Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham Asunę :D. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham Asunę :D. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 maja 2017

Rozdział XXIV

„Zdrajca


- Jutro wypiszą cię do domu.
- Wiem. Lekarz mi mówił - Ron nie wygląda na specjalnie zadowolonego.
- Co się dzieje? - pytam, siadając obok jego łóżka.
- Nic. Po prostu będąc tutaj... - przerywa.
- No mów.
- Będąc tutaj czułem się bezpiecznie. Nie wiem czy jestem gotowy, by wrócić do mojego mieszkania - pochmurnieje.
- A kto powiedział, że tam wrócisz?
- Przymusowe wakacje dobiegły końca... Pora wyjść spod szklanej bańki i zmierzyć się z rzeczywistością - spogląda na swoje obandażowane nadgarstki.
- Zmierzysz się z nią wtedy, gdy będziesz gotowy. Do tego czasu pomieszkasz ze mną - uśmiecham się zadowolony, że wreszcie mogę wtajemniczyć go w mój przebiegły plan.
- Z tobą? - dziwi się.
- Zaskoczyłem cię, co?
- Rzadko ci się to zdarza.
- Wszystko dokładnie zaplanowałem, więc mam nad tobą przewagę - wyciągam się na krześle, rozkoszując tą chwilą.
- Zdradzisz jakieś szczegóły, czy też dalej będziesz się tak głupio szczerzyć?
- Psujesz całą zabawę - marudzę.
- Chcę już wiedzieć co wykombinowałeś.
- Zabieram cię ze sobą.
- Mam mieszkać na końcu świata, skąd nie ma się jak wydostać? Mowy nie ma! - protestuje.
- Nie przesadzaj, nie będzie tak źle.
- Ty i twój chłopczyk szykujecie się do ślubu. Jeśli liczyłeś na to, że będę pomagać ci wybierać koronki i zastawę, to nic z tego. Takie rzeczy mnie nie kręcą.
- O to nie musisz się martwić. Mama się tym zajmuje.
- Odmawiam. To ciężar, który wolę dźwigać sam.
- Nie pytałem cię o zdanie. Powiedziałem, że jedziesz ze mną i koniec. Prosto ze szpitala udamy się na lotnisko. Jeśli potrzebujesz czegoś ze swojego domu daj znać Haroldowi. Przywiezie ci.
- Tristan, to się nie uda. Obecnie nie jestem duszą towarzystwa, a twój dzieciak za mną nie przepada. Z wzajemnością. Nadal uważam, że to zdrajca i złodziej.
- To mój problem, a nie twój. Ważniejsze jednak, że jestem zazdrośnikiem, więc dla własnego dobra trzymaj z się od niego daleka - grożę mu palcem.
- Masz na wszystko przygotowaną odpowiedź? A co z firmą? - pyta. To jego najbardziej czuły punkt.
- Nad tym też myślałem. Od tej pory to klienci będą przyjeżdżać do nas. Są tak ekscentryczni, że dodatkowa wycieczka nie sprawi im problemu.
- To się nie uda!
- Mimo to spróbujemy. Nie mamy nic do stracenia.
- Nic poza pieniędzmi! Masz pojęcie ile możemy stracić?! - irytuje się.
- Ryzyko jest minimalne. Rozmawiałem już z kilkoma twoimi ulubieńcami. Zgodzili się.
- Kto? Facet od małpki?
- Nie tylko on. Kto jest na czele listy?
- Nie... - otwiera szeroko usta ze zdumienia.
- Tak. Obiecałem mu wspólne łowienie ryb. Był zachwycony.
- Jesteś niesamowity! - oczy mojego wspólnika po raz pierwszy od tygodnia znowu błyszczą.
- Czyli jedziesz? - upewniam się.
- No raczej! Dam radę opanować podstawy wędkowania w kilka dni?
- Harold obiecał, że da ci kilka lekcji, abyś nie zrobił z siebie idioty.
- On też jedzie?
- Bardzo na to nalegał. W sumie nie tyle on, co Rose. Nie mogłem im odmówić.
- Rodzinny wyjazd?
- Jesteś bardzo ważną częścią tej rodziny - ściskam jego dłoń.
- Dziękuję - oczy Rona zachodzą łzami.
- Drobiazg. A teraz musisz mi pomóc. Chcę kupić coś dla Josha, by wynagrodzić mu te kilka dni rozstania. Co powiesz na to? - wyciągam telefon, by mógł rzucić okiem na wybrany przeze mnie zegarek. - Wyprodukowali takich tylko sto. Spodoba mu się?
- Jest wart fortunę - przygląda mi się z niesmakiem. - Przedtem nie byłeś taki hojny.
- Josh jest wart o wiele więcej.
- Nie wydałbym na niego złamanego grosza.
- A ja wprost przeciwnie.
- Już go kupiłeś, więc po co pytasz mnie o zdanie?
- Sam nie wiem. Po prostu jestem szczęśliwy. Chciałbym już zobaczyć jego minę, gdy otworzy pudełko.
- Jest aż tak źle, że musisz uciekać się do przekupstwa?
- Nie - chowam telefon do kieszeni. - Po prostu chciałbym dać mu coś równie niezwykłego jak on sam.
- Mam nadzieję, że doceni twoje starania.
- Ja też.
Rozmawiając z Ronem w szpitalu zataiłem przed nim fakt, że Josh przestał ze mną rozmawiać. Przez ostatnie dwa dni informacji udziela mi Dennis. Mój narzeczony stracił zainteresowanie telefonami ode mnie w chwili, gdy powiedziałem, że nie wrócę na weekend. Za każdym razem, gdy mam choć chwilę wolnego, od razu do niego dzwonię, lecz nie odbiera.
- Wszystko w porządku, panie Wood? - Harold uważnie mi się przygląda, gdy z ciężkim sercem ponawiam połączenie.
- Tak.
- Nadal nie odbiera?
- Niestety - uśmiecham się smutno, wpatrując w zdjęcie błękitnookiego, które zrobiłem, gdy nie patrzył.
- Jutro panu wybaczy.
- Mam nadzieję. Tak bardzo za nim tęsknię.
- Proszę porozmawiać z Dennisem. Może jemu uda się coś wskórać? Ma na niego dobry wpływ. Zaprzyjaźnili się.
- Rozmawiałem z nim dziś rano.
- I co?
- Nic. Jest nieugięty.
- Zależy mu na panu, skoro tak się zachowuje.
- Myślisz?
- Panie Wood, on to robi z zazdrości. Nie jest zachwycony rozstaniem, ani tym, że poświęca pan czas przyjacielowi.
- Z jego przyjazdu też nie będzie zadowolony.
- Powiedział mu pan?
- Nie bezpośrednio. Powiedziałem Dennisowi. Wiesz jak głupio się czułem prosząc go, by przekazał temu uparciuchowi, że go kocham?
- Wyobrażam sobie - mężczyzna zaczyna się ze mnie śmiać.
- Przestań - rozdrażniony nie potrafię nad sobą zapanować.
- Przepraszam, to silniejsze ode mnie. Gdybym nie znał pana od takiej strony, w życiu nie pomyślałbym, że jest pan taki uczuciowy.
- Bo nie jestem! - ta rozmowa sprawia, że czuję się coraz bardziej zażenowany. - Mam trzydzieści lat, prowadzę dobrze prosperującą firmę, w której nie ma miejsca na uczucia.
- A Josh?
- To wyjątek - przyznaję szczerze. - Sam widziałeś jaki jest. Przy nim nie potrafię się opanować.
- Nie ma w tym nic złego. Jest pan zakochany, w dodatku z wzajemnością.
- Gdyby tak było, odebrałby ten cholerny telefon! Ron ciągle mi powtarza, że nie powinienem pozwolić, by omotał mnie jak za pierwszym razem, a jest na jak najlepszej drodze do tego, abym błagał go o wybaczenie, choć to on powinien mnie przepraszać! Nabroił, a teraz niczego nie pamięta. Robię co mogę, by zapewnić mu bezpieczeństwo, a on co? No sam zobacz! - ponownie wykręcam jego numer, lecz od razu włącza się poczta głosowa.
- Odrzucił połączenie?
- Jutro własnoręcznie go uduszę!
- Nie zrobi pan tego. Wystarczy, że chłopak się do pana uśmiechnie.
- Za dobrze mnie znasz, Haroldzie - wzdycham pokonany. - Chciałbym być już w domu. Mam dosyć zmartwień i szpitali. Tego niepokoju o to, czy byłem dość przewidujący. Gdyby coś mu się stało, a mnie nie byłoby obok...
- Zrobił pan wszystko, co możliwe. Nasi ludzie bezustannie kręcą się wokół apartamentowca, obstawili dom pańskich rodziców, są w stałym kontakcie z policją. Teraz wystarczy uzbroić się w cierpliwość i poczekać. Przecież umie pan być cierpliwy, prawda?
- To jedna z moich zalet - drwię z samego siebie.

- Jak tutaj pięknie!
- Cieszę się, że ci się podoba. Mam nadzieję, że poczujecie się jak w domu - uśmiecham się do Rose, która przez całą drogę suszyła mi głowę o fakt, iż nie przyjeżdża tu w charakterze pracownika, lecz gościa. Jej mąż pochłonięty jest rozmową z Ronem. Zasypuje go pytaniami dotyczącymi łowienia ryb. Nawet w tak błahej kwestii chce dać z siebie wszystko. Dla takiego mieszczucha jak on wybór odpowiedniej przynęty to spore wyzwanie. Nigdy wcześniej nie był na rybach, a już zamówił cały asortyment różnego rodzaju sprzętów, łącznie z podwodną echosondą.
- Za moich czasów wystarczył kij, haczyk i kilka robaków. Naprawdę uważam, że podchodzi pan do tego zbyt poważnie - Harold studzi jego zapędy.
- A moim zdaniem powinniśmy być gotowi na wszystko! Zwłaszcza na wielkie ryby! Ja zamierzam złowić bardzo wielką, grubą i bogatą - przechwala się Ron.
- Jak już to zrobisz, poproś, by spełniła twoje trzy życzenia - szydzę z jego nowej pasji.
- Żebyś wiedział! Po pierwsze, chcę być bogaty. Po drugie, chcę mieć powodzenie w interesach, a po trzecie... - milknie. Dobrze wiem, o czym właśnie pomyślał.
- Pierwsze i drugie już się spełniły, a ponoć nigdy wcześniej nie był pan na rybach - Rose ratuje nas z opresji.
- Dziś się to zmieni, prawda Haroldzie? Złowię jakąś wielką sztukę, którą zjemy na kolację.
- Nie lubisz ryb - przypominam mu, wchodząc do salonu.
- To polubię. Ludzie się zmieniają.
- Jeśli serio złapie pan jakąś rybę, z przyjemnością ją dla pana upiekę.
- Dziękuję. Jesteś kochana - Ron całuje Rose w policzek.
Rozbawione towarzystwo nie przestaje się śmiać, lecz ja jestem coraz bardziej nerwowy, bo nigdzie nie widzę Josha. Pojawia się za to Ursula, która wraz z młodszą służącą proponuje gościom zimne napoje.
- Gdzie Josh? - pytam kobietę.
- Jest w kuchni. Karmi swojego kota.
- Przepraszam was na chwilę - zwracam się do zebranych.
- Tylko nie połam sobie nóg! - krzyczy za mną Ron widząc jak szybko się oddalam.
Drzwi od kuchni są otwarte. Dennis zajął miejsce na wysokim stołku przy wyspie i bawi się swoim telefonem.
- Może sam też byś coś zjadł? Śniadania prawie nie tknąłeś - zwraca się do czarnowłosego.
- Nie jestem głodny - odpowiada mu. Nie widzę go, więc podchodzę bliżej. Ochroniarz od razu spogląda w moją stronę, lecz gestem nakazuję mu, by milczał. Josh siedzi na podłodze. Jego ręce są splecione pod kolanami, na których opiera głowę. Przygląda się Cynamonowi, który pochłania niewielkie kawałki różowego tuńczyka. Po skończonym posiłku od razu podchodzi do chłopaka i ociera się o jego nogi.
- Smakowało ci? - pyta swojego ulubieńca.
Chowam się przy kredensie, by móc jeszcze przez chwilę nacieszyć oczy jego widokiem. Znowu jest przeraźliwie chudy. I blady. Ciemne cienie pod oczami świadczą o tym, że nie spał za dobrze w ostatnim czasie. Zajmę się tobą, kochanie. Teraz już wszystko będzie dobrze.
Nie podchodzę bliżej, by go nie przestraszyć, lecz chciałbym być dostrzeżony. Nie mogę się doczekać, aż rzuci mi się w ramiona i zacznie namiętnie całować. Całą jego uwagę skupia na sobie puchaty rudzielec, którego zaczyna głaskać po łepku. Gdy szczupłe palce Josha przesuwają się na jego grzbiet, kot mierzy mnie majestatycznym, znudzonym spojrzeniem, aż w końcu decyduje się podejść bliżej. Jego zachowanie budzi czujność błękitnookiego.
- Cześć - witam się, skoro zostałem już zdekonspirowany.
- Cześć - odpowiada cicho. Przez kilka długich sekund wyraźnie widzę, jak moja postać odbija się w jego jasnych oczach, po czym odwraca wzrok, ignorując mnie.
- Nie cieszysz się, że wróciłem? - pytam zaskoczony tak chłodnym przywitaniem. Chłopak powoli podnosi się z ziemi. Dopiero teraz dostrzegam, że ma na sobie czarne dresy oraz szarą bluzę, której rękawy podciągnął aż do łokci. - Josh? - ponaglam go.
- To twój dom. Prędzej czy później i tak byś wrócił.
- Przywiozłem ci prezent.
- Niczego nie chcę.
- Skarbie... - mocno zaciskam palce na niewielkim, opakowanym w ozdobny papier pudełeczku i robię pierwszy krok w jego stronę. Czarnowłosy od razu zaczyna się cofać do tyłu.
- Zostaw nas samych - proszę Dennisa, który bez słowa spełnia moją prośbę, zamykając za sobą drzwi. Odkładam pudełko na granitowy blat i podchodzę bliżej. - Tęskniłem za tobą.
- Tak? - wzrusza ramionami.
- Nie pocałujesz mnie na przywitanie? Obiecałeś, że to zrobisz - wyciągam rękę i dotykam jego policzka.
- A ty obiecałeś, że wrócisz wieczorem - wypomina mi.
- To była wyjątkowa sytuacja, przecież wiesz - przyciągam go do siebie z cichym pomrukiem, obejmując mocno ramionami.
- Puść...
- Jak dobrze mieć cię tak blisko. Nie masz pojęcia jak mi tego brakowało.
- Mogłeś przytulić Rona - atakuje, nadal grając niedostępnego.
- On nie pachnie tak jak ty. I tak nie smakuje - pochylam się, by go pocałować, lecz celowo odwraca głowę. - Nie odmawiaj mi... Jeszcze kilka godzin, a oszalałbym z tęsknoty...
- Kłamca... Podły kłamca - szepcze cicho.
- Wiem, że cię zraniłem. Poczujesz się lepiej, jeśli przeproszę? - pytam, ujmując go za brodę, by patrzył mi prosto w oczy.
- Możesz spróbować.
- Wybacz mi, mój ukochany. Obiecuję, że więcej cię nie zostawię, a w nocy, gdy będziemy już sami...
- W nocy? - zaskoczony unosi brwi. - Czemu nie teraz?
- Bo...
- Tristan?! Tutaj jesteś! - Ron nie bacząc na nic, podbiega do mnie i chwyta za ramię. - Przed chwilą rozmawiałem z jednym z naszych klientów. Jest już w drodze. Musimy się przygotować.
- Za chwilę, dobrze? Teraz rozmawiam z Joshem - mój wspólnik odwraca głowę i spogląda na błękitnookiego z wyższością.
- Cześć mały, co słychać? Cieszysz się, że będę z wami mieszkał? - Reakcja Josha była do przewidzenia. Zaciska usta w wąską linię i obejmuje się ściśle ramionami. - No co tak patrzysz? Nie wiedziałeś?
- Nie.
- Tristan ci nie powiedział? W takim razie niespodzianka! - uśmiecha się zjadliwie.
- Nie lubię niespodzianek - mamrocze w odpowiedzi, spuszczając wzrok.
- Przyzwyczajaj się, skoro planujesz zostać częścią naszej rodziny - mój wspólnik jest dzisiaj bezlitosny. Przez sekundę mam wrażenie, że Josh aż wstrzymał oddech, słysząc tak przykrą uwagę. Uwalnia się z mojego uścisku i spogląda na Dennisa, który czekał na niego na korytarzu.
- Chodźmy, nie będziemy im przeszkadzać w pracy - zwraca się do ochroniarza.
- Poczekaj! - próbuję go zatrzymać, lecz nie bardzo mam jak to zrobić, bo Ron uwiesił się na mnie i ani myśli puścić. - A prezent? - wołam za nim, gdy wychodzi.
- Mówiłem, że niczego nie chcę.
- Josh!
- Zostaw go. Podąsa się i mu przejdzie. Będziesz miał całą wieczność, by się z nim cackać.
- Ron, przesadzasz! To mój narzeczony. Cokolwiek się przedtem działo, to już nie ma znaczenia, jasne?
- Chcesz mi powiedzieć, że zapomniałeś o zdradach, kradzieży i złamanym sercu?
- Posłuchaj mnie - łapie go za ramiona - nie zaprosiłem cię po to, abyś odreagowywał na nim swoje frustracje!
- Spokojnie, stary. Uspokój się. Nie chciałem nic złego. Wiesz, że kiepsko radzę sobie z emocjami. Jeśli przegiąłem, to go przeproszę.
- Nigdy więcej nie wspominaj o przeszłości - syczę przez zaciśnięte zęby.
- Dobrze, już dobrze. Będę milczał jak grób - bagatelizuje problem. - To co, idziemy, czy zamierzasz rzucić się za nim w pościg?
- Potem z nim porozmawiam.

niedziela, 14 maja 2017

Rozdział XXIII

„Zdrajca


- Kochanie, opowiesz mi co dziś robiłeś? - pytam sennym głosem licząc, że zdołam go jakoś udobruchać.
- Zapytaj ochroniarzy. Oni z pewnością wszystko ci opowiedzą.
- Josh... Nie bądź dla mnie taki zimny.
- A jaki mam być?
- Bardzo za tobą tęsknię - szepczę, by nie obudzić Rona.
- Gdyby tak było, byłbyś teraz ze mną, a nie z nim. Nie widziałem cię od trzech dni - wyrzuca mi.
- Mógłbyś wykrzesać z siebie odrobinę wyrozumienia. Ktoś czyha na twoje życie, Ron leży w szpitalu, a ja spędziłem cały dzień z bandą dziwaków, z których jeden chce poślubić swoją małpkę. Jestem wykończony i marzę tylko o tym, by cię przytulić.
- Pozwól mi przyjechać, to będziesz mnie tulił bez przerwy. I kto wie, może pozwolę ci na coś więcej... - kusi zmysłowo. Przecież zdaje sobie sprawę, że nie pozostanę obojętny.
- Nie - wybucham cichym śmiechem.
- Dlaczego nie? - jęczy do słuchawki.
- Przestań... Kiedy wydajesz z siebie takie dźwięki, mam na ciebie straszną ochotę.
- Tak? A mi zupełnie przeszła ochota na seks z tobą.
- Nawet tak nie żartuj - prycham obrażony. - Gdy wrócę, masz czekać w łóżku. Nagi i gotowy.
- Nie.
- Jak to nie?
- Po prostu nie. Idź spać.
- Nie chcę. Wolę rozmawiać z tobą niż... - ziewam.
- Kłamca.
- No dobrze, jestem trochę zmęczony - pocieram dłonią podrażnione oczy.
- Trochę?
- Jadłeś coś dzisiaj?
- Może - nie lubię, gdy odpowiada półsłówkami.
- Nie możesz bardziej schudnąć, bo znikniesz, a to złamałoby mi serce.
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.
- Bardzo cię kocham - prowokuję ukochanego swoim wyznaniem.
- Zasługuję na to, by być kochanym.
- A ty?
- Co ja? - udaje niewiniątko.
- Kochasz mnie?
- Nie pamiętam.
- Nie pamiętasz? Przypomnę ci, gdy wrócę.
- Znowu nocujesz w szpitalu?
- Tak. Ron jest w rozsypce. Potrzebuje mnie.
- Nie kocham cię. Dobranoc - rozłącza się, karząc mnie kolejnym atakiem zazdrości.
Od Dennisa wiem, że muszą w niego wpychać każdy kęs. Przedtem też taki był. Gdy bardzo się czymś denerwował, potrafił nie jeść przez kilka dni. Jest taki chudy. Nie może... Powieki same mi się zamykają. Jutro, zajmę się tym jutro.

- Pański wspólnik bardzo szybko dochodzi do siebie. Za kilka dni będzie mógł wrócić do domu.
- Cieszę się, panie doktorze. To naprawdę dobra wiadomość - czuję jak część przytłaczającego mnie ciężaru spada z moich ramion.
- Za to o panu nie mogę tego powiedzieć. Powinien pan pojechać do domu i trochę odpocząć, bo jak tak dalej pójdzie to i pan zostanie moim pacjentem, panie Wood - ordynator zaczyna się bawić swoimi okularami, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Bez Rona firma tonie. Nie mogę do tego dopuścić, bo wtedy naprawdę się załamie.
- Nie jest pan niezniszczalny. Przecież pan Horton ma tu niezłą opiekę.
- Wiem i jestem za to bardzo wdzięczny, lecz wolę go mieć na oku. Mam wrażenie, że nie jest jeszcze gotowy, by samemu zmierzyć się z tym, co się stało.
- W każdym razie ostrzegałem pana.
- Dziękuję.
- A jak się ma mój drugi pacjent?
- Josh? Świetnie... Jak tak dalej pójdzie, będę musiał kazać ochronie, by siłą go karmili.
- Proszę na niego nie naciskać.
- Staram się, ale to takie trudne! W dodatku jest cholernie uparty! Gdyby mnie posłuchał, ale nie... On musi wszystko po swojemu.
- Z pana relacji wnioskuję, że ma niezły charakterek. Zawsze taki był?
- Uparty jak osioł? Owszem.
- W takim razie zazdroszczę panu anielskich pokładów spokoju.
- Rozczaruje pana doktorze jeśli powiem, że z tym spokojem to różnie bywa?
- Ależ skąd. Choć dla pana to trudne, powinien się pan cieszyć. Jego osobowość coraz wyraźniej daje o sobie znać. Wkrótce powinien odzyskać pamięć.
- Z jednej strony byłoby mi łatwiej, ale z drugiej... Mam wrażenie, że zaczęliśmy wszystko od początku. Było nieco dziwnie, ale teraz jest już dobrze. Ze wspomnieniami, czy bez nich, kocham go tak samo mocno.
- Mam dziś nocny dyżur. Proponuję, by pojechał pan do domu, a ja posiedzę z pańskim przyjacielem, dobrze?
- Proszę się mną nie przejmować, poradzę sobie.
- Mimo wszystko nalegam. Do rana nie chcę tu pana widzieć, jasne? Ma się pan porządnie wyspać, bo straszy pan mój personel.
- Dziękuję - żegnam się, wychodząc z gabinetu doktora Kenta.

Gdy mam już za sobą wszystkie spotkania, Harold zawozi mnie do apartamentowca. Przez chwilę przyglądam się miejscu, przez które porywacz próbował przedrzeć się do środka ostatnim razem. Wstrząsa mną nieprzyjemny, zimny dreszcz. Ściskam telefon, na który co kilkanaście minut dostaję raport z domu. „Wszystko w porządku” - czytam ostatnią wiadomość. To bardzo mnie uspokaja.
Ochrona nie spuszcza mnie z oczu, co uważam za drażniące. Kilka par oczu bezustannie śledzi każdy mój ruch. Na szczęście zostawiają mnie samego, gdy wchodzę do mieszkania. Teraz lepiej rozumiem Josha. Bycie chronionym ma swoje ciemne strony. Jeszcze dwa, trzy dni i będzie po wszystkim.
- Panie Wood! - Rose z entuzjazmem rzuca mi się na szyję.
- Rose? Co tu robisz? Już późno - próbuję uwolnić się z jej uścisku.
- Jak to co robię? Czekałam na pana z kolacją. Jak pan wygląda? - łapie mnie za brodę i uważnie wpatruje się w ciemne cienie pod oczami, których nie mam przed nią jak ukryć.
- Nic mi nie jest, serio.
- Jak się czuje pan Ron?
- Lepiej.
- Taki młody chłopak, a mógł doprowadzić do takiej tragedii... - kobieta z zatroskaniem ociera łzy z twarzy. - Harold mówił mi, że zostawił pan Josha pod opieką obcych ludzi. To prawda? - szybko zmienia temat.
- Dennis się nim zajmuje.
- Powinien być blisko pana. Nikomu innemu nie ufa.
- Wiem, codziennie mi to wypomina, ale nie przywiozę go tutaj dopóki porywacz nie zostanie aresztowany.
- Biedaczek. Pewnie bardzo to przeżywa - ona też trzyma jego stronę? Czemu wszyscy są przeciwko mnie?
- Ron wybrał najmniej odpowiedni moment.
- No dobrze, resztę opowie mi pan podczas kolacji.
- Wybacz Rose, ale nie jestem głodny. Chcę jeszcze raz zadzwonić do Josha, a potem iść spać.
- Udam, że tego nie słyszałam. Marsz do stołu! - wskazuje mi palcem odpowiedni kierunek. Widząc jej groźnie błyszczące oczy, ani myślę dyskutować.
- Taka musztra potrzebna jest Joshowi, a nie mnie - szepczę pod nosem.
- Nim też się zajmę - zapewnia, nakładając mi na talerz olbrzymią porcję.
- Proszę, zrób to. Dennis powiedział, że cały dzisiejszy dzień leżał w łóżku z Cynamonem i niczego nie tknął.
- Proszę mi oddać swój telefon. Za chwilę do niego zadzwonię - wyciąga rękę po mojego smartfona.
- Naprawdę?
- Szybciutko, bez ociągania się - pogania mnie, odwiązując fartuszek i siadając obok mnie przy stole. - Tylko proszę wybrać numer. Nie lubię tych nowoczesnych urządzeń.
- Mam nadzieję, że odbierze - czekam kilka sygnałów. Błękitnooki nie śpieszy się z podjęciem decyzji.
- Nie chcę z tobą rozmawiać. Jestem zmęczony - nie potrafię ukryć uśmiechu, słysząc ton jego głosu. Wciąż króluje „koci foch”.
- A porozmawiasz z Rose? Jest tu ze mną.
- Tylko pod warunkiem, że nie będziesz podsłuchiwać - odgraża się.
- Proszę mi to dać - Meksykanka odbiera mi urządzenie, z którym od razu przenosi się na kanapę. - Jak się masz mój mój skarbeczku? Dobrze się czujesz? - traktuje go, jakby był małym chłopcem, co najwyraźniej mu odpowiada. - Nie, nie przeszkadza nam. Kazałam mu zjeść kolację. A ty już jadłeś? Chcę wszystko wiedzieć - zachęca go do zwierzeń.
Przez ponad dwadzieścia minut ich rozmowy słyszę tylko „tak” lub „nie”, powtarzane przez Rose bez końca. Za to czarnowłosy jest znacznie bardziej wylewny. Opowiada jej różne rzeczy ze szczegółami, których mi nie chciał powiedzieć. Pomimo zmęczenia, czuję bolesne ukłucie zazdrości.
- Ma do pana uzasadniony żal za to, że został sam - wyrokuje po zakończeniu połączenia.
- Poproś go, by trochę mi odpuścił. Musiałem pomóc Ronowi.
- On ma rację, panie Wood. Pan Ron ma rodzinę, żonę, przyjaciół. Mógł poprosić o pomoc kogoś innego. Josh pana potrzebuje.
- Za kilka dni wypuszczą go ze szpitala, a wtedy wynagrodzę mu moją nieobecność. Kupię co zechce, albo zabiorę w jakieś piękne miejsce.
- To za mało.
- To co mam zrobić? - pytam załamany.
- Zabrać mnie ze sobą.
- Nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo.
- Proszę nie opowiadać bzdur. Rozmawiałam już z córką. Ona też uważa, że muszę jechać.
- Nie przekonam cię do zmiany decyzji?
- Może pan próbować, ale szkoda na to czasu. Przyjdę rano przygotować panu śniadanie, bez którego nie wyjdzie pan z domu. A teraz do spania.
- Jesteś aniołem - całuję ją w policzek.

Żegnam się z Rose, po czym biorę prysznic i układam wygodnie na łóżku. Kładę telefon na poduszce. Jeszcze ten raz...
- Tristan, idź w końcu spać!
- Odebrałeś, czyli jednak nie śpisz... Dlaczego? - poprawiam poduszki i gaszę światło.
- Nie twoja sprawa.
- Nie możesz zasnąć, prawda?
- Nie jestem zmęczony.
- Jesteś. I znowu leżysz za blisko brzegu.
- Skąd wiesz?
- Znam cię. Odsuń się stamtąd. Nie chcę, żebyś spadł.
- Dobrze mi tu.
- A mi nie. Proszę, mów coś do mnie. Chcę słyszeć twój głos zasypiając.
- Ty już śpisz - śmieje się cicho. - Zupełnie jak Cynamon. Wiesz, że umościł się na twojej poduszce?
- Zgoń go.
- Nie. Znowu mnie kocha.
- Nikt nie kocha cię tak mocno jak ja - licytuję się o jego miłość z kotem...
- Cynamon jest taki mięciutki... Dziękuję, że go dla mnie kupiłeś.
- Jak ci się udało uzyskać przebaczenie?
- Dennis mi pomógł. Powiedział, że potrafi każdego obłaskawić i miał rację.
- Tak? To dobrze - ziewam.
- Śpij - otula mnie jego cichy szept.
- Kocham cię.
- Dobranoc.
- Josh... - muszę to usłyszeć chociaż raz.
- Kocham cię, ale tylko troszeczkę.
To mi wystarczy.