środa, 29 czerwca 2016

Kostka II

„Czekolada” 

 

Mijają trzy tygodnie odkąd odnalazłem Dianę i rozpocząłem pracę w Fantazji. Każdego dnia, gdy wspólnie zamykamy kawiarnię, odprowadzam ją do domu, po drodze na basen, dziękuję za możliwość wspólnej pracy. Dogadujemy się znacznie lepiej niż kiedykolwiek. Spędzamy mnóstwo czasu razem. Chodzimy do kina i na spacery. Zostałem nawet zaproszony na obiad w jej rodzinnym domu. Mam wrażenie, że lata niechcianej rozłąki umocniły więź między nami.
- Zdradzę ci pewien sekret, ale musisz obiecać, że nikomu nie powiesz, dobrze? 
- Obiecuję – odpowiadam uroczyście, siedząc na dywanie w jej pokoju i przeglądając książkę, do przeczytania której ciągle mnie namawia. 
- Chyba się zakochałam – rumieni się, po czym chowa twarz między kartkami kolorowego czasopisma. 
- Naprawdę?! Kiedy go poznam? - ekscytuję się. 
- On jeszcze o niczym nie wie, więc nieprędko – wzdycha zrezygnowana. 
- To czemu mu nie powiesz? 
- Postaw się na moim miejscu! Poza tym jak sam się zakochasz i mi o tym powiesz, zobaczymy czy będzie ci do śmiechu. To bardzo delikatna sprawa! Masz pojęcie ile kosztowało mnie powiedzenie o tym tobie?! A on... Nie chcę nawet o tym myśleć. Za bardzo się wstydzę. 
- Przepraszam. Spróbuję się zrehabilitować. Opowiesz mi o nim? 
- A chcesz posłuchać? - jej oczy rozbłyskają szczęściem. Siada na łóżku i łapie mnie za rękę. 
- Żartujesz sobie? Chcę wszystko o nim wiedzieć! Gdzie się poznaliście? Jak wygląda? Ile ma lat? Kiedy się w nim zakochałaś? - stosuję taktykę wielu pytań naraz, tak jak ona zwykle robi. 
- Jesteś okropny – rzuca we mnie gazetą, która upada na dywan. 
Diana zrywa się w łóżka i natychmiast ją podnosi, wpatrując się we mnie z szeroko otwartymi ustami.
- To ty! - krzyczy nagle, podsuwając mi ją prosto pod nos. 
- Co ja? - odpowiadam zdziwiony. 
- Jesteś w gazecie! To twoje zdjęcia!
Odbieram od niej magazyn i sam sprawdzam o co dokładnie chodzi. Jedna z moich pierwszych sesji. Ta od szortów.
- Tak? - staram się zachowywać normalnie. 
- Jessie! Mów!
- Nie ma nic do opowiadania... Wziąłem udział w kilku sesjach. Zrobili mi zdjęcia. Nie wiedziałem, że zostały wybrane do publikacji. To nic takiego. 
- Jak to nic takiego?! Czy ty nic nie rozumiesz?! To dlatego te wszystkie dziewczyny ciągle przychodzą do kawiarni! One wiedzą kim jesteś! Wodzą za tobą wzrokiem, uśmiechają się, flirtują. 
- Na pewno nie – bronię się. - Poza tym sam ledwo rozpoznałem się na tych zdjęciach. Miałem krótsze włosy i... 
- A jak wyjaśnisz to? „JJ to najnowszy nabytek agencji modeli Flesz. Ma dziewiętnaście lat, 179 cm wzrostu, waży 68 kg. Nie ma dziewczyny, bo jak sam mówi czeka na wielką miłość. Lubi pływać i jeść czekoladę. Czas wolny najchętniej spędza ze znajomymi.” 
- To moja agentka, Maggie. Nic im o sobie nie mówiłem. 
- Jesteś gwiazdą Jessie! A właściwie JJ. 
- Przestań! - rumienię się zakłopotany.
- To dlatego masz nienormowany czas pracy i znikasz nie wiadomo gdzie. I ta fryzura... – wplata palce w moje włosy. 
- Agentka kazała mi je zapuścić. Ponoć tak lepiej wyglądam. 
Diana przykłada stronę ze zdjęciami do mojej twarzy i porównuje.
- Ma rację. Nie obcinaj ich. Na twoim miejscu kazałabym je rozjaśnić na końcach. Twoje błękitne oczy byłyby bardziej wyeksponowane. 
- Za dużo czasu poświęcasz na czytanie tych bzdur – wyrywam jej czasopismo i przesuwam po dywanie. - Proszę, nie mówi nikomu, dobrze? Nie chcę by twoi rodzice się ze mnie śmiali. Wystarczą mi kpiny ze strony brata. 
- Nie cieszy się twoim sukcesem? - pyta mnie, kładąc się na brzuchu. 
- Sukcesem? Uważa, że tylko się ośmieszam. Jego zdaniem powinienem podjąć porządne studia i zająć się czymś odpowiedzialnym, typu finanse. - wzdycham tak jak on zwykle to robi podczas naszych rozmów. Obydwoje wybuchamy śmiechem. 
- A ty? Czego ty chcesz? - pyta mnie niespodziewane. 
- Nie wiem – przyznaję szczerze. 
- Dobrze, że mój brat nie wtrąca się w moje życie. 
- A właśnie, kiedy w końcu go poznam? - pytam z nadzieją w głosie, bo po trzech tygodniach opychania się czekoladą, bardzo chciałbym zapytać go o odstępstwa od przepisów jego dziadka. 
- Oszalałeś?! - gani mnie. - Życie ci niemiłe? Masz pojęcie jakim wrednym typem jest Collin? Powinieneś być mi wdzięczny, że przez całe trzy tygodnie udało mi się trzymać cię z daleka od tego gbura i prostaka! 
- Jego czekolada jest pyszna. Nie może być zły, skoro potrafi robić takie rzeczy. 
- On nie jest zły, jest podły. Nawet tata uważa, że zawarł jakiś pakt z siłami ciemności, skoro w dzień się uczy, a nocami piecze ciasta i robi czekoladki. Nigdy nie jest zmęczony, ale nienawidzi, gdy ktoś kręci się po jego kuchni, dlatego zawsze ją zamyka i nie pozwala nikomu tam wchodzić. Jestem pewna, że oprócz czekolady ma tam jakiś sekretny ołtarz, na którym składa ofiary – dodaje konspiracyjnym szeptem. 
- Ofiary?- pytam przerażony. 
- Tak, z kotów. 
- Di! Nie strasz mnie. Nie chce, aby ktoś tam wchodził, bo lubi porządek. Zamiłowanie do porządku jest czymś złym. 
- To sadysta w czystej postaci. Jeśli cenisz sobie moje zdanie, będziesz go unikał jak diabeł święconej wody, jasne? 
- Tak, dzięki Di. 
- A właśnie, dostaliśmy od niego premię. Ponoć odkąd razem pracujemy przychodzi więcej klientów. Collin nie jest skąpy. To jego jedyna zaleta. Zawsze dzieli się zyskiem. Twoją część przelał na konto. Zauważyłeś? 
- Nie. Nadal nie opowiedziałaś mi o swoim ukochanym – przypominam dziewczynie, zmieniając temat. Pieniądze mało mnie interesują.
- Jest cudowny! Ma na imię Adam i studiuje prawo na pierwszym roku. Poznałam go w czasie dni otwartych kilka miesięcy temu. 
- To dla niego zmieniłaś kolor włosów? 
- Tak – przyznaje podekscytowana. - Moja koleżanka powiedziała, że słyszała jak powiedział do znajomych, że rude kobiety są piękne. 
- Di... Jesteś piękna bez względu na to czy masz rude włosy, czy nie. 
- Ale te włosy wyjątkowo mi pasują, sam przyznaj – naciska na mnie. 
- Masz rację. Wyglądasz super, więc punkt dla Adama. 
- Widzisz, mówiłam – cieszy się. 
- Skoro tak ci się podoba, umów się z nim. 
- Nie! Sam wiesz, że jestem nieśmiała. Co miałabym mu powiedzieć? Pewnie zrobiłabym się czerwona jak burak i tylko by się ze mnie śmiał. Może jak zaczniemy uczęszczać razem na letni kurs i lepiej go poznam. To już za kilka dni. Kurs jest dwa razy w tygodniu. Dasz sobie wtedy radę? Będziesz sam... 
- Postaram się. Jak ci idzie szukanie kogoś do pomocy? - pytam dziewczynę, bo praca na dwóch etatach zaczyna mi powoli ciążyć.
- Nie idzie – przyznaje. - Gdy mówię znajomym, że mają pracować dla Collina, od razu rezygnują. 
- Nikt nie odpowiedział na ogłoszenie o pracę? 
- Zgłosiło się ponad dziesięć osób, ale wszystkich odrzucił. Za to z ciebie jest zadowolony. 
- Ze mnie?! - dziwię się. - Przecież nawet mnie nie zna. 
- Przynosisz zyski. Tyle mu wystarczy. No i widział cię raz czy dwa, gdy flirtowałeś z klientkami. 
- Ja z nimi wcale nie flirtuję! 
- Jasne, jasne... A jak wytłumaczysz fakt, że 99% odwiedzających nas klientów to kobiety? 
- Mają słabość do słodyczy. Rozumiem je. Sam uwielbiam czekoladę – rozpływam się na samo wspomnienie niebiańskiego smaku, co Di kwituje śmiechem. 
- Tak czy inaczej trzymaj się z daleka od mojego braciszka, tak? 
- Jeśli to cię uszczęśliwi – odpowiadam. - Może poproszę Maggie o pomoc. Czasami mam wrażenie, że zna wszystkich, więc bez problemu znajdzie kogoś do pracy w kawiarni.
- Naprawdę? Byłoby super, gdyby nam pomogła.
- Zadzwonię do niej wieczorem. 
- Oby znalazła jakiegoś przystojnego modela. Konkurencja nie miałaby szans.
- I tak są bez szans. Twój brat wie co robi.
- Szkoda, że jego umiejętności ograniczają się tylko do pralinek - wzdycha w stylu mojego brata, wywołując kolejny atak śmiechu.
Po kilku dniach moja obietnica zostaje wystawiona na próbę... Diana rozpoczyna dziś letni kurs, do którego bardzo starannie się przygotowuje. Wystrojona w nową sukienkę rusza do boju. Musi jej bardzo zależeć na tym chłopaku.
- Pięknie wyglądasz – komplementuję ją. 
- Dziękuję. Myślisz, że Adam... 
- Będzie zachwycony! - zapewniam dziewczynę, spoglądając jej w oczy. 
- Jesteś prawdziwym przyjacielem – odpowiada zawstydzona splatając nasze dłonie i uśmiechając się do mnie pogodnie. 
- Dasz sobie radę. Zachowuj się naturalnie. Jestem pewny, że będzie tak oczarowany, iż jednym spojrzeniem podbijesz jego serce. 
- Dziękuję, Jessie. Na pewno poradzisz sobie beze mnie?  
- Tak. Sama widzisz, że ruch jest dziś niewielki. Posprzątam salę, wstawię zmywarkę i zamknę drzwi – recytuję z pamięci moje obowiązki. 
- I będziesz się trzymał z daleka od kuchni – przypomina. 
- Dokładnie tak będzie. 
Diana żegna się ze mną i wychodzi, machając.
Z początku wszystko układało się tak, jak jej obiecałem. Obsłużyłem zadowolone klientki, sprzedałem tonę ciasta i czekolady. Zwłaszcza czekolady. Gdy zegar wybił dwudziestą, zamknąłem drzwi i zasłoniłem rolety. Nastawiłem zmywarkę, zmieniłem obrusy i umyłem podłogę, co zajęło mi dwadzieścia minut. Poszedłem na zaplecze i zdjąłem swój fartuch. Już miałem wychodzić, gdy usłyszałem jakiś hałas w kuchni. Ściskając kask i plecak bardzo dyskretnie zakradam się do drzwi. Spoglądam przez niewielką okrągłą szybę. Collin musi być w środku, bo światło jest zapalone. Wstrzymuję oddech i ponownie zakradam się do szyby. Nie liczę na rozmowę. Chcę go tylko zobaczyć. Tajemnicze serce czekolady...
Puls znacznie mi przyspiesza od tej zabawy w detektywa. Niby nie wierzę opowieściom Di. Dobrze wiem, że Collin to tylko uzdolniony uczeń swojego wielkiego poprzednika, a nie wielbiciel czarnej magii. A mimo to nie umiem odpuścić. Może oczekuję, że za tymi drzwiami serio dzieje się coś niezwykłego?
Po raz kolejny spoglądam przez szybę. Mam dużo szczęścia, bo chłopak stoi obrócony do mnie plecami i rozmawia z kimś przez telefon, opierając się nonszalancko prawą ręką o blat. Czarna bluzka z krótkim rękawem odsłania tatuaże, które pokrywają jego rękę. Szare róże zdobią całe przedramię, począwszy od nadgarstka, na którym ma dodatkowo ubraną srebrną bransoletkę. Szczupły, wysoki, czarnowłosy... Nie wygląda na demona, raczej zwykłego faceta. Nie ma się czego bać. 
Poczułem się chyba zbyt pewnie i nabrałem za głośno powietrza, bo Collin odwraca się gwałtownie i przez dosłownie sekundę patrzy mi prosto w oczy. 
- Muszę kończyć – rzuca ostro do telefonu, który odkłada na blacie, ruszając w kierunku drzwi, za którymi się schowałem.
No to po mnie” - myślę w duchu i ściskając plecak oraz kask staram się jak najszybciej zwiać.
- Już uciekasz? - jego zimny lodowaty głos oraz szczupłe palce, zaciskające się na moim nadgarstku, skutecznie uniemożliwiły te starania. 
- Nie chciałem ci przeszkadzać – tłumaczę drżącym z przejęcia głosem. 
- Nie wątpię – odparł kpiąco, wlepiając we mnie swoje ciemnobrązowe, prawie czarne oczy. Na plecach poczułem złowieszczy dreszcz, który zawsze ostrzega mnie przed niebezpieczeństwem. - Ale skoro już tu jesteś... 
Ciągnie mnie za sobą do kuchni, do której, jak wielokrotnie ostrzegała Di „za żadne skarby lepiej się nie zbliżać” i zamyka drzwi.
Jeśli zostanę złożony w ofierze zamiast kota jakiemuś bożkowi, to będę to zawdzięczał tylko własnej ciekawości i głupocie. 
- Więc co ty... - skupia na sobie całą moją uwagę. 
- Ja? - powtarzam po nim, nie mogąc oderwać wzroku od ciemnych tęczówek. 
- Lep na muchy – zniża głos i pochyla się nade mną, by odważnie patrzeć prosto w oczy. Dopiero teraz zauważam, że ma przekłute uszy, ozdobione delikatnymi, srebrnymi kolczykami. W lewym trzy, a w prawym dwa.
- Na muchy? - nie wiem o czym do mnie mówi. Za bardzo się boję. 
- Klientki za tobą przepadają. Dałem ci premię. Podziękuj. 
- Słucham? - otwieram szeroko oczy ze zdziwienia. - Dlaczego mam ci dziękować? Ciężko na nią zapracowałem! 
- Drugi raz nie powtórzę – ostrzega mnie spokojnym głosem, zmniejszając odległość między nami do kilku centymetrów.
- Co robisz? - pytam, zaskoczony jego zachowaniem. 
- Podziękuj albo... - patrzy na mnie z góry. Jego oczy błyszczą niebezpiecznie. 
- Di miała rację. Teraz rozumiem czemu nikt nie chce dla ciebie pracować. Jesteś palantem! - wypalam, odpychając go od siebie. 
Delikatny uśmiech igra w kącikach jego ust. Tylko na to czekał... O bogowie... Ratunku!
Łapie mnie za nadgarstki, które oparłem na jego klatce piersiowej i wykręca boleśnie ręce do tyłu, popychając w stronę ściany. 
- Więc lubisz się bawić – szepcze mi do ucha, drażniąc je swoim ciepły oddechem. 
- Puszczaj! - próbuję się wyrwać, ale jest zaskakująco silny. 
- Zmuś mnie – śmieje się cicho, podgryzając płatek zębami. 
- Oszalałeś?! To ty robisz?! 
- Diana nie mówiła ci, że masz się trzymać ode mnie z daleka? - pyta, jednocześnie związując mi ręce kuchennym ręcznikiem. 
- Mówiła, ale ja chciałem... - szarpię się. 
- Chciałeś sam się przekonać, tak? - odpowiada za mnie. 
- Collin... 
- Wiesz jak mam na imię... Cieszę się. Nie mogę się doczekać aż będziesz je głośno krzyczał. 
- Ani mi się śni! 
- Śnić o mnie też będziesz. Zapewniam cię – dociska mnie do ściany i wpycha kolano między rozłożone nogi. - Bądź grzeczny, to może ci się spodoba – wsuwa ciepłe dłonie pod białą koszulę, którą mam na sobie. 
- Nie dotykaj mnie tak! - bronię się, walcząc zażarcie. 
- Nie lubisz tak? A jak wolisz? Tak? - przesuwa dłonie wyżej na mój brzuch, a potem odsuwa się lekko i zaciska palce sutkach. 
- Aaaa! Boli! - krzyczę spanikowany nieprzyjemnym doznaniem. 
- Ojej, nie chciałem – śmieje się złowieszczo. 
- Kłamca! - oskarżam go.
- Masz rację, chciałem. Lubię, gdy krzyczysz. To mnie podnieca – chowa twarz w zagłębieniu szyi i skubie za wrażliwą skórę. 
- Przestań, Collin. To nie jest śmieszne. Puszczaj! 
- Chciałeś wiedzieć jaki jestem, więc ci pokażę - mruczy cicho. 
- Już nie chcę. 
- Ale ja wprost przeciwnie – przesuwa dłonie niżej na zapięcie moich spodni. 
- NIE! 
- Za chwilę zmienisz zdanie – odpina mi rozporek i opuszcza je nisko na biodra. 
- Błagam, przestań! - wyrywam się i walczę, ale na nim nie robi to żadnego wrażenia. Pewniejszymi ruchami opuszcza moje jeansy w dół, pozbawiając jednocześnie bielizny. 
- Widzisz, nie ma się czego bać – głaszcze mnie po brzuchu. Jestem tak spanikowany, że zaczynam płakać. 
- Nie płacz. Nigdy tego nie robiłeś? O to chodzi? Jestem pierwszy? - pyta, przesuwając dłonie coraz niżej. 
Zaciskam usta, by głośno nie szlochać.
- Chcę cię słyszeć – szepcze mi do ucha, zaciskając palce na moim członku. - Boisz się, ale jest ci przyjemnie, prawda? Już jesteś twardy. 
- NIE! - krzyczę w akcie desperacji, lecz on nie reaguje, nie przestając pieścić mnie dłonią, aż dochodzę, przerażony własnym zachowaniem. 
- Było ci dobrze? - pyta, zadowolony z siebie. 
- Nie – szlocham, zaciskając powieki. Może to tylko zły sen? To nie dzieje się naprawdę! Obudź się! No już, obudź się!
- Mogę się lepiej postarać – zapewnia, chwytając za supeł na moich nadgarstkach i popycha na blat szafki. - Pochyl się – każe mi, kładąc dłoń na moim karku i przytrzymując. - Mógłbym obiecać, że będę delikatny, ale to zależy od ciebie. Rozsuń szerzej nogi. 
- Ty chyba nie...
- Rób co mówię! - rozkazuje głosem nie znoszącym sprzeciwu. 
Bardzo niechętnie wykonuję jego polecenie.
- Jednak potrafisz być uległy – chwali mnie, gładząc wzdłuż kręgosłupa. - Teraz wsunę w ciebie palce, więc rozluźnij się. 
- Collin, błagam cię... 
- Taki jesteś niecierpliwy? Najpierw miauczysz jak kot, a teraz błagasz... Ciekawość to pierwszy stopień do piekła... Masz szczęście, że jestem wyrozumiały i postaram się nad sobą zapanować. 
- Ty? - szydzę z niego, drżąc ze strachu z powodu tego, co ma nastąpić. 
- Tak, ja. Chciałem cię od pierwszej chwili... Czekałem ponad dwa tygodnie. 
- O czym ty mówisz? - łkam. 
- Obserwowałem cię odkąd Diana powiedziała, że zgodziłeś się z nią pracować. Od razu mi się spodobałeś. Jesteś bardzo przystojny. A mimo to coś mi mówiło, że pośpiech nie jest wskazany... A teraz tylko mój... - mruczy mi do ucha. - Odpręż się. Będzie bolało. Pierwszy raz zawsze boli. 
Jego śliskie palce wsuwają się we mnie. Natychmiast podrywam się do góry, ale on zdążył to przewidzieć i popycha mnie z powrotem na blat.
- Nie wierzgaj tak. Potrzebujemy chwili czasu, by cię przygotować. Powinieneś być mi wdzięczny za to, że tak się staram. Nie muszę tego robić. Podziękuj – wypowiada to najbardziej znienawidzone przeze mnie słowo, od którego wszystko się zaczęło. 
- NIGDY! 
- Nauczę cię jeśli będziesz posłuszny. 
- Boli! - krzyczę, gdy jego palce przesuwają się głębiej. 
- Mówiłem, że masz się odprężyć, prawda? To twoja ostatnia szansa, inaczej ból będzie znacznie bardziej dotkliwy. 
Mam mu się poddać? Słuchać jego „cennych rad”? I co jeszcze? Dać się wykorzystać na kuchennej szafce tylko dlatego, że chciałem zobaczyć jak robi te przeklęte czekoladki? Chyba kompletnie oszalał!
Odpręż się... Już ja mu się odprężę... Boli jak jasna cholera, a on nie przestaje, choć krzyczę i błagam. Niech mnie tylko wypuści, pożałuje, że się urodził. Tak go załatwię, że... 
- Collin! - wrzeszczę przeraźliwie, gdy niespodziewanie zabiera palce i wchodzi we mnie. 
- Tak jest znacznie przyjemniej, prawda? 
- Nie, nie jest – zawodzę. 
- A teraz? - sięga dłonią między moje nogi i łapie za członka. - Znowu jesteś podniecony, a tak się awanturujesz. Przyznaj, że podoba ci się to co robimy. 
- Jesteś podły! Collin...!
- W tej chwili pewnie tak – powoli porusza się w moim środku – ale przyjdzie czas, gdy będziesz mnie błagać, abym cię wziął, nawet znacznie brutalniej niż teraz. 
- Możesz to sobie wybić z głowy! Aaaa... - jęczę, gdy wchodzi we mnie cały. 
- Jesteś nawet zabawny, ale zdecydowanie wolę się w ciebie wbijać – zaciska mocniej palce, poruszając dłonią w podobnym tempie. - Już lepiej, prawda? - pyta po chwili. 
Ma rację. Już jest lepiej, ale szybciej szlag mnie trafi niż przyznam mu rację.
Po kilku powolnych pchnięciach zaczyna się ze mną dziać coś dziwnego. Odczuwam przyjemność, która powoduje, że z ust wyrywa mi się ciche westchnienie, na co mój oprawca odpowiada tylko lekkim pomrukiem satysfakcji. 
Nagle orientuję się, że mam wolne dłonie, które układam po obu stronach głowy, zaciskając palce na rancie kuchennego blatu. Mógłbym go teraz bez problemu odepchnąć, ale nie chcę. Nie w chwili, gdy całym moim ciałem wstrząsa dreszcz rozkoszy. Zaraz dojdę, pieszczony przez tego podłego... Orgazm jest tak silny, że zaniemówiłem z wrażenia.
- Przyznaj, że było ci dobrze – dyszy. Jego uśmiech przepełnia żądza i satysfakcja, których nawet nie stara się ukryć.
Nie odpowiadam zbyt zniesmaczony sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy, przerażony reakcją własnego ciała oraz uległością, którą bez najmniejszego problemu wykorzystał.
- Nic nie powiesz? Nawet dziękuję? - udaje obrażonego, siadając na blacie obok mnie i wpatrując się we mnie ciemnymi oczami. Wyciąga rękę i przeczesuje palcami moje potargane, mokre od potu włosy. 
- Nie-Nienawidzę cię – szepczę cicho, nie będąc w stanie nawet się ruszyć. 
- Kiedy zrobimy to następnym razem, zakochasz się we mnie – wzdycha znudzony. 
- Nie licz na to – cedzę wściekły. 
- Dlaczego jesteś tak negatywnie nastawiony? Dla mojej siostry i innych klientek jesteś miły i słodki niczym cukierek, a dla mnie taki oschły, chociaż pozwoliłem ci dojść dwa razy. Zazwyczaj nie jestem aż tak hojny. 
- Hojny? - jego słowa działają na mnie niczym policzek, który sam sobie powinienem wymierzyć za leżenie tutaj z opuszczonymi spodniami. Pociągam je szybko, patrząc mu w oczy z całą złością, na jaką mnie stać. Zabieram swoje rzeczy i uciekam jak najdalej od Collina i jego chorej Fantazji.

wtorek, 28 czerwca 2016

Kostka I

„Czekolada


Dla Ruu i Wegi, w podziękowaniu za niezapomniane chwile :)

Końcówka czerwca. Nie tak dawno temu zdałem ostatnie egzaminy w szkole średniej, lecz nie będę składać podania na studia. Nie wiem, co chciałbym studiować i jak powinna wyglądać reszta mojego życia. Może sprawdziłbym się jako nauczyciel matematyki, a może prawnik lub bankier? Mój brat jest bankierem i zachęca mnie do studiowania finansów. Rok przerwy uważa za stratę czasu. Dał temu wyraz milcząc przez kilka minut i ciężko wzdychając do słuchawki podczas naszej ostatniej rozmowy telefonicznej. Nie chcę go rozczarować. Tak wiele mu zawdzięczam. Jest moją jedyną rodziną.
Zamiast zadręczać się faktem, że nie umiem podjąć życiowej decyzji, postanowiłem spakować rzeczy i wrócić do rodzinnego miasta, które opuściliśmy po śmierci rodziców. Jednym z powodów mojej przeprowadzki jest fakt, że mieści się tu główna siedziba agencji modeli Flesz, której jestem częścią.
Nie traktuję tej pracy zbyt poważnie, choć muszę przyznać, że jest bardzo dobrze płatna. Dzięki kilku zleceniom bez najmniejszego problemu udało mi się odłożyć znaczną sumę pieniędzy na przyszłą edukację, co zdaniem brata oznacza, iż wreszcie poważnie myślę o swojej przyszłości. Co prawda nakrzyczał na mnie, gdy mu powiedziałem, że płacą mi za pozowanie w szortach na plaży. Przecież prędzej czy później na coś się zdecyduję, prawda? Wybiorę jakiś „odpowiedzialny zawód”. Jednak zanim to nastąpi...
Rozglądam się po okolicy w poszukiwaniu parku, który często odwiedzałem. Teraz wygląda tu zupełnie inaczej. To ciekawe jak wiele może się zmienić w przeciągu siedmiu lat. Dawniej znajdowały się tutaj wysokie drzewa, które najwidoczniej zostały wycięte i zastąpione nowo powstałym, strzeżonym osiedlem. Apartamenty piętrzą się dumnie za wielkim płotem, którego dodatkowo pilnuje kilku strażników i czujne kamery, rozmieszczone na każdej ścianie. I pomyśleć, że jeszcze kilkanaście minut temu pomstowałem na nawigację w telefonie, która uparcie twierdziła, iż w tej dzielnicy nie ma żadnego parku. Już nie ma. Ale był, a w samym jego centrum mieściła się niewielka cukiernia, która należała do dziadka mojej najlepszej przyjaciółki z dzieciństwa, Diany. Właśnie dlatego dziś tu jestem. Bardzo chciałbym ją odnaleźć.
Zsiadam z roweru i zdejmuję kask. Miasto zmieniło się tak bardzo, że bez dokładnego adresu moje poszukiwania przypominają przysłowiowe szukanie igły w stogu siana. Dodatkową przeszkodą jest fakt, że nikogo tu nie znam. No trudno, może jutro będę miał więcej szczęścia...
Odczepiam telefon od uchwytu przymocowanego do kierownicy i wbijam kolejny punkt z listy. Moja agentka kazała mi codziennie chodzić na basen. W drodze do domu muszę koniecznie kupić karnet, inaczej nie da mi spokoju. Nawigacja wskazuje, że wystarczy obejść osiedle i przejechać pięć kilometrów główną ulicą, a następnie skręcić w prawo. Powinienem dać sobie radę, chociaż orientacja w terenie nie jest moją najmocniejszą stroną. Bardzo często się gubię, zwłaszcza w nowych miejscach. Nigdy nie znam nazw ulic. Zapamiętuję poszczególne budynki albo specyficzne miejsca, które rzucają mi się w oczy. Mam tak od dziecka. Z tego właśnie powodu nie znam adresu Diany. Brat ani słowem nie wspominał o przeprowadzce. Gdy wróciłem do domu po szkole, wszystkie rzeczy były już spakowane. Nie miałem możliwości, aby się pożegnać. Następnego dnia była sobota. Diana obiecała, że odwiedzimy jej dziadka w pracy. Uwielbiałem obserwować jak z uśmiechem na twarzy ozdabiał ciastka lukrem. Był zawsze uśmiechnięty i tak słodko pachniał. To jedne z najszczęśliwszych wspomnień z dzieciństwa... Wanilia, masło, palony cukier i czekolada... Rozmarzyłem się tak bardzo, że mam wrażenie, iż czuję ją nawet teraz. Zamykam oczy, wdychając kuszący zapach, od którego natychmiast robię się głodny. Dobiega z otwartego okna niewielkiego budynku, znajdującego się na tyłach strzeżonego osiedla... Cukiernia dziadka! Nadal tu jest?
Obchodzę budowlę, by potwierdzić swoje przypuszczenia. To, co dawniej było cukiernią, zostało zamienione na kuchnię. Główne wejście mieści się teraz od strony ulicy, gdzie dobudowano kawiarnię, połączoną ze sklepem. Opieram rower o niewielki płot i wpatruję się w szklane drzwi. To tutaj. To musi być tutaj. Co prawda nazwa cukierni jest inna. Kiedyś nazywała się „Cukiernia Róży”, bo tak miała na imię babcia Diany. Uwielbiała piec ciasta. Dziadek w tajemnicy przez kilka lat odkładał pieniądze, by spełnić jej marzenie o własnym miejscu, ale to nie jej ciasta przeszły do historii i przyciągały klientów, lecz małe czekoladki domowej roboty, które ozdabiał w fantazyjny sposób. Były tak piękne, że żal było je jeść. „Cukierni Róży” już nie ma. Jest za to „Fantazja”. W niczym nie przypomina tego z moich wspomnień. Brakuje zwłaszcza ściany pnących róż, o które babcia Diany bardzo dbała. Za to zapach... Pachnie identycznie. Jak to możliwe? I dlaczego tak bardzo boję się wejść do środka?
Z mocno bijącym sercem delikatnie naciskam na klamkę i popycham drzwi. Dzwoneczek nad mini umieszczony wydaje delikatny dźwięk, informując o przybyciu nowego klienta. W środku kilka osób siedzi przy niewielkich stolikach. Piją kawę i jedzą ciasto. Młoda sprzedawczyni z rudymi włosami poleca niezdecydowanym tartę z owocami lub tort. Tymczasem to nie ciasta przyciągają moją uwagę. Ślina cieknie mi do ust, gdy widzę całe stosy piętrzących się małych pralinek, ustawionych w piramidy za szybą. Podchodzę bliżej, by lepiej się im przyjrzeć. Karmelowe, pistacjowe, marcepanowe... Uśmiecham się do swoich wspomnień. 
- Wybrał pan już ulubiony smak? - sprzedawczyni wyrywa mnie z zamyślenia. 
- Jeszcze nie – przyznaję nieśmiało, podnosząc na nią wzrok i spoglądając w brązowe oczy. Nawet one wyglądają znajomo... Co się ze mną dzieje? Dlaczego robię się taki nostalgiczny na widok słodyczy? 
- Proponuję spróbować po jednej. Tak będzie najprościej – zachęca mnie, wyciągając niewielki kartonik. 
- Chętnie – przyglądam się jak z dużą wprawą pakuje szczypcami małe czekoladki do białego opakowania, który następnie przewiązuje wstążką i mi podaje. - Bardzo proszę. 
- Dziękuję – wręczam jej kartę kredytową, którą odbiera z uśmiechem. Gdy przesuwa ją przez czytnik, jej oczy robią się wielkie ze zdziwienia. 
- Jessie... - wypowiada moje imię, zasłaniając usta dłonią. 
- Tak? - pytam zdziwiony. - Coś nie tak z kartą? 
- Jessie... - powtarza. Jej migdałowe oczy zachodzą łzami. - To naprawdę ty? 
Przyglądam się jej bardziej dokładnie. Ma na sobie elegancki, brązowy fartuszek. Jest drobna i niższa ode mnie. Jej płomienne włosy nieco się kręcą, zwłaszcza przy twarzy. I te oczy...
- Diana... ? To ty? 
- Oczywiście, że to ja! - ociera łzy, unosi ladę do góry i rzuca mi się na szyję. Unoszę ją do góry i obracam. Dziewczyna głośno się śmieje. Stawiam ją na ziemi, by ponownie się jej przyjrzeć. Klienci wyglądają na zdziwionych naszym niecodziennym zachowaniem.
- Przepraszamy – zawstydza się i ciągnie mnie za sobą, w kierunku zaplecza, gdzie ponownie rzuca mi się na szyję.
 
- Jessie! Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę! Gdzie byłeś? Czemu do mnie nie napisałeś? Jak mogłeś tak zniknąć?! Masz pojęcie, jak się niepokoiłam?! Tak długo zadręczałam dziadka, że zostałeś porwany albo jesteś obłożnie chory, że pojechał do szkoły i przekupił słodyczami dyrektorkę, by dała mu twój dokładny adres, a wiesz jaką była nieprzyjemną zołzą. Dopiero właściciel mieszkania, które wynajmowaliście powiedział mu, że twój brat rozwiązał umowę i się wyprowadził, zabierając cię ze sobą. Masz pojęcie ile nocy przepłakałam w poduszkę?! Byłeś moim najlepszym przyjacielem, a zniknąłeś bez słowa! 
- Przepraszamy, ale chcielibyśmy zapłacić za ciasto – Diana przestaje na mnie krzyczeć i spogląda na zniecierpliwionych klientów. 
- Już idę – woła do nich. - A ty – mierzy we mnie palem wskazującym, popychając w kierunku fotela – jeśli ruszysz się z tego miejsca chociaż o milimetr, zanim nie uzyskam odpowiedzi na wszystkie pytania, popamiętasz! - ostrzega, po czym uśmiecha się słodko i wraca do klientów. - Bardzo przepraszam, że musieli państwo czekać. Jestem dziś sama. Koleżanka zrezygnowała rano z pracy. 
- Nic nie szkodzi, proszę pani – klienci uśmiechają się do niej, gdy pakuje im ciastka do kartonu i macha na pożegnanie. 
- Potrzebujesz pomocy? - wychylam się zza drzwi. 
- Chcesz mi pomóc? - pyta zdziwiona. 
- Słyszałem, że jesteś dziś sama, więc pomyślałem sobie, że mógłbym... 
- Spadasz mi z nieba! – uśmiecha się radośnie. - Naprawdę mógłbyś? 
- Jasne, to żaden problem. 
- Kończę pracę o dwudziestej. Zostaniesz ze mną? 
- Bardzo chętnie. 
- I odpowiesz na wszystkie moje pytania! - dodaje z groźną miną. Od zawsze mną rządziła... 
- Obiecuję. Co mam robić? 
- Najpierw musisz się przebrać. Na zapleczu przy drzwiach wisi fartuch Collina. Ubierz go i... 
Do lady podchodzą kolejni klienci. Nie tracę czasu i idę na zaplecze. Zdejmuję plecak i i odkładam kask. Bez problemu znajduję także brązowy fartuch, którym owijam się w pasie. Po drodze zabieram dużą tacę na brudne naczynia. Nie czekając na instrukcje Diany zabieram się do pracy. Mam spore doświadczenie, bo w zeszłym roku dorabiałem jako kelner przez kilka miesięcy. To właśnie wtedy wypatrzyła mnie moja obecna agentka i prawie siłą zaciągnęła ze sobą na zdjęcia. Jeszcze w tym samym tygodniu kazała podpisać kontrakt i przelała znaczną sumę pieniędzy na konto. Nalegała także, abym rzucił szkołę i pracę, dzięki czemu mógłbym zarobić jeszcze więcej, ale mój brat nie chciał o tym słyszeć. Powiedział, że jeśli porzucę szkołę nigdy więcej do mnie nie zadzwoni. Zapisałem się na siłownię, przestałem pracować w restauracji, a zacząłem szczerzyć się do zdjęć. Życie bywa naprawdę zaskakujące.
Popołudnie mija nam bardzo szybko. Zauważyłem, że większość klientek to kobiety. Postanowiłem wykorzystać kilka sztuczek, które opanowałem do perfekcji. Bardzo szybko nauczyłem się menu na pamięć, dzięki czemu z uśmiechem na ustach polecałem im ciasta i desery oraz zachęcałem do kolejnych odwiedzin Fantazji. Nim się spostrzegłem, była już dwudziesta i Diana zamknęła kawiarnię. Opuściła rolety i opadła zmęczona na krzesło przy jednym ze stolików. 
- Co jeszcze mam zrobić? - zapytałem, kończąc nastawiać zmywarkę. 
- Nie odpowiedziałeś na ani jedno moje pytanie. 
- To prawda – przyznaję jej rację. 
Gdy wszystko było już uprzątnięte, Diana podała nam herbatę w filiżankach zrobionych malutkimi różyczkami oraz przyniosła mi wielki kawałek ciasta, które jej zdaniem powinno mi smakować.
- To najlepsze ciasto jakie jadłem. Sama je upiekłaś? 
- Nie pamiętasz już, że pieczenie nie było moją mocną stroną? - roześmiała się serdecznie przywołując serię wspomnień, gdy ona i ja próbowaliśmy pomagać dziadkowi podczas dekorowania czekoladek. 
- Myślałem, że kawiarnia należy teraz do ciebie. 
- Nie. Pracuję tu dorywczo. Po śmierci dziadka przejął ją mój brat, ale to zwykły palant. 
- Widzę, że twoje zdanie o bracie nie uległo zmianie. 
- Z tego co pamiętam pomstowanie na starszych braci umocniło naszą przyjaźń – zatopiła we mnie swoje ślepia, przyglądając mi się bardzo uważnie. 
- No co? - speszyłem się jak dawniej, gdyż jej czujny wzrok działał niczym skaner. Od razu wiedziała kiedy kłamię lub jest mi smutno. 
- Nie masz pojęcia jak bardzo się cieszę, że tu jesteś. Nic się nie zmieniłeś. Tylko włosy masz nieco dłuższe. 
- Wiem. W pracy kazali mi je zapuścić. 
- Pracujesz? Gdzie? Chcę wiedzieć o tobie wszystko! Ale zacznij opowiadać od chwili, gdy rozstaliśmy się w piątek po szkole, dobrze? 
- Dobrze – uśmiecham się do dziewczyny, bo mam świadomość, że mi nie odpuści. - Wróciłem po szkole do domu. Wszystkie nasze rzeczy były spakowane do kartonów. Obcy faceci zanosili je do ciężarówki, która stała pod blokiem. Mój brat powiedział, się przeprowadzamy, bo zmienił pracę. Kazał mi wsiąść do samochodu i wyjechaliśmy. Nie wiedziałem o przeprowadzce. Przysięgam. Gdyby mi powiedział... Przepraszam, że wyjechałem bez pożegnania. Dzwoniłem do ciebie wiele razy. Nikt nie odbierał. Nie miałem twojego adresu. Wiedziałem tylko, że mieszkasz w zielonym domu na drugim piętrze. Napisałem list do cukierni twojego dziadka, ale po kilku tygodniach został odesłany. Pomyślałem wtedy, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, bo wyjechaliśmy bez słowa. 
- Nie odbierałam telefonu, bo w sobotę dziadek bardzo źle się czuł. Mimo to pojechał razem z babcią do hurtowni po zakupy. Twierdził, że musi uzupełnić zapasy mąki. Zasłabł w czasie drogi powrotnej do domu. Spowodował wypadek. Zmarł w szpitalu po kilku tygodniach. Po pogrzebie przeprowadziliśmy się do jego domu, bo babcia nie dawała sobie rady. Tata zamknął cukiernię. Babcia przez kilka lat miała mu to za złe. Dopiero mój brat, po ukończeniu szkolenia zdecydował, że otworzy ją na nowo. 
- Dlaczego zmienił nazwę? 
- Babcia mu kazała. Powiedziała, że tylko pod tym warunkiem zgodzi się na ponowne otwarcie.
- Rozumiem. Wiesz jak ciężko mi było znaleźć to miejsce? Cztery dni błądziłem po okolicy na rowerze – żalę się. 
- Nadal ciągle się gubisz? 
- Nie żartuj sobie ze mnie. Im jestem starszy, tym jest gorzej – wybuchamy śmiechem. 
- Kiedy wróciłeś? 
- W zeszłą środę. Wynająłem pokój u przemiłych ludzi niedaleko stąd. 
- Nie mieszkasz z bratem? 
- Nie. Mój brat wyjechał krótko po naszej przeprowadzce. 
- Jak to wyjechał? To kto się tobą zajmował? Przecież nie mieliście innych krewnych? 
- Oddał mnie do szkoły z internatem. 
- Co takiego?! Jak to cię oddał?! - Diana uderza dłonią w stół ze zdenerwowania. Gdy byliśmy dziećmi też często tak robiła. 
- Internat to nie sierociniec. Poza tym szkoła była prywatna. Słono płacił za opiekę nade mną. 
- Jak on mógł to zrobić? Byłeś dzieckiem, a wasi rodzice... 
- Nie mam mu tego za złe. Był starszy. Zaproponowano mu staż za granicą, więc wyjechał. Zapewnił mi opiekę. Dzwonił. Czasami odwiedzał, przysyłał pieniądze. Rozumiem go. Był młody, a opieka nade mną i praca przerastały jego możliwości. 
- Znowu jesteś sam? - zaciska palce na mojej dłoni. 
- Jestem dorosły. Skończyłem szkołę. Mam pracę. Odnalazłem ciebie. Czego można chcieć więcej? - uśmiecham się do niej, bo nie chcę jej zasmucać. 
- Twój brat zawsze był palantem – wydaje wyrok, robiąc przy tym taką minę, że aż się jej boję. 
- A co u ciebie? Nie poznałem cię przez nowy kolor włosów, nie mówiąc już o tym, że świetna z ciebie laska – puszczam do niej oko. 
- Przestań! - rumieni się. - Twój urok nie działa na mnie tak jak na te dziewczyny, którym wmówiłeś dziś kilogramy ciasta! 
- Wcale im nie wmawiałem, a polecałem! Poza tym tort jest przepyszny – bronię się. 
- Chcesz jeszcze jeden kawałek? - proponuje mi, podrywając się z krzesła. 
- Nie, dziękuję. Może następnym razem, dobrze? Miałem zapisać się na basen, a zamiast tego objadam się tortem bez opamiętania. 
- Robisz się próżny na starość? 
- Może – uśmiecham się do niej, celowo pomijając powody, dla których nie powinienem nawet myśleć o torcie. Oczami wyobraźni widzę swoją agentkę, która bezustannie zmusza mnie do treningu. Czasami czuję się jak jej niewolnik. - Wybrałaś już kierunek studiów? - zmieniam temat, ciekaw w jaki sposób moja rówieśniczka pokierowała swoim życiem. 
- Tak. Zamierzam studiować prawo, tak jak moi rodzice. Są ze mnie bardzo dumni. 
- Nie dziwię im się. Zawsze byłaś świetną uczennicą. 
- Tata obiecał, że przepisze na mnie kancelarię. 
- Widzę, że wszystko zostanie w rodzinie. Z tego co pamiętam twój brat też miał być prawnikiem. 
- Collin? Owszem, miał. Wyrzucili go z hukiem już na pierwszym roku. Moim zdaniem zrobił to celowo. Zawsze był buntownikiem i działał po swojemu. 
- Wspominałaś o tym, że „Fantazja” należy do niego. Biorąc pod uwagę zmiany, jakie tu zaszły, chyba nieźle mu się powodzi. 
- Zainwestował w lokal pieniądze, które zostawił mu dziadek. Tata był temu przeciwny. Bardzo się o to pokłócili. Collin wyprowadził się z domu. To było mniej więcej wtedy, gdy wyrzucono go ze studiów. Po roku złożył podanie na ekonomię, którą właśnie kończy z wyróżnieniem. Ojciec uważa to za zdradę. Nie rozumie jak to możliwe, że z jednych studiów go wyrzucili, a na innych jest prymusem. Jego zdaniem powinien zostać prawnikiem i pracować razem z nim, a nie piec ciasta i robić czekoladki. Nie odzywają się do siebie od czasów tamtej awantury. 
- Od zawsze nazywałaś go palantem, a jednak mu pomagasz – zauważam. 
- Nieźle płaci – Diana wybucha śmiechem. - Pieniądze nie rekompensują jego wrednego charakteru. Nikt nie chce tu pracować. Prosiłam już wszystkie koleżanki. Ostatnia obraziła się na mnie i porzuciła pracę dziś rano. Sam widziałeś, że nie daję sobie rady. Collin mi nie pomoże. Ma na głowie egzaminy. Poza tym sam zajmuje się pieczeniem i czekoladkami.  
- Naprawdę? Szczęściarz. Odziedziczył talent po twoim dziadku. 
- Wolałabym, by odziedziczył jego charakter – wybuchamy śmiechem kolejny już raz. 
Nawet nie zauważam jak szybko robi się późno.
- Odprowadzę cię do domu – proponuję Dianie, bo nie chcę, by wracała sama. 
- To raczej ja powinnam odprowadzić ciebie. Gdzie dokładnie mieszkasz? 
- O tutaj – wyciągam telefon i pokazuję jej zdjęcia białego domu z ogrodem. 
- Znasz adres? - pyta mnie z niedowierzaniem. 
- Nie... - przyznaję niechętnie. - Ale wiem, że na rogu jest supermarket z fioletowymi światłami, obok mydlarnia, a kawałek dalej kino. 
- To niedaleko. My mieszkamy w dawnym domu dziadka. To ta sama dzielnica, ale za kinem i hotelem. Kojarzysz? 
- Tak – śmieję się. Tylko ona potrafiła ogarnąć mój niezawodny system poruszania się po okolicy. 
- Tak bardzo bym chciała, abyś nas odwiedził, ale jutro też jestem skazana na pracę tutaj. 
- Wpadnę cię odwiedzić – zapewniam dziewczynę. - Musimy nadrobić stracony czas. Dasz mi swój numer telefonu? - proszę, wyciągając komórkę. 
- Co to za dzieciaki? - pyta, oglądając zdjęcie, które mam ustawione na tapecie. 
- To dzieci mojego brata – tłumaczę jej. - A to jego żona. Mam tu też zdjęcia ze ślubu. Chcesz obejrzeć? 
- Jasne – Diana bardzo uważnie przygląda się mojemu bratu i rodzinie. - Dlaczego nie ma cię na żadnym zdjęciu? - pyta po chwili, zaskakując swoją spostrzegawczością. 
- Na ślubie nie byłem. W szkole trwały akurat egzaminy, ale brat wysłał mi masę zdjęć. 
- Z dziećmi też żadnego nie masz. 
- Jeszcze ich nie widziałem – przyznaję niechętnie. - W tym roku brat z bratową zaprosili mnie na Boże Narodzenie. 
- To za pół roku – Diana jak zawsze celnie uderza w czuły punkt. 
- Wiem, ale mam pracę. Podpisałem kontrakt i nie mogę teraz wyjechać. 
- Rozumiem. A co dokładnie robisz? 
- Nic szczególnego. To dorywcze zajęcie. Rozglądam się za innym. 
- Naprawdę? Może chciałbyś pracować tutaj razem ze mną? Spędzalibyśmy razem sporo czasu. Poza tym Collin bardzo dobrze płaci. Nie martw się. Nie dam mu cię skrzywdzić. On i tak przychodzi późnym wieczorem, gdy nas już tu nie będzie. Nie mówiąc o tym, że masz zbawienny wpływ na klientki. Dzięki twojemu uśmiechowi, zarobimy fortunę! 
- Bardzo mi miło, że o mnie pomyślałaś, ale moja druga praca jest dosyć... upierdliwa. Pracuję w niepełnym wymiarze godzin, w dodatku od zlecenia do zlecenia. Czasami mam cały tydzień wolny, a czasami tylko weekendy. 
- Nie szkodzi. Jakoś się dogadamy. Proszę, zgódź się. Chociaż na jakiś czas, aż nie znajdę kogoś, kto zgodzi się ciebie zastąpić. Proszę, proszę – tak trudno jest mi odmówić, gdy wpatruje się we mnie swoimi orzechowymi oczami. Zawsze wykorzystywała je przeciwko mnie. 
- Tylko na jakiś czas. I pokażesz mi, gdzie jest basen – licytuję się. 
- Nie tylko ci pokażę, nawet cię tam zaprowadzę – uśmiecha się do mnie, gdy wychodzimy na ulicę. 
- Gdy wracam do wynajętego pokoju jest już prawie północ. Na szczęście nikomu nie przeszkadzam, bo pokój ma osobne wejście. Odkładam klucze, siadam przy stole i wyjmuję z plecaka mokre rzeczy po pływaniu oraz pudełko czekoladek, które kupiłem. Odwiązuję jasnobrązową wstążkę i przyglądam się malutkim czekoladkom. Wyglądają dokładnie tak jak te, którymi starszy pan tak chętnie częstował Dianę i mnie. Być może Collin nadal wykorzystuje jego foremki. Wkładam do ust marcepanową i rozkoszuję się jej wyjątkowym, słodkim smakiem. Czekolada jest pyszna i kremowa, a jej smak wprost niebiański, lecz delikatnie różni się od dziadkowych. Może to inny przepis, a może jakaś modyfikacja brata Diany. Nie zmienia to jednak faktu, że już dawno nic mi tak nie smakowało.
Przed zaśnięciem dostaję smsa od mojej przyjaciółki z dzieciństwa „Dziękuję, że mnie odnalazłeś. Nie mogę doczekać się jutra. Śpij dobrze. D.”, a zaraz potem przychodzi mail od mojej agentki „Mam nadzieję, że byłeś na basenie. Musisz być w formie! Przez trzy godziny wchodziłam w tyłem szefowi. Kontrakt na kampanię jeansów mamy już prawie w garści!”. Nie mam pojęcia o jaką kampanię jej chodzi, bo nie słuchałem zbyt uważnie podczas naszego ostatniego spotkania. Byłem tak podekscytowany przeprowadzką, że gdy Maggie zapytała „zgadzasz się?” przytaknąłem. Jej granatowe oczy rozbłysły ze szczęścia, co powinno dać mi do myślenia. Mam nadzieję, że nie zgodziłem się na coś dziwnego. 
Tak czy inaczej kończę ten dzień mając dwie prace, których tak naprawdę nigdy nie chciałem. Szukanie swojego miejsca w życiu nie jest łatwe. Na szczęście jest czekolada... Sięgam po kolejne malutkie arcydzieło Collina i zasypiam, zastanawiając co przyniesie jutro.

Wakacje na blogu

Moi Drodzy :)

„Humory księcia” właśnie dobiegły końca. Bardzo Wam dziękuję za wsparcie, wszystkie komentarze i maile, miłe słowa oraz to, że poświęcacie swój wolny czas na odwiedzanie mojego bloga. To wiele dla mnie znaczy. Wena, której bezustannie mi życzycie jest i ma się dobrze, o czym za chwilę sami się przekonacie. Może po kolei :)
Wreszcie wakacje! Czas błogiego relaksu, wylegiwania się na słońcu i opychania owocami (chyba właśnie zdradziłem Wam, co tak naprawdę się dzieje za czerwoną kurtyną :D). Mam nadzieję, że spędzimy je razem ;)
Większość z Was bardzo dobrze wie, że lipiec należy do „Czekolady”. Pierwszy rozdział już w tym tygodniu! Będzie gorąco i pikantnie, tak jak obiecałem. Collin i Jessie czekają, by Was w sobie rozkochać :)
Miałem popracować nad innym tytułem, bo „Czekolada” nie brzmi jakoś fantastycznie, ale z racji tego, że często o niej rozmawialiśmy, ten tytuł ma dla mnie duże znaczenie emocjonalne, dlatego zostanie tak jak jest.
Inspirację do jej napisania zawdzięczam Ruu oraz Wegi, którym serdecznie dziękuję. Dobrze pamiętam ten dzień, w którym niepozorna rozmowa o słodyczach przerodziła się w coś o wiele słodszego, czego efekty będziemy mogli zlizywać... oceniać już wkrótce :D Będę się bardzo starał, aby nie zawieść pokładanych we mnie nadziei. Wegi nie raz wspominała, że od razu podzieli się ze mną swoimi odczuciami, zwłaszcza tymi negatywnymi (trochę się boję Mamusiu :D).

Tak, wiem, że nie spodziewaliście się, iż podzielę „Humory księcia” na części. Sam też się tego nie spodziewałem. W trakcie pisania bardzo mocno zżyłem się z bohaterami. Zwłaszcza z Erykiem. Im więcej pisałem, tym było mi trudniej. Aż stwierdziłem „raz się żyje” i w taki oto sposób powstanie część druga.
To czy pojawi się na blogu zależy od Was. Równie dobrze mogę ją napisać tylko dla sobie i cieszyć się nowymi rozdziałami w samotności, a na bloga wrzucić inne historie (Joleen, już widzę radość w Twoich oczach z drugiej części... :P).
Nie zmienia to oczywiście faktu, że lipiec to „Czekolada”, a w sierpniu swój wielki powrót będzie miało pierwsze opowiadanie, czyli „Szkolne opowieści : Mój uczeń”. William i Daniel wracają w zupełnie nowej odsłonie. Co ich czeka? Czy wybaczą sobie dawne błędy? A może już o sobie zapomnieli? Sprawdzimy w sierpniu.

A co dalej? Wybierzcie w ankiecie :

  • „Najlepszy” - pierwsza część opowiadania, gdzie głównym bohaterem będzie Vee. Zdradzę, co robił zanim poznał Eryka (proszę nie mylić z częścią drugą Vee - Ryś, która pojawi się nieco później...).
  • „Miłość wymaga perfekcji” - opowiadanie o znudzonym pisarzu, którzy marzy o tym, by wysłać zdrowy rozsądek na urlop i iść za głosem serca. Dlaczego jest znudzony, co mówi serce a co rozum i czy miłość można zaszufladkować jako perfekcyjną dowiecie się głosując na to opowiadanie
  • „Dotknij mnie” - opowiadanie muzyczne, gdzie jeden z bohaterów nie jest człowiekiem. Kim więc jest? To niespodzianka. Historia bardzo kontrowersyjna (seks nie ma z tym nic wspólnego). Jako bonus - piękna muzyka :)

Na Wasze głosy czekam do końca sierpnia.


Może się także okazać, że moje propozycje nie przypadły Wam do gustu. Na taką opcję również jestem przygotowany :D Wybrałem kilka spośród stu tysięcy pomysłów. Gdybym tak mógł opisać je wszystkie :D

Jeśli macie jakieś pytania lub propozycje - piszcie do mnie.

Wasz Kitsune

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Rozdział XXXIII

„Humory księcia


Eryk

Zdyszany opadam w ramiona Simona. Jestem spocony, zaspokojony i bezgranicznie szczęśliwy. 
- Jeszcze – proszę, podnosząc głowę i szukając jego wzroku. 
- Jeszcze? - dziwi się mojemu nienasyceniu. - Wiesz, która jest godzina? Zaraz będzie świtać. Powinieneś się przespać chociaż trochę. 
- Jeszcze – powtarzam tylko to jedno słowo, wpatrując się w jego zielone oczy. 
- Stworzyłem potwora – śmieje się ze mnie, układając na poduszce. Nie chcę spać. Chcę się z nim kochać i nie myśleć o niczym innym. Zwłaszcza o koronacji, od której dzieli nas tylko jeden dzień. - Przypomnij mi, żebym przeprosił Vee jak go zobaczę. 
- Dlaczego chcesz go przepraszać? - moszczę się na boku, by lepiej widzieć jego twarz. 
- Bo miał rację – cały czas się śmieje. 
- Rację w czym? - pytam zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi. Nie podoba mi się, że Simon i Vee mają przede mną jakieś sekrety. Zwłaszcza Simon. Jest mój... 
- Wyśmiałem go, kiedy powiedział, że zaspokajanie byłej dziewczyny to ciężka praca. Miał rację. Muszę go za to przeprosić. 
- Jak możesz?! - oburzam się, szukając czegoś, czym mógłbym go natychmiast rzucić. Najlepiej prosto w głowę! 
- Nie denerwuj się tak – przyciąga mnie bliżej siebie i otula szczelnie ramionami, abym nie mógł mu zagrozić. - Tylko żartowałem. Niczego ci nie odmówię. 
- Vee powiedział, że dasz mi nawet gwiazdkę z nieba – przypominam sobie. 
- Wskaż, którą chcesz – całuje mnie czule w usta. 
- Chcę tylko ciebie – odpowiadam mu, dotykając jego policzka samymi opuszkami. 
- Jestem cały twój, przecież wiesz. 
- Tylko mój... – wypowiadam na głos moje dwa ulubione w ostatnim czasie słowa. 
- I zaraz ci to udowodnię – śmieje się, podciągając mnie na siebie. Układa dłonie ma moich biodrach. Wiem, że wolałby się przytulić, ale bardzo doceniam fakt, że nie dotyka tam, gdzie nie lubię być dotykany... - Proszę bardzo. Teraz masz nade mną władzę i możesz wykorzystywać do woli – uwielbiam, gdy jest taki beztroski. 
- Kusisz los... - prowokuję go, przesuwając dłonią po mięśniach na jego brzuchu. 
- Ja? - bez problemu unosi się do góry i zbliża twarz do mojej. Patrzymy sobie prosto w oczy przez rozkosznie długą chwilę. Oplatam go ramionami za szyję niczym bluszczem. Chciałbym, aby był przy mnie tak blisko cały czas. Przesuwa ręce do tyłu i rozchyla mi pośladki. 
- Nadal mnie chcesz? - pyta, ocierając się o moje wejście palcami. 
- Zawsze – odpowiadam mu natychmiast, nabierając gwałtownie powietrza. 
- To weź mnie – wpija się moje usta, przyciągając do siebie. 
Unoszę wyżej biodra, by ustawić się pod lepszym kątem i opadam na niego powoli. Lubię to uczucie. Jego bliskość. Dotyk. Sposób w jaki na mnie patrzy, wypowiada moje imię. Perfekcyjnie nad sobą panuje, pozwalając mi działać we własnym tempie. Przygryzam dolną wargę, gdy ból staje się bardziej natarczywy. Nabieram powietrza i nie wypuszczam, czekając aż minie.
- Powolutku – upomina. - Nie chcę, żeby bolało cię bardziej niż teraz... 
- Pocałuj mnie – proszę nieśmiało. 
Opuszczam się kolejne kilka centymetrów, czując jak łzy spływają mi po policzkach.
- Eryku... Prosiłem cię, prawda? - scałowuje je. - Jeśli nie będziesz mnie słuchał, natychmiast przestanę. 
- Nie – protestuję, mocniej tuląc go za szyję. 
- Mój mały... słodki... kusiciel... - zostawia drobne pocałunki na mojej szyi. 
- Jeszcze... 
- Wiedziałem, że to powiesz – wchodzi we mnie nieco mocniej. Jęczę w jego usta, spragniony bardziej niż kiedykolwiek. 
Unoszę lekko biodra do góry, a potem w dół, lecz to wciąż nie jest to, czego pragnę i o co mi chodziło.
- Simon... - nie mam wprawy w panowaniu nad sobą. 
- Jeszcze nie – próbuje mnie powstrzymać. 
- Ale ja chcę... Proszę... - szepczę tuż przy jego uchu. Wiem, że z trudem nad sobą panuje, a ja nie ułatwiam mu tego zadania. Jedna chwila zawahania... Tyle mi wystarczy. Jego dłonie na ułamek sekundy zwalniają ucisk, a ja odchylam głowę do tyłu i głośno krzycząc opuszczam się do końca. 
- Eryk! - gani mnie, lecz nic mnie to nie obchodzi. Próbuję nabrać powietrza, w taki sposób, by ukryć przed nim płacz. 
- Cii – powstrzymuję jego kolejne protesty – już jest dobrze. 
- Właśnie widzę – marszczy brwi, okazując mi swoje niezadowolenie. 
Całuję go słonymi ustami. Wiem, że to lubi. Po czym unoszę się nieco do góry i znowu opuszczam w dół.
Simon wzdycha cicho. Jest mu dobrze. Za chwile zapomni o moich małych grzeszkach i da nam to, czego najbardziej teraz potrzebujemy. 
- Jeszcze – prowokuję go tym słowem kolejny raz tej nocy. 
- Przecież to ty decydujesz – dyszy ciężko. 
Uwielbiam to nieziemskie uczucie, gdy porusza się we mnie. Nieograniczona, wszechwładna rozkosz... Uzależniłem się od niej równie łatwo, jak od obecności Simona w moim życiu, od uśmiechu, ramion, w których zasypiam, delikatnego głaskania po włosach, gdy śni mi się zły sen... Jest dla mnie wszystkim. Całym moim światem. Jest jak... muzyka, którą straciłem. Jak ukochane skrzypce, do których bezustannie się tuliłem, nawet wtedy, gdy nie mogłem już grać. Z tą różnicą, że on też mnie tuli, wypełniając pustkę, którą przez lata odczuwałem. Broniłem się przed tym uczuciem, bałem się dopuścić go do siebie, ale nim się spostrzegłem, on już dawno tu był. Był tu od zawsze. Od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałem go na zdjęciu. Kolejne łzy mimowolnie spływają mi po policzkach. Simon przygląda mi się przestraszony. Nic nie mówię. Całuję go raz za razem, aż do chwili, gdy dochodzi wewnątrz mnie sprawiając, że idę w jego ślady.
Gdy jest już po wszystkim, rzucam mu się w ramiona i wybucham płaczem. Pomimo tego, że obejmuje mnie i stara się uspokoić, nie umiem przestać. Łkam tak długo, aż opadam z sił i zasypiam w jego bezpiecznych ramionach. 
Budzi mnie szum wody. Nadal tulę się do Simona, lecz siedzimy w wannie, a nie w łóżku. Ciepło mi i przyjemnie. Czuję spokojne uderzenia jego serca. Palcami przesuwa po mojej skroni. Niechętnie otwieram oczy i spoglądam na niego pełen poczucia winy. Wiem, że za chwilę zacznie się przesłuchanie. Nie odpuści mi takiego numeru...
- Nie pytaj – proszę żałośnie, kuląc się. 
- Nie zamierzam – wzdycha. - Odpręż się. Kąpiel dobrze ci zrobi. 
- Dziękuję. Jesteś dla mnie taki dobry. 
- Bo na to zasługujesz, mój ukochany książę. 
- Ostatni dzień jestem księciem – przypominam mu. 
- Dla mnie zawsze nim będziesz – uśmiecha się. 
Ostatni dzień... Dochodzi piąta rano. Za kilka godzin przyjdzie Ryś i opublikuje wszystko w internecie. Nic więcej nie będę mógł zrobić. Wreszcie nastąpi koniec. Cały świat dowie się o poczynaniach dziadka i Alana. Myślałem, że będę się denerwować. Przeżywać. A jedynym uczuciem, które odczuwam jest strach, lecz nie jest on związany z rodzinnymi porachunkami. Boję się, że stracę Simona. Nie przeżyłbym, gdyby mnie teraz zostawił. Nie dałbym sobie rady... Jego utrata bolałaby milion razy mocniej niż utrata sprawności w prawej ręce. Przez niego stałem się zaborczy, ale to nie moja wina. Nigdy wcześniej nie byłem aż tak blisko z jakąkolwiek osobą. Troska, jaką mnie otacza sprawia, że czuję się całkowicie bezbronny.
- O czym myślisz? - pyta mnie nagle. 
- O tobie – odpowiadam mu szczerze. 
- O mnie? 
- Tak. 
- Zdradzisz jakieś szczegóły? 
- Nie. 
- Jesteś okrutny. 
- Simon? 
- Tak, Eryku? 
- Uważasz, że dobrze robię rzucając dziadka i Alana na pożarcie? 
- Dlaczego teraz pytasz mnie o zdanie? - odpowiada pytaniem na pytanie. 
- Chcę wiedzieć co myślisz. 
- Latami oszukiwali wszystkich, rujnując królestwo. Czy wasi poddani ucieszyliby się z faktu, że o tym wiedziałeś i nic nie zrobiłeś? 
- Nie. 
- Więc nie masz innego wyjścia. 
- Simon? - odzywam się po chwili milczenia. 
- Kocham cię – mówi to, co najbardziej chciałem usłyszeć. 
- Jesteś kochany – uśmiecham się wdzięczny za te słowa. 
- Wiem – śmieje się. - Pójdziesz teraz spać, dobrze? Wyglądasz na wykończonego, a za kilka godzin zmienisz historię. Powinieneś odpocząć. 
- Wolę tu zostać
- Nie ma szans – całuje mnie w czoło i wyciąga w wody. Otulam się puszystym szlafrokiem, ledwo stojąc. Nie sądziłem, że zmęczenie aż tak bardzo będzie mi doskwierać. Simon znowu bierze mnie na ręce i zanosi do łóżka. 
- Za dobrze mi z tobą – szepczę ostatkiem sił. 
- Poczekaj aż stąd wyjedziemy – okrywa mnie kołdrą jak dziecko. 
- To już niedługo. 
- Nie myśl o tym teraz. Śpij. 
Otwieram oczy po zaledwie trzech godzinach snu. Ubieram się i jem śniadanie, poprawiając list, który zamierzam dodać do raportu. Specjalna aplikacja, opracowana przez Rysia sprawi, że zostanie dostarczony od razu do telewizji, radia, prasy, ale przede wszystkim internetu, gdzie na stronie konsorcjum zamieści wszystkie zgromadzone przeze mnie dowody.
Obserwuję Simona i Vee, którzy są wyjątkowo spokojni. Rozmawiają normalnie, nie kłócą się. To chyba cud. 
Po śniadaniu Vee pokazuje Simonowi w jaki sposób zabezpieczył trasę na lotnisko, jakie samochody wybrał, ilu ludzi będzie nam towarzyszyło. Chciałbym, aby się zaprzyjaźnili, chociaż jestem realistą. Ich chwilowy rozejm ma na celu uspokojenie mnie, bo cały aż dygoczę. Im bliżej godziny 10:00, tym częściej nerwowo spoglądam na zegarek. Oby się udało... Oby się udało...
10:23 
Dzwoni mój prawnik z informacją, że od tej chwili jestem właścicielem pakietu kontrolnego fabryki ołówków. Po kilku minutach przysyła mi dokumenty, potwierdzające ten stan rzeczy. Najważniejsze fragmenty, takie jak umowa z podpisami dziadka, zostają przeze mnie dodane do raportu. Machina ruszyła.
11:17 
Przyjeżdża Ryś. Rozkłada swoje sprzęty, zadręczając Vee o udzielenie mu kilku lekcji jazdy. Vee też nie próżnuje. Wybrał sobie nowy samochód, ale nie chce mi zdradzić jaki. Przerabia go do własnych potrzeb, by był idealny.
Ryś bardzo chciałby spędzić z nami wakacje. Nie wiem czy jest to dobry pomysł. Żałuję, że po przeprowadzce nie będę mógł spotykać się z nim i Melanią tak często jak do tej pory. Cena bycia wyrzutkiem jest bardzo wysoka... 
12:00
Drodzy mieszkańcy Królestwa, 
Z wielkim smutkiem przekazuję dzisiaj do wiadomości publicznej materiały, które udało mi się zgromadzić w przeciągu ostatnich trzech lat. Nie będzie to przyjemna lektura, zwłaszcza dla tej części z Was, którzy czekali na rozpoczęcie nowej ery – złotych rządów księcia Alana, mającego już jutro objąć tron. Kto wie, może tak właśnie się stanie. Może książę Alan oraz mój dziadek, stary książę, cieszą się aż tak wielkim poparciem, że nie będą Wam przeszkadzać dokonane przez nich zbrodnie. Mimo to chciałbym, aby każdy miał szansę zapoznać się z tym, co uczynili.
Latami byliście okradani, pozbawiani miejsc pracy, czasami zastraszani i szantażowani. Podzielałem Wasz los, żyjąc w kłamstwie i obłudzie, lecz nie mogłem nic zrobić. Zgodnie z prawem, nie byłem pełnoletni. Teraz jestem i nie będę dłużej milczeć. 
Trzy lata temu założyłem konsorcjum, które wykupiło, wydzierżawiło bądź przejęło za długi najważniejsze skarby Królestwa, takie jak młyn, cukrowania, rafineria, kolej, huta szkła, szpitale, zakłady tekstylne, naszą rodzinną fabrykę ołówków oraz ponad sto pięćdziesiąt mniejszych firm. We wszystkich z ich wprowadzono reorganizację. Wbrew wcześniejszym przewidywaniom, nakreślonym ręką starego księcia, nie upadły. Wprost przeciwnie. Nadwyżka zysków pozwoliła na utworzenie nowych miejsc pracy. Ratując je czułem ogromną satysfakcję i dumę z faktu, że udało mi się uchronić je przed bankructwem. Obiecuję, że dalej będą się rozwijać, przyczyniając tym samym do polepszenia warunków życia wszystkich, a nie garstki wybranych, którzy płacili mojemu dziadkowi haracz.
Równie przykro jest mi z powodu postępowania mojego starszego brata, księcia Alana, następcy tronu. Książę zamieszany jest w handel narkotykami, które sprowadzał za pomocą statków należących do swojego najlepszego przyjaciela bądź tych, które sprezentował mu dziadek. Jestem pewny, że większość z Was słyszała o aresztowaniu Sergiusza. To on, wspólnie z moim bratem odpowiedzialni są za zwiększenie liczby zatruć mieszkańców Królestwa, zwłaszcza młodzieży, która bawiła się w nocnych klubach. Prasa pisała, że pili alkohol, wyprodukowany na zapleczu. A ja Wam mówię, że to nieprawda. Sergiusz i Alan testowali w ten sposób nowe środki odurzające, narażając zdrowie i życie zupełnie nieświadomych tego osób. A następnie sprzedawali je na ulicy. Ich celem były szkoły i dzieci, które najłatwiej uzależnić, odsprzedając później na organy lub do agencji towarzyskich. 
Jutro na Waszych oczach zmieni się historia. Król zdecydował, że Alan obejmie tron. Moja historia także jutro się zmieni. Zdecydowałem, że zrzekam się tytułu książęcego. Nie chcę być dłużej częścią rodziny, w której własne interesy stawiane są ponad dobro tych, którzy zostali nam powierzeni. Obowiązkiem rodziny królewskiej jest przede wszystkim dbałość o dobro poddanych, rozwój i bezpieczeństwo kraju. Nadal będę o Was dbał, bo to mój przywilej i obowiązek. Dołożę wszelkich starań, by konsorcjum wypełniło swoją misję.
Dziękuję za Wasze wsparcie, uśmiech, wspólne spotkania. Zwłaszcza pracownikom królewskich szpitali, którzy często mnie zapraszali. Na zawsze zapamiętam te chwile. 
Jeśli ktokolwiek z Was będzie potrzebował mojej pomocy, proszę o skorzystanie z informacji umieszczonych na stronie internetowej konsorcjum. Są tu numery telefonów i maile. Obiecuję, że pomogę każdemu, kto poprosi mnie o pomoc.
Z poważaniem 
książę Eryk

Mija kilka godzin, które spędzam na kanapie w bibliotece pracując. Simon i Vee bezustannie oglądają telewizję w salonie. Śmiało można powiedzieć, że po moich rewelacjach w królestwie zapanowała histeria. Na wszystkich kanałach mówią tylko o przekrętach dziadka i powiązaniu Alana ze światem przestępczym. Reporterzy okupują pałac królewski, starając się wymusić na królu jakikolwiek komentarz. Zarówno król, jak i mój dziadek milczą. Alan jest nieuchwytny. Mnie też szukają, ale tutaj jestem bezpieczny. Pracownicy fabryki ołówków nie kryją rozczarowania, że dziadek bez mrugnięcia okiem pozbył się fabryki. Inni wyrażają wdzięczność za to, że uratowałem ich miejsca pracy i starałem się uchronić królestwo przed upadkiem.
Pojawiły się także słowa krytyki. Przyjaciele dziadka atakują mnie twierdząc, że sfabrykowałem wszystkie dowody i resztę życia powinienem spędzić w więzieniu za oczernianie rodziny i fałszywe oskarżenia. Wytykają mi, że moje zachowanie jest wynikiem aktu zazdrości, bo to mój brat zostanie królem, a nie ja.
Nie chcę słuchać głosów zarówno tych, którzy mnie chwalą, jak i tych, którzy mieszają z błotem. Przeglądam dokumenty dostarczone przez prawnika. Opracowuję strategię rozwoju firmy na najbliższe lata. Fabryka będzie potrzebowała dużego zastrzyku gotówki, by zrealizować wszystkie moje pomysły. Dziadek już dawno powinien był to zrobić, ale nie chciał inwestować własnych środków. Ja się tego nie boję. Poza tym jeszcze nigdy się nie pomyliłem.
Pan Moon przynosi mi herbatę, mnóstwo ciastek i obiad, ale nie jestem głodny. Jem z przymusu, bo wiem, że obserwują mnie dzisiaj baczniej niż zazwyczaj. Chciałbym, by było już po wszystkim.
Czas płynie nadzwyczaj szybko. Zanim się spostrzegam, jest po pierwszej w nocy, a Simon kolejny raz próbuje mnie zmusić, abym położył się spać. 
- Ostatnie pięć minut, obiecuję – przyciskam do siebie laptopa, ale on nie daje się nabrać. Bierze mnie na ręce i zanosi do sypialni. 
Odkładam komputer pod poduszkę i posłusznie idę do łazienki.
- Oddaj mi to – prosi ponownie, gdy leżę już w łóżku i kończę wprowadzanie poprawek do raportu. 
- Nie – protestuję cicho – potrzebuję jeszcze chwili. Idź się umyć, zaraz kończę. 
- Już byłem – rzeczywiście. Jestem tak pochłonięty pracą, że nie zwróciłem uwagi na fakt, że ma mokre włosy. 
- Wiem, ale... – siłą zabiera mi maca – Simon, oddawaj! 
- Koniec pracy na dziś. Idziesz spać. 
- Nie możesz – podrywam się ze swojego miejsca i próbuję mu odebrać bezcenny sprzęt. 
- Mogę. Wierz mi, że mogę. Znowu masz przekrwione oczy. 
- Trzy minuty – licytuję się. 
- Nie oddam ci go. 
Twardy z niego przeciwnik, więc może powinienem zmienić taktykę...
- Mam dla ciebie prezent. Chcesz zobaczyć? - przymilam się licząc na to, że dzięki temu uśpię jego czujność. 
- Prezent? - spogląda na mnie z zaciekawieniem. 
- Chciałbym ci go teraz pokazać, dobrze? To zajmie tylko chwilę, a potem pójdę spać. 
Nie jest przekonany, ale oddaje mi komputer. Otwieram jeden z ukrytych folderów i uśmiecham się do Simona.
- Proszę, oto mój prezent dla ciebie – zielonooki przysuwa się bliżej, a ja pokazuję mu zdjęcia. 
- Dom na plaży? - pyta zaskoczony. 
- Nie dom, a wyspa. Kpiłem ją dla ciebie. Możesz ją dowolnie nazwać. Cieszysz się? 
- Kupiłeś wyspę?! 
- Tak. Jest twoja. Przecież sam mówiłeś, że chcesz malować zachody słońca. Teraz będziesz mógł codziennie robić to, co lubisz. I nikt nie będzie ci przeszkadzać. 
- Eryku... To jest... 
- Nie cieszysz się - podpowiadam mu smutny, bo nie wykazuje nawet odrobiny entuzjazmu. 
- Nie musiałeś tego robić. 
- Chcę, abyś był szczęśliwy. Pomyślałem, że... 
Simon rzuca się na mnie i całuje. Nic z tego nie rozumiem.
- Głuptasie. Jestem bardzo szczęśliwy, ale nie z powodu wyspy, czy malowania. Kocham cię i tylko ty się dla mnie liczysz. 
- Chciałbym zobaczyć jak malujesz – nieśmiało dzielę się z nim moim małym marzeniem. 
- I zobaczysz. Nie musiałeś w tym celu aż tyle wydawać. Podejrzewam, że wyspy do tanich nie należą. 
- Ty dajesz mi o wiele więcej... - spoglądam mu w oczy. Uśmiecha się do mnie. - Poza tym wszystko dokładnie sprawdziłem. Masz własną plażę, biały piasek, turkusową wodę. Dom nie jest zbyt duży, ale zawsze można go przebudować, gdyby ten ci się nie spodobał. Chciałem poczekać na akt własności, ale omyłkowo wysłano go do Rzymu. Zdaniem agenta nieruchomości, jeśli wypłyniesz dalej w morze, będziesz mógł pływać z delfinami i ... 
- A ty? - przerywa mi nagle. 
- Co ja? 
- Nie chcę tych wszystkich rzeczy, jeśli nie mogę dzielić ich z tobą. 
- Przyjadę cię odwiedzić, jeśli mnie zaprosisz – śmieję się. - Chcesz jeszcze raz obejrzeć zdjęcia? Pojedziemy tam dopiero za jakiś miesiąc. Muszę najpierw załatwić wszystkie sprawy w Rzymie. Chyba, że wolisz sam... 
- Nie – całuje mnie. - Dziękuję za wyspę. To niezwykły prezent. Mimo to dla mnie bycie blisko ciebie jest największym prezentem od losu. 
- Simon, ja... 
- Nigdy cię nie zostawię, nie zdradzę, nie odejdę. Jesteś miłością mojego życia. 
- Wiem. Dziękuję – głos bardzo mi drży. Chciałbym mu powiedzieć, że ja też bardzo go kocham, ale nie chcę by poczuł się oszukany. Wiem, że moje uczucie względem niego nie jest płytkie i powierzchowne, ale czy to co czuję to prawdziwa miłość? 
- A teraz grzecznie pójdziesz spać, tak jak obiecałeś. Jutro rano czeka nas koronacja twojego brata, a potem długi lot do Rzymu. Jeśli teraz nie odpoczniesz, będziesz nieprzytomny. 
Wiem, że ma rację. Odkładam komputer i czekam, aż zgasi światło. Przysuwa się blisko mnie i obejmuje ramieniem. Jego drobne gesty tak bardzo mnie wzruszają. Nikt nigdy nie okazał mi tyle uczucia. Nawet rodzice. Nie pamiętam, by ktokolwiek przytulił mnie przed zaśnięciem. Pamiętam za to, że niezliczoną ilość razy chowałem się ze strachu pod łóżkiem, nasłuchując, czy mój oprawca się nie zbliża. Jutro zostawię to wszystko za sobą...
- Śpij – szepcze w moje włosy. 
- Skąd wiesz, że nie śpię? - odpowiadam równie cicho. 
- Po prostu wiem. 
- Denerwuję się, bo Alan może... 
- Alan nic ci nie zrobi. Nawet na ciebie nie spojrzy. W przeciwnym wypadku zabiję go, rozumiesz? 
- Ale... 
- Nie ma żadnego „ale”. Śpij już. Przy mnie jesteś bezpieczny. 
Ma rację. Co złego może się stać? Wszędzie będzie ochrona. Samolot czeka na lotnisku. Koronacja to tylko kilka minut. Nigdy więcej tu nie wrócę... Jeszcze kilka godzin...
- Eryku... Otwórz oczy... Eryku... - słodki głos wabi moje zmysły. Unoszę obolałe powieki. Alan przygląda mi się z uśmiechem. Ramiona bardzo mnie bolą od wielogodzinnego zwisania na linie. 
- Proszę... Puść mnie... - błagam go ostatkiem sił. 
- Chciałbym, ale nasza zabawa dopiero się rozpoczyna – wyciąga z kieszeni nóż, którym obraca z wprawą w swoich smukłych palcach. Boję się... - Jestem rozczarowany twoją postawą, braciszku. Mam ostatnio sporo zajęć i niewiele czasu dla rodziny, a ty mi odmawiasz... Powinieneś się wstydzić... 
- Błagam cię... Alan... Zrobię co zechcesz... 
- Błaganiem nic nie wskórasz, mój mały. Dobrze wiesz, że najbardziej cieszą mnie pamiątki po wspólnie spędzonych chwilach – okrąża mnie i rozcina koszulę na moich plecach. - Lubię na nie patrzeć. Nasz mały sekret, prawda Eryku? - przesuwa ostrzem po skórze, rozcinając ją. Robi mi się słabo. Duszne pomieszczenie powoli przesiąka zapachem krwi... Ściąga ze mnie kawałki pociętej koszuli i wyciera zakrwawione plecy, a potem zaciąga się tym zapachem, błogo uśmiechając. - Czuję się jak w raju, a ty? 
Nie odpowiadam. Cały drżę. Łzy spływają mi po policzkach. Będzie wściekły. Nie lubi, gdy płaczę w takich chwilach.
Podchodzi bliżej i unosi moją brodę do góry, abym spojrzał mu w oczy. 
- Eryku... Czemu to robisz? Psujesz nastrój. Wiesz, że jeśli nie będziesz grzeczny, to będę musiał cię ukarać, prawda? - pyta zmartwionym głosem. 
- Prze-Przepraszam – szepczę cicho. Mój głos jest ledwo słyszalny. Alan zadaje mi silny cios w brzuch, po którym kulę się jeszcze bardziej, ale nie mdleję. Wie jak mocno może uderzyć. Ma sporą wprawę w biciu mnie. 
- Tak nie będziemy się bawić. Musisz się odpowiednio zachowywać – znowu krąży wokół mnie, lecz jego nastrój powoli się zmienia. Nie jest już radosny i spokojny. Jego maska powoli opada, ukazując prawdziwe, bezlitosne oblicze. - Tyle razy ci mówiłem, że masz wykonywać polecenia, prawda – wbija ostrze noża w moje plecy i przekręca – a ty jesteś taki niegrzeczny! Psujesz wszystko! - szarpie mnie za włosy. - No trudno, muszę dać ci nauczkę, inaczej nigdy nie nauczysz się dobrych manier – wykorzystuje zakrwawioną koszulę, którą ciągle trzymał w dłoni i knebluje mi nią usta. - Jeśli nie będziesz grzeczny, odbiorę ci wszystko co kochasz - staje za moimi plecami i przysuwa usta do ucha – wszystko, co kochasz – powtarza złowieszczo. - Znam cię, Eryku. Widziałem, jak na niego patrzyłeś, ale on jest mój... To moja zabawka, a ja nie lubię się dzielić... Myślałeś, że możesz go sobie po prostu zabrać? Czy nie rozmawialiśmy na ten temat setki razy? Nawet jeśli kocha ciebie, należy do mnie... A wiesz, co robię z osobami, które mnie zdradziły, prawda? 
- Błagam... Nie... - próbuję krzyczeć, ale jego knebel skutecznie mi to utrudnia. 
- Sprawię, że będzie cierpiał znacznie bardziej niż ty kiedykolwiek cierpiałeś... - głos Alana jest zimny i pewny siebie. Wbija ostrze w moje plecy raz za razem, zadając potworny ból, lecz nie tego najbardziej się w tej chwili boję. Simon... Muszę go ostrzec... On nie może zginąć... - Biedny, mały Eryk... Nie martw się. Będziesz patrzył, jak umiera... To będzie mój prezent dla ciebie. 
- Nie! Nie zabijaj go! Ja go tak kocham! Nie zabijaj go! Błagam! - szamoczę się, nie dbając już ani o obolałe ręce, ani o nóż, którym na oślep kroi moją skórę. 
Gwałtownie otwieram oczy. Jestem zapłakany i nie mogę nabrać powietrza. W pokoju jest szaro. Simon śpi obok mnie, spokojnie oddychając. Niedobrze mi. Ostrożnie wychodzę z łóżka, zabierając ze sobą telefon z nocnej szafki. Biegnę do łazienki przy drugiej sypialni i długo wymiotuje. Gdy nie mam już siły, kładę się na zimnej podłodze i próbuję zapanować nad oddechem. Drżącą dłonią odblokowuję ekran. Vee odbiera po pierwszym sygnale. 
- Co się dzieje, Eryku? 
- Vee... - szepczę do słuchawki. 
- Co jest? Mam przyjść? 
- Nie... Śnił mi się zły sen i... 
- Nie bój się. Jestem już w windzie... 
Nie mija nawet minuta, a on jest obok. Podnosi mnie z podłogi i kładzie do łóżka. Cały trzęsę się ze strachu.
- Pójdę po Simona. 
- Nie! - łapię go za rękę. - Nie... Zaczekaj, proszę. 
Siada obok mnie i zaczyna głaskać po włosach.
- Spokojnie. Oddychaj. Przyniosę ci wody. 
- Vee... Proszę... Musisz coś dla mnie zrobić. 
- Co mam zrobić, Eryku? 
- Obiecaj mi... Obiecaj, że jeśli coś mi się stanie, zabierzesz stąd Simona i ukryjesz przed Alanem. Obiecaj mi – spanikowany szarpię go za rękaw.
- Nic złego ci się nie stanie. 
- Obiecaj mi, Vee. 
- Obiecuję. Masz moje słowo. 
Dopiero teraz zauważam, że Vee ma na sobie ciemny garnitur i krawat. Jego marynarka jest rozpięta. Spod spodu widać broń. Uspokajam się.
- Spójrz – pokazuje mi pistolety – wiesz, że dobrze strzelam, prawda? Będą z nami uzbrojeni ludzie. Samochód jest kuloodporny. Samolot gotowy do startu w każdej chwili. Naprawdę sądzisz, że ktokolwiek jest w stanie nam zagrozić? 
- Nie znasz Alana. Nie cofnie się przed niczym. Już raz zabrał mi to, co kochałem najbardziej. Drugi raz mu nie pozwolę... 
- Więc o to chodzi – blondyn uśmiecha się tajemniczo, a ja rumienię zawstydzony, uświadamiając sobie, co przed chwilą powiedziałem. - Mały Eryk się zakochał. 
- Cicho, Vee. Jeszcze nas usłyszy – denerwuję się. 
- Nie powiedziałeś mu? To się mamusia zdziwi... - śmieje się ze mnie, czochrając po włosach. - Takie wyznanie z twoich ust i to przed piątą rano... Widzisz, zawsze ci powtarzałem, że warto rano wstawać – puszcza do mnie oko. 
- Tylko dlatego, że sypiasz cztery godziny na dobę – odcinam się, bo dobrze znam wszystkie jego dziwne nawyki. 
- Co tu się dzieje?! - zdenerwowany Simon, jak burza, wpada do pokoju. 
- O wilku mowa – drwi z niego Vee – pójdę zrobić herbatę, a ty poleż jeszcze trochę. 
- Eryku, co ci jest? Źle się czujesz? Dlaczego mnie nie obudziłeś? 
- Przestraszył się, bo za głośno chrapałeś! 
- Przymknij się, palancie. Pytałem jego, a nie ciebie. 
Zanim wychodzi do kuchni, idzie do łazienki i przynosi mi zimny ręcznik.
- Połóż się i zamknij oczy. Niedługo poczujesz się lepiej. 
- Co ci jest, Eryku? Mam zawołać lekarza? - żal mi Simona, ale nie powiem mu o tym co mi się śniło. Poza tym cieszę się, że mogę się ukryć pod ręcznikiem i nie muszę patrzeć w jego oczy. Nadal jestem zszokowany własnymi uczuciami. Za to Vee sprawia wrażenie wyluzowanego. Takie rzeczy nigdy nie robiły na nim wrażenia. 
- Daj mu dojść do siebie. Znowu śnił mu się jakiś koszmar. Znalazłem go na podłodze w łazience. 
Simon siada obok mnie na łóżku i delikatnie głaszcze. Jego ciepło przenika przez moją skórę. Vee ma racje. Nic złego się nie stanie. Wyjedziemy daleko stąd. Nie jestem już małym, bezbronnym dzieckiem. Ochronię go. Nie pozwolę, by ten psychopata po raz kolejny pozbawił mnie miłości...
- Już dobrze – powtarza cicho. 
Po kilku minutach jasnowłosy wraca z filiżanką, a ja po raz pierwszy przyglądam się mojemu ukochanemu. Nadal ma najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. I krótkie, choć trochę potargane włosy. Idealnie wykrojone usta, którymi tak często mnie całuje. Spod białej bawełnianej koszulki, na jego umięśnionym ramieniu, widać kawałek czarnego smoka. Jest bardzo przystojny. Tylko mój...
- Lepiej się czujesz? - pyta mnie jasnowłosy, rozsiadając się wygodnie w fotelu i uśmiechając tajemniczo. Dobrze wiem o co mu chodzi. Cieszy się, że ma przewagę nad Simonem, bo wie o czymś, czego sam nie miałem jeszcze odwagi mu powiedzieć. Powiem mu. Dzisiaj, w samolocie. Jak będziemy już wolni od Alana... 
- Tak. Dziękuję, że przyszedłeś. 
- Cała przyjemność po mojej stronie – szczerzy idealne, białe zęby. 
- Z czego się tak cieszysz, Vee? - pyta Simon, zaalarmowany jego dziwnym zachowaniem. 
- Chciałbyś wiedzieć, co? - drażni się z nim jak z dzieckiem. 
- Eryku, co tu się dzieje? Dlaczego mnie nie obudziłeś? 
- Bo spałeś. Nie chciałem ci przeszkadzać. 
- Nigdy więcej tak nie mów! Jestem tu tylko dla ciebie – Vee wybucha śmiechem, słysząc jego wyznanie, na co zielonooki podrywa się z łóżka i podnosi go z fotela za marynarkę. 
- Uważaj, mamusiu... - ostrzega, z błyskiem w oczach. 
- Simon, zostaw go! Czy chociaż przez jeden dzień nie możecie być dla siebie milsi? 
- To on zaczął! - odpowiadają równo, po czym wybuchają głośnym śmiechem. 
- Muszę iść, czekają na mnie na dole. Poradzisz sobie? - pyta mnie, ignorując dzwonek telefonu. 
- Tak. Dziękuję, Vee – uśmiecham się do niego. - I... 
- Nie martw się, obiecałem, prawda? - znacznie spokojniejszy, odprowadzam go wzrokiem. 
- Co on ci obiecał? - czujny Simon wpatruje się we mnie w taki sposób, że mam ochotę ukryć się przed nim pod kołdrą.
- Nic – odpowiadam cicho i zaczynam wpatrywać się w filiżankę, którą nadal trzymam w dłoniach. 
- Powiedz mi – nalega, odbierając mi ją i odstawiając na nocną szafkę. 
- Nie – uśmiecham się figlarnie. 
- Znam twoje słabe punkty – ostrzega – wolisz, abym cię zmusił? - przejeżdża kciukiem po mojej dolnej wardze, wywołując iskry na całym ciele. 
- Wolę, abyś mnie zmusił – zaczynam się śmiać, gdy rzuca się na mnie i całuje po szyi. Obejmuję go ramionami i przytulam bardzo mocno. 
- Eryku? - patrzy mi w oczy. 
- Mam przed tobą sekret – przyznaję, czując jak policzki mnie palą – ale zdradzę ci go w samolocie. 
- Dopiero w samolocie? - jest niepocieszony. - Vee już wie – narzeka. 
- Przepraszam. Daj mi tych kilka godzin, dobrze? 
- Powiesz mi natychmiast po starcie? - upewnia się. 
- Tak – odpowiadam, dotykając jego policzka. 
Kocham cię... Tylko mój... To znaczy dokładnie to samo. Uśmiecham się do siebie, szczęśliwy jak nigdy wcześniej.
Jestem zbyt zdenerwowany, by zjeść śniadanie. Simon nie naciska. Rozumie, dlaczego tak bardzo się stresuję. 
- Czy mam coś jeszcze spakować, panie Johnes? - pyta pan Moor, kończąc wycierać naczynia. 
- Tylko skrzypce – odpowiadam. 
- Oczywiście, proszę pana. A ty, Simon? Chcesz zabrać coś konkretnego? 
- Nie, mam tu wszystko, na czym mi zależy – spogląda mi w oczy i uśmiecha się. 
Kilka minut po ósmej wraca Vee.
- Wszystko gotowe, za kilka minut wyruszamy. 
Siadam na sofie w salonie i podpieram głowę na drżących dłoniach. Vee podchodzi do barku i nalewa mi alkoholu.
- Pij – każe, podając szklankę – to ci dobrze zrobi – zachęca mnie. 
- Nie chcę. 
- Chcesz – ufam mu, więc piję. Gorzki smak natychmiast rozgrzewa mnie od wewnątrz. Obserwuję Simona, który wyjątkowo nie zareagował. On też ma na sobie ciemny garnitur i broń, którą pod nim chowa. - A teraz wszystko sobie powtórzymy – uśmiecha się do mnie, wyrywając z zamyślenia. - Moi ludzie obstawili pałac królewski. A właśnie, wiesz, że od wczoraj ludzie protestują przeciwko koronacji Alana? Nie zdziw się, jeśli napotkamy na tłum wrzeszczących mieszkańców zaopatrzonych w transparenty. Nikt się do ciebie nie zbliży. Simon pójdzie z tobą, a ja poczekam pod głównym wejściem w samochodzie. Podpiszesz co trzeba i natychmiast wyjdziesz, nie oglądając się za siebie, jasne? 
- Tak. 
- Przejazd z pałacu na lotnisko zajmie mi jakieś dwadzieścia minut, czyli maksymalnie o 10:00 będziemy w powietrzu. Jakieś pytania? 
- Vee... Dziękuję. Za wszystko – patrzę mu w oczy z wdzięcznością. 
- Nie mów tak do mnie, bo brzmisz tak, jakbyśmy się żegnali. Tłumaczyłem ci dziś rano i teraz też powtórzę NIC ZŁEGO SIĘ NIE STANIE - powtarza z naciskiem.
- Vee ma rację. Nie bój się, Eryku – dodaje Simon. 
- Słyszałeś to? Nawet mamusia wie, kto rządzi w tym domu – śmieją się z Simonem. 
Wsiadamy do windy. Obaj towarzyszący mi mężczyźni zachowują spokój i opanowanie. Byli szkoleni na wypadek takich sytuacji. Dla nich to tylko kolejny dzień pracy.
Spoglądam na swoje odbicie w lustrze. Ich obecność sprawiła, że czuję się pewniejszy siebie. Ciemny garnitur i biała koszula idealnie na mnie leżą. Mam na palcu złoty pierścień, który zostawię po zrzeczeniu się tytułu. 
Na parkingu czekają na nas trzy identyczne samochody. Vee podchodzi do środkowego i otwiera nam drzwi
- Proszę bardzo – uśmiecha się. 
Simon siada obok mnie i splata nasze palce, dodając odwagi. Nic nie mówi. Po prostu jest. Denerwuję się znacznie bardziej, niż mam odwagę to przyznać. Nadal przeżywam koszmar, który mi się przyśnił. Nawet jeśli uwolnię się od Alana i nigdy więcej go nie spotkam, to nie jestem w stanie zapomnieć tego, co mi zrobił.
Pałac jest okupowany przez tysiące ludzi. Samochód zwalnia. Obserwuję ich zza przyciemnianej szyby. Wyrażają swoje niezadowolenie. Mają transparenty i flagi królestwa. Część z nich głośno krzyczy „precz z królem”. Mają do tego prawo. Nikt nie lubi być oszukiwanym. 
Policja kieruje ruchem, wpuszczając nas za bramę. Telewizja umieściła wielkie telebimy przed pałacem, by obecni mogli bez problemu oglądać koronację nowego monarchy. Serce gwałtownie mi przyspiesza. Dochodzi 9:00. Za chwilę wysiądę z samochodu... Spotkam całą rodzinę. Boję się.
- Eryku – Vee odwraca się w moją stronę – będę tu na was czekał. Pamiętasz co masz zrobić? 
- Zrzec się tytułu, podpisać dokument i wrócić do samochodu – odpowiadam mu drżącym głosem. 
- Widzisz tych wszystkich ludzi? Przyszli tu dla ciebie. Nie mówiliśmy ci o tym, ale większość poddanych uważa to co zrobiłeś za bohaterstwo. Popierają cię. Dlatego tu są. Nie pokazuj im, że się boisz. Cały czas będziemy z tobą. Za dwadzieścia minut będziesz z powrotem w samochodzie. Głowa do góry. Ostatni dzień jesteś księciem. Pokaż im jak to się robi – uśmiecha się do mnie. 
- Dziękuję – spoglądam im obu w oczy. 
- Teraz wysiądę i otworzę ci drzwi. Fotoreporterzy tylko na to czekają, więc nie daj się sprowokować i trzymaj blisko Simona. Tylko on wejdzie z tobą do sali tronowej. Pamiętaj, że ma broń i nie zawaha się jej użyć. Gotowy? 
- Tak. 
- Do dzieła – obserwuję jak Vee nakłada ciemne okulary i śmiało wysiada z auta. Jasny błysk fleszy odbija się od samochodu niczym błyskawice w czasie burzy. Naciska na klamkę i wypuszcza Simona. Serce wali mi tak bardzo, że nie słyszę własnych myśli. Simon i Vee stoją blisko, by odgrodzić mnie od innych. Wysiadam. 
- To książę Eryk! - słychać krzyk ludzi. Lampy błyskowe z aparatów oślepiają mnie. Żałuję, że nie ubrałem okularów. Czuję się zagubiony, lecz staram zachowywać normalnie. Ludzie krzyczą i biją mi brawo. Policja stara się zapanować nad tłumem, by nie przedarli się za pałacową bramę. - Książę, ratuj królestwo! Książę Eryk na króla! Precz z Alanem!
Chowam się za plecami Simona. Reporterzy z całego kraju zaczepiają mnie prosząc o komentarz. Po chwili widzę całą scenę jeszcze dokładniej na telebimie. Wchodzimy do środka, gdzie jest znacznie spokojniej. 
Asystent króla wskazuje nam drogę. Wielka sala tronowa wypełniona jest dygnitarzami. Są tu wszyscy członkowie rodziny królewskiej, przedstawiciele całej arystokracji z królestwa, ważniejsi politycy, ministrowie. Wszędzie wokół słyszę szum ich rozmów. Ciągle powtarzają moje imię.
Podchodzę do króla, który siedzi na rzeźbionym krześle. 
- Wasza wysokość – kłaniam mu się, niechętnie unosząc wzrok. 
- Książę Eryku, dobrze, że jesteś – odpowiada zmieszanym głosem, który słyszę za każdym razem od chwili, gdy błagałem go o okazanie litości po tym, jak Alan... 
- Witaj, bracie – jego głos mrozi mi krew w żyłach kolejny raz dzisiejszego poranka. Uśmiecha się do mnie, wyciągając rękę. Ignoruję jego gest. - Nie chcesz się ze mną przywitać? - pyta, udając zaskoczenie. 
- Brzydzi mnie twój dotyk – odpowiadam, spoglądając w niebieskie oczy. 
- Kiedyś lubiłeś się ze mną bawić – żali się – nie mogę się doczekać, aż do tego wrócimy, Eryku. 
- Po moim trupie – Simon chowa mnie za swoimi plecami. 
- To może być szybciej, niż sądzisz, przyjacielu. Wybaczcie na chwilę – posyła kolejny słodki uśmiech w naszą stronę, a potem oddala się w kierunku rodziców. Robi mi się niedobrze ze zdenerwowania. Wiem, że zastraszenie mnie jest mu bardzo na rękę, ale z drugiej strony te sny... Spanikowany spoglądam na Simona. 
- Jeszcze osiemnaście minut – podpowiada. 
Król gestem daje znak pierwszemu ministrowi, by rozpocząć uroczystość. Mam przy sobie dokument, w którym oficjalnie zrzekam się tytułu książęcego. Muszę tylko podać go królowi w chwili, gdy po zaprzysiężeniu jego następcy będziemy składać podpisy w pamiątkowej księdze. A potem mogę stąd wyjść.
- Zgodnie z tym, co ogłosiłem na balu, zrzekam się korony na rzecz następcy, którego sam wybrałem. Prawo królestwa wyraźnie mówi, że nowym monarchą może być tylko i wyłącznie osoba pochodząca z królewskiego rodu. Tak było od pokoleń – król spogląda na zebranych, w tym na Alana, który wygląda na bardzo pewnego siebie. - Jak zapewne wiecie wybranym przeze mnie następcą jest obecny tutaj książę Alan. Jednak w świetle tego, co miało miejsce wczoraj... Chciałbym powiedzieć, że jest mi bardzo przykro. Przepraszam wszystkich. Przepraszam poddanych za mojego brata, który zhańbił rodzinę oraz za księcia Alana. Zwłaszcza za jego powiązania ze światem przestępczym. Do końca moich dni będę uważał ich postępowanie za osobistą porażkę. Jako król powinienem był o tym wiedzieć. Powinienem nie tylko obdarzać rodzinę zaufaniem, ale także sprawować większą kontrolę nad ich poczynaniami. Proszę, wybaczcie mi. Przepraszam jako wasz król i jako człowiek, który został mocno zraniony przez najbliższych. 
Król milknie na chwilę i spogląda na zebranych. Wydaje mi się, że trudno mu zebrać myśli. Na sali daje się wyczuć coraz większe napięcie. Szmer rozmów ucichł. Panuje idealna cisza, przerywana klikaniem aparatów fotograficznych.
- Jako dwudziesty siódmy monarcha, powołany z łaski bożej, by służyć wam w prawdzie i godnie reprezentować tych, którzy zostali mi powierzeni, w tym historycznym dniu, zrzekam się korony na rzecz mojego następcy – król zsunął z dłoni swój bogato zdobiony pierścień, na którym widnieje herb królestwa, którym tylko on może się posługiwać. Dokumenty nim opieczętowane mają moc prawną. - Proszę, podejdź do mnie, książę Eryku. 
- Ja? - pytam zaskoczony, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. 
- Proszę, podejdź. W obecności rodziny, ministrów i poddanych złożysz przysięgę. 
Jestem tak zaskoczony, że nie wiem o czym on do mnie mówi. Ja? Królem? Przecież wybrał Alana...
- Ale ja nigdy nie... - zaczynam cicho, przerażony takim obrotem sytuacji. 
- Wiem, że nigdy nie chciałeś być królem. To także moja wina. Od najmłodszych lat wmawiano ci, że się do tego nie nadajesz. Przepraszam Eryku. Przepraszam, że nie pomogłem ci wtedy, gdy najbardziej na mnie liczyłeś. Przepraszam, że odwróciłem się od ciebie, przekreślając twoje szanse na objęcie tronu. Bóg mi świadkiem, że to co zrobiłeś, twoja postawa i zachowanie udowodniła wszystkim tu obecnym, że będziesz wspaniałym królem. Proszę, podejdź do mnie i złóż przysięgę. 
Wpatruję się w króla nadal nie rozumiejąc dlaczego wybrał mnie i co powinienem teraz zrobić. Jedyne co widzę to wściekły wzrok Alana, zmieszanie na twarzach moich rodziców oraz dziadka, który kręci głową, szepcząc coś do mojego brata.
- Idź – szepcze za mną Simon, popychając mnie w stronę jego wysokości. 
Królewski pierwszy minister uśmiecha się pogodnie, otwierając księgę prawa, by jego wysokość przeczytał treść przysięgi.
- Połóż tu prawą dłoń – wskazuje mi odpowiednie miejsce. Nie umiem ukryć drżenia – i powtarzaj za mną. Ja, Eryk, książę królestwa, przysięgam uroczyście... 
- Ja, Eryk... - to nie dzieje się naprawdę... To niemożliwe, dlaczego ja? Nic takiego nie zrobiłem... Czemu nagle zależy mu na tym, abym został królem? Przecież ja tu nawet nie planowałem zostać, a teraz składam przysięgę... Spoglądam na Simona, który uśmiecha się do mnie, pękając z dumy. Ukochany, właśnie zostaję królem... 
- … że swoją postawą i zachowaniem zrobię wszystko co w mojej mocy, aby przyczynić się do rozwoju... - król nadal czyta, a ja bezwiednie powtarzam po nim słowa przysięgi, nie mogąc w to wszystko uwierzyć. 
- Pozwolisz, że jako pierwszy złożę ci gratulacje? Wasza wysokość – kłania mi się, po czym zdejmuje mój książęcy pierścień i wsuwa mi na palec królewski. - Panie i panowie, jego wysokość król Eryk, dwudziesty ósmy monarcha. Panie, gratuluję. Jestem pewny, że twoja prawość i troska o kraj zaowocują wspaniałymi rządami. 
- Dziękuję – udało mi się cicho wydukać. 
Na zewnątrz słychać okrzyki i wiwaty. Królewski minister otwiera drzwi balkonowe i prosi zebranych o uwagę.
- Panie i panowie, mam zaszczyt przedstawić wam króla Eryka – wycofuje się, by zrobić mi miejsce, ale ja za bardzo się boję, by wyjść na balkon. 
- No dalej, wasza wysokość, poddani czekają – król uśmiecha się do mnie, zachęcając do wypełnienia obowiązku. 
Nogi mam jak z waty. Niepewnie spoglądam na Simona, ale on kiwa tylko głową, jakby chciał mnie przekonać, że powinienem to zrobić, więc robię. Po raz pierwszy w życiu jestem na świeczniku. Nieśmiało spoglądam na tysiące zebranych pod pałacem ludzi, którzy biją brawo i krzyczą moje imię. Macham im z balkonu, a potem od razu cofam się do wnętrza. Reporterzy przygotowują się do przeprowadzenia pierwszego wywiadu. Co mam im powiedzieć? Mam pustkę w głowie...
Podchodzą do mnie rodzice, którzy przed chwilą, razem z Alanem podpisali się w księdze. 
- Synu – ojciec nie ukrywa wzruszenia, a mama ociera swoje krokodyle łzy białą, koronkową chusteczką – jesteśmy z ciebie tacy dumni – podaje mi rękę. 
- Dziękuję – odpowiadam i odchodzę. Nie dam się więcej nabrać na ich sztuczki. Chcę zapytać Simona co mam teraz zrobić. Przecież samolot na nas czeka, i Vee, i pan Moor. 
Zanim udaje mi się do niego podejść, pierwszy minister prosi mnie o złożenie podpisu w księdze. Siadam na zdobionym krześle, na którym niedawno siedział poprzedni król i przykładam pieczęć. Stało się..
- Wasza wysokość, gratulujemy – ciocia Anna rzuca się na mnie, przytulając – mój mały Eryk został królem – płacze, ściskając mnie. 
- Anno... Udusisz nowego króla – żartuje Konrad. - Wasza wysokość – kłania mi się. - Wspólna praca będzie dla mnie zaszczytem. 
- Dziękuję – uśmiecham się do nich wdzięczny za wsparcie. Lecz to nie z nimi chcę świętować... 
Rozglądam się po sali. Ustawia się tłum ludzi, pragnących cieszyć się razem ze mną oraz złożyć wyrazy szacunku. Czuję się oszołomiony. Potrzebuję jego ciepła, inaczej nie dam sobie rady...
Szukam go wzrokiem. Mój ukochany cały czas patrzy tylko na mnie. Nie widzi go... Nie widzi jak wyjmuje broń... 
Wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Rzucam się przed siebie i odpycham Simona do tyłu. Traci równowagę, lecz nie upada. Słyszę odgłos strzału. Jednego... Potem drugiego... Próbuje mnie zasłonić, chowając w swoich ramionach i rzucając na ziemię, ale jest już za późno... Czuję zapach krwi. Tak bardzo boli... Koszula, którą mam na sobie, robi się mokra i lepka. Dotykam klatki piersiowej. Na dłoni widzę czerwoną plamę... Simon... krzyczy moje imię, ale to nie ważne... Jest bezpieczny. Zdążyłem. Tak ciężko mi oddychać, a chciałbym mu jeszcze powiedzieć... Chciałbym mu powiedzieć, że... Uśmiecham się.
- Tylko mój... - udaje mi się wyszeptać, spoglądając po raz ostatni w te piękne, zielone oczy. Zamykam powieki. "Tylko mój" znaczy dokładnie to samo co kocham cię...
Koniec części pierwszej