środa, 8 lutego 2017

Rozdział II


„Zdrajca


Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w windzie. Zdyszany wpadł do środka z szybkością światła. Miał zaróżowione policzki i nieco zmierzwione włosy. Stanowił spory kontrast dla spokojnych i opanowanych dyrektorów firm oraz ich asystentów. Z przyjemnością obserwowałem jak wyjął z kieszeni kurtki czerwone jabłko, które odłożył to torby z westchnieniem. Biorąc pod uwagę, że była dokładnie 13:59 pewnie biegł przez całą drogę, by się nie spóźnić i nie miał czasu na jedzenie. Wysiadł na dwudziestym piętrze, na którym mieściła się kancelaria prawna, z którą współpracowaliśmy.
Moje przypuszczenia potwierdziły się jeszcze tego samego dnia, gdyż nieznajomy z windy towarzyszył mecenasowi Nealowi Randalowi, który nas reprezentował. Zawsze bawiło mnie, że nazwał kancelarię „Randal i synowie”, chociaż w wieku pięćdziesięciu lat nadal nie miał dzieci. Uwielbiał trudne sprawy, które wymagały precyzji. Ceniłem jego profesjonalizm, lecz nie przyjaźń. Jeśli mam być szczery, to nigdy go nie lubiłem. Raczej tolerowałem jego obecność. Zachowywał się jak generał, który non stop był z kimś na wojennej ścieżce. Musztrował przełożonych i wydawał rozkazy, niszcząc swoich wrogów. Na szczęście Ron świetnie odnajdywał się w kontaktach z innymi. Dbał o zatrudnianie odpowiednich osób, spotykał się z inwestorami, dzięki czemu mogłem skupić się tylko i wyłącznie na moich wynalazkach.
Raz na jakiś czas odbywaliśmy wspólne narady, podczas których głównie słuchałem sporów, prowadzonych między tą dwójką.
- To Josh – przedstawił nam chłopaka, pozostającego za jego plecami, niczym cień. Robił notatki, podawał dokumenty. Odpowiadał na liczne pytania. Staż w kancelarii Randala stanowił duże wyróżnienie. Niestety, nie każdy student był w stanie wytrzymać tempo pracy złośliwego, a czasami porywczego mecenasa. Neal był bardzo wymagający. Nie tolerował błędów. Jednak Josh nieźle sobie radził. Wycofany, zamknięty w sobie, nie okazywał żadnych emocji.
- Powodzenia, mały. Niech moc będzie z tobą – przywitał go Ron. - Na którym roku jesteś?
- Na trzecim, proszę pana – odpowiedział mu, nie odrywając oczu od swojego mentora.
- To najlepszy student, jakiego uczelnia przydzieliła mi na praktykę, a sam wiesz, że jestem wybredny. Liczę na to, że po studiach wybierze moją kancelarię – obdarzył speszonego młodzieńca uśmiechem pełnym satysfakcji.
- Bardzo dziękuję, panie mecenasie – odpowiedział mu Josh. Miał cichy głos. Brzmiał tak, jakby był mocno przemęczony. Biorąc pod uwagę obowiązki, którym musiał podołać, tak pewnie było. Nie wiem czemu poczułem uciska żalu, że nie nie podniósł wzroku, abym mógł lepiej mu się przyjrzeć. Chciałem zobaczyć jego oczy. Ron szybko skupił na sobie całą moją uwagę, tłumacząc zawiłości, którym musieliśmy sprostać, by do ostatniej chwili zwodzić konkurencję. O Joshu przypomniałem sobie dopiero w chwili, gdy wychodził z sali konferencyjnej.
- Współczuję mu. Mam gęsią skórkę na samą myśl, że miałbym przez dłuższy czas przebywać z Randalem w jednym pomieszczeniu, a co dopiero odbywać u niego staż.
- Masz rację – przytaknąłem mojemu wspólnikowi, rozważając jaki kolor tęczówek najbardziej pasuje do jasnej skóry i czarnych, krótkich włosów.

Moje pytanie pozostawało bez odpowiedzi przez kolejne dwa tygodnie. Czasami widywałem Josha na korytarzu. Najczęściej bardzo się śpieszył i unikał patrzenia mi prosto w oczy. Neal zabierał go ze sobą na wszystkie spotkania. Obowiązkowo musiał uczestniczyć w rozprawach, które prowadził. Był nieuchwytny, a ja uparty. To ciekawość doprowadziła mnie do miejsca, w którym obecnie się znajdowałem. Chciałem poznać odpowiedzi – co się stanie, jeśli... Najbardziej interesowały mnie samoloty. Chętnie podejmowałem zlecenia, dotyczące zwłaszcza prywatnych odrzutowców, których właściciele nie dość, że pragnęli zaskoczyć innych, to jeszcze nie żałowali pieniędzy na prototypy. Ron często powtarzał, że moja pasja wyniesie naszą firmę na szczyt. Otarliśmy się o perfekcję, gdyż byłem w trakcie pracy nad zupełnie nowym typem samolotu, który miał zrewolucjonizować rynek. Ukrywaliśmy ten fakt, zajmując się mniejszymi zleceniami. Zgarnąłem więc z biurka pierwsze lepsze papiery i udałem się po poradę prawną. Wszedłem do środka i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Dochodziła dwudziesta. Byłem pewny, że „przyłapanie” chłopaka na układaniu dokumentów nie powinno być zbyt trudne.
- Tristan? - odwróciłem się na dźwięk głosu Neala. - Co mogę dla ciebie zrobić?
- Jeszcze pracujesz? - udałem zdziwionego.
- Mam trochę zaległej roboty – odparł, uśmiechając się i odkładając segregator na biurko, należące do jego sekretarki.
- Myślałem, że tego typu drobiazgi zlecasz innym.
- Natasha poszła już do domu.
- A twój wybitny student?
- Josh? Uczy się – wskazał na swój gabinet. Podążyłem wzrokiem w tym samym kierunku. Siedział w jego gabinecie przy stole, na którym rozłożonych było kilka książek. - Biblioteka otwarta jest tylko do dziewiętnastej, a ja postarałem się o odpowiednią lekturę. W ten sposób nie traci zbędnego czasu na dojazdy – pochwalił się.
- Oddajesz studentowi swój gabinet? Nie sądziłem, że stać cię na taki gest.
- Niewiele o mnie wiesz, Tristanie. Gdyby nie fakt, że uczelnia nie pozwala na zatrudnianie studentów, lepiej bym się nim zajął. Mieszka w jakiejś norze, nie ma rodziny, a mimo to daje z siebie wszystko. Ustaliłem już z rektorem, że będzie mi towarzyszyć do końca studiów. Dziś to tylko pisklę, lecz nauczę go latać.
- Jeśli wcześniej nie padnie z wyczerpania – moja uwaga nie przypadła mu do gustu, bo jego groźne oczy zwęziły się w wąskie szparki.
- Tracimy twój cenny czas. Co mogę dla ciebie zrobić? - wskazał mi sofę w rogu pokoju, lecz nie zamierzałem zostawać tu ani minuty dłużej.
- Chciałbym, abyś przejrzał te dokumenty. Ron nalega na jak najszybsze podpisanie umowy. Sprawdź proszę punkt dziewiąty, dobrze?
- Oczywiście. Pozwolisz, że najpierw się w tym zapoznam? - od razu wyciągnął z kieszeni marynarki okulary.
- Przepraszam, ale trochę się śpieszę – skłamałem. - Przyjdę jutro, dobrze?
- Jak sobie życzysz.
- Dobranoc – pośpiesznie opuściłem kancelarię bezgranicznie zły na siebie, za tak dziwne pomysły.

Kilkanaście godzin później zmieniłem zdanie. Mecenas szybko się uwinął z poprawkami. Przysłał mi je razem ze swoim słodkim podopiecznym, który miał za zadanie omówić wprowadzone zmiany.
- Mecenas uważa, iż powinien pan rozważyć... - siedział metr ode mnie, wskazując na miejsca, w których dokonano poprawek. Nie miałem pojęcia o czym do mnie mówi. Byłem zajęty podziwianiem jego niebieskich oczu, ukrytych za czarnymi rzęsami, delikatnie zaznaczonych kości policzkowych, zbyt jasnej skóry... Był szczupły i wysoki. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, białą koszulę i źle dobrany krawat. Wyglądał tak zwyczajnie, a jednocześnie fascynująco. - Czy zgadza się pan na...? - nie usłyszałem pytania, bo uniósł lekko twarz i spojrzał mi prosto w oczy. Piękny... - Panie Wood? - wyrwał mnie z zamyślenia.
- A tak... Zgadzam się...
- Naprawdę? - zdziwił się, marszcząc lekko brwi. - Nie wolałby pan tego przemyśleć?
- Przemyśleć?
- Jeśli podpisze pan umowę w takim brzmieniu, automatycznie straci pan 3% zysku, który... - czym było jakieś marne trzy procent? Jego oczy były podkrążone, zdradzając zmęczenie pomimo wczesnych godzin rannych. Czyżby mały Josh nie spał zbyt dobrze? Uczył się do późna, czy chodzi o coś innego? Nagle zapragnąłem wiedzieć o nim wszystko.
- Ile masz lat, Josh?
- Dwadzieścia jeden, proszę pana.
- I już jesteś na trzecim roku? Imponujące.
- Poszedłem szybciej do szkoły.
- Aż tak lubiłeś się uczyć?
- Ciotka tak postanowiła – spuścił wzrok. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jego matka zmarła podczas porodu, a ojciec popadł w alkoholizm, podrzucając kilkuletniego chłopca dalekiej krewnej, która wolała posłać go do państwowej podstawówki, niż płacić za kolejny rok przedszkola. Powiedziała mu, że jeśli nie będzie się uczyć, wyląduje w domu dziecka, bo ona z pewnością nie będzie utrzymywać darmozjada. Josh nie był darmozjadem, a niespełna sześcioletnim chłopcem, który postawił wszystko na jedną kartę, by nie zostać pozbawionym domu.
- A twoi rodzice?
- Jeśli wolałby pan, aby to mecenas Randal...
- Nie, oczywiście, że nie – uśmiechnąłem się do niego. Zignorował to.
- Jak już mówiłem, korzystniej by było, gdyby poprosił pan o dodanie tej kwoty...
Od chwili, w której wyszedł z mojego gabinetu, nie umiałem znaleźć sobie miejsca. Koniecznie chciałem ponownie zatonąć w tym błękicie. Dowiedzieć się dlaczego wychowywała go ciotka, czemu Neal powiedział, że mieszka w „norze”. Interesował mnie wszystko, co było z nim związane. Ta wiedza była mi niezbędna. Co więcej, ona mi się należała! Czułem się tak, jak podczas projektowania. Najpierw warto przyjrzeć się rzeczom wymyślonym przez innych, a potem wprowadzić ulepszenia. Różnica polegała na tym, że brakowało mi podstawowych wiadomości.

Wielokrotnie odwiedzałem kancelarię „Randal i synowie” tylko po to, by móc uzupełnić luki. Chciałem go widzieć jako całość, a im częściej się spotykaliśmy, tym więcej pytań nie dawało mi spokoju.
W końcu zdecydowałem się na dość odważny krok. Wykorzystując nieobecność Natashy, sekretarki Neaila, skorzystałem z jej komputera, by zdobyć jego adres. Z jednej strony czułem się podle robiąc coś takiego, ale z drugiej... Adrenalina buzowała w moich żyłach z taką siłą, że nic nie było w stanie mnie powstrzymać.
Mając pewność, że mecenas zabrał swojego ulubieńca na rozprawę rozwodową znanej pisarki, postanowiłem osobiście sprawdzić gdzie i jak mieszka.
Zaparkowałem samochód przed jedną z moich ulubionych włoskich knajp i udałem się na poszukiwania. Kamienica Josha znajdowała się w centrum miasta. Front budynku wyglądał nawet nieźle, co nieco mnie zmyliło. Z zewnątrz nie było widać, iż klatka schodowa połączona była z bliźniaczym budynkiem, schowanym z tyłu. Gdy wchodziłem na szóste piętro bałem się, że schody zawalą się pod moim ciężarem. W jednym z mieszkań słychać było krzyki i tłuczone szkło, pod drzwiami innego znajdowały się popakowane w worki rzeczy. Obrazu dopełniał bezdomny, śpiący na schodach między piątym, a szóstym piętrem oraz taśma policyjna, która zabraniała zbliżania się do mieszkania oznaczonego jako 20F.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał starszy mężczyzna, ubrany w poplamione od farby ubranie robocze.
- Szukam znajomego – nie chciałem go wtajemniczać, lecz zastąpił mi drogę, uniemożliwiając odnalezienie właściwego mieszkania.
- Jestem Adams, zarządca budynku. Znam tu wszystkich.
- Jego też znasz? - wcisnąłem mu do kieszeni kilka studolarowych banknotów.
- Co mogę dla pana zrobić? - zapytał.
- Chcę wejść do mieszkania 159 – poinformowałem go.
- Jest wynajęte. Mieszka w nim dzieciak, którego nawet lubię.
- Chcę je tylko obejrzeć – zapewniłem.
- A z resztą... - mruknął pod nosem, wydobywając z kieszeni pokaźny pęk kluczy. - Chodź pan za mną. - Przeszliśmy wąskim korytarzem prawie do końca. Przez kiepskie oświetlenie zarządca miał problem, by trafić kluczem do zamka. Klął przy tym jak szewc. Zauważyłem także, że ręce mu się trzęsły, lecz nie komentowałem tego faktu. Cierpliwie czekałem. - Tylko proszę niczego nie ruszać – zastrzegł, cofając się w głąb korytarza, aby zrobić mi miejsce.
Pomieszczenie było małe. Miało zaledwie kilka metrów kwadratowych. Stało tam metalowe łóżko, niewielki stolik oraz obdrapane krzesło. Dopiero po chwili zauważyłem, że był tu także zlew.
- Nie ma łazienki? - zdziwiłem się, kręcąc w kółko, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów.
- Jest, na końcu korytarza.
- A ogrzewanie?
- I co jeszcze? Może stado dziewic? Psia krew! Za taką cenę niech się cieszy, że ma wodę!
Miałem świadomość tego, że mężczyzna wolałby jak najszybciej się mnie pozbyć, ale ja nie mogłem jeszcze wyjść. Były tu elementy, których tak bardzo potrzebowałem, by złożyć moją układankę w jedną całość. Stosy książek na podłodze. Elektryczny czajnik, biały kubek, kawa rozpuszczalna, czerwone jabłka, niewielka walizka, w której ułożonych było trochę rzeczy na zmianę. Do tego okrągłe okno, znajdujące się dość wysoko, obdrapane ściany, które kiedyś pomalowano pistacjową farbą. To miejsce było straszne. Na samą myśl, że ktoś miałby mnie w nim zamknąć choćby na godzinę, dostawałem szału. A on tu mieszkał... Mój Boże...
- Nigdy mnie tu nie było, jasne? - sięgnąłem do kieszeni i dorzuciłem Adamsowi więcej banknotów.
- Jak słońce – powtórzył, zamykając wrota piekieł i chowając klucze do kieszeni.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, kręciło mi się w głowie od nadmiaru wrażeń. Usiadłem na krawężniku i przez dłuższą chwilę odtwarzałem w pamięci wszystko, co zobaczyłem. Tamtego dnia jeszcze przez kilka godzin jeździłem po mieście bez celu, bojąc się wrócić do własnego mieszkania. Każde pomieszczenie w moim apartamencie było kilka razy większe niż jego pokój. Mieszkałem sam, a mimo to ciągle wdawało mi się, że potrzebuję więcej przestrzeni. A on sprawia wrażenie bardzo spokojnego i pogodzonego ze swoim losem. Dlaczego?

Przez kolejny tydzień unikałem kancelarii jak ognia. Bałem się, że podczas przypadkowego spotkania nie wytrzymam i zrobię coś głupiego. Chciałem porządnie nim potrząsnąć, by się wreszcie przebudził i zaczął dostrzegać realia, w których żyje. Bardzo dokładnie przestudiowałem stronę uniwersytetu, by dowiedzieć się ile wynosi stypendium naukowe. Zadzwoniłem także do właściciela kamienicy, który zdradził mi koszty wynajęcie tak obskurnego lokum. Gdy zestawiłem obie kwoty nie ulegało wątpliwości, że Josh żyje na skraju nędzy, która trwać będzie jeszcze co najmniej dwa lata. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść. Bezustannie rozmyślałem o tym, co powinienem zrobić, a czego mi nie wolno. Z tej sytuacji musiało istnieć jakieś wyjście. Moim zdaniem było jak najszybciej je odnaleźć.
Wracaliśmy właśnie z Ronem z jakiegoś zebrania. Chyba dobrze nam poszło, bo mój wspólnik gadał jak nakręcony. Wsiadając do windy zauważyłem Josha, który żegnając się z Randalem, uśmiechnął się do niego. To była tamta chwila. Jedna sekunda, w której moje życie wywróciło się do góry nogami. Byłem bezgranicznie wściekły, zazdrosny i zakochany.
Niektórzy rodzą się pod szczęśliwą gwiazdą, inni dochodzą do wszystkiego ciężką pracą, a ja? Jak osiągnąłem to, na czym najbardziej mi zależało? Czy zawdzięczam to zrządzeniu losu? Bogu? A może byłem w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie? Nie wiem. Nastał kwiecień, a wraz z nim najszczęśliwszy dzień mojego życia. Późnym popołudniem spadł zapowiadany od rana deszcz. Postanowiłem, że nie wrócę do domu tak długo, aż wpadnę na jakiś genialny pomysł. Zanim się spostrzegłem, było dobrze po dwudziestej trzeciej. Nie wiem dlaczego zjechałem windą pięć pięter w dół. Nie mam pojęcia czemu znalazłem się w kancelarii. Po prostu wiedziałem, że muszę tam pójść. Przemęczony Josh spał na rozłożonych książkach przy wielkim stole w gabinecie Randala. Sięgnąłem po jego marynarkę i okryłem mu ramiona, bo wydawał się zziębnięty. W tej samej chwili, jak na zawołanie, otworzył oczy, które potarł dłońmi.
- Która godzina? - nie wiedziałem, czy zadaje to pytanie mnie, czy sobie. W każdym razie wydobył spod stosu książek zegarek i zerknął na tarczę. - O nie! Spóźnię się! - zawołał, zrywając się z miejsca. Chwycił swoją torbę, kurtkę i wybiegł na korytarz.
- Josh! Poczekaj! - krzyknąłem za nim, lecz chyba mnie nie słyszał.
Zjeżdżając windą w dół, przyglądałem się ulewie, która szalała nad miastem. Wsiadłem do samochodu i celowo skręciłem w lewo, by upewnić się, że zdążył na autobus. Zatrzymałem auto tuż przy krawężniku i otworzyłem drzwiczki.
- Wsiadaj! - rozkazałem mu, widząc jak trzęsie się z zimna.
- Nie trzeba, proszę pana. Niedługo przyjedzie następny.
- Wsiadaj! - powtórzyłem. Nieco przerażony spełnił moje polecenie.
- Dziękuję – szepnął cicho. Podkręciłem ogrzewanie, bo drażniło mnie jak dygocze.
- Wiesz, że nie ma nic za darmo, prawda? - nie odrywałem wzroku od szyby, by się nie rozpraszać, choć aż nazbyt dobrze ciążyła mi świadomość, że mój ukochany znajduje się tak blisko.
- Nie rozumiem.
- Zawiozę cię do domu, jeśli zjesz ze mną kolację. Zgadzasz się?
- Teraz?
- Tak, teraz. Na co masz ochotę?
- Ja? Wszystko mi jedno – odparł.
- Co lubisz najbardziej? - starałem się zachowywać normalnie, by nie spanikował, gdy będziemy już na miejscu.
- Chyba makaron – odpowiedział po chwili namysłu. Makaron? Ma na myśli to obrzydliwe, chemiczne gówno, które zalewał wrzątkiem? Z tym już koniec, skarbie.
- Może być makaron – zgodziłem się, udając ugodowego. - Cieplej ci?
- Tak, dziękuję pani Wood.
- Mów mi Tristan.
- Proszę pana, to nie wypada. Mecenas... - zaczął protestować.
- Tristan – powtórzyłem z większym naciskiem. - Nie martw się mecenasem. Sam się nim zajmę.
- Gdzie jesteśmy? - nieufny, zaczął się rozglądać po okolicy, gdy odblokowałem bramę garażową, by zaparkować samochód.
- U mnie w domu.
- Ale...
- Jest późno i zimno. O tej porze nie mamy szans na stolik w moich ulubionych restauracjach, ale nie martw się. Dostaniesz swój makaron. Przecież obiecałem, że cię odwiozę, prawda? - spojrzałem mu prosto w oczy. - Boisz się mnie?
- Nie, proszę pana.
- Tristan – przypomniałem. - W takim razie chodź. Bardzo się cieszę, że się zgodziłeś. Rzadko zapraszam gości.
Gdy dotarliśmy na górę, w pierwszej kolejności poczęstowałem chłopaka herbatą, do której dolałem sporą ilość alkoholu. Nie zauważył tego. Nigdy wcześniej nie pił. Naiwny, młodziutki... Reprezentował wszystko to, co zazwyczaj ignorowałem. Bałem się relacji z kimś niedoświadczonym. Nie nadawałem się na opiekuna. Tak mi się przynajmniej wydawało. Jednak przy nim wszystko wyglądało inaczej. Chciałem się nim opiekować. Pragnąłem tego jak niczego innego.
Nakarmiony, lekko pijany, nie zaoponował, gdy wziąłem go za rękę i zaprowadziłem do swojej sypialni. Przesunąłem kciukiem po jego miękkich wargach. Nie powstrzymał mnie, a nawet gdyby to zrobił, nie miał żadnych szans. Musiał być mój.
Pocałowałem go. Powoli. Czule. Jego oczy zrobiły się wielkie niczym spodki. Kolana mu drżały. Zasłonił usta dłonią, pełen zdziwienia. Blade policzki muśnięte rumieńcem, szkliste oczy. Nie opierał mi się, a ja w zamian za to starałem się  być bardzo delikatny. Zasnął w moich ramionach, zupełnie wyczerpany.
Obudził się dopiero następnego dnia po południu. Przeciągnął i uśmiechnął. A potem mocno zawstydził, uświadomiwszy sobie gdzie i z kim przebywał.
- Przepraszam, pójdę już – próbował wyplątać się z moich ramion.
- Nigdzie nie pójdziesz. Zostaniesz ze mną – pocałowałem go w policzek.
- Mam dziś pracę. Obiecałem panu Adamsowi, że pomogę mu w malowaniu, a potem muszę iść do biblioteki i...
- Josh? - przerwałem ten monolog.
- Tak?
- Kocham cię. Nie będziesz pracował, a już z pewnością nie dla Adamsa.
- Tak nie można... Ja...
- Tak? - zacząłem całować go po szyi, by odwrócić jego uwagę. - Mów proszę.
- Nie możesz... ! - pisnął, gdy jego sutek znalazł się w moich ustach.
- Kocham cię, a ty?
- Proszę, nie rób tak!
- Jak? - udałem zdziwionego jego zachowaniem.
- Nie dotykaj...
- Będę cię codziennie dotykać. Resztę życia spędzisz razem ze mną.
- Resztę życia?! - oparł drobne dłonie na mojej nagiej klatce piersiowej. Poczułem przyjemny dreszcz, wywołany tak niespodziewaną bliskością.
- Mówiłem ci już, kocham cię.
- Panie Wood...
- Tristan...
- Tristan – powtórzył po mnie z uczuciem. Pocałowałem go bardziej namiętnie, atakując rozchylone usta.
- Nie pozwolę ci odejść. Czuję, że od zawsze na ciebie czekałem.
- Ja tak nie mogę. To się dzieje za szybko – uciekł wzrokiem. - Nie umiem cię pokochać na zawołanie. Do wczoraj nawet nie...
- Nie chcę, abyś mnie kochał na zawołanie. Proszę cię tylko o szansę. Pozwól mi być blisko siebie... Dam ci co zechcesz. O czym najbardziej marzysz?
- Chciałbym mieć dom. Taki prawdziwy, gdzie ktoś na mnie czeka, gdzie będę się czuł bezpiecznie i nigdy go nie stracę.
- Spełnię twoje marzenie.
Dom... Dałem mu go. Dałem mu wszystko, co miałem. Kochałem za mocno i zaborczo. Cierpiałem, gdy uśmiechał się do obcych ludzi, czy znikał mi z oczu choćby na chwilę. Nie miałem przed nim żadnych tajemnic. Rozpieszczałem i byłem rozpieszczany. Idylla nie trwała zbyt długo. Zostawił mnie krótko po tym, gdy odkryliśmy z Ronem kradzież. Może bał się, że utrata tak ogromnej sumy pieniędzy odbije się na naszym wygodnym życiu? A może Neal dał mu coś, czego ja nie dałem? W jego telefonie znalazłem zdjęcia, na widok których serce mi pękło, więc wyrwałem je sobie, kończąc nasz związek.
Blisko cztery miesiące żyłem jak duch, zagłuszając pustkę alkoholem i imprezami, które często kończyły się porankiem w obcym łóżku. Robiłem co mogłem, by zapomnieć. Gdy już prawie mi się udało, on wraca, a wraz z nim pojawia się iluzja, że wszystko będzie dobrze. Sama myśl, że znajdujemy się w tym samym pokoju sprawia, iż każda komórka mojego ciała aż rwie się w jego stronę.
- Josh, masz gościa – doktor Kent nie potrafi ukryć zadowolenia. Podchodzi bliżej swojego pacjenta i daje mi znak, abym podszedł.
- Kim... Kim jest Josh? - pyta jakże znajomym, lecz obcym głosem.