej wsparcie. Szybko wysiadam z auta i obejmuję rudowłosą, całując ją lekko w policzek.
- Tęskniłem za tobą – spoglądam jej czuje w oczy, nawet na chwilę nie przestając tulić.
- Jessie! Puść mnie – śmieje się zaskoczona. - Nie musisz mnie tak ściskać. Przecież widzieliśmy się niecałe trzy godziny temu!
- Nie szkodzi. I tak bardzo za tobą tęskniłem.
- Collin coś ci zrobił, tak? Już ja sobie z nim porozmawiam...
- Proszę... Nic nie mów. Przytul mnie – zatapiam twarz w jej rozpuszczonych włosach, szukając wsparcia, którego tak bardzo teraz potrzebuję.
- Jesteś świetnym aktorem – szepcze w moją szyję, najwidoczniej bardzo zadowolona z reakcji otoczenia.
Aktorem? Więc jej zdaniem tylko udaję? Bolesne ukłucie paraliżuje mnie na chwilę, po czum mija, pozostawiając po sobie dobrze znaną pustkę. Przywołuję na twarz wyuczony, radosny uśmiech i łapię moją dziewczynę za rękę.
- Jestem cały twój. Dokąd idziemy?
- Do klubu! Będziemy tańczyć do rana! – woła podekscytowana, ciągnąc mnie w stronę taksówki.
- Rano idziemy do pracy...
- Nie przypominaj mi o tym! Gdy cię nie było Collin zrobił się jeszcze bardziej wkurzający, niż zwykle.
Pomagam jej wsiąść do środka i przysłuchuję się relacji o bezlitosnym bracie-palancie, który rozstawiał ją po kątach, wiecznie niezadowolony. Na mnie też ciągle się wkurzał... Ciekawe, co teraz robi...
Klub jest duszny i tłoczny. Diana zamawia nam piwo. Siadamy przy stoliku. Gdy rozmawia z koleżankami, rysuję wzory po jej dłoni, starając się trzymać blisko. Zmiana otoczenia wcale nie sprawia, że czuję się lepiej. Nie pomagają ani kolejne butelki piwa, ani tańce.
Po pewnym czasie kręci mi się nieco w głowie, bo prawie nic od wczoraj nie jadłem. Zamawiam szklankę wody i uciekam do łazienki, by opłukać twarz wodą.
- Jessie... Chowasz się przede mną? - odwracam się zaskoczony, widząc Adama, który wpatruje się we złym wzrokiem.
- Adam... Nie zauważyłem cię. Co słychać?
- Nadal kręcisz się wokół Diany?
- Kręcę się? Przecież to moja dziewczyna.
- Takie bzdury możesz opowiadać jej koleżankom, ale nie mnie. Nic was nie łączy. Diana chce mnie, a nie ciebie – zaciska dłonie w pięści, zupełnie jakby szykował się do ataku.
- To ciekawe... Odkąd ją znam, ani słowem o tobie nie wspominała. Jesteś pewny, że chodziło jej o ciebie? – udaję zdziwionego, chociaż dobrze wiem, że drażnienie go nie jest najlepszym rozwiązaniem.
Tak jak przypuszczałem, chłopak rzuca się na mnie, łapiąc za materiał koszuli i przyciskając do ściany.
- Posłuchaj mnie uważnie, bo nie będę powtarzać. Nie wiem w co sobie pogrywacie, ale masz ją zostawić w spokoju. Inaczej gorzko tego pożałujesz, laluniu...
- Adam, spokojnie! Nie denerwuj się tak, bo zjedziesz na zawał i nie dożyjesz trzydziestki! Naprawdę uważasz, że twoje groźby robią na mnie jakiekolwiek wrażenie?
Rozwścieczony przyciska mnie jeszcze mocniej, łapiąc za brodę. Jego oczy zieją nienawiści. Zaczynam się zastanawiać co Di w nim widziała. Przypomina wściekłego orangutana... I ma nieświeży oddech.
- Słyszałem, że pracujesz jako model. Może powinienem popracować na twoją urodą? Z podbitym okiem lub złamanym nosem daleko nie zajdziesz...
- Grozisz mi? - odpycham go od siebie.
- Boisz się? - zaciska mocniej swoje obrzydliwe paluchy na mojej brodzie.
- Nie bardzo. Tknij mnie palcem, a zgłoszę sprawę na policję. Wylecisz z uczelni z prędkością światła – staram się zachować powagę. Nie pozwolę się zaszantażować kolejny raz.
- Myślisz, że jesteś taki sprytny, laluniu? - uwalnia mnie ze swojego morderczego uścisku, popychając brutalnie na ścianę. Tylko na to czekałem. Łapię go za ramię i wykręcam do tyłu. Adam syczy z bólu. Nie spodziewał się, że umiem się obronić.
- Myślę, że za dużo wypiłeś. Jeden raz ci daruję. Jeden raz. Odczepisz się od Diany, albo załatwimy to inaczej – ostrzegam go.
- Tak bardzo ci na niej zależy? Nie przeszkadza ci fakt, że nie tak dawno temu wystarczyłoby, abym pstryknął palcami, a ona była gotowa rozłożyć przede mną nogi?
- Mylisz się. Zrobiła to tylko po to, aby wzbudzić we mnie zazdrość. Jak sam widzisz, podziałało. Teraz jest tylko moja – posyłam mu pewny siebie, wredny uśmieszek. - Dzięki, Adam. To twoja zasługa, że jesteśmy razem. A teraz spadaj – uwalniam go z uścisku i poprawiam ubranie, które mocno mi pogniótł. Nie chcę, aby Diana wiedziała, co zaszło między nami.
Adam przez chwilę wpatruje się we mnie z taką miną, jakby nie rozumiał co właśnie powiedziałem, rozcierając obolałe ramię.
Gdy chcę wyjść z łazienki, zostawiając go samemu sobie, łapie mnie i mocno uderza w brzuch. Bezwiednie osuwam się na podłogę, kuląc.
- To dopiero początek, laluniu... - uśmiecha się i wychodzi.
Mam dziś zły dzień. Bardzo zły.
Z trudem się podnoszę. Adam chyba coś trenuje, bo jego cios był naprawdę mocny.
Gdy wychodzę z łazienki, on grzecznie siedzi przy stoliku i popija piwo w towarzystwie swojej dziewczyny i kilku kolegów. Podchodzę do Diany. Pochylam się nad nią i namiętnie całuję w usta. Dziewczyna przyciąga mnie bliżej, zaplatając ramiona wokół mojej szyi i wzdycha z zadowolenia.
- Wracamy? - pytam, podtrzymując ją, bo jej nogi zdają się lekko drżeć.
- Jessie... - tuli się do mnie, szukając odpowiednich słów.
- Proszę, wracajmy do domu – delikatnym gestem zakładam jej kosmyki włosów za ucho.
- Jeśli chcesz... - szepcze cichutko.
- Weź swoje rzeczy. Taksówka już na nas czeka – puszczam ją na chwilę, by mogła zabrać torebkę i płacę za drinki, zostawiając spory napiwek barmanowi. Biorę Di za rękę i wyprowadzam z klubu. Adam zdaje się szaleć z zazdrości. Właśnie o taki efekt mi chodziło.
Gdy jesteśmy już w aucie, otulam się ramionami, bo nadal boleśnie odczuwam łazienkowe starcie.
- Jessie... Brzuch cię boli?
- Troszeczkę.
- Mogłeś mi wcześniej powiedzieć – spuszcza wzrok, nadal lekko zarumieniona po naszym małym przedstawieniu.
- Nie przejmuj się – całuję ją w rękę – nic mi nie jest. Za dużo wypiłem i niewiele jadłem. Rano będę jak nowy – uśmiecham się pogodnie, by uśpić jej czujność.
- Przepraszam. Wczoraj wróciłeś. Pewnie nadal jesteś zmęczony, a ja samolubnie kazałam ci zabrać się do klubu...
- Cieszę się, że to zrobiłaś. Świetnie się bawiłem, a ty?
- Jessie... - zaczyna cicho, ale szybko się wycofuje.
- Chodzi ci o pocałunek, tak? Przepraszam, trochę mnie poniosło. Adam mnie wkurzył i tak jakoś wyszło.
- Jessie... Wolałabym, abyśmy się więcej nie całowali – pomimo ciemności doskonale widzę jak jej policzki płoną żywym ogniem.
- Dlaczego? - dziwię się.
- Bo źle się tym czuję.
- Zrobiłem coś nie tak?
- Nie, ale mam wyrzuty sumienia, że cię wykorzystuję. Mieliśmy tylko udawać, a ty bierzesz to troszeczkę zbyt poważnie...
- Zbyt poważnie? - moje oczy robią się wielkie ze zdziwienia.
- My tylko udajemy parę, pamiętasz?
- Pamiętam. Myślałem, że wolisz...
- Nie – przerywa mi. - Wolę, abyśmy się nie całowali. Chyba, że będzie to absolutnie konieczne. Zgadzasz się?
- Tak.
- Dziękuję – całuje mnie w policzek i wysiada pośpiesznie z taksówki.
Nawet Diana mnie nie chce...
- To gdzie teraz, proszę pana? - taksówkarz przerywa moje rozmyślania.
Podaję mu adres mieszkania, a gdy jesteśmy już na miejscu, niechętnie wysiadam i wracam do domu. Zdejmuję ubrania, rzucając je gdzie popadnie i leję wodę do wanny. Dochodzi czwarta rano. Jestem głodny, a sklepy otwierają dopiero za dwie godziny. Postanawiam poczekać, próbując się zrelaksować, lecz na niewiele się to zdaje. Brzuch nadal boli, a serce... Wolę o tym nawet nie myśleć.
Sięgam po telefon i włączam muzykę. Chciałbym chociaż przez chwilę porozmawiać z bratem, ale o tej porze z pewnością nie odbierze. Poza tym nie mam co liczyć na to, że mnie pocieszy. To nie w jego stylu. Jest zimny i poważny. Zazwyczaj wita się ze mną uściskiem dłoni, traktując jak potencjalnego partnera w interesach, a nie brata. Ostatni raz przytulił mnie po pogrzebie rodziców. A potem zamknął się w sobie, skupiając na karierze. Czasami żałuję, że nie jestem taki jak on...
Mój telefon wydaje dźwięk, informujący o nowej wiadomości. Przez chwilę wpatrując się ekran. Kto, oprócz mnie, nie śpi o tej porze? Może to Diana o czymś zapomniała? Ale to nie ona...

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Odwiozłeś Dianę do domu?”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Tak. Pod same drzwi i poczekałem, aż wejdzie do środka.”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Dziękuję.”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Nie ma za co. To mój obowiązek.”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Dlaczego nie śpisz?”

Co to za pytanie? Sam też nie śpi...

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„A Ty?”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Właśnie skończyłem pieczenie. Za chwilę jadę do domu.”

Więc nadal jest w pracy... Nic dziwnego, że rano zawsze jest w złym humorze, skoro tyle czasu spędza zamknięty w kuchni.

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Jessie... To wszystko potoczyło się nie tak. Powinieneś być ze mną, a nie z nią. Wiesz o tym, prawda?”

Nic już nie wiem... Mam mętlik w głowie i czuję się nikomu nie potrzebny. Nawet Dianie. On też mnie dziś odtrącił, a teraz spodziewa się... Czego ode mnie chce?

czwartek, 14 lipca 2016

Kostka VII


„Czekolada


Sobotę i niedzielę spędzam w pracy. Moim głównym zadaniem jest przyglądanie się powstawaniu nowej sesji, w której biorą udział dwie główne gwiazdy naszej agencji. Ben i Connor są w podobnym wieku do mnie, lecz mają dużo większe doświadczenie i solidnie rozwinięte ego. Ich zdjęcia nieustannie zdobią ściany budynku agencji. Są wyświetlane na olbrzymich telebimach. Regularnie pojawiają się także w prasie i reklamach. Ponoć Ben ma szansę na objęcie drugoplanowej roli męskiej w popularnym serialu dla młodzieży. Moje aspiracje nigdy nie sięgały tak daleko. Niewiele wiem o zasadach, które rządzą światem fotomodeli. Ufam Maggie, która pilotuje moją „karierę”. To ona gromadzi zlecenia dając mi zawsze możliwość wyboru. Jak do tej pory wszystkie zdjęcia zostały sprzedane, co bardzo ją cieszy. Mnie w sumie też.
Każdego z nas ubrano w identyczne ciuchy. Zdjęcia z udziałem gwiazd to zawsze duże wydarzenie. Wszyscy są bardzo podekscytowani możliwością pracy z najlepszymi. Moja to tylko trening. Mam się uczyć od chłopaków jak wyglądać bardziej profesjonalnie. Nikt nie traktuje mnie poważnie. Jestem raczej ulubieńcem Maggie niż poważnym zagrożeniem. Nie mam na koncie ani jednego naprawdę dużego projektu i pewnie w najbliższym czasie się to nie zmieni. Moja agentka uważa, że musimy się przyczaić i poczekać. Zależy jej na tym, abym nabrał doświadczenia i jeszcze więcej ćwiczył. Samo bieganie i basen to za mało. Powinienem także wynająć trenera osobistego. Nie mam ochoty tego robić, ale Maggie bardzo na mnie naciska. Jej zdaniem rozpoczynam nowy rozdział w swoim życiu. Wymaga on zmian.
Zmiany zastaję także w Fantazji, gdzie pojawia się długo przez wszystkich wyczekiwany nowy pracownik.
- Cześć, jestem Sebastian – wita się ze mną, wyciągając kościstą dłoń.
- Cześć – uśmiecham się, przyglądając mu się uważnie. Mam nieodparte wrażenie, że widziałem go już wcześniej. Ma zielone oczy i krótko przycięte, jasnobrązowe włosy. - Znamy się? - zagaduję chłopaka.
- Zdjęcia na biurku cioci Maggie – podpowiada mi. - Jestem synem jej jedynej siostry.
- Sebastian! Dużo o tobie słyszałem! Maggie mówiła, że studiujesz w Paryżu.
- Studiowałem. Skończyłem fotografię.
- Widziałem twoje prace. Są niesamowite! – chwalę chłopaka.
- Dzięki – odpowiada skromnie.
- To co tu robisz? Powinieneś przygotowywać się do kolejnej wystawy.
- Podobnie jak ty, waham się co do mojej przyszłości.
- Nie rozumiem.
- Ty też nie wiążesz swojej kariery z modelingiem, prawda? Traktujesz to jako tymczasowe zajęcie. Ze mną jest podobnie. Chcę sprawdzić czy nadaję się do pracy z ludźmi.
- I zamierzasz to sprawdzać tutaj?
- A czemu nie? - odpowiada mi spokojnie. - Tobie to jakoś nie przeszkadza. Wiesz, że ciotka jest w tobie bezgranicznie zakochana. Nie mówi o nikim innym. Nawet jej facet jest o ciebie zazdrosny.
- Maggie?! Niemożliwe!
- Odkąd wypatrzyła cię w tamtej kafejce, jest w siódmym niebie. Od rana do nocy walczy o jakiś większy kontrakt. Nie wiedziałeś o tym?
- Wiedziałem. Nie sądziłem, że poświęca temu aż tyle zachodu... – dziwię się.
- Ciotka Maggie zawsze maksymalnie się angażuje. Stałeś się jej oczkiem w głowie. Ma obsesję na twoim punkcie. Zwłaszcza od chwili, gdy zaprosiłeś ją na rozdanie dyplomów. Poczuła się za ciebie odpowiedzialna. Mówi o tobie z wielką czułością. „Mój ukochany Jessie to...”, „Mój najdroższy Jessie tamto...”. Uwielbia cię. Mając jej poparcie daleko zajdziesz.
- Ukochany Jessie... No proszę... - Collin posyła mi złośliwy uśmieszek.
- Cześć szefie – Sebastian wlepia w niego swoje jasnozielone spojrzenie.
- Cześć. Wiesz, co masz robić?
- Jessie mnie wszystkiego nauczy przed wyjazdem.
- Przed jakim wyjazdem? - pytam pośpiesznie.
- Ciotka Maggie zabiera cię ze sobą na trzy tygodnie do Mediolanu. Wylatujecie dziś wieczorem. Nie wiedziałeś?
- Nie – kiwam przecząco głową.
- To już wiesz – chłopak zdaje się być lepiej poinformowany ode mnie. - O 19:30 musisz być na lotnisku.
- Nigdzie nie lecę! Maggie nic mi nie mówiła!
- Ale powie, jak tylko wróci po ciebie z Paryża. Pewnie nadal jest w samolocie. Dzwoniła wczoraj do mamy. Przez ponad pół godziny krzyczała ze szczęścia do słuchawki. Nie martw się. Szybko się uczę, więc nie będę miał problemu z zastąpieniem cię na ten czas.
- Nie mogę wyjechać z dnia na dzień na trzy tygodnie!
- Jessie ty nie zdajesz sobie sprawy ile trudu kosztowało ją przygotowanie tego wszystkiego... Gdyby tak było, nie narzekałbyś. Poza tym ciocia uważa, że dzięki tobie dorobi się wymarzonego domu letniego na Hawajach. To marzenie jej życia. Polecisz z nią dziś wieczorem nawet gdyby miała cię siłą wepchnąć do samolotu. Wiesz o czym mówię, prawda?
Sebastian ma rację. Maggie jest najbardziej upartą i pewną siebie osobą jaką kiedykolwiek spotkałem. Nie potrafi pogodzić się w porażką, więc zawsze odnosi same sukcesy. Wielokrotnie mnie o tym zapewniała. Mój udział w tym przedsięwzięciu tylko to potwierdza. Poza tym jeśli mogę bezkarnie uciec przed Collinem na całe trzy tygodnie, nie powinienem się wahać. Może dzięki temu straci mną zainteresowanie?
Spoglądam mu w oczy, ciekawy jego reakcji.
- Nie patrz tak na mnie – mierzy mnie ponurym wzrokiem.
- To co mam teraz zrobić? - pytam go, przygotowując się powoli na wybuch z jego strony.
- To, co konieczne. Pojedziesz do Mediolanu, a potem grzecznie tu wrócisz – odpowiada, wycofując się w kierunku kuchni.
- Nie przeszkadza ci to? - dziwię się.
Ciemnowłosy odwraca się w moją stronę, mierząc pożądliwym spojrzeniem.
- Musimy porozmawiać. Chodź ze mną – otwiera drzwi od kuchni i każe mi wejść do środka.
- Wolałbym nie – spoglądam na niego gniewnie. - Muszę się zająć Sebastianem.
- Di się nim zajmie.
- Mówicie o mnie? - Diana wpada do środka niczym rudowłose tornado, rzucając się w moją stronę.
- Jessie! Wszystkie moje koleżanki KONIECZNIE chcą cię poznać. Pójdziemy w piątek na kolejną imprezę? Proszę... - wpatruje się we mnie orzechowymi tęczówkami niczym słodki szczeniaczek.
- Bardzo bym chciał, ale... - nie udaje mi się dokończyć tego zdania, bo zirytowany Collin łapie mnie za ramię i ciągnie w kierunku kuchni.
- Jessie wyjeżdża do pracy na trzy tygodnie. To Sebastian – wskazuje jej nowego chłopaka – zajmij się nim – wpycha mnie do środka, zatrzaskując zdziwionej dziewczynie metalowe drzwi przed nosem.
- Nic o tym nie wiedziałem, przysięgam! – zaczynam się tłumaczyć.
- Wiem.
- Więc... nie jesteś na mnie zły? - upewniam się.
- Nie jestem. Przecież wrócisz. W przeciwnym razie twój brat obejrzy bardzo interesujące nagranie – uśmiecha się wymownie.
- Proszę, nie rób tego... – wpatruję się w niego błagalnie, na samą wzmiankę o moim starszym bracie.
- Nie zrobię, ale nie za darmo.
- Czego chcesz? - pytam niechętnie, podejrzewając odpowiedź.
- Czy to nie oczywiste? Ciebie – staje na wprost mnie i spogląda w moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy.
- Mnie? - powtarzam po nim bezwiednie.
- Tak, Jessie. Chcę ciebie, masz być tylko mój.
- Nie jestem twoją zabawką. Nie należę do nikogo.
Collin robi kilka kroków w moją stronę, zmuszając tym samym, abym oparł się plecami o drzwi prowadzące do kuchni.
- Być może do tej pory tak właśnie było, ale zmienisz to w sobie. Ty, twoje ciało i dusza, należycie teraz do mnie – uśmiecha się, pochylając niżej. - Będziesz do mnie codziennie dzwonić i wysyłać wiadomości. Każdego dnia opowiesz mi ze szczegółami co robiłeś. Jeśli nie, znasz konsekwencje...
- Nie możesz...! - zaciskam dłonie w pięści, wściekły na jego dziwaczne zachcianki.
- Mogę. A ty zrobisz dokładnie to, co ci każę. Jeśli jeszcze raz rozłączysz się tak jak wczoraj, od razu dzwonię do twojego brata, jasne? Żarty się skończyły, Jessie – ociera się ustami o mój policzek. - A teraz pocałujesz mnie i wrócisz do pracy. Pokażesz Sebastianowi co ma robić. Pozwolę ci wyjść wcześniej, abyś mógł się spakować i przygotować do wyjazdu. Wieczorem zadzwonisz do mnie natychmiast po wylądowaniu. Jakieś pytania?
- Dlaczego to robisz?
- Bo tak mi się podoba – wpija się wargami w moje usta, pozbawiając powietrza. Jest agresywny i zachłanny. Zachowuje się tak, jakby próbował zaznaczyć teren... Nic nie mogę zrobić. Czuję się taki bezradny. - Będę za tobą tęsknić – szepcze mi do ucha, otulając ramionami.
- Collin...
- Pocałuj mnie! - rozkazuje zniecierpliwiony. Nie mogę mu się przeciwstawić, więc robię to, czego żąda. Nie jestem nawet w połowie tak żądny pieszczot jak on. Chociaż staram się jak mogę, by nie angażować się w ten wymuszony pocałunek, on nic sobie z tego nie robi. Natychmiast przejmuje nad nim kontrolę, drażniąc swoim uwodzicielskim językiem wnętrze moich ust. Wyrywa mi się ciche westchnienie, które przyjmuje z uśmiechem. - Uwielbiam cię słyszeć, ale tym razem postaraj się zachowywać cicho – unosi moje ręce do góry i przytrzymuje nad głową oba nadgarstki prawą ręką. Lewą natomiast przesuwa niżej, wprost do mojego rozporka.
- N-Nie! – protestuję cicho.
- Tak... - rozpina go, po czym zsuwa nieco spodnie z moich bioder i zakrada się zwinnymi palcami pod materiał bokserek.
Całe moje ciało przeszywa silny dreszcze podniecenia. Krzyczę cicho, co natychmiast stara się stłumić swoimi pocałunkami.
Szarpię się, lecz na niewiele się to zdaje. Collin bez trudu wyjmuje mojego twardego z podniecenia członka i zaczyna mocno pocierać, przesuwając palcami w górę i w dół.
- Lubisz, gdy ja to robię, czy wolisz sam? - wpatruje się we mnie intensywnie, próbując wyczytać jakąkolwiek odpowiedź z zamglonych oczu. Oddycham ciężko, zbyt oszołomiony doznaniami, jakie mi funduje.
- P-Przestań... - jęczę cicho, na skraju wytrzymałości.
- Nie. Tym razem dojdziesz razem ze mną. Patrz mi w oczy – żąda, cofając dłoń i rozpinając swoje spodnie. Wpycha swoje kolano między moje nogi. Boję się odwrócić wzrok, a jednocześnie zżera mnie ciekawość jak daleko posunie się tym razem... Co zrobi? Podnieca go doprowadzanie mnie do szaleństwa?
Nie muszę długo czekać, aby poznać odpowiedź na to pytania. Dociska swoje biodra do moich i zaczyna pieścić oba nasze członki, zaciskając na nich swoje palce.
Nigdy wcześniej nie czułem się tak jak teraz. Jego perwersyjne, pozbawione zahamowań zabawy bardzo silnie oddziałują na wszystkie moje zmysły.
- Patrz na mnie. Nie waż się odwracać wzroku. Chcę się widzieć... Cały czas... - dyszy ciężko w moje usta. Przymykam powieki, niezdolny walczyć w obezwładniającym uczuciem spełnienia, które wisi między nami. - Jessie... - ostrzega mnie, mocniej zaciskając swoje palce.
- Już nie mogę...! - bezradnie spoglądam mu w oczy, zbyt oszołomiony, by z nim walczyć.
- Jeszcze nie - uwalnia moje dłonie, którymi desperacko wczepiam się w jego ramiona, bo boję się że upadnę, jeśli mnie nie podtrzyma.
- Collin – błagam go, szukając w jego oczach pozwolenia na spełnienie.
Ostatni raz pochyla się nade mną i całuje namiętnie w chwili, gdy równocześnie dochodzimy.
Wtulam twarz w zagłębienie jego szyi, wdychając nieziemski zapach jego skóry, połączony z ciężkimi perfumami. Oddycham zbyt głośno, lecz nic nie jestem w stanie na to poradzić.
- Przyznaj, że ja robię to lepiej – droczy się ze mną, skubiąc zębami wrażliwy płatek ucha. Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie. - Jessie? - spogląda mi w oczy, zaniepokojony. Zaciskam palce na jego ramionach i całuję go mocno w same usta. Przyciągam bliżej do siebie i wplatam palce we włosy. Przez kilka długich sekund cieszę się pocałunkiem, na który od bardzo dawna miałem ochotę, po czym odpycham go od siebie i uwalniam się z jego uścisku. Poprawiam spodnie i odpycham od drzwi, aby móc swobodnie wyjść.
- Nie dzwoń do mnie, bo nie odbiorę. Ja też nie będę dzwonić – mój własny głos brzmi obco, jakbym słyszał go pierwszy raz w życiu. Jest miękki i przepełniony namiętnością.
- Jessie... – ostrzega mnie.
- Jeśli powiesz coś mojemu bratu, nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Możesz do mnie pisać, ale tylko tyle – zamykam za sobą drzwi i uciekam do łazienki. Szybko poprawiam ubranie i dołączam do Diany oraz Sebastiana. Przez resztę dnia ani razu nie spoglądam w kierunku kuchni. Jak ognia unikam Collina. Staram się o nim nie myśleć i pod żadnym pozorem zabraniam sobie wracania myślami do tego, co miało miejsce. Na szczęście liczne obowiązki skutecznie absorbują moją uwagę. Po kilku godzinach żegnam się z Dianą i wychodzę. Przed startem wyłączam telefon, bo nie chcę, by mnie rozpraszał.
Przez pierwszy tydzień nie odezwaliśmy się do siebie ani jednym słowem. Co prawda nawet gdybym chciał, nie bardzo miałbym jak pisać. Cały mój czas wypełniony jest treningami, sesjami lub spotkaniami. Maggie dwoi się i troi, by załatwić mi lukratywny kontrakt na reklamę jeansów. Jej starania zostają zwieńczone sukcesem. Agencja zatrudnia jednego z najlepszych fotografów. Sesja obejmuje kilkanaście zdjęć. Na wszystkich mam gustownie potargane włosy, gołą klatę i odpięte spodnie. Opieram się przy tym o ścianę, trzymając w ramionach półnagą ciemnoskórą piosenkarkę, którą Maggie wypatrzyła jakiś czas temu. Równie erotyczne zdjęcia robią nam w hotelu, gdzie tulę do siebie dziewczynę, która oplata mnie w pasie swoimi długimi nogami. Jedno muszę przyznać mojej agentce – zdjęcia są fenomenalne. Opowiadają historię pomiędzy chłopakiem i dziewczyną, którzy poddają się namiętności, spotykając przypadkowo od czasu do czasu.
Kolejną niespodzianką od losu jest fakt, że moja „kochanka” okazuje się przemiłą dziewczyną. Ona także jest pod dużym wrażeniem naszej wspólnej sesji. Jej agent idzie o krok dalej – proponuje nam odtworzenie scen ze zdjęć w najnowszym teledysku, który za jakiś czas będzie promował jej płytę. Zgadzam się. Przez kolejne trzy dni nie robię nic innego jak ponowne tulenie jej do siebie, całowanie oraz rozbieranie. Efekt końcowy ma powalać na kolana... Trochę się boję, ale z drugiej strony taka szansa pewnie nigdy więcej mi się nie przytrafi.
Gdy wracam zmęczony po całym dniu zdjęć do hotelu, od razu rzucam się wykończony na łóżko. Czasami dzwonię do Diany. To jedyna bliska mi osoba, poza bratem, który dla odmiany ciągle jest zajęty i zbywa mnie przy każdej okazji.
Trzy dni przed powrotem dostaję smsa.

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Dlaczego się do mnie nie odzywasz? Koniecznie chcesz zostać ukarany?”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Pracuję po 20 godzin dziennie”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Do Diany dzwonisz, a do mnie nie”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„To moja przyjaciółka. Tęsknię za nią”

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„A ja? Tęsknisz za mną?”

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Lubisz mnie wykorzystywać i szantażować. Nic więcej o Tobie nie wiem.”

Jestem z nim brutalnie szczery, bo nie chcę okazywać strachu. Owszem, może wysłać kompromitujący mnie filmik do mojego brata, ale chcę żeby wiedział, co czuję i jak ja widzę naszą relację.
Mija kilka długich minut. Nie odzywa się do mnie. Obracam telefon w dłoni, zastanawiając się co odpowie.

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Masz rację. Musimy się bliżej poznać”

Jak mam mu na to odpowiedzieć? My? Bliżej poznać? Chyba sobie ze mnie kpi... Moim zdaniem Collin pokazał mi już swoją najgorszą z możliwych, pozbawioną wszelkich zahamowań stronę, o której z pewnością wolałbym nie wiedzieć. Nie chcę go prowokować, więc chowam telefon i wracam na plan. Dopiero późnym wieczorem odbieram resztę wiadomości, które mi wysłał.

Nowa wiadomość : Od Podły Szantażysta
„Wiem od Diany, że wracasz we wtorek wieczorem. Wtedy się spotkamy.”
„Jeśli jeszcze dzisiaj się do mnie nie odezwiesz, pożałujesz”

Cudownie. Tylko tego było mi trzeba...

Nowa wiadomość : Do Podły Szantażysta
„Przestań mnie szantażować! Nie spotkamy się we wtorek, a w środę w pracy. Dobranoc”

Powrót do domu to istny koszmarny. Bardzo pada i trzęsie samolotem. Maggie przez większość czasu jest przerażona. Gdy w końcu lądujemy i wsadzam ją w taksówkę, jestem wykończony. Marzę o tym, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku.
Otwieram drzwi i rzucam torbę oraz kurtkę na podłogę w korytarzu. Chce mi się spać. Nie włączam światła, od razu kładę się na łóżko, totalnie wyczerpany.
Nad ranem nadal mocno pada. Chciałbym jeszcze pospać, ale obowiązki czekają. Muszę się ogarnąć i zebrać do pracy. Nadal mocno zaspany sięgam ręką po zegarek, który rzuciłem w nocy na szafkę nocną. 16:13... Chyba się zepsuł. Niemożliwe, aby było tak późno...
Sięgam po telefon. Nieodebrane połączenia od Diany oraz jedno od Collina... Obiecałem mu, że przyjdę dzisiaj do pracy... Rozszarpie mnie za to spóźnienie.
Biorę prysznic i zamawiam taksówkę. Powinienem zrobić zakupy, bo w domu nie mam nic do jedzenia. No trudno, później się tym zajmę.
Gdy docieram do Fantazji jest kilka minut po siedemnastej. Nieco zdenerwowany otwieram drzwi.
- Jessie! Wróciłeś! - Di od razu rzuca mi się w ramiona. Przytulam ją stęskniony. - Dzwoniłam do ciebie kilkanaście razy! Czemu nie odbierałeś?!
- Przepraszam, zapomniałem nastawić budzik – uśmiecham się lekko.
- Kiepsko wyglądasz. Jesteś chory? - dziewczyna przygląda mi się bardzo uważnie.
- Nie, raczej zmęczony. Gdzie Collin? Muszę go przeprosić za spóźnienie...
- Nie ma go. I całe szczęście! Jest dziś wyjątkowo wściekły. Pojechał do hurtowni i wróci później. Nieważne. Tęskniłam za tobą! – tuli się do mnie. - Obejmij mnie. Moje koleżanki się nam przyglądają – szepcze mi do ucha. Tulę ją wyjątkowo czule, starając się wyglądać na wniebowziętego.
- Mam dla ciebie prezent – uśmiecham się do dziewczyny, wyciągając z plecaka niewielkie pudełeczko.
- Dla mnie?! Naprawdę?! Nie musiałeś...
- Ale chciałem.
Obserwuję jak Diana otwiera pudełko i wyciąga kryształowe kolczyki, które mienią się na różne odcienie zieleni i turkusu.
- Jessie! Są cudowne! Koniecznie muszę je ubrać – cieszy się jak dziecko, ciągnąc mnie za sobą na zaplecze, gdzie od razu podbiega do lustra i je zakłada. - Jak wyglądam? - pyta.
- Pięknie – cieszę się.
- Dziękuję. Jesteś wspaniały!
- To ja dziękuję.
- Ty?
- Tak, jesteś najbliższą mi osobą oprócz brata. Lubię cię rozpieszczać.
- Zrobisz dla mnie coś jeszcze? - pyta nieśmiało.
- Wszystko – zapewniam ją.
- Przyjdziesz dziś po mnie do szkoły?
- Tak, bardzo chętnie.
- Naprawdę? Dziękuję! – rzuca mi się w ramiona. - A pójdziemy później ze wszystkimi na piwo?
- Jeśli chcesz – zgadzam się ukrywając fakt, że nie jest mi to specjalnie na rękę, ale długo mnie nie było. Wiem, że tylko raz pokazaliśmy się razem, a to za mało. - A jak sytuacja z Adamem?
- Beznadziejnie... Dużo się uczę, ale on ciągle mi dogryza podczas zajęć. Na każdym kroku wyśmiewa się, że pewnie cię podpłaciłam i dlatego poszedłeś ze mną na tamtą imprezę.
- Więc dzisiaj udowodnimy mu, że nie ma racji.
- Co i komu udowodnicie? - przerywa nam lodowaty głos Collina.
- Nie twoja sprawa – Di unosi wojowniczo podbródek i wychodzi, nie racząc go ani jednym spojrzeniem.
- A ty? Chciałbyś mi coś powiedzieć? Na przykład gdzie byłeś przez cały dzień? Przez ciebie klientki odchodzą...
- Przepraszam. Zaspałem – spoglądam w jego ciemne oczy, które teraz wyglądają na zimne i pozbawione ludzkich uczuć.
- Spóźniłeś się kilka godzin. Liczysz na to, że uwierzę w tak kiepską wymówkę? - jego słowa przepełnione są sarkazmem.
- Możesz mi nie wierzyć, ale to prawda. Lot z Mediolanu był straszny. Bardzo dużo pracowałem...
- Zostaw te tłumaczenia dla Diany, mnie na to nie nabierzesz.
- Nie nabieram cię! To prawda! – ogarnia mnie bezsilność. - Myślisz, że jest mi łatwo pogodzić dwie prace, których nawet nie chciałem?
- Biedny Jessie... - szydzi ze mnie. - Z pracy tutaj nie możesz zrezygnować. Jeśli to zrobisz, znasz konsekwencje.
- Wiem – przyznaję zrezygnowany.
- Na twoim miejscu więcej bym się nie spóźniał. Nie należę do wyrozumiałych i cierpliwych. A teraz bierz się do swoich zajęć – z wściekłością trzaska drzwiami, zamykając się w swoim królestwie.
Co go znowu ugryzło? Jego humory i zmienne nastroje świętego wyprowadziłyby z równowagi...
Nakładam fartuch i przywołuję najserdeczniejszy uśmiech. Chociaż ruch jest dziś niewielki, stara się  sprzedać jak najwięcej czekolady. Zauważyłem także, że Collin wprowadził jakieś innowacje, bo z półek zniknęły mniej popularne ciasta, a pojawiło się więcej ręcznie zdobionych pralinek.
- Sprzedajemy nowe czekoladki? - podpytuje Dianę.
- Tak. Sebastian uświadomił Collinowi, że powinien skupić się na tym, co wychodzi mu najlepiej. Przestał piec tyle ciasta co przedtem. I tak niewiele osób je kupowało. Musisz spróbować jego ostatniej nowości – Di nakłada szczypcami na talerzyk niewielkie, okrągłe ciastko, oblane czekoladą. - To najpyszniejsza rzecz jaką jadłam od wieków – uśmiecha się do mnie, kierując widelczyk w moją stronę.
- Nie, dziękuję – bronię się, bo pomimo tego, że jestem głodny, nie mam zamiaru jeść jego czekolady.
- Musisz. Jest zbyt pyszna, abyś mi odmawiał – kusi mnie i niestety ma rację. Lekki mus czekoladowy rozpływa się w ustach. Jest to z pewnością najlepszy deser autorstwa Collina jaki jadłem.
- Dobry? - dopytuje mnie.
- Dobry – odpowiadam automatycznie. Musiał ciężko pracować, gdy mnie nie było.
- Zjedz jeszcze – ponownie podsuwa mi widelczyk. Przymykam powieki, rozkoszują się słodkim smakiem.
- Możecie chociaż udawać, że skupiacie się na pracy... - czarnowłosy wpatruje się w nas z pogardą wypisaną na przystojnej twarzy.
- Nie zwracaj na niego uwagi. Ostatnio ciągle jest wściekły – Di ignoruje brata, zwinnie przepychając się obok niego.
- Masz nowe kolczyki? - odwraca się za nią, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.
- Tak – dziewczyna uśmiecha się radośnie. - Jesteś bardzo spostrzegawczy, braciszku.
- Skąd je masz?
- Dostałam od Jessiego. Śliczne, prawda?
- Jessie... Nie powinieneś dawać jej tak drogich prezentów- wypowiada moje imię ściszając głos do złowieszczego pomruku.
- Dlaczego? - tym razem to Di jest wściekła. - Jest moim chłopakiem i lubi mnie rozpieszczać!
- Jest KIM? - Collin wpatruje się raz we mnie, a raz w nią. Czy to jest ta chwila? Czy powinienem zacząć żałować, że nie spisałem testamentu?
- Moim chłopakiem – powtarza spokojnie.
- Di, prosiłem cię, prawda – wtrącam się cicho.
- Prosiłeś ją o co, Jessie? - kieruje na mnie całą uwagę.
- Miałam ci nic nie mówić, ale zmieniłam zdanie. Nie pozwolę, abyś traktował Jessiego w tak podły sposób. Będę go bronić!
- Di! - próbuję ją powstrzymać. 
- Jeśli zrobisz mu coś złego, przestanę się do ciebie odzywać, jasne? - jej głos jest pewny siebie i niebywale odważny. Nigdy nie widziałem, by zachowywała się przy niem tak jak teraz.
- Diano! Przecież jesteś moją siostrą! - Collin jest oburzony jej zachowaniem.
- Kochasz mnie i chcesz dla mnie jak najlepiej, prawda?
- Tak – przyznaje jej rację.
- A ja chcę z nim być. Jessie jest dla mnie dobry, troszczy się o mnie, dba i rozpieszcza na każdym kroku. Jestem z nim bardzo szczęśliwa. Zależy ci na moim szczęściu?
- Tak – cedzi słowa przez zaciśnięte zęby.
- Widzisz, Jessie? Nie ma powodu, abyśmy się ukrywali! – uśmiecha się do mnie wesoła jak nigdy, uwieszając się na mojej szyi i całując w policzek.
- Gniewasz się? - obejmuje Collina, wpatrując się w jego ciemne oczy.
- Nie, bo jesteś dla mnie najważniejsza – tym razem to on ją przytula, nie odrywają ode mnie wzroku.
- Spróbujecie się zaprzyjaźnić?
- Nie – odpowiada szybko. - ON już dla mnie nie istnieje. A jeśli cię skrzywdzi, wyrwę mu serce. A teraz muszę już iść. Zamknijcie kawiarnię. Do jutra – rzuca znudzony i znika za drzwiami.
- Di... Czemu mu powiedziałaś? Zabije mnie! - serce bije mi z nerwów znacznie szybciej niż zazwyczaj. Wyznanie Di nie tylko Collinowi podniosło ciśnienie...
- Nic ci nie zrobi, nawet palcem cię nie dotknie. Może i sprawia wrażenie zimnego drania, ale wobec mnie od zawsze był bardzo opiekuńczy. Oswoi się z myślą, że jesteśmy razem i szybko mu przejdzie.
- Obyś miała rację – spoglądam w niepokojem na drzwi, które za sobą zamknął, pełen najgorszych obaw.