Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One last time. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą One last time. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 marca 2019

One last time... 2


Nigdy nie przepadałem za pracą w domu. Od zawsze wydawało mi się, że zbyt wiele rzeczy mnie wtedy rozprasza. Kończyło się na tym, że marnowałem czas, zamiast poświecić go na coś produktywnego. Jamie nie ma takiego problemu. Od blisko dwóch godzin całą swoją uwagę skupia wyłącznie na książce jakiegoś wybitnego profesora, którego nazwiska nie pamiętam. Jego palce bezustannie uderzają w klawisze komputera. Wypracował swój niezawodny system. Najpierw czyta niewielki fragment, który tłumaczy, a potem upewnia się, czy niczego nie pominął. Działa jak automat. Rzadko wspomaga się słownikiem. Potrafi spędzić kilkanaście godzin, wprawiając mnie w niemałe zdumienie. Podziwiam biegłość, z jaką posługuje się obcymi językami, których zna aż sześć. Jest naprawdę niesamowity.
- Kotek… Przestań.
Nie reaguję. Dobrze wiem, że zostałem przyłapany na gorącym uczynku. Zamiast tego splatam dłonie i podpieram na nich brodę, by nieskrępowanie się w niego wpatrywać. W oddali słychać tykanie zegara, przerywane jedynie szelestem kartek papieru oraz dźwiękiem naciskanych klawiszy.
- Rozpraszasz mnie…
- Wiem – przytakuję. – Kiedy skończysz?
- Wieczorem.
Wieczorem? To brzmi jak wieczność… Jamie powinien znać mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że taka opcja nie wchodzi w grę. Mam go przy sobie zaledwie od czterech tygodni. Nie wytrzymam tak długo!
- Jestem zazdrosny.
- Słucham? – Mój kochanek wreszcie unosi na mnie wzrok. Wydaje się nieco zaskoczony odważnym wyznaniem, które padło z moich ust.
- Jestem zazdrosny – powtarzam spokojnie, uśmiechając się przy tym od niechcenia.
- Odkąd się poznaliśmy, jesteśmy praktycznie nierozłączni. Nie sądzę więc, że dałem ci jakikolwiek powód…  – wpada w popłoch. – Bradley, nie patrz tak na mnie! Powiedz coś! –  Rzadko używa mojego imienia. Wolę, gdy zwraca się do mnie czulej. W szczególności, gdy jesteśmy sami…
Niespiesznie wstaję ze swojego miejsca i podchodzę bliżej chłopaka. Jego piękne, błękitne oczy wyrażają tak wiele emocji. Dostrzegam w nich zarówno uwielbienie, jakim mnie darzy, jak i strach, którego nie umiem z niego wyplewić. Dobrze wiem, kto zasiał w nim ten chwast. Wiem także, co należy zrobić, aby nie rozsiał się w naszym ogrodzie szczęścia.
- Zapisałeś? – upewniam się. Nie chcę zaprzepaścić jego pracy. Jestem pewny, że nie miałby mi tego za złe, ale tym samym skazałbym się na dodatkowe godziny rozłąki.
- Tak, ale…
Ta informacja mi wystarczy. Odsuwam komputer na bok i wpijam się w usta mojego wybranka. Smakuje wybornie. Pocałunek jest krótki, ale za to bardzo namiętny. Jamie oblizuje wargi, jakby nadal przeżywał chwilę ekstazy. Cieszy mnie to. Odniosłem pożądany skutek.
- Bradley… – Wpatruje się we mnie intensywnie. Nareszcie mam go tylko dla siebie i nie muszę się z nikim dzielić.
- Wolę „Kotek”. – Ponawiam słodką torturę, lecz tym razem zmuszam ukochanego, by wstał ze swojego miejsca. Owijam ciasno ramiona wokół jego ponętnego ciała, by mógł się przekonać, jak bardzo na mnie działa.
- Przecież rano…  – Jamie lekko się rumieni. Ja również wracam myślami do chwil, gdy kochaliśmy się zaraz po przebudzeniu.
- Mało mi ciebie.
- Muszę to skończyć. Przepraszam.
Niby wiem, że ma rację, ale… Gdy patrzy na mnie tak jak teraz, krew w moich żyłach buzuje. Jestem jak wulkan tuż przed erupcją. Jak…
- Pocałuj mnie jeszcze raz – proszę. Jamie chętnie rozchyla usta, mrucząc przy tym cichutko. Jest tak cholernie seksowny, że gdyby nie terminy, których musi przestrzegać, wziąłbym go na stole. A potem moglibyśmy się przenieść na sofę, a potem na dywan, a jeszcze później na łóżko.
- Kotek… Może już wystarczy? – mój uroczy wybranek dyszy ciężko, z trudem łapiąc powietrze.
- Dobrze, już dobrze – uwalniam go z żelaznego uścisku. – Wiedz, że robię to wbrew sobie – zastrzegam z góry, okazując jak bardzo jestem sfrustrowany brakiem możliwości natychmiastowego zaspokojenia licznych fantazji.
- Obiecuję, że wieczorem ci to wynagrodzę – uśmiecha się do mnie przymilnie, a ja odpowiadam tym samym.
- O nie, skarbie. Wieczorem to ja pokażę ci, jak bardzo tęskniłem. Najpierw jednak pójdziemy na kolację – przypominam szatynowi o naszych romantycznych planach.
- No tak, kolacja…  – Jamie nieco pochmurnieje.
- Nie cieszysz się? – pytam, udając niewiniątko.
- Cieszę.
- Właśnie widzę. – Bez problemu potrafię wyczytać zawód w jego oczach. Za chwilę poprosi mnie, abym odwołał rezerwację.
- Kotek… A nie moglibyśmy zostać w domu i zamówić pizzę?
- Nie, nie moglibyśmy – brutalnie gaszę iskierki nadziei w jego oczach. – To bardzo eleganckie i wyjątkowe miejsce. Serwują pyszne jedzenie, znacznie lepsze niż pizza. Spodoba ci się – zapewniam go.
- Wiem. – Jamie wzdycha cicho, po czym siada na swoim miejscu i robi smutną minę.
- Spotkamy się o dwudziestej na miejscu. Mój kierowca po ciebie przyjedzie, dobrze?
- Wychodzisz?
- Mam spotkanie – odpowiadam wymijająco. Prawda jest taka, że mógłbym zostać w domu, lecz wtedy szanse na to, że któryś z nas ukończyłby pracę, spadną do zera. – Do zobaczenia w restauracji. Nie spóźnij się – cmokam chłopaka na pożegnanie.

***

Po raz ostatni poprawiam krawat oraz krytycznym okiem zerkam na znajdującą się na stoliku zastawę. Wszystko ma być perfekcyjne. Świece. Muzyka. Kwiaty. Mój ulubiony szampan. Zależy mi na tym, by Jamie zaznał luksusu. Ma się czuć jak Kopciuszek w objęciach swojego księcia.
Nie jestem snobem, który gardzi pizzą, jedzoną w łóżku. Wprost przeciwnie. Wspólny wieczór w domowym zaciszu, byłby równie udany. Moja asystentka, Carla, musiała się naprawdę namęczyć, by zarezerwować dla nas stolik. Proponowała mi inne lokale, lecz uparłem się właśnie na ten. Przeczytałem kiedyś artykuł, że wielu mężczyzn wybiera to miejsce na oświadczyn. Romantyczna atmosfera. Piękny widok na ocean. Ta cała otoczka przesiąknięta jest miłością.
Jeśli o mnie chodzi, to nie jest za wcześnie, by myśleć o zaręczynach czy ślubie. Nie wykluczam tej opcji w niedalekiej przyszłości. Obecnie jednak mam zupełnie inny cel. Jamie był tłamszony w poprzednim związku. Jego były partner nie traktował go zbyt dobrze. Ich relacja okazała się dość toksyczna, a zakończyła czymś znacznie gorszym niż zdradą. Podejrzewam, że ten palant wyrządził mu wielką krzywdę, nie tylko emocjonalną, ale i fizyczną. Zdarza się bowiem, że niebieskooki płacze przez sen, tuląc się do mnie i szukając schronienia. Żałuję, że nie znokautowałem Roberta przy naszym pierwszym spotkaniu. Wyrzuciłem go z redakcji, lecz to niewielka satysfakcja. Najchętniej wgniótłbym go głęboko w ziemię, by już nigdy nie wypełzł na powierzchnię.
- Dobry wieczór. Czy to miejsce jest zajęte? – Mój kochanek zakradł się do mnie tak cichutko, że go nie zauważyłem. Jego twarz wydaje się całkowicie poważna. No cóż, skoro tak chcesz to rozegrać, księżniczko, nie pa problemu. Z przyjemnością się z tobą pobawię…
- Dobry wieczór – witam się równie oficjalnie. Wstaję ze swojego miejsca, po czym wyciągam rękę, zmuszając go do odwzajemnienia gestu. Jamie ściska pewnie moją dłoń, a ja wykorzystuję okazję i unoszę ją do swoich ust. Ostrożnie obracam swoją zdobycz, po czym całuję go w nadgarstek. Dobrze wiem, że to jedno z jego wrażliwszych miejsc. Otwiera szeroko oczy, zaskoczony moim postępowaniem. Jego policzki od razu ciemnieją, a on sam wydaje się zawstydzony. Przez kilka sekund pieszczę jego rękę kciukiem, dopiero wtedy pozwalam mu ją cofnąć. – Zechcesz usiąść, piękny nieznajomy?
- Bradley! – syczy na mnie, rozglądając na boki.
- Znasz moje imię? – Przednio się bawię, dając znak kelnerowi, by podał zamówionego przeze mnie szampana.
- Proszę cię! Ludzie będą się na nas gapić!
- No i co z tego? Niech się gapią. Spędzam wieczór w towarzystwie seksownego, przystojnego i niezwykle uwodzicielskiego…
- Bradley, błagam cię! – Jamie desperacko przerywa mój wywód.
- Błagać będziesz mnie później – uśmiecham się znacząco. – Kto wiem, może ci ulegnę…  – ponawiam swój uśmiech. – Odpręż się, skarbie.
- Dobry wieczór. – Pojawia się kelner, który napełnia nasze kieliszki.
- Może mały toast? – Przełamuję ciszę, która między nami zapadła. – Na przykład za nas i naszą wspólną przyszłość? – proponuję.
- Więcej nigdzie z tobą nie pójdę – odgraża się mój ukochany.
- Nie? – Posyłam znaczące spojrzenie w jego kierunku. – Kochanie, ja się dopiero rozkręcam. Mam cię dla siebie zaledwie od kilku chwil. Chcę, abyśmy się lepiej poznali. Sam wiesz, że przyjaźń i zaufanie to silny fundament na przyszłość.
- Czyżby? – Jamie rzuca w moją stronę lekko kpiące spojrzenie. – Rano mówiłeś coś innego…
- Rano mówiłem i robiłem wiele rzeczy… Z przyjemnością wszystkie je powtórzę, bo uwielbiam się z tobą kochać. Musisz przyznać, że pod tym względem idealnie do siebie pasujemy. Mamy podobny temperament.
- Bradley…  – Policzki chłopaka pąsowieją. Moje imię brzmi w jego ustach jak jęknięcie, które wydobywa się z jego ust zawsze wtedy, gdy jest bliski orgazmu.
- Napijmy się. – Liczę na to, że idealnie schłodzony szampan ostudzi nieco gorącą atmosferę.
Od chwili, w której zaprowadziłem Jamie do sypialni i oblałem jego ciało alkoholem, mógłbym bezustannie raczyć się tym smakiem. Problem polega na tym, że nie jestem pewny, czy to kosztowny trunek tak mnie uzależnił, czy też jego aksamitna skóra, której dotyku nigdy nie mam dość.
- Kazałem podać kawior na przystawkę. Może być?
- Tak, dziękuję. – Jamie bezwiednie upija kolejny łyk alkoholu. Muszę uważać, by go zbyt szybko nie upić. Sięgam więc po jego dłoń, którą nerwowo zaciska na nóżce kieliszka i splatam nasze palce. Od razu wyczuwam iskry, które pojawiają się za każdym razem, gdy przebywamy blisko siebie.
- Nie denerwuj się – szepczę. – To tylko kolacja.
- Jeszcze nie jest za późno, by wrócić do domu i zamówić pizzę…
- Nie – odpowiadam pewnym siebie tonem. – Jesteś mój. Chcę się tobą chwalić. Zabierać na randki.
- Wkurzasz się, gdy inni na mnie patrzą – zauważa rozsądnie.
- Ćwiczenie czyni mistrza, mój drogi. Powoli godzę się z tym, że patrzą. Niech patrzą, pod warunkiem, że nikt oprócz mnie cię nie dotknie.
- Bradley, dobrze wiesz, że nigdy bym ci nie zrobił czegoś takiego... – Młody tłumacz spuszcza głowę i wpatruje się w nasze połączone dłonie. Niechcący przywołałem widmo naszych byłych.
- Wiem. A czy ty wiesz? – pytam. Mięśnie mojej twarzy tężeją, oczekując na jego odpowiedź. – Ufasz mi?
- Ta-Tak…
Zawahał się. Czuję w sercu bolesne ukłucie. Długa droga przed nami.
- Wiesz dlaczego cię tu dziś zaprosiłem? – Dyskretnie zmieniam temat, by jego myśli powróciły na romantyczne tory.
- Bo lubisz jeść poza domem?
- Nie. – Śmieję się przez chwilę, rozbawiony przez jego sarkastyczne poczucie humoru, lecz równie szybko poważnieję. – Ponoć jest legenda, która mówi o tym, że La Mansion to szczególne miejsce i można do niego przyjść tylko dwa razy.
- Dlaczego?
- Otóż wyobraź sobie, że ponoć pierwszy raz ma miejsce wtedy, gdy życie obdarza nas kimś wyjątkowym. Ja znalazłem ciebie, więc uznałem, że to idealna okazja. – Sięgam po swój kieliszek szampana i upijam kilka łyków, grając na czas. Wzbudziłem zainteresowanie w tym płochliwym stworzeniu. Reszta to bułka z masłem…
- Cieszę się, że tak uważasz. – Jamie uśmiecha się do mnie czule. – A druga raz? – dopytuje, nie potrafiąc powstrzymać ciekawości.
- Gdy przyjdziemy tu po raz drugi, oświadczę ci się.
- Co? – Mój towarzysz, dla odmiany, robi się blady jak ściana.
- Dobrze słyszałeś. Poproszę cię o rękę, a ty się zgodzisz.
- Bradley, to…
- Za wcześnie. Wiem – kończę za niego zdanie. – Dlatego zrobię to dopiero za jakiś czas. Nie powiem ci kiedy, by nie psuć niespodzianki.
Z rozbawieniem obserwuję, jak szatyn sięga po swój kieliszek i opróżnia jego zawartość. Zdecydowanie za szybko go wypił.
- Dlaczego mówisz mi o tym teraz?
- Bo chcę, abyś wiedział, że traktuję nasz związek poważnie. Jeszcze nigdy nie czułem się tak, jak teraz.
- Ja też nie – wyznaje nieśmiało Jamie.
- To może powinniśmy być pionierami nowej tradycji i nie czekać? Bo wiesz, zanim się pojawiłeś, wydawało mi się, że czekanie jest czymś oczywistym, ale teraz, gdy na ciebie patrzę, to coraz bardziej kusi mnie, aby…
- Kotek, nie! – Chłopak kolejny już raz reaguje bardzo emocjonalnie.
- No trudno – wzdycham.
Pojawia się kelner z naszą przystawką. Dolewa nam także szampana do kieliszków i pyta, czy wybraliśmy danie główne.
- Tak się składa, że ja właśnie wybrałem i to najlepsza z możliwych decyzji – dobieram słowa w taki sposób, aby tylko Jamie mógł je rozszyfrować.
- A dla pana? – Kelner wyczekująco wpatruje się z mojego (prawie) przyszłego męża.
- Ja… Chciałbym… Chciałbym… To trudne! – rzuca w moją stronę z oburzeniem. Jego reakcja wywołuje we mnie ponowny atak śmiechu, za który jestem spiorunowany wzrokiem.
- Poprosimy kaczkę w pomarańczach – chrząkam, by zwalczyć rozbawienie.
Im dłużej przebywam w La Mansion, tym bardziej rozumiem magię tego miejsca. Odnoszę także wrażenie, że miłosny nastrój udzielił się i mojemu wybrankowi, który oswaja się z naszymi planami na przyszłość. Drugi kieliszek szampana pozwolił mu się zrelaksować. Raczej nie zaryzykuję i nie poczęstuję go kolejnym. Jutro cierpiałby na okropny ból głowy, który towarzyszy mu za każdym razem, gdy przekroczy ustaloną dawkę alkoholu lub mocno się denerwuje. Chcę mu tego oszczędzić. Ma być szczęśliwy i zadowolony.
Jedyną pomyłką okazuje się nasze danie główne, którym Jamie jedynie się bawi, zamiast jeść.
- Nie smakuje ci? – pytam, gotowy by wezwać kelnera i kazać mu przynieść coś innego.
- Smakuje. Przepraszam, chyba straciłem apetyt. – Chłopak odkłada srebrne sztućce oraz serwetkę. – Co będzie na deser?
- Ty – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Kotek, to dopiero w domu. Ja mówię o prawdziwych słodkościach. Na przykład bitej śmietanie lub truflowych pralinkach – rozmarza się.
- Każę ci je zapakować.
- Już wracamy?
- Nęcisz mnie od popołudnia. Skoro już wiesz, że chcę się oświadczyć, popracujemy nad twoją odpowiedzią – puszczam do niego oko.
- Dobrze mi z tobą – przyznaje Jamie. – Jesteś dla mnie dobry.
- Mogę być lepszy.
- To chyba niemożliwe – śmieje się pierwszy raz od dłuższej chwili. To niewiarygodne, ale zdążyłem się stęsknić za sposobem, w jaki to robi.
- Sprawdź mnie – rzucam mu wyzwanie.
Kelner przynosi mi rachunek oraz niewielkie pudełeczko pralinek, na które Jamie miał wielką ochotę. By nie tracić więcej czasu, biorę go za rękę i szybkim krokiem zmierzam w kierunku naszej limuzyny. Robi mi się gorąco, widząc jak wtulony w miękkie, skórzane siedzenie szatyn wyciąga z torebeczki truflową czekoladkę i przymyka powieki, mrucząc z zachwytu. Wyciągam z kieszeni telefon i piszę wiadomość do kierowcy, by krążył wokół domu przez jakiś czas, po czym poluzowuję krawat i pozbywam się marynarki.
- Kotek, spróbujesz? – Chłopak wyciąga w moją stronę dłoń, podając mi ręcznie zdobionego cukierka.
- Skoro nalegasz… - Łapię go za rękę i przyciągam w swoją stronę.
- Bradley, co robisz?! – Zszokowany dwudziestodwulatek piszczy zaskoczony.
- Ja też chce deser – szepczę zmysłowo, sadzając go sobie na kolanach.
- Nie możesz poczekać aż będziemy w domu?
- Nie mogę. Jesteś tak cudowny, że nie powstrzymam się ani chwili dłużej. – Chwytam za jego kark i zmuszam, by się odrobinę pochylił. Pocałunek jest wyjątkowo słodki. Smakuje drogą czekoladą oraz pożądaniem, które z każdą sekundą nas obu doprowadza do szaleństwa.
- Kotek… Nie powinniśmy… Twój kierowca… – Jamie odwraca głowę i zerka w kierunku czarnej szyby.
- Nie widzi nas i nie słyszy. Nie bój się. Twoje jęki zarezerwowane są wyłącznie dla moich uszu. A twoje ciało… –  Zaczynam rozpinać guziki jego koszuli, okazując w ten sposób jak bardzo jestem spragniony.
- Jesteś pewny?
- Znasz moją zaborczą stronę, prawda? – żartuję. – Naprawdę uważasz, że byłbym w stanie podzielić się tobą z kimś innym?
Jamie zaprzecza ruchem głowy. Jego błękitne tęczówki ciemnieją, spowite lubieżną mgłą.
- A ty, skarbie? Jesteś o mnie choć odrobinkę zazdrosny? – Droczę się z moim partnerem, rozpinając przy tym jego spodnie.
- Bradley… Nawet tak nie żartuj! – Chłopak poważnieje, zraniony moimi słowami. – Przecież wiesz, że ja… Ja… Tak bardzo… Ach! – Krzyczy, gdy sięgam po jego członka i zaciskam na nim palce.
- Kontynuuj, mój drogi. Chętnie posłucham.
- Nie mogę! Nie kiedy robisz mi coś takiego! – skarży się.
- Masz rację – chwytam go za biodra i popycham na skórzane siedzenie. – Powinienem się bardziej przyłożyć, prawda? – Pochylam się nad nim, by zacząć go pieścić niecierpliwym językiem.
- Bradley! – z ust Jamiego wydobywają się coraz intensywniejsze stęknięcia.
- Powiesz mi to teraz? A może wolisz, abym przeszedł do bardziej wyszukanych metod perswazji?
Topię się w błękicie lękliwego spojrzenia. Dobrze wiem, że nasz romans trwa zaledwie chwilę, lecz jakie to ma znaczenie? Od samego początku łamaliśmy reguły, więc ten jeden raz nie powinien robić różnicy.
- Kocham cię…
Drżący głos, niepewność. To wyznanie sporo go kosztowało, choć już od blisko trzech tygodni dzielnie ze sobą walczył. Uświadomił to sobie w czasie pobytu w domu moich rodziców. Dokładnie pamiętam tę szczególną chwilę. Siedział przy stole naprzeciwko mnie. Mama opowiadała jakąś zabawną anegdotę z czasów mojego dzieciństwa. Jamie uśmiechnął się do niej, a potem uśmiechnął się do mnie.
Nie, to nie był zwykły uśmiech… On aż promieniował szczęściem. I natychmiast przygryzł dolną wargę, zmuszając się tym samym do milczenia. Przez resztę nocy, na wszelkie możliwe sposoby, próbowałem wydobyć z niego te dwa bezcenne słowa, lecz milczał jak zaklęty. Tulił się do mnie. Dochodził, krzycząc moje imię, ale o miłości nie zająknął się ani słowem.
- Ja też cię kocham, skarbie – uśmiecham się w odpowiedzi. – Kocham cię od chwili, w której tak ufnie usiadłeś na moich kolanach. Muszę przyznać, że okoliczności nie były zbyt sprzyjające, a jednak… – posyłam chłopakowi figlarny uśmiech.
- Kotek… Dziękuję…  – Po policzkach spływają mu łzy. Nie mogę dopuścić, by płakał. Chyba, że z radości.
Postanawiam, że najpierw mój kochanek zazna odrobiny przyjemności, a z prawdziwym „świętowaniem” wstrzymamy się do chwili powrotu do domu.
Zaczynam pieścić Jamiego tak, jak lubię najbardziej, wodząc językiem po pulsującej główce. W odpowiedzi zatapia palce dłoni w moich włosach, próbując przyciągnąć mnie bliżej. Z niekłamaną przyjemnością spełniam jego zachciankę. Szatyn wypycha biodra nieco do przodu, poddając się obezwładniającej fali rozkoszy.
- Bradley… – dyszy spazmatycznie. – Weź mnie. Teraz… Potrzebuję cię…
- Jesteś pewny? – pytam, nie przestając pobudzać jego męskości dłonią.
- Proszę…
Co prawda miałem zupełnie inne plany, lecz potrzeby Jamie są na pierwszym miejscu. Z nieukrywaną satysfakcją obserwuję, jak mój kochanek wije się na fotelu, czekając na to aż w niego wejdę. Rozpinam pasek, zastanawiając się, ile razy zdołam go zaspokoić, zanim wrócimy do domu.
- Kotek, pospiesz się! – moje słodkie maleństwo zaczyna się niecierpliwić. Ściągam więc jego buty oraz spodnie i po czym pomagam mu usadowić się na swoich kolanach. – Nareszcie! – Jamie ociera się o mój wzwód, ledwo nad sobą panując.
- Spokojnie – próbuję go powstrzymać. – Nie chcę sprawić ci bólu.
- Nie będzie bolało, zobaczysz… – Wpija się we mnie, po czym unosi lekko pupę i powolnie opada, nabijając się na mnie. – O tak! – Z jego ust wydobywa się spazm czystej rozkoszy. – Kocham cię, kotek. Tak bardzo cię kocham… – Jamie odchyla głowę i chwyta mnie za ramiona. Zaczyna się poruszać, choć obawiam się, że później może tego żałować.
- Skarbie, nie tak szybko. Zwolnij odrobinę – przytulam go do siebie i zmieniam pozycję, by przejąć kontrolę nad napalonym dzieciakiem.
- Psujesz całą zabawę – obraża się na mnie, gdy unoszę jego biodra i dociskam ugięte nogi do szczupłej klatki piersiowej.
- Tak też będzie przyjemnie, czujesz? – atakuję jego czuły punkt.
- Jeszcze! Zrób tak jeszcze! – rozkazuje mi. Jest już blisko. Zależy mi, aby doszedł razem ze mną.
Kilkanaście zdecydowanych, głębokich pchnięć i mój skarb całkowicie się zatraca.
- Kocham cię, Bradley…  – powtarza raz po raz, oddychając płytko. 


***

Mija tydzień od wizyty w La Mansion.
Siedem dni… Siedem najwspanialszych i najsłodszych dni w całym moim dotychczasowym życiu. Nie przypuszczałem, że spotkanie tej właściwiej osoby może wszystko przewartościować. Jestem szczęśliwy. Kocham i jestem kochany. Jak się okazuje, prawdziwa miłość znacznie różni się od moich wyobrażeń. Objawia się w codziennych drobiazgach, takich jak budzenie się u boku ukochanego, niecierpliwe spojrzenia na tarczę zegara, gdy spotkania w pracy przeciągają się w nieskończoność, rozmowy do bladego świtu. Pierwszy raz chcę budować z kimś nie tylko swoją teraźniejszość, ale i przyszłość.
A skoro mówimy o przyszłości… Muszę jak najszybciej powiedzieć ukochanemu, że najbliższy weekend będzie pierwszym, który spędzimy osobno. Ciężko mi z myślą, że Jamie i ja rozstaniemy się na czterdzieści osiem godzin. On musi być obecny na konferencji, na którą zaproszono autora książki, którą obecnie tłumaczy, a ja… Czekają mnie wyjątkowo stresujące negocjacje. Chciałbym kupić jeszcze jedną gazetę, która w ostatnich dwóch latach nieco podupadła. Całkowita reorganizacja jest łatwiejsza, gdy ma się do czynienia ze znanym na rynku tytułem. Jestem pewny, że podołam temu zadaniu, a dodatkowo nieźle się na nim wzbogacę.
- Nie chcę wyjeżdżać – niepocieszony Jamie siedzi właśnie na moich kolanach. Przytula się tak, jakbyśmy mieli się nie widzieć co najmniej przez kolejny kwartał.
- Możesz zostać ze mną w domu – kuszę ukochanego.
- Sęk w tym, że nie mogę. Dobrze wiesz, że profesor osobiście poprosił, abym był obecny. Ma obsesję na punkcie swojej książki.
- O której godzinie kończy się bankiet?
- Podejrzewam, że dość późno. W niedzielę jest konferencja z udziałem innych lekarzy, na której także  muszę zostać – wzdycha.
- Za to wieczorem będziesz tylko mój – uśmiecham się do chłopaka, by jakoś go udobruchać.
- Nie zasnę, jeśli mnie nie przytulisz… Uzależniłem się od ciebie tak mocno, że aż się tego boję.
- To może prywatny odrzutowiec? – ponawiam moją propozycję, na którą Jamie nie chce przystać. Uważa, że to wyłącznie strata czasu i pieniędzy. Nie zbiednieję, zapewniając mu luksusową podróż do domu. Jedynie nad czasem nie mam żadnej władzy.
- Kotek, rozmawialiśmy już o tym. Odrzutowiec wystartuje w tym samym czasie, co zwykły samolot.
- Chcę, abyś jak najszybciej wrócił – upieram się przy swoim zdaniu.
- Wiedzieliśmy, że prędzej czy później nastąpi ten przykry moment. Żyliśmy jak w bańce, ale w końcu trzeba stawić czoła rzeczywistości.
- Skarbie, uwielbiam twój realizm, ale w jednym się mylisz. Kocham cię tak bardzo, że nigdy, przenigdy nie opuszczę naszej bańki. Tobie także na to nie pozwolę.
- Nasze pierwsze rozstanie… – Jamie mocno to przeżywa.
- Pomyśl raczej o tym, jak namiętnie będziemy się żegnać i witać. – Moja uwaga sprawia, że mój partner zaczyna się wesoło śmiać. Tak łatwo sprawić mu przyjemność. Nie chce ode mnie drogich prezentów. Nie zgodził się na porzucenie pracy. Zabiega wyłącznie o mnie. Czuję, że stanowię epicentrum jego świata. Życie nie mogłoby być lepsze.

***

Sobotni poranek rozpoczynam wyjątkowo wcześnie. Jamie słodko śpi, ciasno we mnie wtulony. Za dwie godziny musi być na lotnisku. Szofer ma go odwieźć i dyskretnie dopilnować, by nie zgubił się w drodze do terminala odlotów. Choć pół nocy próbowałem się nim nasycić, nadal jest mi go mało. Mój członek domaga się, by jak najszybciej znaleźć się w jego ciasnym wnętrzu i po raz ostatni przypomnieć,  że należy wyłącznie do mnie. Przesuwam więc dłońmi po nagim ciele kochanka. Rozsuwam szeroko jego uda i zaczynam ostrożnie drażnić wejście.
- Kotek… Nie mam siły na kolejny raz… – Niebieskooki mamrocze sennie, odwracając się ode mnie, jak od natrętnej muchy.
- Ale ja muszę! – Ledwo panuję nad podnieconym ciałem.
- To chodź – leniwie unosi powieki, po czym kładzie się na plecach. Przygniatam go swoim ciężarem. Jamie obejmuje mnie ciasno nogami, po czym całuje w usta. Uśmiecha się. Doskonale rozumie, że potrzebuję go bardziej niż tlenu.
Rozstanie boli. Gdy moja druga połówka odjeżdża, jeszcze przez kilka minut wpatruję się o okno, do ostatniej chwili odprowadzając samochód wzrokiem. Jutro… Jutro znowu będziemy razem.
Do firmy jadę taksówką. Carla podaje mi kawę. Na jej twarzy maluje się ekscytacja. Współpracownicy po raz ostatni sprawdzają wszystkie dokumenty. Jesteśmy przygotowani na ciężką harówkę, bo właściciel gazety, którą chcę przejąć, nie odda jej bez walki. Będzie próbował wymóc na mnie podpisanie dodatkowych kontraktów, aby w dalszym ciągu czerpać zysk chociażby z reklam, co uszczupli mój zysk o kilkanaście procent.
Uzbrojony w szereg wydruków oraz w otoczeniu swojej świty, udaję się do ekskluzywnej sali konferencyjnej, która mieści się w jednym z najznamienitszych hoteli w centrum. Celowo wybrałem to miejsce. Jest neutralne. Miła obsługa oraz bliskość restauracji, gdzie zjemy wspólny obiad, a także kolację, łagodzi napiętą atmosferę.
Rozsiadam się wygodnie w jednym z foteli, czekając na przybycie gościa honorowego. Kilka minut przed trzynastą pojawia się o w towarzystwie syna, prawnika, sekretarki, a także mojego byłego kochanka…
Krew momentalnie się we mnie gotuje na widok tego zdradzieckiego padalca! Byliśmy ze sobą prawie cztery lata, nie licząc przerw, spowodowanych rozstaniami i kłótniami. Kochałem go. Zależało mi na naszym związku. Pozwalałem mu wodzić się za nos, choć wielokrotnie zranił mnie do żywego. Szarpałem się sądząc, że wszystkie związki właśnie tak wyglądają. Moi rodzice kochali się i nienawidzili. Małżeństwo mojej siostry również przeżywało wzloty i upadki. Nic więc dziwnego, że związek z drugim mężczyzną nie mógł być usłany wyłącznie różami.
Jednak zdrada… Zdrada była jak cios w serce, przed którym ochronił mnie tajemniczy nieznajomy. Jamie dosłownie spadł mi jak z nieba. Wkroczył do mojego gabinetu, wyglądając jak siedem nieszczęść. Mizerny, blady, z nieco podpuchniętymi i zaczerwienionymi powiekami. W dodatku przeraźliwie chudy. Wysypał zdjęcia na blat stołu, a mnie interesowało wyłącznie to, czy chłopak nie osunie się nieprzytomny na ziemię. Wydał mi się tak kruchy, eteryczny i oszałamiająco piękny. Nawet gdyby przyszedł do mnie w jakiejkolwiek innej sprawie podejrzewam, że w przeciągu kilku kolejnych dni rzuciłbym wszystko, by go odszukać i uwieść. Tymczasem on sam wpadł w moje ramiona.
Mając na uwadze to wszystko, co działo się w ciągu ostatnich kilku tygodni, a także niegodziwość ze strony Santiago, mam ochotę podbiec do niewiernego byłego i strzelić go w twarz. Blondyn zna mnie na tyle, by wiedzieć, jakiego typu myśli kotłują się właśnie w mojej głowie, bo uśmiecha się przepraszająco.
W przeciągu kolejnych godzin okazuje się, że zostałem zdradzony nie tylko fizycznie i emocjonalnie. Santiago posunął się o krok dalej. Jako jeden z nielicznych znał szczegóły moich planów względem kupna kolejnej gazety. Podpisanie kontraktu, które z założenia miało być przebrnięciem przez zapisy prawne oraz wypracowaniem kompromisu dotyczącego przyszłości podupadającego tytułu, zmienia się w farsę.
Około godziny dwudziestej trzeciej jestem już tak zmęczony bezustannym skakaniem sobie do gardeł, że postanawiam odstąpić od zakupu. Poprzedni właściciel przez dłuższą chwilę udaje zawiedzionego, po czym grozi mi wytoczeniem procesu.
Moi współpracownicy są równie zmęczeni i wściekli jak ja. Kilka miesięcy wytężonej pracy, przygotowań, planów – przepadło.
Wyczerpany emocjonalnie, a przede wszystkim fizycznie, idę do baru. Mam wielką ochotę na coś mocniejszego niż kieliszek szampana. Rozsiadam się wygodnie naprzeciwko barmana, który uczynnie przygotowuje dla mnie drinka. Wyciągam telefon, by sprawdzić, czy Jamie do mnie dzwonił. Mam jedno nieodebrane połączenie dosłownie sprzed kilku minut. Gdy próbuję oddzwonić, odpowiada jedynie poczta głosowa.
- Świetnie… Tylko tego brakowało mi do szczęścia… – komentuję pod nosem. Przez chwilę waham się, czy nie zadzwonić do Carli i nie poprosić, by zarezerwowała mi lot. Chcę jak najszybciej przytulić narzeczonego i poszukać ukojenia w jego ramionach.
- Mogę się przysiąść? – Ten głos… Santiago czeka na moją odpowiedź, wpatrując się we mnie z troską. Ma rozpiętą marynarkę, z kieszeni której wystaje odwiązany krawat.
- To zależy – warczę w odpowiedzi. – Jeśli nie boisz się, że w każdej chwili mogę cię zabić, to siadaj. – Sięgam po szklaneczkę wypełnionym złocistym płynem, który ma za zadanie nieco mnie uspokoić i odprężyć. Opróżniam jej zawartość jednym haustem z zamiarem odejścia.
- Dziękuję – mężczyzna z gracją zajmuje miejsce po mojej lewej stronie. Uśmiecha się do barmana i zamawia dla nas kolejne drinki. Postanawiam go ignorować. W tym celu wykorzystuję telefon, za pomocą którego próbuję dostać się na stronę internetową lotniska.
- Żegnam. – Zmierzam w kierunku wyjścia.  Mój były łapie mnie za ramię.
- To nie jest dobry pomysł.
- Nie pytałem cię o zdanie – ucinam temat. Nie mam ochoty na zjadliwe wymiany „uprzejmości”. Chcę być z Jamie.
- Zostań, proszę. – Santiago wzmacnia swój uścisk. Dotyk jego palców przyprawia mnie o mdłości.
- Puszczaj! – szarpię się, strącając jego rękę. – Nigdy więcej mnie nie dotykaj! – syczę.
- Bradley, wiem, że to był dla ciebie ciężki dzień, ale proszę, nie odchodź. Porozmawiajmy.
- Nie mamy o czym – rzucam wściekle.
- Byliśmy ze sobą kilka lat. Naprawdę nie chcesz wiedzieć dlaczego cię zdradziłem?
- Szczerze? – parskam. – Mało mnie to obchodzi.
- Kłamiesz – blondyn uśmiecha się z pobłażaniem. – Spieszysz się do domu? Do niego? – dopytuje.
- To nie twoja sprawa – powtarzam znacznie spokojniej. Na samo wspomnienie Jamie moje serce bije znacznie szybciej.
- Więc jednak…  – Santiago od razu domyśla się prawdy. Potrafi ze mnie czytać jak z otwartej książki. – Mam nadzieję, że jesteś z nim szczęśliwy.
- Jestem – potwierdzam. – Dał mi więcej w miesiąc, niż ty przez kilka lat – dodaję kąśliwie.
- Cieszę się. – Mój były kochanek niespodziewanie uśmiecha się słysząc moje słowa. – Naprawdę cieszę się waszym szczęściem.
- To wzruszające – ironizuję. – Cześć – próbuję się pożegnać i wyjść, lecz on po raz kolejny staje na mojej drodze.
- Proszę, pozwól mi wytłumaczyć. Byliśmy ze sobą szmat czasu…
- Byliśmy – z naciskiem powtarzam po nim to słowo. – A teraz nie jesteśmy.
- Zajmę ci najwyżej kilka minut. To dla mnie ważne.
- Tak samo ważne, jak zaprzepaszczenie kilku miesięcy pracy? – odpowiadam pytaniem na jego pytanie.
- Należało ci się za to, jak mnie traktowałeś – jasnowłosy celuje palcem wskazującym w moją klatkę piersiową. Udaje opanowanego, choć to tylko maska, pod którą ukrywa niechęć oraz gniew.
- Tak czy inaczej, jesteśmy kwita, nie sądzisz? Zdradziłeś mnie dwa razy. Czy to wyrównuje rachunki?
- Nie zrobiłbym tego, gdybyś mnie nie sprowokował.
- Więc to wszystko moja wina, tak? – Z niedowierzaniem kręcę głową.
- Jeśli poświęcisz mi odrobinę swojego bezcennego czasu, udowodnię ci, że miałem rację. Przeprosisz mnie i wtedy uznamy, że rozstaliśmy się w zgodzie. Co ty na to?
Propozycja Santiago wydaje mi się absurdalna. To sabotażysta, który najpierw zrujnował nasze wspólne życie, potem zaprzepaścił interes, na którym zarobiłbym krocie, a teraz śmie patrzeć mi prosto w oczy i mówić, że to moja wina?!
- Dobrze… Niech ci będzie – opadam ciężko na barowy stołek. – Śmiało, wylewaj swoje żale, ty niewdzięczny dupku!
- Dziękuję. – Santiago uśmiecha się triumfująco, po czym zajmuje miejsce obok mnie. – Poprosimy jeszcze raz to samo – zwraca się do barmana. 

***

Budzi mnie czyjś krzyk, który wdziera się za ciężką kurtynę mojej znieczulonej świadomości. Głowa pęka mi z bólu. Mdli mnie i mam silne zawroty. Z trudem unoszę ołowiane powieki, które zdają się płonąć od zbyt jasnego światła. Oszołomiony, rozglądam się po pomieszczeniu. Łóżko? Jestem w domu? Na wprost mnie stoi Jaimie. Jego wzrok błądzi po moim nagim ciele. Z jego gardła wydobywa się kolejny niekontrolowany jęk rozpaczy, który próbuje powstrzymać, zasłaniając usta dłonią.
- Skarbie… – udaje mi się wychrypieć. Pomimo bólu, wyciągam rękę w kierunku ukochanego, lecz ten, nie wiedzieć czemu, cofa się kilka kroków do tyłu. Po jego policzkach spływają łzy. W końcu Jamie dopada do drzwi. Przez kilka długich sekund szamocze się z klamką, a następnie wybiega z naszej sypialni. – Poczekaj… – wołam za nim.
Serce w alarmujący sposób daje mi znać, że dzieje się coś niedobrego. Nie powinienem być w domu. Ostatnie, co pamiętam, to bar w hotelu, gdzie rozmawiałem z Santiago, który miał mi wytłumaczyć…
Jamie, gdzie jest Jamie? Muszę go natychmiast odnaleźć!
Nieporadnie usiłuję wyplątać się z pościeli, lecz coś mnie powstrzymuje. Ze wszystkich sił staram się zrzucić z siebie przygniatający ciężar, który okazuje się być równie nagi, jak ja.
- Nie… – szepczę zatrwożony.
- Zemsta, kotek…  – Wtulony we mnie blondyn zaczyna się głośno śmiać. Odpycham go od siebie, niczym jadowitego węża, a następnie siadam, łapiąc się za głowę. Ból jest tak silny, że dosłownie rozsadza mi czaszkę. Czuję słabość, która stopniowo ogarnia moje sponiewierane ciało.
- Jamie… – mamroczę ostatkiem sił, zapadając się w ciemność.

***

Moje Drogie :)

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet :) 
Mam nadzieję, że mój "prezent" przypadnie Wam do gustu. 
Jak się zapewne domyślacie, jak zwykle dałem się ponieść i napisałem więcej niż początkowo planowałem. Oznacza to mniej więcej tyle, że powstanie też część 3 (i miejmy nadzieję, że ostatnia). Cieszycie się? :D   
Życzę Wszystkim Paniom miłego świętowania.

Wasz Kitsune

czwartek, 14 lutego 2019

One last time...



„For this one last time
let me fall into your arms”

- Robert… No nie bądź taki… Nie będziemy się widzieć przez cały weekend! – Próbuję wsunąć ręce pod piżamę ukochanego, który mnie ignoruje. Naiwnie wierzę, że ten niewinny dotyk roznieci w nim płomień żądzy. Nic z tego. Mój chłopak chwyta mnie za nadgarstki i odsuwa je od siebie, jakby były jadowitymi wężami.
- Przepraszam, ale nie jestem w nastroju – zostaję odepchnięty.
- Ostatnio nigdy nie jesteś w nastroju – zauważam ponuro. Jego oschłe traktowanie powoli stanowi naszą codzienność, którą usilnie próbuję odczarować. Od pewnego czasu to ja inicjuję wszystkie nasze zbliżenia lub pieszczoty, a mimo to nie bardzo mam się czym chwalić. „Sukcesy” mógłbym odnotować na palcach jednej dłoni. Czy czas, gdy byliśmy sobą wiecznie nienasyceni bezpowrotnie przeminął?
- To nieprawda – komentuje beznamiętnym tonem, nie zaszczycając mnie choćby przelotnym spojrzeniem. Nie rozumiem dlaczego Robert zachowuje się tak, jakby mu na mnie nie zależało. Do późna przesiaduje w redakcji, a gdy w końcu wraca do domu, nie rozstaje się z telefonem. Praca jest ważna, nie twierdzę, że nie, ale co z nami? Co ze mną? Mam się pogodzić z tym, że jestem traktowany jak zbędny przedmiot? Tak wygląda szara codzienność w związkach z długoletnim stażem? Dwa lata to żadna wieczność! Nie, nie zgadzam się!
Zagryzam zęby i postanawiam zmienić taktykę. Kładę się na boku i wyciągam rękę. Bez problemu udaje mi się namierzy udo mojego faceta, po którym powoli przesuwam palcami, kierując się w stronę jego męskości.
- Powiedziałem nie. – Robert ponownie łapie mnie za nadgarstek, uniemożliwiając dalsze działania.
- Dlaczego nie? – skomlę cicho, lgnąc do niego całym ciałem. – Nie kochaliśmy się od ponad trzech tygodni… - wypominam mu licząc, że jednak zmieni zdanie.
- Nie mam czasu na bzdury. Walczę o awans. – Mój chłopak warczy na mnie, mierząc zimnym spojrzeniem swoich błękitnych oczu, na punkcie których od początku szaleję. Jest zapalonym dziennikarzem sportowym. Pisze porywające sprawozdania z meczów, które przysporzyły mu pokaźną grupę fanów w mediach społecznościowych. Jego kariera nabiera rozpędu. Ma spore szanse, by nowy właściciel wydawnictwa oddał dział sportowy właśnie w jego ręce.
- Mógłbyś zrobić sobie krótką przerwę… - mruczę zmysłowo. – Nie ma dziś żadnego ważnego meczu. Sprawdzałem – uśmiecham się kokieteryjnie, zadowolony z własnej przezorności. – Proszę… - nie tracę nadziei na to, że zechce mnie chociaż przytulić lub pocałować.
- Jamie… - wzdycha niepocieszony. – Wiesz równie dobrze jak ja, że redakcja przechodzi obecnie prawdziwą rewolucję. Zmienił się właściciel, który bacznie wszystkich obserwuje. To moja szansa na zostanie naczelnym. Za jakiś czas to całe zamieszanie dobiegnie końca. Powinieneś mnie wspierać, a nie zachowywać się jak niewyżyty nastolatek.
- Niewyżyty nastolatek?! – spoglądam na Roberta szeroko otwartymi oczami. – Przez ostatnie tygodnie prawie cię nie widuję. Wychodzisz wcześnie rano i wracasz późnym wieczorem. Jesteś tak zajęty, że od wieków nigdzie razem nie wychodziliśmy, a teraz masz mi za złe, że za tobą tęsknię?! – wybucham, zalewany falą goryczy i frustracji.
- Jamie… - Robert kolejny raz wzdycha, po czym odwraca głowę. Jego twarz nie wyraża żadnych emocji, czy uczuć. Na próżno doszukuję się w niej odrobiny zrozumienia. Jest jak kamienna maska, za którą się przede mną schował. Praca jest ważna. Jego szansa na awans także. Obydwoje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę, lecz obecna sytuacja zakrawa na jakiś obłęd!
- Nie tęsknisz za mną? Nie brakuje ci mojej bliskości? Pieszczot? Pocałunków? – W napięciu czekam na jego odpowiedź.
- Brakuje – przyznaje niespiesznie, poprawiając mi humor.
- W takim razie… - uśmiecham się, przekładając nogę przez jego biodra i obejmując go za szyję. – Wiedziałem, że zmienisz zdanie… - pochylam się do przodu i ocieram ustami o usta Roberta, który bardzo opornie oddaje pocałunek. Staram się nie okazywać mu, że boli mnie tak szorstkie zachowanie, lecz nic nie mówię. Spycham wszystkie negatywne uczucia na bok, by cieszyć się chwilą.
Niebieskooki niemrawo obejmuje mnie ramionami i pogłębia pocałunek. Nie angażuje się w niego do tego stopnia, abym poczuł dreszcze podniecenia. Postanawiam więc pokazać mu, jak bardzo mi na nim zależy i jak mocno tęskniłem. Gdy Robert odsuwa się ode mnie, by nabrać powietrza, przysysam się do jego szyi. W tym samym czasie moje zachłanne dłonie wsuwają się pod obcisły podkoszulek, w którym mój facet prezentuje się naprawdę kusząco. Z lubością sunę opuszkami po jego napiętym brzuchu. Na samą myśl, że za chwilę będę go pieścił językiem, zasycha mi w gardle z podniecenia.
- Kocham cię – szepczę między pocałunkami. – Tak bardzo cię kocham…
- Tak, wiem – fuka w odpowiedzi, jakby był na mnie wkurzony. Nie bardzo rozumiem skąd taka reakcja. Przestaję go więc całować i patrzę mu prosto w oczy, jednak nie potrafię niczego z nich wyczytać. – Zamiast się gapić, zajmij się nim wreszcie… - Robert spycha mnie ze swoich kolan, a następnie wkłada rękę w spodnie od piżamy i wyciąga swojego członka. – No, na co czekasz? – popędza mnie. Jeszcze przed chwilą zawzięcie się przede mną bronił, a tu proszę… Jest równie mocno spragniony bliskości jak ja.
Na mojej twarzy pojawia się zalotny uśmiech. Moszczę się na brzuchu między jego szeroko rozłożonymi nogami i przesuwam językiem po sztywniejącej męskości.
- Nie baw się i zacznij ssać – zostaję kolejny raz grubiańsko upomniany.
Potulnie otwieram usta i staram się sprawić ukochanemu przyjemność. Z lubością obserwuję, jak Robert zamyka oczy i odchyla głowę do tyłu, opierając się o wezgłowie łóżka. Na jego twarzy maluje się błogość. Oddech staje się ciężki i przyspieszony. Serce bije mu znacznie szybciej. Wplata palce w moje włosy i nieco dociska moją głowę do swoich bioder. Krztuszę się, gdy wchodzi naprawdę głęboko. Dobrze wie, że tego nie lubię. Czemu więc to robi? Nie chcę go zawieść. Nalegałem na zbliżenie, więc wytrzymam te niedogodności. Robert nigdy nie był wobec mnie brutalny. Może nie nazwałbym go specjalnie delikatnym, lecz na seks nie śmiałbym narzekać.
Chyba rzeczywiście wyszedłem nieco z wprawy, bo agresywne ruchy jego dłoni, a także szarpanie za włosy, nie ustępują nawet na chwilę. Mój chłopak jest tak mocno nakręcony, że nie zwraca uwagi na to, że łzy ciurkiem lecą mi po twarzy, a szczęki mocno bolą. Gdy kolejny raz zaczynam kaszleć, zniecierpliwiony puszcza mnie wolno.
- Jesteś w tym beznadziejny – ostro kwituje sytuację.
- Prze-Przepraszam… - szepczę cicho, ocierając twarz wierzchem dłoni.
- Na szczęście możesz się jeszcze zrehabilitować…
Mój mężczyzna popycha mnie na pościel i unosi biodra w górę. Uśmiecham się do siebie na samą myśl, że wreszcie będziemy się kochać.
- Rozsuń nogi… O tak… - Robert ustawia mnie pod odpowiednim kątem, a następnie pozbawia spodni dresowych. Lewą ręką łapie mnie za kark, wciskając w poduszki, a prawą przesuwa palcem po moim wejściu. – Tego chciałeś? – upewnia się jeszcze, drażniąc się ze mną, jak z dzieckiem.
- Tak – mruczę z zadowoleniem, próbując się odprężyć i przygotować na to, co ma nastąpić.
Mój chłopak niespodziewanie wpycha we mnie aż dwa palce, sprawiając mi przy tym spory ból.
- Nie! – próbuję mu się wyrwać, lecz trzyma mnie dość mocno.
- Nie szamocz się tak, do jasnej cholery! Leż spokojnie! – krzyczy na mnie.
- Ale to boli! Mógłbyś być nieco ostrożniejszy! – skarżę się na niezbyt czułe traktowanie.
- Sam mówiłeś, że chcesz mi sprawić rozkosz, prawda? Pokażę ci więc, na co mam  ochotę…
Palce w moim wnętrzu są równie bezlitosne, jak mój ukochany. Przygryzam mocno dolną wargę, skupiając się jedynie na tym, by zignorować katusze i rozluźnić mięśnie. To trudne, lecz jakoś sobie poradzę. Muszę wytrwać. Nie chcę, by Robert odsunął się ode mnie. Zmiany w redakcji bardzo go stresują. Jest spięty. Jestem pewien, że wspólne chwile rozładują napięcie i znowu będzie tak, jak dawniej.
Dobre chęci to jednak za mało w starciu z tak gwałtownym przeciwnikiem. Z gardła wyrywa mi się krzyk, który tłumią poduszki, gdy mój facet postanawia wejść do środka jednym pchnięciem. Po nim następują kolejne. „Sadysta…” – to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. Z całych sił zaciskam dłonie na pościeli. Nie cierpiałem tak bardzo nawet podczas pierwszego razu, który również przeżyłem z Robertem. Niby rozciąganie trochę pomogło, ale nie da się ukryć, że po czymś takim będę w środku mocno poobcierany. Zagryzam zęby na poduszce, by przeczekać jego furię.
Tak jak się spodziewałem, mój podniecony chłopak dość szybko dochodzi. Zostawia wewnątrz mnie lepki prezent, po czym opada na pościel, dysząc jak lokomotywa.
- Masz dość, prawda? – przerywa ciszę między nami. – Typowe… Nigdy nie umiesz mnie zaspokoić – dodaje z przekąsem. – Po jednym razie od razu chcesz się tulić, jak jakaś baba – prycha, sięgając po swój telefon. – Na przyszłość nie zaczynaj czegoś, czego nie potrafisz skończyć.
Nie widzę co robi, lecz wyraźnie słyszę, że wysyła jakieś wiadomości, po czym odkłada urządzenie na nocny stolik i gasi lampkę, odwracając się do mnie tyłem.
W naszej sypialni zapada ciemność.
Nie umiem zapanować nad drżeniem mięśni. Chciałbym zwlec się z łóżka, by dotrzeć do łazienki, lecz nie mam na to siły. Czuję się brudny. Wykorzystany i brudny. Otulam się szczelnie ramionami i wsłuchuję w spokojny oddech śpiącego Roberta.

„Is it so hard to believe our hearts
Are made to be broken by love”

Silne ramię obejmuje mnie w pasie. Robert korzysta z przewagi fizycznej, jaką nade mną ma. Na pierwszy rzut oka wygląda dość przeciętnie. Jest wysoki i szczupły, lecz to tylko pozory.
- Przestań się boczyć – mój chłopak próbuje mnie pocałować, lecz odwracam głowę.
- Kiedy wrócisz? – pytam od niechcenia, starając się ze wszystkich sił zapanować nad emocjami, które z wielkim trudem trzymam na wodzy.
- Pewnie w piątek lub sobotę – odpowiada spokojnie. Jego błękitne oczy wwiercają się we mnie przez kilka sekund, lecz jak przypuszczałem, równie szybko odpuszcza. Nie będzie tracił na mnie cennego czasu. Ma znacznie ważniejsze rzeczy na głowie niż wiecznie „humorzasta i dziecinna” druga połówka.
- Do piątku – żegnam się, zostawiając nieco zaniepokojonego partnera w korytarzu. Sam kieruję się do kuchni, gdzie w ciszy i spokoju zamierzam delektować się popołudniową kawą. Na stole rozłożone są materiały, nad którymi obecnie pracuję. Odsuwam krzesło i przeglądam porozrzucane artykuły medyczne, które właśnie tłumaczę. Obecnie pracuję dla instytutu badawczego, który jest moim głównym zleceniodawcą. Najczęściej przysyłają mi różnego rodzaju wyniki badań, czasami książki lub prace doktorskie. Pracuję w domu, więc tym bardziej doceniam przytulne pomieszczenia. Długo szukałem idealnego mieszkania. Szczytem szczęścia było wprowadzenie się tu razem z ukochanym…
Robert i ja jesteśmy ze sobą osiemnaście miesięcy, choć znamy się znacznie dłużej. Mile wspominam początki naszej znajomości. Pewnego czerwcowego popołudnia biegł korytarzem w kierunku windy, spiesząc się na jakiś ważny półfinał. Staranował przypadkową przeszkodę, która pojawiła się na jego drodze, czyli mnie. W ramach przeprosin poszedłem z nim na obiad i tak zaczęła się nasza przyjaźń, która po pewnym czasie ewoluowała w coś więcej. Z początku nic na to nie wskazywało. Robert zupełnie nie był w moim typie. To on się uparł, by zdobyć moje serce. Dobrowolnie mu je oddałem, a on je złamał…
Wyraźnie słyszę, jak zamyka drzwi, a następnie przekręca klucz w zamku. Powolnie wstaję ze swojego miejsca i zakradam się do okna. Mój chłopak pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku swojego samochodu. Jego granatowa kurtka jest rozpięta. Zabrał ze sobą niewielką torbę podróżną. W prawej dłoni trzyma telefon, przez który z kimś rozmawia. Odblokowuje alarm. Otwiera tylne drzwi i rzuca torbę na siedzenie. Odjeżdża z piskiem opon. Zapewne jest gdzieś spóźniony…
Gdy auto Roberta znika za rogiem, podchodzę bliżej okna i opieram się dłońmi o zimną szybę. Wstrzymuję oddech, gdy kierowca czarnego passata odpala silnik i włącza kierunkowskaz. W tej samej chwili dostaję smsa.
„15:47 - ruszam spod bloku”
Wracam do stołu. Na samym środku leży moja teczka z dokumentami. W jednej z koszulek schowany jest telefon, który ostatnio znalazłem w salonie. Wibrował cicho między ozdobnymi poduszkami. Podszedłem i go podniosłem…
Wsuwam dłoń między pospinane artykuły medyczne i wyciągam tajemniczą zgubę. Nie chcę jej dotykać. Brzydzi mnie… Splatam więc dłonie i opieram na nich brodę.
Wokół mnie panuje idealna cisza. Czas wyjątkowo jest dziś moim sprzymierzeńcem. Spowalnia, dając mi chwilę wytchnienia, zupełnie jakby mi mówił „spokojnie, Jamie, odpocznij”.
Ekran znalezionego telefonu zaczyna błyszczeć. „Bradley” dzwoni już dwudziesty ósmy raz… On z pewnością jeszcze nie wie. Żal mi go…

„So amazed how bright are the flames
We are burning In”

Późny wieczór. Wynajęci przeze mnie detektywi prowadzą właśnie swoje „śledztwo”. Muszę stwierdzić, że ich działania cechuje pełen profesjonalizm. Klimat trąca odrobinę niskobudżetowym filmem klasy „B”, lecz nie będę psuć nastroju.
Leżę na tylnej kanapie w samochodzie młodej pani detektyw, która „obstawia tyły”. Zabrała mnie ze sobą na akcję, choć coś mi mówi, że chyba nieco ją zawiodłem. Na monitorze komputera co chwilę pojawiają się zdjęcia, które jej koledzy robią z ukrycia mojemu facetowi. Robert całuje się właśnie z jakimś blondynem. Akcja powoli nabiera tempa. Obaj mężczyźni zaczynają się rozbierać.
- Czy mamy kontynuować? – odzywa się męski głos w krótkofalówce, która przyczepiona jest do deski rozdzielczej.
- Proszę pana… - Kobieta odwraca się w moją stronę. W jej oczach dostrzegam mieszaninę współczucia oraz czegoś jeszcze… Pewnie uważa mnie za zwykłego naiwniaka. Dałem się wodzić za nos, a teraz słono płacę grupie detektywów, która w niecałe czterdzieści osiem godzin ograbiła mnie z „happy endu”.
- Tak, macie kontynuować. Chcę mieć wszystko na zdjęciach. Wszystko… - powtarzam z naciskiem, wpatrując się w zimowe niebo.
Po trzech godzinach „obserwacji” zostaję odwieziony do hotelu. Jestem pełen podziwu dla samego siebie, że wytrzymałem aż tak długo. Ekipa ma wywołać wykonane zdjęcia i przywieźć mi je jak najszybciej. Nie jestem w stanie wrócić do mieszkania. Poprosiłem także, by ustalili kim jest kochanek Roberta. W tym zadaniu pomógłby im znaleziony przeze mnie telefon, lecz nie mam zamiaru nikomu go pokazywać.
 „Bradley” znowu dzwoni...

***

Ponoć zdrady są czymś nagminnym. Każdy z nas zna przecież kogoś, kto został w przeszłości zdradzony. Czy to oznacza, że ludzie, których codziennie mijamy na ulicy doświadczyli tego miażdżącego bólu?
Nie… To niemożliwe!
Duszę się!
Obejmuję się ciasno ramionami, z całych sił starając się nabrać powietrza. Robi mi się ciemno przed oczami. Całe moje ciało, wszystkie mięśnie, spinają się boleśnie. Spazmatycznie szlocham, turlając się po podłodze, wśród porozrzucanych zdjęć.
Pragnę, by to minęło!
Błagam, niech to się już skończy! Dłużej nie wytrzymam!
Kłamiesz, Jamie… Od dawna przeczuwałeś, że coś jest nie tak. Przestań być tchórzem i powiedz prawdę! Przyznaj sam przed sobą, czego tak naprawdę pragniesz!
- Zem-zemsta… Chcę zemsty… –  łkam, zaciskając dłonie na przypadkowych fotografiach.
Niech rozkosz bogów stanie się twoją rozkoszą…

***

Ubrana w elegancką, wrzosową garsonkę, sekretarka obdarza mnie nieco zniesmaczonym spojrzeniem. Ma długie, lśniące i idealnie wyprostowane włosy, a także gustowny, minimalistyczny makijaż. Jest piękna i dobrze o tym wie. Pewności siebie dodają jej pożądliwe oczy wodzących za nią mężczyzn, a także zazdrosne koleżanki, których z pewnością zna bardzo wiele. Ja nigdy nie czułem się dobrze w swojej skórze. Gdy wydawało mi się, że znalazłem kogoś, kto mnie akceptuje, ta osoba…
- Pan prezes może panu poświęcić pięć minut. Nie więcej. Ma bardzo napięty grafik, więc proszę szybko przedstawić mu swoją ofertę. Umówię pana na przyszły miesiąc, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Dziękuję, ale to nie będzie konieczne. Pięć minut w zupełności wystarczy.
Zostawiam Miss Ameryki samą sobie i wchodzę do gabinetu. Okazuje się on naprawdę olbrzymim pomieszczeniem. W centralnym punkcie ustawiono wielki stół konferencyjny. U jego szczytu siedzi mężczyzna, który rzuca mi przepraszające spojrzenie. Rozmawia właśnie przez telefon. Jego biegła znajomość języka rosyjskiego z pewnością ułatwia mu prowadzenie interesów. Dłonią wskazuje mi krzesło i prosi, abym usiadł. Jego zaangażowanie wskazuje, iż rozmowa zajmie mu jeszcze chwilę.
Mrużę oczy, bo oślepia mnie zbyt jasne światło jarzeniówek. Odczuwam silny dyskomfort, który wywołuje u mnie dodatkowo lekki ból głowy. Migrena od zawsze miała do mnie słabość…
Ściskam w dłoni szarą kopertę, którą ze sobą przyniosłem. Mężczyzna wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do okna. Podejrzewam, że on również przygląda mi się z zaciekawieniem. Poruszyłem liczne znajomości, by wymóc na nim dzisiejsze spotkanie. Wyciągam z kieszeni telefon, który znalazłem i kładę go na stole.
Wybacz, Bradley… - szepczę do niego w myślach, sięgając do wnętrza koperty. Cały drżę, niezgrabnie rzucając na blat nieco pomięty plik zdjęć, na który staram się nie patrzeć. Te jednak, jak na złość, hipnotyzują mnie. Zostaję ponownie wciągnięty do świata, o którym powinienem jak najszybciej zapomnieć.
- Oddzwonię! – Bradley kończy połączenie, po czym podchodzi do stołu i pobieżnie przygląda się przyniesionym przeze mnie „upominkom”.
Przez kilkanaście sekund obydwaj milczymy. Każdy z nas próbuje na swój sposób uporać się z kłopotliwą sytuacją. W moim wypadku jest to fala mdłości, którą potęguje coraz silniejszy ból głowy. A on? Jak sobie radzi? Nie mam odwagi, by to sprawdzić.
- Pójdę już… - szepczę, choć nogi odmawiają mi posłuszeństwa.
Bradley znacznie szybciej niż ja otrząsnął się po tym niespodziewanym ciosie. Zgarnia fotografie z powrotem do koperty. Zabiera także przyniesiony przeze mnie telefon. Nim orientuję się w sytuacji, chwyta mnie za rękę i ciągnie za sobą w kierunku drzwi.
- Carla, odwołaj wszystkie spotkania, które miałem na dzisiaj zaplanowane – zwraca się w biegu do swojej sekretarki.
- Ale… Proszę pana! – woła za nami zaskoczona kobieta, wpatrując się w tą dziwną scenę szeroko otwartymi oczami.
- Jutrzejsze też odwołaj! – woła do niej Bradley. – Muszę się porządnie napić – dodaje znacznie ciszej. – A ty – odwraca się w moją stronę – będziesz mi towarzyszyć.

„The fear of life that keeps
You and me so alive”

Budzę się powoli, choć nie mam na to najmniejszej ochoty. Moje powieki zdają się ważyć tonę… To naprawdę drobiazg, jeśli weźmie się pod uwagę ilość alkoholu, którą wczorajszej nocy wlał we mnie Bradley.
Jeśli mam być szczery, to niewiele pamiętam z wczorajszego wieczoru. Wiem, że przyjechaliśmy do jego domu, a potem pili.
Gdyby nie pragnienie oraz krzyki, dochodzące z sąsiedniego pokoju, zostałbym w łóżku do końca życia.
Znacznie bardziej przytomny, staram się wyłapać poszczególne słowa, by móc zidentyfikować wrednego intruza, który ośmielił się mnie obudzić. Nie jest to Bradley. Jego głos brzmi inaczej. Znacznie subtelniej. Ma ciepłą, męską barwę, która idealnie pasuje do jego bursztynowych oczu.
Ściągam z siebie kołdrę. Ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła. Po wydarzeniach tego tygodnia mógłbym tam dorabiać jako przewodnik. Na szczęście ktoś zapobiegliwy zaciągnął rolety, by nie znęcać się nad moimi przekrwionymi oczami oraz zostawił dla mnie szklankę wody, a także dwie magiczne pigułki.
Na palcach zakradam się w kierunku drzwi. Nie muszę przykładać do nich ucha, by wyłapać treść rozmowy.
- Te zdjęcia to fotomontaż!
- Nie wydaje mi się – odpowiada Bradley.
- Nie wydaje ci się?! To chyba kiepski żart! – krzyczy tamten. Czyżby niewierny kochanek wrócił do domu? – Nigdy w życie cię nie zdradziłem! Kocham cię, idioto!
- To już nie ma znaczenia, nie sądzisz? – odzywa się ponownie Bradley. Jest opanowany. Nie znam go zbyt długo, lecz wiem, że nie jest typem człowieka, który awanturuje się i idzie w zaparte. Ma klasę, której tamtemu ewidentnie brakuje.
- Udowodnię ci, że się mylisz! To na pewno ta sama osoba, która ukradła mój telefon!
- Gdyby twój telefon został skradziony, od razu przybiegłbyś do mnie z płaczem prosząc, abym kupił ci nowy – brązowooki zaczyna się kpiąco śmiać. Nie jest mu wesoło. Jestem pewny, że jego złamane serce boli go równie mocno, jak moje…
Cofam się w kierunku łóżka, zatykając jednocześnie uszy dłońmi. To ich prywatne sprawy. Nie powinienem się mieszać. Dość już zrobiłem.
Masz rację, Jamie… Uciekaj… Tchórze zawsze unikają konfrontacji…
Nie jestem tchórzem. Ja tylko pozwoliłem, by ktoś inny traktował mnie źle. Chciałem być szczęśliwy. Chciałem…
Tchórz… Zwykły tchórz… Zależało ci na zemście, a jedyne na co się zdobyłeś, to wplątanie niewinnego faceta w twoje pokręcone problemy. Bradley nie zrobił nic złego, a teraz jest mieszany z błotem.
Nie! To nie tak! Ja chciałem go ochronić, by nie przeżywał tego piekła! By nie cierpiał!
Gdybyś serio chciał go chronić, nie chowałbyś głowy w piasek… Robert miał rację. Do niczego się nie nadajesz… Jesteś beznadziejny…
Oczy zachodzą mi łzami, a serce zamiera. Kolejny raz zalewa mnie fala wspomnień. Te wszystkie złe chwile, podczas których byłem znieważany i poniewierany przez „ukochanego”. Czy naprawdę nic nie mogę zrobić? Przecież spotkałem się z Bradleyem właśnie po to, by oszczędzić mu takiego losu i choć w minimalnym stopniu ochronić. Nie mogę pozwolić, by ten przebrzydły typ i jego beznadziejny kochanek wygrali.
Podnoszę się więc z podłogi i biegnę do łazienki. Ściągam z siebie pomięte ubrania, a następnie wskakuję pod prysznic, by nie wyglądać jak przejechany przez walec drogowy. Zimna woda sprawia, że moje policzki nabierają lekkich rumieńców. Pospiesznie wycieram się ręcznikiem, a następnie nakładam na siebie biały, frotowy szlafrok. Przygładzam także włosy. Zależy mi, by wyglądały jak po seksie. Uśmiecham się do swojego odbicia, a następnie biorę głęboki oddech i zmierzam w kierunku drzwi. Przekręcam klamkę i kieruję się w samo źródło tajfunu.
Oczy kłócących się mężczyzn od razu zwracają się w moją stronę. W środku cały aż się trzęsę, lecz gram swoją rolę najlepiej jak potrafię.
- Kto to jest?! – Mężczyzna ze zdjęć wlepia we mnie nienawistne spojrzenie.
- Kotek… Obudziłeś mnie tymi hałasami… - robię smutną minkę, kierując moje wyrzuty w stronę brązowookiego. Mam nadzieję, że nie zdekonspiruje on mojej małej mistyfikacji.
- Wybacz, skarbie. Nie chciałem. – Bradley uśmiecha się do mnie uwodzicielsko, a ja celowo spuszczam skromnie wzrok, by po chwili zmienić zdanie i usiąść na jego kolanach.
- Zdradzasz mnie?! Z nim! – Jasnowłosy wpada w szał, rozjuszony moim frywolnym zachowaniem. – Masz pojęcie, kim on jest?! Wpakował ci się do łóżka, by zemścić się na Robercie!
- W takim razie jesteśmy kwita, nie sądzisz? – pytam słodko, uśmiechając się do tulącego mnie mężczyzny. – Pozbądź się go i wracajmy do łóżka. Chcę się kochać –zwracam się do nowego ukochanego. Kładę dłoń na jego policzku. Jego były chłopak nadal stoi jak wmurowany. Zbiera się w sobie, by jakoś mi dopiec, lecz udaje mi się go ubiec. Pochylam się do przodu i wpijam w usta rzekomego kochanka. Bradley mruczy zmysłowo, ocierając się językiem o mój język. Smakuje alkoholem i zemstą.
Zostaję na jego kolanach jeszcze przez kilkanaście minut. Mniej więcej tyle czasu potrzebuje jego były, by zabrać z ich sypialni swoje rzeczy. Opieram głowę na ramieniu prezesa, a on odwzajemnia się masując moje plecy. Prawdopodobnie ma świadomość tego, że cały dygoczę, więc stara się mi pomóc uspokoić.
- Będziesz tego żałował, zobaczysz… - Jadowity ton na chwilę mrozi krew w moich żyłach. Wiem, że ta pogróżka skierowana była do mnie. Mimo to zupełnie się tym nie przejmuję. Wprost przeciwnie. Czuję lekkość na duszy, bo obydwaj zakończyliśmy toksyczne relację z osobami, którym nigdy na nas nie zależało. Pewnie minie sporo czasu, zanim zdecyduję się na kolejny związek. Kto wie, być może nigdy nie zaznam już poczucia bezpieczeństwa, lecz jedno jest pewnie – raz na zawsze kończę z byciem ofiarą!
- Poszedł sobie? – Ostrożnie odchylam głowę, zerkając w kierunku drzwi.
- Mam nadzieję. Jeszcze dzisiaj każę zmienić wszystkie zamki.
Ta uwaga sprawia, że przypominam sobie, iż nadal siedzę na kolanach obcego mężczyzny. W dodatku kompletnie nagi.
- Przepraszam! – piszczę nieco zawstydzony, próbując się podnieść. – Ja nie chciałem, ale on… Gdy tak na ciebie krzyczał… To ja… - zaczynam się plątać, czerwieniąc przy tym jak burak. Wpatruję się w swoje dłonie i za wszelką cenę unikam wzroku mojego wspólnika niedoli. Dopiero teraz zauważam, że ma całkiem nieźle umięśnione ramiona.
- Ja nie żałuję.
Unoszę wzrok, by spojrzeć Bradleyowi prosto w oczy. Tylko w taki sposób potrafię ocenić, czy mówi prawdę, czy też kłamie. Ciemnobrązowe pasemka włosów zaledwie muskają jego czoło, nadając mu chłopięcego uroku. Ile on może mieć lat? Dwadzieścia sześć? Do tego mocno zaznaczone kości policzkowe i usta, które nie tak dawno temu całowałem…
- Prze-Przepraszam – jąkam się cicho, kompletnie zażenowany.
- Za co? – dziwi się Bradley, marszcząc czoło. Jego silne ramiona obwinęły się wokół mnie, nie dając uciec. Bardzo bym chciał, aby pozwolił mi wstać, lecz on najwyraźniej zbyt dobrze się bawi moim kosztem. – Dokąd się wybierasz? – pyta, unosząc się gwałtownie w górę.
- Ach! Puść! – wtulam się szczelniej w jego klatkę piersiową, by nie zaliczyć lądowania na tyłku.
- Nie.
 Mężczyzna wręcza mi swój niedopity kieliszek szampana którym raczył się od samego rana, a sam bierze do ręki wypełnione lodem wiaderko, w którym chłodzi się otwarta butelka. Drugą dłoń splata z moją i prowadzi mnie do swoje sypialni.
Poluzowuję uścisk i przyglądam mu się badawczo. O co może mu chodzić?
- Napijesz się ze mną? Już wczoraj zauważyłem, że po alkoholu jesteś znacznie bardziej odprężony. – Ciemnowłosy sięga po butelkę i napełnia kieliszek, który nadal znajduje się w mojej ręce.
- Bradley…
- Sprawdźmy, czy jesteśmy kompatybilni.
- Co masz na myśli?
- Chciałeś się kochać, prawda?
- Kochać?! Ja?! - Muszę w tej chwili naprawdę głupio wyglądać. Stoję w cudzej sypialni i wytrzeszczonymi oczami i szeroko otwartą buzią.
- Zaraz po tym, jak nazwałeś mnie „kotek”. Podobało mi się… Ty też mi się podobasz, Jamie. I to bardzo… - zostaję pogładzony po policzku. – Gdybym wiedział, że dane mi będzie spotkać kogoś takiego jak ty, nie marnowałbym czasu z tanimi substytutami…
Brązowooki sięga po kieliszek i podtyka mi go do ust. Cierpko-słodki napój wydaje mi się zbyt zimny, a mimo to nie potrafię mu się oprzeć.
- Najgorsze już za nami. Teraz będzie wyłącznie dobrze…
Po tych słowach zostaję popchnięty na wielkie łóżko. Nie mogę uwierzyć, że on najzwyczajniej w świecie rozbiera się do naga i przysuwa do mnie. Robi to tak naturalnie, jakbyśmy byli ze sobą od zawsze…
Nie mam ochoty na seks. Zwłaszcza po ostatnim razie. Bradley to wyczuwa, bo postępuje ze mną bardzo ostrożnie. Rozwiązuje supeł szlafroka, by obnażyć moje nagie ciało. W ostatnim czasie prawie nic nie jadłem, co mocno odbiło się ma mojej wadze. Na szczęście nic nie mówi. Jego milczenie jest tak inne. Nie ma w nim oschłości Roberta. Wprost przeciwnie. Jego oczy wyrażają tak wiele emocji.
- Jamie? – zwraca się do mnie, wyrywając mnie z zamyślenia. 
- Tak… - szepczę.
Bradley uśmiecha się lubieżnie. Zaczynamy się całować, lecz nie tak jak w salonie. Nasze usta są siebie spragnione, zupełnie jakby od dawna czekały właśnie na tę chwilę.
Duże, ciepłe dłonie mężczyzny badają moje ciało. Jego dotyk jest obcy, a jednocześnie tak znajomy. Wzbudza we mnie poczucie bezpieczeństwa. Podświadomie wiem, że mogę mu zaufać. Chciałbym wyprzeć z głowy to niedorzeczne doznanie, lecz nie potrafię. W zamian za to bezwiednie przejeżdżam palcami po umięśnionych przedramionach, a następnie przesuwam ręce na plecy Bradleya. Zjeżdżam na sam ich dół, a następnie ponownie kieruję się do góry.
- Chcesz mnie dotykać? – Mój kochanek niespodziewanie zamienia się ze mną miejscami.
Czy chcę? Głupie pytanie. Pierwszy raz jestem w łóżku z takim przystojniakiem. Byłbym skończonym idiotą, gdybym choć nie spróbował  wykorzystać tego faktu. Wypracowane mięśnie na jego ciele tężeją pod wpływem najdelikatniejszych pieszczot. Podoba mi się sposób, w jaki reaguje. Mam ochotę zsunąć się wzdłuż jego brzucha i lizać…
„Jesteś w tym beznadziejny…” – w mojej głowie słyszę głos rozczarowanego Roberta. Oczy momentalnie zachodzą mi łzami. Nie chcę, by Bradley powiedział mi coś równie niemiłego. Nie chcę czuć się brudny, jak wtedy. Nie zniósłbym drugi raz tak brutalnego upokorzenia.
- Za dużo myślisz, Jamie. To przeszłość. Już nie wróci – z powrotem ląduję na pościeli. – Teraz jesteś ze mną, a ja i on to jak ogień i lód. Za chwilę sam się przekonasz…
Ciemnowłosy sięga dłonią w kierunku wiaderka z lodem, z którego wyciąga jedną kostkę. Przez kilka sekund obraca ją w palcach.
- Zimne… - Bradley dociska lód do mojej klatki piersiowej. Przesuwa nim niespiesznie po mostku, kierując się w stronę brzucha. – Gorące… - szepcze tuż przy moich ustach, w które namiętnie się wpija.
Ten pocałunek to najbardziej seksowna rzecz, jakiej doświadczyłem w całym dotychczasowym życiu. Jego smak, sposób w jaki drażni się z moim językiem, ciepło ciała, które jest tak blisko mojego – wszystko to sprawia, że czuję przyjemne iskry, rozchodzące się tuż pod skórą.
- Wolisz lód czy ogień? – pyta, cierpliwie czekają na moją odpowiedź.
- Chcę wszystkiego… - dyszę ciężko, z trudem łapiąc powietrze.
- I słusznie – chichot „kota” wywołuje łagodny uśmiech i na mojej twarzy.
- Zimne! – syczę zaskoczony, gdy Bradley kładzie kostkę lodu na mój brzuch i sięga po kieliszek.
- To prawda… Zimne… - Z pełną premedytacją opróżnia kryształowe naczynie. Drogi trunek spływa po mojej klatce piersiowej, łaskocząc i wywołując drżenie. Próbuję unieść się do góry, lecz zostaję ponownie spacyfikowany. – Zaufaj mi, proszę.
Dobrowolnie kładę się na pościeli. Gorące usta mężczyzny zlizują ze mnie szampana. Wplatam palce w jego włosy i rozkoszuję się tym niezwykłym doznaniem. Jestem odurzony, całkowicie odurzony tym niesamowitym facetem.
Przymykam powieki, jęcząc głośno, gdy pociera mój członek kostką lodu. Przesuwa ją, zostawiając mokry ślad począwszy od nasady, aż po spragnioną uwagi główkę. Po chwili w identyczny sposób pieści mnie językiem.
Dobrze mi… Tak cholernie dobrze…
Wprawne usta bez najmniejszego problemu doprowadzają mnie do spełnienia. Błogie oszołomienie działa niczym silna dawka narkotyku. Bradley jest naprawdę fenomenalny…
- Jamie, ufasz mi na tyle, by mi się oddać?
Jego troska o moje samopoczucie sprawia, że nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.
- Cały płonę… - skarżę się, unosząc ociężałe powieki.
- Ach tak? – Ciemnowłosy chyba mi nie wierzy. Odsuwa się ode mnie na chwilę, by sięgnąć po jeszcze jedną kostkę lodu. Tym razem doskonale wiem, po co jest mu ona potrzebna i co zamierza z nią zrobić. Bezwstydnie rozsuwam nogi. – Nie tak… Obróć się…
Wykonanie tego polecenia jest trudne i on doskonale wie, co sprawiło, iż tak bardzo się waham. Jednak moje ciało… Ono instynktownie poddaje się czarowi chwili.
Lód rozpala moje wejście do czerwoności. Bradley kolejny raz miał rację. Nie spieszy się. Nie jest natarczywy. Gdy ma pewność, że nie zaoponuję, wsuwa we mnie topiącą się kostkę. Nabieram gwałtownie powietrza, bliski omdlenia z rozkoszy.
- Nie dochodź. Poczekaj na mnie… - chwyta mnie za biodra. Krew w moich żyłach zdaje się gotować. A strach? Jest jedynie dalekim wspomnieniem, startym przez jego pełne czułości dłonie.
Kochamy się powoli, uważnie, oswajając swoje ciała, a jednocześnie ucząc się reakcji partnera.
Kolejny raz jest już znacznie bardziej odważny. Bradley zaskakuje mnie swoją pomysłowością. W jednej chwili jest namiętny i wprost porywczy, by za chwilę tulić mnie do siebie i całować w nieskończoność.
- Żałuję, że to ty nie byłeś moim pierwszym… - mruczę w jego ramię, zasypiając.
- Pierwszym może i nie, ale ostatnim? – rozważa na głos, całując mnie po skroni. – Chciałbyś, by tak było?
Nie odpowiadam. Nie muszę. On doskonale wie, że nigdy nie zapomnę chwil, które razem spędziliśmy.
 
„It could be alright
For this one last time”

Kolejny raz budzę się z łóżku Bradleya, który znowu obudził się przede mną. Mężczyzna jest właśnie w trakcie pisania jakiegoś maila. Podejrzewam, że przeszkadzam mu w pracy. Spędziłem u niego… Sam nie wiem, jak długo tu jestem. W każdym razie z pewnością wyczerpałem limit, jeśli chodzi o pierwszą wizytę.
- Dzień dobry, a właściwie dobry wieczór – wita mnie rozkosznym uśmiechem. – Daj mi jeszcze dwie minuty i już jestem cały twój – zapewnia mnie.
Praca w łóżku nie kojarzy mi się z niczym przyjemnym. Wolę oszczędzić sobie innych, przykrych niespodzianek i próbuję wstać.
- Która godzina? – pytam, pocierając zaspane powieki.
- Dwudziesta trzecia. Jesteś głodny? Zamówiłem kolację. Nie wiedziałem co lubisz, więc zamówiłem pizze.
Jedzenie… Na samo wspomnienie tej prozaicznej czynności, zaczyna mi głośni burczeć w brzuchu. Bradley ponownie się uśmiecha, zupełnie jakby cieszyło go, że tak perfekcyjnie potrafi wczuć się w mój nastrój.
- Posłuchaj, jestem pewien, że jesteś zajęty, więc… - próbuję wymknąć się z łóżka, lecz skubany ma całkiem szybki refleks. Laptop zostaje rzucony na pobliski fotel, a ja przygwożdżony do poduszek.
- Praca nie zając… - brązowooki śmieje się zmysłowo, po czym cmoka mnie w usta. – Muszę cię koniecznie nakarmić. Odkąd ze mną jesteś, żyjesz wyłącznie na alkoholu.
- Niedawno kupiłeś wydawnictwo. Ono z pewnością potrzebuje znacznie więcej uwagi niż ja – odpowiadam, siląc się na rozsądny ton.
- Masz rację. Kupiłem. I zwolniłem Roberta. – Mężczyzna wstrzymuje oddech, czekając na moją reakcję.
- Szczerze mówiąc liczyłem na to, że to zrobisz – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Robert był święcie przekonany, że wybierzesz go na szefa działu sportowego.
- No cóż, tak się składa, że nigdy nie brałem jego kandydatury pod uwagę.
- Serio?
- Nie zrozum mnie źle. Robert to niezły dziennikarz, lecz również cholerny bufon. Zespół za nim nie przepadał. Nikt nie wskazał go jako godnego zaufania. – Bradley wodzi palcami po moim policzku, zupełnie jakby nie mógł przestać mnie dotykać. – Wierzysz mi? – pyta niespodziewanie.
- Tak.
Gdy patrzy mi w oczy, bez problemu potrafię wyczytać prawdę z jego czekoladowych tęczówek.
- Jutro muszę wyjechać.
Kolejna rewelacja również jest stuprocentową prawdą. Nadszedł czas rozstania, który nie wiedzieć czemu, wydaje mi się wyjątkowo bolesny. Nie jestem gotowy na nową porcję cierpień, więc przygryzam mocno dolną wargę, by nie pisnąć ani słowa. Zaczynam się szamotać, aby jak najszybciej uwolnić się z jego ramion.
Zapomnieć! Muszę jak najszybciej o wszystkim zapomnieć!
- Jamie, spokojnie – zostaję czule pogładzony po policzku. – Zauważyłem, że gdy coś wzbudza w tobie silne emocje, od razu chcesz uciec. A ja ci na to nie pozwolę. Dlatego jedź ze mną.
- Z tobą?! – Ogarnięty przerażeniem, mrugam kilka razy, lecz jedyne co dostrzegam, to para najbardziej szczerych, brązowych oczu, które powoli uzależniają mnie od siebie… Jeśli to on  mnie skrzywdzi… Jeśli tylko się mną bawi, by za chwilę zdradzić lub porzucić, to ja…
- Spotkaliśmy się w dość niezwykłych okolicznościach, fakt, ale… - Bradley ponownie muska moje usta swoimi sprawiając, że cały mój opór topnieje. – Chcę spróbować wyleczyć złamane serce, lecz tym razem zrobię to z pomocą prawdziwej, a nie udawanej miłości. Co ty na to? Zaryzykujesz związek z nieznajomym?
Jeśli głębiej się na tym zastanowić, to prawda jest taka, że tylko przy nim miażdżący ból przestaje istnieć…
- Ja nie zdradzam – zapewnia mnie żarliwie.
- Ja też nie.
- Więc jak? Zaryzykujesz?
- To szaleństwo! My się zupełnie nie znamy… - przechodzę kolejny atak paniki.
- Więc się poznamy. Zaczniemy od kolacji w łóżku, a rano wsiądziemy do samolotu. Polecimy do Hiszpanii na kilka dni. W drodze powrotnej przedstawię cię moim rodzicom.
- Przestań! Gdy tak beztrosko o tym opowiadasz, zaczynam ci wierzyć! – chowam twarz w dłoniach, by odsunąć od siebie jego romantyczne wizje.
- Codziennie rano będę ci przynosił kawę do łóżka, a w weekendy wyłączę telefon.
- Kusiciel z ciebie! – wołam oburzony, nie potrafiąc dłużej ukrywać uśmiechu.
- Podobam ci się taki – Bradley puszy się dumnie i ma do tego prawo. Jest wspaniałym facetem. Trudno nie dostrzec, że dobry z niego człowiek. Czy to wystarczy, aby się nam udało?
- Boję się… - wyznaję cicho, dzieląc się z kochankiem najmroczniejszymi obawami.
- Ja też – ciemnowłosy po raz kolejny zaskakuje mnie swoją otwartością. – Uważam jednak, że pewne rzeczy nie dzieją się bez powodu. Los chciał, abyśmy się spotkali. Nie powinniśmy więc narzekać na okoliczności i brać co nam dają.
Te słowa zostają przypieczętowane słodkim pocałunkiem, który w magiczny sposób łączy nas ze sobą.
- Niedługo walentynki. Będę zaszczycony, jeśli spędzisz je razem ze mną.
- Ja też… Dziękuję! – rzucam się Bradleyowi na szyję i mocno go przytulam. 
 
„Zaufam, ten ostatni raz…”



***

Słodkich Walentynek, moje Gąski :)
Moją inspiracją był utwór "One last time" zespołu HIM - polecam.

Link dla tych, którzy nie widzieli poprzedniego posta :

  https://romanse-kitsune.blogspot.com/