Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eryk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eryk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 listopada 2017

Rozdział VII

„Najlepszy


- Panie Johnes, czemu nadal leży pan w łóżku? Nie tak się umawialiśmy, prawda? – z niedowierzaniem odkrywam, że mały książę wciąż ma na sobie piżamę. Jakby nigdy nic, pracuje na komputerze. – Pamięta pan o rozkładzie dnia? – karcę go ostro.
- Najpierw muszę to skończyć – wpatruje się w ekran laptopa, obserwując notowania giełdowe. Za niecałe dwa miesiące przeniesiemy się do Chin. Eryk mocno wziął to sobie do serca i stara się jak najdokładniej poznać rynek.
- Rehabilitacja jest najważniejsza – irytuję się, podchodząc bliżej i zabierając mu jego bezcenny sprzęt. – No już, drugi raz nie powtórzę.
- Mówił ci ktoś, że jesteś apodyktyczny? – marszczy brwi, lecz nie próbuje polemizować. Posłusznie wykona moje polecenia. W głębi duszy wie, że choć wymagam od niego żelaznej dyscypliny, robię to dla jego dobra. Odzyskanie sprawność w prawej ręce jest trudne, lecz nie niemożliwe. Jednak by to się udało, lwią część wolnego czasu musi poświęcić na ćwiczenia. Jest zniechęcony, bo choć walczy z bólem, jego wysiłki spełzną na niczym. Już nigdy nie zagra na skrzypcach. Część z ortopedów, których poprosiłem o konsultację, wykluczyło interwencję chirurgiczną. Inni się wahają, nie chcąc doprowadzić do zupełnego bezwładu ręki. Tymczasem Eryk… Nie pogodził się ze stratą. Jego serce zostało złamane i chyba tylko cud byłby w stanie naprawić ten stan rzeczy.
- Wasza wysokość, taka obelga z twoich ust, to dla mnie prawdziwy zaszczyt – kłaniam mu się. Jasnowłosy nie lubi, gdy przypominam mu o szlachetnym pochodzeniu. Przyzwyczaja się do bycia „zwykłym śmiertelnikiem”, lecz ja mam inny plan.
- Vee… Ja nie chcę ćwiczyć! – marudzi, próbując zakopać się pod kołdrą.
- Nie przesadza pan? To tylko osiem godzin… - ściągam z niego kołdrę i wyciągam rękę, by mieć pewność, że nie odmówi. Choć bardzo ze sobą walczy, w końcu i tak ulega.
- To niesprawiedliwe! Dlaczego mnie zmuszasz? Mógłbym w tym czasie zrobić wiele innych rzeczy – wstaje z łóżka, a ja w tym czasie wręczam mu białą koszulę. Spoglądam na zegarek. Zostało nam piętnaście minut do przyjścia nauczycielki. Powinniśmy zdążyć.
- Taki kaprys z mojej strony – uśmiecham się. – Jeśli się pan postara, w nagrodę pojedziemy do opery – nienawidzę paryskiej opery. Mierzi mnie na samą myśl o snobistycznej atmosferze tych wszystkich miejsc, przesiąkniętych „sztuką”, ale mój podopieczny… Jego oczy od razu wyrażają czystą miłość i zachwyt.
- Mówiłeś, że nie ma już biletów… - wypomina mi zeszłotygodniowe błagania. W wolnych chwilach wyszukuje w Internecie adresy galerii, muzeów i innych przereklamowanych miejsc, a potem zmusza, abym go tam zabierał. Jeśli mamy oglądać dzieła wielkich mistrzów, nie mam nic przeciwko. Jednak sztuka nowoczesna…
- Bo to prawda, lecz dla pana zrobiono wyjątek. Loża może być? – podaję chłopakowi spodnie.
- Naprawdę?! Dziękuję! – rzuca się na mnie, mocno obejmując. Przeprowadziliśmy się do Paryża trzy tygodnie temu. Podjęcie tej decyzji przyspieszyła „rehabilitantka”. To prawdziwa mistrzyni. Przekonanie jej do pomocy było naprawdę trudne, lecz dla księcia zrobię wszystko.
- Nie chcę słyszeć ani słowa więcej na temat tego, że nie będzie pan ćwiczył. Czy wyrażam się jasno? – grożę mu palcem.
- Vee, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę. Zależało mi na tym przedstawieniu. Tobie również powinno przypaść do gustu. Jest rzadko wystawiane z racji dość kontrowersyjnego tematu, jaki podejmuje, ale…
- Opowie mi pan przy śniadaniu – ciągnę go za sobą do kuchni, gdzie czeka na niego ciastko truskawkowe. - Jak ręka?
- Boli – spuszcza wzrok.
- Musi pan wytrzymać. Zdaniem lekarza jeszcze kilka tygodni i będzie lepiej – obecnie największe nadzieje pokładam w pewnym chińskim autorytecie medycznym. Niestety jest on dość restrykcyjny. Postawił poprzeczkę tak wysoko, że księciu zdarza się płakać. Pozwalam mu wtedy na chwilę przerwy, którą i tak później odpracowuje. Bycie dorosłym jest trudne.
- Wytrzymam – zapewnia mnie żarliwie. Boi się, że jeśli mnie rozczaruje, zostawię go samego. Nie zrobię tego.
Podczas śniadania nie potrafię oderwać wzroku od okna wyczekując pojawienia się białej limuzyny.
- Vee, ona może się chwilę spóźnić – Eryk śmieje się ze mnie beztrosko, dolewając herbaty do swojej filiżanki. Dobrze wie, że nieco zadurzyłem się w tej uroczej kobiecie i spędzenie kilku godzin w jej towarzystwie, mocno mnie nakręca.
- Gdy się pan zakocha, to…
- Mówmy o rzeczach realnych – ucieka od tematu. – Dlaczego nie zaprosisz jej na kawę, skoro tak ci się podoba? – sprytnie kieruje temat naszej rozmowy z powrotem na mnie.
- Bo ma już męża, o czym doskonale pan wie – opieram się czołem o zimną szybę.
- I to cię powstrzymuje? – parska śmiechem.
- Nie. Po prostu kobiety takie jak ona, nie są zainteresowane przelotnymi znajomościami.
- Więc zaoferuj jej coś więcej – podchodzi bliżej przeszklonej ściany, by móc razem ze mną przyglądać się ruchliwej ulicy.
- Panie Johnes… - jak mam mu to wytłumaczyć? – Więcej jest wtedy, gdy chce się z kimś stworzyć dom.
- Dom… - to słowo jest mu zupełnie obce. Brzmi smutno i niesie za sobą same zgryzoty.
- Już jest! – wskazuję na białą limuzynę, która skręca w naszą ulicę. – Rozegramy to tak. Pan będzie się uczył, a ja flirtował. W ten sposób wszyscy będą zadowoleni.
- Hmm… Chyba powinniśmy dać sobie radę – uśmiecha się do mnie porozumiewawczo.
- I właśnie dlatego tak dobrze się nam współpracuje. Rozumiemy się prawie bez słów – klepię chłopaka po ramieniu.
- Nie martw się, Vee. Niedługo my też będziemy mieć swój dom… Taki, w którym nikt nas nie skrzywdzi.
- Co ma pan na myśli?
- Posiadłość w Rzymie… - podpowiada mi. – Brzmi znajomo?
Rzym… Najszczęśliwsze chwile swojego życia spędziłem właśnie tam. To dlatego Erykowi tak bardzo zależy, abyśmy się tam przenieśli?

***

- Związałem cię i zamierzam wykorzystać… - zadowolony z siebie rudowłosy krąży wokół łóżka podziwiając swoje „dzieło”. Nieźle mnie urządził. Szarpię mocno, by uwolnić ręce, lecz na niewiele się to zdaje. Wredny bachor! Przywiązał nadgarstki moim własnym paskiem do ramy w taki sposób, że nawet gdybym chciał, nie mam szans na ucieczkę. Niech ja go tylko dorwę…
- Brandon… Liczę do trzech. Jeśli mnie nie uwolnisz, to… - moja wściekłość zdaje się narastać z każdą sekundą. Tym razem ostro przegiął i kara go nie minie!
- To co? – odpowiada przebiegle, zdejmując jednocześnie piżamę, którą rzuca na podłogę.
- Uważasz, że ci na to pozwolę? – ozdobny zagłówek wykonany jest z rzeźbionej dębiny. Szamoczę się ze wszystkich sił. Ani drgnął. Chłopak uśmiecha się tak, jakby dostał wymarzony prezent. Brakuje mi tylko kokardki na…
- Nie będę cię pytał o zdanie, bo obydwaj znamy odpowiedź – ściąga z siebie majtki i zupełnie nagi podchodzi bliżej.
- Brandon, to twoja ostatnia szansa… - ostrzegam go, by nie mógł mi później zarzucić, że nie wiedział o konsekwencjach, które będą dość brutalne.
- Bardzo cię pragnę, Vee… Od chwili, gdy cię spotkałem, myślę tylko o tym, by poczuć, jak się we mnie poruszasz – oblizuje zmysłowo wargi, przesuwając wzrokiem po moim ciele. – Zrobisz to tak, jak lubię?
- Zostaną z ciebie strzępy – wbijam w niego wzrok. Trochę się mnie boi, a mimo to ani myśli, by zrezygnować.
- Serio? – uśmiecha się, podchodząc do niewielkiego fotela, na którym leży jego plecak. Najwidoczniej źle zinterpretował moje słowa. – Byłem pewny, iż zapytasz o to, jak znalazłeś się w tej krępującej sytuacji… Ostatecznie to chyba pierwszy raz, gdy dałeś się tak podejść…
- Wyglądam na skrępowanego? – choć nasza pogawędka wydaje się mieć dość beztroski charakter, atmosfera gęstnieje do tego stopnia, iż można by ją kroić nożem.
- Wyglądasz kusząco… - wyciąga coś ze środka, po czym zakrada się do mnie, niczym kot.
- Na twoim miejscu zacząłbym uciekać. Szybko i daleko – podpowiadam mu słodkim tonem.
- Och Vee, jesteś taki zabawny – śmieje się, muskając opuszkami mój policzek. – I gorący… Nie mogę się doczekać, aż zacznę cię ujeżdżać – rozmarza się, nieco nade mną pochylając. – Pocałuj mnie – szepcze tuż nad moimi ustami.
- Spadaj – odwracam głowę w bok, by nie dać mu satysfakcji. Z drugiej jednak strony, jeśli dobrze to rozegram… Hmm…
- Nie będę cie dłużej trzymał w niepewności – siada na skraju łóżka i przeczesuje moje włosy palcami. – Zauważyłem, że jesteś bardzo opiekuńczy, więc celowo wierciłem się w twoich ramionach za każdym razem, gdy pozwalałeś mi ze sobą spać. Dzięki temu, a także niewielkiej ilości środka nasennego, który znalazłem w szafce z lekami babci Miller… Dolałem ci kilka kropli, gdy oglądałeś zdjęcia jej męża. Gdybyś wiedział, jak te przygotowania działały na moją wyobraźnię… Z trudem nad sobą panowałem, nie przestając marzyć o tym, że już niedługo ty i ja... Taki silny, a taki bezbronny… - mruczy cichutko, jednocześnie zaczynając pocierać swojego członka ręką. - Mmm… - przymyka powieki i odchyla głowę nieco do tyłu. – Wolałbym, abyś ty to robił… Masz takie męskie dłonie… - sapie.
- Uwolnij mnie, to zrobię ci coś znacznie gorszego… - nie potrafię oderwać od niego wzroku. Wygląda tak niewinnie. Błękitne oczy, delikatne piegi, lekko zaróżowione policzki i usta, które lekko zagryza. Gdzieś wewnątrz mnie cichy głos podpowiada, że to ja powinienem się nimi zająć. Ssać tak mocno, aż zrobią się spuchnięte i znacznie ciemniejsze… Odebrać mu resztki powietrza i napawać się widokiem zdanego wyłącznie na moją łaskę…
- Nie martw się, kochany. Wszystko dokładnie przemyślałem – niespodziewanie kładzie się obok mnie i chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi. – Lubię twój zapach. Zmysłowy i… – próbuje pocałować mnie w policzek, lecz ponownie odwracam głowę. – Nie bądź taki… - dąsa się, przesuwając dłonią w dół mojej klatki piersiowej. Zakrada się palcami pod materiał i zaczyna badać mięśnie na moim brzuchu. – Dużo ćwiczysz, prawda?
- Przestań… - nasze twarze dzielą od siebie centymetry. Oczy nastolatka intensywnie lśnią. Jest gotowy spełnić swoje groźby.
- Nie przestanę – przysuwa się jeszcze bliżej i trąca nosem mój policzek. Wyraźnie słyszę, jak odkręca buteleczkę, którą wcześniej wyjął ze swojego plecaka. Nad łóżkiem unosi się subtelny zapach jakiś egzotycznych owoców. Zupełnie do niego nie pasuje. W sumie czy powinno mnie to dziwić? Brandon jest inny, niż mi się wydawało.
- Jeśli mnie nie uwolnisz – wzdycham zrezygnowany – zrobię ci coś bardzo, bardzo złego…
- Pozwolę ci zrobić ze sobą wszystko, na co tylko masz ochotę, ale najpierw… - sięga dłonią do mojego rozporka i powoli go odpina. Odruchowo usiłuję się odsunąć, lecz nie bardzo mam jak. – Vee… - małolat z niezadowoleniem zaczyna kręcić głową. – Przecież wiesz, jak to działa. Nie spinaj się tak, bo i ja zrobię się spięty, a wtedy nie będzie nam przyjemnie – mocno zdeterminowany wstaje ze swojego miejsca, przekłada nogę i siada na moich udach. Mógłbym go skopać, lecz zamiast tego daję się ponieść nastrojowi. Baw się, póki możesz…
Przed naprawdę długą chwilę patrzymy sobie prosto w oczy. Powietrze jest tak naelektryzowane, iż zdaje się lśnić. Niebieskooki celowo oblizuje usta a potem pochyla się nade mną. Wsuwa obie dłonie pod mój biały podkoszulek i przejeżdża po skórze paznokciami. Dobrze wie, że zostawi ślady, lecz właśnie o to mu chodzi. Zaczynam się bezczelnie śmiać, czym wyprowadzam go z równowagi.
- Co cię tak bawi?- marszczy brwi, by okazać mi niezadowolenie.
- Ty – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- A konkretnej?
- Tanie sztuczki z filmików porno dla amatorów to wszystko, na co cię stać? – drwię.
- Nie. Przygotowałem też inne atrakcje – jest rozgniewany. Na pierwszy rzut oka widać, że brakuje mu doświadczenia do takich „zabaw”.
- Nie mogę się doczekać – chichoczę. – Nie patrz tak na mnie. Doceniam twoje starania, naprawdę. Mogę grać ofiarę, jeśli tak ci na tym zależy. Mam się zacząć bronić? A może wolisz, abym był uległy?
- Zamknij się! – układa dłonie na moich policzkach i całuje bardzo namiętnie. Jego usta są nachalne, a jednocześnie zniewalające. Z przyjemnością rozchylam wargi. Gdy język chłopaka ociera się o mój, bez najmniejszego problemu przejmuję pełną kontrolę nad pocałunkiem.
- To, jak rozumiem, był ostatni akt desperacji – dyszę ciężko, bezceremonialnie przerywając pieszczotę.
- Nie – prostuje się, dumnie spoglądając na mnie z góry. Chwyta za mój podkoszulek i rozdziera go na pół, obnażając klatkę piersiową. – Jesteś cholernym ideałem… - zaczyna gładzić mnie po brzuchu, zaznaczając kontur mięśni opuszką palca wskazującego.
- Łaskoczesz - czuję, jak ten delikatny dotyk rozpala mnie do czerwoności. Nie powinienem tak reagować. Nie przy nim. Jest moim podopiecznym i…
- Kocham cię, Vee. Tak bardzo cię kocham – jego wyznanie wyrywa mnie z zamyślenia. – A ty? Kochasz mnie chociaż troszkę? – ponownie drażni moją skórę swoimi paznokciami, drapią niemiłosiernie mocno.
- Chcesz wiedzieć, co czuję? Wypuść mnie, to sam się przekonasz – nabieram gwałtownie powietrza, gdy chłopak szczypie moje sutki.
- Podoba ci się, prawda? Lubisz to… Lubisz ostry seks. Inny cię nudzi - sam odpowiada na zadane pytanie, nie czekając, aż ja to zrobię. Czy to możliwe, by domyślił się prawdy? - Widzę to w twoich oczach. A właściwie odkryłem to w chwili, gdy przedstawiłeś mi tamtą kobietę. Była piękna, lecz ty ledwo ją zauważałeś. Wtedy zacząłem nabierać podejrzeń – uśmiecha się przebiegle, zadowolony z siebie.
- Skoro jesteś taki cwany, to z pewnością zdajesz sobie sprawę, że gdy tylko wpadniesz w moje ręce, zrobię ci coś naprawdę złego i ani wujek ani nikt inny mnie nie powstrzyma.
- Vee – burczy niezadowolony – nie strasz mnie, bo to nie jest podniecające.
- Naprawdę? – udaję przejętego jego ciężką sytuacją.
- Później będziemy się tym martwić… - zsuwa spodnie z moich bioder i uwalnia mojego członka, którego obejmuje palcami. Jego ruchy są takie nieporadne. Ponownie zaczynam się śmiać. Urażony chłopak sięga po swoją butelkę. – Przestań, bo będę cię tu trzymał cały dzień.
- Skarbie, po co te nerwy? Przecież dobrze wiesz, że co osiem godzin dzwoni do mnie mój człowiek. Jeśli nie odbiorę telefonu, przyjedzie sprawdzić co porabiamy, a wtedy… Zimne! – skarżę się, czując sporą ilość chłodzącej substancji, którą rudowłosy wylewa na moje części intymne.
- Mamy mniej czasu, niż zakładałem… - wzdycha niepocieszony, kontynuując masaż.
- Wiem – zrelaksowany, moszczę się wygodniej na poduszce, czekając na dalszy rozwój zdarzeń. Być może się mylę, lecz mój „oprawca” nie posunie się zbyt daleko. Robi wiele szumu i na tym koniec. Łapię się na tym, że zaczynam żałować, iż ten poranek, choć zapowiadał się tak interesująco, skończy się fiaskiem.
- Zarozumialec! – zaciska mocniej palce, które nieporadnie ślizgają się po napiętej skórze.
- Mhm… - mruczę, przymykając powieki.
- Myślałem, że będziemy się pieścić długie godziny, lecz gdy na ciebie patrzę, jestem nakręcony, jak nigdy. Nie gniewaj się, Vee, ale dłużej nie wytrzymam –unosi wyżej biodra i zaczyna pocierać główką swoje wejście.  Nie jest rozciągnięty. Będzie go bolało jak diabli. Już mam mu to powiedzieć, lecz gryzę się w język. Sam tego chce, więc…
Jego wnętrze jest ciasne i gorące. Opuszcza się na mnie bardzo powoli. Jęczy z bólu, choć wsunąłem się w niego dopiero do połowy. By nieco się uspokoić i zapanować nad przykrymi odczuciami, zamyka oczy i zaczyna spokojnie oddychać. Właśnie na to czekałem. Jedno zdecydowane pchnięcie wystarczy, by jego krzyk wypełnił cały pokój.
- Mówiłeś, że dłużej nie wytrzymasz… - spogląda na mnie pełen wyrzutów na ten wredny występek.
- Idealnie do siebie pasujemy… – jego zbolały ton nie do końca mnie przekonał.
- Masz dość?
- Ciebie? Nigdy! Wiem co lubisz i właśnie to zamierzam ci dać – pochyla się do przodu, całując mnie powoli. Niecierpliwię się. Mam dosyć czekania.  
- Chyba zasłużyłem na coś więcej… - wyraźnie daje mu odczuć moje niezadowolenie.
- Pragniesz mnie? – nieznacznie unosi biodra, doprowadzając moją samokontrolę do granic wytrzymałości.
- Rusz się w końcu – poganiam go. Nie liczę na to, że zaspokoi mnie tak, jak lubię. W obecnej sytuacji wezmę, co mi da.
- Tego chcesz? – kołysze się zmysłowo sięgając do moich ust. Gdy odmawiam pocałunku, prycha głośno i w końcu naprawdę zaczyna się poruszać. Ciche krzyki dobiegają z jego gardła, drobne dłonie suną po jasnym ciele. Choć bardzo się stara, nie jest w stanie patrzeć mi w oczy. Jego powieki stają się ciężkie, wzrok zamglony. Przyjemność trwa zaledwie chwilę. Rudowłosy dość szybko dochodzi, po czym opada na mnie, usatysfakcjonowany.
- Dobrze ci było? – kpię, dmuchając na jego loki, które przyklejają się do pokrytego potem czoła, zasłaniając jego piękną twarz.
- Tak… - posyła mi nieśmiały uśmiech, po czym przesuwa się nieco wyżej, uwalniając mojego członka ze swojego wnętrza. – Rozwiążę cię – decyduje niespodziewanie. – Jednak zanim to zrobię, obiecasz, że zrobimy to jeszcze raz. Co ty na to?
- Już się poddajesz? – nie wierzę własnym uszom. To najbardziej żałosna próba wykorzystania, o jakiej słyszałem.
- Nie poddaję się. Po prostu wiem, że za chwilę zadzwoni telefon. Musisz odebrać. A potem, gdy już spławisz tego kogoś, dasz mi silniejszy orgazm. Więc jak będzie? Zgadzasz się? – w napięciu czeka na to, co powiem.
Rozum każe odmówić tej szczodrej ofercie, ale Brandon doprowadził mnie do furii i poniesie tego konsekwencje. Chce seksu, dostanie seks…
- Jestem twoim więźniem. Ty decydujesz – unikam odpowiedzi wprost. Niebieskooki najpierw spogląda mi w oczy, a później sięga do moich nadgarstków i poluzowuje zapięcie. W pierwszej chwili zachowuje się jak przestraszone zwierzątko, gotowe do ucieczki. Postanawiam uśpić jego czujność. Siadam na łóżku i rozmasowuję obolałe ramiona. Sięgam także po telefon, który usłużnie mi podaje i wbijam kod. Nie fatyguję się, by wykręcić numer. Korzystam z aplikacji, która potwierdzi moją lokalizację, po czym blokuję ekran i odkładam urządzenie na stolik, ustawiony po drugiej stronie łóżka. W tym czasie Brandon kładzie się obok mnie na boku i nie przestaje uśmiechać.
- Vee… - szepcze moje imię, próbując zwrócić na siebie uwagę. Zapewniam cię, że od tej chwili skupie się wyłącznie na tobie…
Z kocią gracją chwytam zaskoczonego nastolatka za łydkę i przeciągam na środek łóżka.
- Co…?! – próbuje się obrócić na plecy, lecz to również przewidziałem. Wbijam się palcami w jego kark i dociskam do poduszek, by nie miał jak się podnieść. Gdy zaczyna walczyć, ustawiam się między jego rozsuniętymi nogami, po czym wykręcam mu obie ręce do tyłu.
- Nie waż się drgnąć – rozkazuję zimnym, pozbawionym emocji tonem. Czuję pod skórą przyjemny dreszcz, który pojawia się tylko w chwili, gdy odrzucam kontrolę i mogę być sobą.  
- To boli! Słyszysz?! – walczy zaciekle, lecz na niewiele może sobie pozwolić.
- Chciałeś się ze mną bawić, więc nie narzekaj, bo to dopiero początek – wchodzę w niego mocno. By zdławić protesty, pochylam się do przodu i pilnuję, by poduszka tłumiła jego krzyki. Niech krzyczy, skoro chce. – Kochasz mnie, więc powinienem dać ci się poznać z każdej, nawet najgorszej strony… - agresywne pchnięcia pozwalają mi odzyskać utraconą władzę.
- Nie przestawaj! Tak dobrze…! – chłopak szybko przyzwyczaja się do tego tempa. Wiedziałem, że tak będzie. Być może miał jakieś pojęcie o seksie, lecz po tym razie zmieni zdanie.
- Głuptasie, nie zamierzam przestać. Dasz mi to, co obiecałeś. W przeciwnym wypadku, zabiję cię… - jest mi gorąco. Adrenalina i endorfiny krążą w moich żyłach. Interesuje mnie tylko i wyłącznie własna przyjemność. Cała reszta zupełnie się nie liczy. Dziki, wolny, nieokiełznany… Dochodzę z ekstatycznym uśmiechem na ustach, uwalniając moją małą ofiarę, która dysząc ciężko, ponownie zdążyła dojść.
- To było… Najlepszy… - zabrakło mu słów? Ciekawe…
- Śpij – każę mu, okrywając jego zmaltretowane ciało prześcieradłem. Natychmiast zamyka oczy. – Widzisz, jednak potrafisz być grzeczny… - głaszczę go przez chwilę po policzku.

Pozwalam Brandonowi na dwugodzinną drzemkę, podczas której udaje mi się spakować nasze rzeczy oraz wykonać kilka telefonów. Pani Miller przygotowuje nam śniadanie. Rozkoszując się smakiem świeżo wyciśniętego soku z owoców, przyglądam się jednocześnie śpiącemu dzieciakowi. Nawet przez sen wygląda całkiem ponętnie.
- Przestań się na mnie gapić i wracaj do łóżka – mamrocze sennie.
- Nic z tego, mały. Zbieramy się stąd. – rzucam w niego ozdobną poduszką, by przyśpieszyć poranną pobudkę.
- Nie mam siły się ruszyć… - naciąga na siebie kołdrę aż po rude loki, chowając się przed moim wzrokiem.
- To nic nie da. Weź prysznic i zjedz śniadanie – gdy nie reaguje, zrywam z niego ciepłe okrycie.
- Jesteś taki brutalny… - narzeka, nadal nie otwierając oczu.
- Myślałem, że lubisz, gdy taki jestem… - pewny swego, podaję mu szklankę soku. Jego cytrusowy zapach sprawia, że zmienia zdanie i chętnie wyciąga po niego rękę.
- Lubię to mało powiedziane – uśmiecha się zawadiacko. – Chcę jeszcze raz…
- Odpowiedź brzmi nie – pomagam mu wstać. Krzywi się z bólu, siadając.
- Nic nie mów – uprzedza moje słowa. – Dla takiego seksu warto pocierpieć.
- W samochodzie zmienisz zdanie.
- Nie możemy tu zostać? Proszę… - wlepia we mnie błagalne spojrzenie licząc na to, że się ugnę.
- Przykro mi. Mamy inne plany. Twój wujek Adam kazał nam…
- Mam gdzieś, co nam kazał! Nie chcę jechać do Kanady!
- Nie chcesz? – dziwię się. – Przecież bez przerwy żądałeś od Adama, by po ciebie przyjechał…
- Vee, ty nic nie rozumiesz! – wybucha, zaciskając dłonie na pomiętej pościeli. – Wiesz co powiedział podczas naszej ostatniej rozmowy? Że jestem jego jedynym krewnym i przekaże mi swoje dziedzictwo! Rozumiesz, co to znaczy?! On zamieni mnie w bandytę! Nie chcę być taki jak on! Musisz mi pomóc przed nim uciec! – nieporadnie wstaje ze swojego miejsca i rzuca mi się na szyję, zaczynając żałośnie płakać. I co mam teraz zrobić?

***
Tym z Was, którzy nie zauważyli poprzedniego postu przypominam, że możecie wybrać, jaki post opublikuję jutro - prolog Humorów Króla lub Bezsenne Noce :)

Wasz Kitsune

czwartek, 16 listopada 2017

Rozdział VI

„Najlepszy


Zawsze niewiele spałem. Umiejętność szybkiej regeneracji sprawdza się w byciu ochroniarzem. Pomimo napiętego grafiku, zostaje trochę wolnego tylko dla mnie. Dochodzi piąta rano. Przesuwam dłonią po zaparowanym lustrze, znajdującym się nad umywalką i poddaję się surowej ocenie. Kogo widzę? Nie przypominam dawnego siebie. Moje oczy są inne. Choć często korzystam z soczewek, by zmienić barwę tęczówek, to jednak brakuje im dawnego blasku. Brzuch zdobi blizna. Mam też inne włosy… Długie kosmyki powoli sięgają moich ramion. Już dawno powinienem je obciąć, jednak Brandon… Nie! Nie wracaj do przeszłości! Nic tam nie ma.  Zupełnie nic…
Otwieram szafkę i sięgam po nożyczki. Mam w tym sporą wprawę. W moim zawodzie zmiana wyglądu często ratuje życie… Krytycznie podchodzę do nowej fryzury, którą staram się dopracować za pomocą elektrycznej maszynki.
- Vee, co robisz? – zaspany książę zakrada się do niewielkiej łazienki.
- Przepraszam. Nie chciałem pana obudzić – wskazuję na urządzenie, które odkładam na blacie. Dobrze wiem, że ma wyjątkowo lekki sen. Wystarczy choćby szmer, by od razu wykazał się czujnością. Lata udręki nie poszły w las, co mały?
- Nie obudziłeś. Ja tylko… Obciąłeś włosy? – Eryk podchodzi bliżej i uważnie mi się przygląda.
- Tak. Zajmujemy się konsorcjum. Teraz bardziej przypominam biznesmena, nie sądzi pan? – uśmiecham się do niego, podziwiając efekty własnej pracy.
- Nieźle ci poszło – nieśmiało wyciąga rękę i dotyka wygolonego boku. – Moje też obetniesz?
- Nie wydaje mi się, by było to konieczne – czochram go po jasnych puklach.
- Dlaczego nie? Skoro ty odcinasz się od przeszłości, ja też mogę to zrobić, prawda? – mały pan Johnes szybko podejmuje decyzję. I czyta ze mnie, jak z otwartej książki. Cholerny symbolizm…
- Ja się od niczego nie odcinam. Po prostu uznałem, że… - jego szare oczy wpatrują się we mnie tak intensywnie… Nie umiem go okłamać. Rozumie ból w równym stopniu, co ja. – To już nie ma znaczenia – ucinam temat.
- Właśnie dlatego ja też tego chcę to zrobić! – takiej determinacji jeszcze u niego nie widziałem. Skoro naprawdę tego chce...
- Nie ma sprawy. Po śniadaniu możemy pojechać do jakiegoś salonu.
- Nie, ty to zrób.
- Ja? Dlaczego ja? – dziwię się jego nietypowej zachciance.
- Bo ufam tylko tobie, Vee. Nikomu innemu – szepcze. Ujmuje mnie jego szczerość. Długo go tego uczyłem.
- Mimo to uważam, że w profesjonalnym salonie…
- Zaryzykuję – uśmiecha się, przerywając mi po raz kolejny.
- No dobrze. Tylko później proszę nie mieć do mnie pretensji – ostrzegam chłopaka.
Przynoszę kuchenny stołek i każę księciu usiąść. Celowo odwraca się od lustra twierdząc, że woli niespodziankę. Jego włosy są proste i prawie białe. Sięgają aż do łopatek. Mały aniołek… Zawsze mi się wydawało, że lubi je takimi, jakie są. Nie rozumiem skąd w nim ta nagła potrzeba, by pójść z moje ślady. Wszystko się zmienia… Z początku chcę go zapytać jeszcze raz, czy jest pewny, lecz widząc ekscytację, malującą się na jego twarzy, nie robię tego.
W czasie całej operacji zrelaksowany Eryk dzieli się ze mną różnymi pomysłami, które jego zdaniem powinniśmy wcielić w życie. Jeszcze kilka miesięcy temu nie był tak śmiały. Wszystko musiałem z niego wyciągać. Tymczasem teraz… To zupełnie inna osoba. Przede wszystkim jest silniejszy psychicznie. Nie chowa się za moimi plecami. Coraz częściej proponuje własne rozwiązania. Genialne rozwiązania… Nie martw się, książę. Wspólnymi siłami wyprostujemy te kręte ścieżki. Jeszcze o tym nie wiesz, lecz moim celem jest nie tylko ukrócenie korupcji, czy zemsta na Alanie. Zrobię z ciebie króla…
- Gotowe – zdejmuję jasnobłekitny, frotowy ręcznik z jego ramion i podaję okulary, które od razu zakłada. Chłopak wstaje ze swojego miejsca i przegląda się w lustrze.
- Wyglądam zupełnie inaczej – z zaskoczeniem odkrywa uroki krótkich włosów.
- Czy nie o to chodziło? W tej fryzurze nawet rodzina by pana nie poznała – zapewniam go.
- Nie będę się z nimi spotykał aż do ukończenia studiów! – wpada w panikę na samą wzmiankę o powrocie do królestwa.
- Panie Johnes… - zaczynam delikatnie, nie chcąc go niepotrzebnie straszyć. – Obawiam się, że nie będziemy mieli innego wyjścia. Musimy tam wrócić. Zaplanować kolejne posunięcia, wybrać ludzi. Proszę się nie bać. Nie nastąpi to dziś, czy jutro – kładę mu ręce na ramionach, by nie uciekał wzrokiem od własnego odbicia. – Jest pan inną osobą niż przedtem. Jest pan silny, ale przede wszystkim przebiegły. I ma pan mnie. Z pana inteligencją i moimi kontaktami, zmienimy historię świata – uśmiecham się, by dodać mu otuchy.
- Historię świata…? Jestem tylko tchórzem, który boi się własnego cienia – dołuje samego siebie, wpatrując się w podłogę.
- Tchórz nie opracowałby strategii i nie zaczął skupować akcji. Zaszyłby się w jakiejś dziurze lub pozwolił się zabić. Tak długo, jak pan oddycha, zawsze jest nadzieja. Zawsze. A my skorzystamy z każdej sposobności, by pokonać wrogów. Jednak najpierw pojedziemy na małą wycieczkę. Wczoraj przywieziono mojego vipera… - rozpiera mnie duma na samo wspomnienie o moim „dziecku”.
- Naprawdę? – jego oczy momentalnie się rozpromieniają. Nasłuchał się ode mnie różnych historii, związanych z tym samochodem… Odnoszę wrażenie, że stał mu się równie bliski, jak ja.
- Jeśli przeżyje pan nocne wyścigi, przeżyje pan wszystko – obiecuję mu.
- Gdy ty o tym mówisz, to brzmi realnie, ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Ponoć na obrzeżach miasta sprzedają niesamowity tort truskawkowy. Sprawdzimy? – w jego oczach odżywają błyszczące iskierki.
- Pojedziemy tam viperem? – dopytuje.
- Pierwszy klient zawsze dostaje jedną porcję gratis… - kuszę.
- Jest za siedem szósta. Nie zdążymy – zerka na tarczę swojego zegarka.
- Zdążymy, zapewniam pana, że zdążymy… - sięgam po swoją kurtkę i puszczam chłopaka przodem. – W siedem minut nie tylko kupimy ciasto, ale i wrócimy do domu…

***

Uwięziony z mieszkaniu z obrażonym Brandonem, ćwiczę wysublimowaną sztukę cierpliwości. Ludziom Adama nie udaje się dowiedzieć niczego konkretnego, zmuszając nas tym samym do pozostania na miejscu.
W towarzystwie innej osoby, cieszyłbym się w takiej opcji. Jednak w obecnej sytuacji… Przecież to nie moja wina, że chłopak nie zna się na żartach. Wydawało mu się, że spełnię jego erotyczną zachciankę tylko dlatego, że postraszy mnie wujkiem? Ma pecha. Nie wiem, co oznacza „strach”. Wyzbyłem się go razem z innymi, zbędnymi uczuciami w chwili, gdy zamordowano mego brata. Ten malec był dla mnie wszystkim. Codziennie pilnowałem matki, by nie piła i nie ćpała w ciąży. Nie protestowała, gdy zabrałem noworodka i odszedłem. Ponoć zmarła jakiś czas później.
Choć starałem się jak mogłem, by dziecko miał w miarę normalny dom, nie zapewniłem mu najważniejszego – bezpieczeństwa. Pierwszy i ostatni raz zawiodłem. Do teraz pamiętam zapach krwi i prochu, który unosił się w kuchni nad ciałami. Czteroletni malec, schowany za plecami opiekunki… Cholerny zwyrodnialec nie zostawił po sobie żadnych śladów, poza niewielkim, złotym sztyletem. Nie udało mi się ustalić jego pochodzenia. Nie szkodzi. Mam czas. Prędzej czy później nasze drogi znowu się skrzyżują, a wtedy…
- Nie chcę! Nie chcę! Nie zabijaj…! Nie zabijaj mojej mamy! – krzyki Brandona odbijają się od pustych ścian. Od czasu, gdy go odrzuciłem, zaczął śnić koszmary. Zrezygnowany kieruję się do jego pokoju. Spóźniłem się. Już nie śpi. Łka cicho w poduszkę. Nie będę go pocieszał. To rodzaj bólu, który tylko i wyłącznie czas jest w stanie ukoić. Bezszelestnie wycofuję się na korytarz i przymykam drzwi.
Mniej więcej po dwóch godzinach rudowłosy decyduje się opuścić swoją kryjówkę. Wyciąga z lodówki butelkę wody i siada obok mnie na sofie. Odkręca zakrętkę, po czym pociąga kilka łyków. Ma spuchnięte oczy i dłonie nieco mu drżą. Nieśmiało opiera głowę o moje ramię licząc na to, że go nie odepchnę. Nie reaguję. Pozwalam mu tak trwać przez kilka minut, aż decyduje się przerwać cieszę.
- Wujek dzwonił? – pyta schrypniętym głosem.
- Nie.
- To dobrze. Nie chcę stąd wyjeżdżać – nieświadomie zaciska dłonie na plastiku, wgniatając go. Zabieram mu jego „ofiarę”, by się nie oblał  i odkładam na stolik.
- Nie mamy na to żadnego wpływu – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Nie przeszkadza ci takie życie? – unosi na mnie wzrok. – Wypełnianie cudzych poleceń, czekanie na telefon, zabijanie… - ostatni wyraz wyszeptał tak cichutko, że ledwo go usłyszałem.
- Jeszcze nikogo nie zabiłem – mierzwię mu i tak dość mocno potarganą czuprynę.
- Jeszcze – powtarza po mnie. – A jeśli będziesz musiał to zrobić? Jeśli oni znowu po mnie przyjdą, to…
- To wtedy zrobię to, co należy do moich obowiązków – ucinam temat, wstając. – Przecież wiesz kim jestem i czym się zajmuję.
- Nie chcę, żebyś zabijał. Mam już dość śmierci – spuszcza głowę i podciąga kolana bliżej klatki piersiowej.
- Właśnie dlatego masz wypełniać moje polecenia. Czasami decydują ułamki sekund. Z resztą nie musze ci tego mówić. Twój ojciec był komendantem policji, więc…
- Zupełnie mu na mnie nie zależało! – wybucha gwałtownie. – Żył tylko pracą. Nie miał czasu na rodzinę. Liczyły się tylko kolejne sprawy, handel narkotykami, przyciskanie świadków! Nie masz pojęcia jak bezwzględny i okrutny… - nagle przerywa, jakby zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo. – Te dowody, które zniknęły. Cieszę się, że ktoś je zabrał – zaczyna się gorzko śmiać. – Wyobrażam sobie jego bezradną minę. Poświęcił tyle wysiłku, by wpakować kilku kolesi do paki, a teraz jego oddani koledzy będą ich musieli wypuścić… - śmieje się przez łzy. Wracam na sofę i siadam obok niego. Brandon wtula się w moją klatkę piersiową i zaczyna płakać. – Chcę, żeby wrócili… Żeby było jak dawniej… Zostałem sam…
- Nie jesteś sam. Masz rodzinę. Oni się tobą zaopiekują – staram się go uspokoić, choć jednocześnie dobrze wiem, że kiepski ze mnie pocieszyciel.
- Nie chcę mieszkać z wujem Adamem! On jest zły! Jest takim samym bandytą jak ci, z którymi walczył ojciec! Błagam, nie jedźmy do Kanady! – jego drobnym ciałem wstrząsają niekontrolowane dreszcze. Żal mi go, lecz zlecenie to zlecenie. Decyduję się milczeć i pozwalam chłopakowi płakać do woli. Może przyniesie mu to ulgę, a może poczuje się jeszcze gorzej… To nie ja podejmę decyzję dotyczącą jego przyszłości.
Czas płynie tak wolno. Kolejna lekcja cierpliwości… Czekam, aż oddech rudzielca staje się równomierny, a potem ostrożnie biorę go na ręce i zanoszę do jego pokoju. Kiedy porządnie się wyśpi, będzie mu łatwiej nabrać dystansu.
- Nie odchodź… - łapie mnie za rękę, gdy układam go na pościeli. – Zostań ze mną – żebrze.
- Śpij, potem porozmawiamy – próbuję się odsunąć, lecz on jest szybszy. Przyciąga mnie bliżej zmuszając, abym usiadł obok.
- Brandon…
- Błagam, nie zostawiaj mnie… Nie ty… - Widząc jego zbolałe spojrzenie, nie potrafię mu odmówić.
- Posuń się – niechętnie poprawiam poduszkę i kładę się na łóżku. Jestem nieco spięty, lecz jemu to zupełnie nie przeszkadza. Ponownie wtula się we mnie, ciasno obejmując.
- Vee… Przepraszam za tamto – mamrocze sennie.
- Nie ma sprawy – przeczesuję jego włosy palcami.
- Gniewasz się na mnie?
- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Od teraz będę grzeczny, zobaczysz – wciska twarz w zagłębienie mojej szyi. – Zrobię, co zechcesz… Wszystko…
- To się jeszcze okaże – studzę jego zapędy. Nasza podróż byłaby znacznie prostsza, gdybym mógł nad nim zapanować. Być może wreszcie jest szczery i pozwoli mi robić to, do czego zostałem zatrudniony.
- Kocham cię, Vee… - mruczy, zasypiając.
„Kocha”? Na dźwięk tych słów mam ochotę zerwać się z miejsca i uciekać w popłochu. Nie mogę tego zrobić z bardzo prozaicznego powodu – śpiący nastolatek owinął się wokół mnie, uniemożliwiając wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Świetnie. Tylko tego mi brakowało…

Przez większość nocy nie mogłem zasnąć. Nie przeszkadzało mi nadmierne ciepło, czy „uwięzienie” przez mojego podopiecznego. Szczeniak jest bliski załamania nerwowego. W takim stanie nie trudno zobaczyć coś, czego nie ma… Źle zinterpretował moją troskę i teraz wydaje mu się, że to miłość.
Moje przemyślenia przerywa ciche wibracje.
- Moi ludzie sprawdzili teren. Jest czysto. Możecie jechać dalej – Adam nie lubi tracić zbędnego czasu na konwenanse.
- Jesteś pewny? – dopytuję. – Brandon przechodzi mały kryzys…
- Poradzisz sobie, prawda – mężczyzna dość szybko okazuje mi swoje zniecierpliwienie.
- Nie mam innego wyjścia.
- Zrób wszystko, by dojechał do Kanady. Wiem, że dzieciak bywa trudny, ale to mój jedyny krewny, dlatego postaraj się jakoś go do siebie przekonać. Znamy się od dawna. Dobrze wiem, jaki potrafisz być czarujący, gdy się nieco postarasz.
- Robię to cały czas, wierz mi – odpowiadam cierpko, wspominając nasze poprzednie rozmowy.
- Uważajcie na siebie. Odezwę się wkrótce  - rozłącza się. Gdy odkładam telefon do kieszeni, niebieskooki unosi powieki i posyła mi zagadkowe spojrzenie.
- Nadal tu jesteś… - uśmiecha się do mnie.
- Lepiej się czujesz? – pytam, próbując wybadać w jakim jest stanie.
- Dużo lepiej – łasi się do mnie, jakby był kotem. – Dziękuję.
- Twój wujek każe nam ruszyć dalej – zaczynam ostrożnie.
- Jeszcze pięć minut, dobrze? Chcę się tobą nacieszyć…
- Przecież cały czas jestem obok.
- To prawda, ale chwile takie jak ta, gdy mam cię naprawdę blisko… - chichocze, próbując dosięgnąć moich ust.
- Brandon, prosiłem cię… - warczę, wyswobadzając się z jego objęć.
- Bez śniadania robisz się nieznośny. Mam coś przyrządzić, czy zjemy po drodze? – chłopak kładzie się na brzuchu i wpatruje we mnie intensywnie, jakby próbował wwiercić się we mnie chabrowym laserem, ukrytym w jego pięknych oczach.
- Wolę nie ryzykować. Nie zdziwiłbym się, gdybyś spróbował mnie otruć – kpię, rzucając z niego poduszką.
- Wiesz, wujek w jednym miał rację – jego słowa powstrzymują mnie przed wyjściem z sypialni.
- Tak?
- Mógłbyś się bardziej starać i częściej pokazywać swoją prawdziwą twarz.
- Moje prawdziwe co? – zaczynam się śmiać, zaskoczony jak szybko mnie przejrzał.
- Kocham cię, Vee – zeskakuje z łóżka i cmoka mnie w policzek. – Będę gotowy za pięć minut.

Mijają cztery dni, odkąd mój podopieczny przeszedł całkowitą transformację. Jest miły, grzeczny, ale przede wszystkim posłuszny. Nie wykłóca się o każdy drobiazg. Przestał być złośliwy i zadziorny. Za to bezustannie wpatruje się we mnie rozanielony.
- Przestań – karcę go, nie odrywając wzroku od szyby.
- Jesteś taki pewny siebie, a peszy cię moje niewinne spojrzenie? – pyta, podpierając głowę i próbując okiełznać rude loki, które rozwiewa mu wiatr. Brandon bardzo chciał, abyśmy przejechali się autem z otwieranym dachem. Postanowiłem ulec jego prośbie, ponieważ już jutro mój człowiek przywiezie prototyp vipera, który ulepszam od pewnego czasu.
- Uważasz, że jestem speszony? – zerkam w jego stronę. Jego piegowata twarz od razu rozjaśnia się uśmiechem.
- Uważam, że jesteś cudowny. I mało wymagający. To mi się w tobie podoba – sięga po torebkę cukierków, które kupiliśmy na stacji benzynowej. – Chcesz? – podtyka mi na wpół roztopiony karmelek.
- Nie, dziękuję.
- Widzisz, właśnie o tym mówię. Masz świetny refleks, choć niewiele śpisz. Jesteś naprawdę niezłym kierowcą, a w dodatku zostawiasz mi wszystkie słodycze – rozmarza się, wymownie oblizując palce. Ten drobny gest sprawia, iż mój wzrok zatrzymuje się na nim o sekundę dłużej, niż powinien. – Jednak masz ochotę, prawda? – ponownie podsuwa mi cukierka.
- Przestań. Te sztuczki na mnie nie działają.
- A co na ciebie działa, Vee? – szybko podchwytuje temat. – Co sprawia, że twoje serce bije szybciej?
- Samochody – rzucam bez zastanowienia.
- No tak, mogłem się tego spodziewać… – udaje lekko obrażonego. – A miłość?
- Nie ma czegoś takiego – prycham gniewnie.
- Nie kłam. Całowałeś się ze mną, więc wiem, że potrafisz być bardzo namiętny – ponownie wraca to tematu, o którym jak najszybciej obydwaj powinniśmy zapomnieć.
- Namiętność i miłość to dwie zupełnie różne sprawy. Jesteś jeszcze młody, dlatego nie rozumiesz.
- Rozumiem lepiej, niż ci się wydaje – dumnie unosi podbródek w górę. – Może i jestem młody, ale doświadczyłem wielu…
- Zatrzymamy się tu na obiad – przerywam mu, zjeżdżając z szosy w kierunku niewielkiego baru. – Masz się trzymać blisko mnie i nie rozmawiać z obcymi – przypominam żelazne zasady, od których nie ma odstępstw.
- Jak chcesz – chłopak szybko radzi sobie z rozczarowaniem. Nie jestem specjalnie głodny, lecz wiem, że w takich miejscach uwagę Brandona absorbują towarzyszący nam ludzie, których bacznie obserwuje. Nie czuje się pewnie wśród obcych. Przygląda się zarówno kilku mężczyznom i kobiecie. Komentują wyniki ostatniego meczu, racząc się stekami i popijając lemoniadę. Co jakiś czas ich uwagę pochłania niewielki telewizor, na ekranie którego kilku sportowych komentatorów tłumaczy widzom niuanse ostatniego spotkania. Ponoć gracze faworytów dali ciała, podkładając się nowicjuszom. Amerykański football nigdy mnie nie interesował. Nie mam też ochoty na hamburgera, którego zamówiłem. Moim jedynym celem było odwrócenie uwagi Brandona, co świetnie mi się udaje. Chłopak zaczyna rozmawiać ze mną o sporcie. Opowiada mi również kilka historyjek dotyczących jego liceum. Słucham go bardzo uważnie, celowo zadając coraz więcej pytań, by nie przestawał mówić.
Po kilku godzinach jazdy, udaje się nam w końcu dotrzeć do niewielkiego pensjonatu, prowadzonego przez uroczą, starszą panią, która nieco niedosłyszy. Nasza gospodyni częstuje nas domową zupą  kukurydzianą oraz chlebem, który rano upiekła jej córka. Stosuję tę samą sztuczkę i bardzo szczegółowo wypytuję staruszkę o jej zmarłego męża, który zginął w czasie wojny w Wietnamie. Niektóre z pytań muszę powtarzać po kilka razy, co tym bardziej irytuje znudzonego Brandona. Kobieta jest pewna, iż rudzielec jest moim synem. Nie wyprowadzam jej z błędu.
- Wybrałeś bardzo dziwaczne miejsce – błękitnooki siada na starym, drewnianym łóżku, podziwiając piętrzący się stos poduszek.
- Nie lubisz różyczek? – wskazuję na kwiatowy wzór poszewek, który jest wiernym odwzorowaniem tapety, nadając całemu wnętrzu dość zabawny klimat.
- Daj spokój, to dobre dla dziewczyn! – oburza się. – Tu jest jak w domku dla lalek. Porcelana, zdjęcia jej męża i wnuków… Wolałem, gdy nocowaliśmy w motelach.
- Te rzeczy mają duszę – bronię skarbów starszej pani. – Poza tym w żadnym motelu nie znajdziesz równie miękkiego materaca – rzucam się na posłanie.
- Vee, nie sądzisz, że to trochę nie fair?
- Twoje łóżko jest takiej samej wielkości, więc nie marudź – odgaduje jego myśli, moszcząc się wygodniej na puchowej pierzynie.
- Nie o tym mówię. Przecież to jej dom – szepcze poruszony. – Nie podoba mi się, że sąsiadujemy przez ścianę z obcą osobą, która pewnie nas podsłuchuje.
- W motelu również sąsiadowaliśmy z obcymi ludźmi. Nie narzekałeś  z tego powodu – wypominam mu.
- To prawda, ale ja… - rumieni się lekko, dobierając dalsze słowa. – Ja chciałbym… Znaczy myślałem, że my… No wiesz… Lubię z tobą spać w tym samym pokoju, ale wiedząc, że ona jest obok, czuję się nieco skrępowany – tłumaczy mi zawile.
- Brandon… Gdyby pani Miller wiedziała, jakie zboczone pomysły zatruwają twoje myśli, pewnie wysłałaby cię do kościoła na nocne czuwanie! – drażnię się z nim.
- Nie o tym myślałem! – czerwieni się jeszcze bardziej. – Jak mam zasnąć wiedząc, że tuż za ścianą czai się babcia w staromodnej koszuli?! Powiedziałeś jej, że jedziemy zwiedzać rodzinne strony. A jeśli sprowadzimy kłopoty na jej dom?
- Nic się jej nie stanie. Masz na to moje słowo – mój ton powinien pozbawić go dalszych wątpliwości.
- A jeśli przyśni mi się coś złego i zacznę krzyczeć?
- Obudzę cię. Nie martw się.
- Mogę z tobą spać? – wreszcie przechodzimy do rzeczy.
- Nie.
- No nie bądź taki! Przecież to dla jej dobra. Obiecała ci maślane ciasteczka na śniadanie. Chyba nie chcesz jej denerwować, co? W jej wieku niepotrzebny stres…
- Moja odpowiedź nadal brzmi nie, więc przestań snuć niedorzeczne teorie i kładź się.
- Vee,  mógłbyś choć raz przestać udawać dupka i pomyśleć o innych.
- Masz mnie za naiwnego? Zbyt wiele razy próbowałeś tej sztuczki…
- Tym razem jest inaczej, przecież wiesz! Zmieniłem się i…- zaczyna krążyć nerwowo po pokoju, zdradzając swoje zdenerwowanie. – No dobrze, może na początku serio tego chciałem, ale teraz… Seks zszedł na dalszy plan i wcale go nie chcę, a ty?
Czy mam ochotę kochać się z Brandonem? Hmm… W sumie mógłbym to zrobić. Nawet jeśli nie jest doświadczony, wystarczyłoby kilka drobnych podpowiedzi i mogłoby być naprawdę miło. Jednak nie od dziś wiadomo, że mieszanie przyjemności z obowiązkami zwykle nie kończy się happy endem…
- Nie tak, jak maślanych ciasteczek pani Miller. Radzę ci wziąć zimny prysznic, bo nic tego nie będzie – unoszę się nieco do góry i wskazuję mu drzwi łazienki.
- Dobra, jak chcesz! – wkurza się na mnie, ściągając buty i rzucając je na środku pokoju. – Ciesz się swoimi ciastkami, starociami, kwiatkami i czym tam chcesz! – kończy się rozbierać i gasi światło.
Przez dłuższy czas nie ruszam się ze swojego miejsca. Mały krzykacz kręci się nieco na łóżku, aż w końcu zasypia. Spoglądam na zegarek. Dochodzi pierwsza. Robię się senny. Jednak zanim zasnę, upewniam się, że drzwi od pokoju są zamknięte na klucz. Blokuję również klamkę krzesłem. Jeśli Brandon spróbuje je przestawić, przewróci się.
Ciepła woda oraz miękka pościel kuszą mnie niemiłosiernie. Choć nie tylko one. Para smutnych, wpatrzonych w mrok oczu, próbuje wyśledzić każdy mój ruch. Udawał, że śpi… Jeśli czegoś nie zrobię, obydwaj będziemy mieli noc z głowy. Niewyspany nie zdołam się cieszyć przejażdżką moim maleństwem… Szlag by to wszystko trafił!
- Zmieniłeś zdanie? – pyta, gdy odkrywam kołdrę i kładę się obok.
- Nie robię tego dla ciebie, lecz dla siebie.
- Dla siebie? Myślałem, że teraz to ja jestem dla ciebie najważniejszy… I nie musisz blokować drzwi. Nie będę uciekać. Nie chcę skończyć jak rodzice.
- Rano ktoś tu przyjedzie i przywiezie coś, na co od bardzo dawna czekałem – wtajemniczam go w swoje plany, odwdzięczając się tym samym za jego szczerość.
- Kolejna dziewczyny? – od razu markotnieje.
- Jesteś zazdrosny – czuję niekontrolowany przypływ satysfakcji, wypowiadając na głos to stwierdzenie.
- Nie – burczy obrażony, po czym zmienia ułożenie ciała, by maksymalnie się ode mnie odsunąć. – Możesz sypiać z kim chcesz. Zupełnie mnie to nie rusza…
- To dobrze, bo moja miłość zostanie z nami na dłużej – podsycam w nim niepewność, dobrze się przy tym bawiąc.
- Zostanie? Co przez to rozumiesz?
- To, co powiedziałem. Śpij już – zamykam oczy.
Wyraźnie czuję, że korci go, by coś jeszcze dodać, lecz rezygnuje z tego pomysłu. Chyba rzeczywiście się zmienił. Przedtem zadręczałby mnie pytaniami, a teraz – jest potulny, niczym baranek. Uśmiecham się do siebie na myśl o jutrzejszym poranku. Viper i ja… Nareszcie razem…
Ryk silnika, pęd koni mechanicznych… Dotyk miękkiej skóry pod palcami… Wyciągam dłoń, by musnąć kierownicę, lecz nie mogę ruszyć ręką. Co do...?
- Nie robił bym tego na twoim miejscu – do moich uszu dobiega złowieszczy szept. – Przywiązałem cię do łóżka i zamierzam wykorzystać…