„Humory księcia”
Eryk
Dochodzi trzecia rano.
Wreszcie pozwolono mi położyć się spać. Jestem tak zmęczony, że
muszę mocno trzymać się poręczy, bo schody wydają się
wirować. Oczy mnie pieką. Znowu zapomniałem o kroplach... Z
trudem docieram do drzwi swojego pokoju. Jeszcze tylko kilka
kroków... Staram się namierzyć klamkę. Gdy wyciągam rękę
w jej stronę, ktoś mnie uprzedza. Simon...? Co on tu robi? Oplata
mnie ramieniem, a ja bezwiednie przytulam się do jego klatki
piersiowej. Bierze mnie na ręce. Czuję przez skórę jego
ciepło.
Zamykam oczy. Znowu jestem
w tamtym pokoju. Jest duszno i ciemno. Okna zasłonięte są jakąś
brudną szmatą, przez którą przedostają się pojedyncze promienie
słońca. Obserwuję małego, nieprzytomnego chłopca, który leży
na podłodze. Jest mocno związany grubym sznurem, boleśnie
wbijającym się w jego ciało. Z trudem oddycha. Po twarzy cieknie mu krew. Niedobrze
mi od jej zapachu...
Napastnik pobił go tak mocno, że połamał mu żebra. Chłopiec krzyczał i prosił, żeby go puścił, ale on nie reagował. Bił coraz mocniej i mocniej... Nie ma już siły, by wołać o pomoc. Dobrze wie, że nikt nie przyjdzie. Boi się. Tak bardzo się boi...
Za chwilę odzyska przytomność. Usłyszy kroki na kamiennych stopniach. On się zbliża... Chciałbym mu pomóc, ale nie mogę. Nie mogę się ruszyć, a zaraz będzie za późno! Niech tu ktoś przyjdzie! Niech go ratuje!
Jasnowłosy odzyskuje przytomność i patrzy mi w oczy błagalnym wzrokiem. Nie mogę... Nic nie mogę dla ciebie zrobić... Wybacz mi. Już za późno. Drzwi się otwierają. Jego olbrzymi cień zdaje się wypełniać całe pomieszczenie. Zginę tu... Nie chcę...!
Napastnik pobił go tak mocno, że połamał mu żebra. Chłopiec krzyczał i prosił, żeby go puścił, ale on nie reagował. Bił coraz mocniej i mocniej... Nie ma już siły, by wołać o pomoc. Dobrze wie, że nikt nie przyjdzie. Boi się. Tak bardzo się boi...
Za chwilę odzyska przytomność. Usłyszy kroki na kamiennych stopniach. On się zbliża... Chciałbym mu pomóc, ale nie mogę. Nie mogę się ruszyć, a zaraz będzie za późno! Niech tu ktoś przyjdzie! Niech go ratuje!
Jasnowłosy odzyskuje przytomność i patrzy mi w oczy błagalnym wzrokiem. Nie mogę... Nic nie mogę dla ciebie zrobić... Wybacz mi. Już za późno. Drzwi się otwierają. Jego olbrzymi cień zdaje się wypełniać całe pomieszczenie. Zginę tu... Nie chcę...!
- Eryku, pobawimy się?
- pyta chłopca, po czym wybucha śmiechem.
- Proszę...! Proszę,
przestań! Proszę!
Podchodzi bliżej i sięga
do kieszeni. Wyjmuje małe pudełko...
- Proszę, przestań!
- Obudź się! Słyszysz
mnie?! Obudź się! – Ktoś mną potrząsa. Kręci mi się w
głowie. Otwieram oczy. Jest jasno. Mój pokój... Simon tu
jest. Obudził mnie. Uratował. To tylko sen. To był tylko
sen...
Niedobrze mi. Odpycham go
od siebie i biegnę do łazienki. Zamykam drzwi i wymiotuję.
Wszystko mnie boli, każda
komórka ciała. Opieram się plecami o zimne kafelki. Ich chłód
przenika przez moją koszulę. Jak dobrze... Przyciągam kolana do
klatki piersiowej i obejmuję je ramionami. To tylko sen... Uspokój
się... To tylko sen... Już po wszystkim...
Staram się skoncentrować
na oddychaniu, by odzyskać panowanie nas sobą. Simon klęczy obok
mnie na podłodze. Nie wiem skąd się tu wziął. Wyważył drzwi?
Wszystko mi jedno... Znowu jest mi niedobrze.
- Możesz wstać? -
pyta cicho.
- Odejdź. Chcę być
sam...
- Nawet tak nie żartuj!
– ostrzega mnie.
Pomaga mi, co nie jest
wcale takie proste. Czuję, jak nogi odmawiają posłuszeństwa.
Upadłbym, gdyby nie to, że mnie podtrzymał.
Zanosi mnie do pokoju i
ostrożnie kładzie na łóżku. Oczy znowu potwornie pieką.
Pocieram je dłońmi, co tylko pogarsza sprawę.
- Zabierz ręce,
zakroplę ci oczy – jest delikatny.
Krople działają cuda. Pieczenie powoli ustępuje.
- Dziękuję – jestem
mu naprawdę wdzięczny. Po chwili kładzie mi
zimny ręcznik na czoło. - Lepiej?
- Tak.
Przez kilka minut leżę spokojnie, milcząc. Simon siada obok na łóżku.
- Opowiesz mi co ci się
śniło? - pyta cicho, jakby zwracał się do dziecka.
- Nie – odpowiadam
natychmiast.
- Dlaczego nie?
- Bo nie.
- To kiepskie
wytłumaczenie.
- Obecnie nie stać
mnie na lepsze. Która godzina?
- Dochodzi siódma rano.
Siódma rano... Ten sen
wytrącił mnie z równowagi. Nie pamiętam jaki jest plan dnia.
Rozglądam się za kalendarzem. Jest na biurku... Gdy chcę się
podnieść, by po niego pójść, powstrzymuje mnie.
- Wychodzimy dopiero
około jedenastej. Zostań tu, a ja pójdę po herbatę, dobrze?
- Dobrze.
Po kilku minutach wraca z
tacą. Podsuwa mi jedzenie. Od samego zapachu czuję nawracające
mdłości.
- Proszę, zabierz to... - błagam go.
- Nie będziesz jadł?
- Proszę... – niechętnie odsuwa tacę.
Nalewa mi herbaty.
Filiżanka drży w moich dłoniach.
- Pomogę ci –
odbiera mi ją, abym się nie oblał.
Po herbacie czuję się o
wiele lepiej. Żołądek już prawie nie boli. Tak samo głowa.
- Prześpij się
jeszcze. Obudzę cię przed wyjściem.
Nie ukrywam, jestem
bardzo zmęczony, ale nie chcę spać. Przeraża mnie myśl, że kolejny raz przeniosę się do tamtego pokoju. Walczę
z zamykającymi się powiekami, które tak uparcie nie chcą się
otwierać.
- Śpij, książę – zachęca, głaszcząc mnie po włosach – będę tu cały czas. Nie
pozwolę, aby ten sen powrócił. Nie bój się – jego głos mnie uspokaja, a ja tak bardzo chcę mu zaufać. Nawet jeśli to
potrwa tylko chwilę. Będzie tutaj... W razie czego obudzi mnie.
Przerwie ten koszmar... To chyba oznacza, że mogę go posłuchać,
prawda? Tylko na chwilę... Tylko na krótką chwilę...
- Eryku, obudź się –
zanim odzyskuję świadomość, czuję na policzku muśnięcie
ciepłej dłoni. Niechętnie unoszę powieki. Intensywna zieleń
jego spojrzenia sprawia, że przypomina mi się poranek, który
kiedyś spędziłem z rodzicami. Wstałem wcześnie rano, a oni
zabrali mnie na spacer do ogrodu. Świeciło słońce. Bawiłem się
z ulubionym psem taty, który lizał mnie po twarzy. Śmiałem się,
bo łaskotał mnie mokrym nosem. Mama i tata też się śmiali. To
było tak dawno temu... Odwracam wzrok, bo czuję, że oczy
mimowolnie zachodzą mi łzami.
- Wiem, że jesteś
zmęczony, ale za pół godziny powinniśmy wyjść.
- Dziękuję, że mnie
obudziłeś – siadam na łóżku.
Najwyższy czas się umyć i
przebrać. Dopilnować, aby ochrona spakowała prezenty dla dzieci z
oddziału onkologicznego, który dziś odwiedzam. Dzięki mnie nie zamknięto szpitala. Pomogłem w zakupie
sprzętu, o czym nikt nie wie, nawet dziadek. Bardzo by się
zdenerwował, gdyby wiedział ile wydałem bez jego wiedzy. Warto
było.
Zaczynam nieporadnie
odpinać guziki koszuli.
- Chcesz, żebym ci
pomógł? - Simon... Nadal tu jest... Muszę się go jak najszybciej
pozbyć.
- Nie. Mógłbyś dla
mnie zrobić coś innego? - pytam z nadzieją z głosie.
- Co takiego?
- Sprawdź, czy ochrona
spakowała zabawki do samochodu, dobrze?
- Masz na myśli te
paczki, które Jane przez tydzień owijała w papier? - upewnia się.
- Dokładnie tak.
Możesz się tym zająć?
- Oczywiście.
- Dziękuję. Za kilka
minut będę gotowy i możemy jechać.
Simon wychodzi.
Nie tracę czasu. Zabieram do łazienki pierwszy lepszy garnitur,
który wpada mi w ręce i w błyskawicznym tempie doprowadzam się
do porządku. Ponownie zakraplam oczy i chowam krople do kieszeni
marynarki, tak samo jak telefon, z którym się nie rozstaję. Przed domem czeka na mnie samochód.
- Gotowy? - pyta niepewnym głosem. Wiem
o co mu chodzi. Widziałem się z lustrze. Wyglądam koszmarnie.
- Tak – zapewniam go.
- Zjesz coś?
- Może później,
dobrze? - jedzenie to ostatnia rzecz na jaką mam w tej chwili ochotę.
- Później –
powtarza po mnie z naciskiem. Wiem, wiem... Potem coś zjem. Nie
martw się tak.
Odwiedziny na oddziale onkologicznym to
niesamowite doświadczenie. Dzieciaki nie traktują mnie z tak dużą
rezerwą jak dorośli. Wszystko im jedno czy zostanę królem, czy
mam wysoko postawionych znajomych, polityczne wpływy. Dla nich
jestem tylko Erykiem, który zdjął marynarkę i krawat i bawi się
z nimi do upadłego. Kupiłem im w prezencie gry
planszowe, które wymagają współpracy. Każdy chciał być ze mną
w drużynie, więc Simon musiał odliczać czas, aby nikt nie poczuł
się pominięty. Maluchy siadały mi na kolanach, opowiadały różne
historie. Większość z nich przechodzi trudne leczenie,
więc szybko się męczą. Zostałem obdarowany masą rysunków i kolejnym
zaproszeniem przez dyrektora. Jest dla mnie zawsze bardzo miły. Kto
wie, może podejrzewa prawdę, bo nikt nie odwiedza szpitala tak
często jak ja. Robiłbym to znacznie częściej, ale mam bardzo
napięty harmonogram.
- Widzimy się w
przyszłym miesiącu, książę? - siostra oddziałowa uśmiecha się pogodnie. Dobrze wie, że im częściej będę pojawiał się w
szpitalu, tym więcej pieniędzy wpłynie na leczenie małych
pacjentów.
- Jeśli mnie
zaprosicie, z przyjemnością przyjadę.
- Ostatnio długo cię
nie było, książę Eryku - próbuje wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia.
- Za to teraz będę
przyjeżdżał jeszcze częściej. Obiecuję.
- Wracaj szybko Eryku.
Następnym razem ich pokonamy – niektóre z dzieci będą tu także
podczas mojej kolejnej wizyty. Żałuję, że tak niewiele mogę dla
nich zrobić...
Macham im na pożegnanie,
gdy przykleją noski do szyby, obserwując jak wsiadam do samochodu.
Wtulam się w fotel
wdzięczny za chwilę spokoju. Zabawa z dziećmi wymaga dużych
pokładów energii, których obecnie mi brakuje. Zwłaszcza po
takiej nocy...
- Uśmiechnąłeś się
– głos Simona przerywa ciszę.
Siedzi na przeciwko mnie w
limuzynie z taką miną, jakby nagle urosła mi druga głowa.
Robię zdziwioną minę, bo nie rozumiem o czym mówi.
- W szpitalu. Gdy
pomagałeś im przy grze... uśmiechnąłeś się. Widziałem.
- Mówiłem ci, często
się śmieję. Co w tym takiego niezwykłego?
- Nieprawda.
Uśmiechnąłeś się szczerze pierwszy raz odkąd cię znam.
- I co w związku z
tym? - pytam odwracając wzrok – powiadomisz prasę, czy
telewizję? - otwarcie z niego drwię udając, że pochłonęły mnie widoki.
Wykorzystuje moją nieuwagę, odpina pasy i siada obok. Robi to tak sprawnie i szybko, że
ledwo zauważyłem.
- Zrób to jeszcze raz
– prosi.
- Ale co? - jestem
nieco skołowany jego zachowaniem.
- Uśmiechnij się do
mnie.
- Przestań sobie ze
mnie żartować. Opiłeś się syropem na kaszel w szpitalu, a teraz
bredzisz? Kradzież leków to przestępstwo. Z twojej winy mogą
mnie więcej nie zaprosić... - wcale mnie nie słucha.
Zamiast tego zatapia we mnie swoje zielone spojrzenie. Zdejmuje
mi okulary i odkłada na fotelu. Tylko tego brakowało...
- Uśmiechnij się –
prosi ponownie.
- Nie będę się
uśmiechał na zawołanie - oburzam się.
Jest tak blisko, że
zaczynam się go obawiać. Przypięty pasami do siedzenia nie mam
się jak ruszyć i on dobrze o tym wie. Dotyka mojego policzka. Chcę
go powstrzymać. Wyciągam rękę, lecz w ostatniej chwili waham
się. Znowu to ciepło... Przysuwa się jeszcze bliżej i patrząc
mi prosto w oczy muska moje usta swoimi.
Rozkoszny prąd spływa
iskrą wzdłuż kręgosłupa. Nie. To nie dzieje się
naprawdę... Mężczyzna lekko się cofa, by móc mi się lepiej
przyjrzec. A potem całuje kolejny raz, równie
delikatnie. Jego palce toną w moich włosach, przyciągając bliżej.
- Simon... - szepczę cicho, tuż przy jego ustach i opieram dłonie na
wielkiej klatce piersiowej w nadziei, że to go powstrzyma.
- Ciii... - przesuwa kciukiem po moich wargach, abym je lekko
rozchylił. Po chwili jego język bada już ich wnętrze.
Ciekawość... To
ciekawość pchnęła mnie o krok dalej. Chciałem wiedzieć, co się
stanie. Jak smakuje pocałunek... Nie wymuszony, nie brutalny, lecz
taki, w którym daje mi czas, żebym mógł się z nim oswoić. Opiera rękę tuż
za moją głową, by w razie czego zamortyzować uderzenie, gdyby
samochód zahamował. A potem wymaga, abym się lekko
odchylił do tyłu. Zatracam się...
Czuję się tak, jakbym
płynął. Unosił się... Wykraczał poza własne ciało do świata,
którego dotąd zupełnie nie znałem. Co więcej, nawet nie
wiedziałem o jego istnieniu. Z każdą chwilą coraz bardziej
poddaję się temu doznaniu. Poddaję się Simonowi... Wyrywa
mi się ciche westchnienie rozkoszy, które sprawia, że przylega
do mnie jeszcze bardziej. Topię się w cieple jego ciała..
Słyszę charakterystyczne kliknięcie, oznaczające odpinanie pasów
bezpieczeństwa, więc otwieram gwałtownie oczy, odsuwając go od siebie z całą stanowczością.
- Jesteś
najpiękniejszą istotą ludzką jaką kiedykolwiek widziałem – szepcze tuż przy moim uchu.
- Nie – mamroczę
cicho, zawstydzony swoim zachowaniem.
- Tak. Zrobiłbym dla
ciebie wszystko. A sposób, w jaki się uśmiechasz... Skradłeś
moje serce.
- Proszę... – staram
się wyplątać z jego ramion, ale on ani myśli by mnie puścić.
- Wszystko jest w tobie
idealne. Twoja porcelanowa skóra, srebrne oczy, jasne włosy, twój
dotyk, smak... Gdy patrzysz na mnie w taki sposób, mam ochotę zedrzeć z
ciebie ciuchy i pieścić przez długie godziny.
Zedrzeć ciuchy... To
stwierdzenie natychmiast przywołuje mnie do rzeczywistości.
- Nie! - powtarzam
bardziej zdecydowanym głosem, odpychając go.
- Co się stało,
Eryku? Zrobiłem coś nie tak?
- Puść mnie, bo zacznę krzyczeć! - żądam
kategorycznie.
- Przestraszyłem cię?
- dopytuje – Nie chciałem - próbuje się nieudolnie tłumaczyć.
Zamykam się w sobie i
zakładam okulary. Simom przestaje mnie dotykać i wraca na swoje
miejsce. Wiem, że jest zaskoczony moim zachowaniem. Posunął się
za daleko. Ja posunąłem się za daleko... Jeśli poznałby prawdę...
Nie, nie może jej poznać. Nie on. Gdyby wiedział, nigdy więcej nie
spojrzałby na mnie w ten szczególny sposób, który sprawia, że
zieleń jego oczu błyszczy opromieniona przez wewnętrzne
słońce. Zamiast tego już zawsze patrzyłby na mnie z litością...
Nie chcę tego. Nie chcę tych uczuć.
Kierowca parkuje pod
domem. Nie czekam aż otworzy drzwi. Szybko odpinam pasy i uciekam
do biblioteki, nie oglądając się za siebie. Dziadek zostawił mi
kilkanaście teczek z dokumentami. Od razu zabieram się za ich
przeglądanie. To tu jest moje miejsce. W tym ponurym pokoju,
wypełnionym opasłymi tomami książek. Ludzie
żyjący w ciemności, nie powinni obarczać nią innych, zwłaszcza
osób takich jak Simon. Nie zasłużył na to. Powinna otaczać nas
gruba szklana szyba, jak ta, która odgradza bibliotekę od
oranżerii. Inaczej egzotyczne kwiaty zwiędłyby w jej mroku... Nie
mogę dopuścić do tego, by wewnętrzne słońce Simona zostało
wchłonięte przez mrok, który we mnie mieszka.