sobota, 14 lutego 2026

mpreg rozdział 118

 

„Bezsenne Noce"

Nie jestem w stanie zasnąć. Wpatruję się w ciemność analizując bez końca wszystkie szczegóły poprzedniego dnia. Co zrobiłem nie tak? Czym go zdenerwowałem? Co sprawiło, że zdjął obrączkę zaręczynową? Nigdy jej nie ściąga. Tymczasem rzucił nią z taką pasją, jakby paliła jego skórę.

Spoglądam na Eli, który śpi wyjątkowo niespokojnie. Podejrzewam, że rzucałby się po całym łóżku, gdyby nie to, że trzymam go mocno w swoich ramionach. Tego właśnie chce. Przylgnął do mnie tak ściśle, jakby od tego zależało jego życie. Ostrożnie przesuwam kosmyki jasnych włosów, które łaskoczą go, gdy oddycha.

- Max… – cichutko szepcze, wiercąc się w moich ramionach.

- Jestem. Śpij – mruczę do króliczego ucha.

Drobna dłoń Eli zaciska się na moim nadgarstku. Z jego ust wydobywa się ciche jęknięcie, przepełnione bólem oraz ulgą.

- Kocham cię. Cokolwiek się stało, obiecuję, że to naprawię. 

***

W nocy nie zmrużyłem oka. Cierpliwie czekałem aż będzie rano, by wymknąć się z łóżka i podnieść z podłogi złotą obrączkę, która od razu wraca na swoje miejsce. Eli marszczy jasne brwi, czując mój dotyk. Na szczęście się nie budzi. Przez dłuższą chwilę obserwuję błyszczący krążek, który zdobi jego palec.

„Beznadziejny z ciebie mąż!”

Co takiego zrobiłem, że zareagował aż tak gwałtownie?

Zamawiam morze kawy oraz słodkie śniadanie dla mojego Króliczka. Jestem pewny, że nie odmówi gofrów, które uwielbia.

Bezszelestnie krążę po salonie, czekając aż obsługa hotelowa zapuka do naszych drzwi. W niewielkim lustrze widzę swoje zaniedbane oblicze. Powinienem wziąć prysznic i jak najszybciej się ogolić. Wyglądam na pięć lat starszego. Zniesmaczony odwracam wzrok. Nie chcę na siebie patrzeć, zwłaszcza w takim stanie. Niestety, bez kawy nie jestem w stanie funkcjonować.

- Mój wybawiciel – szepczę do kelnera, który nawet nie zdążył zapukać do naszych drzwi. Młody chłopak nie kryje zaskoczenia. Jego dłoń zawisła w powietrzu. Pewnie chciał zapukać, lecz ja byłem szybszy. – Dzięki – wciskam mu do ręki solidny napiwek, przechwytując jednocześnie stolik z dzbankiem, filiżankami oraz całą stertą parujących, pachnących gofrów.

Zapach kawy, którą pospiesznie nalewam do filiżanki, rozchodzi się po pokoju, mamiąc moje zmysły. Mocna, czarna, aromatyczna… Rozlewa się po moim ciele, budząc ospałe komórki. Na stojąco opróżniam pierwszą filiżankę i od razu nalewam sobie drugą. Popycham hotelowy wózek z kierunku sypialni. Zależy mi, aby Eli zjadł śniadanie. Po jedzeniu porozmawiamy, wszystko sobie wyjaśnimy i zapomnimy o wczorajszej nocy.

- Skarbie, już nie śpisz? – Cieszy mnie widok ukochanego, który siedzi w łóżku, oparty o poduszki.

- Możesz… Możesz mi nalać wody? – Głos Eli jest lekko zachrypnięty.

- Oczywiście. – Od razu spełniam prośbę. – Może wolisz sok?

- Nie. – Eli sięga po szklankę. Wypija kilka łyków zimnej wody. Po chwili zauważa obrączkę zaręczynową, którą mu założyłem, gdy spał.

- Zamówiłem gofry. Masz ochotę? – Spoglądam na chłopaka z nadzieją.

- Nie jestem głodny.

- Skarbie, musisz jeść. Chociaż troszeczkę, dobrze? – Biorę talerz wypełniony goframi i zbliżam się z nim do łóżka.

- Nie chcę. Głowa mnie boli.

Nastolatek odkłada szklankę na nocny stolik, po czym chowa twarz w dłoniach. Jego oczy są zaczerwienione i spuchnięte. Wylał wczoraj wiele łez. Jest w ciąży, więc nie mogę zaproponować mu żadnych leków. Odkładam gofry i idę do łazienki zmoczyć ręcznik. Zimny kompres oraz zaciągnięcie zasłon to moje jedyne pomysły na poprawę jego samopoczucia.

- Mogę? – Delikatnie dotykam dłoni Eli, by zgodził się je przesunąć. – Wiem, że to niewiele, ale powinno pomóc.

Króliczek wzdycha cicho. Jak ognia unika mojego wzroku. Chciałbym mu jakoś pomóc, bo boli mnie, że cierpi.

- Mam zawołać lekarza?

Eli nie reaguje na moje słowa. Zamyka oczy i przygryza dolną wargę zębami.

Po moim ciele przechodzi zimny dreszcz. Aż tak go boli? Co mam zrobić?

- Skarbie… Może powinniśmy pojechać do szpitala… – Podejmuję drażliwy temat, którego Eli bardzo nie lubi. Ciężarny nadal nie reaguje. Klękam na podłodze przy łóżku i muskam palcami jego dłoń. Eli natychmiast cofa rękę. Broda zaczyna mu drżeć. Odwraca się do mnie plecami i zwija w kłębek, zaczynając płakać. – Błagam cię… Nakrzycz na mnie, albo mnie zwymyślaj, tylko nie płacz – proszę.

- Nie dotykaj mnie, podły kłamco!

- Skarbie, kiedy cię okłamałem? – Wykorzystuję okazję, by dowiedzieć się co stoi za jego dziwnym zachowaniem. – Powiedz mi. Jestem pewny, że to tylko nieporozumienie. A jeśli nie, to przysięgam, że to naprawię.

- Naprawisz? Teraz?! – Rozjuszony Króliczek obraca się moją stronę. Jego oczy, choć czerwone i spuchnięte, przepełnione są gniewem. – Myślisz, że po czymś takim jeszcze ci zaufam?!

- Eli… Nie mam pojęcia, co się stało, rozumiesz? Nie wiem co zrobiłem lub powiedziałem, że tak to tobą wstrząsnęło. Proszę, powiedz mi o co chodzi – naciskam na narzeczonego, by zechciał wyjawić mi prawdę.

- Okłamałeś mnie! Patrzyłeś mi prosto w oczy i kłamałeś!

- Ja? Kiedy? – Po raz tysięczny staram się przeanalizować wydarzenia wczorajszego dnia. Co takiego zrobiłem? Co powiedziałem? Kiedy to było?

- Nie wiesz?! – Oczy Eli robią się okrągłe niczym spodki. –Ty serio nie wiesz? – Jasnowłosy ciasno obejmuje brzuch ramionami, chroniąc dziecko, które pewnie szaleje z niepokoju. – A pamiętasz Cherry?

- Cherry? – Powtarzam po nim obco brzmiące imię. – Kim jest… – W ciągu ułamka sekundy wszystkie tajemnicze kawałki układanki zaczynają tworzyć spójną całość. – Cherry! Co ona ma z tym wspólnego?

- Może opowiesz mi o waszym „spotkaniu biznesowym”, co Max?

- Skarbie, to było wieki temu, przysięgam. Zaraz po tym, jak przyjechałem do domu rodziców. Raz z nią rozmawiałem.

- Rozmawiałeś… – Kpiarski ton Eli daje mi do zrozumienia, że powinienem opowiedzieć mu więcej zawstydzających szczegółów.

- Poznałem ją w barze. Za dużo wypiłem – nerwowo przeczesuję włosy palcami, niechętnie wracając do wydarzeń, o których dawno temu wszyscy powinni zapomnieć. – Przyjechałeś po mnie, pamiętasz? Nic nas nie łączyło – dodaję, by rozwiać wszelkie wątpliwości.

- Nie, oczywiście, że nie – Eli zaczyna się ironicznie śmiać. – Czysty biznes…

- Byłem zły na siebie, bo nie umiałem poradzić sobie z własnymi uczuciami. Poszedłem do baru. Ona się do mnie dosiadła. Za dużo wypiłem Chciałem o tobie zapomnieć. Ona… Zaproponowała mi seks. Do niczego nie doszło. Oskubała mnie z pieniędzy. Nie spałem z nią, jeśli o to ci chodzi – wyjawiam mroczne sekrety, których bardzo się krępuję.

- Nie obchodzi mnie, czy z nią spałeś! To twój problem, nie mój – Eli próbuje wyplątać się z pościeli.

- Nie spałem! Serio! Nie spałem! Chciałem, ale… Nie mogłem, rozumiesz? Liczyłeś się dla mnie tylko ty! Nie powiedziałem ci o tym, bo było mi wstyd. Wstydziłem się tego, że upiłem się do nieprzytomności, a potem ona… Znaczy Cherry, zabrała mi wszystkie pieniądze. To nie jest historia, z której jestem dumny – skruszony, podchodzę do ukochanego i próbuję go objąć. – Skarbie, proszę, nie gniewaj się na mnie.

- Ty nadal nie rozumiesz… Myślisz, że chodzi mi o tę dziewczynę?!

- To chyba najgorsza rzecz, jaką miałem na sumieniu.

- Max, ja od dawna o wszystkim wiem.

- Co?! Skąd wiesz?! I co wiesz?! – Zaskoczony takim obrotem sytuacji wpatruję się we fioletowe oczy Króliczka, szukając w nich odpowiedzi.

- Od ciebie. Powiedziałeś mi o wszystkim po powrocie do domu.

- Ja?! Ja ci o tym powiedziałem?! – Nie wierzę własnym uszom. – Powiedziałem ci o Cherry?!

- Z najdrobniejszymi szczegółami – Eli uśmiecha się złośliwie. – Nie pamiętasz tego, prawda?

- Ani słowa – przyznaję mu rację, czując jak moja twarz aż pali z zażenowania.

- Tego, co robiliśmy potem też nie pamiętasz? – pyta niewinnie, gorzko się przy tym uśmiechając.

- My?! Co masz na myśli?

- Nic – blondyn próbuje uwolnić się z moich ramion.

- Powiedz mi – nalegam. Unoszę jego brodę, by spojrzeć mu prosto w oczy.

- Ty mi nie mówisz o swoich „spotkaniach biznesowych”, więc dlaczego ja miałbym ci opowiadać o moich? – kpi.

- Nadal jesteś na mnie zły – zauważam ponuro, zwalniając uścisk.

- Oczywiście, że jestem na ciebie zły! Dziwisz mi się?! Powiedziałem ci o najgorszych rzeczach, jakie przytrafiły mi się w życiu. O mojej siostrze i o … – Eli nie jest w stanie wymienić imienia tego przeklętego gwałciciela, którego kiedyś z pewnością zabiję. – Jak mogłeś, Max? Jak mogłeś patrzeć mi prosto w oczy i kłamać w tak błahej sprawie? – Po policzkach Króliczka spływają kolejne łzy.

- Wybacz mi! – Podbiegam do chłopaka i chowam go w swoich ramionach. – Ja… Nie pomyślałem… Nie chciałem cię zranić. Przysięgam. Wstydziłem się i…

- Jak mam ci wierzyć, Max? – Przerywa mój wywód, zanosząc się od płaczu. – Ufałem ci! Ufałem ci tak bardzo! A ty... Miałeś być moim mężem, Max! Moją rodziną! Kochałem cię! Kochałem cię tak bardzo…

- Skarbie… – serce mi się kraje, słysząc te słowa. – Przepraszam. Nie pomyślałem, że tak to odbierzesz… Przepraszam… Proszę, wybacz mi.

- Puść – Eli unika mojego dotyku. Odsuwa się ode mnie, a potem ucieka do łazienki i zamyka za sobą drzwi.

W głowie mi szumi od emocji. Siadam na podłodze, tuż obok drzwi, za którymi zniknął Króliczek i chowam głowę między kolanami. Jak mogłem być tak głupi?! Dlaczego się tak zachowałem. Eli ma rację. We wszystkim. Na jego miejscu ja także byłbym wkurzony. Tego co zrobiłem nie da się w żaden sposób racjonalnie wyjaśnić. Może zaślepiła mnie własna pycha? Próbowałem być idealny w jego oczach. Wolałem go okłamać, niż przyznać się do chwili słabości. Jak mogłem?! Eli był ze mną od zawsze szczery. Aż do bólu. Tymczasem ja… Eli powiedział, że wyznałem mu prawdę od razu po przyjeździe do domu. Nie dziwi mnie to. Klasyczny Max. Skoro wiedział, czemu nigdy o tym nie wspomniał? Czemu nie wygarnął mi tego prosto w twarz? Max, jesteś skończonym durniem!

Pochłonięty biczowaniem się w myślach nie zauważam, że Króliczek wychodzi z łazienki. Kładzie rękę na moim ramieniu, by zwrócić na siebie mogą uwagę. Od razu splatam nasze palce i całuję go po nadgarstku.

- Przepraszam. Szczerze cię przepraszam – szepczę między pocałunkami.

- Musimy jechać do szpitala.

- Dlaczego? Źle się czujesz? – podnoszę się z podłogi i uważnie przyglądam nieco bladej twarzy nastolatka.

- Max, ja krwawię.

sobota, 14 czerwca 2025

mpreg 117

 

„Bezsenne Noce"

Po raz trzeci w ciągu ostatnich kilku godzin wracam do hotelowego apartamentu. Zdyszany wbiegam po schodach. Zapalam światła. Rozglądam się bezradnie.

Nie ma go.

Dzwoniłem do Eli chyba milion razy. Powinienem podpiąć telefon do ładowarki. Bateria zaraz padnie.

- Akurat teraz?! – warczę na smartfona, który odmawia współpracy. Odkładam urządzenie na niewielki stolik. Nie odrywając wzroku od ekranu, niezgrabnie opadam na znajdującą się obok sofę.

Biorę głęboki wdech, po czym bardzo powoli wypuszczam powietrze. To zabawne, że zawsze w takich chwilach przypominają mi się techniki relaksacyjne. Wspominają o nich nawet w poradnikach dla przyszłych rodziców. Panowanie na oddechem jest kluczowe w stresowych sytuacjach – przywołuję cytat, który zapamiętałem. To brednie! Nie mam pojęcia, czy autor tych słów przechodził przez to samo piekło co ja. Może sobie wsadzić te swoje oddechy głęboko  tyłek! Oby się nimi udusił!

Nie! To strata czasu! Nie będę tu tkwić! Podrywam się ze swojego miejsca, lecz rozsądek bierze górę. Potrzebuję telefonu!

Drżącymi palcami przesuwam po ekranie.

- Abonent ma wyłączony…

Z moich ust wypływa cała seria przekleństw. Głośnych. Dosadnych. Nie przynoszących żadnej ulgi.

Osuwam się na dywan i chowam twarz w dłoniach.

Sprytny małolat nie korzysta z mojej karty kredytowej. Gdyby kupił chociaż butelkę wody bank od razu by mnie o tym powiadomił. Nie sądzę, aby miał przy sobie większą ilość gotówki. Jego karta nadal schowana jest w  moim portfelu. Bez pieniędzy nie może być daleko. Powiedział kelnerowi, abym czekał na niego w hotelu. Gdzie więc jest?! Czemu nie wraca?! Czy ma pojęcie, jakie tortury na mnie sprowadził?! Co mu strzeliło do głowy?!

Szukałem wszędzie. Sprawdziłem wszystkie restauracje, sklepy, kawiarnie. Przeczesałem centrum wzdłuż i wszerz. Jak to możliwe, że nie mogę go znaleźć?!

Po raz kolejny sięgam po telefon. Musi minąć co najmniej osiem godzin, aby móc zgłosić zaginięcie. Eli zapadł się pod ziemię niecałe pięć godzin temu. Jeśli przez kolejne trzy godziny nie wróci, nie będę się hamować. Poruszę niebo i ziemię, jeśli będzie trzeba. April zna odpowiednich ludzi. Obiecała mi pomoc. Odzyskam Króliczka i wszystko będzie dobrze. To wyłącznie kwestia czasu. Trzy godziny i ani minuty dłużej.

Zaplatam dłonie na karku i ponownie skupiam się na oddychaniu. To głupie oddychanie, oraz nieco szalony plan działania, pozwalają mi skupić myśli. Za piętnaście minut będę mógł wznowić poszukiwania. Tyle wystarczy, aby naładować baterię. Gdy tylko odnajdę Eli, kupię jeszcze jeden telefon. Albo od razu dwa, tak na wszelki wypadek. Co mnie podkusiło, aby mieć tylko jeden? Jak mogłem wykazać się taką nieostrożnością i głupotą?! Dodatkowy telefon znacznie ułatwiłby mi życie. Zwłaszcza teraz. Jest niezbędny! Zachciało mi się bawić w „dorosłego”, to mam za swoje. Za pomocą ograniczania wydatków chciałem przypodobać się narzeczonemu. Dosyć! Od teraz nie będę się więcej hamować. Nieważne, czy będzie chodziło o telefon, ubrania, dom czy samochody. Bycie dorosłym to nie tylko oszczędzanie, ale i przewidywanie. Czemu nie posłuchałem podszeptów intuicji, która wielokrotnie i w złowieszczy sposób wyśmiewała się ze mnie szyderczo. „Max – minimalistą? To ten sam Matrix, w którym cisza przemówi, a echo zamilknie?”

- Nie, Max… Tak nie wolno… Nie kupuj zbędnych rzeczy, Max… – przedrzeźniam Eli, jakby to miało mi w czymś pomóc.

Trzynaście minut…

Dziesięć…

Siedem…

Czas wlecze się niemiłosiernie. Podnoszę się z podłogi i zaczynam nerwowo spacerować po pokoju. Skupiam się na planie działania, który przewiduje ponowne sprawdzenie centrum, a następnie równie szybki kontakt z April. Lokalizacja w telefonie Króliczka nie działa. Jestem pewny, że po oficjalnym zgłoszeniu znajomi April bez problemu namierzą telefon Eli. Chyba, że go zgubił. A może ktoś mu go ukradł? Ta niewiedza doprowadza mnie do szału! Dosyć się naczekałem. Pora wrócić do działania.

Podbiegam do drzwi i naciskam na klamkę. W tej samej chwili zapala się zielona lampka sygnalizująca, że karta odblokowująca elektroniczny zamek została użyta. Niczym nosorożec, prę do przodu. Zaskoczony Eli cofa się o krok do tyłu. Upuszcza kartę na podłogę, jednocześnie otulając brzuch dłońmi.

- Przestraszyłeś mnie – szepcze cicho, chroniąc nasze dziecko.

- Skarbie! – Rzucam się na ciężarnego, chowając go w swoich ramionach. – Tak się martwiłem! – Obejmuję blondyna jeszcze ściślej, zupełnie jakbym chciał go do siebie przykleić.

- Puść – Eli wypowiada tylko jedno słowo, lecz jego lodowaty ton sprawia, że od razu wykonuję polecenie.

- Gdzie byłeś? Szukałem cię wszędzie! – żalę się. – Dlaczego wyszedłeś z restauracji bez słowa? Nie masz pojęcia, jak bardzo…

- Nie chcę tego słuchać! – Osiemnastolatek ostro przerywa mój wywód. – Jestem zmęczony – dodaje nieco spokojniejszym tonem.

- Skarbie… – Ponownie wyciągam rękę w stronę chłopaka, ale wiejący od niego chłód sprawia, że nie ważę się go dotknąć.

- Daruj sobie, ok? – Warczy na mnie, kierując się w stronę łazienki.

- Króliczku – idę w krok za nim, walcząc o chwilę uwagi. – Gdzie byłeś? Martwiłem się. Bałem się, że coś ci się stało – zasypuję blondyna gradem słów.

- Miałeś poczekać na mnie w hotelu – zirytowany Eli wzdycha ciężko, okazując zniecierpliwienie.

- Gdzie byłeś? – Nie chcę na niego naciskać, lecz jak inaczej mam się dowiedzieć prawdy? – Martwiłem się. Jesteś w ciąży i…

- No i co z tego, że jestem? – Rozjuszony Eli odpowiada pytaniem na moje pytanie. – Kilka godzin temu też byłem w ciąży. Nie zauważyłeś?

- Skarbie, dlaczego taki jesteś? Stało się coś złego? – W mojej głowie od razu pojawia się milion scenariuszy. Jakiś czas temu zmieniłem i zastrzegłem numer telefonu Eli, bo zachowywał podobnie. Był całkowicie rozchwiany emocjonalnie. Czy ten obleśny typ, którego pewnego dnia zabiję gołymi rękami, zdobył jego nowy numer? Przecież to niemożliwe. Eli utrzymuje kontakt wyłącznie z Jo. Historia naszej relacji miała wzloty i upadki, przyznaję. Może nie rzuciliśmy się sobie w ramiona, ale Jo to porządny facet. Wątpię, że rozdaje zastrzeżony numer przyjaciela na prawo i lewo. Nie, Jo nie zrobiłby czegoś takiego. A skoro to nie gwałciciel zdenerwował Króliczka, to może Edmund? Pewnie nadal przeżywa sprawę odwołanej wystawy. Może chce się zemścić? Z drugiej strony jak niby miałby to zrobić? Jedyne czym dysponuje, to adres moich rodziców. Jeśli pofatyguje się, aby nas odwiedzić, w pierwszej kolejności będzie musiał zmierzyć się z ojcem. Potem ze mną. Edmund dobrze wie, że dysponujemy dowodami. Jeśli je ujawnimy, to będzie ostateczny koniec jego marnej kariery. Czy jest na tyle odważny, by aż tak zaryzykować? W bezpośrednim starciu też nie ma żadnych szans. Edmund może być idiotą, ale nie samobójcą. Nie, to nie Edmund. A skoro nie on, to kto?

- Nie wiesz?! – Fiołkowe oczy wpatrują się we mnie ze zdziwieniem. – A może tylko udajesz, bawiąc się moim kosztem?

- Ja?! Skąd przyszedł ci do głowy tak niedorzeczny pomysł? – Wykluczyłem gwałciciela, Edmunda i Jo. Kto został? Tylko Freddy. Czy to jego wina? Wypełzł spod ziemi? Sądziłem, że sprawy hotelu pochłonęły go bez reszty. Wredny jaszczur!

- Nie chcę z tobą teraz rozmawiać, rozumiesz?! – Eli spogląda mi w oczy. Jest zdenerwowany i bliski łez. – Patrzeć też na ciebie nie chcę! – Mija mnie pewnym krokiem, kierując się do łazienki. Zamyka drzwi tuż przed moim nosem. Głośny trzask sprawia, że przechodzą mnie ciarki.

To ja jestem problemem?

- Co cię opętało? – szepczę do samego siebie.

Stoję jak wryty, wpatrując się w przestrzeń. Zamknięty w łazience Eli wybucha głośnym płaczem. Wyciągam rękę, która zamiera w bezruchu. Co mam zrobić? Zapukać? Zapytać co się stało? A może nie bawić się w konwenanse i po prostu wywarzyć te cholerne drzwi?

Mija dwadzieścia minut. Płacz Eli powoli cichnie, a potem miesza się z szumem wody, lejącej się z prysznica. Zaciskam dłonie w pięści, opierając się plecami o ścianę.

- Skarbie? – Podejmuję ostatnią próbę. – Proszę… – przyciskam czoło do zimnego drewna. – Otwórz. Skarbie? – Ostatkiem sił kontroluję ton głosu. Wypowiadane przeze mnie słowa przepełnione są desperacją. – Proszę, otwórz – powtarzam po raz kolejny.

- Chcę być sam! Idź sobie!

- Eli, otwórz. Powiedz mi co się stało. – Biorę głęboki wdech, po czym ciężko i wolno wypuszczam powietrze. – Jeśli nie otworzysz to…

- To co? – Eli nie daje za wygraną. Nie poznaję go. Zwykle jest spokojny i opanowany. Czemu więc zachowuje się jak rozjuszone zwierzę?

- Rozwalę drzwi. – Nie jestem cierpliwą oazą spokoju. Nigdy nie byłem. Wzniosłem się na wyżyny cierpliwości, bo Króliczek jest w ciąży. Wytrzymałem naprawdę długo, choć zgotował mi dzisiaj przejażdżkę kolejką górską bez zabezpieczenia. A teraz zrobię to, co powinienem był zrobić od razu, gdy tylko przekroczył próg hotelowego pokoju. Przejdę do działania.

- Nie zrobisz tego.

- Zrobię – zapewniam żarliwie. – Masz dziesięć sekund na podjęcie decyzji. Na twoim miejscy wykorzystałbym ten czas, aby odsunąć się jak najdalej. – Biorę ostatni głęboki wdech. – Gotowy? – pytam zaczepnie, czekając na reakcję narzeczonego.

Ku mojemu zaskoczeniu, Eli wybiera pokojowe rozwiązanie. Odblokowuje zamek. Uczucie nieopisanej ulgi rozlewa się po moim ciele niczym balsam.

- Skarbie, nic ci nie jest? – Z czułością dotykam twarzy ukochanego. Jego oczy są czerwone i spuchnięte od płaczu. – Strasznie tu gorąco. Chcesz się napić wody? A może wolisz się położyć? – Biorę chłopaka za rękę i prowadzę w kierunku łóżka. – Usiądź. Przyniosę ci zimny kompres.

- Nic od ciebie nie chcę! Jesteś podły! – Po policzkach Króliczka spływają kolejne łzy.

- Podły? – powtarzam epitet, który z pewnością ma swoje uzasadnienie.  – Za chwilę wszystko sobie wyjaśnimy. Zanim to jednak nastąpi, pozwól, że się tobą zajmę.

- Nie potrzebuję cię! Jesteś okropny! Jesteś… Jesteś… – Eli szuka kolejnych inwektyw, którymi chciałby mi dopiec. – Beznadziejny z ciebie mąż! A ja ci tak ufałem! Jak mogłem być tak głupi?! – Zamieram, gdy mój ukochany ściąga z palca obrączkę zaręczynową, którą rzuca w moją stronę. Złoty krążek odbija się od mojej klatki piersiowej, a następnie spada na podłogę.

Przerażony własnym zachowaniem fiołkowooki kolejny raz zalewa się łzami. Przytulam go mocno do siebie. Jego dłonie zaciskają się na mojej koszuli. Szlocha tak bardzo, że z trudem łapie powietrze.

- Skarbie… Spokojnie… Nie płacz, proszę. Zrobię co zechcesz, tylko nie płacz – biorę ukochanego na ręce, a następnie sadzam go sobie na kolanach. – Nie płacz. Nie płacz – bezustannie szepczę w jego włosy. – Nie mogę znieść, gdy tak bardzo cierpisz. Proszę, nie płacz.

Nie mam pojęcia, jak długo tak siedzimy. Eli z trudem udaje się zapanować nad oddechem. Łzy przemoczyły moją koszulę. Światło drażni jego spuchnięte oczy. Nie mogę go wyłączyć. Musiałbym wstać, a za nic nie wypuszczę z ramion tego małego nieszczęśnika. Przeczesuję potargane, jasne włosy palcami, kołysząc chłopaka w swoich ramionach.

- Puść – obrażona trusia znowu chce się uwolnić.     

- Nie – przygarniam go jeszcze bliżej siebie.

- Dziecku jest niewygodnie – używa argumentu, z którym ciężko wygrać.

Niespiesznie podnoszę się z fotela. Odkładam Eli na łóżko. Poprawiam pościel tak jak lubi. Przynoszę mu wodę. Z satysfakcją obserwuję, jak jego palce dotykają moich. Zachłanny małolat opróżnia cała szklankę. Układa głowę na miękkich poduszkach. Jest wyczerpany psychicznie i fizycznie.

- Gdybyś mi powiedział o co chodzi, od razu bym to naprawił. Nie ma rzeczy, której dla ciebie nie zrobię.

- Idź sobie. Chcę być sam.

- Dobrze, zaraz sobie pójdę. Tylko nie płacz więcej – kładę się na łóżku obok ukochanego. Tak jak podejrzewałem, od razu się do mnie przysuwa. Nasze ciała są jak dwa magnesy. Tej więzi nie da się zerwać. On to wie. Ja to wiem. Dziecko też to wie. Niezadowolone, atakuje Eli z podwójną siłą. Króliczek od razu zmienia pozycję. Chcę mu pomóc. Kładę rękę na jego brzuchu.

- Już dobrze – pełen współczucia dla jego niewygody masuję krągłą wypukłość. Nasz mały nicpoń nieźle wariuje. Udziela mu się nerwowość Eli.

- Idź sobie – szepcze sennie, ziewając niczym mały kotek. Jego palce zaciskają się na moim przedramieniu. Przyciąga mnie do siebie, jakby od tego zależało jego życie.

- Jeśli serio chcesz spać sam… Poczekam aż zaśniesz i wtedy sobie pójdę. Pozwolisz mi tu zostać jeszcze na chwilę?

Dziecko, słysząc moje słowa, protestuje. Wzrusza mnie, że choć jest tak malutkie, to walczy o mnie, o naszą rodzinę. Nie da się ukryć, że ma w sobie geny taty. Pękam z dumy na samą myśl, że będzie mi dane wychowywać tego nieustraszonego wojownika. Jest jak tygrys. A może jak lwiątko?

- To bolało. – Niezadowolony Eli wierci się w moich ramionach, bo nasz maluch zaczyna nową rundę dzikich harców. Otula moją dłoń swoimi palcami, pomagając mi ukołysać dzidziusia. – Nie kop mnie tak mocno – prosi.

- Zamknij oczy i spróbuj się odprężyć. Ja zajmę się dzieckiem.

- Chcę spać – ponownie zmienia pozycję. Traktuje mnie jak swoją poduszkę, kładąc głowę na moim ramieniu.

- Kocham cię, skarbie – całuję Króliczka po skroni.

- Idź sobie – mamrocze, nieprzytomny ze zmęczenia.

Chciałbym spełnić jego zachciankę, ale nie daje mi szansy. Zasypia, a ja nie mam serca, by go budzić. Sięgam po kołdrę, którą nas okrywam.

Nie dowiedziałem się dlaczego zostawił mnie samego w restauracji. Mam nadzieję, że rano o tym porozmawiamy.

wtorek, 7 maja 2024

Wpadka - Epilog

 

Nasi synkowie kończą dziś pięć miesięcy. Małe urwisy rosną jak na drożdżach. Dzieci są wymagające i płaczliwe. Potrafią bezustannie grymasić bez powodu, bylebyśmy tylko nosili je na rękach. Nie pamiętam już jak to jest, gdy można przespać całą noc nie będąc kilka razy budzonym. Za każdym razem, gdy jeden z chłopców uśnie, drugi od razu zaczyna dokazywać. I zabawa zaczyna się od nowa. Mimo to nie narzekam. Choć bywa trudno, to za nic w świecie nie powiem tego głośno. Bliźnięta są spełnieniem moich marzeń.

Wracając do domu kupiłem im prezenty – wielkie pluszowe niedźwiedzie. Mają niebieskie oczy oraz czerwone kokardy zawiązane na szyi. Wnoszę je na górę do pokoju dziecinnego. Nikogo w nim nie ma. Zaglądam do sypialni Samuela. Oba maluchy słodko śpią, leżąc na środku łóżka. Obok nich śpi mój ukochany. Wyciągam telefon i robię kilka zdjęć, by uwiecznić ten rzadki widok.

Samuel nadal ma żal zarówno do mnie, jak i do dzieci. Zwłaszcza do mnie, bo przy maluchach pomaga. Zabiera je na spacer, karmi, przewija. Jest bardzo troskliwy. Chłopcy to czują i częściej się do niego uśmiechają. Być może próbują wynagrodzić mu przykre chwile, których nie poskąpili mu w czasie ciąży. Proces leczenia złamanego serca przebiega powoli. Ciężko mi z tego powodu. Wiem, że nagrzeszyłem i nie mogę się spodziewać, że omega z dnia na dzień zapomni o całej sprawie. Po prostu czuję, jak odgrodził się zarówno ode mnie, jak i od naszych synków. Często bywa zamyślony. Czasem smutny. Chociaż codziennie zapewniam go o miłości i oddaniu, jak na razie nie wykazał chęci, aby się ze mną połączyć. Spina się, gdy próbuję go przytulić lub pocałować. Doktor Ivette twierdzi, że to depresja poporodowa. Mam dać mu czas, którego potrzebuje. Nie naciskać. Nie przymuszać. Cierpliwie czekać aż odzyska równowagę i dojdzie do siebie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że serce omegi wciąż przypomina porwane strzępy. Jest niczym jątrząca się rana, promieniująca bólem, na który nie ma lekarstwa. Gdybym mógł bardziej się do niego zbliżyć… Gdyby mi pozwolił zaopiekować się sobą, zaufał w równym stopniu, w jakim ja ufam jemu… Do teraz mam przed oczami roztrzęsionego Samuela, stojącego na gzymsie dwudziestopiętrowego budynku… Ta scena często śni mi się po nocach, powracając jako najgorszy z możliwych koszmarów. Nie potrafię o tym zapomnieć. Zazwyczaj zrywam się z łóżka i biegnę sprawdzić, czy z moim ukochanym wszystko w porządku.

Bez namysłu rzucam misie na fotel, a sam kładę się przy moim skarbie i mocno go przytulam.

- Jeremy? Jak było w pracy? – Piwnooki zadaje to pytanie zaspanym głosem. Jest rozkoszny, a ja tak dawno nie tuliłem go w swoich ramionach.

- Dobrze. Tata cię pozdrawia. Powiedział, że wpadną z mamą w weekend na obiad – streszczam chłopakowi przebieg mojego dnia.

- Lubię twojego tatę. Jest bardzo miły.

- Zauważyłem… – Zazdrość robi swoje. Zaborczo walczę o uwagę, bo nie podoba mi się, że mój omega tak ciepło wypowiada się o przyszłym teściu, który w dodatku ma do niego wielką słabość. Ojczulek przejął się losem mojego wybranka. Zachowuje się tak, jakby nagle adoptował drugiego syna. Bezustannie do niego dzwoni. Kupuje prezenty. – Gdyby nie mama to zacząłbym podejrzewać, że coś was łączy – komentuję sytuację lekko obrażonym tonem.

- Bardzo śmieszne – omega prycha rozbawiony. Wykorzystuję okazję, że mnie nie odtrącił i kładę go na plecach, by chociaż na chwilę zawładnąć miękkimi wargami.

- Kocham cię. Kocham cię tak cholernie mocno – szepczę między delikatnymi pocałunkami, z całych sił lgnąc do jego ciała.

Samuel nie odpowiada. Ma zamknięte oczy i nieco przyspieszony oddech. Znowu wydaje się zimny i niedostępny.

- Błagam, nie torturuj mnie więcej. Otwórz dla mnie swoje serce. Bądź tylko mój – proszę.

- Jeremy… – wzdycha cichutko. Idę o zakład, że za chwilę powie coś typu „potrzebuję więcej czasu”, albo „powinniśmy zająć się dziećmi”.

- Spójrz na mnie – przesuwam opuszkami po jego policzku. W końcu unosi powieki, hipnotyzując mnie swoimi niezwykłymi tęczówkami. – Zrobię dla ciebie wszystko. Dobrze wiesz, że moje uczucia są szczere.

- Mówisz tak przez wzgląd na maluchy.

- Nieprawda! – Jak lew bronię swojego zdania. – Wsłuchaj się w moje serce. Ono bije tylko dla ciebie!

- Jeremy… – Oczy blondyna zachodzą łzami. – Ja tak bardzo się boję…

- Czego się boisz, najdroższy?

- Ciebie.

- Mnie? – dziwię się.

Przyznaję, że jego odpowiedź jest zaskakująca, choć nie pozbawiona sensu. Na jego miejscu ja także bym się bał. Przez całą ciążę zdany był wyłącznie na siebie. Wielokrotnie go odtrącałem, odpychałem, szydziłem z jego uczuć. Byłem w tej roli na tyle przekonywujący, że nasze dzieci od razu mi uwierzyły.

- Chodź do mnie – biorę ukochanego na ręce i zamierzam zabrać gdzieś, gdzie będziemy mogli pobyć sami, z daleka od domu i problemów.

- Bliźniaki nie mogą zostać na łóżku! – protestuje zapobiegliwy tatuś.

- Ja się nimi zajmę – wtrąca się Dorothy, która niespodziewanie pojawia się
w pokoju.

- Dziękuję! Jesteś aniołem! – rzucam szybko do kobiety. – Nie wiem kiedy wrócimy – dodaję, kierując się w stronę drzwi.

- Nie szkodzi. Proszę się nie spieszyć i załatwić wszystko tak, jak trzeba! – Gosposia już od bardzo dawna kibicuje naszej miłości. Przy jej udziale rozpieszczam Samuela na każdym kroku. Podtykamy my smakołyki
i próbujemy odrobinę utuczyć. Dopiero niedawno jego anemia dała się okiełznać. Niemniej jeszcze długo będzie musiał zażywać witaminy i poddawać się badaniom kontrolnym. Rygorystycznie ich pilnuję, bo jego zdrowie to mój najważniejszy priorytet.

- Owinąłeś sobie wszystkich wokół palca – chwalę miłość mojego życia.

- Gdzie jedziemy? – pyta piwnooki. „Porwanie” wprawia go w znacznie lepszy humor. Gdybym wiedział, że na to czeka, już dawno wprowadziłbym odrobinę szaleństwa do naszego codziennego życia. Starałem się postępować subtelnie, by go zbytnio nie płoszyć. Nie podobało mi się, gdy stanowczo zażądał osobnej sypialni, do której praktycznie codziennie próbowałem się zakradać. Nie skomentowałem jego decyzji ani jednym słowem, czekając aż będzie gotowy na związek ze mną. Nie chciałem seksu. Chodziło mi wyłącznie o bliskość, zapach. Trudno jest zachowywać się powściągliwie, gdy druga osoba jest nam potrzebna do życia bardziej niż tlen. Tak właśnie postrzegam naszą relację.

- Co powiesz na kolację w hotelu? Z pewnego źródła wiem, że twoje ulubione ciastko podają razem z gorącą czekoladą oraz lodami waniliowymi i bitą śmietaną – kuszę, bo sernik to wciąż jedyna rzecz, do której ma słabość.

- To nie fair! – oburza się, słysząc składniki tajemnego menu, które ewidentnie działa na jego zmysły.

- Skarbie, to dopiero początek – zapewniam, szczerze się przy tym uśmiechając.

 

***

 

Apartament, który wynająłem jest przestronny i elegancki, choć nie należy do najdroższych. Te ostatnie znajdują się na najwyższym piętrze. Z wiadomych względów mam uraz do dużych wysokości. Liczę, że Samuel to rozumie i nie pomyśli o mnie jak o sknerze. Luksusowe wnętrze składa się ze sporego salonu oraz dwóch sypialni. W jednej z nich jest kominek i to tam decydujemy się spędzić wieczór.

Omegi nie ekscytuje wizja upojnych chwil w wielkim łożu z baldachimem. Zamiast tego rozkłada koc tuż przy skwierczącym ogniu i wpatruje się
w czerwonawe płomienie. Kładzie się na brzuchu i podpiera głowę ręką. W jego dwubarwnych oczach pojawia się żar, który topi moje serce.

- Masz pojęcie, jaki jesteś piękny? – pytam chłopaka, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku. Blada skóra na jego twarzy nabiera rumieńców. Usta są lekko rozchylone. A jego zapach… – Odurzasz mnie…

- No trudno. – Dwudziestolatek próbuje ukryć przede mną zdradziecki uśmieszek. – Będziesz musiał jakoś to znieść.

- Dobrze wiesz, że nie należę do osób cierpliwych. Nie panuję nad sobą! Proszę, pozwól mi się kochać!

Moja gorliwa przemowa nie robi na nim żadnego wrażenia. Skubany,  ma mnie w garści. Co zrobię, jeśli będzie mnie tak zwodził jeszcze długie tygodnie?

- Gdzie sernik? Obiecałeś mi lody i czekoladę… – Zniecierpliwiony blondyn zaczyna nawijać dłuższe kosmyki włosów na palce. – Mam wielką ochotę na coś słodkiego – kokietuje mnie.

- Nie ma nic słodszego od ciebie.

- Tak uważasz? – drażni się ze mną, wykorzystując przewagę, jaką nade mną zyskał w ostatnim czasie.

- To już bezwstydny flirt! – Czuję, jak krew w moich żyłach gotuje się
z powodu namiętności i ognia, od którego jest mi zbyt gorąco.

Gehenna trwa w najlepsze. Omega wyjątkowo wolno delektuje się ciastkiem. Podejrzewam, że to jego pierwszy posiłek dzisiejszego dnia.

- Pyszny. – Mruży oczy i zmysłowo oblizuje łyżeczkę z resztek czekolady. Dłużej tego nie zniosę!

- Naprawdę? – Uśmiecham się do niego, podnosząc ze swojego miejsca.

Potrzebuję dokładnie dwóch i pół sekundy, by dopaść do mojej ofiary. Zanoszę chłopaka na łóżko i rozkładam na samym środku.

- Jeremy, co robisz? – Mój ukochany unosi się na łokciach, by obserwować, jak ściągam z siebie sweter oraz koszulę.

- Powiedziałeś, że jest pyszny. Pozwól, że sam to ocenię.

Usta Samuela smakują nieziemsko. Gorzka czekolada, wanilia oraz najbardziej uzależniający na świecie smak omegi, z którym za chwilę będę się kochać. Naśladuję powolne ruchy jego języka, prowokując go do zabawy. Gdy z gardła mojego wybranka wydobywa się seksowny pomruk, obejmuję go wyjątkowo mocno. Najchętniej chciałbym stopić się z nim w jedną całość, by już zawsze był tak blisko.

- Jesteś całym moim światem. Uwielbiam cię tak bardzo, że mógłbym cię zjeść.

- Jeremy! – Samuel wybucha szczerym śmiechem, więc dodatkowo zaczynam go łaskotać, zostawiając drobne pocałunki na smukłej szyi. – Kochasz mnie?
– Poważnieje na chwilę, zadając mi to pytanie.

- Bardziej niż sądzisz. Jesteś dobry, wrażliwy, czuły. Cudowny. W dodatku nikt inny nie działa na mnie w łóżku tak jak ty.

- W to akurat jestem skłonny uwierzyć. – Piwnooki zmniejsza odległość między nami i muska moje wargi swoimi.

- Więc mi się poddaj. Połącz się ze mną na zawsze. Bądź tylko mój.

- Tylko twój… – Samuel przymyka powieki i wyjątkowo nieśmiało otwiera przede mną swoje serce. Wyraźnie czuję niepewność oraz strach, które w sobie nosi. Tak wiele przeszedł. Jednak ani na chwilę nie przestał mnie kochać. Jestem wzruszony i zaszczycony, że wybrał właśnie mnie. Nasze dusze przyciągają się do siebie aż w końcu zostają splecione w jedną całość. Oto więź, której nic nie jest w stanie zerwać.

Kilka godzin później, gdy za oknami powoli zaczyna świtać, zmęczony i senny narzeczony mości się w moich ramionach. Marszczy lekko czoło, zdradzając,
że intensywnie o czymś myśli.

- Już żałujesz? – zgaduję, całując go po skroni.

- Nie. Po prostu zdałem sobie sprawę, że robiliśmy to bez zabezpieczenia. A co, jeśli znowu zajdę w ciążę?

- Masz rację… – pochmurnieję na samo wspomnienie trudnych miesięcy, które za sobą mamy. Gdybym nie zachowywał się tak okropnie, wszystko wyglądałoby inaczej. Omega nie spędziłby pół roku w obskurnej klinice, nie nabawiłby się anemii i wyziębienia organizmu.

- Nie rozmawialiśmy nigdy o tym, czy chcemy mieć więcej dzieci – zauważa rozsądnie.

- Jesteś mój dopiero od kilku godzin. Pozwól mi nacieszyć się tym uczuciem. Kiedyś z pewnością wrócimy do tego tematu, ale teraz…

- Chciałbyś mieć więcej dzieci? – zostaję przyparty do muru. Co mam mu odpowiedzieć? Prawdę o tym, że w mojej podświadomości od samego początku kiełkuje  myśl, że może za kilka lat, gdy chłopcy będą starsi… Jednak teraz… To chyba za wcześnie. Nie miałem okazji, by się nim nacieszyć. Rozpieszczać. Pokazać, jaki jest dla mnie wyjątkowy i ważny. Z drugiej jednak strony skłamałbym przyznając, że nie marzę o powiększeniu rodziny. Bycie ojcem jest cudowne, zwłaszcza jeśli dzielę to doświadczenie z przeznaczonym
mi mężczyzną.

- Z tobą? Zawsze! – Śmieję się. – Możemy mieć całą drużynę piłkarską, jeśli to cię uszczęśliwi.

- Moglibyśmy również adoptować jakiegoś maluszka… – Samuel spogląda na mnie z nadzieją. Od dawna wiem, że jego wrażliwe serce bardzo chce zrewanżować się za to, że został przygarnięty przez Reedów. Ostatecznie nie każdy miał tyle szczęścia. Nic w tym dziwnego, że mój najdroższy omega pragnie przyjąć do rodziny kogoś, z kim nie łączą nas więzi krwi.

- To bardzo dobry pomysł, kochany.

- Naprawdę się zgadzasz?! – Dwubarwne oczy rozświetla radość, której tak dawno u niego nie widziałem.

- Mówiłem ci już, że zrobię, co tylko zechcesz. – Całuję chłopaka w czubek nosa. Ma nade mną tak silną władzę, że nie odmówiłbym mu nawet gwiazdki
z nieba.

- Wszystko co zechcę? – Unosi do góry jedną ze swoich brwi, łapiąc mnie
za słowo. – W takim razie nie czekajmy ani chwili dłużej i zacznijmy starania
o córeczkę.

KONIEC


***

Moi Drodzy, 

Dziękuję za czas, który poświęciliście na przeczytanie Wpadki. Było miło, ale się skończyło. 

Nie wiem jak Wy, ale ja mam ochotę podręczyć Maxa.

Wasz Kitsune 

niedziela, 28 kwietnia 2024

Wpadka rozdział 18

 

Denerwuję się. Tata napisał do mnie wiadomość informując, że przyjedzie razem z mecenasem Thompsonem około południa do szpitala. Jeśli się okaże,
że nic nie zdziałał, jeszcze dziś zabiorę dzieci oraz Samuela. Wyjedziemy gdzieś, gdzie nikt nas nie znajdzie. Z dziećmi nie będę miał problemu. Mój szofer ma przygotowane specjalne nosidełka. Gorzej z drugim tatusiem.

- Kochanie… – Próbuję zwrócić na siebie jego uwagę. – Może jednak coś zjesz? Nie chcesz chyba, żeby anemia dalej ci doskwierała, prawda? Proszę
– podsuwam mu kanapkę, którą raz ugryzł. Nie mam pojęcia, czy mu nie smakuje, czy też zwyczajnie robi mi na złość. Po prostu odmawia jedzenia.
– Kochanie…

- Jestem zmęczony, a ty mnie dodatkowo męczysz – wzdycha niepocieszony dwudziestolatek.

- Nie męczę. Chcę jedynie, abyś nie umarł z głodu.

- To masz pecha, bo nie zależy mi na życiu.

- Dlaczego taki jesteś? Ranisz mnie do żywego zachowując się w taki sposób.
– Mówienie takich rzeczy to cios poniżej pasa. Do tej pory chłopak robił wszystko, by mnie zadowolić. Zawsze spełniał moje zachcianki. Przeprowadził się do mojego domu. Sypiał ze mną. Dbał o maluchy. To nie jego wina,
że doszedł do kresu swoich możliwości. Muszę o tym bezustannie pamiętać
i wspierać go, aż poczuje się lepiej i na nowo mi zaufa.

- Jeremy, lepiej zajmij się swoimi dziećmi. Chcę zostać sam.

- To są nasze dzieci!

Nie zamierzam spierać się o bliźniaki. Mam znacznie lepszy pomysł, który
z pewnością zmiękczy jego serce. Jednak najpierw muszę wdusić w niego chociaż część śniadania.

- Jedz – prawie błagam widząc, jak bawi się kawałkiem słodkiego rogalika.

- Nie jestem głodny.

Wściekły niczym osa zabieram tacę z jego kolan, po czym wychodzę z pokoju. Kieruję się do gabinetu doktor Ivette. W niej moja ostatnia nadzieja.

- Jak śniadanie? Zjadł coś? – Kobieta wręcza mi swój kubek z kawą. Potrzebuje obu rąk, by uporać się z zapięciem fartucha.

- Nie chce jeść. Nie chce się ze mną związać… – wyliczam ze smutkiem.

- A dzieci?

- Sam nie wiem. Przecież nas kocha! Płakał, gdy mówił o bliźniakach. Nie może ich odrzucić!

- Nadal jest w szoku. Poza tym już wcześniej podejrzewałam u niego depresję.

- I dopiero teraz pani mi o tym mówi?!

- Byłam pewna, że pan wie. – Lekarka bezradnie rozkłada ręce. – Moim zdaniem i tak długo wytrzymał. Bałam się, czy nie pęknie w czasie ciąży. To by nam bardzo pokrzyżowało szyki.

- Dzięki za szczerość – syczę wściekle.

- Zawsze do usług – kobieta celnie odbija piłeczkę.

- Kiedy będę mógł zabrać do niego maluchy? Liczę na to, że jeśli je znowu zobaczy, albo weźmie na ręce, to nieco się uspokoi.

- Możemy spróbować, chociaż nie spodziewałabym się cudów. Samuel przez ponad osiem miesięcy zmagał się z tym wszystkim sam. Proszę nie mieć mu za złe, jeśli nie zareaguje zbyt emocjonalnie.

Ordynator próbuje go tłumaczyć, choć wie równie dobrze jak ja, że obecnie omega pozbawiony jest jakichkolwiek emocji. Stał się zimny i zgorzkniały. Ma złamane serce, a przed sobą niepewną przyszłość. W dodatku kiepsko się czuje.

Doktor Ivette i ja idziemy do sali z inkubatorami. Wstrzymuję oddech, gdy górna część zostaje otwarta. Młoda ginekolog pewnym ruchem wyciąga
z pojemnika pierwszego chłopca. Następnie układa go na przewijaku,
a towarzysząca jej pielęgniarka owija go w cieplutki otulacz oraz zakłada czapeczkę.

- Potrzyma pan? – Zwraca się do mnie, niosąc dziecko w moją stronę.

- Mogę? – Wyciągam ręce, by przytulić jednego z synków. Jest bardzo malutki. Ziewa przeciągle, lecz nie płacze. Wprost przeciwnie. Przygląda mi się z dużą uwagą. Jego braciszek od razu zauważa, że został sam i zaczyna cicho kwilić.

- No już, już – kobiety natychmiast go uspokajają. – Nie bądź zazdrosny. Jest też drugi tata i on z pewnością się tobą zajmie.

Wkładamy oba maleństwa do niewielkiego łóżeczka i zabieramy je do pokoju Samuela. Omega reaguje paniką na ich widok, po czym szybko ucieka wzrokiem.

- Kochanie, zobacz kto przyszedł cię odwiedzić – odbieram od pielęgniarki jedno z dzieci i podchodzę z nim do przyszłego męża. – Potrzymasz go?

- Nie. To twoje dzieci.

Te okrutne słowa nie przypadają do gustu naszym urwisom. Jeden z nich czuje się mocno rozżalony i od razu głośno to komunikuje.

- Proszę – prawie siłą umieszczam noworodka w ramionach Samuela.

Mój ukochany przygląda się dziecku przez kilka chwil, po czym od razu próbuje je oddać.

- Zabierz go.

- Jesteś jego tatą. Musisz się nim opiekować – twardo bronię swojego zdania.

- Nie, to ty jesteś jego tatą. Ja jestem nikim. Proszę, zabierz go.

- Nie – powtarzam z większym naciskiem.

Maluszek trzymany przez Samuela nieco się wierci. W pierwszej chwili wydaje mi się, że zacznie płakać, lecz nic takiego się nie dzieje. Wprost przeciwnie. Uśmiecha się zadowolony z tego, że wreszcie ma przy sobie omegę.

- Widzisz, kocha cię – ja również się uśmiecham. Tymczasem Samuel nie potrafi powstrzymać łez. Z jego gardła wydobywa się stłumiony krzyk, zupełnie jakby cała negatywna energia, która niszczyła go od środka, wreszcie znalazła ujście. – Nie płacz, ukochany. Mówiłem ci setki razy, że wszystko będzie dobrze – ścieram mokre ślady z jego policzków. – Proszę – kładę mu
w ramionach drugie dziecko. – Urodziłeś najcudowniejszych chłopców, jakich widziałem. Zawsze będę ci za nie dozgonnie wdzięczny – rozczulam się. – Czyż nie są piękni? – nieśmiało muskam policzek jednego z noworodków.

- To moje wnuki! Muszą być piękne! – Pojawienie się ojca wprowadza małe zamieszanie. Za jego plecami, niczym cień, przybywa także mecenas Thompson.

Doktor Ivette zabiera bliźniaki, abyśmy mogli spokojnie porozmawiać. Nie umiem oprzeć się wrażeniu, że czeka nas naprawdę ciężka przeprawa.

- Jak się czujesz? – Tata w pierwszej kolejności zwraca się do Samuela. Dopiero teraz zauważa jego koszmarny wygląd.

- Dobrze, proszę pana, dziękuję. – Chłopak spuszcza głowę. Jest zdenerwowany w równym stopniu co ja.

- Ach tak? – Ojciec puszcza to mimo uszu. – Wyglądasz, jakby cię przejechał czołg. Jeremy – mężczyzna rzuca mi złowrogie spojrzenie – jesteś pewny,
że wszystko z nim w porządku?

- Czy nie dlatego poprosiłem cię o pomoc? – odpowiadam pytaniem na jego pytanie. – Samuel dużo przeszedł. Potrzebuje odpoczynku i spokoju.

- W takim razie nie przeciągajmy nieuniknionego – wtrąca się mecenas, wyciągając ze swojej teczki plik dokumentów. – Nicolas? – spogląda na ojca, czekając na jego decyzję.

- Twoja sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana i zawiła, niż nam się
z początku wydawało. Jestem pewny, że najbardziej interesuje was adopcja przez Sandersa, prawda? Niestety, w tej kwestii niczego nie zdziałamy.

- Jak to?! – oburzam się. – Chcesz mi powiedzieć, że nic nie da się zrobić?!

Zerkam nerwowo na ukochanego. Jego oczy ponownie zachodzą łzami. Broda mu się trzęsie. Znowu cierpi…

- Prawo jest prawem, Jeremy. Nie oczekuj ode mnie niemożliwego! Nawet gdybym chciał, to moje wpływy nie sięgają tak daleko – broni się ojciec.

- Mam gdzieś prawo! Nie oddam go! Jest mój! – Siadam na brzegu łóżka
i chowam omegę w swoich ramionach. Mój skarb jest załamany. To moja wina. Gdy tylko udaje mi się go przekonać, że wychodzimy na prostą, los znowu płata nam okropnego figla.

- Prawo jest prawem – mecenas Thompson podgrzewa gorącą atmosferę. – Nie możemy bezpośrednio złamać przepisów, lecz nikt nie powiedział, że nie możemy ich obejść.

- No właśnie! – przytakuje mu ojciec. – Pierwsza kwestia jest dość delikatna. Waham się, czy wolno nam mówić o takich sprawach w chwili, gdy on… – Tata ponownie przygląda się blademu i przestraszonemu omedze.

- Proszę… Proszę mówić. Gorzej już chyba nie będzie… – odzywa się blondyn.

- Wiesz, że Reedowie nie byli twoimi prawdziwymi rodzicami? Zostałeś adoptowany jako małe dziecko.

- Rodzice nigdy tego przede mną nie ukrywali. Nie chcieli drugiego syna, ale nie mieli innego wyboru. Zostałem porzucony, a oni mnie przygarnęli – Samuel doskonale orientuje się z zawiłościach swojego życiorysu.

- W takim razie wiesz także, że to ty jesteś prawowitym właścicielem firmy, prawda? – Mecenas Thompson ponownie przegląda przyniesione przez siebie dokumenty.

- Tak, ale powierzyłem te sprawy bratu, bo on lepiej się do tego nadaje – Samuel potwierdza wszystko, o czym nie tak dawno temu rozmawiałem z ojcem w jego gabinecie.

- W takim razie załatwione! Thompson, masz długopis? Jeremy, podpisz
w wyznaczonym miejscu.

Rzucam zaniepokojone spojrzenie w kierunku dwójki spiskowców. Jeden z nich podaje mi wieczne pióro, a drugi spory plik papierów.

- Dlaczego to ja mam coś podpisywać, a nie on? – wskazuję na mojego wybranka. – Co to za dokumenty?

- Bardzo ważne. – Na twarzy ojca pojawia się uśmiech triumfu. – Oficjalnie przejmiesz naszą firmę.

- Co?! Mój przyszły mąż ma problemy, a ty znowu zaczynasz te swoje gierki?! – wybucham gniewem. – Czy nie ma dla ciebie żadnych świętości?! Niczego nie podpiszę!

- Podpiszesz, podpiszesz – ojciec układa dłonie w piramidkę. – Jeśli chcesz, abym uwolnił go od Sandersa, zrobisz wszystko, co ci każę. Zresztą nie tylko ty. Wobec Samuela także mam swoje plany.

- Wobec mnie? – Piwnooki robi się jeszcze bledszy, choć wydawało mi się,
że to fizycznie niemożliwe.

- Nie denerwuj się! – Staruszek od razu widzi, że nieco przegiął. – Chodzi mi głównie o to, abyś skończył studia tutaj, a nie w Londynie. Thompson zaczął załatwiać formalności. Zaczniesz od nowego semestru. Oczywiście pod warunkiem, że będziesz się dobrze czuł i dojdziesz trochę do siebie. Może powinniśmy umieścić go w jakimś ośrodku leczniczym? – zwraca się do Thompsona. – Nie martw się. W razie czego Jeremy pojedzie razem z tobą. Druga kwestia – tempo Nicolasa Atkinsa jest doprawdy zabójcze. – Zaczniesz się do mnie zwracać „tato”. Pan głupio brzmi, zwłaszcza, że zostaniemy rodziną.

- To szantaż! Nie możesz tego zrobić! – krzyczę. – Nie możesz sterować losem Samuela! Nie dość ci, że bawisz się moim życiem, to jeszcze wciągasz to mojego mężczyznę?!

- Przyjmuję go do rodziny, chociaż nadal nazywa się Reed. Powinieneś docenić mój gest – ojciec ignoruje moje argumenty. – Samuel, co o tym sądzisz? Oddasz firmę bratu?

- Tak – szepcze mój ukochany.

- Świetnie. Thompson, pokaż mu dokumentu. Tylko dopilnuj, by podpisał się we wszystkich rubrykach. Żadnych więcej wpadek – ostrzega, grożąc nam palcem.

- Bardzo panu dziękuję za pomoc. – Samuel rezolutnie zaczyna zdobywać nowe punkty u przyszłego teścia.

- Nie panu, a tacie – staruszek puszcza do niego oko. – A w ramach podziękowania nazwiecie jednego z synków Nicolas.

- O imionach dzieci też chcesz decydować?! – z niedowierzaniem załamuję ręce. – Czy są granice, których nie przekroczysz?

- Rodzina jest najważniejsza, synu. Od lat ci to powtarzam. Właśnie dlatego zrobiłem co mogłem, abyś był szczęśliwy. Chcesz, abym to wszystko odkręcił? – pyta przewrotnie.

- Nie – przyznaję niechętnie.

- Więc podpisz. Ster naszego okrętu przejdzie w twoje ręce od przyszłego roku. Do tego czasu będę cię wdrażał w bycie kapitanem! – Senior rodu zaczyna wesoło rechotać. – A jak nazwiecie drugiego malucha?

- Chciałbym, aby się nazywał Michael. Po moim tacie. Tym prawdziwym
– proponuje nieśmiało Samuel.

- Michael… Podoba mi się – całuję chłopaka w skroń widząc, że uśmiecha się pierwszy raz od wieków. 

Jakiś czas temu wydawało mi się, że wpłynąłem na mieliznę. Tymczasem odkryłem zupełnie nowy szlak…

To nieprawda, że byłem za mało kochany. Po prostu nie rozumiałem i nie dostrzegałem wielu niuansów, którymi kierowali się moi bliscy. Bije od nich blask, przypominający latarnię morską, która naprowadza zagubione statki do właściwego portu.

piątek, 19 kwietnia 2024

Wpadka rozdział 17

 

Późny wieczór. Obserwuję Samuela, który nadal śpi po porannej awanturze. Co jakiś czas zdarza mu się cichutko łkać. Nie pomaga głaskanie po włosach oraz zapewnienia, że jest przy mnie bezpieczny.

Powinienem sprawdzić jak się czują nasze dzieci. Zaglądam do nich co godzinę. Mam wrażenie, że rosną w oczach. Poza tym poprosiłem ojca, by przyjechał. Nicolas Atkins to w tej chwili moja jedyna deska ratunku. Jeśli on mi nie pomoże, to nikt tego nie zrobi.

Ponownie spoglądam na omegę. Bardzo cierpi. Nie mogę znieść, że jest w takim stanie. Właśnie dlatego niczego mu nie powiedziałem. Przeżywałby ten koszmar przez resztę ciąży. Chciałem mu tego oszczędzić, a wyszedłem na bezdusznego drania.

Wzdycham ciężko, czując wibrowanie w kieszeni spodni. To ojciec. Pewnie jest już na miejscu. Nie zdziwię się, jeśli po wszystkim mnie przeklnie. Nieszczęścia zawsze chodzą parami.

Na miejsce spotkania wybieramy niewielki bufet, gdzie mój staruszek czeka na mnie razem z kawą, którą zdążył zamówić.

- Tato… – Ogarnia mnie silne wzruszenie na jego widok. Nie sądziłem, że to będzie takie trudne…

- Jeremy, co się dzieje? Wyglądasz koszmarnie!

- Biłem się z Jacksonem i Sandersem – wtajemniczam mężczyznę
w przedpołudniową aferę, jednocześnie dość łapczywie rzucając się na kawę.

- Mam nadzieję, że rozkwasiłeś nos temu pyszałkowi! – Ojciec nie kryje dumy.

- Chciałem, wierz mi – syczę przepełniony powracającą falą wściekłości.

- Rozumiem, że poszło o Samuela, zgadza się? – Starszy alfa układa dłonie
w piramidkę i cierpliwie czeka aż streszczę mu rozwój wydarzeń.

- Powiedzieli mu o tym, że został wyrzucony z rodziny oraz o adopcji, a jakby tego było mało, zaczęli robić obrzydliwe aluzje!

- Rozumiem… – Z ust mojego ojca wydobywa się ciche mruknięcie.

- Nie, nie rozumiesz! Jackson zrzucił winę na mnie! Powiedział, że sprzedał Samuela, bo go nie chciałem! – Wyrzucam z siebie wszystko, co przez cały dzień leżało mi na wątrobie.

- Przecież to prawda – tatuś podsumowuje sytuację, nie okazując mi litości.

- Nie do końca – spuszczam głowę i uciekam wzrokiem.

- Jeremy! Do jasnej cholery! Tyle razy cię ostrzegałem! – Głuche uderzenie pięścią w stół rozchodzi się głośnym echem po pomieszczeniu. W bufecie znajduje się tylko kilka osób. Część z nich rzuca w naszą stronę spojrzenia pełne oburzenia. Inni szybko wychodzą.

- Nie chciałem tego. Sam wiesz – szepczę cicho. Nie mam śmiałości, by spojrzeć w oczy własnemu ojcu. – Do czasu porodu nic do niego nie czułem. Dopiero gdy urodziły się dzieci… One maskowały jego zapach.

- Podjąłeś już decyzję? Chcesz być razem z nim? – Rzeczowy ton i chłodna kalkulacja, pozbawiona uczuć i emocji. Dlaczego rozmawiamy
o moim życiu w sposób, jakbyśmy negocjowali jakąś umowę?

- Chcę, żebyś mi pomógł! Jackson powiedział, że już za późno, bo załatwił wszystkie formalności! Nie oddam ukochanego jakiemuś zboczeńcowi! Przecież on go zabije! – Wpadam w melodramatyczny ton. – Błagam cię, tato. Zrób coś! Wiem, że proszę o bardzo wiele, ale nie mogę go stracić. To moja druga połówka. Mamy dzieci, które go potrzebują.

Przez kilka chwil nasze spojrzenia się krzyżują. Na twarzy ojca widzę odrazę, którą stara się zamaskować, udając opanowanego. Mam wrażenie, że z trudem oddycha. Wszystkie mięśnie na jego twarzy stężały, uwydatniając zmarszczki na czole i w okolicach oczu. W pewnej chwili podrywa się ze swojego miejsca
i wychodzi, zostawiając mnie samego.

Wracam do Samuela, który wreszcie się obudził. Pielęgniarka podłącza mu właśnie kolejne kroplówki. Blondyn wpatruje się w swoje ręce. Jest blady i ma spuchnięte oczy. Znowu płakał.

- Lepiej się czujesz? – Siadam na fotelu i biorę go za rękę. Jego palce są lodowate. Czuję nieprzyjemne dreszcze, jakbym dotykał sopli lodu. – Zimno ci… – Zmartwiony sięgam po koc, którym opatulam ukochanego. – Błagam, nie karz mnie znowu milczeniem! Nie wytrzymam tego!

Piwnooki unosi na mnie zbolały wzrok.

- Nie powiedziałem ci o planach Jacksona, bo nie chciałem, abyś przez resztę ciąży wpatrywał się we mnie tak, jak teraz – zaczynam się nerwowo tłumaczyć. – Byłeś słaby i chory. Miałeś anemię. Życie naszych dzieci wisiało na włosku. Nie mogłem dokładać ci zmartwień!

- Rozumiem. – Ton głosu omegi jest pozbawiony wszelkich emocji.

- Nie gniewasz się? – pytam z nadzieją.

- Nie gniewam. 

- Tak się cieszę! – Rzucam się chłopakowi na szyję, mocno go przytulając.
– Wiedziałem, że mi wybaczysz!

Nie sądziłem, że Samuel podejdzie do całej sprawy w tak rozsądny sposób. Pewnie jest mu przykro z powodu Jacksona, lecz zrobię co z mojej mocy, by osłodzić te przykre chwile.

- Przed chwilą rozmawiałem z ojcem. On wszystkim się zajmie. – Tulę ukochanego. – Nie masz pojęcia, jak mi ulżyło. Bałem się, że będziesz mnie obwiniał, ale ja naprawdę…

- Jeremy, jestem zmęczony – przerywa mi. – Porozmawiamy o tym jutro, dobrze?

- Oczywiście, przepraszam. – Pomagam blondynowi położyć się na pościeli,
a następnie całuję go w skroń. – Odpoczywaj, mój drogi i niczym się nie martw. Zobaczysz, że wszystko się ułoży.

 

***

 

- Wyniki badań są złe. – Tym niezbyt optymistycznym akcentem zaczyna się mój nowy dzień. Siedząca na wprost mnie doktor Ivette bawi się nerwowo swoim długopisem. – Stres zrobił swoje, a przecież już przed porodem było dość kiepsko. – Kobieta zamyśla się na chwilę, a ja tracę zmysły ze zdenerwowania.

- I co teraz? – Zadaję to pytanie wbrew sobie, bo boję się poznać odpowiedź.

- Sama chciałabym wiedzieć. Dzieciaki są silne i zdrowe. Pojutrze będzie je pan mógł zabrać do domu, ale Samuel… Nie mam pojęcia co z nim zrobić. Wlewamy w niego tony witamin, a jego organizm zupełnie to ignoruje. Niedobrze, bardzo niedobrze… – Lekarka sięga po jedną z książek, która znajduje się na jej biurku i zaczyna ją kartkować.

- To wszystko wina jego brata! Gdyby go nie zdenerwował, to…

- Panie Atkins – zostaję surowo upomniany. – Na obecny stan Samuela pracował zarówno pan, jak i jego bliscy. Mówiłam setki razy, że chłopak będzie potrzebował wsparcia i co? Obudził się pan dopiero po porodzie. Teraz zależy panu na Samuelu, a przedtem? Był pan ślepy i głuchy na wszystkie argumenty.

- Wiem – biję się w piersi. – Nawaliłem, ale staram się to naprawić, prawda? Co mogę zrobić, by jakoś mu pomóc?

- Najlepszym rozwiązaniem byłoby to najprostsze – doktor Ivette rzuca mi kolejne, znaczące spojrzenie.

- Uczyniłbym go swoim w każdej chwili, ale po pierwsze, to wymaga jego zgody. A poza tym… – chowam twarz w dłoniach. – Wczorajszy dzień znacznie pokrzyżował mi szyki. Z prawnego punktu widzenia Samuel należy do kogoś innego. Nie chcę bardziej mieszać mu w głowie.

- Więc jaki ma pan plan? – Ordynator drąży temat, wyciskając ze mnie prawdę do ostatniej kropli.

- Mój ojciec spróbuje to wszystko odkręcić. Jeśli to nie zadziała, to zabiorę Samuela oraz dzieci i zaszyjemy się na jakiejś bezludnej wyspie, gdzie nikt nas nie znajdzie.

- Samuel widział już dzieci? – Doktor Ivette porusza kolejny drażliwy temat.

- Jeszcze nie. Po porodzie był słaby i zmęczony, ale dzisiaj zabiorę go do bliźniaków.

- Jest pan pewny, że chodziło wyłącznie o jego samopoczucie?

To pytanie mocno mnie frapuje. Czy jestem pewny? Nie. Niczego już nie jestem pewny. Wiem tylko tyle, że kocham go jak szalony i zrobię co w mojej mocy, aby chronić naszą malutką rodzinę.

- No dobrze, nie będę pana dalej męczyć. – Doktor Ivette zaczyna
w ekspresowym tempie zapisywać coś na swoim komputerze. – Zleciłam więcej badań. Samuel pewnie nie będzie z tego zadowolony, ale nie mamy wyjścia.

- Wiem – przytakuję grzecznie, choć nie podzielam wizji dalszego męczenia mojego zmarzlaka.

- Panu również radzę wziąć się w garść. Jak tak dalej pójdzie, będę musiała
i pana przyjąć na oddział. Chyba nie muszę przypominać, że to ginekologia.

- Dziękuję, ale jestem zdrów jak ryba! – Czerwony niczym burak czym prędzej ewakuuję się z gabinetu lekarki. Ona kompletnie oszalała jeśli sądzi, że dam się jej przebadać! Zwłaszcza w „taki sposób”. Nic mi nie jest. Odpocznę, gdy zabiorę Samuela i dzieci do domu. Martwi mnie, że minęło kilkanaście godzin,
a ojciec nadal milczy.

Idę do bufetu i proszę o przygotowanie wyjątkowo mocnej i dużej kawy. Młoda dziewczyna, która mnie obsługuje, uśmiecha się ze zrozumienie, wręczając mi półlitrowy, papierowy kubeczek.

- Pierwszy tydzień po urodzeniu dzieci jest najgorszy, a potem szybko się pan przyzwyczai do zarywania nocy – pociesza mnie.

- Będę trzymał panią za słowo – odpowiadam uśmiechem na jej uśmiech.

To zabawne, ale takie drobiazgi, jak dobre słowo od obcej osoby, bardzo poprawiają mi humor. Nie jest prawdą, że ludzie potrafią być dla siebie jedynie złośliwi lub skorzy do sprawiania kłopotów. Oczywiście pod warunkiem, że nie pochodzą z rodu Reedów.

Napojony kawą, wracam do pokoju Samuela, gdzie wita mnie jedynie puste łóżko.

- Skarbie, to ja. Wszystko w porządku? – pukam do łazienkowych drzwi, lecz odpowiada mi cisza.

Tu go nie ma. W łazience go nie ma. Pewnie zabrano go na dodatkowe badania o których wspominała doktor Ivette. Postanawiam więc poczekać na powrót omegi. Za jakiś czas szofer powinien dostarczyć drugie śniadanie. Wysłałem go po sernik, bo śniadania praktycznie nie tknął. Jeśli dalej będzie unikać posiłków, jedynie sobie zaszkodzi. Potrzebuje energii, by wyzdrowieć i…

 

„Tato! Tato!”

 

O wilkach mowa… Nasze maleństwa szybko się obudziły i już wołają mnie do siebie. Pewnie znowu są głodne. Dobrze, że chociaż z bliźniakami nie mamy żadnych problemów.

 

„Tato! Ratuj go! Tato!”

 

- Ratować? Kogo mam ratować, chłopcy? Co się dzieje? – Zaalarmowany ich niecodziennym zachowaniem, wybiegam z pokoju i gnam do windy.

 

„Tato! Nie daj mu odejść! Jest nam potrzeby! Kochamy go!”

 

- O kim wy mówicie?! Co się dzieje?! – Próbuję wyłapać z ich myśli jakieś dodatkowe wskazówki, lecz na niewiele się to zdaje.

W ekspresowym tempie docieram do pokoju dzieci, które bardzo głośno płaczą. Jedna z pielęgniarek próbuje je uspokoić. Mój widok tylko pogarsza sytuację.

- Nie mam pojęcia, co się z nimi dzieje. Chłopcy byli tacy grzeczni. Poszłam przygotować im mleko, a gdy wróciłam… Sam pan widzi… – Kobieta opiekująca się bliźniakami bezradnie rozkłada ręce. Obserwowałem jej pracę przez kilka ostatnich dni. Wątpię, by zrobiła im coś złego.

- Proszę, uspokójcie się… – Przykładam dłonie do inkubatora, bo nie mogę znieść rozpaczy w dziecięcych głosikach.

 

„Samuel chce odejść! Pożegnał się z nami! Nie pozwól mu!
My też go kochamy!”

 

Dzieci wykorzystują resztki łączącej nas więzi. Pokazują mi obraz omegi, który uśmiecha się do nich przez łzy. Nie rozróżniam słów, które wypowiada, lecz ostatnie z pewnością brzmi „żegnajcie”. On chyba nie zamierza…

- Samuel! Muszę go znaleźć! – Spanikowany i przerażony, otwieram drzwi
i rozglądam się po korytarz. Piwnooki był tu zaledwie chwilę temu. Nie mógł zbyt daleko odejść.

- Widziałam go w windzie – odzywa się pielęgniarka, która również zajmuje się dziećmi. – Jechał na samą górę. Mówił, że ma tam coś do załatwienia.

- Dziękuję!

Winda, jak na złość, działa wyjątkowo opieszale. Nerwowo naciskam guzik ostatniego piętra, by jak najszybciej dostać się na samą górę. Cyferki na wyświetlaczu zmieniają się wyjątkowo wolno. Dlaczego nie wybrałem schodów?!

- Szybciej, jedź szybciej! Proszę, jedź szybciej…

Ostatnie piętro oznaczone jest jako pomieszczenia służbowe pracowników sprzątających oraz konserwatorów budynku. Na opustoszałym korytarzu znajdują się jedynie specjalne wózki, na których zgromadzono mopy i całą masę innych środków.

- Samuel! – krzyczę, lecz odpowiada mi echo.

Po kolei otwieram wszystkie drzwi. Nie ma tu żywej duszy.  Słychać jedynie hulający wiatr. To jeszcze za wcześnie, aby poddać się atakowi paniki, choć nie ukrywam, że moje ciśnienie dawno przekroczyło dopuszczalne normy. Uspokoję się dopiero wtedy, gdy ukochany znajdzie się w moich ramionach.

- Może pomyliłem piętra? Gdzie jesteś? – Docieram do samego końca korytarza. Już mam wracać do windy i wezwać ochronę, by pomogła mi
w poszukiwaniach, gdy zauważam, że drzwi prowadzące na dach są otwarte.
– Nie, nie zrobiłbyś mi tego…

Z duszą na ramieniu szarpię za klamkę. W pierwszej kolejności uderza we mnie silny podmuch zimowego powietrza. Co prawda mamy już wiosnę, lecz w tym roku specjalnie nas ona nie rozpieszcza. Nad miastem kotłują się ciemne chmury. Na ich tle szczupła sylwetka Samuela wydaje mi się wyjątkowo przerażająca. Chłopak ma na sobie szpitalną, granatową piżamę oraz długi szlafrok, który trzepocze niczym peleryna. Wstrzymuję oddech, widząc jak wpatruje się w dachy sąsiednich budynków, stojąc na gzymsie.

- Skarbie… Co tu robisz? – Z trudem przełykam ślinę. Cały dygoczę, lecz trudno stwierdzić, czy jest to wina beznadziejnej pogody, czy też lekkomyślnego zachowania omegi.

- Jeremy… – Zaskoczony dwudziestolatek odwraca głowę i spogląda na mnie załzawionymi oczami.

- Obawiam się, że nic z tego... – Staram się zmniejszyć dystans miedzy nami, lecz zostaję powstrzymany.

- Nie podchodź! – Rozkazuje, mierząc mnie surowym spojrzeniem. Zatrzymuję się wpół kroku.

- W takim razie ty chodź do mnie – mówię z nadzieją. – Proszę… – Dodaję znacznie ciszej.

- Czuję się tak, jakby wyrywano mi serce. Nie chcę tak żyć… Z daleka od ciebie i bliźniaków…  – Po policzkach Samuela spływają nowe łzy. – Bardzo was kocham.

- A my równie mocno kochamy ciebie – zapewniam mojego wybranka, uśmiechając się do niego smutno. – Wiem, że jesteś zdenerwowany,
ale obiecuję, że to wszystko da się odkręcić.

- Nie, mam już dosyć kłamstw. – Samuel przecząco kręci głową. – Pogodziłem się z myślą, że nikomu na mnie nie zależy.

- Skarbie, błagam cię… – Ponownie robię krok do przodu. – Przysięgam,
że wszystko się ułoży. Mój ojciec oraz prawnicy cały czas zajmują się twoją sprawą.

- Nie mam prawa o cokolwiek prosić, ale gdybyś mógł… – pociąga nosem.
 Proszę, powiedz naszym synkom, że bardzo ich kochałem.

- Sam im to powiesz. Przestań się wygłupiać i chodź do mnie, zanim stanie ci się coś złego! – Emocje biorą nade mną górę. Gołe stopy Samuela znajdują się tuż przy krawędzi. Jeśli się zachwieje… Muszę go stamtąd natychmiast ściągnąć!

- Jeremy... Masz trudny charakter. Jesteś złośliwy i porywczy, ale tylko przy tobie byłem szczęśliwy. Nie umiem znieść myśli, że miałbym cię już nigdy nie zobaczyć. To ponad moje siły… – Porcja nowych łez sprawia, że blondyn bezwiednie pociera spłakane oczy.

- Ja też cię kocham! I nie mogę patrzeć, jak ryzykujesz szczęściem naszym
i naszych dzieci! Szybciej wypruję flaki temu całemu Sandersowi, niż pozwolę, by cię tknął! Jesteś mój!

- Nie wierzę ci! Zawsze mnie zwodzisz i wykorzystujesz, tak jak Jackson! Wszystko co robiłeś, robiłeś wyłącznie z myślą o sobie! Chciałeś mieć dzieci
i je wychowywać. Teraz będą tylko twoje. Nie będę dłużej przeszkodą, która stoi wam na drodze – chlipie, wyrzucając z siebie długo skrywany żal.

To moja szansa! Nie zważając na konsekwencje, rzucam się do przodu
i przyciągam omegę do swojej klatki piersiowej. Moje ramiona otaczają jego drobne ciało niczym dwie żelazne obręcze. Chłopak zaczyna głośno płakać, tuląc się do mnie niczym małe dziecko.

- Już dobrze… Już wszystko dobrze… – Całuję go po głowie, po czym biorę na ręce, bo zdążył solidnie przemarznąć.

Zabieram Samuela do jego pokoju i kładę się z nim do łóżka. Okrywam nas ciepłą kołdrą oraz kocem. Piwnooki nie przestaje szlochać. Robi to tak długo,
aż pada zupełnie wyczerpany.

 

***

 

Nie mam pojęcia ile czasu minęło odkąd ściągnąłem Samuela z gzymsu. Wiem jedynie, że za oknem zrobiło się ciemno. Doktor Ivette przychodziła kilka razy, ale poprosiłem, by zostawiła nas samych.

Straciłem więź z dziećmi i będę musiał poczekać aż nauczą się mówić, by móc znowu z nimi rozmawiać. Gdyby nie ich pomoc… Zaborczo przyciągam śpiącego chłopaka jeszcze bliżej siebie. Nękają mną wyrzuty sumienia, których z pewnością nigdy się nie wyzbędę. Mogłem go stracić… Stracić miłość mojego życia… Nigdy wcześniej nie czułem tak intensywnej mieszaniny złości, frustracji oraz wdzięczności za uratowane życie.

- Jeremy… – Ukochany wypowiada przez sen moje imię.

- Jestem tutaj. Śpij. – Głaszczę omegę po włosach, jednocześnie całując go
w policzek.

- Zimno mi – skarży się. Próbuję wstać z łóżka, lecz on ani myśli, by mnie puścić.

- Przytul się, to będzie ci cieplej.

Około dwudziestej znowu pojawia się doktor Ivette. Tym razem uzbrojona jest w kroplówki. Po jej minie widzę, że żarty się skończyły.

- Dam panu dwadzieścia minut. W tym czasie ma go pan umyć, nakarmić
i położyć z powrotem do łóżka. zrozumiano? – Pyta tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Tak jest – zgadzam się na wszystko. – Jak dzieci? – Korzystam z okazji, by wypytać lekarkę o nasze maluchy.

- Dobrze. Od jutra inkubator nie będzie im już potrzebny, więc przeniesiemy je tutaj.

- Naprawdę? – Cieszę się, bo to pierwsza dobra wiadomość od bardzo długiego czasu. – Słyszałeś, kochany? Od jutra sami będziemy mogli zajmować się chłopcami.

- Nie zgadzam się. – Samuel po raz pierwszy zabiera głos w dyskusji.
– Bliźniaki należą wyłącznie do Jeremiego. Niech on się nimi zajmuje. Nie jestem ich ojcem.

- Skarbie… O czym ty mówisz? Dzieci są nasze. Razem będziemy…

- Powiedziałem nie! – Samuel szarpie się w moich ramionach, po czym odpycha od siebie. – Nie są już moje. Nie chcę ich – powtarza z większym naciskiem.

- Dobrze. Będzie jak sobie życzysz. – Niespodziewanie, doktor Ivette zgadza się z tak absurdalnym pomysłem. Wymieniamy między sobą serię spojrzeń. Postanawiam się nie odzywać i jak najszybciej porozmawiać z lekarką w jej gabinecie, bez obecności Samuela.

Gdy ponownie zostajemy sami, powoli wstaję z łóżka i wyciągam rękę do piwnookiego. Mój gest zostaje zignorowany.

- Po kąpieli będzie ci cieplej. A potem zjemy coś dobrego…

- Nie – pada kategoryczna odpowiedź.

- Kochanie… – Spoglądam na dwudziestolatka z uczuciem.

- Nie nazywaj mnie tak.

- A jak niby chcesz mnie powstrzymać? – Podchodzę bliżej z zamiarem dotknięcia jego policzka, ale moja dłoń zostaje strącona.

- Nie potrzebuję twojej litości!

- Co to ma być? – Łapię Samuela za ramiona i zmuszam, aby oparł się
o poduszki. – Kociątko pokazuje pazurki? – ironizuję, próbując go pocałować. Blondyn odwraca głowę. Nawet w oczy nie chce mi patrzeć… Przez ułamek sekundy odsłania przede mną swoje uczucia. Kiedyś bezustannie tak robił, łasząc się o miłość, ale teraz… Jego serce rozerwane jest na strzępy. W dodatku potwornie boli. Czy mogę coś zrobić, by uchronić go przed cierpieniem? Czy moja miłość wystarczy, by uleczyć tak potężną ranę? – Kocham cię.

Mija kilka długich sekund, podczas których wpatruję się w piwnookiego.

- Kocham cię – powtarzam nieco głośniej. – Jesteś dla mnie najważniejszy! Dzieci także cię kochają. Nie powiesz mi, że tego nie czułeś?! Masz pojęcie, jak bardzo się o ciebie martwiły?

- Nienawidzą mnie, tak samo jak ty. Mówiłem ci już, że nie potrzebuję litości. Niczego od ciebie nie potrzebuję. Chcę być sam.

Tego już za wiele! Bez ostrzeżenia wpijam się w słodkie wargi, którymi tak łatwo zawładnąć. Są miękkie i bezbronne, zupełnie jak on.

- Kocham cię. Wiem, że mi nie wierzysz, ale to prawda. Już podczas naszego pierwszego spotkania nie potrafiłem oderwać od ciebie wzroku.

- Za to bez problemu zaciągnąłeś mnie na górę i wykorzystałeś. Naprawdę liczysz, że po tylu miesiącach poniewierania i udręki rzucę ci się w ramiona?

Słuszna uwaga. No cóż, wiedziałem, że będzie trudno. Lubię wyzwania.

- Wystarczy, że się ze mną połączysz.

- Dobry żart… – Samuel zaczyna się gorzko śmiać. Jest nieustępliwy, czupurny i wojowniczy. Od tej strony go nie znałem. Podoba mi się jeszcze bardziej.  

- Kochasz mnie i  dzieci, które razem wychowamy.

- Jeremy, dzieci mnie nienawidzą. Odkąd zrozumiały, że jestem „tylko omegą”, robiły co w ich mocy, aby mnie krzywdzić. Mówiły o mnie same przykre rzeczy, których dowiedziały się od ciebie. A gdy same słowa im nie wystarczały… Masz pojecie jak to jest być kopanym od rana do nocy? Albo spać w ramionach kogoś, kto uważa cię za śmiecia, a musi przytulać? Zrozum, nie chcę z tobą być. To nie jest miłość!

- Więc co to jest do cholery?! Próbowałeś odebrać sobie życie dla chwilowego kaprysu?! A może dlatego, że nie wyobrażasz sobie, by żyć z daleka od nas?!
– wypominam mu jego własne słowa, coraz bardziej się przy tym denerwując.

- Proszę, zostaw mnie w spokoju.

- Co zamierzasz zrobić?! – pytam, nie potrafiąc wyjść z podziwu, że jest taki krnąbrny.

- Wrócę do Londynu.

- Beze mnie?! Nic z tego! – przypieczętowuję jego los kolejnym pocałunkiem.
– A teraz do mycia! – Biorę ukochanego na ręce i zanoszę do łazienki.