Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kai. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lutego 2017

Rozdział X

„Kai


Nowa wiadomość

Do : BlueMoon
Temat : I'm just a LostBoy

Mój Ukochany,
To będzie ostatnia wiadomość, którą do Ciebie napiszę. Nie masz pojęcia jak mnie to boli. Na szczęście nie ma Cię teraz przy mnie. Nie chcę przy Tobie płakać. Wolałbym, abyś zapamiętał wyłącznie nasze dobre chwile.
Podobny list napisałem do mamy. Nie wiem czy powinienem był to robić, ale wiesz jaka ona jest. Muszę jej zostawić trochę wskazówek, inaczej popadnie w pracoholizm i zawsze będzie szukała kluczyków. Proszę, zaopiekuj się nią, dbaj chociaż przez jakiś czas. Nie chcę, by się załamała. Nie licząc Ciebie, to najdroższa mi osoba na świecie. Gdyby nie jej pomoc i wsparcie, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Przeprowadzka była jej pomysłem. Szukała miejsca daleko od domu, lecz prawda jest taka, że zawsze chciała mieszkać blisko oceanu. Rozumiem ją. Poza najcudowniejszym widokiem z okna, los obdarzył mnie Twoją obecnością, uśmiechem, miłością... Jestem taki szczęśliwy, że dane mi było cieszyć się tym wszystkim, nawet jeśli trwało to zaledwie chwilę.

'Cause we're both too young
To give into forever

Przepraszam, że nie dotrzymam tak wielu obietnic. Nie pójdziemy razem na studia. Nie zamieszkamy w wielkim domu. Nie będziemy razem pracować. Pewnie i tak nie umiałbym się przy Tobie skupić. Samo Twoje spojrzenie wystarczy, abym zapomniał jak się nazywam. Psa i kota też nie będziemy mieć. Razem. Może to egoizm przeze mnie przemawia, ale chciałbym, abyś zrealizował chociaż ułamek z naszych wspólnych planów. Pomyśl wtedy o mnie i wiedz, że cokolwiek się stanie, ja zawsze będę przy Tobie. Wszystkie moje myśli, marzenia, plany, cała moja miłość – to wszystko było, jest i będzie tylko Twoje.

I'll leave you one last kiss on your pillow
'Fore I fly away

Proszę, nie oglądaj się na mnie. Żyj pełnią życia, tak jak do tej pory. Wiem, że teraz jest Ci trudno, ale to minie. Wkrótce stanę się wspomnieniem, jednym z wielu, zamglonym i odległym, które przechowuje się jak stare pudełko z muszelkami, które przywieźliśmy z pamiętnych wakacji wieki temu.
Niedługo poznasz kogoś, kto jest Ci naprawdę przeznaczony. Pokocha Cię równie mocno i sprawi, że będziesz szczęśliwy. W głębi serca liczyłem na to, że to będę ja... Zgubiła mnie zachłanność. Ostatecznie ile osób ma szansę, by zakochać się w kimś dwa razy? Znacznie łatwiej wygrać miliony na loterii. Mogę śmiało uznać się za szczęściarza, bo mi się udało.
Nasza miłość była taka prawdziwa. Zbyt piękna, by trwać "na zawsze". Kto wie, może właśnie tak jest dobrze? Mówi się, że prędzej czy później każde uczucie się wypala. Namiętność zostaje zastąpiona przyzwyczajeniem. Możesz się śmiać, lecz wolę pozostać marzycielem, który do końca uznaje podobne rewelacje za totalne bzdury. Jak mógłbym Cię nie kochać? Nie wyobrażam sobie tego! Masz w sobie coś takiego co sprawia, że trudno pozostać obojętnym. Jednak Twój blask objawiał się dopiero wtedy, gdy się do mnie uśmiechałeś. W sumie ciągle to robiłeś. Jestem w stanie policzyć na palcach jednej ręki chwile, gdy Twoje oczy były poważne. Zdradzę Ci mój sekret (teraz już mogę, bo wiem, że nie będziesz miał mi tego za złe) – ciągle się w Ciebie wpatrywałem. To było silniejsze ode mnie. Wodziłem za Tobą wzrokiem zwłaszcza wtedy, gdy nie patrzyłeś. Udawałem, że się uczę, a tymczasem studiowałem bardzo uważnie barwę twoich czekoladowych tęczówek, albo sposób, w jaki marszczyłeś czoło. Mijało kilkanaście minut. Nie potrafiłem się dłużej powstrzymać i wyciągałem rękę w Twoją stronę, celowo cię prowokując. Unosiłeś na mnie wzrok i... To niesprawiedliwe, że to już koniec! Dlaczego nie dostaliśmy drugiej szansy?
Może w kolejnym życiu los na nowo nas połączy, a nawet jeśli nie, to wiedz, że jesteś moim ideałem, miłością mojego życia i będę Cię kochać tak samo mocno aż do chwili, gdy ponownie się spotkamy. Uśmiechnij się wtedy do mnie tak jak zawsze. Nie mogę się doczekać tej chwili. Bez Ciebie będę tylko zagubionym chłopcem, który czeka na swojego księcia z bajki.

I'm just a Lost Boy
Not ready to be found

Żegnaj, Jared.
Twój Kai.

***

Obiecałem Wam moje inspiracje :) Poszukajcie na YT.

Lost Boy, Troye Sivan (pozwoliłem sobie zacytować drobne fragmenty w tekście)
Blue Moon, Troye Sivan

Moi Drodzy,

Jak z pewnością wiecie, pierwszy rozdział Zdrajcy pojawi się jeszcze w tym tygodniu (chyba :D). Proszę, abyście pomogli mi dokonać pewnego wyboru. Wolicie, abym pisał z perspektywy tylko seme, czy mam podzielić każdy (lub prawie każdy) rozdział na pół, by zakraść się także do umysłu (i serca) uke? Dajcie znać, abym mógł zabrać się do pracy :)

Wasz Kitsune

środa, 1 lutego 2017

Rozdział IX

„Kai


- Nie wrócisz na noc do domu? Dlaczego? - zszokowany przyglądam się mamie, która maluje usta cielistą szminką.
- Jared ci nie mówił? Wybieram się na przyjęcie do burmistrza razem z jego rodzicami. Myślałam, że wiesz – wydaje się zmartwiona takim obrotem sytuacji. - Roztrzepany z niego chłopak. Ostatnio tylko nauka mu w głowie. Ucieszyłam się na to wyjście, bo wspominał, że macie swoje plany na sobotę.
- To jeszcze nic pewnego – mruczę w odpowiedzi, spuszczając wzrok.
- Nic pewnego? - mama podchodzi bliżej i pochyla się nade mną, by spojrzeć mi prosto w oczy. - Za dobrze cię znam. Coś ukrywasz...
- To nie moja wina, tylko Jareda! Namówił mnie na spotkanie z Blue. Jedziemy do hotelu Białe Mewy – wyznaję wszystkie przemilczane grzeszki.
- Ty i Jared... I ten internetowy chłopak? Nie wydaje mi się, że to dobry pomysł. Dorze to przemyślałeś?
- Nie. On... wymusił to na mnie! Co miałem zrobić? Zgodziłem się, ale tak bardzo się boję! Co zrobię, jeśli to Blue okaże się tym jedynym? Jak spojrzę Jaredowi w twarz? I co mam powiedzieć Blue? - wpadam w panikę, którą moja rodzicielka zdaje się podzielać.
- Skoro tak, to może lepiej to odwołaj.
- Nie mogę!
- Nie możesz, czy nie chcesz?
- Mamo, jeśli tam nie pojadę, Jared uzna, że tylko bawię się jego kosztem.
- Ma rację. Od początku ci mówiłam, że powinieneś z nim być, prawda?
- Wtargnął siłą do mojego życia, powywracał wszystko do góry nogami i jeszcze się rządzi. Kocham Blue. Jest dla mnie bardzo ważny, ale...
- Jareda też kochasz... - kończy za mnie zdanie.
- Kocham... Mamo, co ja mam zrobić? Jak z tego wybrnąć? To dzieje się za szybko. W przyszłym tygodniu są egzaminy, a potem operacja. Nie dam sobie rady, jeśli stracę ich obydwu!
- Kai, synku. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze – pociesza mnie, mocno przytulając.
- Tak bardzo chciałbym ci wierzyć – jęczę w odpowiedzi.
- Dzień dobry – na dźwięk jego głosu, od razu uwalniam się z bezpiecznych mojej rodzicielki.
- O wilku mowa – Alison uśmiecha się promiennie. - Nie powiedziałeś Kaiowi o przyjęciu – wypomina mu.
- Przepraszam, zapomniałem – chłopak udaje potulnego.
- Synku, nie muszę tam iść. Jeśli wolisz, żebym...
- Wykluczone! - przerywa jej Jared. - Kai nie będzie dłużej chować głowy w piasek. Pojedzie ze mną.
- A jeśli ten cały BleuMoon nie przyjdzie? - pyta mama.
- Proszę się nie martwić. Zadbałem o to, abyśmy się nie nudzili, prawda? - posyła mi wymowne spojrzenie, pod wpływem którego moja krew zdaje się wrzeć.
- Ufam, że załatwicie to między sobą. Zadzwonię – kobieta pośpiesznie całuje mnie w policzek. A ty – zwraca się do brązowookiego – masz się nim zaopiekować, jasne?
- Obiecuję – uśmiecha się pewny siebie.
- To lecę! - spóźniona mama macha nam z samochodu, znikając za zakrętem.
- Co tu robisz tak wcześnie? - zadaję pierwsze lepsze pytanie, by przerwać ciszę, jaka zapanowała.
- Tęskniłem za tobą – wyciąga rękę i dotyka mojego policzka.
- Prze-Przestań – strącam jego dłoń.
- Denerwujesz się? Nie ma czym. Wystarczy, że mi zaufasz i...
- Jared! To nie są żarty, a życiowe wybory! Ja...! - czuję bolesny ucisk w klatce piersiowej.
- Dokładnie, to nie żarty. Od dziś oficjalnie będziesz mój. Duszą i ciałem.
- Albo jego... - dodaję cichutko. Ostatnia uwaga nie przypadła mu do gustu, bo łapie mnie mocno za ramiona i całuje z pasją. W tej chwili zgodziłbym się na wszystko.
- Mój – powtarza, kierując się w stronę kuchni. - Wyjeżdżamy w południe. Pomogę ci się spakować. Egzaminy są dopiero w środę. Możemy zostać w hotelu aż do wtorku. Co ty na to?
- Do wtorku?!
- Liczę, że spodoba ci się to, co będę z tobą robił – puszcza do mnie oko.
- Nie pójdę z tobą do łóżka! To absolutnie wykluczone! - krzyczę.
- Łóżko odpada? - wzdycha. - Trudno. Podłoga też będzie ok.
- Nie, nie będzie! - irytuje mnie fakt, że mówi takie rzeczy, jednocześnie przygotowując śniadanie! Czy dociera do niego fakt, że nie pozwolę, aby mnie rozebrał i dotykał?
- Kai, ja już postanowiłem. Później mi podziękujesz, zobaczysz. Zjesz tosta? - podaje mi parujący kubek świeżej kawy, który ignoruję.
- Straciłem apetyt – odpowiadam mu, po czym wracam do swojego pokoju. Ostrożnie schodzę z wózka i siadam na dywanie. Jeszcze raz przeglądam ostatni mail od Blue... Napisał, że nie może się doczekać. Dlaczego to wszystko jest tak cholernie trudne? Zrezygnowany chowam twarz w dłoniach. Znajome kroki odbijają się cicho od parkietu. Jared siada obok mnie i obejmuje ramieniem. Gdy próbuję je odsunąć, ponownie atakuje moje usta. Tym razem jest znacznie delikatniejszy. Sprawia mi przyjemność pieszcząc językiem wrażliwe wargi. Opiera mnie o materac i kontynuuje natarcie. Jego palce zakradają się pod moją piżamę. Ten dotyk, chodź obcy i zupełnie niespodziewany, wydaje mi się bardzo naturalny. Dłonie ukochanego, który zawsze o mnie dbał, obejmował mnie nimi, chronił. Czy w obliczu miłości, którą do niego czuję, te kilka blizn naprawdę coś znaczy?
- Kocham cię – szepcze, dodatkowo łaskocząc naelektryzowaną skórę. - Powiedz, że kochasz mnie bardziej od niego i spędzisz ze mną dzisiejsza noc – nalega, skubiąc ustami moją szyję.
- Ja... - wredne myśli uciekają mi z głowy. Nie potrafię się skupić, gdy robi takie rzeczy.
- Ty? - jego wargi schodzą jeszcze niżej.
- Jared! - otwieram szeroko oczy, czując jego zwinny język sunący po moim sutku.
- Spokojnie... Nie szarp się tak... - zatapia palce w moich kręconych włosach. - Kochasz mnie? - pyta, wwiercając się pociemniałymi od pożądania tęczówkami wprost w moją duszę.
- Tak.
- Bardziej niż jego? - dopytuje.
- Znacznie bardziej – przyznaję mu rację, mocno zawstydzony.
- Pojedziesz ze mną do hotelu?
- Tak.
- Dziękuję. To wiele dla mnie znaczy. A teraz zjedz śniadanie. Mam wobec ciebie poważne plany, ale gdy tak na mnie patrzysz, trudno mi się pohamować.
- Sam zacząłeś – celowo go drażnię, licząc na to, że zmieni zdanie.
- Potrzebowałeś tego.
- Potrzebowałem?
- Moje argumenty do ciebie nie docierają. Zgodziłeś się. Więcej do szczęścia nie jest mi potrzebne – uśmiecha się czule, całując mnie w kącik ust. - Jesteś taki słodki.
- Słodszy niż twoja ulubiona kawa z cukrem?
- Słodszy od samego cukru.
- Jared?
- Tak?
- Jak mam mu o tym powiedzieć?
- Jak to jak? Zwyczajnie. Kochasz mnie bardziej i chcesz ze mną być.
- A jeśli...
- Cokolwiek się wydarzy, będę przy tobie. Nie zostawię cię ani na chwilę samego. Jesteś na mnie skazany do końca życia.
Jego słowa sprawiają, że oczy mimowolnie zachodzą mi łzami. Rzucam mu się na szyję, szczęśliwy jak nigdy wcześniej. Nie sądziłem, że nadejdzie taki dzień. Czuję się tak, jakbym wygrał wszystkie puchary jednocześnie. Moje serce i ciało rwą się do niego. Niech mnie tak trzyma i nigdy nie puszcza.
- Mógłbym cię tak tulić godzinami, ale powinniśmy się zbierać.
- Nie jedźmy. Zostańmy w domu – żebrzę.
- Nie.
- Nie bądź taki zasadniczy. Mojej mamy nie będzie aż do jutra...
- Kusisz mnie? - zaczyna się śmiać.
- Nie to miałem na myśli! - bronię się.
- Jedziemy do hotelu – niechętnie zaczyna zapinać guziki, które jeszcze chwilę temu pozwolił sobie odpiąć.
- Nic nie mogę zrobić, by cię przekonać?
- Mógłbyś zrobić bardzo wiele, wierz mi... Jednak wolę zaczekać, aż nikt nie będzie nam przeszkadzał.
- Jesteś pewny, że tego chcesz? - pytam, spuszczając wzrok. - Jeśli o mnie chodzi nie musimy...
- Masz pojęcie jak bardzo cię pożądam? - odpowiada pytaniem na moje pytanie. - Kocham cię takiego jaki jesteś. Wiem, że mi nie wierzysz, ale po dzisiejszej nocy to się zmieni. Zobaczysz.
- Jesteś zbyt pewny siebie.
- A ty wyjątkowo pyszny, aż chciałbym cię zjeść – przesuwa palcem wskazującym po moim podbródku. - Pomóc ci się ubrać?
- Poradzę sobie.
- Jedno twoje słowo i... - ponownie wsuwa swoje dłonie pod moją piżamę.
- Jared!
- Dobrze, idę zrobić śniadanie.

- Jak ci się podoba? Wybrałem pokój z największym łóżkiem i widokiem na ocean. Cieszysz się?
- Tak, cieszę – przytakuję mu.
- Nie wyglądasz na szczególnie usatysfakcjonowanego. Jeśli wolałbyś inny apartament, to...
- Nie, ten jest ok – przywołuję na twarz nieco wymuszony uśmiech. Została niecała godzina... W środku cały się trzęsę. Nie wyobrażam sobie tej sceny. Naprawdę go kochałem. Jak mam mu powiedzieć, że to nasze pierwsze, a zarazem ostatnie spotkanie w życiu? Gdybym był na jego miejscu Blue, uznałbym to za wyjątkową podłość. Jeszcze kazałem mu przyjeżdżać tutaj tylko dlatego, bo Jared chce zaciągnąć mnie do łóżka. Jako jedyny wygląda na zrelaksowanego. Rozpakowuje nasze rzeczy, ciągle się do mnie uśmiechając. Dłużej tego nie zniosę!
- Kai, wszystko w porządku? - w dodatku zachowuje się tak, jakby czytał w moich myślach...
- Chciałbym pobyć trochę sam, więc jeśli nie masz nic przeciwko, to...
- Sam? Mam sobie pójść?
- Nie, zostań. To ja sobie pójdę.
- Jesteś pewny? Widziałeś, że jest tu raczej pusto.
- Pojadę na molo i poczekam na Blue. W razie czego zadzwonię.
- Kai... W twoim stanie nie powinieneś się przemęczać - zaczyna zachowywać się jak moja matka, lecz jestem nieugięty.
- Będziesz mnie widzieć z okna. Nie martw się. Wielokrotnie powtarzałeś, że mamy się dobrze bawić.
- Nie wykorzystuj moich własnych słów przeciwko mnie. Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli.
- Cokolwiek miałeś na myśli, będzie musiało poczekać. Niedługo wrócę – naciskam na klamkę i wyjeżdżam na korytarz.
Już po kilkunastu minutach udaje mi się dotrzeć na molo. Nikogo tu nie ma. To dobrze. Wielkie szare fale, krzyk mew... Siadam na ławce i odpycham wózek na bok. To wszystko wydaje mi się surrealistyczne. Jakiś czas temu cieszyłbym się na to spotkanie. A teraz... Wbiję nóż w plecy niczego nieświadomemu Blue, który był dla mnie niesamowitym oparciem. Rozśmieszał, gdy było mi smutno. Wspierał. Żartował. To pierwsza osoba, która zaprzyjaźniła się ze mną od czasu wypadku. Zaakceptował mnie takiego, jakim jestem. Potrafił pisać maile przez całą noc, jeśli tego potrzebowałem. Poświęcił mi czas, okazał serce... A ja? Czym mu się odwdzięczyłem? Poczucie winy i uczucia, których nie umiem dłużej odwzajemniać bardzo mnie bolą. Wścieknie się. Może nawet zechce mnie pobić. Gdybym był na jego miejscu tak właśnie bym zrobił.
Telefon w mojej kieszeni zaczyna wibrować. Dostałem maila. Spoglądam na wyświetlacz. Jest od Blue...

„Gotowy na nasze spotkanie?”

Czy jestem gotowy? Pewnie nie, lecz jest za późno by się wycofać. Musi być gdzieś blisko...
Wiatr przegania chmury. Moją twarz oświetlają ciepłe promienie jesiennego słońca, których się nie spodziewałem. Taka piękna pogoda, a grobowa atmosfera... Za plecami słyszę kroki, odbijające się od drewnianego podestu. Przyjechał...  Serce bije mi tak mocno, jakby miało wyrwać się z piersi. Powolnie odwracam się w jego stronę.
- Co tu robisz? Miałeś poczekać aż wrócę... - nieco zawiedziony przyglądam się Jaredowi, który siada obok mnie na ławce.
- Kai, spójrz na mnie – nigdy wcześniej nie widziałem, by był równie poważny.
- To nie jest dobry moment. Wiesz która godzina? - spanikowany wpatruję się w opustoszałą plażę.
- Kai... Nikt więcej nie przyjdzie. To na mnie czekałeś.
- Nie jestem w nastroju na żarty!
- To nie jest żart. Przed chwilą wysłałem do ciebie maila. Odczytałeś go, prawda?
- Nie... - czuję jak cała krew odpływa z mojego ciała.
- Marzyłem o tym od chwili, w której się poznaliśmy – uśmiecha się do mnie i bierze za rękę.
- Niemożliwe! Nie! - odsuwam się od niego najdalej, jak to możliwe.
- Kai, spokojnie... Wszystko ci wytłumaczę – spogląda mi prosto w oczy. Chyba nie takiej reakcji się spodziewał. Ponownie próbuje mnie dotknąć, ale nie daję mu takiej możliwości. Gdybym tylko mógł, uciekłbym jak najdalej stąd!
Jak on mógł tak ze mnie zadrwić?! Jak mógł?! Od samego początku bawił się mną... W dodatku grał na dwa fronty, a ja, jak ostatni idiota, tak bardzo go pokochałem... Czułem, że to się tak skończy! Pewnie rozpowiedział wszystkim, że przywiózł mnie tutaj tylko dlatego, że dałem się podejść jak dziecko. Wmówił mi, że pójdziemy do łóżka, że mnie kocha... Jak mogłem być tak zaślepiony?!
- Kai... - siłą przytula mnie do siebie.
- Puszczaj! Nie dotykaj mnie! - walczę ze wszystkich sił, ale on jest znacznie silniejszy.
- Nie płacz, proszę... Nie gniewaj się na mnie... Ja ci to wszystko wytłumaczę, przysięgam – skrucha w jego głosie zupełnie mnie dobija. Mam nadzieję, że jest z siebie zadowolony. Zrobił coś, co nawet ojcu się nie udało. Złamał mnie...

Nie mam pojęcia jak znalazłem się z powrotem w hotelu. Wiem tylko, że leżę na łóżku, otulony ramionami kłamcy...
- Puść – powtarzam tysięczny już raz.
- Nie.
- Puść – nie ustępuję.
- Najpierw dasz mi szansę, abym mógł ci wszystko opowiedzieć. Nie chcesz poznać prawdy?
- Puść.
- Kocham cię – bez zastanowienia uderzam go łokciem prosto w żebra.
- Ała! Za co? - zaczyna się śmiać. Mimo wszystko obracam głowę. Wolę mieć pewność, że nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy. Brązowooki natychmiast to wykorzystuje. Obraca mnie twarzą w swoją stronę. - Mam wielką ochotę cię pocałować, ale pewnie byś mnie pogryzł, prawda? - żartuje.
- Spróbuj i sam się przekonaj – prowokuję go.
- Kai, nie bądź taki... Przecież wiesz, że jesteś sensem mojego życia. Gdy zachowujesz się tak niesprawiedliwie, sprawiasz mi wielki ból.
- I bardzo dobrze! - odpowiadam wojowniczo.
- Proszę, możesz mnie pobić, jeśli to przyniesie ci ulgę – udaje bezbronnego.
- Nie będę cię bił. Chcę wrócić do domu. Teraz.
- Dlaczego? Pokochałeś mnie bardziej niż BlueMoon...
- Nie będę o tym rozmawiać! - siadam zbyt gwałtownie na łóżku, za co przychodzi mi zapłacić dość wysoką cenę. Syczą z bólu, opadając na miękkie poduszki.
- Skarbie, nic ci nie jest? Połóż się na brzuchu. Pomasuję ci plecy.
- Nie życzę sobie, abyś mnie dotykał! - ponowny wybuch gniewu tylko pogarsza mój stan. Jared nie reaguje na moje protesty i obraca niczym bezwolną kukiełkę. Tym właśnie dla niego byłem. Zabawką... Cóż za ironia losu. Z jednej strony przynosi mi tak wielką ulgę, a z drugiej niewyobrażalne cierpienie.
- Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy?
- To był poniedziałek.
- Nie o tym dniu mówię – zaczyna się cicho śmiać, choć słyszę nerwowość w jego głosie. - Wszedłem na forum internetowe. Byłeś tam bardzo popularny. Wiele osób prosiło cię o radę. Wszystkim chętnie doradzałeś w kwestii ćwiczeń i treningów. Jednak ja zwróciłem uwagę na coś jeszcze. Jako miejsce zamieszkania podałeś miejscowość, do której wkrótce miałem się przeprowadzić. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, poznawać się bliżej. Z początku nawet tego nie zauważyłem. Bezustannie wpatrywałem się w ekran telefonu, czekając na twoje wiadomości. Im bliżej było wyjazdu, tym bardziej chciałem ci powiedzieć. Już wtedy bardzo cię kochałem.
- Kłamiesz.
- Nie kłamię. Możesz zapytać moich rodziców, jeśli chcesz. Byłem w tobie tak bardzo zadurzony, że wymusiłem na nich wcześniejszy wyjazd. Zgodzili się w zamian za pomoc przy pakowaniu rzeczy. To był koszmar, ale ja tak tego nie postrzegałem. Myślałem tylko o tym, że jeszcze kilka godzin i będziesz obok.
- Takie bajki opowiadaj Alison, pewnie uwierzy. Od początku postrzega cię jako chodzący ideał – coraz bardziej przeszkadza mi jego dotyk, ale on ani myśli przestać.
- Wytrzymaj jeszcze trochę.
- Nie chcę. Zabierze ręce.
- Wiedziałem, że będziemy uczęszczać do tej samej klasy – kontynuuje swoją historię, delikatnie uciskając kręgosłup. - Od razu cię rozpoznałem. Ułamek sekundy... Twoje oczy spotkały się z moimi. Pomyślałem, że to przeznaczenie. Dopiero później zauważyłem, że poruszasz się na wózku. Byłem na ciebie tak wściekły. Wydawało mi się, że wiem o tobie wszystko, a ty... Zaskoczyłeś mnie. Przez kilka dni nie potrafiłem dojść do siebie. Zacząłem żałować pochopnej decyzji o przeprowadzce. W domu jeszcze raz przeczytałem wszystkie twoje wiadomości. W mailach byłeś wesoły i otwarty, a w szkole smutny i zamknięty w sobie.
- Jestem pełen sprzeczności – kpię.
- Masz rację, jesteś. Postanowiłem więc, że poznam twoją tajemnicę i wtedy zdecyduję. Jednak gdy banda tych idiotów prawie cię zabiła... Nigdy w życiu nie bałem się tak bardzo jak w tamtej chwili... Tak naprawdę powinienem być im wdzięczny.
- Wdzięczny? To wszystko tłumaczy...
- Daj mi skończyć. To dzięki ich wybrykowi zrozumiałem, że kocham cię ponad wszystko i zrobię co w mojej mocy, abyś był tylko mój. Nie przewidziałem jednego.
- Czego?
- Że wybierzesz jego, a nie mnie. Wiesz jak się czułem, gdy pisałeś mi te wszystkie rzeczy? Zazdrościłem sam sobie. Twoje słowa powinny być skierowane do mnie i nikogo innego.
- Oszukiwałeś mnie, więc jakie to ma teraz znaczenie? To nic nie znaczyło.
- Nie mów tak! - irytuje się.
- Puść mnie – tym razem spełnia moją prośbę. Gdy tylko siadam na łóżku, od razu pojawia się obok.
- Odpocznij – poprawia poduszki, by było mi wygodniej.
- Chcę wrócić do domu – przypominam mu.
- Nie dzisiaj.
- Jeśli mnie nie odwieziesz, zadzwonię po mamę.
- I zepsujesz jej pierwszy wieczór, w którym wreszcie zdecydowała się wyjść do ludzi?
- To zadzwonię po taksówkę.
- Zapłacisz fortunę.
- Nie dbam o to!
- Kai... Postaraj się mnie zrozumieć. Zdobycie twojego zaufania nie było proste. Gdybym ci wtedy powiedział, odsunąłbyś się ode mnie tak jak teraz.
- Dziwisz mi się? Miałeś wiele okazji, by powiedzieć prawdę. Nie zrobiłeś tego, bo lubisz bawić się moim kosztem – nie żałuję mu gorzkich słów. Jared popycha mnie na poduszki i całuje. Z początku mam ochotę wykorzystać jego własny pomysł i poznęcać się nad bezbronną dolną wargą, ale potem uświadamiam sobie, że to już koniec. Nasz ostatni pocałunek...
- Chciałem ci powiedzieć w czasie pobytu w Los Angeles. Byłeś wtedy taki szczęśliwy. Zrezygnowałem, bo plecy cię bolały, a potem pojawił się twój ojciec. To nie jest takie łatwe, jakim się wydaje... - ponownie ociera się wargami o moje wargi, lecz tym razem nie reaguję. - Spróbuj rywalizować sam ze sobą o miłość ukochanego, to może lepiej mnie zrozumiesz. Masz rację, powinienem zrobić to szybciej, ale ty nie potrafiłeś wybrać. Kochałeś mnie, kochałeś jego... Wierzysz mi?
- Nie wiem... - wzdycham, a on zaczyna spacerować po pokoju.
- Przepraszam. Gdybyś jednak nie otworzył się przed BlueMoon, nie otworzyłbyś się przede mną.
Ma rację... We wszystkim. Najgorsze jest jednak to, że moje zdradzieckie serce wiedziało... Od samego początku... Wystarczyło, że nasze oczy się spotkały. A ja sądziłem, że można kochać dwie osoby jednocześnie... Przecież to fizycznie niemożliwe! A przynajmniej nie w taki sposób, nie miłością, która rozsadza mnie od środka.
- Wybaczysz mi? - wyrywa mnie z zamyślenia.
- To zależy – wciąż udaję obrażonego, by zyskać odrobinę przewagi, którą zamierzam użyć przeciwko niemu.
- Zależy? - powtarza po mnie z nadzieją. - Od czego?
- Od wielu rzeczy – sprytnie okładam dłonie w piramidkę.
- Na przykład? Zrobię co zechcesz.
- Wszystko? - upewniam się.
- Wszystko – jest zdenerwowany. To będzie łatwiejsze niż odebranie dziecku cukierka.
- Podejdź do mnie – wskazują mu miejsce obok łóżka. Bez słowa spełnia moje polecenie. To może być naprawdę niezła zabawa.
- I co teraz?
- Waham się – przyznaję. - Mógłbym ci kazać biegać nago po plaży, albo...
- Nago? Skoro chcesz – posyła mi złośliwy uśmieszek, zaczynając się rozbierać.
- Jared, co robisz? Ja tylko żartowałem!
- A ja nie – rzuca sweter na ziemię i zaczyna rozpinać guziki koszuli. - Wiesz co jest najlepszym lekarstwem na kłótnie w związku? Seks na zgodę – podpowiada mi, sięgając do paska swoich spodni.
- My nie jesteśmy w związku!
- Hmm... Chyba pora na wdrożenie technik perswazji.
- Nie! - czerwienię się po same uszy, gdy ściąga z siebie spodnie.
- Rumienisz się, mój kochany. To pewnie dlatego, że jest ci gorąco. Masz na sobie zdecydowanie za wiele ubrań – wskakuje na łóżko i pochyla się nade mną, zaczynając mnie łaskotać. - Widzisz, umiem sobie z tobą poradzić w każdej sytuacji – łapię go za nadgarstki i spoglądam prosto w oczy.
- Kocham się, Jared.
- Ja ciebie też.

Jest połowa stycznia. Od ponad tygodnia jestem w szpitalu. Zdążyłem się zadomowić w tym niewielkim pokoju, który przez najbliższe miesiące będzie moim domem. Najbardziej doskwiera mi brak sąsiedztwa oceanu tuż za oknem i tęsknota za moim chłopakiem. Nie widziałem go od kilku dni. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że trafiłem do szpitala akurat w czasie egzaminów semestralnych. Jared nie może ich opuścić, jeśli chce ukończyć szkołę w terminie.
Ostatnie tygodnie, które spędziliśmy razem, były najszczęśliwszym okresem w moim dotychczasowym życiu. Chociaż pod koniec praktycznie nie wstawałem z łóżka, bo ucisk na nerwy zdawał się nie do wytrzymania, to i tak niczego nie żałuję. Wprost przeciwnie, mógłbym cierpieć znacznie bardziej, by móc spędzić z nim jeszcze kilka chwil.
Rano czeka mnie operacja... Pomimo licznych zapewnień doktora Nedda, mamy oraz Jareda, nie umiem uwolnić się od strachu. Zasnąć też nie umiem. Otulam się szczelnie ramionami i obserwuję jak wskazówki na wielkiej tarczy szpitalnego zegara przesuwają się krok na krokiem, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Dopiero pierwsza... Do zabiegu zostało osiem godzin...
Ktoś otwiera drzwi od mojego pokoju. Zamykam oczy, udając, że śpię. Pielęgniarki już jakiś czas temu sprawdzały jak się czuję. Powinny wrócić dopiero rano. Czyjaś dłoń ostrożnie przeczesuje moje włosy. Unoszę powieki, zaskoczony tym gestem.
- Cześć – mój chłopak pochyla się nade mną i całuje w policzek.
- Co tu robisz? Miałeś przyjechać jutro!
- Cii... Bo nas usłyszą – zaczyna rozpinać kurtkę, którą odkłada na fotel. - Chyba nie liczyłeś na to, że zostawię cię samego, prawda?
- A egzaminy?
- Zdałem. Posuń się trochę – kładzie się obok mnie i chowa w swoich bezpiecznych ramionach.
- Dziękuję, że przyjechałeś.
- Nic by mnie nie powstrzymało – całuje mnie po twarzy. - Boisz się?
- Bardzo.
- Niepotrzebnie. Wszystko...
- … będzie dobrze.
- Dokładnie tak – muska moje usta swoimi.
- Nie odchodź – wczepiam się w niego palcami, by był jeszcze bliżej.
- Nie odejdę. Będę tu tak długo, aż poczujesz się lepiej. Wynająłem pokój w hotelu naprzeciwko, ale liczę na to, że pozwolisz mi tu spać – śmieje się.
- Nigdy cię nie puszczę.
- Ja ciebie też nie. Pierwszy raz włamałem się do szpitala.
- Jared? - odzywam się po chwili milczenia, bo przypomina mi się coś bardzo ważnego.
- Tak?
- Mógłbyś podać mój telefon?
- Oczywiście, skarbie – wręcza mi smarftona, który leży na stoliku przy łóżku.
- Mam nadzieję, że nie wysyłasz sekretnych wiadomości do kogoś innego. Serce pękłoby mi z rozpaczy.
- Nie, to wiadomość do ciebie – uśmiecham się, oddając mu urządzenie. - Napisałem do ciebie maila, ale wolno ci go przeczytać tylko wtedy, gdyby coś mi się stało.
- Kai, nie opowiadaj bzdur! Nic ci nie będzie! - pociesza mnie, choć nie ukryje bezsilności i napięcia, które wyczuwam w jego ciele.
- To dla mnie bardzo ważne. Jeśli... - głos mi się łamie. - Jeśli coś pójdzie nie tak... Tylko wtedy wolno ci to przeczytać. W przeciwnym wypadku skasujesz wiadomość, jasne?
- Odmawiam.
- Jared, proszę cię. Obiecaj mi to – wpatruję się w niego załzawionym wzrokiem.
- Dobrze, obiecuję. Przysięgam, tylko przestań pleść takie bzdury.
- Dziękuję – układam głowę na jego ramieniu. - Wiesz, że za kilka miesięcy rozpoczynamy studia? - zmieniam temat.
- Wiem. Tak się składa, że powoli rozglądam się za domem niedaleko uniwersytetu.
- Dlaczego za domem? Nie chcesz mieszkać w akademiku?
- Jesteś zbyt głośny w czasie seksu. Nie chcę, by inni studenci słyszeli jak dochodzisz.
- Jak możesz mówić takie rzeczy! - oburzam się, wywołując wesołość na jego twarzy.
- Powinieneś widzieć swoją minę. Aż żałuję, że jest tak ciemno. Z przyjemnością zrobiłbym ci teraz zdjęcie.
- I dołączył do kolekcji „żenujące momenty Kaia”.
- Dobry pomysł, skarbie. Może tak zrobię.
- Jesteś okropny!
- A ty i tak kochasz mnie ponad wszystko.
- Tak.
- Ja też cię kocham. Dlatego uważam, że powinniśmy kupić dom, psa, kota, założyć firmę – wylicza.
- Ta lista nie ma końca?
- Jest wiele rzeczy, które chcę robię tylko z tobą. Jedną z nich jest na przykład seks w szpitalu. Masz ochotę?
- Nie!
- Nie chodziło mi o dzisiejszą noc, lecz o inne, które tu z tobą spędzę.
- Masz pojęcie, że tuż za rogiem co najmniej trzy pielęgniarki mają właśnie dyżur?
- Będziesz musiał być bardzo cichutko.
- Sam bądź cichutko – wpijam się ustami w jego usta.
- Kotku, wiesz co z tobą zrobię, gdy będzie już po wszystkim? - szepcze mi do ucha.
- Nie mów... Wolę niespodziankę.
- I to nie jedną.
- Jared?
- Tak?
- Dziękuję. Za wszystko.
- Nie dziękuj. Najlepsze chwile dopiero przed nami. A teraz spróbuj zasnąć, dobrze? Nie wyglądasz najlepiej. Kiedy ostatnio przespałeś całą noc?
- Kiedy byłeś obok...
- Teraz jestem obok. Zamknij oczy. Będę tu aż się obudzisz.
On zawsze dotrzymuje obietnic. Obojętne czego dotyczą.

czwartek, 26 stycznia 2017

Rozdział VIII

„Kai


Ojciec... Nie widziałem go od tamtego dnia... Ani razu nie odwiedził mnie w szpitalu. Nawet nie zadzwonił.
- Nie jesteś już moim ojcem! - mój głos jest zimny i spokojny. Brzmi obco. Nie poznaję go. Obcy ja, po raz kolejny, wyrzeka się filaru naszej rodziny... Nie, on nie jest już moją rodziną.
- Byłem przy twoich narodzinach. Opiekowałem się tobą przez całe twoje życie. Nie sądzisz, że jesteś wobec mnie niesprawiedliwy?
Niesprawiedliwy? Siadam na leżaku, by lepiej mu się przyjrzeć. Nie zmienił się przez ten czas. Ma na sobie jasny garnitur, jest opalony, szczupły, wysoki. Za jego plecami dostrzegam młodą kobietę w obcisłej, fioletowej sukience. To nowa „mama”? Syna też ma nowego?
- Jestem dorosły i tak jak ty, dokonałem pewnych wyborów. - Staram się wstać, lecz ze względu na to, że wczoraj tak niewiele odpoczywałem, ból od razu atakuje ze zdwojoną siłą.
- Nadal poruszasz się na wózku? Operacja nic nie dała? - dziwi się, Niedobrze mi od fałszu, którym jest przesiąknięty. Jak śmie mówić do mnie takie rzeczy?! Tchórz i kłamca!
- Jared... Możesz mi pomóc? - posyłam mu błagalne spojrzenie.
- Jasne – brązowooki natychmiast podrywa się z miejsca, by mnie wesprzeć. - Wracamy do pokoju, czy jedziemy do kina?
- Wszystko mi jedno, gdzie pojedziemy, byle z daleka od tego typa.
- Kai, nie mów tak o mnie! Ty nic nie rozumiesz! - łapie mnie za ramię, lecz Jared od razu go odpycha.
- Lepiej będzie, jeśli zostawi nas pan w spokoju – chowa mnie za swoimi plecami.
- Nie wtrącaj się! To sprawy między moim synem, a mną! Kai! - ponownie zwraca na siebie moją uwagę – mogę ci pomóc. Mam znajomości. Załatwię ci lepszego lekarza. Widzę, że matka nie potrafi się o ciebie zatroszczyć tak, jak należy.
- Nie waż się mówić o matce w mojej obecności! - krzyczę.
- Nie rób scen! - syczy wściekle, starając się mnie uciszyć.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić! Masz zapomnieć o moim istnieniu, ty egoisto! - czuję w sobie furię, która podsycana jest fizycznym cierpieniem. Nie chcę go w swoim życiu.
- Moja propozycja jest szczera. Pomogę ci, synu. Mój przyjaciel prowadzi prywatną klinikę w Szwajcarii. Zadzwonię do niego. Nie będziesz musiał mi dziękować. Wszystkim się zajmę. Pokryję koszty.
- Od kiedy jesteś taki hojny? Z tego co pamiętam, do tej pory nie oddałeś mamie sporej sumy pieniędzy, którą wypłaciłeś z jej konta – wypominam mu.
- To stare dzieje – mocniej zaciska szczęki niezadowolony z faktu, że wyjawiłem niewygodnie rewelacje na jego temat. Kolejna rysa na kryształowym wizerunku perfekcyjnego tatusia...
- Serio? Powiedziałbym, że nic się w tej sprawie nie zmieniło. Nie dość, że byłeś beznadziejnym mężem i ojcem, to jeszcze okazałeś się złodziejem – boleśnie z niego drwię.
- Kai, jeszcze jedno słowo i...!
- I co? Pokażesz swoje prawdziwe oblicze? Śmiało, nie mogę się doczekać. Zastanawiam się co jeszcze ukrywasz? Twoja propozycja również ma w sobie jakieś podwójne dno, mam rację?
- Podpiszesz pewien dokument – oświadcza chłodnym tonem.
- Mylisz się, niczego nie będę podpisywać!
- To dla twojego dobra! Jeśli to zrobisz – pochyla się nade mną, by towarzysząca mu kobieta niczego nie słyszała – wpłacę na twoje konto równowartość tego, co jestem winny twojej matce, a nawet dorzucę coś ekstra.
- Nie, dziękuję.
- No dobrze, rozumiem. Każdy ma swoją cenę. Powiedz, ile chcesz i miejmy to z głowy.
- Niczego nie pragnę bardziej jak tego, by nie musieć cię już nigdy więcej oglądać.
- A operacja? Nie chcesz znowu chodzić? - na samą myśl o tym, że szczuje mnie jak psa, najchętniej bym mu przyłożył. Kiedyś był dla mnie wszystkim. Zaraził miłością do piłki nożnej, nauczył grać, woził na treningi. Był ze mnie dumny. Teraz zachowuje się tak, jakby handlował żywym towarem. W Szwajcarii czy w Stanach, moje szanse nadal wynoszą pięćdziesiąt procent.
- Jared, chodźmy stąd – proszę.
- Kai, to jednorazowa oferta. Jeśli odmówisz... - woła za nami.
- Odmawiam. Kto wie, może napiszę o tobie książkę? Jak sądzisz, ile mi za nią zapłacą? A jaki zyskasz rozgłos i popularność... Nie mogę się doczekać!
- Nie zrobisz tego! Nikt ci nie uwierzy! - odgraża się.
- Przekonamy się!

Gdy wsiadamy do windy, jestem cały roztrzęsiony. Obejmuję się mocno ramionami, próbując powstrzymać atak paniki. Myślałem, że mam to już za sobą. Wydaje mi się, że znowu czuję zapach dymu, a moja skóra... Ona płonie!
- Kai, spokojnie... Już dobrze... Jesteś bezpieczny... - ktoś tuli mnie do siebie, szepcząc kojące słowa. Kim jesteś? Nie widzę cię... Wszystko jest rozmazane... - Nie płacz, proszę. Nie płacz – kciukami ściera łzy z moich policzków. Chciałbym mu coś odpowiedzieć, lecz nie jestem w stanie nabrać powietrza.
Nie mam pojęcia ile tak leżymy, wtuleni w siebie, zasłuchani w swoje oddechy i pogrążeni w myślach, którymi nie mamy ochoty z nikim się dzielić. Słońce powoli zachodzi... Niebo ciemnieje... Palce Jareda przeczesują moje włosy. Tak wyraźnie słyszę bicie jego serca, którego dźwięk uspokaja niczym kołysanka. Ciepło ramion, którymi mnie obejmuje. W pewnej chwili przesuwa rękę, by sięgnąć po koc, lecz ja od razu protestuję.
- Nie jest ci zimno? - pyta z troską. Czy jest mi zimno? Nie wiem. W tej chwili jestem pewny tylko jednej rzeczy – nie chcę, by mnie puścił. Potrzebuję go bardziej niż tlenu.
- Nie – szepczę schrypniętym głosem, mocniej zaciskając palce na jego ubraniu. Sunie opuszkami po mojej skórze. Dotyka skroni, policzków, ust. Jest uważny i cierpliwy, a ja marzę tylko o tym, by nie przestawał. - Kai...? - unoszę wzrok, by spotkać jego pociemniałe tęczówki.
- Tak?
- Nie sądzisz, że pora podzielić się ze mną tym ciężarem?
- Co masz na myśli? - znowu zasycha mi w ustach. Mam mu powiedzieć prawdę? Nie mogę...
- Kai, to cię niszczy. Sprawia, że jesteś smutny, rzadko się uśmiechasz, tracisz nadzieję. To się musi skończyć. Teraz. Przysięgam, że nikomu nie powiem. Wierzysz mi?
- Tak.
- To, o czym rozmawiałeś dziś z ojcem ma związek z wypadkiem, prawda?
- Tak – przyznaję niechętnie, ponownie tuląc twarz do jego klatki piersiowej.
- Powiedz mi... Co się wydarzyło tamtego dnia? To nie ty prowadziłeś samochód, prawda? – nalega.
- To była niedziela. Poprzedniego dnia dostałem wiadomość, że selekcjoner jest mną zainteresowany i przyjedzie na kolejny mecz, który miał się odbyć pod koniec miesiąca. Nie masz pojęcia jak bardzo się cieszyłem. Ojciec uparł się, że mam go podwieźć do klubu na jakieś spotkanie. Negocjował kontrakt. Miał wyjechać do Europy na kolejny sezon. Padało. Był jakiś dziwnie poruszony, jakby ledwo panował nad emocjami. W połowie drogi zażądał, abyśmy się zamienili miejscami. Zgodziłem się. Jechał bardzo szybko. Samochód wpadł w poślizg i wypadł z drogi na pobocze. Uderzył w drzewo. Straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, siedziałem na miejscu kierowcy. Już wtedy bardzo mnie bolało. Ojciec... Powtarzał, że mam być cicho. Krew leciała mu po twarzy. Byłem przerażony. I wtedy auto zaczęło płonąć. Nie mogłem się ruszyć. Wołałem go, by mi pomógł, ale on... Powiedział, że brał narkotyki. Straciłby uprawnienia. Wolał więc poświęcić mnie, niż zaryzykować karierę - kolejne łzy zalewają mi twarz.
- Już po wszystkim. Nie płacz...
- Nie pomógł mi, rozumiesz? Swojemu jedynemu dziecku... To przez niego nie mogę chodzić, ale nie to było najgorsze. Ogień tak szybko się rozprzestrzeniał. Ból był gorszy niż...
- Cichutko... Już nigdy nie będziesz sam... Zawsze będę obok ciebie, obiecuję... Obronię cię przed wszystkim...
Czas płynie powoli. Uspokajam się i przestaję łkać. Robię się senny, a jednocześnie boję zasypiać. Chcę, żeby mnie tak obejmował. Był blisko. Miał rację... Gdy mu o wszystkim powiedziałem, poczułem się wolny. Złe wspomnienia nie zniknęły, ale przestały boleśnie ciążyć. Pustkę stopniowo wypełnia zupełnie inne, nowe uczucie... Moje serce podzieliło się na dwie części. Połowa należy do BlueMoon, a druga połowa... jest jego.

- Dzień dobry – unoszę ciężkie powieki, które zaczynam pocieram. Nadal są spuchnięte. I głowa bardzo mnie boli... Wspaniały początek dnia...
- Dla kogo dobry?
- Nie wyglądasz najlepiej.
- Jared, ja... - chciałbym mu podziękować, albo przeprosić. Nigdy w życiu nie rozkleiłem się w obecności drugiej osoby.
- Nie musisz nic mówić. Wszystko rozumiem.
- Tak?
- Przez większość nocy miałem ochotę wybiec z tego pokoju, odszukać twojego ojca i... - przygrywam wargę prawie do krwi, bo nie chcę, aby ktoś jeszcze poznał prawdę! - Kai, obiecałem, prawda?
- Nie możesz o tym nikomu powiedzieć! Zwłaszcza Alison! To ją załamie!
- Nie powiem – zaczyna gładzić mnie po włosach. - Przysięgam, że nie powiem.
- Dziękuję – mruczę w jego klatkę piersiową. - Nie powinniśmy się już zbierać?
- Nie musimy się śpieszyć. Zostaniemy tak długo, jak będziesz chciał. Co powiesz na śniadanie nad basenem? Albo na spacer? Słońce i świeże powietrze...
- Wolałbym wrócić do domu. Nie chcę ryzykować ponownego spotkania z tym draniem.
- Przepraszam, nie pomyślałem o tym.
- Nie masz mnie za co przepraszać. Gdyby nie ty, to...
- Właśnie na tym polega moja rola. Jestem po to, by się tobą opiekować, chronić cię. Dość się już nacierpiałeś. Dość czasu spędziłeś w samotności.
- Jared...
- Kocham cię. Bardzo.
Nic na to nie odpowiedziałem. Po prostu pozwoliłem, aby przy mnie był.

Od naszego wyjazdu minęły dwa tygodnie. Najszczęśliwszy okres w moim „nowym życiu”, jak określa je Jared. A to nowe życie zaczęło się w chwili, w której pozwoliłem mu zbliżyć się do siebie. Czuję się tak, jakbym uchylił drzwi i zaprosił światło do mrocznego pokoju. Promień jest ciepły i intensywny, a ja wykorzystuję wszystkie okazję, by wygrzewać się w jego blasku.
Każdy dzień wygląda teraz tak samo. Mama wstaje rano i szykuje się do pracy. Wychodząc, mija się w drzwiach z Jaredem. Zostajemy sami. Pijemy kawę leżąc w łóżku, albo rozmawiamy o bzdurach. To najprzyjemniejsze, a zarazem najkrótsze chwile. Potem on musi jechać do szkoły, a ja opracowuję zagadnienia, które mają nam pomóc w dalszej nauce. Gdy zajęcia dobiegają końca, chłopak nie wraca do siebie. Przyjeżdża do mnie. Jemy wspólnie obiad, idziemy na krótki spacer, czasami do kina. Codziennie uczymy się aż do późnego wieczoru. Około dwudziestej drugiej nadchodzi chwila rozstania. Brązowooki podchodzi do mnie, całuje w usta, szepcząc, że bardzo mnie kocha, po czym zapewnia, że wróci rano. Przed zaśnięciem wysyła mi ostatniego smsa, życząc spokojnej nocy. Nasz codzienny rytuał, od którego nie ma odstępstw.
Mama pracuje także w soboty i niedziele. Stara się nadgonić wszystkie zlecenia, by móc spędzić razem ze mną jak najwięcej czasu, gdy będę już w szpitalu. Gdy żegnamy naszego gościa, przynosi dwa kubki herbaty i kładzie się ze mną do łóżka. Opowiadamy sobie wtedy jak minął nam dzień. Cieszy ją, że w końcu mam przyjaciela, chociaż z jej oczach on jest kimś znacznie bliższym. Po części ma rację. Nie jest mi obojętny, jednak mam jeszcze Blue...
Skoro moje serce dokonało tak dziwnego wyboru i zdecydowało się kochać dwie osoby jednocześnie, nie mogłem pozostać wobec tego faktu obojętny. Powiedziałem Blue o Jaredzie, o wydarzeniach, które miały miejsce w czasie pobytu w Los Angeles, o czekającej mnie operacji i jej konsekwencjach. Było mu przykro. Przez cztery dni nie odezwał się do mnie ani jednym słowem. A potem stwierdził, że nie umie i nie chce ze mnie rezygnować. Uczciwiej byłoby, gdybym wybrał tylko jednego z nich, ale jak mam to zrobić?
Blue jest ze mną od kilku miesięcy. Od samego początku okazywał swoje wsparcie i zainteresowanie. Poświęcił mi mnóstwo czasu i nieprzespanych nocy. Jego uczucie jest szczere i prawdziwe. Nasza więź ma silne podstawy emocjonalne. Co prawda nie wiem jak wygląda, ale nie ma to dla mnie większego znaczenia. Daje mi coś, czego nie daje mi Jared. Nie naciska na mnie tak jak on, ale... Od wycieczki bezustannie namawia na spotkanie... Dziś też odmówię. Nie chcę komplikować mu życia. Jestem pewny, że sam odejdzie, gdy tylko wyląduję na stole operacyjnym.
No i jest jeszcze ten drugi... Jego ramiona są dla mnie otwarte, ale on sam nie potrafi się otworzyć tak, jak Blue. Czasami przyłapuję go na tym, że wpatruje się we mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Jak mantrę powtarza miłosne wyznanie, ale trudno mi w to uwierzyć. Nie znam go tak jak Blue. Nie zna jego wnętrza, a nigdy nie uwierzę, że skusiłem go wózkiem inwalidzkim lub bliznami po wypadku. Gdybym mógł połączyć ich w jedno – kuszące ciało Jareda oraz wrażliwość Blue...
Nie zdradziłem się ani słowem, ale każdego dnia buduję wokół siebie uczuciowy kokon. Słodkie słowa mojego internetowego ukochanego, ciepło dotyku Jareda. Liczę na to, że dzięki tym wspomnieniom przetrwam najgorsze chwile. Nie oszukuję się jak mama i nie nastawiam na szczęśliwe zakończenie. Wiem, że gdy będę leżał znieczulony lekami, nie dam rady pisać do mojego chłopaka, Jared będzie zajęty nauką, a mama pracą. Jeśli do tego czasu nie będę dość silny, załamię się. Już teraz jest mi ciężko. Czasami, gdy brązowooki przypadkowo dotyka moich nóg, coraz boleśniej uświadamiam sobie co stracę.
Mógłbym się wycofać, ale mama nie chce o tym słuchać. Od kiedy ma sojuszników w postaci rodziców mojego „przyjaciela” oraz jego samego, nawet nie wspominam o takim rozwiązaniu. Będzie, co ma być.
- Znowu do niego piszesz? - przyłapał mnie na gorącym uczynku. Jest niezadowolony i nieco obrażony, a mimo to siada obok mnie na dywanie.
- Wcześnie wróciłeś.
- Córka Martina skręciła nogę w czasie zajęć. Rzucił wszystko i pognał do szpitala – tłumaczy mi, opierając głowę o moje ramię.
- Co? - spoglądam na niego, zaskoczony nagłą bliskością.
- Jestem zazdrosny.
- Obiecałeś! - wypominam mu, odkładając komputer na bok.
- Owszem, obiecałem, ale nie będę siedział cicho i udawał, że tego nie widzę. Spław go wreszcie i bądź tylko mój – szepcze mi do ucha, zostawiając na nim drobne pocałunki.
- Łaskoczesz... - próbuję się odsunąć, lecz on obejmuje moją twarz dłońmi i spogląda prosto w oczy.
- Spław go – powtarza.
- Uwierzysz, jeśli powiem, że właśnie to usiłowałem zrobić?
- Tak? - unosi brew, zaczynając rozpinać guziki swetra, który na sobie mam.
- Tak. Jared, co robisz? - pytam, starając się bezskutecznie go od siebie odsunąć.
- Rozbieram cię. Pora na masaż.
- Dziękuję, ale tym zajmie się Naomi, gdy przyjedzie po południu.
- Nie przerywaj fascynującej opowieści o swoim ukochanym – drwi, ściągając mi z ramion ciepłe okrycie.
- Blue koniecznie chce się spotkać.
- Zgodziłeś się? - wstrzymuje oddech.
- Nie uważam, aby to był dobry pomysł.
- Bzdura! To świetny pomysł. Napisz, że się zgadzasz. Zawiozę cię dokąd tylko zechcesz.
- Nie.
- Kai, tak dłużej być nie może. Nie możesz zwodzić nas obu. On musi odejść, a ty zrozumieć, że mając mnie, nie potrzebujesz nikogo innego – ściąga ze mnie koszulkę i zmusza, abym położył się na brzuchu.
- To nie jest takie proste...
- Jest. Sam niepotrzebnie to utrudniasz. Wiem, czemu to robisz. Boisz się, że zostaniesz sam po operacji, prawda? Mówiłem ci setki razy, że będę ciągle obok ciebie.
- Nie... - jęczę cicho, gdy jego palce sprawnie przesuwają się po epicentrum bólu. Trzeba mu przyznać, że nawet w tak prozaicznych czynnościach jest coraz lepszy. Umie czytać w moich myślach. Bezbłędnie odgaduje gdzie powinien masować, by przynieść mi ulgę.
- Spotkasz się z Blue w sobotę. Napiszesz mu, że będziesz na niego czekał o czternastej na molo przy hotelu Białe Mewy. Potem przyślę ci dokładną mapę.
- Oszalałeś? To za trzy dni! - zmuszam się, by wstać, lecz przytrzymuje mnie w miejscu, abym się nie ruszał.
- Napiszesz mu, że dokładnie wszystko przemyślałeś i doszedłeś do wniosku, że miły z niego facet, ale wolisz być ze mną.
- Jared! - ponownie usiłuję się podnieść, lecz on nachyla się nade mną i łapie za nadgarstki.
- Podczas spotkania powiesz, że pożądasz mnie znacznie bardziej, niż to okazujesz. Codziennie wieczorem dyskretnie spoglądasz na zegarek. Nie lubisz się ze mną rozstawać, lecz z drugiej strony dobrze wiesz, co to oznacza... - delikatnie całuje mnie po karku.
- Jared... Proszę cię...
- Myślisz, że nie widzę zniecierpliwienia, które maluje się na twojej twarzy? Puls gwałtownie ci przyspiesza, oczy stają się szkliste... Przygryzasz wargi, bo wiesz, co się za chwilę stanie...
- T-To nie tak!
- Lubisz, gdy cię całuję?
- Jared! - mój błagalny ton zupełnie go nie wzrusza. Znęca się nas moją obnażoną skórą, parząc ją gorącymi ustami.
- Masz pojęcie ile mnie kosztuje przerwanie tej wieczornej pieszczoty? Muszę ze sobą bardzo walczyć... Wyobrażam sobie, jak przyciągasz mnie do siebie, pozwalając się rozebrać. Wreszcie mogę cię pieścić całego, tak jak od początku chciałem. Robię się twardy na samą myśl o tych wszystkich rzeczach... - wzdycha. - A ty co? Całujesz mnie tak delikatnie, jakbyś był uroczą pensjonarką. Na szczęście to nie potrwa długo. W sobotę, gdy spławisz już tego chłopaka od siedmiu boleści, pójdziemy do hotelu i...
- N-Nie... - bronię się.
- Tak. Dobrze wiesz, że tak – śmieje się zmysłowo. - Wynająłem apartament. Zapewniam cię, że po nocy ze mną już nigdy więcej nie wspomnisz o żadnym Blue.
- Mmm... - ten nieartykułowany dźwięk stanowi moją jedyną odpowiedź.
- Zgadzasz się ze mną, czy protestujesz? - śmieje się.
- Nie wiem... - przyznaję zawstydzony.
- Nie wiesz? - zwinnym ruchem układa się obok mnie i obraca na plecy. Chce na mnie patrzeć akurat w chwili, gdy jestem taki zawstydzony...
- Powiedz to, na co od tak dawna czekam. Chcę to od ciebie usłyszeć – wodzi palcem wskazującym prawej dłoni wzdłuż linii mojej żuchwy.
- Kocham cię... - szepczę cicho – ale Blue... - przerywa mi, brutalnie całując.
- Po sobocie nie będzie żadnego Blue, jasne? - cofa dłonie, siadając na dywanie. - Zgłodniałem. Co powiesz na obiad? Może zamówimy pizze? - nie wierzę, postanowił za mnie! Nie mam innego wyjścia. BlueMoon, wreszcie się spotkamy...

wtorek, 24 stycznia 2017

Rozdział VII


„Kai

- Wygodnie ci?
- Zadałeś to pytanie chyba dziesiąty raz... - spoglądam na niego z dezaprobatą, niechętnie otwierając przymknięte powieki.
- Zapewniam cię, że jeszcze wiele razy je powtórzę – droczy się ze mną.
- To raczej o ciebie powinniśmy się martwić. Nie jesteś zmęczony? Prowadzisz samochód już... - wymownie odczytuję informację z deski rozdzielczej - dwie godziny i trzydzieści siedem minut – komputer bardzo dokładnie pokazuje czas trwania naszej wspólnej podróży.
- Musisz być taki złośliwy? - irytuje się, rzucając mi przelotne spojrzenie.
- A ty taki nadgorliwy? - odbijam piłeczkę, wyciągając się na skórzanym fotelu.
- Nic na to nie poradzę. Taki już jestem – próbuje się tłumaczyć. - Twoja mama mówiła, że mam cię pilnować.
- Ile ci za to płaci? Dam trzy razy tyle, pod warunkiem, że...
- Nie płaci mi! - zatrzymuje się na poboczu.
- Nie mów, że zabrakło nam benzyny...
- Wyjaśnijmy coś sobie... – opiera dłoń na moim fotelu. Wygląda na wkurzonego, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Wprost przeciwnie. Cieszę się, że jego uwaga skupiona jest tylko i wyłącznie na mnie. – Nie jestem twoim wrogiem. Wszystko co robię ma na celu uchronienie cię przez bólem. Jeśli coś ci się stanie, w żaden sposób nie będę mógł ci pomóc.
- Za bardzo się tym stresujesz – zbywam go.
- Kai, ja nie żartuję. Nie chcę, abyś cierpiał.
- Nic mi nie jest.
- Na pewno? - czekoladowe tęczówki przeszywają mnie na wylot. Robi mi się gorąco...
- Na pewno – przytakuję.
- Powiesz mi, gdyby coś było nie tak?
- Powiem. A ty zadzwonisz wtedy do mojej mamy, a ona...
- Kai! To nie są żarty! - przerywa mi ostro.
- Ja nie żartuję. Dałem ci słowo, obiecałem mamie. Czego jeszcze ode mnie chcecie? Mam podpisać jakiś cyrograf własną krwią?
- Teraz zachowujesz się dziecinnie – broni się.
- Przepraszam, Jared. Chciałem tylko zobaczyć to cholerne muzeum, zanim zamkną mnie w szpitalu na Bóg wie jak długo. Tak, jestem niepełnosprawny i czeka mnie operacja. Nie musisz mi o tym co chwilę przypominać, bo doskonale pamiętam. A jeśli musisz, to zabierz mnie do domu. Nie wytrzymam kolejnych dwóch dni twojego ględzenia!
- To ja przepraszam - spuszcza wzrok. - Głupio wyszło... Ale to wyłącznie twoja wina! Wszystkich trzymasz na dystans. Skąd mogę mieć pewność, że mi ufasz i mówisz prawdę?
Słuszna uwaga... Czy ja mu ufam? Czy poprosiłbym go o pomoc, gdyby zaszła taka potrzeba? Pewnie nie... W plecaku mam schowane ampułki ze środkami przeciwbólowymi. Potrafię sam zrobić zastrzyk. Od czasu wypadku wiem, że mogę liczyć tylko na siebie. Nie zmienię tego pstrykając palcami.
- Masz rację, nie powiedziałbym ci.
- Jeśli nie wypracujemy jakiegoś kompromisu, będzie nam ciężko.
- Więc przestań zachowywać się jak bliźniaczka mojej matki i zacznij być sobą!
- Bliźniaczka Alison... W twoich oczach jestem ekstra laską – zaczyna się śmiać. - No dobrze – poważnieje, widząc moją groźną minę. - Przestanę zachowywać się jak nadgorliwa mamuśka, jeśli w zamian obiecasz, że dasz znać, gdyby coś było nie tak. Może być?
- Może – mruczę pod nosem.
- Bliźniaczka Alison... - nie potrafi ukryć rozbawienia, ponownie odpalając silnik. - Twoja mama ma niezłe nogi.
- Jared...
- Nie powiesz, że nie zauważyłeś.
- Jest piękną kobietą, więc to oczywiste, że ma piękne nogi.
- Byłeś kiedyś zakochany z jakiejś kobiecie? - zaskakuje mnie swoim pytaniem.
- Nie.
- Ale kochasz Blue...
- Kocham – uśmiecham się mimowolnie na samo wspomnienie jego imienia.
- Opowiesz coś więcej?
- Na przykład co?
- Jak się poznaliście, za co go kochasz, kiedy zrozumiesz, że powinieneś być ze mną? Takie drobiazgi, które pomogą mi się odbić.
- To nie jest dobry pomysł – wycofuję się.
- Dlaczego?
- Nie chcę ranić twoich uczuć – szepczę.
- Jednak martwisz się o mnie... - cieszy się.
- Jak zapewne zauważyłeś, nie mam innych przyjaciół.
- A ci z poprzedniej szkoły?
- W poprzedniej szkole... Wszystko kręciło się wokół piłki. Gdy okazało się, że nie mogę już grać, zostałem w tyle. Najgorsze jest to, że nawet jeśli operacja się uda, a ja jakoś wytrwam miesiące tortur doktora Nedda, to i tak nie ma znaczenia. Już nigdy nie będę częścią drużyny. Nie wejdę na boisko, nie strzelę gola. Czasami wydaje mi się, że tamto życie tylko mi się śniło. Nie masz pojęcia jak żałuję, że to wszystko trwało zaledwie chwilę – zaskoczony zauważam, że brązowooki nie spuszcza ze mnie wzroku.
- Nie śniło ci się. Musisz to potraktować jako jeden z etapów. Coś się skończyło, by mogło się zacząć coś nowego.
- Nowego?
- Chociażby architektura. Gdyby nie wypadek, pewnie nawet nie rozważyłbyś takiej opcji. Byłbyś zawodnikiem, potem trenerem, a tak skończysz ze mną w jakimś niewielkim biurze, spełniając marzenia innych o własnych domach lub tworząc budynki przyszłości. Co bardziej cię interesuje?
- Zdecydowanie domy.
- Chyba żartujesz! To nudne! - wyraźnie słyszę pasję w jego głosie. Poważnie podchodzi do przyszłości.
- Często pomagam mamie. Lubię to. Organizujesz innym przestrzeń, wprowadzasz ulepszenia, podpowiadasz rzeczy, których sami nie widzą.
- Nie wiedziałem, że pomagasz mamie. To stawia mnie w złym świetle. Jestem o krok do tyłu... - narzeka.
- Daj spokój, przecież ma tylko mnie. Ktoś musi jej doradzić.
- Domy jednorodzinne, szeregowe... Musisz zobaczyć moje szkice. Pokażę ci je w przyszłym tygodniu, jak przyjedziesz do mnie. Albo pojedziemy do rodziców do pracy. Bardzo chcą cię poznać. W każdym razie cieszę się na wspólne studia, a ty?
- Ja też.
- To dobrze – uśmiecha się.
Przytaknąłem mu... Sam nie wiem jak to się stało... Wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi... Czemu cieszy mnie perspektywa wspólnie spędzanego czasu? Jestem aż tak samotny? A może to wina tamtego pocałunku...?
- Kai? - wyrywa mnie z zamyślenia.
- Tak?
- Jak długo przemywałeś ostatnio w szpitalu?
- Prawie siedem miesięcy.
- Siedem miesięcy... - powtarza po mnie. - To szmat czasu.
- Owszem.
- Mama była przy tobie?
- Często mnie odwiedzała.
- Wiedziałeś, że uniwersytet jest niedaleko szpitala?
- Właśnie dlatego go wybrałem. Nie rozmawiajmy o tym, dobrze?
- Jak chcesz.
Przez kolejnych kilkanaście minut nie odzywamy się do siebie. On skupiony na prowadzeniu auta, a ja... Tamto siedem miesięcy wiele zmieniło. Nauczyłem się wtedy nie tylko ponownego siadania, czy chodzenia. Stałem się zupełnie innym człowiekiem. Zamkniętym w sobie. Cichym. Milczącym. Bliskość Jareda, albo maile Blue uświadomiły mi przepaść, która między nami powstała. Czy będę umiał zbudować most, by choć od czasu do czasu być taki jak dawniej?
- Napijemy się kawy? - dopiero teraz zauważyłem, że jesteśmy na stacji benzynowej.
- Nie, dziękuję.
- No chodź, nie daj się prosić.
- Skoro chcesz – otwieram drzwiczki czekając, aż chłopak wyciągnie mój wózek z bagażnika.
- Ładny widok – zwraca moją uwagę na otoczenie.
- To prawda – automatycznie przytakuję.
- O czym tak intensywnie myślisz?
- O niczym.
- Od rana chowasz się w swoim świecie. Co się dzieje?
- Nic.
- Znam cię już na tyle dobrze, że wiem, kiedy kłamiesz. Oczy cię zdradzają - podpowiada
- Tak? A ja o tobie nic nie wiem.
- Więc pytaj. O co tylko chcesz. Nie mam nic do ukrycia.
- Dlaczego upierasz się, by być blisko mnie? Znamy się kilka tygodni, w dodatku przelotnie i...
- Skończyłeś już? - uśmiecha się pobłażliwie, bawiąc się papierowym kubkiem.
- Jared, nie traktuj mnie tak!
- Co mam ci powiedzieć? Spojrzałeś mi prosto w oczy i stało się.
- Ale ty nic o mnie nie wiesz!
- To nieprawda. Dużo mi o sobie mówisz. Poza tym jestem niezłym obserwatorem. Nie myśl o tym. Zdaj się na mnie.
- Przeraża mnie, że z taką łatwością udaje ci się do mnie zbliżyć.
- Nie bój się, Kai. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
Pewność siebie i spokój w jego głosie... Dlaczego tak mu wierzę?
- Śmiało, pytaj – zachęca.
- Co chciałeś studiować, zanim wpadłeś na genialny pomysł z architekturą?
- Nic – wybucha śmiechem, czym dodatkowo mnie wkurza. - Nie patrz tak na mnie. Mówię prawdę. Chciałem spakować rzeczy i wyruszyć w podróż. Miałem taki plan, by zwiedzić wszystkie ważniejsze miasta Ameryki. Mam odłożoną sporą sumę pieniędzy. Rok przerwy, podczas którego planowałem poznać nowych ludzi, odwiedzić ciekawe miejsca.
- Niezły pomysł. Dlaczego z niego zrezygnowałeś?
- Czy to nie oczywiste? - mruży oczy i podpiera głowę na dłoni, hipnotyzując swoim spojrzeniem. - Powiem tak. Nie mam ochoty się z tobą rozstawać. Wiem, że masz chłopaka. Obiecałem, że nie będę się narzucać i dotrzymam słowa.
- Serio?
- O tak. Poczekam, aż się nim znudzisz i sam do mnie przyjdziesz – puszcza do mnie oko. - Pamiętaj, moje ramiona przez cały czas są dla ciebie otwarte. Wystarczy jedno twoje słowo...
- Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie o studia.
- Rozkręcasz się, to mi się podoba. – Wstaje z miejsca i obchodzi stolik, by pomóc mi wyjechać na parking – Mam lepszy pomysł. Zagrajmy w grę.
- Grę?
- Pytanie za pytanie. To bardziej sprawiedliwy układ.
- Czemu nie – zgadzam się na jego warunki,  obserwując jak z niesamowitą łatwością pomaga mi wstać. - Jesteś bardzo silny – zauważam.
- Bo dawniej dużo ćwiczyłem.
- I zrezygnowałeś? Dlaczego?
- Chwileczkę, a moje pytania?
- Nie bądź taki!
- Obowiązują sztywne reguły. Nie ma odstępstw. Moja kolej. Na jakim filmie byłeś ostatnio w kinie?
- Nie pamiętam.
- Już się wyłamujesz?
- Wcale nie. To było dawno temu. Próbowałem wyciągnąć mamę na randkę miliony razy, ale nie była zainteresowana.
- Nadrobimy to. Jakie filmy lubisz?
- Łamiesz swoje własne zasady... – uśmiecham się złośliwie. - To moja kolej. Dlaczego zrezygnowałeś z treningów?
- Rodzice szybko przyzwyczaili się do tego, że wygrywałem, więc przestali okazywać zainteresowanie. Poczułem się odepchnięty. Wiesz, to był taki niewielki epizod zazdrości. Ich praca wygrała. Nie żałuję tego. Zyskałem mnóstwo czasu na inne przyjemności.
- Myślałem, że tylko ja walczę z wiatrakami...
- Zazdrość wiele o nas mówi. Nie potrafimy się dzielić ukochanymi osobami.
- Nawet nie będę udawał, że nie masz racji – wzdycham.
- Moja kolej...
Gramy w naszą grę aż do chwili, gdy Jared parkuje pod muzeum.
- Jesteśmy na miejscu – oświadcza, dumny niczym paw. - Jeszcze nigdy nie jechałem aż tak daleko.
- Teraz mi to mówisz?!
- Mamy GPS, więc nie panikuj. Z reszta szkoda czasu. Potrzeba kilku godzin, by wszystko dokładnie obejrzeć. Chodź – pogania mnie.
Muzeum Piłki Nożnej... Pięć kondygnacji, przeszklone ściany, tysiące eksponatów. Piłki z autografami największych gwiazd, filmy, najbardziej spektakularne chwile, gdy ułamki sekund decydowały o wygranych oraz gorzkich porażkach na murawie. No i najważniejsze - puchary, które tak bardzo pragnąłem zdobyć. Już sama bliskość tego miejsca sprawia, że brakuje mi tchu. Powietrze wokół budynku wydaje mi się naelektryzowane. Nie czułem tak silnych emocji od... ostatniego meczu... Powinienem poprosić Jareda, by mnie uszczypnął. Zamiast tego podaję nasze nazwiska, a miła pani wręcza nam imienne identyfikatory, dzięki którym bez problemu możemy zwiedzić całe to królestwo.
- Od czego zaczynamy? - brązowooki wydaje się nieco zagubiony. Widać jak na dłoni, że nigdy nie odwiedzał strony internetowej ósmego cudu świata. Nie szkodzi. Mógłbym się tu poruszać z zamkniętymi oczami.
- Od początku – ciągnę go za sobą.

Obawiałem się, że Jared szybko okaże swoje znudzenie i będzie chciał wracać. Tymczasem z ekscytacją chłonie zgromadzone eksponaty, zadaje mnóstwo pytań i ciągle się uśmiecha.
- Może chwilę odpoczniemy? - zatrzymuję się na środku holu.
- Mieliśmy zwiedzać najwyższy poziom. Czy nie na to najbardziej czekałeś?
- Za chwilę, dobrze? Muszę złapać oddech.
- Źle się czujesz? - od razu orientuje się w sytuacji.
- Nie, po prostu...
- Męczy cię tak długie siedzenie... Co tu zrobić... - zastanawia się na głos.
- Pójdziemy do restauracji? - proponuję.
- Świetny pomysł – przytakuje mi.
Rozsiadamy się na welurowych fotelach. Chłopak podkłada mi pod plecy ozdobne poduszki, a nawet pomaga ułożyć nogi w taki sposób, iż prawie leżę.
- Lepiej? - pyta, nie kryjąc troski o mój kręgosłup.
- Tak – odpowiadam uśmiechem na jego uśmiech. - Dobrze się bawisz?
- Ja? Świetnie! To niesamowite miejsce!
- Cieszę się.
- Kai, może pojedziemy do hotelu i przyjdziemy tu jutro?
- Nie możemy. Musielibyśmy zarezerwować nowe bilety. Najbliższy termin to przyszły miesiąc. Nie martw się. Nic mi nie jest. Mamy jeszcze cztery godziny. Potem mogę leżeć nawet przez tydzień.
- Jeśli o mnie chodzi, nie ma problemu. Możemy przyjeżdżać do LA w każdy weekend.
- W każdy? - parskam śmiechem.
- Nie jestem wielkim fanem, jak ty. Poza Messim czy Ronaldo, nie rozróżniam innych zawodników, ale musisz przyznać, że to miejsce robi wrażenie.
- Też tak sądzę.
- Jedz i sprawdzimy co kryje ostatnie piętro. - Nie jestem głodny, ale czujny Jared od razu złoży raport Alison, a tego nie chcę. Dyskretnie połykam kolejne dwie tabletki środków przeciwbólowych. Na szczęście nie zwraca na to uwagi, zaabsorbowany pisaniem smsmów.
Gdy opuszczamy restaurację zauważam znajomo wyglądającą marynarkę... Jeśli Łysol nas tu przyłapie, Jared może mieć poważne problemy.
- Nie tak szybko – upominam go, wskazując na naszego wychowawcę. - Za mną – uciekamy do głównej sali, którą zwiedzaliśmy jakiś czas temu. Na jej końcu znajdują się windy, więc zanim Martin nacieszy oczy ekspozycjami, znajdującymi się na niższych poziomach, my zdążymy się stąd ulotnić. Mój plan nie przewidział jednego, lecz jakże ważnego szczegółu. Windy w tym skrzydle zostały wyłączone z użytku.
- I co teraz? - pyta.
- Pora wracać do hotelu.
- Nie wyjdziemy stąd, jeśli nie obejrzymy wszystkiego – decyduje.
- Łysol się ucieszy na nasz widok. Nie będziemy ryzykować.
- Może nie będzie tak źle? - żartuje nerwowo.
- A śnieg spadnie w lipcu... Daj spokój. I tak sporo widziałem.
- Nie wierzę! Czy to nie nasz mały pupilek? - drwi Donovan, wychylający się zza szklanej kolumny. - W dodatku razem ze swoim kochasiem... Hej, Nathan! Chodź sobacz, kogo spotkałem!
- No proszę... A Martin przez cały dzień przeżywał, że cię nie ma – kapitan uśmiecha się z przekąsem.
- Tęskniliście? - patrzę mu prosto w oczy.
- Nowy, jestem pod wrażeniem. Zrobiłeś się bardzo odważny – komentuje Donovan. - Miłość cię tak uskrzydla?
- Moja sytuacja jest teraz inna. Nie wrócę już do szkoły, więc nie muszę chować się po kątach. Poza tym dobrze znam trenera Tanakę. Jedno słowo i przesiedzisz mecz na ławce rezerwowych.
- Daj spokój. Przecież nic ci nie zrobimy. Załatwiłeś nam spoko wyjazd. Czemu nie wybraliście się z nami autokarem?
- Hall stwierdził, że nie ma wolnych miejsc – Jared wtajemnicza go w naszą sytuację.
- To dziwne, jechałem tym autokarem i odniosłem przeciwne wrażenie – atakujący przeczesuje włosy dłonią. - Wie, że tu jesteście?
- Przekonajmy się. Biegnij i go zawołaj. Kto wie, może w ramach nagrody pozwoli ci  pocałować się w tyłek – celowo go prowokuję.
- Tak się składa, że mylisz się w stosunku do nas – broni się, opierając dłonie na poręczach wózka.
- Serio? Przez blisko dwa lata zdążyłem wyrobić zdanie na ten temat – nie odpuszczam.
- Pomogłeś nam z matmą, więc jeśli się zamkniesz, to może i my pomożemy tobie. - Wyciąga telefon i wybiera jakiś numer. - Ben, gdzie jesteś? Na dole? A jest z wami Martin? Dobra, przypilnuj go dla mnie, ok? Ma się trzymać z daleka od... Gdzie chcecie iść? - pyta Jareda i mnie.
- Na górę.
- Martin ma się trzymać z daleka od najwyższego poziomu, jasne? Jeśli ci się wymknie, powiem Tanace, że palisz... W razie czego od razu dzwońcie – rozłącza się. - Jest w barze na dole. Ben i Zack będą go śledzić. Możesz śmiało jechać na samą górę. Gdyby coś było nie tak, zadzwonię.
- Dlaczego to robisz? - przyglądam mu się nieufnie.
- Przysługa za przysługę. Tylko pamiętaj, to jednorazowa akcja – klepie mnie po ramieniu, po czym odwraca się plecami i oddala razem z Donovanem.
- Co to było? - liczę na to, że Jared wyjaśni mi sytuację, bo nadal jestem zaskoczony ich niecodziennym zachowaniem.
- Nie wiem, ale skoro mamy zielone światło, wykorzystajmy je.

Niecałe trzy godziny później, gdy siedzimy już w samochodzie, mój towarzysz przestawia GPS, by znaleźć hotel swojej ciotki, a ja piszę do mamy, która przez cały dzień zasypuje mnie gradem wiadomości. Wysyłam jej kilka zdjęć, za które mi dziękuje.
- Za niecałą godzinę powinniśmy być na miejscu.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się zwiedzić to muzeum.
- A ja uważam, że powinniśmy tu przyjechać jeszcze raz i to na dłużej. Nie widziałem wszystkich filmów.
- Możesz je obejrzeć w internecie. Przypomnij mi, to podeślę ci odpowiedni link.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy.
- Jak się czujesz? Poprawić ustawienie fotela? - znowu zaczyna...
- Nie trzeba. Tak jest dobrze.
- Boli cię?
- Tych kilka godzin warte było każdego poświęcenia.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie mam ochoty na kolację z ciotką. Zawsze opowiada tylko o tym hotelu, albo swoich psach. Szczerze wątpię, że tym razem ktoś rzuci się nam z odsieczą.
- Obawiam się, że sam będziesz musiał stawić jej czoła.
- Nie ma takiej opcji. Powiem jej, że twoja mama płaci mi za doglądanie jej słodkiego pisklaczka.
- Zabiję cię za to, wiesz o tym?
- Nie porzuca się przyjaciół w potrzebie.

Gdy docieramy do hotelu, ból bardzo się nasila. Z ulgą przyjmuję wiadomość, że ciotce coś wypadło i spotka się z nami dopiero jutro. Marzę o tym, by się położyć. Nic innego mnie nie obchodzi. Jared przejmuje dowodzenie. Bez problemów odnajduje nasz pokój. Nie obchodzi mnie ani jak wygląda, ani jaki widok roztacza się z okna. Liczy się to, że kładę się na podłodze.
- Zamówiłem kolację.
- Jest jeszcze wcześnie. Nie musisz ze mną siedzieć. Wydrukowałem dla ciebie wejściówki, które...
- Nigdzie się stąd nie ruszę – zapewnia. - Na łóżku będzie ci wygodniej. Pomogę ci.
- Nie, tak jest dobrze. Chociaż... - przygryzam dolną wargę, zastanawiając się, czy mogę poprosić go o coś takiego...
- Chociaż?
- W plecaku mam takie specjalne ampułki. Mógłbyś mi je podać?
- Jasne – podnosi się z ziemi i sięga po mój bagaż. Odpina zamek i wyciąga niepotrzebne rzeczy. Gdy orientuje się co zamierzam zrobić, zaczyna się wahać. - Kai... O to ci chodziło? - zmartwiony spogląda raz na mnie, raz na strzykawki.
- Tak. Podaj mi to, proszę – siadam, opierając się plecami o łóżko i zdejmuję bluzę.
- Może powinniśmy pojechać do szpitala?
- Myślisz, że kto mnie tego nauczył? To nic takiego – zapewniam go, sprawnie przygotowując zastrzyk. - Jeśli tak cię to przeraża, nie patrz – próbuję umieścić opaskę uciskową w odpowiednim miejscu, co okazuje się trudniejsze niż myślałem.
- Daj – klęka obok mnie. Jego dłonie lekko drżą, gdy pomaga mi ją założyć.
- Musisz mocniej ścisnąć – instruuję go.
- Jesteś pewny?
- Tak, jestem – cała reszta przebiega szybko i sprawnie. - Widzisz, mam w tym niezłą wprawę – uśmiecham się lekko. Jaredowi nie jest jednak do śmiech. Łapie mnie delikatnie za ramiona i całuje. Spodziewałem się różnych reakcji z jego strony, ale nie takiej...
- Kai...
- Obiecałeś... - odsuwam go.
- Przepraszam... Poniosło mnie... Gdy zdałem sobie sprawę z tego, co robisz i jak to robisz...
- To drobiazg. Nie myśl o tym.
- Jak mam o tym nie myśleć?! Kocham cię, a ty tak bardzo cierpisz! To moja wina! Gdybym cię powstrzymał, to...!
- Sam tego chciałem. Jakiś czas temu obyłbym się bez zastrzyku, ale wiesz, jak jest. Przykro mi, że musiałeś na to patrzeć. Następnym razem...
- Nie będzie następnych razy!
- Będą... Dobrze wiesz, że będą.
- Jak możesz tak spokojnie o tym mówić?! - wyciąga rękę i przesuwa palcami po moim policzku.
- Przyzwyczaiłem się – wzruszam ramionami. - To tylko zastrzyk.

Przekonanie Jareda, że przesadza, zajmuje mi sporo czasu. Stopniowo jego emocje opadają. Uspokaja się, i co za tym idzie, odzyskuje panowanie nad sobą. Podkręca także ogrzewanie, bo dużo czasu spędzam leżąc na dywanie.
Nie ubrałem bluzy, a wiem, że koszulka z krótkim rękawem nie zasłania całej blizny, którą mam na ramieniu. Po części jest mi przykro, bo chłopak zmienił sposób, w jaki na mnie patrzy. W jego oczach nie ma już wesołych iskierek, które tak lubię. Poważny i zamyślony, bezustannie wodzi wzrokiem po moim poranionym ciele. Robi mi się przykro. Doskonale wiem, co będzie dalej. Tego wieczoru pogrzebałem nasze szanse na przyjaźń... Szybko mi poszło...
Blue... On nic o mnie nie wie. Jak mam wierzyć, że zaakceptuje mnie takiego, jakim jestem, skoro nawet silny i pewny siebie Jared, wymiękł... Ciągle powtarzał, że mnie kocha, że mu zależy, a tu proszę... Kilka minut i po jego gorącym uczuciu nie ma śladu. Wylałem mu na głowę wiadro lodowatej wody. Tak go to otrzeźwiło, że nawet słowem się nie odezwie...
Powinienem być mu wdzięczny za to, że mnie tu przywiózł. Tylko dzięki niemu zwiedziłem muzeum. Tych kilka godzin, które razem spędziliśmy... Śmialiśmy się i wygłupiali. Po raz pierwszy od dawna było mi dobrze. Beztrosko. Nie myślałem o tym, że nie mogę chodzić. Spędzałem czas z przyjacielem... Nigdy tego nie zapomnę.
Musiałem zasnąć, bo gdy się budzę, jest już po pierwszej w nocy. Powoli wstaję z podłogi, ściągam buty i kładę się na łóżku, chowając twarz w poduszce. Jestem pewny, że on także już dawno śpi, bo jego spokojny oddech wypełnia całe pomieszczenie. Niewygodnie mi, ale nawet nie drgnę. Chcę zapamiętać także i ten moment...
- Śpisz już?
- Nie – odwracam twarz w jego stronę.
- Nadal boli?
- Nie.
- Kłamiesz.
- Czuję lekki dyskomfort, ale to minie.
- Dyskomfort?
- Większość dnia siedziałem – przypominam mu.
- Co robisz, by tego uniknąć.
- Oprócz leżenia? Pływam, a Naomi robi mi masaże...
- Masaż? I to pomaga?
- Czasami.
- To świetny pomysł – podrywa się ze swojego łóżka. - Spróbujemy?
- Absolutnie nie! - niestety, w obecnej sytuacji mogę jedynie zaprotestować, ale Jared mnie nie słucha.
- Będziemy potrzebować jakiegoś olejku... Z pewnością jest w łazience – od razu kieruje się w tamtą stronę. - Znalazłem! - woła uradowany.
- Ani się waż! - wpadam w przerażenie.
- Nie denerwuj się tak. Wiem co robię – zapewnia mnie. Materac ugina się pod wpływem jego ciężaru. Ostrożnie przekłada nogę przez moje biodra. Jestem w pułapce! - Wygodnie ci? - dopytuje, zabierając moją poduszkę i zrzucając ją na podłogę.
- Jared! Zejdź!
- Spróbuj się zrelaksować... - mruczy mi do ucha, podciągając moją koszulkę w górę. - Musisz to zdjąć... - pomaga mi uwolnić się ze zbędnej odzieży, którą również odrzuca.
- Nie chcę tego! Słyszysz?! - podpieram się ramionami, lecz nie mam dość siły, by go zrzucić.
- Spokojnie. Zaufaj mi... Połóż się i... - nakrywa moje dłonie swoimi i układa na pościeli, po obu stronach mojej głowy. - Cii... Nie dzieje się nic złego... - jego kciuki zataczają drobne kółka.
- Nie możesz! Jesteś ciężki! Zostaw mnie! - walczę ze wszystkich sił. Chłopak pochyla się nade mną jeszcze bardziej i zaczyna całować po nagim karku.
- Kai... Uspokój się. Nie zrobię ci nic złego. Jutro czeka nas długa podróż do domu. Nie dopuszczę, abyś cierpiał z tego powodu. Proszę, pozwól mi.... - szepcze.
Moje ciało zdaje się decydować za mnie. Czuję drżenie, które wywołują jego ciepło i słowa. Przecież tego właśnie chcę... Dotyku... Jego uwagi... Zainteresowania...
Cofa swoje dłonie i sięga po niewielką buteleczkę. Wstrzymuję oddech, gdy odkręca korek i wylewa odrobinę dziwnie pachnącej substancji bezpośrednio na moją skórę.
- Zimne? - śmieje się. - Mam ciepłe dłonie. Ogrzeje cię... - Muska moją skórę samymi opuszkami... Cały drżę. To oczekiwanie na to, co się za chwilę stanie, jest gorsze niż... - Powiedz, gdyby bolało... - Przesuwa nimi bardzo powolutku do góry. Zagryzam mocno wargi, a on kontynuuje. Moja skóra staje się śliska od oliwki. Dociera aż do karku, a potem podąża w stronę ramion... O nie! Poparzenia! On nie może...! - Nie lubisz być dotykanym przez innych?
- Proszę... - skomlę cicho, licząc na to, że jednak się nade mną ulituje. Tymczasem on zaczyna badać łopatki, a potem żebra, aż ponownie cofa się do miejsca, w którym zaczął...
- Przyjemnie, prawda? Masz bardzo wrażliwą skórę. Domyślam się, że dla kogoś takiego jak ty, te rany musiały być istną torturą – opuszkami gładzi nacięcia, które zdobią moje plecy. Oczy zachodzą mi łzami... To ponad moje siły... - Cii... - powtarza tylko. - Nie skrzywdzę cię. Jesteś dla mnie najważniejszy. Nie musisz się niczego obawiać. Już dawniej zauważyłem, że chowasz się pod ubraniami. Nie musisz. Kocham cię takiego, jaki jesteś.
- Nie...
- Tak. Jesteś piękny.
- Kłamiesz!
- Nie kłamię. Udowodnię ci to... Wiele razy... Niestety, dziś nie będziemy się kochać...
- Co?! - próbuję się podnieść, lecz on od razu przyciska mnie z powrotem do materaca.
- To, co słyszałeś. Pragnę cię... Rozebrać, pieścić, patrzeć w oczy, gdy będziesz dochodzić... Krzyczeć z rozkoszy moje imię... Wtedy też nie będziemy się śpieszyć. Odbijemy to sobie później, gdy będziesz już po operacji. A do tego czasu...
- Jared, ty kompletnie oszalałeś! Zostaw mnie w spokoju! Ach...! - wyrywa mi się cichy krzyk, bo udaje mu się znaleźć miejsce, które najbardziej mnie boli.
- Tutaj, prawda? - uciska je delikatnie, próbując rozmasować. - Tak dobrze? Mam przestać?
- Nie... - powoli zaczynam mu się poddawać, zbyt oszołomiony. Wreszcie czuję ulgę. Ból praktycznie mija. Są tylko jego dłonie... Kwiatowo-pudrowy zapach... Aż w końcu senność.

Budzi mnie szept prowadzonej rozmowy, dochodzący gdzieś z oddali. Dźwięk przymykanych drzwi. Czyjeś kroki... Zapach kawy... Jest mi zbyt dobrze... Czuję się tak, jakbym znajdował się w jakimś kokonie, odcięty od wszelkich trosk i zmartwień. Jest tylko ciepło i dłonie, które...
- Kai... - gwałtownie otwieram oczy. - Przepraszam, myślałem, że już nie śpisz – uśmiecha się, a ja na jego widok zapominam jak się oddycha. Siedzi na podłodze przy łóżku. Ma lekko pochyloną na bok głowę, którą opiera na dłoni. Zmniejsza odległość między nami. Piętnaście centymetrów... dziesięć... pięć... Ociera się ustami o moje usta. Powoli... Boleśnie powoli... Rozchylam wargi, aby go skusić do czegoś więcej. Nie waha się. Od razu wykorzystuje okazję. Smakuje kawą i czymś, czego nie umiem jeszcze nazwać... Jego pocałunek jest agresywny, język zwinny, a ja całkowicie uległy... Czy Blue również by mnie tak całował? Zamieram, uświadamiając sobie, że to co robię, jest niczym innym jak podłą zdradą!
- Nie!
- Co się stało? Zrobiłem coś nie tak?
- Nie rób tego nigdy więcej!
- Czego? - udaje niewiniątko, chociaż jest równie zasapany jak ja.
- Nie całuj mnie więcej.
- Dobrze wiesz, że nie mogę obiecać czegoś takiego. I tak bardzo się powstrzymuję, by cię bezustannie nie dotykać. W nocy mało brakowało, a...
Właśnie. W nocy... Mówił o tym, że mnie pragnie, a ja jak największy idiota, złapałem się na jego lep...
- Kai, nadal cię boli?
- Nie.
- Więc co się dzieje?
- Nie kocham cię! Zrozum to wreszcie!
- Przestraszyłem cię? Przepraszam. Więcej tak nie zrobię.
- Przedtem też tak mówiłeś... - wypominam mu.
- Bo jest mi ciężko... Masz pojęcie jak to jest, gdy dotykasz kogoś, kogo kochasz ponad wszystko? Twoja reakcja... To, jak stopniowo mi zaufałeś. Poddałeś się... Moje dłonie przyniosły ci ukojenie. Tak niewiele mogę dla ciebie zrobić. Czuję się bezsilny, bo ty tak bardzo cierpisz, a ja... - chowa twarz w dłoniach.
 - Jared... - sam nie wiem, co chciałbym mu powiedzieć. Boli mnie, gdy jest w takim stanie. Jego zachowanie i bliskość za bardzo mieszają mi w głowie. Mam już jednego chłopaka i tego powinienem się trzymać.
- Nic nie mów. Wiem, że mnie nie kochasz, ale nie możesz zabronisz walczyć o to uczucie. Masz ochotę na śniadanie? Rozmawiałem z ciotką. Czeka na nas około dziesiątej w restauracji.
- Która jest godzina?
- Dziewiąta. Jeśli wolisz zostać, to...
- Nie. Chcę pójść razem z tobą – siadam na łóżku. Brązowe tęczówki chłopaka kolejny raz przesuwają się po mojej skórze. - Przestań...
- Zabraniasz mi na siebie patrzeć? Jesteś okrutny!
- Nie potrzebuję twojej litości! - burczę na niego, szukając wzrokiem porzuconych ubrań.
- Nie nazwałbym tego litością – odpowiada rozbawiony.
- Nie? A czym?
- Pożądaniem. Mówiłem ci już wczoraj. Są setki rzeczy, których chciałbym z tobą spróbować. Wystarczy jedno słowo i... - Obserwuję, jak powoli wyciąga rękę, po czym sugestywnie przejeżdża palcami po mojej nagiej skórze.
- Nie! - strącam ją, czując jednocześnie zdradziecki płomień na polikach.
- Sam widzisz, nie mam z tobą lekko...

Wspólne śniadanie w towarzystwie uroczej, starszej pani, nastraja nas bardzo pozytywnie. Kobieta jest szczęśliwa z powodu odwiedzin i zmusza, abyśmy przedłużenie pobytu do niedzieli. Jared jest zachwycony. Zamiast wielogodzinnego zwiedzania, decydujemy się na spędzenie popołudnia leniąc się przy hotelowym basenie.
- Niedaleko stąd jest kino. Grają niezłe filmy. Masz ochotę się przejechać? - spogląda na mnie z nadzieją. - Możemy też pojechać do...
- Jedź, jeśli chcesz. Ja tu zostanę.
- Możemy pooglądać coś w pokoju.
- Nie musisz mnie niańczyć. Poradzę sobie.
- Zostaję tutaj, koniec tematu – decyduje, wpatrując się w niebo.
- Nie musisz...
- Koniec tematu!
- A ponoć to ja jestem nieznośny... - kpię z jego zachowania.
- Kai! - rzuca we mnie poduszką. Przez chwilę mierzymy się wzrokiem, lecz nie potrafię zachować powagi i obydwaj wybuchamy śmiechem.
- Może jednak wybiorę się  z tobą do kina.
- Słuszna decyzja – chwali mnie.
- Kai... ? - ten głos.... - Nie przywitasz się z własnym ojcem?

środa, 18 stycznia 2017

Rozdział VI

„Kai


Obserwuję mamę, która nerwowo krąży po szpitalnym pokoju, czekając na powrót doktora Nedda. Przez większość dnia maltretował mnie na wszelkie możliwe sposoby, więc z ulgą przyjąłem wiadomość, że to już koniec i mogę sobie odpocząć. Najchętniej poszedłbym spać, ale trzeba się jeszcze ubrać i wrócić do domu, a najlepsze dopiero przed nami...
- Mamo, usiądź.
- Za chwilę, dobrze? - uśmiecha się blado, obejmują ściślej ramionami.
Rozumiem ją. Ja również uciekłbym z tego pokoju z prędkością światła. Staram się tego nie okazywać, lecz bardzo się boję. Chciałbym, by chociaż przez chwilę potrzymała mnie za rękę. Gdy tak nerwowo spaceruje, tylko pogarsza sprawę.
- Mamo... - ponownie zwracam na siebie jej uwagę.
- Tak?
- Proszę, usiądź obok mnie.
- Jestem zbyt zdenerwowana na siedzenie!
- Zauważyłem – zrezygnowany splatam palce obu dłoni.
Mija kolejna godzina. Pielęgniarka odłącza mi kroplówkę. Uśmiecha się przyjaźnie, po czym wychodzi. Rozglądam się po tym niewielkim pomieszczeniu. Jeśli doktor Nedd zdecyduje się na operację, spędzę kilka miesięcy zamknięty w tych czterech ścianach. Sterylna czystość, telewizor przymocowany przy suficie, małe okno, przez które widać jedynie elewację sąsiedniego budynku oraz setki godzin na sali tortur... Chcę do domu...
Moje rozmyślania przerywa ciche pukanie do drzwi.
- Proszę! - serce mamy bije tak szybko... Słyszę je z odległości kilku metrów.
- Przepraszam, że tyle to trwało – mężczyzna ubrany w biały, szpitalny fartuch jak zawsze jest mocno zapracowany. Od razu siada obok mnie na krześle.
- Panie doktorze... - proszę, nie rób tego... nie chcę wiedzieć... - Czy przeprowadzi pan operację mojego syna?
- Musimy o tym poważnie porozmawiać – doktor zakłada okulary, by po raz kolejny przejrzeć wyniki badań. - Tak jak ostatnio przewidywałem, nacisk na nerwy jest coraz większy. Przedtem bolało tylko okazjonalnie, a teraz ból będzie się stopniowo nasilał. Niestety, poza operacją, nic nie da się z tym zrobić.
- Zakwalifikował go pan do zabiegu?
- Z medycznego punktu widzenia, to jedyne wyjście. Sądziłem, że będzie można jeszcze trochę poczekać, ale czas w twoim wypadku, nie jest naszym sprzymierzeńcem – spogląda na mnie smutno.
- To cudowna wiadomość, kochanie! - mama nie potrafi zapanować nad emocjami, jednak ja nie odrywam wzroku od twarzy mojego ortopedy.
- I tu sprawa się komplikuje... - wzdycha, ponownie poprawiając swoje okulary. - Musicie dobrze to przemyśleć, zwłaszcza ty, młody człowieku, bo to od ciebie w głównej mierze zależy, co zrobimy.
- Przecież przed chwilą mówił pan, że operacja jest konieczna, więc nie ma o czym rozmawiać – wtrąca się mama.
- Podtrzymuję moją poprzednią diagnozę, ale... - tej części najbardziej się obawiałem.
- Ale? - naciska na niego coraz mocniej.
- Rozmawiałem z moimi kolegami i wszyscy zgodnie uważamy, że w obecnym stanie, Kai ma około pięćdziesięciu procent szans na chodzenie.
- Nie rozumiem. Przedtem twierdził pan, że bez problemu będzie mógł chodzić.
- Owszem, bo liczyłem na to, że jego organizm okaże się silniejszy. Nerwy nie chcą się zregenerować, co oznacza, że operacja, oprócz poprawy jego stanu zdrowia, niesie za sobą spore ryzyko, którego nie brałem pod uwagę.
- Co pan przez to rozumie? - po raz pierwszy zabieram głos w dyskusji.
- Może się okazać, że nie uda się nam niczego zmienić i będziesz skazany na wózek, tak jak do tej pory. Możesz też całkowicie stracić czucie w nogach, ale nie tego obawiam się najbardziej.
- Jest coś jeszcze... - robi mi się słabo.
- Owszem, jest. To ból. Jeśli bardziej uszkodzimy nerwy, resztę życia spędzisz w agonii.
- Rozumiem...
- Nie, nie rozumiesz – przerywa mi. - Nie mówimy o tygodniach, czy miesiącach, ale o latach cierpienia. Leki z pewnością ułatwią ci funkcjonowanie, ale nie wyeliminują dyskomfortu. Jesteś dość silny, by się z tym zmierzyć?
- Stanie się tak tylko w wypadku, gdyby operacja się nie powiodła, prawda? - mama już podjęła decyzję...
- Tak – przytakuje jej doktor Nedd. - Wiem, że musicie się nad tym zastanowić, przedyskutować na spokojnie...
- Proszę zapisać Kaia na operację!
- Mamo! Ja nawet nie...! - muszę ją powstrzymać, zanim będzie za późno.
- Słyszałeś, co powiedział pan doktor? Masz pięćdziesiąt procent szans na powrót do zdrowia!– ekscytuje się.
- To prawda. Mam też pięćdziesiąt procent szans na paraliż – chciałbym, by moje kontrargumenty do niej trafiły, bo przeraża mnie wizja, że będę uzależniony od środków przeciwbólowych. Już teraz jest mi ciężko.
- Synku, wiem, że to spore ryzyko, ale trzeba to zrobić póki jesteś młody. Te kilka miesięcy w szpitalu szybko miną, zobaczysz. Będziesz musiał włożyć sporo pracy w ponowną rehabilitację, ale to nic! Damy sobie radę. Cały czas będę przy tobie.
- Tu nie chodzi o szpital. Nie chcę skończyć jako ćpun. Przecież nie muszę podejmować decyzji o operacji już teraz, prawda? - z nadzieją spoglądam na lekarza.
- Jak już wspominałem, czas nie jest twoim sprzymierzeńcem. Jeśli szybko nie zadziałamy, operacja nie będzie możliwa. Ma to swoje plusy, ale ma i minusy. Plusem jest to, że twój stan nie ulegnie pogorszeniu. Nie stracisz czucia w nogach, lecz możesz zapomnieć o chodzeniu. Za jakiś czas, rok, może dłużej, nie będziesz mógł sam stanąć na nogi. Będzie cię bolało, tak jak teraz. A potem, gdy ból przeminie, nic więcej nie da się zrobić.
- Nie ma takiej opcji! Mój syn odzyska sprawność! Od samego początku wiedzieliśmy, że niezbędna jest kolejna operacja. Kai jest silny i da sobie radę!
- Alison... Ta decyzja zaważy na reszcie jego życia. Nie powinnaś kierować się emocjami, lecz pozwolić, aby chłopak na spokojnie rozważył wszystkie opcje.
- Kai też tego chce, prawda? - determinacja w jej oczach... Jeśli odmówię, nigdy mi tego nie daruje... Czasu nie da się cofnąć. Piłka już na zawsze pozostanie wspomnieniem... Czy to wszystko warte jest tak dużego ryzyka?
- Mamo... Nie wiem, czy to dobry pomysł... Konsekwencje...
- Poczekaj, nic nie mów – powstrzymuje mnie. - Panie doktorze, ile podobnych operacji wykonał pan do tej pory?
- Prawie codziennie je przeprowadzam. Proszę jednak pamiętać, że każdy przypadek jest indywidualny i …
- Ilu pacjentów musi przyjmować leki przeciwbólowe? - dopytuje.
- Mniej niż jeden procent. Piętnaście procent operacji kończy się niepowodzeniem. W wypadku Kaia, jak już wspominałem, albo się uda, albo nie.
- Kiedy przeprowadzi pan operację?
- W pierwszym tygodniu stycznia.
- Tak szybko?! - wpadam w panikę.
- Do tego czasu będziesz się oszczędzać i jak najwięcej leżeć, by nie przeciążać kręgosłupa. Wystawię ci odpowiednie dokumenty do szkoły. Spróbuj podejść wcześniej do egzaminów. Nie będziesz musiał powtarzać roku. Razem z twoją mamą pójdziemy teraz załatwić formalności, dobrze? - klepie mnie po ramieniu.
- Tak.
- Nie martw się. Zrobię co z mojej mocy, by wszystko było dobrze – zapewnia mnie, wychodząc. Zostaję sam. Tysiące myśli kłębi się w mojej głowie. Kolejna operacja, wózek, ból, leki, BlueMoon, rehabilitacja, szkoła, z której muszę zrezygnować, samotność, studia, wycieczka... Czuję, jak broda mi się trzęsie... Zwijam się w kłębek i staram wyciszyć. Nie wolno mi się poddać. Nie teraz...

Przez całą drogę do domu mama mówi tylko o zabiegu. Zachowuje się tak, jakby doktor Nedd zdjął jej z ramion olbrzymi głaz, który ją przytłaczał. Czy moja niepełnosprawność jest dla niej aż takim obciążeniem? Byłem pewny, że traktuje mnie tak jak przedtem. Udawała? Oszukiwała przez ten cały czas? Czasami prosiłem ją o pomoc, ale robiłem to sporadycznie. Czy czuła się przez to wykorzystywana? Sam już nie wiem.
- Cieszysz się, prawda? - zagaduje mnie.
- Tak, mamo. Cieszę.
- Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. Odzyskasz swoje dawne życie. Pójdziesz na studia – szczebiocze.
- Wózek nie przeszkadza w byciu architektem – przypominam jej.
- Kai, nie łap mnie za słowa. Dobrze wiesz, że kocham cię ponad wszystko. Po prostu cieszę się, że wszystko wróci na swoje miejsce.
- A jeśli się nie uda? Jeśli operacja pogorszy mój stan?
- Nie pleć bzdur! Doktor Nedd to wybitny specjalista. Sam słyszałeś, że nieudane operacje to tylko piętnaście procent zabiegów.
- A ja mam pięćdziesiąt procent szans...
- Zaufaj mi. Wiem, że wolałbyś poczekać, ale nie możemy tracić ani chwili. Musimy działać! Za kilka miesięcy będziesz się z tego śmiać, zobaczysz.
- Obyś miała rację...
- Ja mam rację. A ty powinieneś się wstydzić. Gdzie się podział twój optymizm i wola walki? Jak już będzie po wszystkim, zabierzesz mnie na tańce.
- Tańce?! Mamo, nawet tak nie żartuj! - moja irytacja sprawia, że kobieta wybucha śmiechem. Dobrze wie, że nie ma takie siły na niebie i ziemi, która zmusiłaby mnie do tańca, zwłaszcza w miejscu publicznym.
- Jutro pójdę do szkoły i porozmawiam z dyrektorem. Mam nadzieję, że pozwoli ci podejść szybciej do egzaminów.
- Ja też. Nie chciałbym być kolejny rok w plecy.
- Pewnie żal ci tej wycieczki, ale po operacji...
- O nie, nie zgadzam się!
- Kai, nawet tak nie żartuj! Tak daleka podróż jest wykluczona.
- Nie możesz mi zabronić! Bardzo ciężko na to pracowałem. Mogę powtarzać ostatnią klasę liceum w nieskończoność, ale nie zrezygnuję z wyjazdu do Los Angeles!
- Synku, zrozum... To dla twojego dobra – jej ton łagodnieje, ale nie jest w stanie mnie przekonać. Jeśli mam dać się pociąć kolejny raz, to chcę mieć chociaż co wspominać.
- Pójdę tylko do muzeum, nigdzie indziej. Długie lata czekałem na ten moment. Chcę tam pojechać, zanim stanę się lekomanem, który odlicza godziny do kolejnej działki.
- Przestań mówić takie rzeczy! - krzyczy na mnie. Zupełnie nie bierze pod uwagę, że życie to nie bajka, a szczęśliwe zakończenia zarezerwowane są tylko dla wybranych.
- W ten weekend jadę do Los Angeles. Proszę, nie próbuj mnie powstrzymać, bo już postanowiłem.
- Jared też jedzie? - pyta nagle.
- Jared? Nie mam pojęcia – na sam dźwięk jego imienia czuję jak serce gwałtownie przyspiesza, a poliki stają się znacznie cieplejsze...
- Nie pytałeś?
- Nie, nie pytałem. To nie moja sprawa.
- Przyjaźnicie się. Czułabym się znacznie spokojniejsza, gdybym wiedziała, że w razie czego będzie obok.
- Nie potrzebuję niani. Sam sobie poradzę – odwracam głowę i wpatruję się w światła samochodów, które mijają nas na drodze.
- Jesteś tak samo uparty jak twój ojciec! - słowa mamy mrożą mi krew w żyłach. Dobrze wie, że od czasu wypadku, nie chcę o nim rozmawiać. Jak mogła posłużyć się tak podłym argumentem?
- Bardziej zaboleć nie mogło – szepczę, zaciskając zęby.
- Przepraszam... Przesadziłam – próbuje mnie dotknąć, lecz strącam jej dłoń. Myli się. Nie jestem jak ojciec. Nie zrobiłbym tak podłej rzeczy jak on... Resztę drogi do domu pokonujemy w ciszy.
Po przyjeździe mama proponuje mi kolację. Nie jestem głodny. Wolę zaszyć się w swoim pokoju. Czekają na mnie maile. Ukochany pyta jak mi minął dzień. Był straszny, Blue. Po prostu straszny... Na szczęście mam ciebie... Przesuwam opuszkami po ekranie. Chciałbym mu tyle napisać... Długą wiadomość zastępuję szybkim „kocham”, po czym zasypiam zupełnie wyczerpany.

Czwartkowy poranek... Mama szykuje się do pracy. Chociaż stara się zachowywać bardzo cicho, i tak ją słyszę. Po pewnym czasie uchyla drzwi i zakrada się do mojego pokoju.
- Nie śpisz już? - uśmiecha się lekko, podchodząc do łóżka.
- Dziwnie się czuję nie musząc iść do szkoły.
- Nie martw się, synku. Wszystkim się zajmę.
- Dziękuję.
- Kai... Przepraszam za to, co wczoraj powiedziałam – nadal czuje się winna?
- Proszę, nie wracajmy już do tego – obejmuję ją.
- Bardzo cię kocham.
- Ja ciebie też, mamo. Uciekaj do pracy, bo się spóźnisz.
- Pamiętaj, że masz odpoczywać i dużo leżeć, tak?
- Tak – przytakuję jej niezbyt chętnie.
- Gdybyś czegoś potrzebował, dzwoń – głaszcze mnie po włosach.
- Miłego dnia.
- Tobie też, skarbie – całuje mnie w policzek i wychodzi. Układam się na poduszkach i wpatruję w sufit. Za oknem jest szaro. Chciałbym uchylić okno, by pomimo zimna, słyszeć szum fal... Tymczasem jedyny dźwięk, który udaje mi się wychwycić, to ponowne otwieranie drzwi wejściowych i tłumione przez parkiet kroki. Zapomniała o kluczykach... Układam się na boku, by móc wpatrywać się w widok za oknem. Przymykam powieki. Cisza, ciepło... Już dawno nie było mi tak dobrze.

Budzą mnie poranne promienie słońca, rażące prosto w oczy oraz czyiś oddech, drażniący wrażliwą skórę... Ktoś jest ze mną w łóżku?! Próbuję się wyrwać, lecz silne ramię, którym jestem owinięty, nie daje mi takiej możliwości.
- Dzień dobry – mruczy mi wprost do ucha.
- Jared?! Co ty tu robisz?! - szarpię się, więc powolnie cofa rękę, abym mógł się obrócić.
- Przyjechałem rano, a Alison powiedziała, że mogę wejść... - ziewa przeciągle.
- Pozwoliła ci ze mną spać? Szczerze wątpię... - odpycham go od siebie, ale ani drgnie. Wygląda oszałamiająco. Potargane włosy, błyszczące oczy i ten uśmiech... Czemu aż tak na mnie działa? Przecież mam już chłopaka! BlueMoon z pewnością jest dużo przystojniejszy... I ma ładniejsze dołeczki w policzkach...
- Ponoć nie będziesz już chodził do szkoły. To prawda? - jakby nigdy nic, opiera głowę na ręce i ani myśli o opuszczeniu łóżka.
- Za dwa miesiące czeka mnie kolejna operacja, ale to z pewnością też już wiesz.
- Boisz się?
- A ty byś się nie bał na moim miejscu? W najgorszym wypadku skończę jako sparaliżowany lekoman. Zawsze o tym marzyłem... - drwię. Brązowookiemu ta wizja również nie przypadła do gustu, bo całuje mnie zaborczo i brutalnie. - Pusz-Puszczaj! Co ty wyprawiasz?! - oburzam się, gdy odsuwa się na bezpieczną odległość.
- Kai, nie opowiadaj bzdur. Nic ci się nie stanie, zobaczysz.
- Dwa lata temu też tak sądziłem, a dziś... Spójrz jak daleko doszedłem – drwię.
- Cały czas na ciebie patrzę, wierz mi.
- Dlaczego? Przecież wiesz, że kocham kogoś innego.
- To nie ma żadnego znaczenia. Gdyby on kochał cię chociaż w połowie tak mocno jak ja, nie pozwoliłby, abyś był teraz ze mną.
- To skomplikowana sytuacja... Ja... Znaczy my... - nie umiem się skupić, bo mój wielbiciel zostawia drobne pocałunki na mojej twarzy.
- Mów, proszę. Cały czas cię słucham – zapewnia, nie kryjąc uśmiechu pełnego satysfakcji.
- Nie rób tak!
- Bo nie jesteś mój?
- Tak!
- A chcesz być?
- Nie!
- Jesteś pewny? Ja nie miałbym nic przeciwko – odchyla moją głowę i zaczyna całować po szyi.
- Jared!
- No dobrze... Niech ci będzie... - w końcu odsuwa się ode mnie na bezpieczną odległość, ale nie opuszcza łóżka.
- Nie powinieneś być w szkole?
- Nie mamy pierwszych czterech lekcji – tłumaczy.
- Nie wiedziałem.
- Niestety, po śniadaniu będę musiał się zbierać, ale nie martw się. Przyjadę po lekcjach i pomogę ci spakować rzeczy. Jutro rano wyjeżdżamy.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz. Szkolna wycieczka...
- Szkolna wycieczka nas nie interesuje.
- Mów za siebie!
- Pojedziemy do LA moim samochodem. Tak będzie wygodniej.
- A dlaczego nie autokarem ze wszystkimi?
- Bo Martin się obraził i mnie wykluczył.
- Obraził?!
- Odmówiłem wzięcia udziału w turnieju. Nie mam teraz na to czasu. Muszę się więcej uczyć, by poprawić średnią. Z tak przeciętnymi wynikami nie przyjmą mnie na prestiżową uczelnię – przechwala się.
- Tak? A co chcesz studiować?
- Architekturę. Razem z tobą.
- Chyba żartujesz! - siadam, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia.
- Mylisz się. To bardzo dobry pomysł. Rodzice są zachwyceni. Z resztą sam zobaczysz, gdy ich poznasz. Bez końca o tym rozprawiają. Zwłaszcza ojciec. Chodzi dumny jak paw.
- Jared... Nie chcę być niemiły, ale nic z tego nie będzie. Mówiłem ci setki razy, że...
- Kochasz Blue. Tak, wiem. Pamiętam. Nie zamierzam na ciebie naciskać. Pozwól mi być obok. I zawieźć się do LA.  Będzie ci znacznie wygodniej niż w autokarze, zobaczysz. Weźmiemy samochód ojca. Sam na to nalega. Jest większy. Pójdziemy do muzeum, a potem się zobaczy – splata dłonie na karku, wyciągając się wygodnie.
- Łysol wpadnie w furię, jeśli nas spotka.
- Niech spróbuje... Ty nie musisz się już martwić, prawda? A ja sobie poradzę. Mam swoje sposoby.
- Póki co masz kilka prac do napisania – przypominam mu.
- Nie przejmuj się tym. To żaden problem. Zrobię śniadanie. Na co masz ochotę?
- Nie wiem. Nie jestem głodny.
- I tu się mylisz. Jeśli nie będziesz jadł, nie zabiorę cię ze sobą.
- Jeszcze się nie zgodziłem, a ty już mnie szantażujesz? Jesteś podły!
- Nie, tylko zakochany. Idę do kuchni. Zostań w łóżku.
Zaledwie kilkanaście minut później powraca z hurtową ilością kanapek.
- Gotowanie nie jest moją mocną stroną, ale nie miałem się zbytnio od kogo nauczyć. Rodziców wiecznie nie ma w domu. Wiesz coś o tym, prawda?
- Mama uwielbia swoją pracę – przytakuję mu.
- Ciekawy czy my też tacy będziemy? - zastanawia się na głos. - Zdaniem ojca moglibyśmy otworzyć własną firmę. Staruszek nieźle to wykombinował, nie?
- Zaplanowałeś całe nasze życie?!
- Tylko te ważniejsze szczegóły. Studia, mieszkanie, praca. Nie martw się. Nie jestem despotą.
- Tylko wizjonerem, tak? Powinieneś studiować psychologię. Świetnie byś się odnalazł.
- Powiedz to mojemu ojcu... Zanim zdecydowałem się na architekturę, codziennie suszył mi głowę z tego powodu.
- Dlaczego?
- Miałem mniej ambitne cele. Na szczęście poznałem ciebie. Masz na mnie bardzo dobry wpływ. No i tata jest zadowolony – puszcza do mnie oko.
- Dobrze, że chociaż on... - mruczę, zaskoczony tak niespodziewanymi informacjami.
- A twój ojciec?
- Ojciec... Jest znanym trenerem, ale jestem pewny, że dobrze o tym wiesz.
- Nie utrzymujesz z nim kontaktu?
- Nie chcę o tym rozmawiać – denerwuję się, zaciskając mocniej palce na porcelanowym kubku.
- Kai, możesz mi zaufać. Wszystko, co powiesz, zostanie tylko między nami.
- Nie będę z tobą rozmawiał na ten temat – Jared nie wie kiedy się wycofać. Jest mało taktowny.
- A mówiłeś o nim Blue?
- Nie. Spóźnisz się do szkoły – zbywam go.
- Zdążę.
- Nie szarżuj.
- Jestem świetnym kierowcą.
- Świetnym kierowcą... - prycham. - Nawet najlepsi miewają gorsze dni.
- Masz prawo jazy? - pyta.
- Mam.
- A jednak unikasz prowadzenia samochodu.
- Wiesz, tak się składa, że ostatni, który prowadziłem, spłonął – przyciągam kolana do klatki piersiowej i zaczynam wpatrywać się w pomiętą pościel.
- Kłamiesz. Nie wiem kogo chronisz, ale to nie ty spowodowałeś wypadek – zbiera brudne naczynia, by wynieść je do kuchni. Moje oczy zachodzą łzami... Skąd o tym wie? Nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem. - Przyjadę po szkole, dobrze?
Przez większość dnia zastanawiam się nad jego słowami. Domyślił się prawdy? A może to ja zdradziłem się jakimś szczegółem? Nie, to niemożliwe. I co to za głupi pomysł, by razem jechać do muzeum? Jasne, że tak byłoby znacznie wygodniej. Miałbym więcej miejsca niż w autokarze. Poza tym z pewnością zatrzymałby auto, gdybym go o to poprosił. W dodatku dobrze się ze sobą dogadujemy. Pomijając pocałunki i jego uczucia, których nie chcę... Mam Blue. On jest dla mnie najważniejszy. Jared to tylko kolega. Jeśli zgodzi się trzymać ręce przy sobie i przyjmie pieniądze za benzynę, nie odmówię. Wprost przeciwnie. Do tej pory nawet nie śmiałem marzyć o czymś takim.
Spoglądam na zegarek. Dosłownie pięć minut po planowanym zakończeniu zajęć, słyszę jego samochód, parkujący na podjeździe. Co ciekawe, otwiera sobie własnym kluczem! Kolejna niespodzianka dzisiejszego dnia...
- Alison podarowała mi jeden z zapasowych – cieszy się, wieszając go sobie na szyi.  - Teraz to mój skarb! - chichocze.
- Skarb?
- To prawie jak klucz do twojego serca – rozmarza się, zdejmując kurtkę.
- Śnij dalej, Romeo... - szydzę z niego.
- Nie bądź taki poważny. Zauważyłem, że rzadko się śmiejesz. Odpręż się. Będziemy się świetnie bawić, zobaczysz. Zatrzymamy się w innym hotelu, dobrze?
- W innym? A ten, który wybrałem, jest zły?
- Siostra mojej mamy też ma hotel i uparła się na wspólną kolację. Zgodziłem się. Nie masz nic przeciwko, prawda? Dawno jej nie widziałem.
- Jesteś panem swojego czasu. Zrobisz, co zechcesz – odpowiadam.
- Pójdziesz ze mną. Moja mama już do niej dzwoniła. Ustaliła także szczegóły z twoją
mamą, więc niczym nie musisz się martwić - siada obok mnie na dywanie i obejmuje ramieniem.
- Żadnego dotykania – ostrzegam go.
- Kai, no nie bądź taki zasadniczy – zaczyna marudzić. - Nie widziałem cię przez cały dzień...
- Pojadę z tobą, jeśli obiecasz, że będziesz się dobrze zachowywać.
- To oznacza, że nie wolno mi cię dotykać, tak? - domyśla się.
- Dokładnie tak. Jeśli złamiesz umowę, wrócę do domu autobusem, jasne?
- Aż tak ci na nim zależy? - jego twarz tężeje. Zadanie tego pytania musi go sporo kosztować. Czuję się nieco winny. Jego uczucia względem mnie są szczere, ale nic na to nie poradzę. Kocham Blue. - Tylko przyjaciele, co? - wyciąga dłoń w moim kierunku.
- Tylko przyjaciele – uśmiecham się, bo wreszcie udało się nam wypracować jakiś kompromis.
- W takim razie – wzdycha ciężko – weźmy się za naukę. Przywiozłem ci zagadnienia, które musisz opanować przed egzaminami. To jeszcze nic pewnego, ale nasz kochany wychowawca wspominał, że powinieneś to zrobić przez turniejem. Dasz radę?
- Muszę. W przeciwnym wypadku będę powtarzać klasę – przeglądam spory plik kartek, które mi podał.
- Jesteś najlepszy w klasie, więc to żaden problem. Będziemy się codziennie spotykać i przerabiać testy. Zamówiłem mnóstwo książek. Jutro je przywiozę.
- Dobra passa trwa – zaczynam się śmiać.
- Twój chłopak też wybiera się na architekturę?
- Nie.
- Wreszcie jakaś dobra wiadomość! - uradowany wstaje z podłogi i ściąga sweter, rzucając go na krzesło. - Ale najpierw zrobimy obiad. Jestem pewny, że umierasz z głodu, prawda mój przyjacielu? - celowo akcentuje ostatnie słowo. „Przyjaciel”... Nieźle brzmi.