Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Czekolada". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Czekolada". Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 czerwca 2021

mpreg 103

 

„Bezsenne Noce"

Budzi mnie wibrujący dźwięk telefonu, którego zapomniałem wyłączyć. Wygrzebuję się z pościeli i spoglądam na wyświetlacz. April dzwoniła pięć razy, czyli nie jest źle. Oznacza to mniej więcej tyle, że musimy pogadać, ale nie grozi nam żaden kataklizm. A skoro tak, to mogę odłożyć rozmowę na później.

Przeciągam się leniwie. Jest dziesiąta. Już dawno nie spało mi się tak dobrze. Zwłaszcza, że położyliśmy się dość późno. Znaczy ja się położyłem. Eli zasnął. W pierwszej chwili wydawało mi się, że zemdlał. Osunął się na poduszki bezwolny niczym lalka. Biedactwo.

Spoglądam w kierunku blondyna, który śpi obok mnie. Otuliłem go szczelnie kołdrą. W podobny sposób niektórzy rodzice postępują z noworodkami, zapewniając im komfort. W sprawie noworodków nie mogę się jeszcze wypowiedzieć. Za to w przypadku Króliczka ta metoda naprawdę działa. Podejrzewam, że jeszcze długo nie otworzy swoich pięknych oczu. Chyba nieco przedobrzyłem pozbawiając go zasobów energii, które i tak są ograniczone, bo dzieli się nimi z dzieckiem.

Pomijając szczegóły, to gdyby nie to, że on jest już w ciąży, po tej nocy z pewnością bym go zapłodnił. Dzięki niemu odkrywam w sobie pokłady czułości, które przedtem były mi zupełnie obce. Uwielbiam go dotykać. Pieścić. Całować. To małe chuchro wyzwala we mnie silny płomień pożądania. Nie znałem siebie od tej strony. Przecież to nie jest mój pierwszy związek. Mam doświadczenie. Bogate doświadczenie. A mimo to potrafię zaskoczyć samego siebie. Ciekawe.

Około trzynastej odbieram telefon od mamy.

- Synku, o której przyjedziecie? Przygotowuję obiad. Ostatnio znalazłam niesamowity przepis na zapiekankę z warzyw.

- Mamo  – z trudem udaje mi się wtrącić w jej wesoły wywód. – Eli jeszcze śpi, więc…

- Śpi? O tej porze? – Do rozmowy włącza się ojciec. – I ty tak spokojnie o tym mówisz? Dzwoniłeś do lekarza? Powinieneś jak najszybciej zawieźć go do szpitala. Może z dzieckiem jest coś nie tak! To może być cukrzyca ciążowa! – Niedźwiedź z każdą chwilą coraz bardziej się nakręca.

- Nie panikuj. Nic mu nie jest. – Jako jedyny próbuję zachować spokój.

- Pamelo, trzymaj mnie, bo wyjdę z siebie! Słyszałaś co on powiedział?!

- Peter, Max jest odpowiedzialny. Gdyby Eli naprawdę źle się czuł to jestem pewna, że od razu podejmie odpowiednie kroki. – Mama nieśmiało staje w mojej obronie.

- Nie zachowuj się jak polityk, tylko mnie wesprzyj! Tu chodzi o naszego wnuka!

Odsuwam słuchawkę od ucha, bo krzyki rodziców pogłębiają poczucie winy, które nagle przybiera na sile.

- To twoja wina, prawda? To ty mu coś zrobiłeś! Mów natychmiast! – Ojciec niespodziewanie łączy fakty lub czyta w moich myślach.

- Nic mu nie zrobiłem – wzdycham ciężko.

- I ja mam w to uwierzyć?! Masz mnie za naiwnego?!

- Tato, Eli jest przemęczony, więc odpoczywa. Ostatnio miał problemy ze spaniem. – Próbuję oględnie wytłumaczyć sytuację, lecz podejrzewam, że to i tak nic nie da.

- Jedziemy do was! Pamelo, jesteś gotowa?

- Nie, nie jedziecie! – Tym razem to ja podnoszę głos. – Nie pozwolę na to, abyś stresował Eli swoimi podejrzeniami lub próbował na nim wymóc dodatkową wizytę u lekarza.

- Ktoś musi wziąć ster w swoje ręce, skoro ty nie potrafisz – ojciec celnie mi dogryza.

- Tak trudno ci zrozumieć, że są sprawy, na które nie masz i nie będziesz miał wpływu? Potrafię się zatroszczyć o moją rodzinę.

- Za łatwo zapominasz, że mama i ja także stanowimy część tej rodziny. Naszym obowiązkiem jest troska o naszego drugiego syna i wasze dziecko.

- Wiem – przytakuję. – I bardzo to doceniam. Doceniałbym jeszcze bardziej, gdybyś okazał mi odrobinę więcej zaufania. Nie martw się, tato. Gdy Eli się obudzi, poproszę go, aby do was zadzwonił. Jeśli będzie się czuł na siłach, wpadniemy do was wieczorem. Może być?

- Może – niepocieszony niedźwiedź w końcu kapituluje.

Przez kilka kolejnych minut rozmawiam wyłącznie z mamą. W tle wyraźnie słyszę mroczne pomruki ojca, lecz staram się je ignorować. Staruszek ma dobre intencje. Denerwuje się. A przez niego ja też zaczynam się denerwować. Kończę połączenie i wracam do sypialni. Eli nie ruszył się nawet o centymetr. Kładę się obok niego. Muszę się wyciszyć i nie dać zwariować.

Czas płynie powoli. Co chwilę zerkam na zegarek, tracąc nadzieję. Nie wytrzymam dłużej tego napięcia!

- Skarbie – szepczę, gładząc ukochanego po głowie. – Obudź się.

- Mhm…

- Skarbie, proszę. Otwórz oczy. – Muszę być stanowczy, skoro zdecydowałem się na tak desperacki krok.

- Nie chcę.

Mały uparciuch! Ciekawe czy jemu byłoby do śmiechu w takiej sytuacji.

Zmieniam taktykę. Wsuwam rękę pod kołdrę i dotykam brzucha ciężarnego. Pod palcami czuję wesołe harce maleństwa. Dzidziuś już nie śpi. Pewnie zastanawia się co ze śniadaniem. Mnie też to zastanawia.

- Eli… Proszę, obudź się. Nasz synek jest głodny.

- Idź sobie.

Króliczek próbuje obrócić się na drugi bok, lecz puchowy kokon utrudnia mu to zadanie. Postanawiam troszeczkę mu pomóc. Odsuwam część okrycia, obnażając nagie ciało mojego narzeczonego, który w końcu otwiera oczy i patrzy na mnie z dezaprobatą.

- Celowo robisz mi na złość? – Piorunuje mnie wzrokiem.

- Martwię się o ciebie. Zrobiło się późno. Zwykle wstajesz dużo wcześniej.

- To twoja wina. Idź sobie i daj mi spać.

- Jest po trzeciej. Nie musisz wstawać, jeśli nie chcesz. Uważam jednak, że powinieneś coś zjeść.

- Która jest godzina?! – Ta informacja przegania resztki snu z króliczej twarzy. – Dopiero teraz mi o tym mówisz?!

Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że ktoś tu wstał lewą nogą. Problem polega na tym, że on nie chce wstać. Nie chce też na mnie patrzeć, bo odwraca się plecami. Obejmuje dziecko, coś do niego szepcząc.

- Skarbie? – Walczę o odrobinę uwagi. – Nie bądź zły. Nie zrobiłbym tego, gdybym się o ciebie nie martwił.

- Martwił? Pewnie zaraz zaciągniesz mnie na ostry dyżur, zgadłem?

Zabolało.

Eli zwykle nie zwraca się do mnie w taki sposób. Czemu jest taki rozgniewany? Przecież to nie pierwszy raz, gdy go obudziłem. Nigdy wcześniej nie był wobec mnie aż tak agresywny.

- Schowaj pazurki i powiedz mi wprost o co chodzi.

- Nie chcę o tym rozmawiać.

Tego już za wiele. Łapię rozjuszonego futrzaka za ramię i obraca go na plecy. Jeśli ma się na mnie wściekać, niech się wścieka. I patrzy mi prosto w oczy.

- Dobrze wiesz, że w ten sposób do niczego nie dojdziemy. Jeśli nie powiesz mi co się stało, nie będę w stanie tego naprawić, rozumiesz? Więc przestań zachowywać się jak rozkapryszony dzieciak i bądź ze mną szczery.

- Nie mam siły wstać z łóżka! Nie mam siły się umyć! Chciałem pojechać do rodziców i też nic z tego nie będzie! Domu przed przyjazdem Jo też nie posprzątam! Przecież zrobiliśmy to tylko kilka razy. Czemu jestem taki słaby? – Wybucha niespodziewanie.

- Kochanie… – Uśmiecham się ze zrozumieniem, chowając Eli w ramionach. – Już dobrze. Nie denerwuj się.

- Nie masz pojęcia jak to jest. Kocham nasze dziecko, ale czasami bycie w ciąży podcina mi skrzydła.

Eli jest bliski łez. Obejmuję go ramieniem i przyciągam blisko siebie.

- Rozmawiałem z rodzicami. Jeśli chcesz, zaprosimy ich na wieczór. Jestem pewny, że w przyjemnością nas odwiedzą. Przygotuję ci kąpiel. Posprzątam w domu. Zrobię co zechcesz, tylko się na mnie nie gniewaj.

- Nie gniewam się na ciebie, lecz na siebie. Nie lubię być zależny od innych.

- Skarbie, ty nie jesteś zależny od innych. Masz męża, na którym zawsze możesz polegać.

- Nie chcę być dla ciebie ciężarem.

- Nie jesteś! – Zapewniam żarliwie. – Nie rozumiesz, że ja tylko czekam, aby sprawić ci przyjemność lub w czymś pomóc? To moja życiowa misja.

- Zawsze wiesz co powiedzieć, abym poczuł się lepiej.

- Od tego jestem.

- Nic mi nie jest, więc nie patrz tak, jakbym miał się rozpaść na kawałki. Odpocznę i wszystko wróci do normy.

- Gdybym wiedział…– Pełen skruchy wracam wspomnieniami do wczorajszej nocy. – Żałuję, że tak się to skończyło.

- Żałujesz? – Eli wydaje się zdziwiony. – Było magicznie.

- To prawda. Było. – Całuję go w policzek. – Byłoby bardziej magicznie, gdybyś teraz nie cierpiał. Przegiąłem. Powinienem dać ci spokój po pierwszym razie, gdy próbowałeś mnie powstrzymać.

- Ale cię nie powstrzymałem. Dobrze wiesz, że lubię się z tobą kochać.

Na policzkach Eli ponownie pojawia się uroczy rumieniec. Czuję satysfakcję, bo wiem, że on także wspomina te słodkie chwile, które miały miejsce nie tak dawno temu.

- Sprowokowałeś mnie. Następnym razem, gdy założysz na siebie coś seksownego, pamiętaj o konsekwencjach.

- A właśnie. Obiecałeś, że nie zniszczysz mojej bielizny. Podobała mi się.

- Mi także. I to bardzo. – Ocieram się policzkiem o policzek Eli. – Zwłaszcza, gdy zostały z niej jedynie strzępy, a ja mogłem wreszcie w ciebie wejść. – Szepczę, całując go po szyi.

- Zboczeniec – odpowiada – odchylając głowę. – Na nic nie licz. Dziś z pewnością nie będziemy się kochać. Jutro też nie.

- A pojutrze?

- Pojutrze przyjedzie Jo – przypomina mi o gościu, którego w żaden sposób nie będę mógł spławić.

- Jo…  – Wypowiadam jego imię jak soczyste przekleństwo, wywołując wesoły śmiech u mojego najdroższego oblubieńca.

- Wspominałeś o kartonie wypełnionym niespodziankami – szybko zmieniam temat na bardziej frywolny. – Nie mogę się doczekać aż zaprezentujesz mi resztę.

- Nic z tego. Nie chcę, abyś ją zniszczył.

- Nie zniszczę. Tylko trochę pomacam. Podotykam.

- A potem rozszarpiesz na strzępy? – Eli domyśla się prawdy.

- No dobrze. Przyznaję. Może i tak się stanie, ale spójrz na to z mojej perspektywy. Ten drobny szczegół nakręca mnie tak bardzo, że… – Właśnie. Jeśli szybko nie przestanę, za chwilę nie będę miał problem, z którym będę się musiał udać do łazienki. – Znajdź mi jakieś zajęcie, dobrze? – Odsuwam się od chłopaka, aby nie kusić losu.

- Możesz zacząć od śniadania. Dziecko jest bardzo głodne.

- Na co masz ochotę, Króliczku? – Uciekam z łóżka, zostawiając narzeczonego samego.

- Na sok pomarańczowy i tosty z miodem.

- A nasz synek? – Eli powinien zjeść więcej niż tylko jednego tosta.

- Hmm… Może sałatka ze szpinakiem i malinami? Możesz ją dla mnie zrobić?

- Mogę. Daj mi pięć minut.

***

Późne śniadanie w łóżku. Potem długa kąpiel w pachnącej pianie. Proste rzeczy. Mimo to bez wahania mogę postawić znak równości między nimi i seksem. Mam wrażenie, że moje serce przepełnione jest miłością tylko dlatego, że pomagam Eli umyć włosy lub karmię go malinami zanurzonymi w miodzie.

- Posmaruję cię olejkiem. – Motyle z moim brzuchu podrywają się do lotu na samą myśl, że za chwilę znowu będę dotykać jego ciała. Uśmiecham się do samego siebie. Bycie singlem ma swoje zalety. Nie twierdzę, że nie. Jednak bycie w związku jest o niebo lepsze.

- Nie posmarujesz.

- Nie chcesz? – Nie spodziewałem się odmowy. Eli smaruje brzuszek praktycznie od początku ciąży. To jego rytuał.

- Chcę, ale nie mam już olejku. Skończył się.

- To może zrobimy tak. Ty złożysz zamówienie, a ja w tym czasie zacznę sprzątać salon, ok?

- Nie chcę tkwić tu sam. – Smutna minka Króliczka sprawia, że ja także nie wyobrażam sobie zostawiać go samego choćby na chwilę.

- Zaniosę cię na dół.

- A pomożesz mi się ubrać?

- Tak.

Przerabiam sofę w salonie na miękkie gniazdo, złożone w puchatych koców oraz poduszek. Mój ukochany spędza czas rozmawiając z rodzicami przez telefon. Bardzo oględnie tłumaczy im, że wolałby odłożyć spotkanie do jutra. Rodzice zasypują go gradem dobrych rad, proponując wizytę u lekarza, odpoczynek, a nawet próbują namówić na zamówienie masażu.

Wizyta wykwalifikowanego masażysty to z pewnością dobry pomysł. W duchu gratuluję rodzicom, że wykazali się taką inicjatywą. Po chwili w mojej głowie zapala się czerwona lampka. Początkowy entuzjazm zmienia się w totalną niechęć, gdy okazuje się, że polecany przez nich specjalista to mężczyzna. Eli bezbłędnie odczytuje mój ponury nastrój. Dyplomatycznie oświadcza, że przemyśli propozycję i da znać.

- Masaż to w sumie dobry pomysł – rozważa na głos. – Musiałbym się rozebrać do naga, prawda?

- Moja odpowiedź brzmi NIE – oświadczam kategorycznie, walcząc z odkurzaczem.

- Dlaczego nie? To może być bardzo przyjemne doświadczenie.

- Jeśli tak ci zależy na masażu, ja chętnie się tobą zajmę.

- Z tobą jest inaczej. Dotykasz mnie w bardzo specyficzny sposób. – Robi pauzę. – Ciekawe czy ten specjalista zna jakieś techniki relaksacyjne dla ciężarnych. Jak sądzisz?

- NIE! – Warczę, broniąc swojego terytorium. – Kup olejek – przypominam mu o obowiązkach.

- Właśnie szukam czegoś odpowiedniego. – Króliczek wpatruje się w ekran komputera, przeglądając oferty sklepów internetowych.

- Czemu nie zamówisz tego, którego dotąd używałeś? Lubisz go.

- To prawda, ale… – Waha się.

- Ale co?

- Jest drogi i słabo wydajny.

- Drogi?! Żartujesz, tak? – Powoli tracę nad sobą panowanie.

Podchodzę do sofy i zabieram mu laptopa. Wpisuję w wyszukiwarce adres domu towarowego, w którym pracuje Harris.

- Tu masz robić zakupy, widzisz? – Loguję się na stronę. – Harris założył ci specjalny profil. Jeśli potrzebujesz pomocy, dzwonisz pod ten numer. Masz przydzielonego osobistego konsultanta, który w każdej chwili może ci doradzić. Kupisz olejek. Taki, jaki lubisz. Nie będziesz się więcej kierować jego ceną. Zamówisz dużo butelek, bo sam wiesz, że ten zapach idealnie współgra z twoją skórą. Dodasz też do koszyka wszystko to, co wyda ci się chociaż odrobinę interesujące. Czy wyrażam się jasno, czy też mam ci pokazać, że nie żartuję?

Spoglądam wymownie we fiołkowe oczy. Blondyn przez kilka chwil rozważa moje słowa, po czym kapituluje.

- Myślisz, że mają tu poduszkę ciążową? Przydałaby mi się.

- To na co czekasz? Poszukaj – oddaję mu sprzęt.

- Dobrze, dziękuję.

- Nie dziękuj. I przestań przejmować się pieniędzmi. Możesz wydawać na co zechcesz.

- Mogę kupić płótna i farby? Mam wielką ochotę namalować naszego dzidziusia w ramach prezentu dla rodziców. Drugi namalowałbym dla nas. Co sądzisz o moim pomyśle?

- Proszę, nie pytaj mnie o takie rzeczy – przyciągam do siebie ukochanego i namiętnie całuję. – Portret naszego synka do cudowny pomysł. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to dla ciebie zbyt męczące.

- Przecież odpoczywam.

Zakupy przypominają mi, że ja także mam dla Eli prezent. Kupiłem mu przecież bransoletki! Jak mogłem o nich zapomnieć? W dodatku teraz jest idealny moment, aby mu je dać.

- Za chwilę wracam – rzucam enigmatycznie, biegnąc po mój podarek.

Gdy wracam do salonu, osiemnastolatek wydaje się nieco zdezorientowany. Nie wie co myśleć o moim dziwacznym zachowaniu. Zna mnie. Cichy głosik słusznie podpowiada, że mąż znowu wpadł na jakiś szalony pomysł, który zdążył zrealizować, nie dzieląc się szczegółami.

Za to ja rozpływam się ze szczęścia. Ściskam obie bransoletki w dłoni, którą chowam za plecami.

- Zamknij oczy i wyciągnij ręce – proszę przymilnie.

- Max…

- Zaufaj mi. Bardzo cię kocham i chcę ci to okazać. No już – zachęcam małolata do współpracy. – Zamknij oczy – mruczę zmysłowo, klękając na dywanie.

Eli przygryza dolną wargę. Przesuwa laptopa, po czym pełen wątpliwości decyduje się ulec.

- Nie podglądaj – zastrzegam z góry.

- Nie zamierzam.

Delikatnie przesuwam opuszkami po wrażliwej skórze na jego ręce, a następnie odpinam pierwszą z bransoletek i owijam ją wokół króliczego nadgarstka.  

- Już? – Eli zaczyna się niecierpliwić. Puls od razu mu przyspiesza.

- Jeszcze nie. Teraz druga.

- Max…

- To zajmie dostawnie kilka sekund. Nie otwieraj oczu. – Próbuję się uporać z drugim zapięciem. Nie jest to łatwe, bo napięcie sięga zenitu. Wiedziałem, że tak będzie.

- Mam nadzieję, że to nie kajdanki.

- W sumie coś w tym jest – żartuję. – Możesz otworzyć oczy.


sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych Świąt!


Fanart autorstwa: Emy



- Obudziłem cię?
- Tak... - mamroczę sennie do słuchawki. Dlaczego on zawsze musi dzwonić w środku nocy i to w chwili, gdy śnią mi się najlepsze sny...? W dodatku z jego udziałem...
- Przepraszam... Zadzwonię później – kaja się.
- Nie... Zaczekaj... Nie rozłączaj się.
- Jesteś pewny? Mam tylko chwilę przerwy. Za kilka minut muszę wrócić na plan, ale tak bardzo chciałem cię usłyszeć... Proszę, nie gniewaj się za ten nocny telefon... - próbuje się tłumaczyć. Nie musi. Sam jego głos sprawia, że zgodziłbym się na wszystko, by był szczęśliwy.
- Nie gniewam się – odpowiadam rozkojarzony, próbując wymacać nocną lampkę, by dowiedzieć się która godzina. - Ja też za tobą tęskniłem – sięgam po mój zegarek. 4:12... z niedowierzaniem odczytuję z tarczy. Jessie, masz szczęście, że kocham cię naprawdę mocno... - Kiedy wracasz?
- Dzwonię właśnie w tej sprawie... Tylko nie krzycz, dobrze?
- Ostatnio mówiłeś, że przyjedziesz pod koniec tygodnia - przypominam mu.
- Wybrali moje zdjęcia do kolejnej kampanii, a Maggie każe mi przyjąć to zlecenie, więc zobaczymy się dopiero w wigilię.
- Co?! - gwałtownie siadam na łóżku – To za dwa tygodnie!
- Wiem, ja też jestem załamany.
- Już się zgodziłeś, prawda? - nie musiałem zadawać tego pytania. Po jego tonie dobrze wiem, jaką usłyszę odpowiedź...
- W agencji obiecali, że po tej sesji dostanę trzy tygodnie wolnego. Moglibyśmy wyjechać w jakieś ciepłe miejsce, tylko ty i ja... Tak okazja nie zdarza się często, więc pomyślałem sobie, że warto skorzystać. Proszę, powiedz, że się nie gniewasz. Pojedziemy gdziekolwiek zechcesz - kusi mnie w niezwykle uwodzicielski sposób. Chociaż dzielą nas setki kilometrów, to i tak jego słowa wywołują przyjemny dreszcz, który rozchodzi się wzdłuż mojego kręgosłupa.
- Nie musimy nigdzie wyjeżdżać. Wystarczy, że zabarykadujemy się w domu, wyrzucimy telefon, a ty nie opuścisz łóżka ani na chwilę.
- Obiecuję – nie widzę go, lecz wiem, że uśmiecha się w ten specjalny sposób, który zarezerwowany jest tylko dla mnie. Jego kocie oczy przepełnia radość, której nie widziałem na żadnych zdjęciach, a najznakomitsi fotografowie z całego świata pstrykają mu ich tysiące...
- Jessie, czekamy na ciebie... - w słuchawce słyszę obcy głos, który oznacza tylko jedno...
- Muszę już iść. Zadzwonię z hotelu, dobrze?
- Będę czekał.
- Kocham cię – czuję ciepło, które rozlewa się po moim ciele za każdym razem, gdy wypowiada te dwa słowa. Wkłada w nie tyle serca...
- Ja ciebie też.
- Pa – rozłącza się, zanim udaje mi się z nim pożegnać. Znowu jestem sam. Rzucam się na wielkie łóżko w naszej sypialni, po raz kolejny uświadamiając sobie boleśnie, że rozłąka jest beznadziejną...
Nie zawsze rozstajemy się na tak długo. Zazwyczaj towarzyszę Jessiemu w podróży, lecz tym razem musiałem zostać, by dopilnować wszystkiego przed wydaniem mojej pierwszej książki z przepisami, nad którą ciężko pracowałem przez ostatni rok. Po przeprowadzce do Mediolanu, i porzuceniu Fantazji, nie zdecydowałem się na otwarcie nowej cukierni, do czego mój chłopak, przez dłuższy czas, usilnie mnie namawiał. Od samego początku wiedziałem, że oznaczałoby to długie tygodnie spędzane osobno. Czekałem na niego tyle lat. Nie zamierzam popełniać błędów z przeszłości. Musi być blisko...
Wolny czas przeznaczyłem na prowadzenie bloga, który w szybkim czasie zdobył sporą popularność, dzięki czemu kilka znaczących wydawnictw zażarcie walczyło o współpracę ze mną. Wszyscy przekonani są o kolejnym sukcesie, a ja? Leżę samotnie w łóżku i tulę do siebie poduszkę. Wciąż pachnie tak jak on... Wolałem przesiadywanie w hotelach, niekończące się godziny na planach zdjęciowych lub uciekanie przed zakochanymi fankami, które są gotowe na wszystko, by choć przez chwilę mieć go tylko dla siebie. Gdyby wiedziały, że ich idol, po dniu pełnym wrażeń, potrafi być tak zmęczony, iż zasypia jeszcze w windzie, bo łóżko wydaje mu się zbyt odległą galaktyką, której i tak nie ma szans odnaleźć bez pomocy. A potem budzi się wcześnie rano i demoluje kuchnię. Nie umie zrobić nawet kakao, jednak tak bardzo się stara. Dla mnie... Mój słodki Jessie...
Dalsze spanie nie ma sensu. Ponownie zapalam lampkę i sięgam po czasopisma, które porozrzucane są przy łóżku. Na ich podstawie zamierzam zamienić nasze mieszkanie w prawdziwie bajkową krainę, by uczcić pierwsze wspólne święta. Dwa lata temu zostawił mnie i wyjechał, a w zeszłym roku wszystko podporządkowane było ślubowi Diany i Sebastiana. Jednak to już przeszłość. Dam mu to, z czego przez lata był brutalnie ograbiany.
Przyznaję, iż wysoko ustawiłem sobie poprzeczkę, ale nie zadowolę się byle czym. Aby sprostać wysokim wymaganiom, postanowiłem dobrze się do tego przygotować. Już wiele tygodni temu rozrysowałem perfekcyjny projekt, zamówiłem mnóstwo bombek, świecidełek oraz innych, niezbędnych rzeczy, którymi zamierzam ozdobić każdy milimetr naszego mieszkania. Oczywiście kluczowym punktem programu jest kolacja, którą spędzimy w gronie rodziny i przyjaciół, a także gwiazda wieczoru – gigantyczna choinka, przez którą będę musiał pozbyć się większości mebli z salonu. Jeśli chodzi o sprawienie radości mojemu ukochanemu, żadne kompromisy i półśrodki nie wchodzą w grę. Idę na całość, planując wystawną i ociekającą brokatem uroczystość, którą spędzimy z fantastycznymi ludźmi, pysznym jedzeniem oraz toną prezentów.
Właśnie, prezent... Chciałbym mu dać coś wyjątkowego. Jessie nie pamięta jak to jest znaleźć pod choinką coś wymarzonego, spakowanego w kolorowy papier i upchniętego pod stosem zbędnych rzeczy, takich jak kolejna para skarpet z mikołajem czy obciachowy sweter... Dla niego święta oznaczały samotne przesiadywanie w swoim pokoju, w jakiejś zimnej i bezdusznej szkole z internatem, gdzie umieścił go brat-idiota. Choinkę widział jedynie w centrum handlowym lub telewizji. Musiałem się sporo namęczyć, by wyciągnąć z niego te informacje. Tegoroczne przyjęcie wymaże złe wspomnienia. Już moja w tym głowa.


Do świąt został tydzień czasu. Wydawnictwo zawraca mi głowę ciągłymi telefonami, zmuszają do zorganizowania spotkań autorskich. Nie mam na to czasu. Za siedem dni mój chłopak wróci do domu, a ja nadal nie przygotowałem nawet połowy z zaplanowanych rzeczy.
Choinka już dawno powinna być ustrojona i gotowa, lecz pomylono zamówienia. Zamiast idealnie wyselekcjonowanego, symetrycznego i najbardziej świątecznego drzewka w historii, przywieziono mi sztuczne i plastikowe. Na szczęście ludzie z firmy dekorującej domy obiecali naprawić to przykre nieporozumienie. W przeciwnym wypadku zmiotę ich z powierzchni ziemi.
Wolny czas poświęcam na zakupy. Kupiłem serwis obiadowy na dwadzieścia  osób oraz obrusy, świeczniki, kieliszki, wino. Pamiętałem nawet o kwiatach. Wszystko ma być doskonałe, takie jak on... Zatrzymuję się na środku alejki modnego centrum handlowego i odkładam pakunki na ławkę. Wyciągam swój telefon i przez chwilę wpatruję się w nasze wspólne zdjęcie, które Jessie zrobił nam krótko przed wyjazdem. Jest piękny. Jasna skóra, złote włosy, błękitne oczy... Jeszcze siedem dni... Naciskam zielony przycisk, lecz włącza się poczta głosowa. Cholera... Wiem, że oddzwoni, gdy tylko skończy pracę, ale to nie to samo... Zrezygnowany wpycham urządzenie do kieszeni. W tej samej chwili zaczyna wibrować. Z mocno bijącym sercem spoglądam na wyświetlacz. Dzwoni Kevin. Dlaczego on?
- Halo?
- Collin, dobrze że cię złapałem. Musimy porozmawiać.
- Coś się stało? - model przebywa obecnie razem z moim ukochanym na jednej z egzotycznych wysp.
- I tak, i nie – zaczyna się nerwowo śmiać.
- Nie wkurzaj mnie, Kev i mów o co chodzi – nie będę tracił czasu na konwenanse, zwłaszcza w chwili, w której moja miłość może mnie potrzebować.
- Collin, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale jestem zakochany i postanowiłem się oświadczyć.
- To świetnie, gratuluję – zapewniam go.
- Myślisz? Tak się denerwuję... - zdradza swoje prawdziwe uczucia.
- Nie ma czym. To nie boli – nie umiem ukryć sarkazmu, ale podniósł mi ciśnienie swoimi wygłupami, więc sam się o to prosił.
- Skąd możesz wiedzieć, skoro sam nigdy wcześniej nie próbowałeś?! - oburzenie chłopaka sprawia, że muszę odsunąć aparat od ucha.
- Skąd wiesz, że nie? - odpowiadam pytaniem na jego pytanie.
- Bo gdybyś to zrobił, to Jessie od razu by mi o tym powiedział. W każdym razie ja już zdecydowałem. Idę na całość w te święta. Zarezerwowałem pokoje hotelowe i zaprosiłem naszych rodziców. To będzie niespodzianka.
- Super, już teraz życzę wam dużo szczęścia.
- Dzięki, stary. Wiedziałem, że zrozumiesz – słyszę ulgę w jego głosie.
- Zrozumiem? - dziwię się.
- No wiesz, skoro zamierzam się oświadczyć w wigilię i zaprosiłem rodziców, więc nie przyjedziemy do Mediolanu...
- Co takiego?! - krzyczę do słuchawki. - Od dawna planowałem idealne święta, a ty chcesz się wyłamać?!
- Wybacz... Po prostu nie mogę już dłużej czekać. Muszę się ożenić. Rozumiesz mnie?
- Rozumiem – mruczę niezadowolony.
- Proszę, nie gniewaj się. Wiem, że to bardzo ważne, ale...
- Jasne, nie musisz mi tłumaczyć. Kupiłeś już pierścionek?
- Tak! Jeśli chcesz, to przyślę ci zdjęcie. Jest boski!
- Jestem pewny, że Weronika będzie zachwycona.
- A ja jestem pewny, że zorganizujesz idealne święta dla Jessiego. On bardzo za tobą tęskni.
- Ja za nim też – dodaję.
- Wracam do pracy. Nie masz pojęcia do czego nas tu zmuszają... Cały dzień musimy obściskiwać jakieś rozebrane laski... Masakra.
- Rozebrane? Jessie nic mi nie mówił...
- Bo ma znacznie gorzej. Uparły się na niego i nie dają chwili wytchnienia. Blondyni zawsze mają większe wzięcie. Trzymaj się i wesołych świąt.
Z wściekłością zaciskam palce na smartfonie i liczę do dziesięciu. Przez najbliższe trzy lata Jessie będzie pracować dla agencji... Niech tylko wróci do domu...

Do świąt pozostało pięć dni. Staram się nie myśleć o tym, że w mieszkaniu panuje bałagan, nie udało mi się kupić żadnego prezentu, a mój drogi Jessie nie odezwał się do mnie ani słowem przez ostatnie sześćdziesiąt osiem godzin. Pewnie jest zajęty... Ja również nie narzekam na nudę. Wczoraj, robiąc czekoladki, wypiłem za dużo alkoholu. Musiałem odreagować... Instagram tonie w zdjęciach. Każda ze znanych mi modelek wrzuciła kilkanaście nowych zdjęć. Piękne dziewczyny siedzące Jessiemu na kolanach, całujące go, uśmiechające się i zazwyczaj odziane tylko w skąpe bikini... Po prostu cudownie... Wiem, że promocja jest ważna, lecz trudno pozostać obojętnym na widok ukochanej osoby, do której kleją się najpiękniejsze kobiety świata...
Skonany sprzątaniem i gotowaniem, kładę się do łóżka w środku nocy. Gaszę światło i staram się wyciszyć, nie myśląc o obcych, lubieżnych dłoniach, które dotykają mojego faceta. Wiem, że mnie nie zdradzi. Jednak zazdrość, która podsyca chore wizje, zatruwa moje serce jadem... Sięgam po telefon i po raz kolejny wybieram jego numer.
- Collin, jeszcze nie śpisz? - skąd ta wesołość w jego głosie? Mówił, że za mną tęskni, a już zdołał się pocieszyć?
- Dlaczego nie oddzwoniłeś?! - nie powinienem na niego krzyczeć, lecz nie umiem się powstrzymać.
- Przepraszam, nie chciałem cię budzić.
- A może to nie jedyny powód? - drwię.
- No coś ty, Collin...
- Dobrze się bawisz, Jessie? Słyszałem, że nagie kobiety wolą złotowłosych chłopców...
- Skąd o tym wiesz? - wpada w panikę.
- Nie od ciebie...
- To tylko praca! Ja nigdy nie...
- Wiem, że nie, do cholery! Masz odbierać pieprzony telefon, gdy do ciebie dzwonię! Albo oddzwaniać, gdy zdjęcia dobiegają końca. Czy wymagam zbyt wiele?!
- Nie... Przepraszam... - szepcze do słuchawki. Świetnie... Teraz będzie się obwiniać i nie zaśnie do rana, a potem zmęczony nic nie zje, a przecież czeka go kolejny wyczerpujący dzień. Szlag by to wszystko trafił!
- To ja przepraszam. Nie chciałem tak na ciebie naskoczyć. Bardzo za tobą tęsknię. Zdenerwowałem się, bo tak długo się nie odzywałeś. Wariuję tu bez ciebie.
- Przysięgam, że nie zrobiłem nic złego. Możesz zapytać Kevina, jeśli chcesz. Albo Maggie. Przez cały czas była ze mną.
- Wiem, skarbie. Nie gniewaj się na mnie.
- Nie gniewam się. W każdej chwili możesz przyjechać i sprawdzić co robię. Nie mam nic do ukrycia.
- Chciałbym, dobrze wiesz, ale jutro znowu idę do wydawnictwa.
- Jak idzie sprzedaż książki?
- Za dobrze. Próbują wymusić, abym napisał następną.
- Jestem z ciebie taki dumny. Wiedziałem, że osiągniesz oszałamiający sukces. - To prawda. On jeden, od samego początku, był święcie przekonany, że książka zostanie dobrze przyjęta. Skąd w nim tyle wiary we mnie?
- Przez te głupoty nie mogę być blisko ciebie.
- A ja się cieszę – odpowiada radosny jak skowronek. - Uczcimy twój sukces, gdy tylko wrócę do domu.
- Jessie, kiedy wracasz?
- Zdjęcia kończymy w nocy, więc biorąc pod uwagę przesiadkę oraz różnicę czasu, powinienem być w domu około 22:00.
- Nie ma wcześniejszego lotu?
- Weronika sprawdziła wszystkie możliwości. To jedyny lot. Jeśli się spóźnię na samolot, nie wydostanę się z wyspy aż do nowego roku.
- Będę czekać na lotnisku.
- Wolałbym, abyś zajął się moim bratem i dzieciakami. Sam wiesz jaki potrafi być.
- Przyjadę po ciebie. Koniec dyskusji – irytuję się.
- Dziękuję. Jesteś taki kochany – uczucie w jego głosie sprawiają, że czuję się podle. Jessie nigdy nie podnosi na mnie głosu. Gdy jest mu przykro, od razu zamyka się w sobie.
- Kocham cię.
- To dobrze, bo mam dla ciebie coś wyjątkowego, zobaczysz – cieszy się jak dziecko.
- Prosiłem, abyś niczego mi nie kupował, prawda?
- Collin... Nie mówiłeś tego poważnie... Wiem, że nie lubisz prezentów, ale dla mnie musisz zrobić wyjątek.
- Ty jesteś moim wymarzonym prezentem. Niczego więcej mi nie potrzeba.
- To się jeszcze okaże, zobaczysz – chichocze. - Muszę kończyć, bo Maggie się wścieka.
- Daj mi ją do telefonu.
- To nie wszystko. Zabroniła mi jedzenia czekolady w święta.
- Nie przejmuj się nią – bagatelizuję problem.
- Nie rozumiesz. Maggie zastrzegła, że jeśli przez te trzy tygodnie przytyję chociaż 100 gram, wyśle mnie na obóz kondycyjny z Rexem. Kevin mówił, że Rex kazał mu wstawać o czwartej rano. Dlatego proszę cię, nie rób czekolady, dobrze?
- Jasne, żadnej czekolady.
- Zadzwonię jutro, dobrze? Wieczorem idziemy na przyjęcie.
- Dobrze.
- Dobranoc, Collin.
- Dobranoc, skarbie.
Sięgam po swój planer i dopisuję do listy, by z samego rana zasypać Maggie czekoladą. Sprawdzimy, czy przez trzy tygodnie nie utyje...

Na trzy dni przed przyjazdem Jessiego podziwiam efekty pracy, którą wykonał za mnie zatrudniony profesjonalista. Zrealizował w pełni mój projekt, co jeszcze nie tak dawno temu wydawało mi się zupełnie nierealne. Nasz salon wygląda nieziemsko. Początkowo chciałem, by podobnej metamorfozie poddać całe mieszkanie, lecz dekorator wnętrz stwierdził, że to byłaby zbyt daleko idąca przesada. Czy ma rację? Nie wiem. Skoro na mnie robi to tak piorunujące wrażenie, to nie mogę się doczekać reakcji Jessiego oraz dzieciaków. Chłopcy powinni być zachwyceni piernikowym domkiem, który ustawiłem w ich pokoju.
Teraz wystarczy, że przygotuję kolację oraz deser i będę mógł w końcu się odprężyć. Znowu dzwoni telefon. Uśmiecham się na samą myśl, że to mój jasnowłosy. Niestety, to jego brat...
- Nie wierzę... Taki zaszczyt... - mam nadzieję, że nie wyczuje niechęci, którą do niego żywię.
- Wesołych Świąt, chociaż sądząc po tonie twojego głosu...
- Justin, staram się być miły, ale jeśli będziesz mnie celowo prowokować, to...
- Nie będę. Dzwonię w zupełnie innej sprawie. Chodzi o nasz przyjazd.
- Wynająłem już samochód i dołożę wszelkich starań, abyś ty, twoja żona oraz dzieci... - cedzę przez zaciśnięte zęby, bo mówiąc szczerze, mało jest osób, których nie lubię równie mocno, jak kochanego braciszka.
- Nie przyjedziemy, więc możesz sobie darować te sztuczne frazesy.
- Nie przyjedziecie?!
- Ojciec żony miał wypadek samochodowy i złamał nogę. Nie możemy zostawić rodziców samych w takiej sytuacji.
- Dlaczego dzwonisz z tym do mnie, a nie do Jessiego? To on was zaprosił.
- Dzwonię do ciebie, bo to ty mu o tym powiesz, Collin.
- Jeśli myślisz, że... - próbuję się bronić. Rozumiem, że jego teściowe przechodzą w tej chwili naprawdę ciężkie chwile, lecz on jak zawsze myśli tylko o sobie.
- Zrobisz to, co mówię, bez dyskusji – trudny z niego przeciwnik, ale do mnie mu daleko.
- Nie jestem jak twój braciszek. Nie będziesz mną rządzić, tchórzu. Wykręcisz jego numer i sam przekażesz mu wieści o waszych rodzinnych problemach.
- Collin, weź pod uwagę uczucia Jessiego. Jeśli dowie się ode mnie, pomyśli, że celowo unikam spotkania z nim, co nie jest prawdą. Masz pojęcie jak chłopcy cieszyli się na ten wyjazd? Siedzą smutni w swoim pokoju i są na mnie obrażeni.
- Nie dziwię się im.
- Powiesz mojemu bratu, że przepraszam. Powiesz mu także, że w zamian za to, spędzicie z nami ferie zimowe w Aspen. Całe dwa tygodnie. Wynająłem duży, rodzinny domek.
- Jasne. Coś jeszcze?
- Porozmawiaj z chłopcami. Powiedz im, że to nie moja wina.
- Dlaczego ja?
- Bo cię o to proszę – wydaje się szczery...
- Dobrze, daj ich do telefonu – zrezygnowany czekam aż Justin wedrze się do ich twierdzy.
- Halo? Wujek? - przekrzykują się.
- Cześć, tu Collin.
- Collin! Tata mówi, że nie przyjedziemy na święta! - rozpacz w głosie najstarszego syna jest całkowicie zrozumiała. Od dawna obiecywaliśmy dzieciakom różne atrakcje...
- Przykro mi, ale wasz dziadek naprawdę was teraz potrzebuje.
- To niesprawiedliwe! - zaczyna płakać.
- Wiem, ale wkrótce się zobaczymy, obiecuję.
- A nasz domek z pierników? Przyjechał już?
- Tak. Zabiorę go do Aspen. Tata z pewnością już wam mówił, że spędzimy razem ferie. Nauczycie mnie jeździć na nartach. Będzie fajnie. Tu nawet nie ma śniegu – próbuję ich przekupić. Jessie nie ma z tym większych problemów. Może mi też się uda?
- To nie to samo.
- Dziadek jest chory. Nie możecie zostawić go samego.
- To on wpadł na pomysł wspólnych ferii zimowych.. - chłopiec powoli zaczyna mięknąć.
- Tym bardziej powinniśmy zadbać, by był w pełni sił. Mogę na was liczyć, dzieciaki? Zadbacie o dziadka?
- A choinka? I nasze prezenty? - dopytuje młodszy.
- Zrobimy tak. Jutro z samego rana wyślę je do was samolotem, ok? Jestem pewny, że dotrą na czas. Może być?
- Wolałbym spotkać wujka Jessiego.
- A ja się zgadzam. Dostaniemy prezenty! - cieszy się jego braciszek.
- Dzięki, Collin. Jestem twoim dłużnikiem – po co mi wdzięczność Justina, skoro tym jednym telefonem połowa przygotowań poszła na marne?
- Nie pozwolę ci o tym zapomnieć...
- Wesołych świąt! Pozdrów Jessiego.
- Pa, Justin – ty podły, przebrzydły, niesłowny wężu!
Wykorzystał pretekst w postaci teścia... Jeśli się okaże, że staruszek nie ma złamanej nogi, obedrę go ze skóry własnymi rękami...
Niebieskooki będzie załamany. Kocha te maluch ponad wszystko... Na szczęście jeszcze nie wszystko stracone. Przyjadą Diana z rodzina oraz moi rodzice.

Wigilijny poranek... Jeszcze raz upewniam się, czy wszystko jest idealne, takie jak chciałem. Do przyjazdu Jessiego zostało mnóstwo czasu. Spoglądam na niebo. Mój ukochany leci do mnie. Po ponad trzech tygodniach rozłąki wreszcie będę mógł go przytulić, pocałować, zasnąć przy jego boku... To zabawne jak zmienia się nasz życie, gdy zostajemy pozbawieni ulubionych rytuałów... Nigdy więcej nie pozwolę, by zostawił mnie na tak długo samego.
Około czternastej odbiorę siostrę z lotniska. Nie mogę się doczekać ich przyjazdu. Stęskniłem się za moim małym rudzielcem, Sebastianem i Jessicą, która skradłaby moje serce, gdyby nie fakt, że wcześniej dobrowolnie oddałem je Jessiemu. Nasza księżniczka jest najbardziej rozpieszczonym dzieckiem na świece. Obsypujemy ją prezentami i kochamy najmocniej jak się da.
Około południa Jessiego czeka przesiadka. Obiecał, że wtedy do mnie zadzwoni. Z niecierpliwością czekam na tę chwilę. Pakuję prezenty, które dla niego wybrałem. Ciężko kupić coś chłopakowi, który ma wszystko. Przez całe życie najbardziej brakowało mu miłości. Nikt się o niego nie troszczył. Był zdany tylko na siebie, a mimo to z nieporadnego dziecka zmienił się we wspaniałego faceta. Jego dobroć i radość sprawiają, że kocham go milion razy mocniej niż powinienem. Czasami wydaje mi się, że ta miłość rozsadzi mnie od środka, bo nie jestem w stanie w wystarczający sposób okazać mu jak bardzo jest mi drogi. Dziś to się zmieni... Idę do kuchni i robię sobie kubek gorącej czekolady. Następną czekoladę wypiję przytulony do Jessiego. Uśmiecham się do siebie na samą myśl o tej chwili. Jeszcze tylko kilka godzin...
Przed trzynastą dzwoni do mnie Diana. Dziwne, przecież powinni być w samolocie...
- Siostrzyczko, narażasz innych pasażerów, w tym własną córkę, wiesz o tym? - staram się dawać jej dobry przykład, lecz czasami nawet pozycja starszego brata to za mało, by wpłynąć na tego uparciucha.
- Collin, my nie przyjedziemy. Jessica ma gorączkę.
- Jeśli uważasz, że to dobry żart, to się mylisz... - nadal uśmiechnięty staram się zachować spokój.
- Nie żartuję. Byliśmy na lotnisku, ale mała tak bardzo marudziła, że zabraliśmy ją do szpitala. Lekarz mówi, że to tylko ząbki, ale w tym stanie tak daleka podróż nie jest wskazana.
- Przecież nie podróżujecie samochodem, a pierwszą klasą. Przez dwie godziny lotu w luksusowych warunkach, nic się jej nie stanie.
- Mówisz tak, bo sam nie masz dzieci. Gdy zostaniesz ojcem, zrozumiesz – obraża się na mnie.
- Wiesz ile wysiłku kosztowało mnie przygotowanie świąt i udekorowanie mieszkania? A ty dzwonisz w ostatniej chwili i mówisz mi, że nic z tego?!
- Collin, nie krzycz na mnie, bo to niczego nie zmieni! Zrozum, że mała ma gorączkę. Jedziemy do rodziców. Pomogę nam.
- Rodzice też nie przyjadą?!  - porcelanowy kubek upada na podłogę i roztrzaskuje się w drobny mak.
- Przykro mi, że popsułam twoje plany. Jestem pewna, że Jessie zrozumie. Jest już dorosły, a ja staram się być odpowiedzialną matką...
- Która wpada w panikę w byle powodu! Jeden jedyny raz o coś was poprosiłem, jeden raz!
- Collin! Chyba nie masz pretensji do małego dziecka?
- Nie, mam pretensje tylko do siebie! Ale co ty możesz o tym wiedzieć? 
- Przecież możecie przyjechać do nas... - stara się załagodzić sytuację.
- Jasne. Będziemy w kontakcie.

Po kilku godzinach znowu do mnie dzwoni. Tym razem rozmawiamy bez zbędnych emocji. Mała czuje się lepiej, ale gorączka się utrzymuje. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do siebie.
Rozmawiam także z rodzicami, którzy starają się mnie wesprzeć. Tylko co oni mogą wiedzieć? Czy byłem zbyt zuchwały? Spełnienie jednego marzenia okazało się niemożliwe. Zaprosiłem dwanaście osób, które jedna po drugiej, po prostu się wykpiły. Jak zawsze okazało się, że Jessie, mój Jessie, nie jest dla nich dość ważny. Serce mi pęka, gdy widzę ustrojony stół, zastawiony nową zastawą. Boję się jego reakcji, gdy dowie się prawdy. Nie chcę widzieć w jego oczach odrzucenia i bezsilności. Miał być szczęśliwy...
Gaszę światła i zaciskam palce na kluczykach od samochodu. Ulice są prawie puste. Bez najmniejszego problemu podjeżdżam na lotnisko. Parkuję auto i spoglądam w ciemne niebo, chowając dłonie do kieszenie skórzanej kurtki.
Podchodzę do szklanej szyby i obserwuję jak wielki, biały samolot ląduje na wyznaczonym pasie. Większość podróżnych już dawno dotarła na miejsce. Tylko nieliczni czekają, by odebrać swoich bliskich. Jessie rzuca się na mnie, mocno obejmując.
- Tęskniłem – szepcze w moją szyję, nie chcąc się odsunąć nawet o milimetr. - Tak bardzo tęskniłem. - Jest przemęczony i wychudzony. Ciemne cienie pod oczami zdradzają, że tak długa podróż mocno się na nim odbiła.
- Czy mi się wydaje, czy twoja walizka wygląda na znacznie większą? - zauważam drastyczną zmianę w jego bagażu.
- To niespodzianka – uśmiecha się tajemniczo.
- Nic mi nie powiesz? - staram się odwrócić jego uwagę, by zadać ten zimny cios najpóźniej jak się da...
- Dowiesz się w domu – śmieje się.
- Ja też mam dla ciebie niespodziankę – zaciskam wargi w wąską linię, ledwo nad sobą panując. Upycham jego rzeczy w bagażniku i wsiadam do samochodu.
Mój chłopak jest milczący. Opiera głowę na siedzeniu i wpatruje we mnie. Ja też nic nie mówię. Skoro już teraz brakuje mi słów, to co będzie później?
Obserwuje jak Jessie otwiera drzwi od naszego mieszkania, korzystając ze swoich kluczy. Przekręca zamek i wchodzi do środka. Zapalam światło na korytarzu. Zdejmuje płaszcz i obdarza mnie najpiękniejszym z uśmiechów. Nie zasłużyłem na niego.
- Co się dzieje, Collin? Zrobiłem coś nie tak? - dopytuje.
- Nie, oczywiście, że nie. Po prostu jest mi przykro...
- Przykro? – podchodzi do mnie i z troską dotyka policzka. - Ktoś wyrządził ci jakąś krzywdę?
- Nie mi, a tobie – odpowiadam niechętnie.
- Nie rozumiem.
- Więc chodź ze mną – biorę go za rękę i prowadzę do ciemnego salonu. Sięgam do włącznika i naciskam przycisk. Pokój od razu tonie w setkach lampek, które porozwieszane są na oknach i ścianach, imitując spadający śnieg. Rozświetlają także złote sanie Świętego Mikołaja, które ciągną poustawiane w pary interaktywne renifery.
- Collin... To jest... - zaskoczonemu Jessiemu brakuje słów. Po jego twarzy widzę, że jest zachwycony. Stoi w wejściu, chłonąc moją świąteczną wizję z szeroko otwartymi oczami. Po chwili nieśmiało wchodzi do środka i wyciąga dłoń w kierunku olbrzymiej choinki.
- Podoba ci się? - pytam z nadzieją w głosie.
- Tak... - odwraca twarz w moja stronę. Po policzkach płyną mu łzy. - Nie musiałeś...
- Musiałem, wierz mi, że musiałem – delikatnie ścieram mokre ślady, całując go lekko w usta.
- Kocham cię – przytula mnie mocno.
- Ja ciebie bardziej.

Po pewnym czasie, gdy Jessie nacieszył się wszystkimi atrakcjami, siadamy przy wielkim stole. Mój ukochany zachowuje się tak, jakby nie dostrzegał braku zaproszonych gości.
- Chciałem, abyśmy spędzili święta z rodziną, ale nie wyszło...
- Collin... Ty jesteś dla mnie najważniejszy. Nie ma takich słów, którymi mógłbym wyrazić jak bardzo jestem ci wdzięczny.
- Nie chcę twojej wdzięczności. Zależy mi na tym, abyś kochał tylko mnie – po raz pierwszy odpowiadam szczerym uśmiechem na jego uśmiech.
- Kocham tylko ciebie. Najbardziej na świecie – znowu zaczynając płakać.
- Przestań, bo zgaszę światło – ostrzegam go.
- Nie zrobiłbyś tego – śmieje się, broniąc dekoracji.
- Masz rację. Nie umiem ci niczego odmówić.
- Wiesz, że od teraz już zawsze chcę tego wszystkiego? Na każde święta - nadal rozgląda się po otoczeniu, zahipnotyzowany. Może rzeczywiście troszeczkę przesadziłem, ale z drugiej strony to bezcenne uczucie, móc przyglądać się jak bardzo jest szczęśliwy. I zmęczony.
- Chodź do łóżka. Wyglądasz na skonanego.
- Nie chcę.
- Nie zachowuj się jak dziecko. Za chwilę zsuniesz się z krzesła i będę musiał zaciągnąć się do sypialni.
- Proszę, pozwól mi tu zostać – robi smutną minę. - Boję się, że jeśli stąd wyjdę, to wszystko zniknie.
- Nie zniknie. Zobaczysz – wstaję od stołu i zmuszam, by poszedł ze mną do sypialni. Pomagam mu zdjąć garnitur. Gdy odpinam guziki koszuli, praktycznie chwieje się na nogach.
- Chcę jeszcze raz zobaczyć... - mruczy sennie, walczą z opadającymi powiekami.
- Rano, skarbie. Obiecuję, że rano... - całuję go w czoło i układam na poduszkach. Natychmiast zasypia.

Z przyzwyczajenia budzę się zbyt szybko. Za okami nadal jest ciemno i deszczowo. Wyciągam rękę, by przytulić się do uwielbiającego ciepło niebieskookiego aniołka, lecz natrafiam wyłącznie na zimną pościel. Nie ma go? Zapalam lampkę. Tak jak przypuszczałem, nie ma nawet szóstej... Bardzo cichutko zakradam się do salonu. Jasne światełka świątecznych dekoracji są tak intensywne, że aż bolą mnie oczy. Rozglądam się po pokoju, lecz nie widzę mojej zguby. Gdy mam już dzwonić na policję, by zgłosić zaginięcie, słyszę jego ściszony szept.
- Tutaj jestem – siedzi skulony przy ścianie. Ma na sobie ulubiony, błękitny szlafrok i bose stopy.
- Przez chwilę wydawało mi się, że ktoś cię porwał. Co tu robisz? - podchodzę bliżej i siadam obok niego.
- Stąd jest najlepszy widok – układa głowę na moim ramieniu.
- Nieprawda. Choinkę najlepiej obserwować z sofy. Chodź i sam się przekonaj – proponuję.
- Tu mi dobrze.
- Zmarzniesz.
- Nie, jeśli mnie przytulisz.
- Jestem wobec ciebie zbyt uległy – pozwalam mu umościć się w swoich ramionach i przeczesuję palcami wciąż nieco wilgotne, złote pasma.
- Nigdy się nie zmieniaj – prosi. - Bądź dla mnie taki zawsze... I nakarm mnie czymś, bo umieram z głodu.
- Na co masz ochotę?
- Na ciebie. I czekoladę – wesołe iskierki tańczą w jego cudownych oczach.
- Ponoć nie wolno ci jeść mojej czekolady.
- Ponoć zrobisz dla mnie wszystko – droczy się ze mną.
- To prawda – wyplątuję się z jego objęć. - Zrobimy tak. Ty wrócisz grzecznie do łóżka, a ja przyniosę ci to, co lubisz najbardziej, dobrze?
- Zostańmy tutaj... - nie wolno mi ulec temu spojrzeniu... Wiem, że robi to celowo, by mieć mnie w garści.
- Nie – uciekam do kuchni, by jego urok przestał na mnie działać.
- Jesteś wredny – oświadcza obrażony, okrywając się szczelnie kołdrą.
- A ty wyjątkowo piękny – siadam obok niego i nabieram na łyżeczkę odrobinę musu czekoladowego. - Spróbujesz? - Bawi mnie jak ze sobą walczy. Z jednej strony chciałby udawać twardego, ale z drugiej... Czekolada to wciąż jego największa słabość. W dodatku sam przyznał, że jest głodny... Taką okazję trzeba wykorzystać...
- Mmm... - zamyka oczy, by rozkoszować się ulubionym smakiem. - Kocham cię... - oblizuje wargi.
- Kochasz mnie?
- Nie, czekoladę – mruczy.
- Jesteś jak kot...
- A ty jesteś... - pozwalam mu zjeść jeszcze trochę. - Uwielbiam...
- Jessie... - unosi powieki, udając niewiniątko.
- Tak mi dobrze. To najbardziej wyrafinowany smak na świecie i tylko ty potrafisz sprawić, że za każdym razem smakuje tylko lepiej. Osiągnąłeś poziom mistrzostwa.
Oszukuję, wyciągając łyżeczkę w jego stronę, lecz gdy tylko rozchyla wargi i przymyka powieki, całuję go bardzo namiętnie. Smakuje czekoladą, ale przede wszystkim Jessiem...
- To ciebie powinno się opatentować... - śmieje się.
- Mnie? Oddałbyś mnie innym, by mogli spróbować?
- Nigdy!
- Zazdrośnik z ciebie – przesuwa opuszkami po moim policzku, więc decyduję, że zasłużył na jeszcze odrobinkę słodyczy.
- A z ciebie nie? - odbijam piłeczkę.
- Ze mnie? Ja lepiej się kontroluję. Tymczasem ty... Znasz w ogóle znaczenie tego słowa?
- Nie – oto brutalna szczerość w moim wykonaniu. Ma być mój i tylko mój. By mu to udowodnić, po raz kolejny sięgam po jego słodkie usta.
- Jeszcze...
- Jeszcze czekolady, czy jeszcze pocałunków?
- Są święta, więc będę zachłanny i powiem, że chcę wszystkiego.
- Zasługujesz na wszystko, mój kochany – zapewniam go.
- Nie zasługuję na ciebie, ale jesteś tu ze mną i sprawiasz, że czuję się wyjątkowy. Przy tobie jest mój dom...
Odkładam łyżeczkę do szklanego pucharka i odstawiam na stoliku nocnym.
- Nie... - Jessie robi smutną minę, spoglądając w jego kierunku.
- Tak... - zrywam z niego kołdrę z zrzucam ją na ziemię.
- Nie! - zaczyna się śmiać, otwierając dla mnie swoje ramiona.
- Nie? - dziwię się. - Nie chcesz mnie?
- Bardzo cię chcę, ale nie otworzyliśmy jeszcze prezentów i...
- Masz rację – unoszę się nieco w górę i sięgam po pasek jego szlafroka. - Z największą przyjemnością odpakuję mój prezent.
Jego oczy... Sposób, w jaki na mnie patrzy... Pożądanie, które w nim wzbudzam...
- Nie chcesz zobaczyć, co dla ciebie mam? - nie musi się wysilać, by mnie uwieść.
- Jesteś, byłeś i będziesz najcudowniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałem – rozsuwam miękki materiał na boki, by odsłonić lekko opalone ciało. Jest szczupły i wysportowany. Z przyjemnością obserwuję, jak przygryza dolną wargę, gdy przesuwam palcem wskazującym po jego umięśnionym brzuchu.
- Nie rób tak... - ledwo go dotykam, a on już cały drży. Tylko ja potrafię doprowadzić go do takiego stanu.
- Zastanawiam się co by tu z tobą zrobić...
- Nie dręcz mnie... – jego głos zaczyna się rwać, zdradzając duże napięcie.
- Jeszcze nic ci nie zrobiłem, a ty już się żalisz?
- Collin... Tak bardzo cię pragnę... - szuka moich ust, ale odsuwam się w ostatniej chwili.
- Nie, skarbie.
- Ale ja tak bardzo proszę...
- O co mnie prosisz? O to? - pochylam się nad nim i przesuwam językiem po rozgrzanej skórze.
- Ach... - wyrywa mu się ciche westchnienie. To za mało. Stać go na znacznie więcej...
Znam jego ciało... Każdy milimetr tej cudownie gładkiej skóry... Wiem, jak doprowadzić go na skraj wytrzymałości w przeciągu sekund, ale nie dziś...
- Pobawisz się ze mną, Jessie?
- Ja... - nie wie co odpowiedzieć? Nie szkodzi. Sam zdecyduję...
Biorę mój porzucony pucharek i nabieram na łyżeczkę odrobinę czekolady. Nadal jest zimna, a on taki gorący... Rozsmarowuję odrobinę musu na jego klatce piersiowej. Wzdryga się. W każdej chwili może mnie powstrzymać, jednak nie robi tego... Dobrze wie, że za chwilę wzniecę prawdziwy pożar.
Mój zwinny język leniwie zlizuje czekoladowy trakt, który wiedzie mnie w dół jego brzucha.
- Collin...
- Leż grzecznie, albo cię przywiążę.
- Nie rób tego... Ja chcę...
- Czego chcesz, mój słodki?
- Dotykać cię...
- Pozwoliłem ci na to?
- Nie, ale...
- Znasz zasady, prawda?
- Proszę... Nie bądź taki... - jęczy cicho, gdy jego sutek znajduje się w moich ustach. To odwróci jego uwagę na pewien czas. Chcę się delektować smakiem jego skóry, by zatracił poczucie czasu, poddał się moim pieszczotom... Oddał mi w zupełności...
- Jessie... Odpręż się...
- Proszę... Już wystarczy...
- Nie, skarbie. Nie wystarczy – pieszczę jego członka samym koniuszkiem języka. Jasnowłosy wije się pode mną, więc muszę przytrzymać jego biodra, by mi się nie wyrywał.
- Collin... Bła-Błagam cię... - nie powinienem, wiem, ale nic na to nie poradzę. Najbardziej kreci mnie, gdy jest w takim stanie. Teraz wystarczy, że zacisnę na nim usta i zacznę mocniej ssać, a za chwilę dojdzie. Nie chcę, by się dłużej wstrzymywał.
Zaraz po orgazmie wygląda nieziemsko... Zdyszany. Jego serce bije tak mocno, klatka piersiowa unosi się rytmicznie do góry, policzki są zaróżowione, a usta... Muszę go pocałować. Natychmiast.
Gdy dochodzi po raz pierwszy, potem jest mu już znacznie łatwiej. Przestaje ze mną walczyć, nie opiera się. Grzecznie bierze wszystko, co mu daję. A ja chcę mu dużo dać... Bardzo dużo...
- Nie śpij, Jessie. Nie skończyliśmy – chłopak niechętnie unosi powieki. Nadal jest zmęczony. - Jeszcze ten raz...
- Mmm... Nie chcę spać... Chcę ciebie. Teraz.
- Jak sobie życzysz, kochany.
Moje niecierpliwe dłonie kolejny raz zaczynają błądzić po jego ciele. Już nie jestem w zabawowym nastroju. Pożądanie podpowiada, aby był mój. Jednak zanim to nastąpi, muszę go przygotować, by nie zrobić mu krzywdy.
- Pośpiesz się – ponagla mnie.
- Aż tak bardzo mnie pragniesz?
- Nie było mnie trzy tygodnie...
- Każdej nocy śniłem o tobie.
- Weź mnie...
Sięgam do szuflady po mój ulubiony żel waniliowy. Słodycz obu aromatów sprawia, że z trudem nam sobą panuję.
- Nie chcę dłużej czekać...
- Nie – moje palce delikatnie pieszczą jego wejście. - Mogę?
- Tak – pozwala mi wsunąć je głębiej. Podgryzam wrażliwą skórę na jego szyi. Nauczyłem się robić to w taki sposób, by nie zostawiać żadnych śladów. To, co nas łączy, ma pozostać tylko nasze.
- Collin...
- Wiem... - potrzebuję go równie mocno jak on mnie. Chciałbym go widzieć, ale jeśli to potrwa dłużej, oszaleję. - Odwróć się. - Jestem pewny, że zacznie protestować. Wolałbym, by był na górze, jednak Jessie jest zmęczony. - Proszę... - dodaję, by ułatwić mu podjęcie decyzji. Z pomrukiem niezadowolenia spełnia moją prośbę. Chciałbym móc lepiej nad sobą panować, lecz marzę tylko o tym, by zagłębić się w jego ciasnym wnętrzu.
- Jeśli będzie bolało...
- Nie boli... I nie przestawaj...
Moje biodra przystają na jego propozycję. Poruszam się w nim coraz szybszym tempem, dając nam to, za czym najbardziej tęskniliśmy.
Zaspokojony niebieskooki osuwa się na poduszki. Kładę się blisko niego i mocno przytulam. Uśmiecha się.
- Kocham cię – szepczę mu do ucha.
- Ja ciebie...  - zasypia. Wiem, że ty mnie też.

- Collin, pomożesz mi? - z rozbawieniem przyglądam się mojemu chłopakowi, gdy stara się przepchnąć swoją wyjątkowo ciężką walizkę z korytarza do salonu.
- Co do niej upchnąłeś? Kamienie?
- Nie – wbija szyfr i rozpina zamek. - To prezenty.
- Znowu wykupiłeś połowę sklepu z zabawkami? Dzieciaki będą zachwycone.
- Nie są dla dzieci, ale dla ciebie – unosi wzrok i spogląda mi prosto w oczy. Z przerażeniem stwierdzam, że nie żartuje.
- Oszalałeś! - karcę go. Jednak Jessiego to nie zraża. Zaczyna opróżniać walizkę, ustawiając je niczym wieże z klocków.
- Od którego chcesz zacząć? - pełen nadziei czeka na moją decyzję.
- Wyraźnie prosiłem, abyś nic mi nie kupował, prawda?
- Chyba nie liczyłeś, że potraktuję twoje słowa poważnie? No więc? Co powiesz na to? - wręcza mi wielki karton.
- Dobrze wiesz, że tego nie lubię.
- Wiem – siada za mną i pomaga zedrzeć kolorowy papier. W środku znajduje się książka kucharska, której od dawna poszukiwałem. Zdobycie jej graniczyło z cudem.
- Skąd ją masz?
- To nie ja, a Mikołaj. Mam ci przekazać, że w tym roku byłeś wyjątkowo grzeczny. Podoba ci się?
- Tak. Dziękuję – odchylam głowę i całuję go w policzek.
- Śmiało, sięgnij po następny – odrywa mnie od przeglądania wyjątkowo interesującego przepisu na zapomniane ciasto orzechowe, które mógłbym nieco unowocześnić...
- Jessie... To zajmie wieki.
- Jeszcze jeden, dobrze? Sam wybierz który – sięgam po pierwsze lepsze pudełko. Odkładam książkę na bok i rozrywam papier.
- Okropny - moim oczom ukazuje się czerwony sweter z brokatowym reniferem.
- No cóż... - jasnowłosy sprytnie obchodzi mnie dookoła i zaczyna rozpinać koszulę.
- Skarbie... Co robisz?
- Tylko przymierzymy, dobrze? - skubany jest bardzo szybki. Zanim udaje mi się zareagować, moja koszula zostaje odrzucona na dywan.
- Wyglądam głupio. Jesteś zadowolony?
- Wyglądasz idealnie. Kolejne pudełko?
- Już wystarczy, serio.
- Proszę – smutna mina oznacza tylko jedno, moją zgodę...
- Dlaczego to robisz?
- Bo chcę zasłużyć na więcej czekolady – całuje mnie w usta.
- W lodówce zostało jeszcze piętnaście porcji musu czekoladowego. Nie zjesz tyle.
- Chcesz się przekonać? - rzuca mi wyzwanie.
- Maggie cie za to zabije.
- Nie, jeśli mnie obronisz... - celowo przywołuje tak słodkie wspomnienia. - Jeszcze jeden prezent?
- Tylko pod warunkiem, że otworzysz jeden z moich – coraz bardziej wkręcam się w jego grę.
- Dobrze – zgadza się. Podchodzi do choinki i sięga po jeden z najmniejszych. Uśmiecham się na samą myśl o tym, co znajdzie w środku.
- Otwórz – Jessie niepewnie zrywa papier. Wyciąga kwadratowe pudełko. Otwiera wieczko. W środku znajduje się dziewięć karmelowych czekoladek. Oblizuje usta się na ich widok, bo to jego ulubione. - Wiedziałem, że je dla mnie zrobisz. Teraz mam wszystko, czego chciałem, a ty?
- Mam ciebie, kajdanki i świąteczny sweter, więc nie będę narzekać.
- Wesołych Świąt, Collin.
- Wesołych Świąt.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Epilog

„Czekolada”


Rok później

30 grudnia. Lotnisko. Samolot ląduje z kilkugodzinnym opóźnieniem. Staram się schować jasne kosmyki włosów pod czapkę i nakładam okulary zerówki. Na wszelki wypadek naciągam także kaptur. Dopiero piąta rano, mimo to nie chcę ryzykować, że ktoś mnie rozpozna, co w ostatnim czasie zdarza się coraz częściej.
Rozglądam się za taksówką. Znowu pada śnieg. Wszystko wokół jest białe i pokryte świeżą, kilkucentymetrową warstwą mroźnego puchu.
Nie chciałem tu wracać. Tak bardzo tego nie chciałem, ale nie dała mi wyboru...
- Jessie! Jessie! Nareszcie jesteś! Czekałem na ciebie!
Znam ten głos.
- Sebastian! - rzucamy się w sobie w ramiona. - Co tu robisz tak wcześnie rano?
- Jak to co? Przecież nie możemy pozwolić, aby nasz gość honorowy zgubił się już na lotnisku!
- Skąd pewność, że od razu bym się zgubił? - udaję urażonego.
- Bo znamy się już jakiś czas i wiem na co cię stać – prycha w odpowiedzi. - Poza tym kto ostatnio opowiadał nam o tym, że w Berlinie musiał prosić swoje fanki o odprowadzenie do hotelu, hmm?
- To była wyjątkowa sytuacja – droczę się z nim.
- Właśnie dlatego nie będziemy ryzykować.
- Mam zarezerwowany pokój w hotelu niedaleko lotniska. Poradziłbym sobie.
- Masz pojęcie, co Diana by mi zrobiła, gdyby stała ci się jakaś krzywda? Zwłaszcza teraz? - Mężczyzna grozi mi palcem.
- A jak ona się czuje?- dopytuję.
- Bardzo dobrze. Kazała ci przekazać, że masz zapomnieć o hotelu Będziesz mieszkał z nami. Zaparkowałem niedaleko. Pospieszmy się. Z pewnością już a nas czeka.
Przez całą drogę staram się ignorować przednią szybę samochodu. Widok znajomych miejsc nadal przywołuje bolesne wspomnienia. Musiałem tu przyjechać, bo bardzo mnie o to prosiła... Jutro jeden z najważniejszych dni w jej życiu.... Nie jestem już taki jak dawniej. Zmieniłem się. Dam radę...
Parkujemy przed niewielkim domem, który znajduje się niedaleko domu jej rodziców. Sebastian otwiera bagażnik i pomaga mi wyjąć walizkę.
Wchodzimy do środka. Z kuchni wybiega Diana, ubrana w różowy, frotowy szlafrok.
- Jessie! Nareszcie! - wybucha płaczem wtulając się we mnie.
- Udusisz mnie – śmieję się cicho, przyglądając dziewczynie. Nadal ma ogniste, rude włosy, które spływają błyszczącymi falami na jej ramiona. Spogląda na mnie najbardziej orzechowymi oczami, jakie kiedykolwiek widziałem. - Bardzo za tobą tęskniłem – całują ją w słony policzek, a ona uwiesza mi się na szyi, ciągle powtarzając moje imię.
- Jak się czujecie? Dbasz o siebie i dziecko? - wymownie spoglądam na lekko zaokrąglony brzuszek, w którym mieszka moja przyszła chrześnica.
- My? Spójrz a siebie! Ależ się zmieniłeś! - przyjaciółka lustruje mnie wzrokiem.
- Zmieniłem? Raczej postarzałem – żartuję. Dziewczyna ściąga mi okulary, by spojrzeć prosto w oczy. - Widzisz, nadal jestem taki jak zawsze.
- Nieprawda. Jesteś szczuplejszy i masz dłuższe włosy – zauważa od razu.
- Nie powiesz mi, że ci się nie podobam? - posyłam jej zalotne spojrzenie, lecz zamiast się roześmiać, robi smutną minę. - Co się stało? Źle się czujesz?
- Nie mówimy teraz o mnie, a o tobie. Nawet uśmiechasz się inaczej!
- Inaczej? - dziwię się, zdejmując kurtkę i sweter, by było mi wygodniej.
- Twoje oczy... Nigdy się nie śmieją. Widać to na zdjęciach. To przez niego, prawda? - drąży temat.
- Di, no coś ty? To już przeszłość – zapewniam ją pośpiesznie. - Gdyby tak nie było, nie przyjechałbym na wasz ślub. Sebastian, wesprzyj mnie – robię błagalną minę licząc na to, że pan młody stanie w mojej obronie.
- Moim zdaniem wyglądasz bardzo dobrze. Nic się nie zmieniłeś. - Sebastian od razu rusza mi z odsieczą.
- Powinnaś słuchać przyszłego męża, Di. Mądry z niego facet – klepię go po ramieniu.
- Koniec wspominania przeszłości. Kochanie, jesteśmy głodni. Jessie spędził kilka dodatkowych godzin na lotnisku. Jestem pewny, że nie marzy o niczym innym, jak śniadanie i odpoczynek, a potem będziesz go mogła zadręczać pytaniami przez całą noc.
- Śniadanie! Zupełnie zapomniałam! - Zaaferowana rudowłosa natychmiast udaje się do kuchni.
- Dzięki. Jestem twoim dłużnikiem – puszczam oko do Sebastiana, który uśmiecha się przepraszająco.
- Di, chcesz obejrzeć prezenty, które przywiozłem? - pytam przyjaciółkę.
- Prezenty? Przecież ostatnio przysłałeś mi wielki karton rzeczy dla dziecka! Prosiłam, abyś już niczego nie kupował, prawda? Pokój małej tonie w podarkach od wujka Jessiego!
- Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać - tłumaczę się. - Podobały ci się? Będą pasowały?
- Podobały? Są piękne! - Di z czułością obejmuje swój brzuch.
- To dobrze, bo tym razem mam coś dla ciebie – wymieniamy porozumiewawcze uśmieszki z narzeczonym.
- Chłopaki, co wy kombinujecie?
- Jessie przywiózł suknię ślubną – wypala podekscytowany Sebastian, psując niespodziankę.
- Co takiego?! Nie chcę żadnej sukni! Jestem gruba i w ciąży, będę głupio wyglądać! - Di od razu zaczyna się skarżyć.
- Nic się nie martw, o wszystkim pomyślałem. Zresztą ślub bez sukni to nie ślub. To projekt specjalnie dla ciebie. Jedyny w swoim rodzaju - kuszę ją, by zgodziła się obejrzeć nową kreację.
Moja przyjaciółka otwiera szeroko usta, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć.
- Zobacz, zaniemówiła –  Sebastian jest szczerze rozbawiony.
- Jeśli pan młody widzi suknię przed ślubem to przynosi pecha! - broni się dziewczyna, rzucając w niego kuchenną ściereczką.
- Wiemy, dlatego jest szczelnie zapakowana. Ani Sebastian ani ja nie mamy pojęcia jak wygląda.
- Przywiozłeś mi kota w worku?! - dziewczyna piorunuje mnie wzrokiem.
- Ja ją tylko zamówiłem, a projektant zajął się resztą. Będziesz pięknie wyglądać, zobaczysz - uspokajam ją.
- Też tak uważam – Sebastian całuje Dianę w policzek, wyrażając w ten sposób swoją aprobatę.
- Skąd ta pewność? - Rudowłosa nie dowierza naszym szczerym intencjom.
- Jessie zna się na rzeczy. Ostatecznie to jego praca. - Narzeczony wpatruje się w przywiezione przeze mnie pakunek z wielką czcią. Już od dawna marzył o ślubie. Mam nadzieję, że mój ulubiony projektant spisał się na medal.
- Może powinnam zostawić was samych, co? - Diana marszczy brwi, mierząc nas podejrzliwym spojrzeniem. - Widzę, że spiskowanie za moimi plecami weszło wam w krew...- Razem z Sebastianem wybuchamy śmiechem.
Po śniadaniu idę się położyć, bo długa podróż i problemy ze snem, które ostatnio mnie męczą, mocno odbijają się na moim wyglądzie. Jestem za chudy i mam wiecznie podkrążone oczy. Wiercę się na łóżku, nie mogąc zasnąć. Przepełniają mnie emocje. Cieszę się, że przyjechałem. Diana jest jedną z najbliższych mi osób. Zawsze była i będzie moją rodziną.
Przez kilka pierwszych tygodni po wyjeździe nie odzywałem się do niej. Na samą myśl, że miałbym usłyszeć jej głos w słuchawce, robiło mi się ciemno przed oczami. Tak bardzo starałem się nie myśleć o nim, niczego nie wspominać i nie pamiętać. Jednak Diana to Diana. Nie dała mi o sobie zapomnieć. Wydzwaniała do Maggie, przysyłała listy i maile. Nie mogłem jej ignorować. Podczas naszej pierwszej rozmowy zabroniłem jej mówienia o bracie. Zachowywałem się tak, jakby nigdy nie istniał. Wmawiałem sobie, że go nie ma i nie było w moim życiu. Im bardziej się starałem, tym łatwiej mi było odzyskać równowagę. I wtedy zaczął mi się śnić...
Mamy z Dianą po siedem lat. Moi rodzice niedawno odeszli. Justin powiedział, że powinienem oswoić się z ich śmiercią, ale nie bardzo rozumiem, co to słowo oznacza. Nie umiem rozmawiać o tym, co czuję. Mój brat jest wiecznie zajęty, a Diana nie wie z czym się zmagam, bo jej rodzice są cali i zdrowi. Kilka razy w tygodniu ciągnie mnie za sobą do cukierni swoich dziadków tłumacząc, że koniecznie musimy zjeść czekoladę. Panuje tam ciągły gwar, który mnie przytłacza.
Wlokę się nią przez park. Jestem zmęczony. Przez większość nocy zastanawiałem się co się ze mną stanie, gdyby i Justin odszedł. Chciałbym zapytać o to dziadka Diany, który wszystko wie. Starszy pan pozwala mi przesiadywać na zapleczu. Zawsze jest dla mnie miły i nie zadaje zbędnych pytań. W sumie niewiele mówi. Zapisuje coś w grubych księgach albo układa dokumenty. Wystarczy mi, że jest obok. Nie lubię być sam. Jednak dziś go nie ma. Za to jest Collin, brat Diany. W przeciwieństwie do mojego brata, nadal chodzi do szkoły i jest wkurzający. A przynajmniej ona ciągle tak o nim mówi, gdy chłopak nas nie słyszy. Nigdy się z nami nie bawi. Nie lubi, gdy plączemy się dziadkowi pod nogami. Unikam go. Dobrze wiem, że wystarczyłoby jedno jego słowo, a nigdy więcej nie zostanę tu zaproszony. Udaję więc, że mnie tu nie ma. Staram się zachowywać cicho. Siadam w rogu pokoju i odrabiam lekcje.
- Jessie, wszystko w porządku? - Podnoszę na niego przestraszony wzrok.
- Mam sobie iść? - pytam pośpiesznie, zbierając rzeczy.
- Nie. Możesz zostać. Dziadek później was odwiezie.
- Dziękuję – wracam do obliczania zadania z matematyki.
- Justin jest w domu?
- Nie ma. Wróci jutro - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Nie jesteś głodny? Jadłeś obiad? - chłopak kontynuuje przesłuchanie.
- Tak, w szkole.
- Nie wyglądasz najlepiej. - Jego ciemne, rezolutne oczy wpatrują się we mnie jakby próbował przewiercić mnie wzrokiem.
- Collin... Mogę cię o coś zapytać? - Wykorzystuję okazję, bo to jedyna dorosła osoba, poza dziadkami Diany, jaką znam.
- Jasne. O co chodzi? - Nastolatek siada obok mnie na krześle.
- Co się ze mną stanie, jeśli Justin nie wróci do domu... tak jak rodzice – dodaję znacznie ciszej. Nie lubię mówić o rodzicach, że umarli. Wolę myśleć, że wyjechali i jeszcze do mnie wrócą.
- Nie wiem. Pewnie ktoś cię zabierze.
- Zabierze? - wpadam w przerażenie. - Dokąd?
- Dzieci nie mogą być bez opieki.
- Jestem dorosły, nie potrzebuję opieki. – Dumnym głosem wypowiadam zdanie, które często słyszę z ust brata, gdy wyjeżdża do pracy.
- Dlatego całymi dniami przesiadujesz tutaj? - kpi ze mnie. - Jak tak dalej pójdzie, to dziadek serio się wkurzy i naskarży na Justina, że cię zaniedbuje. - Dziadek naskarży na Justina? Ten od razu pomyśli, że to moja wina. Robi mi się smutno i zaczynam płakać.
- No coś ty, nie becz! - Zwraca mi uwagę, ale ja nie umiem przestać.
Na zaplecze wpada zaalarmowana Diana.
- Collin, co mu zrobiłeś? - Moja przyjaciółka posyła bratu mordercze spojrzenie.
- Nic – wzdycha zirytowany moim zachowaniem. - Chcesz czekoladę, Jessie? - Collin próbuje odwrócić moją uwagę słodyczami.
- Chcę wrócić do domu – wycieram nos w rękaw.
- Robi się ciemno. Poczekasz tutaj aż dziadek odwiezie cię samochodem.
- Sam pójdę – patrzę mu wojowniczo w oczy.
- Nawet tak nie żartuj. Nie trafisz na drugą stronę ulicy bez pomocy, a co dopiero do domu – ciemnowłosy brutalnie ze mnie drwi.
- Odprowadź go! To twoja wina, że się rozpłakał i nie chce czekać na dziadka! - Diana wydaje bratu rozkaz.
Pamiętam, że szedłem za Collinem w milczeniu, wpatrując się w jego plecy. Otworzył drzwi kluczem, który mu dałem. W mieszkaniu jak zawsze było cicho i ciemno. Włączył światło. Stałem na korytarzu i spoglądałem na swoje buty, czekając aż wyjdzie.
- Poradzisz sobie?
- Tak – odburknąłem ponuro, nadal zły na siebie za to, że rozpłakałem się w jego obecności.
- Zrobić ci kolację?
- Zjem płatki.
- Zasługujesz na coś lepszego niż płatki. – Collin głaszcze mnie po włosach, zostawiając ciepły ślad. Mój brat nigdy mnie nie chwalił i nie dotykał, nawet jeśli dostawałem dobre oceny, na których najbardziej mu zależało. Traktował mnie jak powietrze, dlatego tak bardzo doceniałem nawet najmniejszy przejaw dobroci ze strony innych.
Kolejna scena zawsze jest taka sama. Siedzę przy stole w kuchni i czekam aż Collin ugotuje mi budyń. Nie mam pojęcia dlaczego to zrobił. Poprosiłem go o to? A może to był jego pomysł? Nie pamiętam.
- Czekoladowy! Mój ulubiony! - Rozpiera mnie dziecinna ekscytacja.
- Wiem. Dobry?
- Pyszny! Jesteś prawdziwym Władcą Czekolady! - wołam radośnie, na co Collin wybucha śmiechem.
„Władca Czekolady”... Bohater mojego dziecięcego świata... Nie sądziłem, że kilka lat później ten sam bohater wbije mi nóż w serce... Nazwałem go tak, bo potrafił tyle rzecz. W przeciągu kilku minut wyczarował coś, co sprawiło, że zapomniałem o wszystkim. Przegonił smutki odrobiną słodyczy. To tamtego dnia tak naprawdę zacząłem go kochać. Chociaż jego relacje z Dianą były różne, a ja zobligowany byłem zawsze trzymać jej stronę, zacząłem patrzeć na niego inaczej.
Gdy w czerwcu podjąłem pracę w Fantazji, jakaś niewidzialna siła ciągnęła mnie do niego, niczym ćmę do ognia. To musiało zakończyć się katastrofą. Nazwałem go tak tylko ten jeden jedyny raz, gdy zrobił mi ten głupi budyń. Dlaczego to zapamiętał i użył tego dziecinnego przezwiska, wpisując swój numer do mojego telefonu?

Po obiedzie, gdy omówiliśmy już najważniejsze kwestie związane z uroczystością, Sebastian zaczyna szykować się na swój wieczór kawalerski. Nie wybieram się razem z nim do klubu, bo zamierzam dotrzymywać towarzystwa Dianie. Obiecaliśmy sobie już dawno temu, że jeśli któreś z nas będzie szykowało się do ślubu, to wspólnie spędzimy ostatnie godziny "wolności", leżąc w łóżku i oglądając komedie romantyczne. Oczywiście to był jej pomysł. Mimo to bardzo się cieszę, że możemy zrealizować drobną część naszych dziecinnych planów. Poza tym nie uniknąłbym spotkania z Collinem, gdybym zdecydował się towarzyszyć Sebastianowi. Diana, na moją wyraźną prośbę, nie powiedziała mu, że przyjadę. Liczę na to, że zarówno na ślubie, jak i weselu, będziemy się unikać, a potem każdy pójdzie w swoją stronę.
Moja przyjaciółka układa stosy poduszek na wielkim łóżku, a ja przygotowuję tonę popcornu, Nalewam także sok pomarańczowy do kryształowych kieliszków. Ustawiam wszystko na tacy i udaję się do sypialni.
- Gdyby Diana źle się czuła, natychmiast do mnie zadzwoń – instruuje mnie coraz bardziej zdenerwowany Sebastian.
- Poradzimy sobie, nie martw się.
- Na wszelki wypadek zostawię ci numer telefonu do jej lekarza. Mam tu gdzieś jego wizytówkę. – Przyszły mąć rozgląda się po kuchni, a potem obszukuje kieszenie kurtki. - Chyba zostawiłem ją na górze. Poczekaj chwilę, zaraz przyniosę.
- Jest na lodówce! - podpowiada mu Diana.
- Dzięki, kochanie – Sebastian uśmiecha się, po czym odpina biały kartonik i kładzie na tacy, obok kieliszków. - Zaopiekuj się nimi – prosi cicho.
- Możesz na mnie liczyć, przecież wiesz.
Przerywa nam dzwonek.
- To pewnie Kevin. – Chłopak naciska na klamkę i otwiera szeroko drzwi, chcąc w ten sposób przywitać oczekiwanego gościa. Niestety, to nie Kevin wpadł z wizytą.
- Jessie... Wróciłeś... - szepcze Collin, zaskoczony moim widokiem. Jego oczy gwałtownie ciemnieją. Robi krok w moją stronę, a ja natychmiast się cofam.
- Zostaw go – prosi Sebastian, łapiąc za jego ramię, gdy próbuje podejść bliżej.
- Jessie, pośpiesz się. Film się już zaczyna... – odwracam się w kierunku Diany, która niespodziewanie wchodzi do salonu.
- Musimy porozmawiać, Jessie! - woła czarnowłosy, lecz dziewczyna nie daje mu szansy, by mi się naprzykrzał.
- Ostrzegam cię Collin, zostaw go w spokoju! – Ciężarna mierzy brata  lodowatym wzrokiem. - Idź do sypialni, dobrze? - uśmiecha się do mnie i popycha w odpowiednim kierunku.
Serce bije mi jak oszalałe. Gdy go zobaczyłem... Zamurowało mnie. Przez kilka długich sekund nie potrafiłem zrobić nic innego, niż tylko stać i gapić się na niego. Wygląda tak samo idealnie jak w chwili, gdy widziałem go po raz ostatni. Nic się nie zmienił. Ma takie same czarne włosy, błyszczące oczy, idealnie wykrojone usta. Przy nim wyglądam jak cień człowieka. Zdradziecki ból serca przypomina mi o tym, jak bardzo go kochałem, jak naiwnie myślałem, że znalazłem swój dom, jak wierzyłem, że i on kocha mnie chociaż odrobinę...
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że przyjechał?! Chcę z nim chwilę porozmawiać! Nie możesz mi tego zabronić!- Wyraźnie słyszę, jak próbuje wymóc na Dianie, by go przepuściła.
- A ja tobie przypominam, że jestem w ciąży i nie wolno mi się denerwować! - Rodzeństwo jak zawsze w szczytowej formie. Starają się rozmawiać ściszonymi głosami, ale nie zamknąłem drzwi od sypialni, więc wszystko słyszę - Jessie to mój najlepszy przyjaciel. Przyjechał specjalnie na nasz ślub. Masz się trzymać od niego z daleka i nie psuć najważniejszego dnia w moim życiu, bo nie ręczę za siebie! Zrozumiano?
Collin odpowiada jej coś cicho, lecz Diana jest nieustępliwa.
- Sebastian, idźcie już. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawić. Widzimy się jutro, przy ołtarzu.
- Do jutra, moja piękna. W razie czego dzwoń.
- Nie martw się. Jestem pod dobrą opieką.
Narzeczeni żegnają się szybkim pocałunkiem. Drzwi się zamykają. Odstawiam pośpiesznie tacę na stolik i siadam na łóżku. Diana szybko do mnie dołącza, uśmiechając się przepraszająco.
- Wszystko w porządku? - pyta z troską w głosie.
- Tak – odpowiadam z uśmiechem. - Było znacznie lepiej niż myślałem.
- Wymogłam na nim, żeby trzymał od ciebie z daleka. W przeciwnym razie rozszarpię go na kawałki. Głupi palant! Musiał się pojawić w najbardziej nieodpowiednim momencie!
- Kocham cię, Di. Jesteś najlepsza – wyznaję, całując w czubek głowy.
- Muszę dbać o mojego młodszego braciszka – chichocze.
- Od samego początku troszczyłaś się o mnie – spoglądam jej głęboko w oczy.
- Bo kiedy cię poznałam, wydawałeś mi się taki bezradny. Musiałem przejąć sprawy w swoje ręce – łzy spływają jej po policzkach.
- Nie płacz, bo ja też się popłaczę.
- Wiem, że często decydowałam za ciebie. Mówiłam, co masz robić, gdzie pójść, czasami nawet mówiłam za ciebie, ale to dlatego, że jesteś dla mnie jak drugi brat – przyjaciółka rzuca mi się na szyję i mocno obejmuje.
- Dziękuję – szepczę w jej włosy. - Z tej okazji mam coś dla ciebie – sięgam do kieszeni po granatowe, aksamitne pudełeczko. - Na ślub potrzebujesz coś nowego. Pomyślałem sobie, że może zechcesz to jutro założyć.
- Jessie, dałeś mi już tak wiele prezentów.
- Ten jest wyjątkowy – otwieram pudełko, by pokazać jej co wybrałem. - Opowiada o naszym życiu. Sama zobacz. - Do złotej bransoletki dołączone są malutkie przywieszki. Plecak, bo poznaliśmy się w szkole. Ciastko, które Diana próbowała dla mnie upiec. Lalka, którą bezustannie kazała mi się bawić. List, który nigdy nie trafił w jej ręce. Nawet dziecięcy wózek, bo niedługo zostanie mamą. - Zawsze będziesz mogła dołączyć nowe, bo przed nami setki rzeczy do zrobienia. Nie zwiedzaliśmy jeszcze Nowego Yorku, nie byliśmy na Grenlandii, nigdy nie udało mi się usmaży naleśnika... – Wybuchamy śmiechem, bo przypominam sobie czarny dym w moim mieszkaniu, gdy próbowałem zaskoczyć Dianę i Sebastiana własnoręcznie przygotowanym śniadaniem.
- Jesteś cudowny!
- To prawda – odpowiadam nieskromnie. - Ale to jeszcze nie koniec niespodzianek – uśmiecham się tajemniczo, wyciągając telefon. Po kilku sygnałach na ekranie pojawia się twarz Briana, który macha do nas radośnie.
- Diano, jeszcze raz gratulujemy! Przygotowaliśmy dla ciebie małą niespodziankę – odwraca obraz, by pokazać jej rozszalały tłum, bawiący się właśnie na koncercie w Londynie. Carmen macha nam do kamery.
- Gratulacje z okazji ślubu, Diano! Kolejną piosenkę dedykuję tobie i twojemu przyszłemu mężowi – piosenkarka uśmiecha się do nas, zaczynając śpiewać balladę o miłości, którą napisała specjalnie na moją prośbę.
- Jestem pewna, że znajdziesz kogoś, kto pokocha cię tak, jak na to zasługujesz - szepcze do mnie rudowłosa, zasypiając nad ranem. Tulimy się do siebie jak za czasów dzieciństwa, gdy nocowałem w jej pokoju. Przytakuję, chociaż obydwoje doskonale wiemy, że to nieprawda. Moje serce od zawsze należało tylko do niego, a on je zdeptał. Cokolwiek bym zrobił, nie umiem tego zmienić.

Z prawdziwą przyjemnością przyglądam się Dianie, gdy mama oraz Weronika pomagają jej ubrać suknię ślubną, a fryzjer wyczarowuje z jej włosów romantyczne loki.
- Jesteś najpiękniejszą panną młodą, jaką kiedykolwiek widziałem. Aż mi dech zapiera - chwalę jej wygląd.
- Przestań, bo zacznę płakać! – gani mnie.
- Widziałaś swoje odbicie w lustrze? Wyglądasz pięknie, a właściwie wyglądacie - zwracam się do nienarodzonego dziecka.
- To wyłącznie twoja zasługa. Suknia idealnie na mnie leży i maskuje brzuszek. - Rudowłosa z zadowoleniem wpatruje się w swoje odbicie w lustrze.
- To nie brzuszek, a moja córka chrzestna! - bronię maleństwa.
- Jessica – śmieje się, poklepując po niewielkim wybrzuszeniu.
- Jessica? - Z niedowierzaniem kręcę głową.
- Rozmawiałam z Sebastianem i oboje uważamy, że Jessica to idealne imię dla naszej córeczki.
- Czuję się zaszczycony! – Diana bierze moją dłoń i przykłada do brzuszka.
- Tak naprawdę to łapówka. Liczę na to, że zajmiesz się dzieckiem, gdy ja będę miała dosyć pieluch i nieprzespanych nocy.
- Pomogę z największą przyjemnością. Wiesz, że uwielbiam dzieci.
- Liczyłam, że to powiesz.
Ceremonia ślubna, w czasie której Diana i Sebastian przysięgają sobie dozgonną miłość jest bardzo wzruszająca. Jako świadek panny młodej znajduje się daleko od Collina, który jest świadkiem pana młodego. Staram się nie patrzeć w jego stronę, udając, że wcale go tu nie ma. Podobna sytuacja ma miejsce w czasie obiadu. Bałem się, że będzie chciał wykorzystać sytuację, zmuszają mnie, abym słuchał jego tłumaczeń. Nic, co by mi powiedział, nie jest w stanie posklejać mojego złamanego serca.
- Dobrze się bawisz? - pyta Diana, wirując w moich ramionach.
- Bardzo dobrze.
- Nie udawaj. Przez ostatnie trzy godziny nie schodzisz z parkietu, tańcząc ze wszystkimi ciotkami i kuzynkami.
- To nie moja wina. Właśnie tak działam na kobiety – śmiejemy się.
- Jestem taka szczęśliwa, że aż kręci mi się w głowie.
- Źle się czujesz? Chcesz odpocząć? - wpadam w panikę, szukają wzrokiem Sebastiana.
- Może powinnam na chwilę usiąść. - Rudowłosa uwiesza się na moim ramieniu, gdy prowadzę ją w kierunku sofy. Przynoszę Dianie szklankę wody. Po chwili dołącza do nas szczęśliwy małżonek.
- Źle się czujesz, kochanie? - dopytuje.
- Nie, tylko zakręciło mi się w głowie. Muszę trochę posiedzieć. 
W kieszenie mojej marynarki zaczyna wibrować telefon. Spoglądam na wyświetlacz.
- Twoi bratankowie? - Diana z zaciekawieniem spogląda na nasze wspólne zdjęcie.
- Tak, dzieciaki dzwonią do mnie prawie codziennie.
- Więc odbierz - ponagla mnie.
- Przepraszam was na chwilę.
Zabieram z szatni mój płaszcz i wychodzę na pobliski taras.
- Wujek! No nareszcie! - Starszy z chłopców wygląda na mocno podnieconego. - Jak ślub? Dobrze się bawisz?- Zasypuje mnie gradem pytań.
- Bardzo. Co robicie, urwisy? - Domyślam się, że dzieciaki coś knują, skoro zdecydowały się przeszkadzać mi w zabawie.
- Wujek, musisz przyjechać! Szybko! - Mój bratanek gwałtownie poważnieje.
- Coś się stało? - pytam, z trudem powstrzymując uśmiech satysfakcji.
- Od poniedziałku wolno nam będzie zapraszać do szkoły rodziców i krewnych, by opowiadali o swojej pracy. Zgłosiłem ciebie! - informuje mnie.
- Mnie? Dlaczego? - Wiedziałem... Znowu wyląduję na dywaniku u brata...
- Bo jesteś fajny! - Wypala. 
- Powinieneś zaprosić mamę i tatę – przypominam mu dyskretnie o zapomnianych rodzicach.
- Ale ich praca jest nudna! Nikt nie chce słuchać o tym, jak być prawnikiem albo bankierem. Jednak gdy pokazałem twoje zdjęcia w gazecie, to wychowawczyni powiedziała, że idealnie się nadajesz. Opowiedziałem o tobie wszystkim kolegom. Koniecznie chcą cię poznać! Nie możesz odmówić!
- Skąd miałeś moje zdjęcia?!
- Z gazety. Zobacz – pokazuje mi włoską edycję Vogue'a.
- Skąd to masz? - dziwię się przedsiębiorczości mojego bratanka.
- Tata nam kupił, w sekcji z prasą zagraniczną – chwali się.
- Ja też mam! - Jego młodszy braciszek wyrywa mu telefon, by pochwalić się zdobyczą.
- Wujek, to awaryjna sytuacja. Nie możesz odmówić. Mój honor od tego zależy!
- Poczekaj, sprawdzę w kalendarzu. - Otwieram aplikację, która pozwala mi zapanować nad chaosem związanym z sesjami zdjęciowymi. -  Mogę przyjechać w czwartek. Przyleciałbym rano i po południu...
- Co robicie chłopcy? - przerywa mi głos Justina.
- Nic, rozmawiamy z wujkiem.
- Z wujkiem? I skąd macie ten telefon? - pyta zdziwiony.
- Od wujka Jessiego... Prawda, wujku? - Nagle na ekranie pojawia się Justin, który nie wygląda na specjalnie szczęśliwego.
- Jessie, kupiłeś dzieciom telefon za dwa tysiące dolarów?! - Justin złowrogo warczy do kamery.
- Cześć, Justin. Co słychać? - staram się jakoś go udobruchać.
- Jessie... Rozmawialiśmy na ten temat, prawda? Żadnych drogich prezentów – grozi mi palcem.
- To był ostatni raz. Poza tym muszę mieć kontakt z dzieciakami. To „sytuacja awaryjna”.
- Właśnie, tato! Wujek musi przyjechać! Pokazałem jego zdjęcia w szkole i wszyscy chcą go poznać. Już się zgodził, prawda wujku Jessie? - Mój bratanek wtajemnicza ojca w swój przebiegły plan.
- Sam widzisz, muszę przyjechać – opieram się o ścianę, otulając szczelniej płaszczem. - Nie martw się Justin, nie będę przeszkadzać.
- Napisz mi później numer lotu. Będę czekać na lotnisku.
- Nie musisz. Wynajmę pokój w hotelu i...
- O nie, kochany - brat od razu przerywa mój wywód. - Przyjedziesz do domu i zajmiesz się dziećmi. Chciałeś być gwiazdą, tak? Zaprosimy waszych znajomych ze szkoły i urządzimy wam przyjęcie. Co wy na to, chłopcy?
- Hurra! Wujek! Ale będzie fajnie! - Dzieciaki zaczynają skakać i krzyczeć ze szczęścia.
- Justin... Nie musisz robić aż tyle - zaczynam się nerwowo śmiać na sama myśl o czekających mnie "atrakcjach". - Mogę zostać w hotelu...
- To dzięki tobie chłopcy chcą być modelami, gdy dorosną. Wierz mi, z prawdziwą przyjemnością zostawię cię z bandą rozwydrzonych małolatów – uśmiecha się złośliwie. - A teraz pora na śniadanie. Pożegnajcie się w wujkiem.
- Wujek, będziesz spać w moim pokoju? Pooglądamy w nocy horrory? - dopytuje młodszy z chłopców.
- Jasne! - przytakuję automatycznie.
- Jessie! - wzdycha wściekły Justin.
- No dobra, bez horrorów. – Dzieci robią smętną minę. Jestem pewny, że ten zakaz również uda im się jakoś obejść.
- Idź się bawić, przecież to ślub twojej przyjaciółki. Porozmawiamy później - Justin jak zawsze musi pokazać, kto rządzi. 
- Pa wujek, do jutra!
- Pa – rozłączam się, przyglądając naszemu wspólnemu zdjęciu z wakacji.
Długo trwało zanim zdobyłem sympatię chłopców. Nie byli w stosunku do mnie zbyt ufni. Podejrzewali, że będę się zachowywać równie sztywno jak reszta znanych im dorosłych. Wszystko zmieniło się w chwili, gdy kochany braciszek pokazał im na czym polega moja praca. Wystarczyło jedno zdjęcie w gazecie, abym stał się idolem, z którym warto spędzić tydzień w Disneylandzie. Chciał ich nastraszyć, że jeśli nie będą przykładać się do nauki, czeka ich mój los, a teraz obydwa szkraby marzą o karierze modela.
- Rozkochałeś w sobie bratanków, gratuluję. - Znajomo brzmiący głos przerywa moje rozmyślanie.
- Collin... - Unoszę wzrok i spoglądam mu prosto w oczy. Skąd się tu wziął?
- Musimy porozmawiać, Jessie. – Mężczyzna robi krok w moją stronę.
- Nie mam ci nic do powiedzenia – próbuję mu uciec, ale jego palce od razu zaciskają się na moim ramieniu. Choć mam na sobie garnitur oraz gruby, wełniany płaszcz, dotyk jego dłoni parzy moją skórę. - Zabierz rękę – wyrywam się.
- Nie dam ci znowu uciec! - popycha mnie na ścianę. Wyciągam przed siebie dłonie, by go odepchnąć, lecz jest nadzwyczaj silny i bez najmniejszego problemu przypiera mnie do zimnego muru. Opieram ręce na jego klatce piersiowej. Centymetr po centymetrze zmniejsza odległość między nami.
- N-Nie... - protestuję, ale on nic sobie z tego nie robi, złączając nasze wargi w pocałunku. Przestaję oddychać, zaskoczony jego postępowaniem. Delikatny nacisk miękkich ust na moje... Jego bliskość... Zapach... Mam wrażenie, że cofam się w czasie do chwil, gdy byłem taki szczęśliwy, a potem... Serce bije mi tak mocno, jakby po roku czasu wybudziło się ze snu, ożywiając całe ciało.
Po raz kolejny próbuje się wyrwać, lecz Collin  mocniej przyciska mnie do ściany, łapiąc za związane włosy, abym uniósł głowę do góry, a potem wpija się w moje wargi. Nie umiem mu się przeciwstawić. Jest wszystkim, czego pragnę. Jego język wdziera się do środka, wymuszając, abym go wpuścił.
- Oddychaj – prosi, nieznacznie się odsuwając. Spoglądam mu prosto w oczy nie rozumiejąc, niczego nie rozumiejąc... - Jessie... – szepcze, po czym zaczyna wodzić opuszkami po moich policzkach. Cały drżę, zbyt oszołomiony, by wykonać choćby najmniejszy ruch. To niemożliwe i z pewnością nie dzieje się naprawdę. Sen... To musi być jak sen, po którym budzę się w środku nocy i już nie umiem usnąć, tęskniąc... - Jessie... - powtarza moje imię. - Chodź ze mną. Nic ci nie zrobię. Tylko porozmawiamy.
Rozmowa... Podczas ostatniej rozmowy wykrzyczał, że mnie nie kocha.... Jeśli zrobi to jeszcze raz, załamię się.
- Nie. Odejdź... - szepczę, z trudem nabierając powietrza.
- Jessie... Ty nic nie rozumiesz... Chodź ze mną – łapie mnie za rękę i splata nasze palce. Dopiero teraz czuję, że moje dłonie są przeraźliwie zimne, a jego takie ciepłe... Ile bym dał, żeby jeszcze raz móc obudzić się w jego ramionach...
- To wszystko kłamstwa! Same kłamstwa! - próbuję mu się wyrwać, lecz zamyka mi usta kolejnym pocałunkiem. Za każdym razem, gdy mnie całuje, robię się coraz słabszy. Ciało nie chce mnie słuchać, oddając się w jego władanie.
- Proszę, chodź ze mną. Obiecuję, że potem pozwolę ci odejść i więcej się nie zobaczymy – bierze mnie za rękę i prowadzi w stronę swojego samochodu. Boję się. Co takiego chce mi powiedzieć? I co zrobię, jeśli spełni swoją groźbę? Nigdy to bardzo, bardzo długo...  Znowu paraliżuje mnie ból. Przyciskam dłoń do serca, starając się zapanować nad emocjami.
Pomimo moich protestów, podjeżdżamy pod Fantazję. Collin parkuje samochód i otwiera drzwi. Wysiadam na zewnątrz. Niedługo północ. Zimowe niebo skrzy się od fajerwerków, które raz po raz rozbłyskają gdzieś w oddali. Znowu pada śnieg.
- Chodź – wyciąga dłoń w moją stronę, ale ją ignoruję. Niechętnie podążam za nim. Czarnowłosy wbija kod i otwiera drzwi. Wchodzimy do środka.
- Dlaczego tu przyjechaliśmy? - pytam coraz bardziej zdenerwowany.
- Bo tu wszystko się zaczęło – zdejmuje płaszcz i rzuca go na pobliski fotel. Nie ruszam się z miejsca. Ma rację. To miejsce jest tak samo przeklęte jak całe miasto. Dobrze zrobiłem wyprowadzając się daleko stąd. - Nadal ci zimno? - pyta troskliwie. - Włączyłem ogrzewanie, za chwile będzie znacznie cieplej.
- Przyciągnąłeś mnie tutaj, by chwalić się ogrzewaniem? Bo jeśli tak, to wolałbym wracać. Diana będzie mnie szukać – odwracam się w stronę drzwi, ale on od razu odcina mi drogę ucieczki.
- Diana wie, że jesteś ze mną. Nie wyjdziemy stąd, dopóki nie wytłumaczysz mi dlaczego uciekłeś.
- Nie zamierzam ci niczego tłumaczyć! – wybucham.
- Jessie... - Ton jego głosu zmienia się na ostrzejszy. - Spójrz mi w oczy. Chcę, abyś powiedział, że już mnie nie kochasz. Wtedy pozwolę ci odejść.
- Żartujesz, prawda? - zaczynam się histerycznie śmiać.
- Nie, nie żartuję. Zostawiłeś mnie. Uciekłeś bez słowa. Masz pojęcie, co przeżyłem, gdy Sebastian powiedział, że wróciłeś, a ja nigdzie nie mogłem cię znaleźć? Albo gdy zorientowałem się, że zabrałeś swoje rzeczy i zniknąłeś bez śladu?! - Jego oczy przepełnione są bólem. Dlaczego? Przecież to on mnie odepchnął. Nie chciał pokochać...
- Jeśli to wszystko, co chciałeś powiedzieć, to...
- A teraz wracasz po roku, wyglądasz jak pieprzony duch i uważasz, że wszystko w porządku, tak?! - Nie daje mi dojść do głosu. Jest coraz bardziej wściekły. - Co ci odbiło? Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego podpisałeś kontrakt? Przecież mówiłeś, że ze mną zostaniesz...!
- Nie kochałeś mnie. Nie było sensu dłużej tego ciągnąć – odpowiadam tonem pozbawionym uczuć.
- Nie kochałem cię? - powtarza po mnie w taki sposób, jakbym go mocno zranił.
- Przestań wyolbrzymiać sytuację. Było, minęło – drwię. Collin podbiega do mnie i łapie mocno za ramiona, z których brutalnie ściąga płaszcz, a następnie rzuca na wielką sofę.
- Puszczaj! - wyrywam mu się. Jego oczy są dzikie i groźne. Trzyma mnie tak mocno, że nie mogę się ruszyć. Dopiero kiedy wykrzywiam twarz z bólu, zwalnia uścisk i zaczyna mnie całować. Splata nasze dłonie i układa je po obu stronach mojej głowy. Nie jest już taki zaborczy jak na początku. Ostrożnie przesuwa językiem po zaciśniętych ustach, nalegając, abym pozwolił mu na więcej, a gdy odmawiam, zaczyna delikatnie ssać i podgrywać moją dolną wargę. Robi mi się gorąco, a gdy próbuje go zepchnąć, od razu mocniej zaciska palce, natychmiast mnie pacyfikując.
- Już... wystarczy... Proszę, puść... - błagam go, czując że z każdą chwilą tracę nad sobą kontrolę.
- Nigdy cię nie puszczę. Jesteś tylko mój.
- Collin...
- Przypomnę ci do kogo należysz - posyła mi złowróżbny uśmieszek, sięgając do guzików mojej marynarki.
- Nie!
- Tak. Będziemy się kochać tu i teraz... - przytrzymuje moje dłonie jedną ręką, a drugą zaczyna rozpinać guziki koszuli.
- Nie chcę cię! Nie możesz! - bronię się zaciekle.
- Nie chcesz? - rozsuwa materiał na boki, ignorując mój protest. - Potrafię sprawić, że zmienisz zdanie – całuje mnie po szyi, schodząc coraz niżej.
- Collin... Błagam... Nie...
Jego usta zaciskają się na moim sutku. Krzyczę głośno, gdy językiem zatacza drobne kółka, drażniąc brodawkę.
- Jesteś przeraźliwie chudy – zauważa, przesuwając dłonią po żebrach i brzuchu. - Dlaczego?
- Nie wiem – unikam odpowiedzi na to pytanie, by nie wyjawić mu prawdy. Nie chcę, aby wiedział, że od czasu rozstania nie mogę jeść, bo wszystko wydaje mi się mdłe i bez smaku.
- Nie wiesz? - dotyka mojego policzka. - Podkrążone oczy, zapadnięte policzki... - wylicza.
- N-Nie dotykaj – odwracam głowę.
- Będę cię dotykać. Wszędzie. A ty mi na to pozwolisz... Przypomnę ci jak to jest pożądać... Pragnąłeś kogoś równie mocno jak mnie?
- Nie – szepczę, uciekając przed nim wzrokiem.
- Pozwoliłeś, by ktoś dotykał cię tak jak ja? - unosi moją brodę, by nasze oczy się spotkały. - Pozwoliłeś? - powtarza, pełen napięcia oczekując odpowiedzi.
- Nie.
- A wiesz dlaczego?
- Bo... Bo jestem tylko twój.
Collin bardzo szybko pozbywa się poszczególnych części mojej garderoby, rozrzucając je po podłodze, aż jestem zupełnie nagi.
- Nie ruszaj się – prosi, po czym wstaje i zaczyna rozpinać swoją koszulę. Przymykam powieki. Nie mogę na niego patrzeć. Wiem, że jego widok wryje się w moją pamięć i będzie prześladować przez długie tygodnie, przypominając o każdym dotknięciu, każdej pieszczocie. - Otwórz oczy. - Przecząco kiwam głową, zaciskając powieki jeszcze mocniej. - Proszę, nie chowaj się, nie uciekaj... - kładzie się obok mnie.
- Collin...
- Zajmę się tobą, zobaczysz – obiecuje mi, po czum zaczyna bardzo delikatnie całować. Jego wargi zdają się ledwo muskać moje. Nieśmiało obejmuję go za szyję, szukając oparcia. Mruczy cicho, zadowolony. - Właśnie tak, skarbie. Poddaj mi się, zaufaj... - delikatne pocałunki przenosi na moją szyję, klakę piersiową, wreszcie brzuch. Wiem co chce zrobić, ale bardzo się denerwuję. - Cii... Już dobrze... - szepcze tuż przy mojej skórze, rozgrzewając ją ciepłym oddechem. Przesuwa językiem po moim członku raz, a potem drugi... Wsuwam palce w jego włosy, bezwiednie dążąc do tego, by zaczął pieścić mnie intensywniej. Spełnia moją zachciankę.
Nabieram gwałtownie powietrza. Mój przyspieszony oddech zdaje się wypełniać całe pomieszczenie. Jego wargi zaciskają się na mnie coraz mocniej. Krzyczę, zagryzając dolną wargę prawie do krwi. Aż w końcu dochodzę w jego ustach.
Mężczyzna tuli mnie do siebie, głaszcząc po włosach. Chowam twarz w zagłębienie jego szyi, wdychając znajomy zapach. Jest taki ciepły...
Mija kilka długich minut, podczas których udaje mi się zapanować nad oddechem, ale ani myślę odsunąć się od niego choćby na milimetr. Zamykam oczy, obezwładniony.
- Śpisz, mój piękny? - pyta cicho.
- Mmm... – stanowi całą moją odpowiedź.
- Chcesz dojść jeszcze raz?
- Mmm... - Collin wybucha cichym śmiechem.
- To znaczy tak, czy nie?
- Mmm...
- Kocham cię, Jessie.
Otwieram gwałtownie oczy i siadam otulając się szczelnie ramionami.
- Jessie? - czarnowłosy siada obok mnie.
- To tylko sen – mamroczę pod nosem, trzęsąc się z zimna.
- Kocham cię – powtarza głośniej. Tym razem mam pewność, że mi się nie wydawało. Powiedział to. Wyznał mi miłość... - Nie patrz tak, jakbyś nie wiedział. Przecież zawsze cię kochałem – irytuje się.
- To nieprawda. Powiedziałeś Dianie, że...
- A więc o to chodziło? Słyszałeś naszą rozmowę - od razu domyśla się prawdy. 
- Wykrzyczałeś, że mnie nie kochasz i nie będziesz niańczyć, i że nie ma ze mnie żadnego pożytku.
- Wystarczy. Wiem, co jej powiedziałem. Wkurzyła mnie. Kazała mi na ciebie wpłynąć, abyś podpisał kolejny kontrakt, a przecież obiecałeś, że tego nie zrobisz i będziesz ze mną.
- Nie kochałeś mnie wtedy, więc dlaczego kochasz mnie teraz?
- Jessie... Nie opowiadaj bzdur! Zawsze cię kochałem! Odkąd byłeś dzieckiem! Na tym polegał mój problem. Pamiętam dzień, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Bawiłeś się z Dianą, a właściwie siedziałeś cicho, wykonując jej polecenia. A potem spojrzałeś na mnie tymi swoimi smutnymi oczami i... przepadłem. Jak myślisz, kto kazał jej zaopiekować się tobą, kto zachęcał, by cię do nas przyprowadzała? Gdy zorientowałem się, że twój brat idiota zostawia cię samego i wyjeżdża, a ty przerażony przesiadujesz w pustym mieszkaniu, zacząłem namawiać dziadka i rodziców, by wystąpili o przejecie nad tobą opieki prawnej. Mieszkałbyś wtedy z nami, a nie z nim. Justin nie chciał się zgodzić twierdząc, że dobrze sobie radzicie, a potem z dnia na dzień po prostu cię zabrał. Myślałem, że już nigdy więcej cię nie zobaczę, ale wróciłeś. Piękniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Obserwowałem cię z ukrycia. Gdy wydawało mi się, że już dłużej nie wytrzymam, sam trafiłeś w moje ręce. Zupełnie tak jak teraz. Miałem to wszystko powiedzieć Dianie? Zabiłaby mnie...
- Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś? - pytam kompletnie zaskoczony jego wyznaniem.
- Bo wydawało mi się, że umiem ci to okazać, że jeśli powiem ci „kocham”, to cię tym obrażę. Moje uczucie do ciebie jest tak silne, że to słowo wydaje mi się wprost prostackie. Wierz mi, gdybym wtedy wiedział, że stracę cię na tak długo przez własną głupotę... Proszę, wybacz mi.
- Myślałem... że tylko się mną bawisz. Że nic dla ciebie nie znaczę...
- Jessie, jesteś dla mnie wszystkim. Sensem mojego życia. Jedyną słabością. Wiesz, że pobiłem twojego szefa, bo nie chciał mi powiedzieć gdzie jesteś?
- Pobiłeś Karla? - moje oczy robią się wielkie niczym spodki.
- Twojego brata też pobiłem. Nawet więcej niż raz. Stare dzieje - Collin śmieje się pod nosem.
- Justina? Za co?
- Za to, że zostawiał cię samego. Za to, że nie mogłem się tobą zaopiekować, ale teraz to się zmieni. Nie spuszczę cię z oka ani na chwilę!
- Nie możesz. A poza tym ja tu nie zostanę. Nie umiem tu żyć. Próbowałem, ale za każdym razem dzieją się same złe rzeczy.
- To gdzie chcesz mieszkać?
- Kupiłem mieszkanie w Mediolanie. Teraz tam jest mój dom.
- W Mediolanie... To drugi koniec świata.
- Wiem – spoglądam gdzieś przed siebie zastanawiając się, czy przerazi go wizja kolejnej rozłąki.
- Mam nadzieję, że wybrałeś dobrą lokalizację – dodaje po chwili, tuląc mnie do siebie i popychając z powrotem na sofę.
- Bardzo dobrą. Maggie mi pomagała. Dlaczego pytasz?
- Bo się do ciebie wprowadzam – całuje mnie w usta.
- Wprowadzasz się? Kiedy?
- To zależy. Kiedy tam pojedziemy?
- Nie wiem... Nie mogę myśleć, kiedy tak robisz... - próbuję się skoncentrować, ale jego język, błądzący po mojej klatce piersiowej to zdecydowanie zbyt wiele.
- Pragnę cię tak bardzo – szepcze mi do ucha.
- To weź mnie... Teraz... - oplatam jego biodra udami, ocierając się o niego.
- Leż grzecznie, muszę cię przygotować.
- Nie chcę. Weź mnie teraz...!
- Nawet tak nie żartuj. Nie będę sprawiać ci bólu. – Mój ukochany wyciąga tubkę w żelem i wylewa na swoją dłoń,
- Nie pachnie wanilią... - zauważam.
- Nie musi. Ty zawsze nią pachniesz. – Ostrożnie wsuwa we mnie palec. - Rozluźnij się – prosi. Przymykam powieki. - Boli?
- Weź mnie... - dyszę ciężko.
- Za chwilę.
- Teraz... - ponaglam go.
- Nie kuś.
- Błagam... Weź mnie – spoglądam na niego zamglonym wzrokiem. Wiem, że dłużej nie będzie mi się opierał. I mam rację. Bardzo powoli wsuwa się we mnie, wpatrując w moją twarz.
- Jesteś piękny – szepcze cicho. - Najbardziej pociągające stworzenie, jakie kiedykolwiek widziałem. I tylko moje – uśmiecha się. - Kocham cię. Nawet jeśli te słowa tak niewiele znaczą i nie mieszczą wszystkich moich uczuć względem ciebie, będę ci je codziennie powtarzać, aż do znudzenia.
- Ja też cię kocham, Collin. Bardzo, bardzo mocno – szepczę, obejmując go za szyję i całując.

Leżę na sofie otulony kocem. Jeszcze kilka godzin temu nie uwierzyłbym, że spędzę nowy rok kochając się z Collinem w jego cukierni. Jestem senny, ale boję się zasnąć w obawie, że to wszystko zniknie, gdy powtórnie otworzę oczy.
- Proszę, zrobiłem je specjalnie dla ciebie – mój ukochany podaje mi pudełko czekoladek.
- Dziękuję, ale...
- Odmawiasz czekolady?! – jego ciemne oczy wpatrują się we mnie uważnie. - Obiadu też nie jadłeś.
- Jadłem!
- Nie jadłeś. Przez większość czasu bawiłeś się jedzeniem, ale ani jeden kęs nie wylądował w twoich ustach.
- Niemożliwe!
- Jesteś głodny?
- Nie bardzo...
- To tłumaczy dlaczego tak mizernie wyglądasz.
- Nie wyglądam mizernie. Podczas obiadu byłem zdenerwowany, a czekolada kojarzyła mi się z tobą i... - próbuję się tłumaczyć.
- No tak... – wzdycha. Jest mi przykro, bo sprawiłem mu przykrość.
- Może zjem jedną – odwiązuję wstążkę obserwując, jak twarz Collina rozświetla uśmiech. Rządki malutkich kosteczek, ułożonych i ozdobionych ręką mistrza...- Karmelowa – cieszę się.
- Wszystkie są karmelowe, bo te lubisz najbardziej.
- Pamiętałeś.
- Oczywiście, że pamiętałem – oburza się.
- Smakują wyjątkowo - rozkoszuję się smakiem, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa. - Twój dziadek byłby z ciebie dumny, chociaż właśnie zostawiłeś go daleko w tyle – śmieję się, sięgając po kolejną kostkę. - To dzięki nim wygrałeś konkurs?
- Tak.
- Dobrze się sprzedają?
- Nie.
- Nie?!- nie potrafię wyjść z podziwu, że to słodkie dzieła sztuki nie znalazły wiernych odbiorców.
- Są tylko dla ciebie – spogląda mi głęboko w oczy.
- Nie rozumiem.
- Ten przepis objęty jest licencją. Od samego początku to miał być mój prezent dla ciebie, bo pomogłeś mi odzyskać zapiski dziadka. Nie mógłbym ich sprzedawać.
- Dlaczego? Przecież nie wspomniałeś o mnie ani słowem odbierając licencję.
- Jessie... Jesteś modelem. Osobą publiczną i rozpoznawaną na całym świecie. Gdybym wyjawił światu, że nazwałem czekoladę „Moja Miłość” i dedykował ją tobie, mogłoby to zaważyć na twojej przyszłości. Nie chciałem tak ryzykować.
- Jak ją nazwałeś?
- „Moja Miłość”. Możesz sprawdzić, jeśli chcesz. Opatentowałem wersję karmelową – puszcza do mnie oko, a ja całuję go w podziękowaniu. - Co powiesz na gorącą czekoladę? Potem mogę odwieźć cię do Diany. Nie chcę, żeby zawiadomiła policję, że cię porwałem i gdzieś przetrzymuję.
- Nie zabierzesz mnie do mieszkania?
- Sprzedałem je. Chwilowo mieszkam z rodzicami.
- Sprzedałeś mieszkanie? Przecież dopiero je kupiłeś...
- Nie mogłem w nim przebywać. Tęskniłem. Wszystko kojarzyło mi się w tobą i... pachniało wanilią.
- Nie chcę się z tobą rozstawać. Przenieśmy się do hotelu.
- Do hotelu, do Mediolanu, na koniec świata... Wszędzie, gdzie tylko zechcesz – zakłada mi kosmyki włosów za ucho.
- Collin... Zostały mi jeszcze cztery lata kontraktu. Nie mogę go zerwać. W sumie to nie chcę tego robić. Lubię swoją pracę. Nie przeszkadza ci, że będziemy jeździć po świecie, daleko od rodziny?
- Nie.
- A Fantazja?
- Diana i Sebastian zaopiekują się cukiernią. Rozmawiałem z nimi. Zgodzili się.
- Jesteś niesamowity – przytulam go.
- A ty zziębnięty. Poczekaj tu. Musisz się napić czegoś ciepłego – zakłada spodnie i idzie do kuchni. Za bardzo mnie rozpieszcza.
Na wyświetlaczu mojego telefonu, który wypadł na ziemię, pojawia się twarz Carmen. Uśmiecham się, odbierając.
- Dużo szczęścia w nowym roku! - krzyczą razem z Brianem, machając do mnie.
- Szczęścia i miłości. Jak impreza? Dałaś czadu na koncercie?
- Jeszcze pytasz? Wszystkie bilety zostały wyprzedane! Sam się przekonasz! W przyszłym tygodniu widzę cię w pierwszym rzędzie, jasne?- Młoda piosenkarka nie przepuści żadnej okazji, aby zwabić mnie na swój koncert.
- Dobrze, Carmen. Będę.
- Jak ślub?- Pyta Brian.
- Bardzo wzruszający. Diana i Sebastian nazwą swoją córeczkę Jessica – chwalę się przyjaciołom.
- Zazdroszczę im. Ja też chciałabym małą Jessicę – kobieta spogląda wymownie na swojego menagera.
- Mowy nie ma! Nie nadajemy się na rodziców! - broni się chłopak. - Przez kolejne kilka miesięcy będziesz koncertować, a potem...
- Chcę małą Jessicę! - Carmen nie daje za wygraną.
- Jeszcze o tym porozmawiamy – obiecuje jej Brian.
- Jessie, a co ty robisz? Wyglądasz jakoś inaczej – zauważa.
- Bo jestem bardzo szczęśliwy – uśmiecham się do Collina, który siada obok, podając mi kubek słodkości.
- Władca Czekolady... Rozumiem – Carmen posyła nam wymowne spojrzenie. - Tylko dbaj o niego – grozi czarnowłosemu palcem.
- Będę. Możesz być pewna - mój ukochany całuje mnie w policzek.
- W przyszłym tygodniu na koncercie – przypomina mi, ponownie grożąc palcem.. - Trzymajcie się i do zobaczenia – moi przyjaciele kończą połączenie. 
- Collin, mogę cię o coś zapytać?
- O wszystko – Kochanek całuje moje palce z oddaniem.
- Dlaczego „Władca Czekolady”?
- To ty mnie tak nazwałeś, nie pamiętasz? Gdy byłeś mały, uśmiechałeś się jedynie jedząc czekoladę. Poza tymi nielicznymi momentami byłeś smutny i zamknięty w sobie. Czekolada sprawiała, że rozkwitałeś. Teraz jest dokładnie tak samo – gładzi mnie opuszkami po policzku. - Postanowiłem, że nauczę się ją przyrządzać, abyś uśmiechał się tylko do mnie.
- Kocham cię... mój Władco Czekolady.
- Ja ciebie też, mój Jessie.

Koniec