„Zdrajca”
- Dzień dobry panu. Przygotowałam już świeżą kawę. Nalać?
- Poproszę – uśmiecham się do Rose, która wręcza mi pilota od telewizora. Włączam mój ulubiony kanał informacyjny. Za chwilę rozpoczną się wiadomości.
- Mam podać śniadanie?
- Nie, dziękuję. Nie jestem głodny. Możesz iść do domu, jeśli chcesz. Niedługo wychodzę do firmy – pocieram zaspane oczy. Kobieta przygląda mi się uważnie, nie kryjąc dezaprobaty. Dobrze wie, co robiłem w nocy.
- Obiadu też nie będzie pan jadł?
- Wrócę późno, albo wcale – dodaję znacznie ciszej, bo nie chcę jej niepotrzebnie denerwować.
- Ostatnio ciągle to od pana słyszę – niewysoka Meksykanka opiera dłonie na swoich krągłych biodrach. Przypomina mi moją babcię, która reagowała w identyczny sposób, gdy coś przeskrobałem w dzieciństwie.
- Prosiłem, abyś mówiła mi po imieniu.
- Znam swoje miejsce w szeregu! - fuka, zaczynając pucować idealnie lśniący, marmurowy blat.
- Rose...
- Żadne „Rose”! Pan Ron sprowadza pana na złą drogę. Zamiast wrócić do domu, zjeść normalny posiłek i odpocząć, szlajacie się po nocnych klubach!
- Obiecuję, że się poprawię. Wierzysz mi? - robię smutną minę.
- Słyszę to od trzech miesięcy... - drwi. - Skorzystam z okazji i pójdę odwiedzić córkę oraz wnuki, skoro znowu spędzi pan dzień w jego towarzystwie. W razie czego proszę dzwonić. Aspiryna jest w szufladzie obok zlewu.
- Jesteś aniołem – całuję ją w policzek.
- Skoro ja jestem aniołem, to co powiedziałby pan o sobie? Dziś sobota, wiadomości rozpoczynają się dopiero za pół godziny – rzuca na pożegnanie.
- Dzięki, Rose.
- Proszę się umyć i doprowadzić do porządku.
- Tak jest – salutuję jej.
- Niby taki dorosły, a zachowuje się gorzej niż dziecko... - mruczy pod nosem, wieszając swój perfekcyjnie wyprasowany fartuszek na miejsce i wychodząc z mojego apartamentu. Ma rację. W ostatnim czasie nie jestem sobą. Ciekawe jak ona zachowywałaby się na moim miejscu...
Biorę prysznic i kieruję się do garderoby. Ściągam z wieszaka garnitur oraz koszulę, którą dla mnie wybrała. Jest też krawat. Jasny błękit, zupełnie jak... Materiał jest chłodny i od razu ulega moim palcom. Ty też mi się poddawałeś... A ja uwierzyłem w twoje kłamstwa...
Bolesne rozmyślania przerywa dźwięk telefonu.
- Halo?
- Jesteś w domu? - schrypnięty szept Rona drażni moje ucho.
- Jestem, jestem – śmieję się do słuchawki.
- Nie tak głośno! Głowa mi pęka! - jęczy w odpowiedzi.
- Abby była bardzo zła?
- Nie wiem. Zostawiła mi kartkę, że jedzie na weekend do swoich rodziców. Potem do niej zadzwonię – ziewa.
- Żałujesz?
- Stary, wczorajsza impreza... W życiu się tak nie bawiłem! - ekscytuje się. - A gdy wyszedłeś na parkiet z tymi laskami... Przypomnij mi jak miały na imię?
- Tańczyłem? Nie pamiętam tego – staram się przywołać choć część wydarzeń zeszłej nocy, lecz zlewają się w zamazaną plamę.
- Nie pamiętasz?! Jak możesz?! Liczyłem na to, że wziąłeś numery telefonów od tych dziewczyn, a ty ich nawet nie pamiętasz?! No trudno. Dziś wieczorem musimy wrócić do tego klubu. Może znowu je spotkamy.
- Albo one, albo ich koleżanki.
- I takie podejście rozumiem! Tylko pamiętaj...
- Ani słowa Abby – kończę za niego zdanie.
- Jesteś prawdziwym przyjacielem! Kocham cię, jak rodzonego brata! - rozkleja się, pociągając nosem.
- Pamiętasz, że za niecałe dwie godziny mamy spotkanie z potencjalnymi inwestorami? - przypominam mu.
- To dzisiaj?! I dopiero teraz mi o tym mówisz?! - wrzeszczy do słuchawki.
- Spokojnie, Ron. Nie panikuj tak.
- Jestem tak skacowany, że przez piętnaście minut przypominałem sobie jak odblokować ekran! Nie dam rady poprowadzić prezentacji!
- Weź prysznic, wypij kawę. Spotkamy się na miejscu za jakieś pół godziny, ok?
- Ok! - rozłącza się.
Skoro Ron jest w rozsypce, muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Program gospodarczy dobiegł już końca. Może to i dobrze? Nie jestem w nastroju, by kolejny raz wałkować powody, dla których nasza firma straciła ponad sto milionów dolarów. Od blisko czterech miesięcy jest to temat numer jeden. Mój wynalazek, nad którym pracowałem ostatnie dwa lata, został skradziony razem z całą dokumentacją. Nadszarpnęło to poważnie wizerunkiem firmy. Część inwestorów odeszła do konkurencji, a moje nazwisko mieszane jest z błotem przy każdej nadarzającej się okazji, bo ośmieliłem się publicznie wytknąć ten fakt. Niestety, z braku dowodów, niewiele mogę zrobić. Trzeba zacisnąć zęby i zacząć od nowa.
- … prezydent oraz pierwsza dama uhonorują przybyłych dygnitarzy wspólną kolacją, podczas której odbędzie się bal charytatywny. Zebrane pieniądze zostaną przekazane na unowocześnienie skrzydła szpitala dziecięcego, który spłonął w zeszłym miesiącu. Przechodzimy do wydarzeń lokalnych – informuje moja ulubiona prezenterka, Sue. Chodziliśmy razem do szkoły średniej. - Policji nadal nie udało się ustalić tożsamości mężczyzny, który został znaleziony w miniony poniedziałek przez ekipę budowlaną. Nasz reporter rozmawiał z prowadzącym w tej sprawie śledztwo, detektywem Fu Chengiem. Chris, oddaję ci głos.
- Dziękuję, Sue. Z ustaleń policji wynika, że odnaleziony mężczyzna ma około dwudziestu lat. Rodzina nie zgłosiła zaginięcia. Z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że prawdopodobnie został on porwany, a potem porzucony przez swego porywacza. Jego stan określono jako ciężki, lecz stabilny. Wszystkie osoby, które mogłyby potwierdzić tożsamość... - mimowolnie spoglądam na ekran i zamieram. Josh...? - ...lub z najbliższym posterunkiem policji. Numery podane są na dole ekranu.
- Dziękuję, Chris. Chuligani, którzy wczorajszej nocy powybijali szyby w kilku sklepach... - zrywam się z fotela i bez zastanowienia wybiegam z mieszkania. Winda wlecze się jak nigdy... Josh jest w szpitalu! Tysiące myśli jednocześnie szamocze się w mojej głowie. Na parkingu czeka na mnie szofer, który z uśmiechem otwiera drzwi od samochodu.
- Dzień...
- Jedziemy do szpitala! Byle szybko! - popędzam go.
- Jak pan sobie życz – wsiada do auta i odpala silnik.
- Za wolno! Jedź szybciej!
- Nie mogę. Ograniczenia prędkości... - tłumaczy.
- Pieprzyć ograniczenia! Muszę natychmiast znaleźć się w szpitalu! - starszy mężczyzna przez chwilę mierzy mnie czujnym spojrzeniem, które odbija się w lusterku, po czum dociska pedał gazu tak mocno, aż wbija mnie w skórzany fotel.
- Który szpital?
- Świętego Antoniego – wyciągam telefon i dzwonię do Rona.
- Już wychodzę – odbiera po pierwszym sygnale.
- Coś mi wypadło. Nie czekaj na mnie.
- Co?! - wrzeszczy.
- Nie będzie mnie na spotkaniu. Możesz je odwołać lub przełożyć. Decyzję zostawiam tobie.
- Tristan, jeśli żartujesz, to wybrałeś kiepski moment!
- Nie żartuję. Potem zadzwonię – wyciszam dźwięk, by łatwiej zebrać myśli.
- Wszystko w porządku, proszę pana? - Harold trzykrotnie przekroczył dozwoloną prędkość, a nadal zachowuje spokój i opanowanie. Jest stuprocentowym profesjonalistą.
- Tak...
- Mam zadzwonić po lekarza? - dopytuje.
- Nie, nic mi nie jest. Muszę się z kimś zobaczyć. Pośpiesz, się proszę! - pierwszy raz od dawna żałuję, że piłem alkohol. Gdyby nie to, mógłbym sam prowadzić i już dawno byłbym na miejscu!
Coraz bardziej zdenerwowany odliczam długie minuty. Co mu powiem? Jak będzie wyglądało nasze spotkanie? Co się stało? Gdzie Neal?
Gdy Harold parkuje pod głównym wejściem, wyskakuję praktycznie w biegu.
- Czekaj na mnie! - wydaję mu polecenie. Rozglądam się po otoczeniu. Na samym środku holu znajduje się niewielki punkt informacyjny. Przepycham się do kontuaru, pomimo protestów ze strony innych pacjentów.
- Proszę pana, proszę zaczekać na swoją kolej! - karci mnie drobna pielęgniarka.
- Jestem spokrewniony z chłopakiem, którego pokazano w telewizji - kobieta wskazuje mi windę.
- Dziesiąte piętro. Proszę się udać do gabinetu doktora Kenta. On pana pokieruje.
- Dziękuję.
Dostaję szału, gdy szpitalna winda zatrzymuje się na każdym z pięter. Chyba szybciej by mi poszło schodami. To zdecydowanie nie jest mój szczęśliwy dzień...
- Gdzie znajdę doktora Kenta? - zaczepiam pierwszą osobę, do której udaje mi się dopaść na korytarzu.
- Bada właśnie pacjenta w gabinecie zabiegowym – podpowiada mi ubrany w szpitalny uniform mężczyzna.
- Tu nie wolno biegać! - kolejna pielęgniarka oburza się na moje zachowanie. Nie dbam o takie drobiazgi. Musze jak najszybciej dowiedzieć się, jak czuje się Josh.
- Doktor Kent?
- Proszę poczekać na korytarzu, poproszę pana – mężczyzna świeci latarką diagnostyczną w oczy starszej kobiety.
- Znam tożsamość pacjenta, którego pokazujecie od rana w telewizji.
- Rozumiem. To sprawa nie cierpiąca zwłoki. Siostro – zwraca się to asystującej mu pielęgniarki – proszę poprosić któregoś z moich kolegów, by dokończył badanie. A panią bardzo przepraszam, pani Sallins. Proszę za mną. Porozmawiamy w moim gabinecie – ściąga z dłoni jednorazowe rękawiczki, które wrzuca do odpowiednio oznakowanego kontenera.
- Dziękuję - wreszcie dobra wiadomość.
- Jak się pan nazywa?
- Tristan Wood.
- Czy kontaktował się pan z policją, panie Wood?
- Jeszcze nie.
- Pozwoli pan, że ściągnę tu detektywa Chenga.
- Oczywiście.
- Samantho – zwraca się do swojej asystentki – zadzwoń do pana detektywa i poproś o natychmiastowy przyjazd. Zadzwoń też do telewizji, by zaprzestanie publikacji zdjęcia, dobrze?
- Tak, panie ordynatorze.
- Proszę – zachęca mnie, abym wszedł do środka, po czym cicho zatrzaskuje za nami drzwi.
- Jestem doktor Kent, ordynator oddziału neurologicznego. Jak nazywa się nasz pacjent?
- Josh Olson. Chciałbym się z nim zobaczyć.
- W tej chwili to niemożliwe. Najpierw musi pan porozmawiać z policją. Takie są procedury.
- Jak on się czuje? Wiem tylko tyle, że jego stan jest ciężki.
- Tego także dowie się pan dopiero po rozmowie z policją.
- Chcę wiedzieć, jak on się czuje! Teraz! - używam całej mojej siły perswazji, by wpłynąć na tego krnąbrnego typa, lecz niewiele udaje mi się wskórać.
- Dopóki policja nie potwierdzi tożsamości...
- To zajmie im wieki, sam pan wie. Opowiem wam co chcecie, ale w zamian proszę tylko o...
- Przyjechał detektyw Cheng – Samantha natychmiast otwiera drzwi, wpuszczając go do środka.
- Jestem Fu Cheng, a pan to... Tristan Wood? - zaskakuje mnie. - Cóż za niespodzianka.
- Chcę się dowiedzieć jak czuje się Josh, więc skoro mamy to już za sobą, to może zechce pan wyjaśnić obecnemu tu lekarzowi, że nie jestem płatnym mordercą.
- Detektywie, pan Wood nie jest zbyt chętny do współpracy – wtrąca się lekarz.
- Zacznijmy od początku. Jak nazywa się ten chłopak? - policjant wyciąga swój notes, by poczynić odpowiednie notatki.
- Josh Olson.
- Są panowie spokrewnieni?
- Nie, to mój narzeczony. Byłbym wdzięczny, gdyby panowie nie rozpowiadali o tym prasie brukowej – spoglądam na nich wymownie.
- Kiedy widział pan pana Olsona po raz ostatni?
- Dwunastego czerwca.
- To prawie cztery miesiące temu. Dlaczego nie zgłosił pan zaginięcia? - kontynuuje przesłuchanie.
- Bo nie wiedziałem, że zaginął! Możecie mi w końcu powiedzieć jak on się czuje?!
- Za chwilę. A rodzina?
- Poza mną, nie ma żadnej rodziny.
- A jednak nie przebywał z panem w ostatnim czasie... Dlaczego? - pytanie staja się coraz bardziej dociekliwe.
- Pokłóciliśmy się.
- O co?
- Przyłapałem go na zdradzie – mój głos staje się obcy, pozbawiony uczuć. Odzyskałem nad sobą panowanie i znowu jestem sobą.
- A mimo to uważa się pan za jego narzeczonego...
- Tak. Ostrzegam panów, nie należę do osób cierpliwych. Mój adwokat dysponuje odpowiednimi dokumentami, które złożyliśmy w celu zawarcia małżeństwa. Wśród nich jest klauzula dotycząca dokumentacji medycznej.
- Ostatnie pytanie. Czy pan Olson miał jakichś wrogów? Ktoś mu groził? Bał się czegoś?
- Nie, oczywiście, że nie! Skąd to panu przyszło do głowy?!
- A pan?
- Co ja? - irytuję się.
- Czy ma pan wrogów, dostawał pan anonimy, głuche telefony? Czy ktoś próbował wyłudzić od pana pieniądze na okup?
- Gdyby tak było, zapłaciłbym! On jest dla mnie wszystkim! Nie odwołałem naszego ślubu, bo do ostatniej chwili wierzyłem, że się opamięta i wróci!
- Proszę się nie denerwować. Musiałem się upewnić, zanim razem z doktorem Kentem, wtajemniczymy pana w sytuację. Jak zapewne już pan wie, pański... narzeczony – detektyw ponownie unosi wzrok znad notesu tylko po to, by spojrzeć mi prosto w oczy – został znaleziony w zeszły poniedziałek na obrzeżach miasta. Miał naprawdę wiele szczęścia, bo gdyby nie szef ekipy budowlanej, zginąłby pod gruzami. Podejrzewamy, że został porwany, a następnie porzucony przez swojego porywacza.
- Porwany?! To niemożliwe! Kto i po co chciałby go porywać?
- Z tego, co mi wiadomo, jest pan dość zamożnym człowiekiem, dlatego...
- Zapłaciłbym dawno temu! - powtarzam. - Wynająłbym ludzi, którzy znaleźliby Josha nawet na końcu świata!
- Dokładnie sprawdziliśmy ten opuszczony budynek, a także przebadaliśmy rzeczy, które miał na sobie pan Olson i nic nie znaleźliśmy. Nie wiemy kto to zrobił, ani dlaczego. Prokuratura ma związane ręce, dlatego będąc na pańskim miejscu, pomyślałbym o ochronie.
- Dobrze, zajmę się tym. Jak czuje się Josh?
- Pierwsze trzy doby spędził na intensywnej terapii. Jeszcze trochę i umarłby z głodu i pragnienia. Dodatkowo – ordynator okazuje się nie mieć dla mnie litości – ślady na jego ciele wskazują, że porywacz miał ciężką rękę i często go bił, używając w tym celu... - przerywa, widząc moją minę. - Jednak nie to martwi mnie najbardziej.
- Proszę mówić, panie doktorze – czuję się tak, jakby każdym swoim słowem wbijał mi nóż prosto w brzuch.
- Z powodu traumatycznych przeżyć, których doświadczył, pan Olson cierpi na całkowitą amnezję. Nie pamięta ani jak się nazywa ani co go spotkało. Dla jego dobra, a także dla dobra śledztwa, nie powiedzieliśmy mu o porwaniu. Wie tylko tyle, że uległ wypadkowi. Byłbym wdzięczny, gdyby trzymał się pan tej wersji, panie Wood. Ciało ludzkie jest w stanie znieść bardzo wiele, ale psychika już nie, a on najwyraźniej przekroczył próg swoich możliwości.
- Mogę się z nim zobaczyć? - lekarz oraz policjant wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.
- Zaprowadzę pana – ordynator podnosi się ze swojego miejsca, uzyskawszy zgodę detektywa na nasze spotkanie.
- Pewnie jeszcze nie raz się spotkamy – Cheng wręcza mi swoją wizytówkę. - Proszę dzwonić o każdej porze i pamiętać o zatrudnieniu ochrony. Do widzenia – automatycznie ściskam wyciągniętą dłoń. To wszystko dzieje się za szybko. Porwanie, amnezja... W coś ty się wpakował?
- Powiedział pan, że utrata pamięci nastąpiła na skutek traumatycznych przeżyć, lecz to minie, prawda? Josh wszystko sobie przypomni?
- Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie. W międzyczasie proszę nie mieć do niego pretensji, w żaden sposób nie naciskać i nie namawiać, by próbował sobie przypomnieć.
- To co mam zrobić?
- Otoczyć go opieką, okazać wsparcie, sprawić, by poczuł się bezpieczny. To ważniejsze niż setki leków, które mogę mu podać. W chwili obecnej i tak muszę to robić, chociażby ze względu na silne bóle głowy oraz stany lękowe. Zalecałbym poszukanie dobrego psychiatry lub psychologa.
- Psychiatry?
- W jego życiu miały miejsce wydarzenia na tyle przykre, że uciekł w głąb siebie. Jak pan przed chwilą zauważył, prędzej czy później, przypomni sobie kim jest i co się wtedy działo. Terapia z pewnością pomoże mu przepracować te problemy. Wyposaży go w tarczę, by mógł się pod nią schować. To bardzo ważne.
- W takim razie proszę mi pomóc i polecić kogoś godnego zaufania.
- Oczywiście, zajmę się tym. Jesteśmy na miejscu – wskazuje na beżowe drzwi. Nabieram głęboko powietrza, jakbym próbował uchronić się przed utonięciem. Lekarz uchyla je i wchodzi do środka razem ze mną. Spoglądam na drobną postać, podłączoną do szpitalnej aparatury. Oto widok, który prześladować mnie będzie aż do śmierci...