czwartek, 26 stycznia 2017

Rozdział VIII

„Kai


Ojciec... Nie widziałem go od tamtego dnia... Ani razu nie odwiedził mnie w szpitalu. Nawet nie zadzwonił.
- Nie jesteś już moim ojcem! - mój głos jest zimny i spokojny. Brzmi obco. Nie poznaję go. Obcy ja, po raz kolejny, wyrzeka się filaru naszej rodziny... Nie, on nie jest już moją rodziną.
- Byłem przy twoich narodzinach. Opiekowałem się tobą przez całe twoje życie. Nie sądzisz, że jesteś wobec mnie niesprawiedliwy?
Niesprawiedliwy? Siadam na leżaku, by lepiej mu się przyjrzeć. Nie zmienił się przez ten czas. Ma na sobie jasny garnitur, jest opalony, szczupły, wysoki. Za jego plecami dostrzegam młodą kobietę w obcisłej, fioletowej sukience. To nowa „mama”? Syna też ma nowego?
- Jestem dorosły i tak jak ty, dokonałem pewnych wyborów. - Staram się wstać, lecz ze względu na to, że wczoraj tak niewiele odpoczywałem, ból od razu atakuje ze zdwojoną siłą.
- Nadal poruszasz się na wózku? Operacja nic nie dała? - dziwi się, Niedobrze mi od fałszu, którym jest przesiąknięty. Jak śmie mówić do mnie takie rzeczy?! Tchórz i kłamca!
- Jared... Możesz mi pomóc? - posyłam mu błagalne spojrzenie.
- Jasne – brązowooki natychmiast podrywa się z miejsca, by mnie wesprzeć. - Wracamy do pokoju, czy jedziemy do kina?
- Wszystko mi jedno, gdzie pojedziemy, byle z daleka od tego typa.
- Kai, nie mów tak o mnie! Ty nic nie rozumiesz! - łapie mnie za ramię, lecz Jared od razu go odpycha.
- Lepiej będzie, jeśli zostawi nas pan w spokoju – chowa mnie za swoimi plecami.
- Nie wtrącaj się! To sprawy między moim synem, a mną! Kai! - ponownie zwraca na siebie moją uwagę – mogę ci pomóc. Mam znajomości. Załatwię ci lepszego lekarza. Widzę, że matka nie potrafi się o ciebie zatroszczyć tak, jak należy.
- Nie waż się mówić o matce w mojej obecności! - krzyczę.
- Nie rób scen! - syczy wściekle, starając się mnie uciszyć.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić! Masz zapomnieć o moim istnieniu, ty egoisto! - czuję w sobie furię, która podsycana jest fizycznym cierpieniem. Nie chcę go w swoim życiu.
- Moja propozycja jest szczera. Pomogę ci, synu. Mój przyjaciel prowadzi prywatną klinikę w Szwajcarii. Zadzwonię do niego. Nie będziesz musiał mi dziękować. Wszystkim się zajmę. Pokryję koszty.
- Od kiedy jesteś taki hojny? Z tego co pamiętam, do tej pory nie oddałeś mamie sporej sumy pieniędzy, którą wypłaciłeś z jej konta – wypominam mu.
- To stare dzieje – mocniej zaciska szczęki niezadowolony z faktu, że wyjawiłem niewygodnie rewelacje na jego temat. Kolejna rysa na kryształowym wizerunku perfekcyjnego tatusia...
- Serio? Powiedziałbym, że nic się w tej sprawie nie zmieniło. Nie dość, że byłeś beznadziejnym mężem i ojcem, to jeszcze okazałeś się złodziejem – boleśnie z niego drwię.
- Kai, jeszcze jedno słowo i...!
- I co? Pokażesz swoje prawdziwe oblicze? Śmiało, nie mogę się doczekać. Zastanawiam się co jeszcze ukrywasz? Twoja propozycja również ma w sobie jakieś podwójne dno, mam rację?
- Podpiszesz pewien dokument – oświadcza chłodnym tonem.
- Mylisz się, niczego nie będę podpisywać!
- To dla twojego dobra! Jeśli to zrobisz – pochyla się nade mną, by towarzysząca mu kobieta niczego nie słyszała – wpłacę na twoje konto równowartość tego, co jestem winny twojej matce, a nawet dorzucę coś ekstra.
- Nie, dziękuję.
- No dobrze, rozumiem. Każdy ma swoją cenę. Powiedz, ile chcesz i miejmy to z głowy.
- Niczego nie pragnę bardziej jak tego, by nie musieć cię już nigdy więcej oglądać.
- A operacja? Nie chcesz znowu chodzić? - na samą myśl o tym, że szczuje mnie jak psa, najchętniej bym mu przyłożył. Kiedyś był dla mnie wszystkim. Zaraził miłością do piłki nożnej, nauczył grać, woził na treningi. Był ze mnie dumny. Teraz zachowuje się tak, jakby handlował żywym towarem. W Szwajcarii czy w Stanach, moje szanse nadal wynoszą pięćdziesiąt procent.
- Jared, chodźmy stąd – proszę.
- Kai, to jednorazowa oferta. Jeśli odmówisz... - woła za nami.
- Odmawiam. Kto wie, może napiszę o tobie książkę? Jak sądzisz, ile mi na nią zapłacą? A jaki zyskasz rozgłos i popularność... Nie mogę się doczekać!
- Nie zrobisz tego! Nikt ci nie uwierzy! - odgraża się.
- Przekonamy się!

Gdy wsiadamy do windy, jestem cały roztrzęsiony. Obejmuję się mocno ramionami, próbując powstrzymać atak paniki. Myślałem, że mam to już za sobą. Wydaje mi się, że znowu czuję zapach dymu, a moja skóra... Ona płonie!
- Kai, spokojnie... Już dobrze... Jesteś bezpieczny... - ktoś tuli mnie do siebie, szepcząc kojące słowa. Kim jesteś? Nie widzę cię... Wszystko jest rozmazane... - Nie płacz, proszę. Nie płacz – kciukami ściera łzy z moich policzków. Chciałbym mu coś odpowiedzieć, lecz nie jestem w stanie nabrać powietrza.
Nie mam pojęcia ile tak leżymy, wtuleni w siebie, zasłuchani w swoje oddechy i pogrążeni w myślach, którymi nie mamy ochoty z nikim się dzielić. Słońce powoli zachodzi... Niebo ciemnieje... Palce Jareda przeczesują moje włosy. Tak wyraźnie słyszę bicie jego serca, którego dźwięk uspokaja niczym kołysanka. Ciepło ramion, którymi mnie obejmuje. W pewnej chwili przesuwa rękę, by sięgnąć po koc, lecz ja od razu protestuję.
- Nie jest ci zimno? - pyta z troską. Czy jest mi zimno? Nie wiem. W tej chwili jestem pewny tylko jednej rzeczy – nie chcę, by mnie puścił. Potrzebuję go bardziej niż tlenu.
- Nie – szepczę schrypniętym głosem, mocniej zaciskając palce na jego ubraniu. Sunie opuszkami po mojej skórze. Dotyka skroni, policzków, ust. Jest uważny i cierpliwy, a ja marzę tylko o tym, by nie przestawał. - Kai...? - unoszę wzrok, by spotkać jego pociemniałe tęczówki.
- Tak?
- Nie sądzisz, że pora podzielić się ze mną tym ciężarem?
- Co masz na myśli? - znowu zasycha mi w ustach. Mam mu powiedzieć prawdę? Nie mogę...
- Kai, to cię niszczy. Sprawia, że jesteś smutny, rzadko się uśmiechasz, tracisz nadzieję. To się musi skończyć. Teraz. Przysięgam, że nikomu nie powiem. Wierzysz mi?
- Tak.
- To, o czym rozmawiałeś dziś z ojcem ma związek z wypadkiem, prawda?
- Tak – przyznaję niechętnie, ponownie tuląc twarz do jego klatki piersiowej.
- Powiedz mi... Co się wydarzyło tamtego dnia? To nie ty prowadziłeś samochód, prawda? – nalega.
- To była niedziela. Poprzedniego dnia dostałem wiadomość, że selekcjoner jest mną zainteresowany i przyjedzie na kolejny mecz, który miał się odbyć pod koniec miesiąca. Nie masz pojęcia jak bardzo się cieszyłem. Ojciec uparł się, że mam go podwieźć do klubu na jakieś spotkanie. Negocjował kontrakt. Miał wyjechać do Europy na kolejny sezon. Padało. Był jakiś dziwnie poruszony, jakby ledwo panował nad emocjami. W połowie drogi zażądał, abyśmy się zamienili miejscami. Zgodziłem się. Jechał bardzo szybko. Samochód wpadł w poślizg i wypadł z drogi na pobocze. Uderzył w drzewo. Straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, siedziałem na miejscu kierowcy. Już wtedy bardzo mnie bolało. Ojciec... Powtarzał, że mam być cicho. Krew leciała mu po twarzy. Byłem przerażony. I wtedy auto zaczęło płonąć. Nie mogłem się ruszyć. Wołałem go, by mi pomógł, ale on... Powiedział, że brał narkotyki. Straciłby uprawnienia. Wolał więc poświęcić mnie, niż zaryzykować karierę - kolejne łzy zalewają mi twarz.
- Już po wszystkim. Nie płacz...
- Nie pomógł mi, rozumiesz? Swojemu jedynemu dziecku... To przez niego nie mogę chodzić, ale nie to było najgorsze. Ogień tak szybko się rozprzestrzeniał. Ból był gorszy niż...
- Cichutko... Już nigdy nie będziesz sam... Zawsze będę obok ciebie, obiecuję... Obronię cię przed wszystkim...
Czas płynie powoli. Uspokajam się i przestaję łkać. Robię się senny, a jednocześnie boję zasypiać. Chcę, żeby mnie tak obejmował. Był blisko. Miał rację... Gdy mu o wszystkim powiedziałem, poczułem się wolny. Złe wspomnienia nie zniknęły, ale przestały boleśnie ciążyć. Pustkę stopniowo wypełnia zupełnie inne, nowe uczucie... Moje serce podzieliło się na dwie części. Połowa należy do BlueMoon, a druga połowa... jest jego.

- Dzień dobry – unoszę ciężkie powieki, które zaczynam pocieram. Nadal są spuchnięte. I głowa bardzo mnie boli... Wspaniały początek dnia...
- Dla kogo dobry?
- Nie wyglądasz najlepiej.
- Jared, ja... - chciałbym mu podziękować, albo przeprosić. Nigdy w życiu nie rozkleiłem się w obecności drugiej osoby.
- Nie musisz nic mówić. Wszystko rozumiem.
- Tak?
- Przez większość nocy miałem ochotę wybiec z tego pokoju, odszukać twojego ojca i... - przygrywam wargę prawie do krwi, bo nie chcę, aby ktoś jeszcze poznał prawdę! - Kai, obiecałem, prawda?
- Nie możesz o tym nikomu powiedzieć! Zwłaszcza Alison! To ją załamie!
- Nie powiem – zaczyna gładzić mnie po włosach. - Przysięgam, że nie powiem.
- Dziękuję – mruczę w jego klatkę piersiową. - Nie powinniśmy się już zbierać?
- Nie musimy się śpieszyć. Zostaniemy tak długo, jak będziesz chciał. Co powiesz na śniadanie nad basenem? Albo na spacer? Słońce i świeże powietrze...
- Wolałbym wrócić do domu. Nie chcę ryzykować ponownego spotkania z tym draniem.
- Przepraszam, nie pomyślałem o tym.
- Nie masz mnie za co przepraszać. Gdyby nie ty, to...
- Właśnie na tym polega moja rola. Jestem po to, by się tobą opiekować, chronić cię. Dość się już nacierpiałeś. Dość czasu spędziłeś w samotności.
- Jared...
- Kocham cię. Bardzo.
Nic na to nie odpowiedziałem. Po prostu pozwoliłem, aby przy mnie był.

Od naszego wyjazdu minęły dwa tygodnie. Najszczęśliwszy okres w moim „nowym życiu”, jak określa je Jared. A to nowe życie zaczęło się w chwili, w której pozwoliłem mu zbliżyć się do siebie. Czuję się tak, jakbym uchylił drzwi i zaprosił światło do mrocznego pokoju. Promień jest ciepły i intensywny, a ja wykorzystuję wszystkie okazję, by wygrzewać się w jego blasku.
Każdy dzień wygląda teraz tak samo. Mama wstaje rano i szykuje się do pracy. Wychodząc, mija się w drzwiach z Jaredem. Zostajemy sami. Pijemy kawę leżąc w łóżku, albo rozmawiamy o bzdurach. To najprzyjemniejsze, a zarazem najkrótsze chwile. Potem on musi jechać do szkoły, a ja opracowuję zagadnienia, które mają nam pomóc w dalszej nauce. Gdy zajęcia dobiegają końca, chłopak nie wraca do siebie. Przyjeżdża do mnie. Jemy wspólnie obiad, idziemy na krótki spacer, czasami do kina. Codziennie uczymy się aż do późnego wieczoru. Około dwudziestej drugiej nadchodzi chwila rozstania. Brązowooki podchodzi do mnie, całuje w usta, szepcząc, że bardzo mnie kocha, po czym zapewnia, że wróci rano. Przed zaśnięciem wysyła mi ostatniego smsa, życząc spokojnej nocy. Nasz codzienny rytuał, od którego nie ma odstępstw.
Mama pracuje także w soboty i niedziele. Stara się nadgonić wszystkie zlecenia, by móc spędzić razem ze mną jak najwięcej czasu, gdy będę już w szpitalu. Gdy żegnamy naszego gościa, przynosi dwa kubki herbaty i kładzie się ze mną do łóżka. Opowiadamy sobie wtedy jak minął nam dzień. Cieszy ją, że w końcu mam przyjaciela, chociaż z jej oczach on jest kimś znacznie bliższym. Po części ma rację. Nie jest mi obojętny, jednak mam jeszcze Blue...
Skoro moje serce dokonało tak dziwnego wyboru i zdecydowało się kochać dwie osoby jednocześnie, nie mogłem pozostać wobec tego faktu obojętny. Powiedziałem Blue o Jaredzie, o wydarzeniach, które miały miejsce w czasie pobytu w Los Angeles, o czekającej mnie operacji i jej konsekwencjach. Było mu przykro. Przez cztery dni nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. A potem stwierdził, że nie umie i nie chce ze mnie rezygnować. Uczciwiej byłoby, gdybym wybrał tylko jednego z nich, ale jak mam to zrobić?
Blue jest ze mną od kilku miesięcy. Od samego początku okazywał swoje wsparcie i zainteresowanie. Poświęcił mi mnóstwo czasu i nieprzespanych nocy. Jego uczucie jest szczere i prawdziwe. Nasza więź ma silne podstawy emocjonalne. Co prawda nie wiem jak wygląda, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Daje mi coś, czego nie daje mi Jared. Nie naciska na mnie tak jak on, ale... Od wycieczki bezustannie namawia na spotkanie... Dziś też odmówię. Nie chcę komplikować mu życia. Jestem pewny, że sam odejdzie, gdy tylko wyląduję na stole operacyjnym.
No i jest jeszcze ten drugi... Jego ramiona są dla mnie otwarte, ale on sam nie potrafi się otworzyć tak, jak Blue. Czasami przyłapuję go na tym, że wpatruje się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Jak mantrę powtarza miłosne wyznanie, ale trudno mi w to uwierzyć. Nie znam go tak jak Blue. Nie zna jego wnętrza, a nigdy nie uwierzę, że skusiłem go wózkiem inwalidzkim lub bliznami po wypadku. Gdybym mógł połączyć ich w jedno – kuszące ciało Jareda oraz wrażliwość Blue...
Nie zdradziłem się ani słowem, ale każdego dnia buduję wokół siebie uczuciowy kokon. Słodkie słowa mojego internetowego ukochanego, ciepło dotyku Jareda. Liczę na to, że dzięki tym wspomnieniom przetrwam najgorsze chwile. Nie oszukuję się jak mama i nie nastawiam na szczęśliwe zakończenie. Wiem, że gdy będę leżał znieczulony lekami, nie dam rady pisać do mojego chłopaka, Jared będzie zajęty nauką, a mama pracą. Jeśli do tego czasu nie będę dość silny, załamię się. Już teraz jest mi ciężko. Czasami, gdy brązowooki przypadkowo dotyka moich nóg, coraz boleśniej uświadamiam sobie co stracę.
Mógłbym się wycofać, ale mama nie chce o tym słuchać. Od kiedy ma sojuszników w postaci rodziców mojego „przyjaciela” oraz jego samego, nawet nie wspominam o takim rozwiązaniu. Będzie, co ma być.
- Znowu do niego piszesz? - przyłapał mnie na gorącym uczynku. Jest niezadowolony i nieco obrażony, a mimo to siada obok mnie na dywanie.
- Wcześnie wróciłeś.
- Córka Martina skręciła nogę w czasie zajęć. Rzucił wszystko i pognał do szpitala – tłumaczy mi, opierając głowę o moje ramię.
- Co? - spoglądam na niego, zaskoczony nagłą bliskością.
- Jestem zazdrosny.
- Obiecałeś! - wypominam mu, odkładając komputer na bok.
- Owszem, obiecałem, ale nie będę siedział cicho i udawał, że tego nie widzę. Spław go wreszcie i bądź tylko mój – szepcze mi do ucha, zostawiając na nim drobne pocałunki.
- Łaskoczesz... - próbuję się odsunąć, lecz on obejmuje moją twarz dłońmi i spogląda prosto w oczy.
- Spław go – powtarza.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że właśnie to usiłowałem zrobić?
- Tak? - unosi brew, zaczynając rozpinać guziki swetra, który mam na sobie.
- Tak. Jared, co robisz? - pytam, starając się bezskutecznie go od siebie odsunąć.
- Rozbieram cię. Pora na masaż.
- Dziękuję, ale tym zajmie się Naomi, gdy przyjedzie po południu.
- Nie przerywaj fascynującej opowieści o swoim ukochanym – drwi, ściągając mi z ramion ciepłe okrycie.
- Blue koniecznie chce się spotkać.
- Zgodziłeś się? - wstrzymuje oddech.
- Nie uważam, aby to był dobry pomysł.
- Bzdura! To świetny pomysł. Napisz, że się zgadzasz. Zawiozę cię dokąd tylko zechcesz.
- Nie.
- Kai, tak dłużej być nie może. Nie możesz zwodzić nas obu. On musi odejść, a ty zrozumieć, że mając mnie, nie potrzebujesz nikogo innego – ściąga ze mnie koszulkę i zmusza, abym się położył ba brzuchu.
- To nie jest takie proste...
- Jest. Sam niepotrzebnie to utrudniasz. Wiem, czemu to robisz. Boisz się, że zostaniesz sam po operacji, prawda? Mówiłem ci setki razy, że będę ciągle obok ciebie.
- Nie... - jęczę cicho, gdy jego palce sprawnie przesuwają się po epicentrum bólu. Trzeba mu przyznać, że nawet w tak prozaicznych czynnościach jest coraz lepszy. Umie czytać w moich myślach. Bezbłędnie odgaduje gdzie powinien masować, by przynieść mi ulgę.
- Spotkasz się z Blue w sobotę. Napiszesz mu, że będziesz na niego czekał o czternastej na molo przy hotelu Białe Mewy. Potem przyślę ci dokładną mapę.
- Oszalałeś? To za trzy dni! - zmuszam się, by wstać, lecz przytrzymuje mnie w miejscu, abym się nie ruszał.
- Napiszesz mu, że dokładnie wszystko przemyślałeś i doszedłeś do wniosku, że miły z niego facet, ale wolisz być ze mną.
- Jared! - ponownie usiłuję się podnieść, lecz on nachyla się nade mną i łapie za nadgarstki.
- Podczas spotkania powiesz, że pożądasz mnie znacznie bardziej, niż to okazujesz. Codziennie wieczorem dyskretnie spoglądasz na zegarek. Nie lubisz się ze mną rozstawać, lecz z drugiej strony dobrze wiesz, co to oznacza... - delikatnie całuje mnie po karku.
- Jared... Proszę cię...
- Myślisz, że nie widzę zniecierpliwienia, które maluje się na twojej twarzy? Puls gwałtownie ci przyspiesza, oczy stają się szkliste... Przygryzasz wargi, bo wiesz, co się za chwilę stanie...
- T-To nie tak!
- Lubisz, gdy cię całuję?
- Jared! - mój błagalny tom zupełnie go nie wzrusza. Znęca się nas moją obnażoną skórą, parząc ją gorącymi ustami.
- Masz pojęcie ile mnie kosztuje przerwanie tej wieczornej pieszczoty? Muszę ze sobą bardzo walczyć... Wyobrażam sobie, jak przyciągasz mnie do siebie, pozwalając się rozebrać. Wreszcie mogę cię pieścić całego, tak jak od początku chciałem. Robię się twardy na samą myśl o tych wszystkich rzeczach... - wzdycha. - A ty co? Całujesz mnie tak delikatnie, jakbyś był uroczą pensjonarką. Na szczęście to nie potrwa długo. W sobotę, gdy spławisz już tego chłopaka od siedmiu boleści, pójdziemy do hotelu i...
- N-Nie... - bronię się.
- Tak. Dobrze wiesz, że tak – śmieje się zmysłowo. - Wynająłem apartament. Zapewniam cię, że po nocy ze mną już nigdy więcej nie wspomnisz o żadnym Blue.
- Mmm... - ten nieartykułowany dźwięk stanowi moją jedyną odpowiedź.
- Zgadzasz się ze mną, czy protestujesz? - śmieje się.
- Nie wiem... - przyznaję zawstydzony.
- Nie wiesz? - zwinnym ruchem układa się obok mnie i obraca na plecy. Chce na mnie patrzeć akurat w chwili, gdy jestem taki zawstydzony...
- Powiedz to, na co od tak dawna czekam. Chcę to od ciebie usłyszeć – wodzi palcem wskazującym prawej dłoni wzdłuż linii mojej żuchwy.
- Kocham cię... - szepczę cicho – ale Blue... - przerywa mi, brutalnie całując.
- Po sobocie nie będzie żadnego Blue, jasne? - cofa dłonie, siadając na dywanie. - Zgłodniałem. Co powiesz na obiad? Może zamówimy pizze? - nie wierzę, postanowił za mnie! Nie mam innego wyjścia. BlueMoon, wreszcie się spotkamy...

wtorek, 24 stycznia 2017

Rozdział VII


„Kai

- Wygodnie ci?
- Zadałeś to pytanie chyba dziesiąty raz... - spoglądam na niego z dezaprobatą, niechętnie otwierając przymknięte powieki.
- Zapewniam cię, że jeszcze wiele razy je powtórzę – droczy się ze mną.
- To raczej o ciebie powinniśmy się martwić. Nie jesteś zmęczony? Prowadzisz samochód już... - wymownie odczytuję informację z deski rozdzielczej - dwie godziny i trzydzieści siedem minut – komputer bardzo dokładnie pokazuje czas trwania naszej wspólnej podróży.
- Musisz być taki złośliwy? - irytuje się, rzucając mi przelotne spojrzenie.
- A ty taki nadgorliwy? - odbijam piłeczkę, wyciągając się na skórzanym fotelu.
- Nic na to nie poradzę. Taki już jestem – próbuje się tłumaczyć. - Twoja mama mówiła, że mam cię pilnować.
- Ile ci za to płaci? Dam trzy razy tyle, pod warunkiem, że...
- Nie płaci mi! - zatrzymuje się na poboczu.
- Nie mów, że zabrakło nam benzyny...
- Wyjaśnijmy coś sobie... – opiera dłoń na moim fotelu. Wygląda na wkurzonego, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Wprost przeciwnie. Cieszę się, że jego uwaga skupiona jest tylko i wyłącznie na mnie. – Nie jestem twoim wrogiem. Wszystko co robię ma na celu uchronienie cię przez bólem. Jeśli coś ci się stanie, w żaden sposób nie będę mógł ci pomóc.
- Za bardzo się tym stresujesz – zbywam go.
- Kai, ja nie żartuję. Nie chcę, abyś cierpiał.
- Nic mi nie jest.
- Na pewno? - czekoladowe tęczówki przeszywają mnie na wylot. Robi mi się gorąco...
- Na pewno – przytakuję.
- Powiesz mi, gdyby coś było nie tak?
- Powiem. A ty zadzwonisz wtedy do mojej mamy, a ona...
- Kai! To nie są żarty! - przerywa mi ostro.
- Ja nie żartuję. Dałem ci słowo, obiecałem mamie. Czego jeszcze ode mnie chcecie? Mam podpisać jakiś cyrograf własną krwią?
- Teraz zachowujesz się dziecinnie – broni się.
- Przepraszam, Jared. Chciałem tylko zobaczyć to cholerne muzeum, zanim zamkną mnie w szpitalu na Bóg wie jak długo. Tak, jestem niepełnosprawny i czeka mnie operacja. Nie musisz mi o tym co chwilę przypominać, bo doskonale pamiętam. A jeśli musisz, to zabierz mnie do domu. Nie wytrzymam kolejnych dwóch dni twojego ględzenia!
- To ja przepraszam - spuszcza wzrok. - Głupio wyszło... Ale to wyłącznie twoja wina! Wszystkich trzymasz na dystans. Skąd mogę mieć pewność, że mi ufasz i mówisz prawdę?
Słuszna uwaga... Czy ja mu ufam? Czy poprosiłbym go o pomoc, gdyby zaszła taka potrzeba? Pewnie nie... W plecaku mam schowane ampułki ze środkami przeciwbólowymi. Potrafię sam zrobić zastrzyk. Od czasu wypadku wiem, że mogę liczyć tylko na siebie. Nie zmienię tego pstrykając palcami.
- Masz rację, nie powiedziałbym ci.
- Jeśli nie wypracujemy jakiegoś kompromisu, będzie nam ciężko.
- Więc przestań zachowywać się jak bliźniaczka mojej matki i zacznij być sobą!
- Bliźniaczka Alison... W twoich oczach jestem ekstra laską – zaczyna się śmiać. - No dobrze – poważnieje, widząc moją groźną minę. - Przestanę zachowywać się jak nadgorliwa mamuśka, jeśli w zamian obiecasz, że dasz znać, gdyby coś było nie tak. Może być?
- Może – mruczę pod nosem.
- Bliźniaczka Alison... - nie potrafi ukryć rozbawienia, ponownie odpalając silnik. - Twoja mama ma niezłe nogi.
- Jared...
- Nie powiesz, że nie zauważyłeś.
- Jest piękną kobietą, więc to oczywiste, że ma piękne nogi.
- Byłeś kiedyś zakochany z jakiejś kobiecie? - zaskakuje mnie swoim pytaniem.
- Nie.
- Ale kochasz Blue...
- Kocham – uśmiecham się mimowolnie na samo wspomnienie jego imienia.
- Opowiesz coś więcej?
- Na przykład co?
- Jak się poznaliście, za co go kochasz, kiedy zrozumiesz, że powinieneś być ze mną? Takie drobiazgi, które pomogą mi się odbić.
- To nie jest dobry pomysł – wycofuję się.
- Dlaczego?
- Nie chcę ranić twoich uczuć – szepczę.
- Jednak martwisz się o mnie... - cieszy się.
- Jak zapewne zauważyłeś, nie mam innych przyjaciół.
- A ci z poprzedniej szkoły?
- W poprzedniej szkole... Wszystko kręciło się wokół piłki. Gdy okazało się, że nie mogę już grać, zostałem w tyle. Najgorsze jest to, że nawet jeśli operacja się uda, a ja jakoś wytrwam miesiące tortur doktora Nedda, to i tak nie ma znaczenia. Już nigdy nie będę częścią drużyny. Nie wejdę na boisko, nie strzelę gola. Czasami wydaje mi się, że tamto życie tylko mi się śniło. Nie masz pojęcia jak żałuję, że to wszystko trwało zaledwie chwilę – zaskoczony zauważam, że brązowooki nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Nie śniło ci się. Musisz to potraktować jako jeden z etapów. Coś się skończyło, by mogło się zacząć coś nowego.
- Nowego?
- Chociażby architektura. Gdyby nie wypadek, pewnie nawet nie rozważyłbyś takiej opcji. Byłbyś zawodnikiem, potem trenerem, a tak skończysz ze mną w jakimś niewielkim biurze, spełniając marzenia innych o własnych domach lub tworząc budynki przyszłości. Co bardziej cię interesuje?
- Zdecydowanie domy.
- Chyba żartujesz! To nudne! - wyraźnie słyszę pasję w jego głosie. Poważnie podchodzi do przyszłości.
- Często pomagam mamie. Lubię to. Organizujesz innym przestrzeń, wprowadzasz ulepszenia, podpowiadasz rzeczy, których sami nie widzą.
- Nie wiedziałem, że pomagasz mamie. To stawia mnie w złym świetle. Jestem o krok do tyłu... - narzeka.
- Daj spokój, przecież ma tylko mnie. Ktoś musi jej doradzić.
- Domy jednorodzinne, szeregowe... Musisz zobaczyć moje szkice. Pokażę ci je w przyszłym tygodniu, jak przyjedziesz do mnie. Albo pojedziemy do rodziców do pracy. Bardzo chcą cię poznać. W każdym razie cieszę się na wspólne studia, a ty?
- Ja też.
- To dobrze – uśmiecha się.
Przytaknąłem mu... Sam nie wiem jak to się stało... Wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi... Czemu cieszy mnie perspektywa wspólnie spędzanego czasu? Jestem aż tak samotny? A może to wina tamtego pocałunku...?
- Kai? - wyrywa mnie z zamyślenia.
- Tak?
- Jak długo przemywałeś ostatnio w szpitalu?
- Prawie siedem miesięcy.
- Siedem miesięcy... - powtarza po mnie. - To szmat czasu.
- Owszem.
- Mama była przy tobie?
- Często mnie odwiedzała.
- Wiedziałeś, że uniwersytet jest niedaleko szpitala?
- Właśnie dlatego go wybrałem. Nie rozmawiajmy o tym, dobrze?
- Jak chcesz.
Przez kolejnych kilkanaście minut nie odzywamy się do siebie. On skupiony na prowadzeniu auta, a ja... Tamto siedem miesięcy wiele zmieniło. Nauczyłem się wtedy nie tylko ponownego siadania, czy chodzenia. Stałem się zupełnie innym człowiekiem. Zamkniętym w sobie. Cichym. Milczącym. Bliskość Jareda, albo maile Blue uświadomiły mi przepaść, która między nami powstała. Czy będę umiał zbudować most, by choć od czasu do czasu być taki jak dawniej?
- Napijemy się kawy? - dopiero teraz zauważyłem, że jesteśmy na stacji benzynowej.
- Nie, dziękuję.
- No chodź, nie daj się prosić.
- Skoro chcesz – otwieram drzwiczki czekając, aż chłopak wyciągnie mój wózek z bagażnika.
- Ładny widok – zwraca moją uwagę na otoczenie.
- To prawda – automatycznie przytakuję.
- O czym tak intensywnie myślisz?
- O niczym.
- Od rana chowasz się w swoim świecie. Co się dzieje?
- Nic.
- Znam cię już na tyle dobrze, że wiem, kiedy kłamiesz. Oczy cię zdradzają - podpowiada
- Tak? A ja o tobie nic nie wiem.
- Więc pytaj. O co tylko chcesz. Nie mam nic do ukrycia.
- Dlaczego upierasz się, by być blisko mnie? Znamy się kilka tygodni, w dodatku przelotnie i...
- Skończyłeś już? - uśmiecha się pobłażliwie, bawiąc się papierowym kubkiem.
- Jared, nie traktuj mnie tak!
- Co mam ci powiedzieć? Spojrzałeś mi prosto w oczy i stało się.
- Ale ty nic o mnie nie wiesz!
- To nieprawda. Dużo mi o sobie mówisz. Poza tym jestem niezłym obserwatorem. Nie myśl o tym. Zdaj się na mnie.
- Przeraża mnie, że z taką łatwością udaje ci się do mnie zbliżyć.
- Nie bój się, Kai. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Pewność siebie i spokój w jego głosie... Dlaczego tak mu wierzę?
- Śmiało, pytaj – zachęca.
- Co chciałeś studiować, zanim wpadłeś na genialny pomysł z architekturą?
- Nic – wybucha śmiechem, czym dodatkowo mnie wkurza. - Nie patrz tak na mnie. Mówię prawdę. Chciałem spakować rzeczy i wyruszyć w podróż. Miałem taki plan, by zwiedzić wszystkie ważniejsze miasta Ameryki. Mam odłożoną sporą sumę pieniędzy. Rok przerwy, podczas którego planowałem poznać nowych ludzi, odwiedzić ciekawe miejsca.
- Niezły pomysł. Dlaczego z niego zrezygnowałeś?
- Czy to nie oczywiste? - mruży oczy i podpiera głowę na dłoni, hipnotyzując swoim spojrzeniem. - Powiem tak. Nie mam ochoty się z tobą rozstawać. Wiem, że masz chłopaka. Obiecałem, że nie będę się narzucać i dotrzymam słowa.
- Serio?
- O tak. Poczekam, aż się nim znudzisz i sam do mnie przyjdziesz – puszcza do mnie oko. - Pamiętaj, moje ramiona przez cały czas są dla ciebie otwarte. Wystarczy jedno twoje słowo...
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie o studia.
- Rozkręcasz się, to mi się podoba. – Wstaje z miejsca i obchodzi stolik, by pomóc mi wyjechać na parking – Mam lepszy pomysł. Zagrajmy w grę.
- Grę?
- Pytanie za pytanie. To bardziej sprawiedliwy układ.
- Czemu nie – zgadzam się na jego warunki,  obserwując jak z niesamowitą łatwością pomaga mi wstać. - Jesteś bardzo silny – zauważam.
- Bo dawniej dużo ćwiczyłem.
- I zrezygnowałeś? Dlaczego?
- Chwileczkę, a moje pytania?
- Nie bądź taki!
- Obowiązują sztywne reguły. Nie ma odstępstw. Moja kolej. Na jakim filmie byłeś ostatnio w kinie?
- Nie pamiętam.
- Już się wyłamujesz?
- Wcale nie. To było dawno temu. Próbowałem wyciągnąć mamę na randkę miliony razy, ale nie była zainteresowana.
- Nadrobimy to. Jakie filmy lubisz?
- Łamiesz swoje własne zasady... – uśmiecham się złośliwie. - To moja kolej. Dlaczego zrezygnowałeś z treningów?
- Rodzice szybko przyzwyczaili się do tego, że wygrywałem, więc przestali okazywać zainteresowanie. Poczułem się odepchnięty. Wiesz, to był taki niewielki epizod zazdrości. Ich praca wygrała. Nie żałuję tego. Zyskałem mnóstwo czasu na inne przyjemności.
- Myślałem, że tylko ja walczę z wiatrakami...
- Zazdrość wiele o nas mówi. Nie potrafimy się dzielić ukochanymi osobami.
- Nawet nie będę udawał, że nie masz racji – wzdycham.
- Moja kolej...
Gramy w naszą grę aż do chwili, gdy Jared parkuje pod muzeum.
- Jesteśmy na miejscu – oświadcza, dumny niczym paw. - Jeszcze nigdy nie jechałem aż tak daleko.
- Teraz mi to mówisz?!
- Mamy GPS, więc nie panikuj. Z reszta szkoda czasu. Potrzeba kilku godzin, by wszystko dokładnie obejrzeć. Chodź – pogania mnie.
Muzeum Piłki Nożnej... Pięć kondygnacji, przeszklone ściany, tysiące eksponatów. Piłki z autografami największych gwiazd, filmy, najbardziej spektakularne chwile, gdy ułamki sekund decydowały o wygranych oraz gorzkich porażkach na murawie. No i najważniejsze - puchary, które tak bardzo pragnąłem zdobyć. Już sama bliskość tego miejsca sprawia, że brakuje mi tchu. Powietrze wokół budynku wydaje mi się naelektryzowane. Nie czułem tak silnych emocji od... ostatniego meczu... Powinienem poprosić Jareda, by mnie uszczypnął. Zamiast tego podaję nasze nazwiska, a miła pani wręcza nam imienne identyfikatory, dzięki którym bez problemu możemy zwiedzić całe to królestwo.
- Od czego zaczynamy? - brązowooki wydaje się nieco zagubiony. Widać jak na dłoni, że nigdy nie odwiedzał strony internetowej ósmego cudu świata. Nie szkodzi. Mógłbym się tu poruszać z zamkniętymi oczami.
- Od początku – ciągnę go za sobą.

Obawiałem się, że Jared szybko okaże swoje znudzenie i będzie chciał wracać. Tymczasem z ekscytacją chłonie zgromadzone eksponaty, zadaje mnóstwo pytań i ciągle się uśmiecha.
- Może chwilę odpoczniemy? - zatrzymuję się na środku holu.
- Mieliśmy zwiedzać najwyższy poziom. Czy nie na to najbardziej czekałeś?
- Za chwilę, dobrze? Muszę złapać oddech.
- Źle się czujesz? - od razu orientuje się w sytuacji.
- Nie, po prostu...
- Męczy cię tak długie siedzenie... Co tu zrobić... - zastanawia się na głos.
- Pójdziemy do restauracji? - proponuję.
- Świetny pomysł – przytakuje mi.
Rozsiadamy się na welurowych fotelach. Chłopak podkłada mi pod plecy ozdobne poduszki, a nawet pomaga ułożyć nogi w taki sposób, iż prawie leżę.
- Lepiej? - pyta, nie kryjąc troski o mój kręgosłup.
- Tak – odpowiadam uśmiechem na jego uśmiech. - Dobrze się bawisz?
- Ja? Świetnie! To niesamowite miejsce!
- Cieszę się.
- Kai, może pojedziemy do hotelu i przyjdziemy tu jutro?
- Nie możemy. Musielibyśmy zarezerwować nowe bilety. Najbliższy termin to przyszły miesiąc. Nie martw się. Nic mi nie jest. Mamy jeszcze cztery godziny. Potem mogę leżeć nawet przez tydzień.
- Jeśli o mnie chodzi, nie ma problemu. Możemy przyjeżdżać do LA w każdy weekend.
- W każdy? - parskam śmiechem.
- Nie jestem wielkim fanem, jak ty. Poza Messim czy Ronaldo, nie rozróżniam innych zawodników, ale musisz przyznać, że to miejsce robi wrażenie.
- Też tak sądzę.
- Jedz i sprawdzimy co kryje ostatnie piętro. - Nie jestem głodny, ale czujny Jared od razu złoży raport Alison, a tego nie chcę. Dyskretnie połykam kolejne dwie tabletki środków przeciwbólowych. Na szczęście nie zwraca na to uwagi, zaabsorbowany pisaniem smsmów.
Gdy opuszczamy restaurację zauważam znajomo wyglądającą marynarkę... Jeśli Łysol nas tu przyłapie, Jared może mieć poważne problemy.
- Nie tak szybko – upominam go, wskazując na naszego wychowawcę. - Za mną – uciekamy do głównej sali, którą zwiedzaliśmy jakiś czas temu. Na jej końcu znajdują się windy, więc zanim Martin nacieszy oczy ekspozycjami, znajdującymi się na niższych poziomach, my zdążymy się stąd ulotnić. Mój plan nie przewidział jednego, lecz jakże ważnego szczegółu. Windy w tym skrzydle zostały wyłączone z użytku.
- I co teraz? - pyta.
- Pora wracać do hotelu.
- Nie wyjdziemy stąd, jeśli nie obejrzymy wszystkiego – decyduje.
- Łysol się ucieszy na nasz widok. Nie będziemy ryzykować.
- Może nie będzie tak źle? - żartuje nerwowo.
- A śnieg spadnie w lipcu... Daj spokój. I tak sporo widziałem.
- Nie wierzę! Czy to nie nasz mały pupilek? - drwi Donovan, wychylający się zza szklanej kolumny. - W dodatku razem ze swoim kochasiem... Hej, Nathan! Chodź sobacz, kogo spotkałem!
- No proszę... A Martin przez cały dzień przeżywał, że cię nie ma – kapitan uśmiecha się z przekąsem.
- Tęskniliście? - patrzę mu prosto w oczy.
- Nowy, jestem pod wrażeniem. Zrobiłeś się bardzo odważny – komentuje Donovan. - Miłość cię tak uskrzydla?
- Moja sytuacja jest teraz inna. Nie wrócę już do szkoły, więc nie muszę chować się po kątach. Poza tym dobrze znam trenera Tanakę. Jedno słowo i przesiedzisz mecz na ławce rezerwowych.
- Daj spokój. Przecież nic ci nie zrobimy. Załatwiłeś nam spoko wyjazd. Czemu nie wybraliście się z nami autokarem?
- Hall stwierdził, że nie ma wolnych miejsc – Jared wtajemnicza go w naszą sytuację.
- To dziwne, jechałem tym autokarem i odniosłem przeciwne wrażenie – atakujący przeczesuje włosy dłonią. - Wie, że tu jesteście?
- Przekonajmy się. Biegnij i go zawołaj. Kto wie, może w ramach nagrody pozwoli ci  pocałować się w tyłek – celowo go prowokuję.
- Tak się składa, że mylisz się w stosunku do nas – broni się, opierając dłonie na poręczach wózka.
- Serio? Przez blisko dwa lata zdążyłem wyrobić zdanie na ten temat – nie odpuszczam.
- Pomogłeś nam z matmą, więc jeśli się zamkniesz, to może i my pomożemy tobie. - Wyciąga telefon i wybiera jakiś numer. - Ben, gdzie jesteś? Na dole? A jest z wami Martin? Dobra, przypilnuj go dla mnie, ok? Ma się trzymać z daleka od... Gdzie chcecie iść? - pyta Jareda i mnie.
- Na górę.
- Martin ma się trzymać z daleka od najwyższego poziomu, jasne? Jeśli ci się wymknie, powiem Tanace, że palisz... W razie czego od razu dzwońcie – rozłącza się. - Jest w barze na dole. Ben i Zack będą go śledzić. Możesz śmiało jechać na samą górę. Gdyby coś było nie tak, zadzwonię.
- Dlaczego to robisz? - przyglądam mu się nieufnie.
- Przysługa za przysługę. Tylko pamiętaj, to jednorazowa akcja – klepie mnie po ramieniu, po czym odwraca się plecami i oddala razem z Donovanem.
- Co to było? - liczę na to, że Jared wyjaśni mi sytuację, bo nadal jestem zaskoczony ich niecodziennym zachowaniem.
- Nie wiem, ale skoro mamy zielone światło, wykorzystajmy je.

Niecałe trzy godziny później, gdy siedzimy już w samochodzie, mój towarzysz przestawia GPS, by znaleźć hotel swojej ciotki, a ja piszę do mamy, która przez cały dzień zasypuje mnie gradem wiadomości. Wysyłam jej kilka zdjęć, za które mi dziękuje.
- Za niecałą godzinę powinniśmy być na miejscu.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się zwiedzić to muzeum.
- A ja uważam, że powinniśmy tu przyjechać jeszcze raz i to na dłużej. Nie widziałem wszystkich filmów.
- Możesz je obejrzeć w internecie. Przypomnij mi, to podeślę ci odpowiedni link.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy.
- Jak się czujesz? Poprawić ustawienie fotela? - znowu zaczyna...
- Nie trzeba. Tak jest dobrze.
- Boli cię?
- Tych kilka godzin warte było każdego poświęcenia.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie mam ochoty na kolację z ciotką. Zawsze opowiada tylko o tym hotelu, albo swoich psach. Szczerze wątpię, że tym razem ktoś rzuci się nam z odsieczą.
- Obawiam się, że sam będziesz musiał stawić jej czoła.
- Nie ma takiej opcji. Powiem jej, że twoja mama płaci mi za doglądanie jej słodkiego pisklaczka.
- Zabiję cię za to, wiesz o tym?
- Nie porzuca się przyjaciół w potrzebie.

Gdy docieramy do hotelu, ból bardzo się nasila. Z ulgą przyjmuję wiadomość, że ciotce coś wypadło i spotka się z nami dopiero jutro. Marzę o tym, by się położyć. Nic innego mnie nie obchodzi. Jared przejmuje dowodzenie. Bez problemów odnajduje nasz pokój. Nie obchodzi mnie ani jak wygląda, ani jaki widok roztacza się z okna. Liczy się to, że kładę się na podłodze.
- Zamówiłem kolację.
- Jest jeszcze wcześnie. Nie musisz ze mną siedzieć. Wydrukowałem dla ciebie wejściówki, które...
- Nigdzie się stąd nie ruszę – zapewnia. - Na łóżku będzie ci wygodniej. Pomogę ci.
- Nie, tak jest dobrze. Chociaż... - przygryzam dolną wargę, zastanawiając się, czy mogę poprosić go o coś takiego...
- Chociaż?
- W plecaku mam takie specjalne ampułki. Mógłbyś mi je podać?
- Jasne – podnosi się z ziemi i sięga po mój bagaż. Odpina zamek i wyciąga niepotrzebne rzeczy. Gdy orientuje się co zamierzam zrobić, zaczyna się wahać. - Kai... O to ci chodziło? - zmartwiony spogląda raz na mnie, raz na strzykawki.
- Tak. Podaj mi to, proszę – siadam, opierając się plecami o łóżko i zdejmuję bluzę.
- Może powinniśmy pojechać do szpitala?
- Myślisz, że kto mnie tego nauczył? To nic takiego – zapewniam go, sprawnie przygotowując zastrzyk. - Jeśli tak cię to przeraża, nie patrz – próbuję umieścić opaskę uciskową w odpowiednim miejscu, co okazuje się trudniejsze niż myślałem.
- Daj – klęka obok mnie. Jego dłonie lekko drżą, gdy pomaga mi ją założyć.
- Musisz mocniej ścisnąć – instruuję go.
- Jesteś pewny?
- Tak, jestem – cała reszta przebiega szybko i sprawnie. - Widzisz, mam w tym niezłą wprawę – uśmiecham się lekko. Jaredowi nie jest jednak do śmiech. Łapie mnie delikatnie za ramiona i całuje. Spodziewałem się różnych reakcji z jego strony, ale nie takiej...
- Kai...
- Obiecałeś... - odsuwam go.
- Przepraszam... Poniosło mnie... Gdy zdałem sobie sprawę z tego, co robisz i jak to robisz...
- To drobiazg. Nie myśl o tym.
- Jak mam o tym nie myśleć?! Kocham cię, a ty tak bardzo cierpisz! To moja wina! Gdybym cię powstrzymał, to...!
- Sam tego chciałem. Jakiś czas temu obyłbym się bez zastrzyku, ale wiesz, jak jest. Przykro mi, że musiałeś na to patrzeć. Następnym razem...
- Nie będzie następnych razy!
- Będą... Dobrze wiesz, że będą.
- Jak możesz tak spokojnie o tym mówić?! - wyciąga rękę i przesuwa palcami po moim policzku.
- Przyzwyczaiłem się – wzruszam ramionami. - To tylko zastrzyk.

Przekonanie Jareda, że przesadza, zajmuje mi sporo czasu. Stopniowo jego emocje opadają. Uspokaja się, i co za tym idzie, odzyskuje panowanie nad sobą. Podkręca także ogrzewanie, bo dużo czasu spędzam leżąc na dywanie.
Nie ubrałem bluzy, a wiem, że koszulka z krótkim rękawem nie zasłania całej blizny, którą mam na ramieniu. Po części jest mi przykro, bo chłopak zmienił sposób, w jaki na mnie patrzy. W jego oczach nie ma już wesołych iskierek, które tak lubię. Poważny i zamyślony, bezustannie wodzi wzrokiem po moim poranionym ciele. Robi mi się przykro. Doskonale wiem, co będzie dalej. Tego wieczoru pogrzebałem nasze szanse na przyjaźń... Szybko mi poszło...
Blue... On nic o mnie nie wie. Jak mam wierzyć, że zaakceptuje mnie takiego, jakim jestem, skoro nawet silny i pewny siebie Jared, wymiękł... Ciągle powtarzał, że mnie kocha, że mu zależy, a tu proszę... Kilka minut i po jego gorącym uczuciu nie ma śladu. Wylałem mu na głowę wiadro lodowatej wody. Tak go to otrzeźwiło, że nawet słowem się nie odezwie...
Powinienem być mu wdzięczny za to, że mnie tu przywiózł. Tylko dzięki niemu zwiedziłem muzeum. Tych kilka godzin, które razem spędziliśmy... Śmialiśmy się i wygłupiali. Po raz pierwszy od dawna było mi dobrze. Beztrosko. Nie myślałem o tym, że nie mogę chodzić. Spędzałem czas z przyjacielem... Nigdy tego nie zapomnę.
Musiałem zasnąć, bo gdy się budzę, jest już po pierwszej w nocy. Powoli wstaję z podłogi, ściągam buty i kładę się na łóżku, chowając twarz w poduszce. Jestem pewny, że on także już dawno śpi, bo jego spokojny oddech wypełnia całe pomieszczenie. Niewygodnie mi, ale nawet nie drgnę. Chcę zapamiętać także i ten moment...
- Śpisz już?
- Nie – odwracam twarz w jego stronę.
- Nadal boli?
- Nie.
- Kłamiesz.
- Czuję lekki dyskomfort, ale to minie.
- Dyskomfort?
- Większość dnia siedziałem – przypominam mu.
- Co robisz, by tego uniknąć.
- Oprócz leżenia? Pływam, a Naomi robi mi masaże...
- Masaż? I to pomaga?
- Czasami.
- To świetny pomysł – podrywa się ze swojego łóżka. - Spróbujemy?
- Absolutnie nie! - niestety, w obecnej sytuacji mogę jedynie zaprotestować, ale Jared mnie nie słucha.
- Będziemy potrzebować jakiegoś olejku... Z pewnością jest w łazience – od razu kieruje się w tamtą stronę. - Znalazłem! - woła uradowany.
- Ani się waż! - wpadam w przerażenie.
- Nie denerwuj się tak. Wiem co robię – zapewnia mnie. Materac ugina się pod wpływem jego ciężaru. Ostrożnie przekłada nogę przez moje biodra. Jestem w pułapce! - Wygodnie ci? - dopytuje, zabierając moją poduszkę i zrzucając ją na podłogę.
- Jared! Zejdź!
- Spróbuj się zrelaksować... - mruczy mi do ucha, podciągając moją koszulkę w górę. - Musisz to zdjąć... - pomaga mi uwolnić się ze zbędnej odzieży, którą również odrzuca.
- Nie chcę tego! Słyszysz?! - podpieram się ramionami, lecz nie mam dość siły, by go zrzucić.
- Spokojnie. Zaufaj mi... Połóż się i... - nakrywa moje dłonie swoimi i układa na pościeli, po obu stronach mojej głowy. - Cii... Nie dzieje się nic złego... - jego kciuki zataczają drobne kółka.
- Nie możesz! Jesteś ciężki! Zostaw mnie! - walczę ze wszystkich sił. Chłopak pochyla się nade mną jeszcze bardziej i zaczyna całować po nagim karku.
- Kai... Uspokój się. Nie zrobię ci nic złego. Jutro czeka nas długa podróż do domu. Nie dopuszczę, abyś cierpiał z tego powodu. Proszę, pozwól mi.... - szepcze.
Moje ciało zdaje się decydować za mnie. Czuję drżenie, które wywołują jego ciepło i słowa. Przecież tego właśnie chcę... Dotyku... Jego uwagi... Zainteresowania...
Cofa swoje dłonie i sięga po niewielką buteleczkę. Wstrzymuję oddech, gdy odkręca korek i wylewa odrobinę dziwnie pachnącej substancji bezpośrednio na moją skórę.
- Zimne? - śmieje się. - Mam ciepłe dłonie. Ogrzeje cię... - Muska moją skórę samymi opuszkami... Cały drżę. To oczekiwanie na to, co się za chwilę stanie, jest gorsze niż... - Powiedz, gdyby bolało... - Przesuwa nimi bardzo powolutku do góry. Zagryzam mocno wargi, a on kontynuuje. Moja skóra staje się śliska od oliwki. Dociera aż do karku, a potem podąża w stronę ramion... O nie! Poparzenia! On nie może...! - Nie lubisz być dotykanym przez innych?
- Proszę... - skomlę cicho, licząc na to, że jednak się nade mną ulituje. Tymczasem on zaczyna badać łopatki, a potem żebra, aż ponownie cofa się do miejsca, w którym zaczął...
- Przyjemnie, prawda? Masz bardzo wrażliwą skórę. Domyślam się, że dla kogoś takiego jak ty, te rany musiały być istną torturą – opuszkami gładzi nacięcia, które zdobią moje plecy. Oczy zachodzą mi łzami... To ponad moje siły... - Cii... - powtarza tylko. - Nie skrzywdzę cię. Jesteś dla mnie najważniejszy. Nie musisz się niczego obawiać. Już dawniej zauważyłem, że chowasz się pod ubraniami. Nie musisz. Kocham cię takiego, jaki jesteś.
- Nie...
- Tak. Jesteś piękny.
- Kłamiesz!
- Nie kłamię. Udowodnię ci to... Wiele razy... Niestety, dziś nie będziemy się kochać...
- Co?! - próbuję się podnieść, lecz on od razu przyciska mnie z powrotem do materaca.
- To, co słyszałeś. Pragnę cię... Rozebrać, pieścić, patrzeć w oczy, gdy będziesz dochodzić... Krzyczeć z rozkoszy moje imię... Wtedy też nie będziemy się śpieszyć. Odbijemy to sobie później, gdy będziesz już po operacji. A do tego czasu...
- Jared, ty kompletnie oszalałeś! Zostaw mnie w spokoju! Ach...! - wyrywa mi się cichy krzyk, bo udaje mu się znaleźć miejsce, które najbardziej mnie boli.
- Tutaj, prawda? - uciska je delikatnie, próbując rozmasować. - Tak dobrze? Mam przestać?
- Nie... - powoli zaczynam mu się poddawać, zbyt oszołomiony. Wreszcie czuję ulgę. Ból praktycznie mija. Są tylko jego dłonie... Kwiatowo-pudrowy zapach... Aż w końcu senność.

Budzi mnie szept prowadzonej rozmowy, dochodzący gdzieś z oddali. Dźwięk przymykanych drzwi. Czyjeś kroki... Zapach kawy... Jest mi zbyt dobrze... Czuję się tak, jakbym znajdował się w jakimś kokonie, odcięty od wszelkich trosk i zmartwień. Jest tylko ciepło i dłonie, które...
- Kai... - gwałtownie otwieram oczy. - Przepraszam, myślałem, że już nie śpisz – uśmiecha się, a ja na jego widok zapominam jak się oddycha. Siedzi na podłodze przy łóżku. Ma lekko pochyloną na bok głowę, którą opiera na dłoni. Zmniejsza odległość między nami. Piętnaście centymetrów... dziesięć... pięć... Ociera się ustami o moje usta. Powoli... Boleśnie powoli... Rozchylam wargi, aby go skusić do czegoś więcej. Nie waha się. Od razu wykorzystuje okazję. Smakuje kawą i czymś, czego nie umiem jeszcze nazwać... Jego pocałunek jest agresywny, język zwinny, a ja całkowicie uległy... Czy Blue również by mnie tak całował? Zamieram, uświadamiając sobie, że to co robię, jest niczym innym jak podłą zdradą!
- Nie!
- Co się stało? Zrobiłem coś nie tak?
- Nie rób tego nigdy więcej!
- Czego? - udaje niewiniątko, chociaż jest równie zasapany jak ja.
- Nie całuj mnie więcej.
- Dobrze wiesz, że nie mogę obiecać czegoś takiego. I tak bardzo się powstrzymuję, by cię bezustannie nie dotykać. W nocy mało brakowało, a...
Właśnie. W nocy... Mówił o tym, że mnie pragnie, a ja jak największy idiota, złapałem się na jego lep...
- Kai, nadal cię boli?
- Nie.
- Więc co się dzieje?
- Nie kocham cię! Zrozum to wreszcie!
- Przestraszyłem cię? Przepraszam. Więcej tak nie zrobię.
- Przedtem też tak mówiłeś... - wypominam mu.
- Bo jest mi ciężko... Masz pojęcie jak to jest, gdy dotykasz kogoś, kogo kochasz ponad wszystko? Twoja reakcja... To, jak stopniowo mi zaufałeś. Poddałeś się... Moje dłonie przyniosły ci ukojenie. Tak niewiele mogę dla ciebie zrobić. Czuję się bezsilny, bo ty tak bardzo cierpisz, a ja... - chowa twarz w dłoniach.
 - Jared... - sam nie wiem, co chciałbym mu powiedzieć. Boli mnie, gdy jest w takim stanie. Jego zachowanie i bliskość za bardzo mieszają mi w głowie. Mam już jednego chłopaka i tego powinienem się trzymać.
- Nic nie mów. Wiem, że mnie nie kochasz, ale nie możesz zabronisz walczyć o to uczucie. Masz ochotę na śniadanie? Rozmawiałem z ciotką. Czeka na nas około dziesiątej w restauracji.
- Która jest godzina?
- Dziewiąta. Jeśli wolisz zostać, to...
- Nie. Chcę pójść razem z tobą – siadam na łóżku. Brązowe tęczówki chłopaka kolejny raz przesuwają się po mojej skórze. - Przestań...
- Zabraniasz mi na siebie patrzeć? Jesteś okrutny!
- Nie potrzebuję twojej litości! - burczę na niego, szukając wzrokiem porzuconych ubrań.
- Nie nazwałbym tego litością – odpowiada rozbawiony.
- Nie? A czym?
- Pożądaniem. Mówiłem ci już wczoraj. Są setki rzeczy, których chciałbym z tobą spróbować. Wystarczy jedno słowo i... - Obserwuję, jak powoli wyciąga rękę, po czym sugestywnie przejeżdża palcami po mojej nagiej skórze.
- Nie! - strącam ją, czując jednocześnie zdradziecki płomień na polikach.
- Sam widzisz, nie mam z tobą lekko...

Wspólne śniadanie w towarzystwie uroczej, starszej pani, nastraja nas bardzo pozytywnie. Kobieta jest szczęśliwa z powodu odwiedzin i zmusza, abyśmy przedłużenie pobytu do niedzieli. Jared jest zachwycony. Zamiast wielogodzinnego zwiedzania, decydujemy się na spędzenie popołudnia leniąc się przy hotelowym basenie.
- Niedaleko stąd jest kino. Grają niezłe filmy. Masz ochotę się przejechać? - spogląda na mnie z nadzieją. - Możemy też pojechać do...
- Jedź, jeśli chcesz. Ja tu zostanę.
- Możemy pooglądać coś w pokoju.
- Nie musisz mnie niańczyć. Poradzę sobie.
- Zostaję tutaj, koniec tematu – decyduje, wpatrując się w niebo.
- Nie musisz...
- Koniec tematu!
- A ponoć to ja jestem nieznośny... - kpię z jego zachowania.
- Kai! - rzuca we mnie poduszką. Przez chwilę mierzymy się wzrokiem, lecz nie potrafię zachować powagi i obydwaj wybuchamy śmiechem.
- Może jednak wybiorę się  z tobą do kina.
- Słuszna decyzja – chwali mnie.
- Kai... ? - ten głos.... - Nie przywitasz się z własnym ojcem?

środa, 18 stycznia 2017

Rozdział VI

„Kai


Obserwuję mamę, która nerwowo krąży po szpitalnym pokoju, czekając na powrót doktora Nedda. Przez większość dnia maltretował mnie na wszelkie możliwe sposoby, więc z ulgą przyjąłem wiadomość, że to już koniec i mogę sobie odpocząć. Najchętniej poszedłbym spać, ale trzeba się jeszcze ubrać i wrócić do domu, a najlepsze dopiero przed nami...
- Mamo, usiądź.
- Za chwilę, dobrze? - uśmiecha się blado, obejmują ściślej ramionami.
Rozumiem ją. Ja również uciekłbym z tego pokoju z prędkością światła. Staram się tego nie okazywać, lecz bardzo się boję. Chciałbym, by chociaż przez chwilę potrzymała mnie za rękę. Gdy tak nerwowo spaceruje, tylko pogarsza sprawę.
- Mamo... - ponownie zwracam na siebie jej uwagę.
- Tak?
- Proszę, usiądź obok mnie.
- Jestem zbyt zdenerwowana na siedzenie!
- Zauważyłem – zrezygnowany splatam palce obu dłoni.
Mija kolejna godzina. Pielęgniarka odłącza mi kroplówkę. Uśmiecha się przyjaźnie, po czym wychodzi. Rozglądam się po tym niewielkim pomieszczeniu. Jeśli doktor Nedd zdecyduje się na operację, spędzę kilka miesięcy zamknięty w tych czterech ścianach. Sterylna czystość, telewizor przymocowany przy suficie, małe okno, przez które widać jedynie elewację sąsiedniego budynku oraz setki godzin na sali tortur... Chcę do domu...
Moje rozmyślania przerywa ciche pukanie do drzwi.
- Proszę! - serce mamy bije tak szybko... Słyszę je z odległości kilku metrów.
- Przepraszam, że tyle to trwało – mężczyzna ubrany w biały, szpitalny fartuch jak zawsze jest mocno zapracowany. Od razu siada obok mnie na krześle.
- Panie doktorze... - proszę, nie rób tego... nie chcę wiedzieć... - Czy przeprowadzi pan operację mojego syna?
- Musimy o tym poważnie porozmawiać – doktor zakłada okulary, by po raz kolejny przejrzeć wyniki badań. - Tak jak ostatnio przewidywałem, nacisk na nerwy jest coraz większy. Przedtem bolało tylko okazjonalnie, a teraz ból będzie się stopniowo nasilał. Niestety, poza operacją, nic nie da się z tym zrobić.
- Zakwalifikował go pan do zabiegu?
- Z medycznego punktu widzenia, to jedyne wyjście. Sądziłem, że będzie można jeszcze trochę poczekać, ale czas w twoim wypadku, nie jest naszym sprzymierzeńcem – spogląda na mnie smutno.
- To cudowna wiadomość, kochanie! - mama nie potrafi zapanować nad emocjami, jednak ja nie odrywam wzroku od twarzy mojego ortopedy.
- I tu sprawa się komplikuje... - wzdycha, ponownie poprawiając swoje okulary. - Musicie dobrze to przemyśleć, zwłaszcza ty, młody człowieku, bo to od ciebie w głównej mierze zależy, co zrobimy.
- Przecież przed chwilą mówił pan, że operacja jest konieczna, więc nie ma o czym rozmawiać – wtrąca się mama.
- Podtrzymuję moją poprzednią diagnozę, ale... - tej części najbardziej się obawiałem.
- Ale? - naciska na niego coraz mocniej.
- Rozmawiałem z moimi kolegami i wszyscy zgodnie uważamy, że w obecnym stanie, Kai ma około pięćdziesięciu procent szans na chodzenie.
- Nie rozumiem. Przedtem twierdził pan, że bez problemu będzie mógł chodzić.
- Owszem, bo liczyłem na to, że jego organizm okaże się silniejszy. Nerwy nie chcą się zregenerować, co oznacza, że operacja, oprócz poprawy jego stanu zdrowia, niesie za sobą spore ryzyko, którego nie brałem pod uwagę.
- Co pan przez to rozumie? - po raz pierwszy zabieram głos w dyskusji.
- Może się okazać, że nie uda się nam niczego zmienić i będziesz skazany na wózek, tak jak do tej pory. Możesz też całkowicie stracić czucie w nogach, ale nie tego obawiam się najbardziej.
- Jest coś jeszcze... - robi mi się słabo.
- Owszem, jest. To ból. Jeśli bardziej uszkodzimy nerwy, resztę życia spędzisz w agonii.
- Rozumiem...
- Nie, nie rozumiesz – przerywa mi. - Nie mówimy o tygodniach, czy miesiącach, ale o latach cierpienia. Leki z pewnością ułatwią ci funkcjonowanie, ale nie wyeliminują dyskomfortu. Jesteś dość silny, by się z tym zmierzyć?
- Stanie się tak tylko w wypadku, gdyby operacja się nie powiodła, prawda? - mama już podjęła decyzję...
- Tak – przytakuje jej doktor Nedd. - Wiem, że musicie się nad tym zastanowić, przedyskutować na spokojnie...
- Proszę zapisać Kaia na operację!
- Mamo! Ja nawet nie...! - muszę ją powstrzymać, zanim będzie za późno.
- Słyszałeś, co powiedział pan doktor? Masz pięćdziesiąt procent szans na powrót do zdrowia!– ekscytuje się.
- To prawda. Mam też pięćdziesiąt procent szans na paraliż – chciałbym, by moje kontrargumenty do niej trafiły, bo przeraża mnie wizja, że będę uzależniony od środków przeciwbólowych. Już teraz jest mi ciężko.
- Synku, wiem, że to spore ryzyko, ale trzeba to zrobić póki jesteś młody. Te kilka miesięcy w szpitalu szybko miną, zobaczysz. Będziesz musiał włożyć sporo pracy w ponowną rehabilitację, ale to nic! Damy sobie radę. Cały czas będę przy tobie.
- Tu nie chodzi o szpital. Nie chcę skończyć jako ćpun. Przecież nie muszę podejmować decyzji o operacji już teraz, prawda? - z nadzieją spoglądam na lekarza.
- Jak już wspominałem, czas nie jest twoim sprzymierzeńcem. Jeśli szybko nie zadziałamy, operacja nie będzie możliwa. Ma to swoje plusy, ale ma i minusy. Plusem jest to, że twój stan nie ulegnie pogorszeniu. Nie stracisz czucia w nogach, lecz możesz zapomnieć o chodzeniu. Za jakiś czas, rok, może dłużej, nie będziesz mógł sam stanąć na nogi. Będzie cię bolało, tak jak teraz. A potem, gdy ból przeminie, nic więcej nie da się zrobić.
- Nie ma takiej opcji! Mój syn odzyska sprawność! Od samego początku wiedzieliśmy, że niezbędna jest kolejna operacja. Kai jest silny i da sobie radę!
- Alison... Ta decyzja zaważy na reszcie jego życia. Nie powinnaś kierować się emocjami, lecz pozwolić, aby chłopak na spokojnie rozważył wszystkie opcje.
- Kai też tego chce, prawda? - determinacja w jej oczach... Jeśli odmówię, nigdy mi tego nie daruje... Czasu nie da się cofnąć. Piłka już na zawsze pozostanie wspomnieniem... Czy to wszystko warte jest tak dużego ryzyka?
- Mamo... Nie wiem, czy to dobry pomysł... Konsekwencje...
- Poczekaj, nic nie mów – powstrzymuje mnie. - Panie doktorze, ile podobnych operacji wykonał pan do tej pory?
- Prawie codziennie je przeprowadzam. Proszę jednak pamiętać, że każdy przypadek jest indywidualny i …
- Ilu pacjentów musi przyjmować leki przeciwbólowe? - dopytuje.
- Mniej niż jeden procent. Piętnaście procent operacji kończy się niepowodzeniem. W wypadku Kaia, jak już wspominałem, albo się uda, albo nie.
- Kiedy przeprowadzi pan operację?
- W pierwszym tygodniu stycznia.
- Tak szybko?! - wpadam w panikę.
- Do tego czasu będziesz się oszczędzać i jak najwięcej leżeć, by nie przeciążać kręgosłupa. Wystawię ci odpowiednie dokumenty do szkoły. Spróbuj podejść wcześniej do egzaminów. Nie będziesz musiał powtarzać roku. Razem z twoją mamą pójdziemy teraz załatwić formalności, dobrze? - klepie mnie po ramieniu.
- Tak.
- Nie martw się. Zrobię co z mojej mocy, by wszystko było dobrze – zapewnia mnie, wychodząc. Zostaję sam. Tysiące myśli kłębi się w mojej głowie. Kolejna operacja, wózek, ból, leki, BlueMoon, rehabilitacja, szkoła, z której muszę zrezygnować, samotność, studia, wycieczka... Czuję, jak broda mi się trzęsie... Zwijam się w kłębek i staram wyciszyć. Nie wolno mi się poddać. Nie teraz...

Przez całą drogę do domu mama mówi tylko o zabiegu. Zachowuje się tak, jakby doktor Nedd zdjął jej z ramion olbrzymi głaz, który ją przytłaczał. Czy moja niepełnosprawność jest dla niej aż takim obciążeniem? Byłem pewny, że traktuje mnie tak jak przedtem. Udawała? Oszukiwała przez ten cały czas? Czasami prosiłem ją o pomoc, ale robiłem to sporadycznie. Czy czuła się przez to wykorzystywana? Sam już nie wiem.
- Cieszysz się, prawda? - zagaduje mnie.
- Tak, mamo. Cieszę.
- Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Odzyskasz swoje dawne życie. Pójdziesz na studia – szczebiocze.
- Wózek nie przeszkadza w byciu architektem – przypominam jej.
- Kai, nie łap mnie za słowa. Dobrze wiesz, że kocham cię ponad wszystko. Po prostu cieszę się, że wszystko wróci na swoje miejsce.
- A jeśli się nie uda? Jeśli operacja pogorszy mój stan?
- Nie pleć bzdur! Doktor Nedd to wybitny specjalista. Sam słyszałeś, że nieudane operacje to tylko piętnaście procent zabiegów.
- A ja mam pięćdziesiąt procent szans...
- Zaufaj mi. Wiem, że wolałbyś poczekać, ale nie możemy tracić ani chwili. Musimy działać! Za kilka miesięcy będziesz się z tego śmiać, zobaczysz.
- Obyś miała rację...
- Ja mam rację. A ty powinieneś się wstydzić. Gdzie się podział twój optymizm i wola walki? Jak już będzie po wszystkim, zabierzesz mnie na tańce.
- Tańce?! Mamo, nawet tak nie żartuj! - moja irytacja sprawia, że kobieta wybucha śmiechem. Dobrze wie, że nie ma takie siły na niebie i ziemi, która zmusiłaby mnie do tańca, zwłaszcza w miejscu publicznym.
- Jutro pójdę do szkoły i porozmawiam z dyrektorem. Mam nadzieję, że pozwoli ci podejść szybciej do egzaminów.
- Ja też. Nie chciałbym być kolejny rok w plecy.
- Pewnie żal ci tej wycieczki, ale po operacji...
- O nie, nie zgadzam się!
- Kai, nawet tak nie żartuj! Tak daleka podróż jest wykluczona.
- Nie możesz mi zabronić! Bardzo ciężko na to pracowałem. Mogę powtarzać ostatnią klasę liceum w nieskończoność, ale nie zrezygnuję z wyjazdu do Los Angeles!
- Synku, zrozum... To dla twojego dobra – jej ton łagodnieje, ale nie jest w stanie mnie przekonać. Jeśli mam dać się pociąć kolejny raz, to chcę mieć chociaż co wspominać.
- Pójdę tylko do muzeum, nigdzie indziej. Długie lata czekałem na ten moment. Chcę tam pojechać, zanim stanę się lekomanem, który odlicza godziny do kolejnej działki.
- Przestań mówić takie rzeczy! - krzyczy na mnie. Zupełnie nie bierze pod uwagę, że życie to nie bajka, a szczęśliwe zakończenia zarezerwowane są tylko dla wybranych.
- W ten weekend jadę do Los Angeles. Proszę, nie próbuj mnie powstrzymać, bo już postanowiłem.
- Jared też jedzie? - pyta nagle.
- Jared? Nie mam pojęcia – na sam dźwięk jego imienia czuję jak serce gwałtownie przyspiesza, a poliki stają się znacznie cieplejsze...
- Nie pytałeś?
- Nie, nie pytałem. To nie moja sprawa.
- Przyjaźnicie się. Czułabym się znacznie spokojniejsza, gdybym wiedziała, że w razie czego będzie obok.
- Nie potrzebuję niani. Sam sobie poradzę – odwracam głowę i wpatruję się w światła samochodów, które mijają nas na drodze.
- Jesteś tak samo uparty jak twój ojciec! - słowa mamy mrożą mi krew w żyłach. Dobrze wie, że od czasu wypadku, nie chcę o nim rozmawiać. Jak mogła posłużyć się tak podłym argumentem?
- Bardziej zaboleć nie mogło – szepczę, zaciskając zęby.
- Przepraszam... Przesadziłam – próbuje mnie dotknąć, lecz strącam jej dłoń. Myli się. Nie jestem jak ojciec. Nie zrobiłbym tak podłej rzeczy jak on... Resztę drogi do domu pokonujemy w ciszy.
Po przyjeździe mama proponuje mi kolację. Nie jestem głodny. Wolę zaszyć się w swoim pokoju. Czekają na mnie maile. Ukochany pyta jak mi minął dzień. Był straszny, Blue. Po prostu straszny... Na szczęście mam ciebie... Przesuwam opuszkami po ekranie. Chciałbym mu tyle napisać... Długą wiadomość zastępuję szybkim „kocham”, po czym zasypiam zupełnie wyczerpany.

Czwartkowy poranek... Mama szykuje się do pracy. Chociaż stara się zachowywać bardzo cicho, i tak ją słyszę. Po pewnym czasie uchyla drzwi i zakrada się do mojego pokoju.
- Nie śpisz już? - uśmiecha się lekko, podchodząc do łóżka.
- Dziwnie się czuję nie musząc iść do szkoły.
- Nie martw się, synku. Wszystkim się zajmę.
- Dziękuję.
- Kai... Przepraszam za to, co wczoraj powiedziałam – nadal czuje się winna?
- Proszę, nie wracajmy już do tego – obejmuję ją.
- Bardzo cię kocham.
- Ja ciebie też, mamo. Uciekaj do pracy, bo się spóźnisz.
- Pamiętaj, że masz odpoczywać i dużo leżeć, tak?
- Tak – przytakuję jej niezbyt chętnie.
- Gdybyś czegoś potrzebował, dzwoń – głaszcze mnie po włosach.
- Miłego dnia.
- Tobie też, skarbie – całuje mnie w policzek i wychodzi. Układam się na poduszkach i wpatruję w sufit. Za oknem jest szaro. Chciałbym uchylić okno, by pomimo zimna, słyszeć szum fal... Tymczasem jedyny dźwięk, który udaje mi się wychwycić, to ponowne otwieranie drzwi wejściowych i tłumione przez parkiet kroki. Zapomniała o kluczykach... Układam się na boku, by móc wpatrywać się w widok za oknem. Przymykam powieki. Cisza, ciepło... Już dawno nie było mi tak dobrze.

Budzą mnie poranne promienie słońca, rażące prosto w oczy oraz czyiś oddech, drażniący wrażliwą skórę... Ktoś jest ze mną w łóżku?! Próbuję się wyrwać, lecz silne ramię, którym jestem owinięty, nie daje mi takiej możliwości.
- Dzień dobry – mruczy mi wprost do ucha.
- Jared?! Co ty tu robisz?! - szarpię się, więc powolnie cofa rękę, abym mógł się obrócić.
- Przyjechałem rano, a Alison powiedziała, że mogę wejść... - ziewa przeciągle.
- Pozwoliła ci ze mną spać? Szczerze wątpię... - odpycham go od siebie, ale ani drgnie. Wygląda oszałamiająco. Potargane włosy, błyszczące oczy i ten uśmiech... Czemu aż tak na mnie działa? Przecież mam już chłopaka! BlueMoon z pewnością jest dużo przystojniejszy... I ma ładniejsze dołeczki w policzkach...
- Ponoć nie będziesz już chodził do szkoły. To prawda? - jakby nigdy nic, opiera głowę na ręce i ani myśli o opuszczeniu łóżka.
- Za dwa miesiące czeka mnie kolejna operacja, ale to z pewnością też już wiesz.
- Boisz się?
- A ty byś się nie bał na moim miejscu? W najgorszym wypadku skończę jako sparaliżowany lekoman. Zawsze o tym marzyłem... - drwię. Brązowookiemu ta wizja również nie przypadła do gustu, bo całuje mnie zaborczo i brutalnie. - Pusz-Puszczaj! Co ty wyprawiasz?! - oburzam się, gdy odsuwa się na bezpieczną odległość.
- Kai, nie opowiadaj bzdur. Nic ci się nie stanie, zobaczysz.
- Dwa lata temu też tak sądziłem, a dziś... Spójrz jak daleko doszedłem – drwię.
- Cały czas na ciebie patrzę, wierz mi.
- Dlaczego? Przecież wiesz, że kocham kogoś innego.
- To nie ma żadnego znaczenia. Gdyby on kochał cię chociaż w połowie tak mocno jak ja, nie pozwoliłby, abyś był teraz ze mną.
- To skomplikowana sytuacja... Ja... Znaczy my... - nie umiem się skupić, bo mój wielbiciel zostawia drobne pocałunki na mojej twarzy.
- Mów, proszę. Cały czas cię słucham – zapewnia, nie kryjąc uśmiechu pełnego satysfakcji.
- Nie rób tak!
- Bo nie jesteś mój?
- Tak!
- A chcesz być?
- Nie!
- Jesteś pewny? Ja nie miałbym nic przeciwko – odchyla moją głowę i zaczyna całować po szyi.
- Jared!
- No dobrze... Niech ci będzie... - w końcu odsuwa się ode mnie na bezpieczną odległość, ale nie opuszcza łóżka.
- Nie powinieneś być w szkole?
- Nie mamy pierwszych czterech lekcji – tłumaczy.
- Nie wiedziałem.
- Niestety, po śniadaniu będę musiał się zbierać, ale nie martw się. Przyjadę po lekcjach i pomogę ci spakować rzeczy. Jutro rano wyjeżdżamy.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. Szkolna wycieczka...
- Szkolna wycieczka nas nie interesuje.
- Mów za siebie!
- Pojedziemy do LA moim samochodem. Tak będzie wygodniej.
- A dlaczego nie autokarem ze wszystkimi?
- Bo Martin się obraził i mnie wykluczył.
- Obraził?!
- Odmówiłem wzięcia udziału w turnieju. Nie mam teraz na to czasu. Muszę się więcej uczyć, by poprawić średnią. Z tak przeciętnymi wynikami nie przyjmą mnie na prestiżową uczelnię – przechwala się.
- Tak? A co chcesz studiować?
- Architekturę. Razem z tobą.
- Chyba żartujesz! - siadam, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia.
- Mylisz się. To bardzo dobry pomysł. Rodzice są zachwyceni. Z resztą sam zobaczysz, gdy ich poznasz. Bez końca o tym rozprawiają. Zwłaszcza ojciec. Chodzi dumny jak paw.
- Jared... Nie chcę być niemiły, ale nic z tego nie będzie. Mówiłem ci setki razy, że...
- Kochasz Blue. Tak, wiem. Pamiętam. Nie zamierzam na ciebie naciskać. Pozwól mi być obok. I zawieźć się do LA.  Będzie ci znacznie wygodniej niż w autokarze, zobaczysz. Weźmiemy samochód ojca. Sam na to nalega. Jest większy. Pójdziemy do muzeum, a potem się zobaczy – splata dłonie na karku, wyciągając się wygodnie.
- Łysol wpadnie w furię, jeśli nas spotka.
- Niech spróbuje... Ty nie musisz się już martwić, prawda? A ja sobie poradzę. Mam swoje sposoby.
- Póki co masz kilka prac do napisania – przypominam mu.
- Nie przejmuj się tym. To żaden problem. Zrobię śniadanie. Na co masz ochotę?
- Nie wiem. Nie jestem głodny.
- I tu się mylisz. Jeśli nie będziesz jadł, nie zabiorę cię ze sobą.
- Jeszcze się nie zgodziłem, a ty już mnie szantażujesz? Jesteś podły!
- Nie, tylko zakochany. Idę do kuchni. Zostań w łóżku.
Zaledwie kilkanaście minut później powraca z hurtową ilością kanapek.
- Gotowanie nie jest moją mocną stroną, ale nie miałem się zbytnio od kogo nauczyć. Rodziców wiecznie nie ma w domu. Wiesz coś o tym, prawda?
- Mama uwielbia swoją pracę – przytakuję mu.
- Ciekawy czy my też tacy będziemy? - zastanawia się na głos. - Zdaniem ojca moglibyśmy otworzyć własną firmę. Staruszek nieźle to wykombinował, nie?
- Zaplanowałeś całe nasze życie?!
- Tylko te ważniejsze szczegóły. Studia, mieszkanie, praca. Nie martw się. Nie jestem despotą.
- Tylko wizjonerem, tak? Powinieneś studiować psychologię. Świetnie byś się odnalazł.
- Powiedz to mojemu ojcu... Zanim zdecydowałem się na architekturę, codziennie suszył mi głowę z tego powodu.
- Dlaczego?
- Miałem mniej ambitne cele. Na szczęście poznałem ciebie. Masz na mnie bardzo dobry wpływ. No i tata jest zadowolony – puszcza do mnie oko.
- Dobrze, że chociaż on... - mruczę, zaskoczony tak niespodziewanymi informacjami.
- A twój ojciec?
- Ojciec... Jest znanym trenerem, ale jestem pewny, że dobrze o tym wiesz.
- Nie utrzymujesz z nim kontaktu?
- Nie chcę o tym rozmawiać – denerwuję się, zaciskając mocniej palce na porcelanowym kubku.
- Kai, możesz mi zaufać. Wszystko, co powiesz, zostanie tylko między nami.
- Nie będę z tobą rozmawiał na ten temat – Jared nie wie kiedy się wycofać. Jest mało taktowny.
- A mówiłeś o nim Blue?
- Nie. Spóźnisz się do szkoły – zbywam go.
- Zdążę.
- Nie szarżuj.
- Jestem świetnym kierowcą.
- Świetnym kierowcą... - prycham. - Nawet najlepsi miewają gorsze dni.
- Masz prawo jazy? - pyta.
- Mam.
- A jednak unikasz prowadzenia samochodu.
- Wiesz, tak się składa, że ostatni, który prowadziłem, spłonął – przyciągam kolana do klatki piersiowej i zaczynam wpatrywać się w pomiętą pościel.
- Kłamiesz. Nie wiem kogo chronisz, ale to nie ty spowodowałeś wypadek – zbiera brudne naczynia, by wynieść je do kuchni. Moje oczy zachodzą łzami... Skąd o tym wie? Nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem. - Przyjadę po szkole, dobrze?
Przez większość dnia zastanawiam się nad jego słowami. Domyślił się prawdy? A może to ja zdradziłem się jakimś szczegółem? Nie, to niemożliwe. I co to za głupi pomysł, by razem jechać do muzeum? Jasne, że tak byłoby znacznie wygodniej. Miałbym więcej miejsca niż w autokarze. Poza tym z pewnością zatrzymałby auto, gdybym go o to poprosił. W dodatku dobrze się ze sobą dogadujemy. Pomijając pocałunki i jego uczucia, których nie chcę... Mam Blue. On jest dla mnie najważniejszy. Jared to tylko kolega. Jeśli zgodzi się trzymać ręce przy sobie i przyjmie pieniądze za benzynę, nie odmówię. Wprost przeciwnie. Do tej pory nawet nie śmiałem marzyć o czymś takim.
Spoglądam na zegarek. Dosłownie pięć minut po planowanym zakończeniu zajęć, słyszę jego samochód, parkujący na podjeździe. Co ciekawe, otwiera sobie własnym kluczem! Kolejna niespodzianka dzisiejszego dnia...
- Alison podarowała mi jeden z zapasowych – cieszy się, wieszając go sobie na szyi.  - Teraz to mój skarb! - chichocze.
- Skarb?
- To prawie jak klucz do twojego serca – rozmarza się, zdejmując kurtkę.
- Śnij dalej, Romeo... - szydzę z niego.
- Nie bądź taki poważny. Zauważyłem, że rzadko się śmiejesz. Odpręż się. Będziemy się świetnie bawić, zobaczysz. Zatrzymamy się w innym hotelu, dobrze?
- W innym? A ten, który wybrałem, jest zły?
- Siostra mojej mamy też ma hotel i uparła się na wspólną kolację. Zgodziłem się. Nie masz nic przeciwko, prawda? Dawno jej nie widziałem.
- Jesteś panem swojego czasu. Zrobisz, co zechcesz – odpowiadam.
- Pójdziesz ze mną. Moja mama już do niej dzwoniła. Ustaliła także szczegóły z twoją
mamą, więc niczym nie musisz się martwić - siada obok mnie na dywanie i obejmuje ramieniem.
- Żadnego dotykania – ostrzegam go.
- Kai, no nie bądź taki zasadniczy – zaczyna marudzić. - Nie widziałem cię przez cały dzień...
- Pojadę z tobą, jeśli obiecasz, że będziesz się dobrze zachowywać.
- To oznacza, że nie wolno mi cię dotykać, tak? - domyśla się.
- Dokładnie tak. Jeśli złamiesz umowę, wrócę do domu autobusem, jasne?
- Aż tak ci na nim zależy? - jego twarz tężeje. Zadanie tego pytania musi go sporo kosztować. Czuję się nieco winny. Jego uczucia względem mnie są szczere, ale nic na to nie poradzę. Kocham Blue. - Tylko przyjaciele, co? - wyciąga dłoń w moim kierunku.
- Tylko przyjaciele – uśmiecham się, bo wreszcie udało się nam wypracować jakiś kompromis.
- W takim razie – wzdycha ciężko – weźmy się za naukę. Przywiozłem ci zagadnienia, które musisz opanować przed egzaminami. To jeszcze nic pewnego, ale nasz kochany wychowawca wspominał, że powinieneś to zrobić przez turniejem. Dasz radę?
- Muszę. W przeciwnym wypadku będę powtarzać klasę – przeglądam spory plik kartek, które mi podał.
- Jesteś najlepszy w klasie, więc to żaden problem. Będziemy się codziennie spotykać i przerabiać testy. Zamówiłem mnóstwo książek. Jutro je przywiozę.
- Dobra passa trwa – zaczynam się śmiać.
- Twój chłopak też wybiera się na architekturę?
- Nie.
- Wreszcie jakaś dobra wiadomość! - uradowany wstaje z podłogi i ściąga sweter, rzucając go na krzesło. - Ale najpierw zrobimy obiad. Jestem pewny, że umierasz z głodu, prawda mój przyjacielu? - celowo akcentuje ostatnie słowo. „Przyjaciel”... Nieźle brzmi.

niedziela, 15 stycznia 2017

Rozdział V

„Kai


Nowa wiadomość : czwartek, godzina 4:57

Do : BlueMoon
Temat : Bezsenne noce

„Mój Kochany... Jak to robisz, że Twoje wiadomości zawsze przepełnione są samymi dobrymi rzeczami? Wszystko Cię cieszy. Czasami bardzo Ci tego zazdroszczę. Ja tak nie potrafię. Staram się, ale to wszystko mnie przerasta. Dziś w szkole... Dziś w szkole spotkało mnie coś bardzo przykrego. Wydawało mi się, że jestem silny i nic mnie nie złamie, ale to nieprawda. Mam wrażenie, że jestem pusty w środku. Nic już ze mnie nie pozostało. Czuję, że Cię zawiodłem. Nie mam co Ci dać.
Kiedyś, gdy byłem dzieckiem, ojciec wielokrotnie obiecywał, że zabierze mnie do największego na świecie muzeum piłki nożnej. Od zawsze czekałem na ten moment. Często mu o tym przypominałem, ale wynajdywał masę różnych wymówek. Praca, wyjazdy służbowe, ważne konferencje. Powtarzał, że pewnego dnia stanę się częścią tego miejsca. Tak bardzo chciałem sprostać jego wymaganiom. Byłem już tak blisko... Marzenia zdawały się na wyciągnięcie ręki... Jedna chwila, parę sekund i wszystko się skończyło. Już nigdy nie zagram w piłkę, ojciec odszedł, a wychowawca każe mi zrezygnować z wycieczki. Gorzka ironia losu.
Codziennie rano wmawiam sobie, że wszystko będzie dobrze. Wychodzę z domu z wysoko podniesioną głową. Nie jestem z kamienia. Mur, którym się otoczyłem, nie wytrzyma tak zmasowanego oblężenia, a ja, jak ostatni idiota powtarzam, że jutro będzie lepiej. Co więcej, serio w to wierzę. Ale nie dziś.
Punkt kulminacyjny dopiero przede mną... Powinienem Ci napisać prawdę o sobie, o tym, kim jestem i jaki jestem. Zrobię to. Przysięgam. Nie chcę niczego przed Tobą ukrywać. Tylko... Pozwól mi jeszcze przez chwilę być tchórzem, który chowa się w ciemnościach. Nie mam siły, by teraz to zrobić.
W skrytości ducha wierzę, że otworzysz dla mnie swoje ramiona, albo powiesz „wszystko będzie dobrze”. Nie uwierzę, a mimo to bardzo tego potrzebuję. Nie należę do grona szczęściarzy, którzy mogą wypłakać się komuś w rękaw. Mam tylko Ciebie i mamę. Stoję między młotem, a kowadłem. Jeśli powiem jej prawdę, wpadnie w panikę. Nie chcę jej smucić. Ma zbyt wiele zmartwień z mojego powodu i uśmiecha się zdecydowanie za rzadko. A Ty... Nie mogę Cię stracić. Jeszcze nie teraz... Nie dzisiaj... Pozwól mi być egoistą, który karmi się marzeniami. Chcę mieć Cię tylko dla siebie, wierzyć, że bez względu na wszystko, jesteś mój. Nie odepchniesz mnie, nie ocenisz, nie poniżysz. Po prostu będziesz.”

Odkładam komputer na łóżko. Co o mnie pomyśli, gdy to przeczyta? Bezgraniczne zaufanie... Skąd się we mnie bierze tak silne przekonanie, że mogę mu wszystko powiedzieć? Tępy ból pleców niepotrzebnie potęguje uczucie osamotnienia... Tak bym chciał, by ktoś mnie teraz przytulił... Tęsknie spoglądam na laptopa. Blue... Z każdym dniem zależy mi na tobie coraz mocniej. Dotąd byłem skupiony wyłącznie na swoich celach. Tata chciał widzieć we mnie najlepszego piłkarza, mama architekta. A ja? Oddałbym to wszystko za pięć minut obok ciebie... Chciałbym zobaczyć jak się uśmiechasz. Usłyszeć jak wypowiadasz moje imię.
Niechętnie sięgam po kolejną porcję leków przeciwbólowych. Basen przynosi ulgę tylko na kilka godzin. Jak tak dalej pójdzie, czeka mnie kolejna operacja, której nie chcę... Zniechęcony popijam tabletki wodą i próbuję wyłączyć komputer. BlueMoon już zdążył napisać? Szybki jest.


Nowa wiadomość : czwartek, godzina 5:33

Do : BlueMoon
Temat : Re: Bezsenne noce

„Cokolwiek zrobisz, czy powiesz, to już nie ma znaczenia. Kocham Cię. Najbardziej na świecie. Wiem, że nadal niewiele o sobie wiemy, że dzieli nas więcej niż łączy, ale jakie to ma znaczenie? Odkrywam Cię powoli, warstwa po warstwie, a im więcej mi pokazujesz, tym bardziej za Tobą szaleję. Mamy dokładnie po 19 lat. Mógłbyś mi zarzucić, że nasze życie zaczęło się przed chwilą i jestem za młody, by znać smak miłości, ale to nieprawda. Czekałem na Ciebie. Codziennie wierzyłem, że Cię znajdę. I w końcu jesteś. Przysięgam, że zrobię wszystko, abyś był szczęśliwy. Chcę spędzić z Tobą resztę życia. Patrzeć, jak się budzisz i zasypiasz. Wywoływać uśmiech na Twojej twarzy. Wspierać w trudnych chwilach. Nie musisz się mnie bać. Nie ma takiej rzeczy, która mogłaby wpłynąć na to, co do Ciebie czuję.
Postaraj się zasnąć. Ostatnio coraz częściej zarywasz noce. Napiszę rano.”

Ma rację... Powinienem chociaż chwilę odpocząć. Układam się na poduszkach i zamykam oczy. Silna fala bólu atakuje pokiereszowany kręgosłup. Kładę się na brzuchu, ale nie jest lepiej. Dziś nici ze spania... Postanawiam zacząć szykować się do szkoły. Mycie i ubieranie będzie wymagało znacznie więcej czasu.
- Spałeś choć trochę? - zmartwiony głos mamy, która próbuje wepchnąć we mnie coś do zjedzenia wywołuje we mnie silne poczucie winy.
- Tak, spałem.
- Nie wyglądasz najlepiej. Zadzwonię do lekarza i poproszę, by przyspieszył twoją wizytę.
- Nie dzwoń. Wystarczą silniejsze tabletki. Za jakiś czas samo minie, zobaczysz – próbuję ją przekonać, lecz mnie nie słucha.
- Kai, jesteś dorosły, a zachowujesz się jak dziecko. Musimy jechać do lekarza. Nie ma na co czekać, skoro tak się męczysz.
- Nie męczę się... Po prostu... - jestem coraz bardziej rozdrażniony.
- Wiem, że wolałbyś tego uniknąć, ale sam widzisz, że jest tylko gorzej – przeczesuje moje włosy palcami. - Proszę cię, postaraj się mnie zrozumieć. Nie mogę patrzeć jak moje jedyne dziecko cierpi.
- Wiem mamo, przepraszam.
- Znowu prawie nic nie zjadłeś – z dezaprobatą spogląda na mój talerz. - Może wolałbyś zostać w domu? Odpocząłbyś sobie, pospał.
- Nie mogę. Obiecałem kolegom, że pomogę im przed sprawdzianem z matematyki. To dla nich bardzo ważne.
- Pomagasz kolegom? - oczy Alison rozbłyskają szczęściem. - Wreszcie zdobyłeś nowych przyjaciół! Tak bardzo się cieszę! - rzuca mi się na szyję.
- Mamo... To nie tak...
- Kiedy się tutaj przeprowadziliśmy, byłeś taki samotny. Ucieszyłam się, gdy Jared cię odwiedził, a dziś dowiaduję się, że masz nowych kolegów. To cudownie! Koniecznie zaproś ich do nas do domu! - szczebiocze.
- Nie zaproszę ich.
- Dlaczego? - wydaje się mocno zawiedziona.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Jedziemy?
- Tak. Weź swoje rzeczy i spotkamy się przy samochodzie.

Gdy mama odjeżdża do pracy uświadamiam sobie, że zapomniałem sprawdzić pocztę. Super... Może być gorzej?
- Cześć – uśmiechnięty Jared siada na wprost mnie.
- Idź sobie.
- Warczysz na mnie od samego rana? Co się stało? - udaje zaskoczonego moją niechęcią.
- Tak trudno zrozumieć, że nie przepadam za twoim towarzystwem?
- Nie kłam. Lubisz mnie – szczerzy idealne, białe zęby.
- Jared... Proszę, zostaw mnie w spokoju. Jestem zmęczony i obolały. Nie mam ochoty na twoje gierki.
- Masz rację. Pora przejść do konkretów – wstaje z krzesła i odsuwa mój wózek.
- Co robisz? - spoglądam na niego nieufnie, gdy zaczyna kierować się w stronę wyjścia.
- Niewygodnie ci. Mamy jeszcze sporo czasu, więc pojedziemy do mnie do domu.
- Co?! Mowy nie ma! - zaczynam protestować, ale on zdążył już wyciągnąć kluczyki od samochodu i odblokować alarm.
- Nie denerwuj się. Będziemy sami. Moi rodzice żyją pracą. Napijemy się kakao, a ty sobie poleżysz – pomaga mi wstać.
- Nie chcę nigdzie jechać! Wolę zostać w szkole!
- Kai... Albo sam wsiądziesz – wskazuje na otwarte drzwiczki - albo... - groźny błysk pojawia się w jego oczach. Nie mam innego wyjścia. Zagryzam wargi i spełniam polecenie. Chłopak uśmiecha się lekko, po czym pakuje mój wózek do bagażnika i odpala silnik.
- Zauważyłeś, że z dnia na dzień jest coraz zimniej? - jakby nigdy nic prowadzi ze mną normalną rozmowę, w której nie chcę brać udziału. Jego to nie zraża. Mówi i mówi.
Miasteczko jest niewielkie, a dom jego rodziców znajduje się na głównej ulicy, więc po niecałych pięciu minutach jesteśmy na miejscu.
Jared pomaga mi wjechać do środka. Panuje idealna cisza. Chyba rzeczywiście jesteśmy sami.
- Tu jest salon – wskazuje na duże pomieszczenie, połączone z kuchnią – a dalej mój pokój. Zostawiłem rodzicom górę, by nie rozrzucali papierów po całym mieszkaniu. Musisz przyznać, że to genialne rozwiązanie – rozpromienia się, zapraszając mnie do swojego pokoju. Nie jest tak duży jak mój. I z pewnością nie ma tak pięknego widoku. - Śmiało, połóż się, a ja wstawię wodę – po raz pierwszy od dłuższego czasu zostawia mnie samego. Powoli wstaję z wózka, lecz kładę się na dywanie, a nie na idealnie pościelonym i okrytym kapą łóżku. Tak jest mi o wiele wygodniej. Ból nieco łagodnieje.
- Coś jest nie tak z moim łóżkiem? - dziwi się.
- Tak jest dobrze – unoszę lekko głowę. Jared zabiera kilka ozdobnych poduszek i podkłada mi pod głowę. - Dziękuję – mruczę pod nosem, nadal nie potrafiąc go rozgryźć.
- Lena, nasza gospodyni, upiekła wczoraj ciasteczka migdałowe. Masz ochotę?
- Nie, dziękuję.
- Jadłeś coś rano? Ostatnio nie wyglądasz najlepiej.
- Przestań zachowywać się jak moja matka! - unoszę się wyżej, co nie jest dobrym pomysłem...
- Mogę ci jakoś pomóc? - przerażony siada obok, ignorując wzywający go z kuchni czajnik.
- Nic mi nie jest – kłamię.
- Skoro tak mówisz... - wychodzi do kuchni, skąd powraca niosąc dwa parujące kubki.
- Wczoraj w szkole coś zaszło między tobą, a Martinem. Opowiedz mi o tym – domaga się.
- Nie ma o czym mówić – ucinam temat. Nie chcę wracać do tych przykrych wydarzeń. Wyżaliłem się BlueMoon i to wystarczy. Koniec z użalaniem się na swój los.
- Kai... Przyjaźń buduje się na zaufaniu. Nie bądź taki, bo nie będę mógł ci pomóc.
- Nie prosiłem cię o pomoc.
- No dobrze, w takim razie sam pcham się z butami w twoje życie, ale zależy mi na tobie.
- W moim życiu jest już ktoś bliski, więc odpuść.
- Masz kogoś innego? - nie wydaje się zaskoczony tym faktem. Wprost przeciwnie. Cieszy go to... - Lubię konkurencję –  posyła mi przebiegły uśmieszek, ściągając granatową kapę z łóżka i wyciągając się obok mnie na dywanie. - Nie wiem jak ciebie, ale wykańcza mnie to wczesne wstawanie.
- To po co to robisz?
- Sam nie wiem. Czuję silną potrzebę, by być blisko ciebie – wpycha mi do ust jedno z ciastek. - Widzisz, mówiłem, że są dobre – wydaje się dobrze bawić. - Jesteś bardzo nieufny. Zawsze taki byłeś, czy to wypadek cię zmienił?
- Jakie to ma znaczenie? - jego spojrzenie jest zbyt intensywne, a ja nie mam się przed nim jak schować.
- Czyli to nie wypadek.
- Nie, to nie wypadek – przyznaję.
- Kai?
- Tak?
- Opowiedz mi o Martinie.
- Zaliczyłeś testy?
- Nie zmieniaj tematu.
- Czyli nie zaliczyłeś...
- Zabrakło mi jednej poprawnej odpowiedzi – układa głowę na poduszce.
- Przejrzałeś moje notatki? - nie wiem czemu robię się senny, a przecież niedługo powinniśmy wracać...
- Mogę? - Jared przysuwa się bliżej, zabierając mi kubek z ręki i odstawiając na bok. - Śpij – szepcze.
- Ale szkoła...
- Obudzę cię – jego oczy również same się zamykają. Co ja wyrabiam? Jak mogę tak beztrosko zasypiać w obcym miejscu? Sam proszę się o kłopoty...

- Wiesz która jest godzina? - zaspany Jared z niedowierzaniem spogląda na swój zegarek.
- Późna – domyślam się.
- Dochodzi 11:00.
- Świetnie. Łysol mnie za to zabije...
- Łysol? - parska śmiechem.
- Miałeś mnie obudzić – wypominam mu.
- Chciałem to zrobić, serio, ale wyglądałeś na wyczerpanego. Poza tym patrzenie na ciebie sprawiło mi dużo przyjemności.
- Za którą zostanę ukarany – pozbywam się ciepłej kapy i powoli staram się usiąść. Znowu boli... Szlag by to wszystko trafił!
- Pomogę ci – brązowooki bez najmniejszego problemu podnosi mnie do góry, abym mógł stanąć na nogach. Gdy wyciąga rękę, by przysunąć wózek, tracę równowagę i mocniej się w niego wtulam, by nie upaść. Natychmiast to wykorzystuje, odwzajemniając uścisk.
- Puść – syczę wściekły.
- Jeszcze nie... - ociera się o mnie policzkiem.
- Jared...
- Gdybyś był mój, mógłbym się o ciebie znacznie lepiej zatroszczyć.
- Nie potrzebuję twojej troski.
- Wiem. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo tego pragnę – przez kilka sekund spoglądamy sobie prosto w oczy. Skłamałbym twierdząc, że jego nie są piękne. Ich głęboki, czekoladowy odcień sprawia, że aż nabieram ochoty, by odwzajemnić uśmiech, który nie schodzi mu z twarzy. Zachowuje się tak, jakby się cieszył, że jest obok. Dziwak z niego i tyle.
- Wystarczy – odzyskuję równowagę.
- A było tak miło... - marudzi. - Masz ochotę coś zjeść? Angielski możemy sobie odpuścić. Lekcja już się zaczęła.
- Nie jestem głodny.
- Jadłeś coś dzisiaj?
- Skończ wreszcie z tym jedzeniem! - irytuję się, sięgając po plecak i wyciągając z niego kolejną porcję tabletek.
- Dużo ich ostatnio bierzesz – zauważa.
- Bo bardzo mnie boli.
- Nic nie da się z tym zrobić?
- Nie wiem. Lekarz wspominał o operacji, ale to nic pewnego.
- Rozumiem. Coś słodkiego poprawi ci humor. Co powiesz na naleśnika? - pyta z nadzieją w głosie.
- Nie, dziękuję.
- Łamiesz mi serce. Każdy je lubi. To może kanapkę z masłem orzechowym?
- Jared...
- Nie wyjdziemy stąd, dopóki czegoś nie zjesz. Nie chcę, abyś zemdlał.
- Jestem pewny, że od razu rzuciłbyś się na ratunek – drwię.
- Skąd wiedziałeś?
- Strzelałem.
- Nieprawda. Jesteś dobrym obserwatorem. Nie musisz się z tym kryć. Chcę, abyś mnie dobrze poznał. Dzięki temu ja lepiej poznam ciebie.
- Super... Nie mogę się doczekać...
- Twój energia wróci po śniadaniu, zobaczysz! - ciągnie mnie do kuchni. Otwiera wielką chromowaną lodówkę i zaczyna przeglądać zawartość. - Co powiesz na...
- Mówiłem ci, że nie jestem głodny! - krzyczę na niego.
- No dobrze, nie będę naciskać. Kolejne minuty spędzamy w kompletnej ciszy. Milczymy, gdy Jared pije kawę, na którą ja nie mam ochoty, a potem w drodze do szkoły. Powinienem być mu wdzięczny. Gdyby nie on, pewnie teraz zwijałbym się z bólu w jakimś kącie... Nienawidzę bycia zależnym od innych...
- Przepraszam. Nie chciałem na ciebie naskakiwać.
- Nic się nie stało – odpowiada automatycznie, nie odwracając wzroku od przedniej szyby.
Przyznałem mu rację, ale nie czuję się lepiej z tego powodu. Przytłacza mnie swoją obecnością. Odzwyczaiłem się od tego uczucia.
Dawniej miałem wielu przyjaciół i znajomych. A potem to się urwało. Ja obudziłem się w szpitalu z bezwładnymi nogami, a oni... Na palcach jednej ręki mogę policzyć ich odwiedziny. Ktoś zadzwonił, ktoś napisał smsa. Zachowywali się tak, jakbym nigdy nie istniał. Skasowałem swoje konta na profilach społecznościowych, zmieniłem numer telefonu... Przyjechałem tutaj z czystą kartą. Wiedziałem, że będzie ciężko. Niewielka szkoła. Wszyscy znają się od dziecka. Nie sądziłem jednak, że z miejsca zostanę odrzucony. To dzięki „nowym kolegom” stałem się zamknięty w sobie. Jared chciałby wyciągnąć mnie z tej skorupy, tylko po co? Już nie pamięta jak pierwszego dnia wyraźnie zaznaczył, że mnie nie chce? Nie zawahał się wycofać zaproszenia. A potem wyskakuje ze swoim wyznaniem i jest zaskoczony, że nie skaczę z radości. Ten to ma pomysły...
Korzystamy z zamieszania podczas przerwy, by dołączyć do naszej klasy przed matematyką.
- Jesteś wreszcie! - zaniepokojony Donovan od razu do mnie podchodzi. - Gdybyś się nie pojawił, musiałbym cię uszkodzić.
- Trochę się spóźniłeś – odpowiadam, wyciągając zeszyt.
- Ręce masz wciąż sprawne – zaczyna się śmiać. - Przełożyliśmy trening z trenerem Tanaką, więc możemy zostać dłużej po lekcjach. Przygotowałeś zadania?
- Tak.
- Pamiętaj, jeśli któryś z nas nie zda jutrzejszego testu, nie masz tu po co wracać – jego groźby są zupełnie zbędne. Dobrze wiem jakie są konsekwencje.
- Ty w sumie też nie. Profesor Hall nie należy do wyrozumiałych – bezczelnie wpatruję się w jego oczy.
- Dlatego dobrze ci radzę, abyś nie zawalił sprawy – grozi mi palcem, po czym wraca do reszty.
Przez kolejne dwie godziny lekcyjne bardzo się nudzę. Nauczyciel dwoi się i troi, by wlać chociaż odrobinę wiedzy w ptasie móżdżki ulubieńców szkoły. Po raz kolejny przeglądam zbiory zadań oraz testy, które każe im powtórzyć przed jutrzejszym sprawdzianem. Wybrał najprostsze z możliwych przykładów. Teraz wystarczy, że opanują trzy wzory. Jemu ta sztuka nie udała się przez kilka miesięcy. Jak ja mam tego dokonać? Nie mam doświadczenia w nauczaniu innych. Nie potrafię ich zmotywować, anie sprawić, by chociaż zechcieli posłuchać tego, co mam do powiedzenia.
Martin również odczuwa presję, bo wpada do sali zdenerwowany bardziej niż zwykle. Coś mi się wydaje, że dzisiaj nie będzie opowieści o wspólnych wieczorach w towarzystwie teściowej.
- Jutro wielki dzień - przechadza się między rzędami, lecz spogląda głównie na mnie. - Jedna, jedyna szansa... Jeśli nie uzyskacie dobrych ocen i nie weźmiecie udziału w meczu, obedrę was ze skóry! - wrzeszczy. - Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie – sięga po chusteczkę i ociera pot z czoła. - Wybrańcy zostają w sali, razem z waszym ulubionym matematykiem, a reszta idzie ze mną do biblioteki. Szybciej, ruszać się! -  pogania zaskoczonych takim obrotem sprawy uczniów. - Masz cztery godziny, aby ich przygotować. Wszyscy mają zaliczyć test co najmniej na 70%, jasne? - wydaje mi polecenie.
- Tak, panie profesorze – odpowiadam cicho.
- Mam nadzieję. Jared, idziesz ze mną. Dyrektor wzywa cię na rozmowę. Ponoć odmawiasz wzięcia udziału w zimowym turnieju. Chyba nie muszę ci tłumaczyć powagi sytuacji, prawda?
- Nie mam czasu na treningi. Przygotowuję się do egzaminów wstępnych na studia – odpowiada mu, nie ruszając się z miejsca.
- Egzaminy?! Egzaminy są ważniejsze niż dobro szkoły?! Jak śmiesz?! Natychmiast idziemy do dyrektora! Dopilnuję, abyś został zawieszony za twoją bezczelną postawę! – Chłopak nieśpiesznie zabiera swoją torbę.
- Widzimy się jutro – żegna nas wychowawca, trzaskając za sobą drzwiami.
- No, no, no... Martin nie żartuje. Jeśli nie wygramy dla niego tego pucharu, gotów jest eksplodować – Ben stara się rozładować napięcie, które udziela się wszystkim obecnym.
- Czy przejrzeliście zadania, które rozwiązywaliśmy wczoraj? - spoglądam na zebranych licząc na to, że przyswoili choć jeden z tematów.
- Nie bardzo. Pokaż nam jeszcze raz, jak obliczyć te zadania.
Przepisuję trzy wzory, które powinni już znać, po czym zabieram się za powtórkę.
Po trzeciej godzinie nie mam już siły, by po raz kolejny tłumaczyć im to samo. Bez końca robimy to samo.
- Zostało czterdzieści minut, a ja nadal nic nie rozumiem! - żali się Nathan.
- Bo jesteś idiotą – odpowiada mu Ben. - Jutro usiądziesz za mną i spiszesz odpowiedzi.
- To nie moja wina, a jego – rzuca we mnie papierową kulką. - Niczego nas nie nauczył! Tracimy tu tylko czas! - próbuje wyjść z sali, ale Ben łapie go za rękaw i zmusza, by usiadł na swoje miejsce.
- Ja tam wszystko załapałem. Na jutro zrobię ściągę z tych wzorów i zdobędę 70% - przechwala się.
- Jasne, już to widzę... Nowy, nie obijaj się i pisz – popędza mnie, rzucając kolejną kulką.
- Przeszkadzasz mi – upominam go, kontynuując rozpisywanie zadania.
- Przeszkadzam? Dopiero się rozkręcam... - celowo wyrywa kilka stron z podręcznika, lecz z tej samej chwili Donovan podnosi się ze swojego miejsca, by go powstrzymać.
- Odpuść. My też jesteśmy zmęczeni, a jednak walczymy do końca.
- To nam i tak nic nie da!
- Skąd możesz to wiedzieć? - wtrąca się Ben. - Nowy, wytłumacz mu jeszcze raz...
- Nie chcę! - oporny na wiedzę kapitan opada ciężko na ławkę.
- Spokojnie, Nathan. To nie jest trudne. Zobacz, najpierw sprawdzasz jaki to rodzaj zadania i wybierasz jeden z trzech wzorów, by je rozwiązać... - i tak bez końca... Opuszczając budynek szkoły, jestem wykończony. Na szczęście pod sam koniec wszyscy „uczniowie” stwierdzili, że dadzą sobie jutro radę. Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie będzie.

- Jak był w szkole? Pomogłeś kolegom? - żałuję, że pasja mamy do wszystkiego, czego się podejmuje, nie jest zaraźliwa...
- Pomogłem.
- Jestem z ciebie dumna – całuje mnie w policzek.
- Mamo... Dziś rano uciekłem z kilku pierwszych lekcji.
- Tak? Coś się stało?
- Jared zaprosił mnie do siebie do domu. Nie czułem się najlepiej i zasnąłem...
- Jared cię zaprosił? No proszę... Ty i on... - zaczyna chichotać.
- Mamo... Błagam cię! To nie jest tak jak myślisz!
- Nie przypominam sobie, abyś przedtem uciekał z lekcji, by odwiedzać chłopaków... - stawia przede mną talerz ulubionej zupy dyniowej, o którą od dawna ją zamęczałem.
- To była wyjątkowa sytuacja. Więcej tak nie zrobię.
- Daj spokój. Jesteś dorosły. Nie musisz mi się ze wszystkiego tłumaczyć – klepie mnie po ramieniu. - Ja też mam dla ciebie dobrą wiadomość. Dzwoniłam do doktora Nedda. Przyjmie cię we wtorek rano. Rozmawiałam już z szefem. Dał mi dzień wolnego. W poniedziałek po pracy wyruszamy – cieszy się.
- Nie musiałaś... Mówiłem ci przecież, że ból wkrótce minie.
- Kai, gaśniesz w oczach. Mało jesz, nie śpisz. Nie ma na co czekać.
- Ale mamo...
-  Nie martw się. Zobaczysz, że pan doktor z pewnością coś poradzi. A teraz jedz – przysuwa mi łyżkę. Nie jestem głodny. Od nadużywania środków przeciwbólowych jest mi tylko niedobrze, jednak staram się wmusić w siebie całą porcję, by nie sprawić jej przykrości i jak najszybciej wrócić do swojego pokoju.
BlueMoon spełnił obietnice. Napisał do mnie wcześnie rano, a potem kolejny raz, gdy byłem u Jareda. On też się o mnie martwi... Powinienem odrobić lekcje, ale nie mam na to siły. Maraton matematyczny, który mi dziś zafundowali sprawił, że czuję się wyczerpany. Marzę o tym, by położyć się do łóżka i odpocząć.
Jeśli banda tych półgłówków nie zda jutrzejszego testu, Łysol mi tego nie daruje... Był tak zaaferowany karaniem Jareda, że nie zapytał o wycieczkę. Czy powinienem na nią jechać? Blue uważa, że tak... To może być moja ostatnia szansa. I jeszcze spotkanie z doktorem... Zasypiam, nie potrafiwszy ocenić, która z tych rzeczy jest obecnie najważniejsza.

Piątkowy poranek spędzam sam. Powtarzam historię. Martin z przyjemnością odpyta mnie z kilku ostatnich lekcji, bo przecież coś musi robić, a skoro reszta tak pilnie się uczy... I oczywiście mam rację. Przez godzinę próbuje mnie na czymś zagiąć. Niestety, bez powodzenia. Zbyt wiele razy czytałem ten przeklęty podręcznik. W ramach rekompensaty za poniesione straty moralne, nie wstawia mi żadnej oceny. Kolejny pedagogiczny sukces w jego wykonaniu...
Kątem oka obserwuję chłopaków, którzy do ostatniej chwili powtarzają matematykę. Jestem szczerze zdziwiony, gdy podczas przerwy podchodzi do mnie Nathan.
- Tak dobrze? - niepewnie podaje pomiętą kartkę, abym zerknął na jego obliczenia.
- Tak, wreszcie załapałeś – cieszę się. - Musisz pamiętać, że tego najdłuższego wzoru używamy...
- Tylko w ostateczności – cytuje moje własne słowa.
- Będzie dobrze. Zaliczycie matematykę i weźmiecie udział w turnieju – staram się go pocieszyć.
- Jeśli nie, osobiście zamienię twoje życie w koszmar.
- Uważasz, że może być jeszcze gorzej? - czule dotykam dłonią wózka.
- Przekonamy się...
- Oby nie – szepczę, gdy Nathan idzie zapalić ostatniego papierosa.
Zadania przygotowane przez naszego matematyka są banalnie proste. Powinien przyznać im dodatkowe punkty za znajomość tabliczki mnożenia. Szybko rozwiązuję wszystkie przykłady, celowo wpisując odpowiedzi sporymi cyframi, by ułatwić im ściąganie. Jared, jako jedyny, jest dziś nieobecny. Ciekawe, czy Łysol dopiął swego i zawiesił go w prawach ucznia? Nie mam zbytnio czasu, by o tym rozmyślać. Po szkole mam dodatkowe zajęcia z Naomi, która zaalarmowana przez mamę, zabiera mnie na basen, a potem ciągnie do centrum rehabilitacyjnego, w którym pastwi się nad moim obolałym kręgosłupem.

Weekend spędzam samotnie w domu, bo mama musi nadgonić pracę, abyśmy mogli wyjechać. Mam wyrzuty sumienia z tego powodu. Ja leżę sobie w łóżku, a ona w tym samym czasie ślęczy nad papierami. Korzystam z okazji i skupiam się na zamęczm Blue różnymi pytaniami, na które chętnie odpowiada. Dzieli się ze mną swoimi wspomnieniami, opisuje rodziców, nową szkołę, a nawet streszcza ulubione seriale. Z początku wahałem się, czy nie odwdzięczyć mu się tym samym, bo to on mówi mi o sobie, a ja tylko chłonę tą magiczną wiedzę. Jest cudowny. Nie naciska. Pozwala mi być sobą, tak jak obiecał.
W niedzielny wieczór czuję się na tyle dobrze, że udaje mi się ugotować kolację. Jestem z siebie bardzo dumny. Nakrywam właśnie do stołu, gdyż mama powinna pojawić się w każdej chwili, gdy dzwoni mój telefon.
- Proszę, nie mów, że jeszcze nie skończyłaś – jęczę do słuchawki, spodziewając się kolejnej serii wymówek z jej strony.
- Cześć, Kai – znajomy, męski głos...
- Skąd masz mój numer?
- Wiedziałeś, że Alison pomaga moim rodzicom? - wesołość w głosie Jareda mówi mi wszystko.
- Nie wiedziałem.
- Szczęśliwy zbieg okoliczności. Mama zapomniała zabrać jakichś ważnych dokumentów. Na miejscu spotkałem w ich biurze twoją mamę. Przemiła kobieta. O nic nie pytała i od razu podała mi twój numer. Wiesz, co to oznacza?
- Nie.
- Mówiłeś jej o mnie coś miłego, prawda? - zgaduje.
- Nie. Alison jest miła dla wszystkich.
- Nie tylko dla mnie? Szkoda... Z początku chciałem jej powiedzieć co do ciebie czuję, lecz wydaje mi się, że ona już wie. Jak sądzisz?
- Trzeba ją było zapytać, gdy miałeś okazję.
- Zrobię to przy najbliższej okazji.
- Powodzenia – próbuję się rozłączyć.
- Kai?
- Tak?
- Lepiej się czujesz?
- Tak.
- Cieszę się – czy to możliwe? Odnoszę wrażenie, że w jego głosie słychać ulgę.
- Zostałeś zawieszony? - nie umiem powstrzymać ciekawości.
- Nie – wzdycha ciężko. - Martin to niezły palant. Każe mi napisać pięć prac przekrojowych, a także zmusza do udziału w zawodach.
- Nie musisz tego robić, skoro nie chcesz.
- Problem polega na tym, że jeśli mu odmówię, złoży na mnie oficjalną skargę, co zostanie wpisane w papiery. Będę miał problem, by przyjęli mnie na wybrany uniwersytet.
- Ostrzegałem cię. Lepiej go nie rozdrażniać.
- To nie wszystko...
- Kochanie, już jestem! - głos mojej mamy przerywa Jaredowi.
- No nic, pogadamy o tym jutro, ok? Poproś mamę, by przywiozła cię do mnie do domu.
- To nie jest dobry pomysł.
- Kai, jutro rano zjesz ze mną śniadanie. Koniec dyskusji – rozłącza się, zanim udaje mi się wybić mu to z głowy.
- To był Jared? Zadzwonił do ciebie? - rozanielona kobieta rzuca swoje rzeczy gdzie popadnie. - Coś ładnie pachnie. Ugotowałeś kolację? Umieram z głodu.
- Dzięki, że mnie wkopałaś. Teraz Jared żąda, abym przyjechał do niego na śniadanie.
- To dobry pomysł, podwiozę cię.
- Nie, mamo!
- Kai, to twój jedyny kolega. Nie bądź dla niego taki przykry. Bardzo się stara, by zdobyć twoje zaufanie.
- Mam Blue, nie potrzebuję Jareda – oburzam się.
- Twój internetowy chłopak... Przecież nie muszę ci tłumaczyć, jakie niebezpieczeństwa czyhają w sieci, prawda? To może być jakiś morderca, zboczeniec, albo jeszcze gorzej! - podnieca się. -  Nie wiesz gdzie mieszka, ani jak ma na imię. A Jared... Jest miły i troskliwy. Bardzo mu na tobie zależy.
- Sama nie wierzysz w to, co mówisz! Kocham Blue! Jest dla mnie najważniejszy!
- Blue może być każdym. Zamiast się oszukiwać, że łączy was prawdziwe uczucie, powinieneś chociaż spróbować ułożyć sobie życie z kimś, wobec kogo nie masz żadnych wątpliwości. Tego przystojniaka masz na wyciągnięcie ręki. Po co komplikujesz sobie życie?
- Twój nowy ulubieniec nie zaprosił mnie do siebie do domu, bo uważał, że nakablowałem na niego do wychowawcy. Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa, a on upokorzył mnie przy całej klasie. To nazywasz troską? Blue może i jest obcy, ale nigdy by tak nie postąpił.
- On cię nie zna!
- Ale mnie pozna. Nie zrezygnuję z niego!
Przez resztę wieczoru nie rozmawiamy już o moich miłosnych wyborach. Mama skupia się na planowaniu wyjazdu, a ja udaję, że jej słucham. Po części ma rację. Nie jestem aż tak zaślepiony, by ignorować fakt, że BlueMoon jest tylko nieznajomym, o którym wiem tyle, co nic. Z drugiej strony ufam swojej intuicji, która nigdy mnie nie zawiodła. Gdybym jej posłuchał, nie siedziałbym teraz na wózku... Chociaż targają mną różne sprzeczności, to wewnętrzny głos powtarza mi, że nie mam się czego obawiać. Kocham i jestem kochany. Tylko to się dla mnie liczy.

W poniedziałek rano ból nasila się do tego stopnia, że nie wstaję z łóżka. Jared wysyła mi setki wiadomości. Gdy proszę, aby dał mi spokój, chyba się obraża, bo przestaje pisać. Nie rozumie, że w takiej chwili nie mam ochoty na towarzystwo. Znieczulam się garścią tabletek i zakopuję w pościeli, a powinienem skupić się na pakowaniu. Doktor Nedd może zatrzymać mnie w szpitalu na dłużej.
Około trzynastej wpadam w panikę. Matematyk z pewnością zdążył już podać chłopakom wyniki testu... Co zrobię, jeśli nie zostaną dopuszczeni do grudniowego meczu? Czy w tak niewielkiej miejscowości są jeszcze jakieś dziury, o istnieniu których mieszkańcy zdążyli zapomnieć, na wypadek podobnych sytuacji? Pewnie nie... Znienawidzą mnie za odwołanie meczu.
Sięgam po telefon, którym zaczynam się nerwowo bawić. Jared zna już odpowiedź na nurtujące mnie pytanie. Napisać do niego? Z drugiej strony, gdyby ich oceny były pozytywne, nie zwlekałby i sam mi o tym powiedział... Nie umiem podjąć decyzji... Układam się na dywanie i wpatruję w ocean. Stalowy odcień fal hipnotyzuje mnie swoim spokojem.
- Kai? Co robisz? - zdziwiony brązowooki siada obok mnie na dywanie. - Pukałem, ale nie słyszałeś – uprzedza moje pytanie.
- Zdali?
- Może – chytry uśmieszek pojawia się na jego ustach.
- Może? To żadna odpowiedź.
- Specjalnie dla ciebie zostałem dłużej w szkole. Nie sądzisz, że należy mi się coś więcej?
- Proszę, powiedz mi – nalegam, wpatrując się w niego w napięciu.
- Powiem... Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Pozwolisz mi się pocałować.
- Oszalałeś?! - próbuję się podnieść, lecz chłopak mnie uprzedza, przytrzymując za ramiona, abym nie mógł się ruszyć.
- Nie oszalałem. Od twojej mamy wiem, że jedziesz do lekarza, a to oznacza, że zobaczymy się dopiero w środę. Będę tęsknił.
- Nie drażnij się ze mną. Wiesz, że od tych wyników wiele zależy.
- Szczerze? Nic mnie to nie obchodzi. Dla mnie liczysz się tylko ty – dotyka mojego policzka palcami.
- Nie chcę! - spryciarz tak się ułożył, że nie mam się jak ruszyć. Jestem w potrzasku!
- Tym razem nie zadowolę się byle czym. Pragnę prawdziwego pocałunku, w który się zaangażujesz – przesuwa kciukiem po mojej dolnej wardze.
- Nie zrobisz tego... - wpadam w panikę, zawstydzony.
- Musisz wybrać, co jest dla ciebie ważniejsze. Wyniki testu, czy kolejne godziny domysłów...?
- Nie kocham cię i...
- Nie obchodzi mnie, czy mnie kochasz. Mam coraz mniej czasu. To tylko jeden pocałunek. Może się okazać, że nic nie poczuję, a wtedy się poddam, więc będziesz miał podwójną korzyść.
- Jeśli... Jeśli nic nie poczujesz? Przestaniesz mnie nękać? - upewniam się.
- Dokładnie tak. Więc jak będzie? Ryzykujesz?
Co mam zrobić?! Co wybrać?! Nie kocham go, to pewne. Nie ma szansy zdobyć mojego serca. Bardzo mi zależy na tych wynikach, a jeśli przy okazji mógłbym ostudzić jego zapał, chyba warto spróbować...
- T-Tak... - szepczę.
- Powtórz, proszę. Nie słyszałem cię – wredny typ!
- Zgadzam się. Pocałuj mnie! - jego oczy momentalnie ciemnieją. Wpatruje się we mnie tak intensywnie, jakbym był dla niego najważniejszy na świecie.
- Z przyjemnością... - odpowiada, powoli przymykając powieki.
Jego usta są ciepłe i miękkie. Zupełnie inne, niż zapamiętałem. Nie wiem co mam zrobić i jak daleko się posunąć, aby Jared mógł ocenić, czy to na niego działa, czy nie. Decyduję więc, że nie zrobię nic. Poczekam na jego reakcję... Nie udaje mi się nawet zamknąć oczu, i wtedy to się dzieje... Ciemnowłosy przesuwa swoim językiem po mojej dolnej wardze, zachęcając, abym rozchylił usta. Gdy to robię, zakrada się do środka, mrucząc z zadowoleniem. Przez całe moje ciało przechodzi silny dreszcz. Nie wiem, czy jest mi zimno, czy gorąco. Wiem za to, że perfekcyjnie steruje źródłem tych doznań, wymuszając, abym dołączył do zabawy. Jego zwinny język kusi i wabi, a ja nie potrafię mu się oprzeć. Nie chcę być bierny... Odpowiadam z równą intensywnością.
Po pewnym czasie, gdy mocno zdyszani odklejamy się od siebie, otwiera oczy i z satysfakcją ponownie raczy mnie równie niesamowitym, przenikliwym spojrzeniem.
- Zdali? - pytam, czując jak moje poliki płoną żywym ogniem, podsycanym przez jego czekoladowe tęczówki.
- Oczywiście, że zdali. Nie powinieneś w siebie wątpić – nagradza mnie uśmiechem, pod wpływem którego czuję, jak miękną mi kolana.
- To dobrze. A ty? Dasz mi spokój?
- Kocham cię jeszcze bardziej niż przedtem – jego opuszki tańczą czuje po rozgrzanej skórze... Szczerość, jaką włożył w te słowa sprawia, iż wiem, że nie kłamie. - Jesteś zaskoczony? Dlaczego?
- Bo...
- Nie wierzyłeś mi, prawda?
- Nie, nie wierzyłem – przyznaję mu rację.
- Ale teraz mi wierzysz...
- Tak...
- Pocałuj mnie jeszcze raz – prosi, ponownie przymykając powieki.
- Nie – powstrzymuję go, przykładając palce do natrętnych warg. Natychmiast zaczyna je całować, zupełnie nie zrażając się faktem, że odmówiłem. Wprost przeciwnie. Jego pieszczoty stają się jeszcze bardziej intymne... - Nie kocham cię – cofam rękę i odwracam głowę w bok.
- Nie kochasz... - powtarza po mnie.
- Kocham Blue...
- Kochasz Blue? Kim on jest? Chcę go poznać.
- Nie wiem.
- Nie wiesz? Jak mam cię zabrać komuś, kogo nawet nie znasz? - palcem wskazującym zaznacza linię mojej żuchwy, aż zjeżdża do podbródka i ponownie zmusza mnie, abym spojrzał mu w oczy. - Odpowiedz. W czym on jest lepszy ode mnie? Myślisz, że kocha cię bardziej? Że jest przystojniejszy? Że zatroszczy się o ciebie lepiej niż ja?
- Nie wiem... - powtarzam ponownie
- Wielu rzeczy nie wiesz... - ponownie wpija się w moje usta, tym razem znacznie bardziej agresywnie, jakby chciał mnie zdominować... podporządkować tylko sobie... Doprowadza nas do stanu, w którym nie ma mowy o oddychaniu. Mocno wczepiam się w niego palcami, bo chcę, by był bliżej. - Będziesz miał sporo czasu, by się zastanowić nad naszą sytuacją w czasie wyjazdu – podnosi się, zbierając do wyjścia.
- Już idziesz? - dlaczego to powiedziałem? Zabrzmiało to tak, jakby mi na nim zależało...
- Jeśli tu zostanę, a ty nadal będziesz się zachowywać w ten sposób, nie skończy się na samych pocałunkach, więc nie patrz na mnie tak bezradnym wzrokiem, chyba, że jesteś gotowy iść na całość – szokują mnie jego słowa. On chciałby...? Ze mną...? Przecież jestem niepełnosprawny, a moje ciało pokrywają straszne blizny... To niemożliwe... Powiedział tak tylko dlatego, by ze mnie zakpić. - Kai! - unoszę na niego wzrok. Wydaje mi się teraz znacznie większy i wyższy. Zaciska dłonie w pięści. Jest zdenerwowany. To oczywiste. Jak najszybciej chce stąd uciec.
- Idź już – popędzam go.
- Potem zadzwonię – wychodzi, zostawiając mnie samego.