niedziela, 18 kwietnia 2021

Humory Króla - rozdział 23

Eryk

„Chcę ci pomóc. Być twoim wsparciem” – bezustannie słyszę jego słowa. Z jednej strony chciałbym, aby tak było. Potrzebuję go, jak powietrza. Jest dla mnie dobry. Opiekuńczy. Troskliwy. Mówi mi same miłe rzeczy. To on pierwszy powiedział, że mnie kocha. Przedtem nigdy tego nie słyszałem. Od nikogo. Wszyscy mnie nienawidzili. Rodzice. Brat. Dziadek.

Nie!

Nie wolno mi być egoistą. Simon zasługuje na kogoś lepszego. Powinien być z kimś takim, jak Vee. Kimś, kto go doceni i nie będzie dla niego ciężarem. Jako żołnierz i ochroniarz ma zakodowane, aby chronić słabszych. Udowodnię mu, że nie jestem słaby. Poradzę sobie. Muszę.

Kiedy przychodzi do sypialni i kładzie się obok mnie udaję, że śpię. Zielonooki obejmuje mnie ramieniem. Zawsze tak robi. Cierpliwie czekam. Jego równy oddech łaskocze mnie w szyję. Ostrożnie przesuwam poduszkę, aby mógł oprzeć na niej rękę. Odkąd zostałem pobity przez Alana, stara się nie ściskać mnie zbyt zaborczo. To ułatwia cała operację. Gdy poduszka zajmuje moje miejsce, reszta idzie jak z płatka. Na palcach zakradam się do drzwi. Łapię za klamkę i… Udało się! Pełen sukces. Teraz wystarczy bardzo powoli zejść ze schodów, aby nie narobić hałasu.

 Nabieram wprawy. Wykorzystuję sprzyjające okoliczności losu. Simon jest zmęczony. Od rana trenuje, zajmuje się domem, uczy nowych obowiązków. Doceniam wszystko co robi, lecz nie mogę mu o tym powiedzieć.

Z sypialni przenoszę się do salonu. Przez ponad godzinę leżę na sofie i wpatruję się w sufit. Nie mogę zasnąć. Dręczy mnie poczucie winy. Postanawiam więc udać się do kuchni po herbatę.

Szerokim łukiem omijam wielką górę ciastek, które Vee przywiózł dziś rano z piekarni. Lubię słodycze, lecz od pewnego czasu nie mogę ich jeść. Przedtem prawie codziennie opychałem się tortem. Właśnie. Przedtem. Teraz mdli mnie na sam widok szklanej patery.

Nalewam wody do elektrycznego czajnika i przyciskam włącznik. Otwieram jedną z szafek. Przypominam sobie, że w tym domu nie ma co marzyć o przyzwoitej filiżance.

Gdy herbata jest gotowa, zabieram kubek i stawiam go na stole. Siadam na krześle i podciągam nogi do klatki piersiowej. Dziwne uczucie. Niby wiem, że to mój ulubiony gatunek herbaty. Pachnie tak, jak zwykle. Dlaczego więc przestała mi smakować?

- Co tu robisz?

Cichy szept sprawia, że prawie spadam z krzesła.

- Vee! – Ganię mojego opiekuna za to, że mnie straszy. – Nie rób tak nigdy więcej!

- Przepraszam. Nie chciałem – kaja się.

Mężczyzna siada naprzeciwko mnie przy stole. Czuję na sobie jego uważne spojrzenie oraz ciężkie pytania, które wiszą w powietrzu.

- Simon śpi?

- Tak – przytakuję.

- Co tu robisz?

- Piję herbatę – odpowiadam zgodnie z prawdą.

- Ledwo umoczyłeś usta. Nie smakuje ci?

- Nie wiem – wzruszam ramionami. – W domu smakowała lepiej.

Nie umiem oszukać Vee. On i ja obiecaliśmy sobie, że zawsze będziemy wobec siebie szczerzy.

- Powrót do Twierdzy nie wchodzi w grę. Wiesz o tym, prawda?

- Zamieszkamy w pałacu.

- Jesteś królem. To chyba oczywiste – przypomina z dumą.

Vee nie potrafi ukryć uśmiechu. Dlaczego perspektywa przeprowadzki do wielkiej rezydencji wprawia go w tak wyśmienity nastrój?

- Kiedy tam pojedziemy?

- Za kilka dni, gdy wszystko będzie gotowe.

Zapada cisza. Spuszczam wzrok i zaczynam wpatrywać się w blat stołu. Jest mi ciężko na samą myśl, że znowu będę musiał zaczynać od zera. Tak trudno oswoić nowe miejsce. Powoli przyzwyczajam się do tego domu, a już za chwilę będę musiał go opuścić. Wyjeżdżając stąd stracę coś ważniejszego niż złudne poczucie bezpieczeństwa, które tak ciężko odbudować.

- O czym myślisz? – Vee brutalnie przypomina mi o swojej obecności. Spoglądam mu prosto w oczy.

- Nie chcesz wiedzieć – unikam odpowiedzi.

- Chcę. Dobrze wiesz, że chcę. Chodzi o Alana? – Zgaduje.

- Nie.

- O twojego dziadka? Rodziców?

- Nie.

- Został jeszcze Simon…

Mój opiekun bawi się ze mną niczym kot znęcający się nad upolowaną ofiarą. Atmosfera między nami gwałtownie gęstnieje. Na sam dźwięk jego imienia, które wypowiedział tak naturalnie, broda zaczyna mi się trząść.

- Moja odpowiedź brzmi nie.

- Nie? – Powtarzam nieco zdezorientowany.

- Chciałeś wiedzieć, więc już wiesz.

- O nic cię nie pytałem! – Bronię się, bo oprócz fali rozpaczy, ogarnia mnie także dziwne wrażenie, że Vee czyta w moich myślach.

- Nie musiałeś. Już dawno przejrzałem twój niedorzeczny plan. Powtarzam, moja odpowiedź brzmi nie. – Mężczyzna akcentuje każde słowo w sposób, który wywołuje ciarki na moim ciele.

- Nie masz pojęcia o czym mówisz! – Wstaję z krzesła i zaczynam krążyć po kuchni, która obecnie przypomina zbyt ciasną klatkę, do której zostałem zagoniony.

- Czyżby? – Vee krzyżuje ramiona na piersi. Odchyla głowę do tyłu. Przymyka oczy. – Nie jestem ślepy, wasza wysokość. Zapomniałeś, że lepiej niż ktokolwiek potrafię przewidzieć sposób twojego działania?

Przygryzam wargi prawie do krwi. Boję się, że jeśli wejdę w nim w dyskusję, każde użyte przeze mnie słowo obróci się przeciwko mnie.

- Nic nie mówisz? Dobrze. W takim razie podzielę się z tobą moimi obserwacjami. Wyprowadzisz mnie z błędu, jeśli się mylę, dobrze? – Niebieskooki przez kilka sekund czeka na moją odpowiedź. Nie reaguję, więc kontynuuje. – Naprawdę sądzisz, że zdołasz go wepchnąć w moje ramiona?

Nabieram gwałtownie powietrza do płuc. W uszach mi szumi. Nogi prawie się pode mną uginają.

- Powiem to tylko raz, ale wierzę, że zrozumiesz. Ostatecznie jesteś szalenie inteligentny. Nie byłem, nie jestem i nie będę nim zainteresowany. Twój pomysł, aby stał się moim podopiecznym był już wystarczająco absurdalny, ale to… Muszę przyznać, Eryku, że przeszedłeś samego siebie.

Konfrontacja z Vee jest trudniejsza niż to sobie wyobrażałem. Czuję się ograbiony z tarczy, którą z takim wysiłkiem starałem się w sobie wybudować. Jego zimna kalkulacja sytuacji jest miażdżąca.

- Usiądź, bo się przewrócisz. – Mój opiekuj popycha mnie na krzesło. Nawet nie zauważyłem, że pojawił się obok mnie. – Lepiej?

- Ja…

Nie mam pojęcia co powiedzieć. Nie tak to sobie wyobrażałem. Nie sądziłem, że Vee domyśla się prawdy.

- Musimy o tym porozmawiać. Teraz.

Niebieskooki na chwilę wychodzi z kuchni. Po kilku minutach wraca z butelką wina.

- Nie chcę – protestuje słabo, gdy stawia przede mną pełen kieliszek wina.

- A ja się z chęcią napiję. – Vee od razu opróżnia połowę swojego kieliszka. – Co ci strzeliło do głowy? Czemu za wszelką cenę starasz się wszystko utrudniać? Nie możesz zaakceptować tego, że on cię kocha, a ty kochasz jego?

- To nie ma nic do rzeczy! – Wybucham, uderzając dłonią w stół.

- Jesteś cały rozemocjonowany, a zwykle idealnie nad sobą panujesz… - Przyjaciel nieco ze mnie kpi.

Tak, poruszyło mnie to co powiedział. Miłość? Miłość to za mało, aby zapewnić ukochanej osobie spokojne i bezpieczne życie. Jak mam go ochronić? Jak mam ochronić jego rodzinę, za którą stałem się odpowiedzialny?

- Boję się, że Simon mnie znienawidzi, jeśli jego bliskim stanie się coś złego – szepczę. – Przeze mnie wpakował się w prawdziwe bagno. Nie chce odejść. Nie docierają do niego żadne argumenty.

- To nie powód, abyś popychał go w moje ramiona.

- Przepraszam.

- Pomyślałeś, jak ja się z tym czuję?

- Jesteś najlepszą osobą, jaką znam – zaczynam ostrożnie.

- To nie znaczy, że możesz podejmować takie decyzje za moimi plecami! A Simon?! Pomyślałeś, jak on się z tym czuje?!

- Nie krzycz na mnie – proszę, kuląc się w sobie.

- To przestań pleść bzdury! – Vee wstaje ze swojego miejsca. Zbliża się do mnie po czym kuca obok mojego krzesła. Jego silne dłonie zaciskają się na moich ramionach. – Jesteś moją jedyną rodziną. Nie ma rzeczy, której bym dla ciebie nie zrobił. Nie oznacza to jednak, że nie wkurzasz mnie bardziej niż inni!

- Prze-Przepraszam. – Dłużej nie potrafię ukryć niechcianych łez.

- Już dobrze – Vee mocno mnie obejmuje. – Wszystko się ułoży. Zobaczysz. Wiem, że ostatnie tygodnie były straszne, ale wyjdziemy z tego. Razem.

- Nie wiem co bym bez ciebie zrobił. Jestem taki zagubiony.

- I przebiegły. Chciałeś brać leki, aby osłodziły ci rozstanie. Jak zamierzałeś poradzić sobie beze mnie? – Żartuje, mierzwiąc moje potargane włosy.

- Nie wiem. Coś bym wymyślił.

- Aż boję się pytać – chichocze. – No dobrze. Pora spać.

Na samą myśl, że mam wrócić na górę i położyć się obok Simona, robi mi się zimno. Nie jestem na to gotowy. Mój ukochany z pewnością zauważy, że uciekłem z łóżka i zacznie zadawać pytania i…

- Możesz spać ze mną, jeśli chcesz.

Zaskoczony, spoglądam Vee prosto w oczy.

- Z tobą?

- Nie patrz tak na mnie. Zanim pojawił się Simon, często razem spaliśmy.

Mężczyzna bierze mnie na ręce i zanosi do swojej sypialni. Kładziemy się razem na łóżku. Nie gasi światła. Obserwuję go, gdy chowa broń pod poduszką.

- Nasi ludzie zabezpieczają pałac i przylegające do niego tereny. Nawet Pentagon nie jest tak chroniony. Podobnych zabezpieczeń użyliśmy w naszym domu we Włoszech. Rodzina Simona dobrze sobie radzi. Co godzinę dostaję raport. Co jeszcze cię niepokoi?

- Anna, Konrad i dzieci.

- Mają się dobrze.

- A dziadek?

- Twojego dziadka też mam chronić?

- Nie o to mi chodziło. Wiesz, że on się na mnie zemści. To kwestia czasu.

- Twój dziadek ma obecnie ważniejsze problemy na głowie – Vee uśmiecha się chytrze. – Ścigają go dawni wspólnicy, którym obiecał twoją pomoc. Do tego dochodzi zaginięcie Alana. Prokurator przygotowuje akt oskarżenia. Za jakiś czas poprosi cię, abyś wyraził zgodę na jego przesłuchanie. Zebrane przez nas dowody są niepodważalne. Nie uda mu się uniknąć więzienia. Z kraju też nie może uciec, bo straci resztki władzy, którą uwielbia. Wkopał się po same uszy.

- A Alan? Wiesz, gdzie on jest?

- Jeszcze nie. Zapadł się pod ziemię.

- Powiesz mi, jeśli się czegoś dowiesz?

- Powiem. Ty i ja zawsze mówimy sobie wszystko, prawda?

Vee chce usłyszeć moją odpowiedź. Czemu to na mnie wymusza? Wydarzenia dzisiejszej nocy jednoznacznie wskazują, że bezgranicznie mu ufam.

- Boję się… Boję się, że to wszystko mnie przerośnie.

- Eryku, zrozum, nie jesteś sam. Już nigdy nie będziesz. Jesteśmy przy tobie, bo chcemy z tobą być. Chcemy cię wspierać. Twoje panowanie przejdzie do historii.  Dokonasz niezwykłych rzeczy. Zobaczysz. A teraz spróbuj zasnąć.

Zamykam oczy. Leżenie w łóżku obok Vee różni się od spania przy boku Simona. Mój opiekun unika zaborczego tulenia. Za to otacza go specyficzna aura.

- Dziękuję – szepczę cichutko. – Dziękuję za wszystko co dla mnie robisz.

- Zawsze do usług, wasza wysokość.

***

Wyczerpany po nocnej rozmowie z Vee budzę się dopiero przed dziesiątą. Kiedy unoszę powieki, pierwsze co dostrzegam, to wściekły Simon, który wpatruje się we mnie siedząc na fotelu na wprost łóżka.

Dyskretnie rozglądam się po pokoju, licząc na to, że Vee także tu jest. Simon nic nie mówi. Obserwuje, jak próbuję wyplątać się z pościeli. Odczuwa ulgę widząc, że mam na sobie piżamę.

- Przygotowałem śniadanie. – Simon podchodzi do łóżka i podaję mi rękę, abym mógł wstać. Ton jego głosu mrozi mi krew w żyłach.

- Dziękuję.

Simon puszcza moją rękę. Robi to niechętnie, zupełnie jakby ze sobą walczył. Jest na mnie zły, a jednocześnie nie potrafi zignorować.

Niezręczną ciszę przerywa pojawienie się Vee.

- Eryku, już wstałeś? Ubierz się, bo będę potrzebował twojej pomocy. – Popędza mnie, ignorując ponury nastrój zielonookiego.

Z wielką ulgą biegnę do swojej sypialni. Biorę szybki prysznic i sięgam po pierwsze lepsze rzeczy, które wpadają mi w ręce.

Przez resztę dnia jestem jak przyklejony do mojego opiekuna. Nie odstępuję go o krok. Razem pracujemy. Omawiamy różne projekty. Podejmujemy kluczowe decyzje. Jednym słowem robię co mogę, aby tylko nie zostać sam na sam z Simonem, który przypomina dziś gradową chmurę.

- Nie będę cię dłużej męczyć. Powinieneś odpocząć. – Vee zerka w kierunku mojego ukochanego, próbując wybadać, czy Simon już nam wybaczył. – Chcesz się położyć?

- Nie jestem zmęczony.

- To może spacer? Powinieneś spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu. To ci pomoże na bezsenność.

- Nie mam ochoty na spacer. – Jasno daję mu do zrozumienia, że nie wyjdę z domu jedynie w towarzystwie Simona.

- To może ja też zrobię sobie chwilę przerwy? – Vee przeciąga się leniwie. – Chodź, mały. Nie marudź.

Wolałbym zaszyć się z książką w jakimś przytulnym miejscu. Tymczasem zmuszony jestem siedzieć pod parasolem. Na kocu obok mnie rozkłada się Vee, który postanawia popracować nad opalenizną. Pozbywa się koszulki i kładzie na plecach, prezentując przy tym idealnie wyrzeźbiony brzuch.

- Posmarujesz mnie olejkiem? – Droczy się ze mną, prowokując jednocześnie rozdrażnionego wspólnika.

- Sam sobie poradzisz. – Złowieszczy pomruk pozbawia Vee złudzeń. Simon nie pozwoli, abym go dotykał.

- W przeciwieństwie do ciebie, ten mały skorpion z pewnością mnie nie zaatakuje.

Stało się. Za chwilę te dwie bestie rzucą się na siebie. Kolejny raz spróbują udowodnić, który z nich ma bardziej dominującą osobowość. Postanawiam dyskretnie wycofać się do domu. Spędzanie czasu na zewnątrz nie sprawia mi przyjemności. Nauczony doświadczeniem, nie zamierzam ich rozdzielać, gdy zaczynają turlać się po piasku. Zamiast tego wybieram względną ciszę i spokój w oddalonej od plaży sypialni. Przez jakiś czas przeglądam dokumenty. Gdy litery na ekranie tracą na ostrości, odkładam komputer i okrywam się szczelnie kocem. Przez otwarte okno słychać śpiew ptaków. Koncentruję się na tych dźwiękach, próbując wychwycić melodię, która się w nich kryje.

Mój sen przerywa ryk silnika. Jakiś samochód odjeżdża spod domu ze sporą szybkością. Znam tylko jedną osobę, która prowadzi w tak brawurowy sposób.

Zbiegam na parter i próbuję otworzyć drzwi, lecz są zablokowane. Szarpię za klamkę, lecz nic to nie daje.

- Znowu uciekasz? – Zaalarmowany Simon pojawia się za moimi plecami niczym duch.

- Gdzie pojechał Vee? – Wyglądam przez szybę, wpatrując się w oddalający się sportowy wóz.

- Nie powiedział.

- Kiedy wróci?

- Wspominał o jutrze, ale nie był pewien.

- Zadzwonię do niego. – Ruszam na górę po telefon.

- Poczekaj. – Mój mężczyzna łapie mnie za rękę. – Dlaczego wiecznie ode mnie uciekasz?

- Nie uciekam.

Tym stwierdzeniem nie przekonałem nawet samego siebie. On także to czuje, bo przysuwa się bliżej. Wolną ręką unosi moją brodę wymagając, abym na niego spojrzał.

- Wciąż się na mnie gniewasz.

- Nie – zaprzeczam automatycznie.

- Nie? – Simon cicho prycha. – Spinasz się, gdy cię dotykam.

- Puść – cofam się, aby uwolnić się spod jego wpływu.

- Skarbie… – Robi krok w moją stronę.

- Muszę porozmawiać z Vee! Teraz!

Zdyszany opieram się o drzwi nasłuchując, czy Simon za mną idzie. Jestem tak zdenerwowany, że mam problem z odblokowaniem ekranu. Vee odbiera po pierwszym sygnale.

- O co chodzi, mały? – Pyta wesoło.

- Gdzie jesteś? Dlaczego mnie zostawiłeś?

- Muszę załatwić kilka spraw, ale postaram się szybko wrócić.

- Kiedy? – Domagam się natychmiastowej odpowiedzi.

- Jutro. Najpóźniej pojutrze rano.

- Jutro?!

- Potem do ciebie zadzwonię. – Połączenie zostaje przerwane.

Świetnie. Tylko tego mi brakowało.

Jak ognia unikam rozmyślania o tym, co Vee powiedział  wczorajszej nocy. A teraz mam zostać tylko z Simonem…

Wspólna kolacja przebiega w grobowej atmosferze. Nie jestem głodny. Stres sprawia, że walczę z każdym kęsem. Nie rozumiem samego siebie. Dlaczego potrafiłem otworzyć się przed Vee, a przy nim czuję się tak niezręcznie?

Odkładam widelec. Wiem, że on za chwilę to skomentuje.

Zamiast cierpkich słów, mężczyzna sięga po moją rękę i unosi ją do ust. Ciepło jego skóry niebezpiecznie parzy. Doskonale znam to uczucie. Bezustanne towarzyszyło pożądaniu, które do siebie czuliśmy. Kiedy to było?

- Znowu masz gorączkę.

- Co? – Nie mam pojęcia o co mnie zapytał, bo myślami byłem gdzieś indziej.

- Masz rozpalone policzki i szkliste oczy. Powinieneś się położyć. Zanieść cię do łóżka?

- Nie. Sam sobie poradzę. Dziękuję za kolację. – Kieruję się w stronę drzwi.

- Nic nie zjadłeś.

Jak mam jeść w takiej chwili? Czemu on mnie nie rozumie? Czemu nikt mnie nie rozumie?

Opuszczam kuchnię i zastanawiam się co dalej. Chciałbym się przewietrzyć, lecz jak mam się stąd wydostać? Drzwi wejściowe są zamknięte. Te prowadzące do winiarni także. Pozostaje mi tylko jedno rozwiązanie.

Otwieram drzwi od jednego z pokoi, które znajdują się na parterze. Nie zapalam światła. Otwieram je szeroko i wspinam się na parapet. Może nie jestem tak wysportowany jak moi ochroniarze, lecz udaje mi się wydostać na zewnątrz.

Rozglądam się po ogrodzie. Gdzieś tutaj powinna być ścieżka prowadząca wprost do jeziora.

Gdy byłem młodszy, panicznie bałem się ciemności. Do fanów nocnych spacerów też nigdy nie należałem. A mimo to teraz zupełnie się nie boję. Nie przerażają mnie nocne cienie, rzucane przez bujną roślinność. Bardziej fascynuje mnie jej zapach, przesiąknięty aromatem krzewów jaśminowych, które powoli przekwitają.

Plaża, na której byliśmy kilka godzin wcześnie, teraz także wygląda zupełnie inaczej. Spokojna tafla wody mieni się srebrem. Kładę się na piasku i spoglądam na niebo, które przypomina dziś aksamit i mieni się tysiącami gwiazd. Wyciągam rękę. Są tak blisko, że chciałbym ich dotknąć.

Ogarnia mnie spokój, którego już dawno nie czułem. Leżąc sam w ciemności czuję się tak, jakbym odzyskał cząstkę siebie. Zafascynowany tym doznaniem, tracę poczucie czasu. Jest mi trochę zimno, lecz zbytnio się tym nie przejmuję.

Za to pojawia się ktoś, kto z pewnością nie doceni uroku tej nocy.

- Co tu robisz, Eryku? Najpierw uciekłeś z łóżka. Potem przez cały dzień nie raczyłeś nawet na mnie spojrzeć, a teraz to – wylicza wszystkie moje grzeszki.

- Jak mnie znalazłeś?

- Szedłem za tobą od chwili, gdy zdecydowałeś wyskoczyć przez okno.

- Naprawdę? – Dziwię się. – Nie zauważyłem cię.

- Miałeś pójść prosto do łóżka, prawda? Masz gorączkę. Koniecznie chcesz wrócić do szpitala?! – Ostry ton Simona odbija się echem po otoczeniu.

- Nie odszedłem daleko i nie mam gorączki. Chciałem pomyśleć i…

- Pomyśleć?! Poprzedniej nocy także tego potrzebowałeś? To dlatego wymykasz się ode mnie i uciekasz do niego?

- Nie rozumiesz. Źle się czułem. Poszedłem do kuchni…

- Gdzie Vee uleczył cię winem?

- Niczego nie piłem.

Simon nie chce mnie słuchać. Chwyta mnie za ręce i podnosi z ziemi niczym lalkę. Przekłada dłonie do moich policzków. Drżę pod wpływem jego dotyku.

Ochroniarz bierze mnie na ręce.

- Sam pójdę – próbuję zaprotestować, lecz zostaję zignorowany.

Wtulam się w jego klatkę piersiową, bo naprawdę jest mi zimno. Simon patrzy prosto przed siebie. Nie wypuszcza mnie z objęć nawet wtedy, gdy blokuje wszystkie drzwi i okna specjalnym kodem.

Następnie niesie mnie na górę do sypialni. Gdy jesteśmy na miejscu stawia mnie na środku pokoju i idzie do łazienki. Szum wody oznacza, że włączył prysznic.

- Rozbieraj się – rozkazuje mi.

- Wypchaj się! – Odpowiadam wyniośle. – Nie będziesz mi mówił co mam robić!

- Tylko Vee może ci mówić co masz robić?

- Nie mieszaj go do tego.

- Dlaczego?

- Bo Vee zrobił dla mnie więcej niż ktokolwiek. Jest moją rodziną.

- A ja? Kim ja dla ciebie jestem?

- Simon, proszę cię. Rozmawialiśmy już o tym.

- Myślisz, że będę stał z boku i bezczynnie patrzył, jak mi ciebie zabiera?

- Zabiera? Vee? – Moje oczy robią się wielkie niczym spodki.

- Rozbieraj się, bo nie ręczę za siebie.

Znam Simona i wiem, że tylko blefuje. Jest zdenerwowany, lecz nie zrobi mi nic złego. Mimo to nie zamierzam go słuchać.

- Przestań na mnie krzyczeć! – Coraz bardziej irytuje mnie jego irracjonalne zachowanie. – Vee nie spojrzałby na mnie w taki sposób nawet gdybym…

Nie mogę skończyć tego zdania, bo Simon porywa mnie w swoje ramiona i gwałtownie całuje.

- Jesteś mój – szepcze w moje usta. – I dzisiaj ci to udowodnię.