poniedziałek, 2 maja 2016

Rozdział XII

„Humory księcia



Eryk

Dochodzi trzecia rano. Wreszcie pozwolono mi położyć się spać. Jestem tak zmęczony, że muszę mocno trzymać się poręczy, bo schody wydają się wirować. Oczy mnie pieką. Znowu zapomniałem o kroplach... Z trudem docieram do drzwi swojego pokoju. Jeszcze tylko kilka kroków... Staram się namierzyć klamkę. Gdy wyciągam rękę w jej stronę, ktoś mnie uprzedza. Simon...? Co on tu robi? Oplata mnie ramieniem, a ja bezwiednie przytulam się do jego klatki piersiowej. Bierze mnie na ręce. Czuję przez skórę jego ciepło.
Zamykam oczy. Znowu jestem w tamtym pokoju. Jest duszno i ciemno. Okna zasłonięte są jakąś brudną szmatą, przez którą przedostają się pojedyncze promienie słońca. Obserwuję małego, nieprzytomnego chłopca, który leży na podłodze. Jest mocno związany grubym sznurem, boleśnie wbijającym się w jego ciało. Z trudem oddycha. Po twarzy cieknie mu krew. Niedobrze mi od jej zapachu... 
Napastnik pobił go tak mocno, że połamał mu żebra. Chłopiec krzyczał i prosił, żeby go puścił, ale on nie reagował. Bił coraz mocniej i mocniej... Nie ma już siły, by wołać o pomoc. Dobrze wie, że nikt nie przyjdzie. Boi się. Tak bardzo się boi... 
Za chwilę odzyska przytomność. Usłyszy kroki na kamiennych stopniach. On się zbliża... Chciałbym mu pomóc, ale nie mogę. Nie mogę się ruszyć, a zaraz będzie za późno! Niech tu ktoś przyjdzie! Niech go ratuje! 
Jasnowłosy odzyskuje przytomność i patrzy mi w oczy błagalnym wzrokiem. Nie mogę... Nic nie mogę dla ciebie zrobić... Wybacz mi.  Już za późno. Drzwi się otwierają. Jego olbrzymi cień zdaje się wypełniać całe pomieszczenie. Zginę tu... Nie chcę...!
- Eryku, pobawimy się? - pyta chłopca, po czym wybucha śmiechem. 
- Proszę...! Proszę, przestań! Proszę! 
Podchodzi bliżej i sięga do kieszeni. Wyjmuje małe pudełko...
- Proszę, przestań! 
- Obudź się! Słyszysz mnie?! Obudź się! – Ktoś mną potrząsa. Kręci mi się w głowie. Otwieram oczy. Jest jasno. Mój pokój... Simon tu jest. Obudził mnie. Uratował. To tylko sen. To był tylko sen... 
Niedobrze mi. Odpycham go od siebie i biegnę do łazienki. Zamykam drzwi i wymiotuję.
Wszystko mnie boli, każda komórka ciała. Opieram się plecami o zimne kafelki. Ich chłód przenika przez moją koszulę. Jak dobrze... Przyciągam kolana do klatki piersiowej i obejmuję je ramionami. To tylko sen... Uspokój się... To tylko sen... Już po wszystkim... 
Staram się skoncentrować na oddychaniu, by odzyskać panowanie nas sobą. Simon klęczy obok mnie na podłodze. Nie wiem skąd się tu wziął. Wyważył drzwi? Wszystko mi jedno... Znowu jest mi niedobrze.
- Możesz wstać? - pyta cicho. 
- Odejdź. Chcę być sam...
- Nawet tak nie żartuj! – ostrzega mnie. 
Pomaga mi, co nie jest wcale takie proste. Czuję, jak nogi odmawiają posłuszeństwa. Upadłbym, gdyby nie to, że mnie podtrzymał.
Zanosi mnie do pokoju i ostrożnie kładzie na łóżku. Oczy znowu potwornie pieką. Pocieram je dłońmi, co tylko pogarsza sprawę. 
- Zabierz ręce, zakroplę ci oczy – jest delikatny. Krople działają cuda. Pieczenie powoli ustępuje. 
- Dziękuję – jestem mu naprawdę wdzięczny. Po chwili kładzie mi zimny ręcznik na czoło. - Lepiej?
- Tak. 
Przez kilka minut leżę spokojnie, milcząc. Simon siada obok na łóżku.
- Opowiesz mi co ci się śniło? - pyta cicho, jakby zwracał się do dziecka.
- Nie – odpowiadam natychmiast. 
- Dlaczego nie? 
- Bo nie. 
- To kiepskie wytłumaczenie. 
- Obecnie nie stać mnie na lepsze. Która godzina? 
- Dochodzi siódma rano. 
Siódma rano... Ten sen wytrącił mnie z równowagi. Nie pamiętam jaki jest plan dnia. Rozglądam się za kalendarzem. Jest na biurku... Gdy chcę się podnieść, by po niego pójść, powstrzymuje mnie.
- Wychodzimy dopiero około jedenastej. Zostań tu, a ja pójdę po herbatę, dobrze? 
- Dobrze. 
Po kilku minutach wraca z tacą. Podsuwa mi jedzenie. Od samego zapachu czuję nawracające mdłości.
- Proszę, zabierz to... - błagam go.
- Nie będziesz jadł? 
- Proszę... – niechętnie odsuwa tacę. 
Nalewa mi herbaty. Filiżanka drży w moich dłoniach.
- Pomogę ci – odbiera mi ją, abym się nie oblał. 
Po herbacie czuję się o wiele lepiej. Żołądek już prawie nie boli. Tak samo głowa.
- Prześpij się jeszcze. Obudzę cię przed wyjściem. 
Nie ukrywam, jestem bardzo zmęczony, ale nie chcę spać. Przeraża mnie myśl, że kolejny raz przeniosę się do tamtego pokoju. Walczę z zamykającymi się powiekami, które tak uparcie nie chcą się otwierać.
- Śpij, książę – zachęca, głaszcząc mnie po włosach – będę tu cały czas. Nie pozwolę, aby ten sen powrócił. Nie bój się – jego głos mnie uspokaja, a ja tak bardzo chcę mu zaufać. Nawet jeśli to potrwa tylko chwilę. Będzie tutaj... W razie czego obudzi mnie. Przerwie ten koszmar... To chyba oznacza, że mogę go posłuchać, prawda? Tylko na chwilę... Tylko na krótką chwilę... 
- Eryku, obudź się – zanim odzyskuję świadomość, czuję na policzku muśnięcie ciepłej dłoni. Niechętnie unoszę powieki. Intensywna zieleń jego spojrzenia sprawia, że przypomina mi się poranek, który kiedyś spędziłem z rodzicami. Wstałem wcześnie rano, a oni zabrali mnie na spacer do ogrodu. Świeciło słońce. Bawiłem się z ulubionym psem taty, który lizał mnie po twarzy. Śmiałem się, bo łaskotał mnie mokrym nosem. Mama i tata też się śmiali. To było tak dawno temu... Odwracam wzrok, bo czuję, że oczy mimowolnie zachodzą mi łzami.
- Wiem, że jesteś zmęczony, ale za pół godziny powinniśmy wyjść. 
- Dziękuję, że mnie obudziłeś – siadam na łóżku. 
Najwyższy czas się umyć i przebrać. Dopilnować, aby ochrona spakowała prezenty dla dzieci z oddziału onkologicznego, który dziś odwiedzam. Dzięki mnie nie zamknięto szpitala. Pomogłem w zakupie sprzętu, o czym nikt nie wie, nawet dziadek. Bardzo by się zdenerwował, gdyby wiedział ile wydałem bez jego wiedzy. Warto było.
Zaczynam nieporadnie odpinać guziki koszuli. 
- Chcesz, żebym ci pomógł? - Simon... Nadal tu jest... Muszę się go jak najszybciej pozbyć. 
- Nie. Mógłbyś dla mnie zrobić coś innego? - pytam z nadzieją z głosie.
- Co takiego? 
- Sprawdź, czy ochrona spakowała zabawki do samochodu, dobrze? 
- Masz na myśli te paczki, które Jane przez tydzień owijała w papier? - upewnia się.
- Dokładnie tak. Możesz się tym zająć? 
- Oczywiście. 
- Dziękuję. Za kilka minut będę gotowy i możemy jechać. 
Simon wychodzi. Nie tracę czasu. Zabieram do łazienki pierwszy lepszy garnitur, który wpada mi w ręce i w błyskawicznym tempie doprowadzam się do porządku. Ponownie zakraplam oczy i chowam krople do kieszeni marynarki, tak samo jak telefon, z którym się nie rozstaję. Przed domem czeka na mnie samochód.
- Gotowy? - pyta niepewnym głosem. Wiem o co mu chodzi. Widziałem się z lustrze. Wyglądam koszmarnie. 
- Tak – zapewniam go. 
- Zjesz coś? 
- Może później, dobrze? - jedzenie to ostatnia rzecz na jaką mam w tej chwili ochotę.
- Później – powtarza po mnie z naciskiem. Wiem, wiem... Potem coś zjem. Nie martw się tak. 
Odwiedziny na oddziale onkologicznym to niesamowite doświadczenie. Dzieciaki nie traktują mnie z tak dużą rezerwą jak dorośli. Wszystko im jedno czy zostanę królem, czy mam wysoko postawionych znajomych, polityczne wpływy. Dla nich jestem tylko Erykiem, który zdjął marynarkę i krawat i bawi się z nimi do upadłego. Kupiłem im w prezencie gry planszowe, które wymagają współpracy. Każdy chciał być ze mną w drużynie, więc Simon musiał odliczać czas, aby nikt nie poczuł się pominięty. Maluchy siadały mi na kolanach, opowiadały różne historie. Większość z nich przechodzi trudne leczenie, więc szybko się męczą. Zostałem obdarowany masą rysunków i kolejnym zaproszeniem przez dyrektora. Jest dla mnie zawsze bardzo miły. Kto wie, może podejrzewa prawdę, bo nikt nie odwiedza szpitala tak często jak ja. Robiłbym to znacznie częściej, ale mam bardzo napięty harmonogram.
- Widzimy się w przyszłym miesiącu, książę? - siostra oddziałowa uśmiecha się pogodnie. Dobrze wie, że im częściej będę pojawiał się w szpitalu, tym więcej pieniędzy wpłynie na leczenie małych pacjentów. 
- Jeśli mnie zaprosicie, z przyjemnością przyjadę. 
- Ostatnio długo cię nie było, książę Eryku - próbuje wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia.
- Za to teraz będę przyjeżdżał jeszcze częściej. Obiecuję. 
- Wracaj szybko Eryku. Następnym razem ich pokonamy – niektóre z dzieci będą tu także podczas mojej kolejnej wizyty. Żałuję, że tak niewiele mogę dla nich zrobić...
Macham im na pożegnanie, gdy przykleją noski do szyby, obserwując jak wsiadam do samochodu.
Wtulam się w fotel wdzięczny za chwilę spokoju. Zabawa z dziećmi wymaga dużych pokładów energii, których obecnie mi brakuje. Zwłaszcza po takiej nocy... 
- Uśmiechnąłeś się – głos Simona przerywa ciszę. 
Siedzi na przeciwko mnie w limuzynie z taką miną, jakby nagle urosła mi druga głowa.
Robię zdziwioną minę, bo nie rozumiem o czym mówi.
- W szpitalu. Gdy pomagałeś im przy grze... uśmiechnąłeś się. Widziałem. 
- Mówiłem ci, często się śmieję. Co w tym takiego niezwykłego? 
- Nieprawda. Uśmiechnąłeś się szczerze pierwszy raz odkąd cię znam. 
- I co w związku z tym? - pytam odwracając wzrok – powiadomisz prasę, czy telewizję? - otwarcie z niego drwię udając, że pochłonęły mnie widoki.
Wykorzystuje moją nieuwagę, odpina pasy i siada obok. Robi to tak sprawnie i szybko, że ledwo zauważyłem.
- Zrób to jeszcze raz – prosi. 
- Ale co? - jestem nieco skołowany jego zachowaniem. 
- Uśmiechnij się do mnie. 
- Przestań sobie ze mnie żartować. Opiłeś się syropem na kaszel w szpitalu, a teraz bredzisz? Kradzież leków to przestępstwo. Z twojej winy mogą mnie więcej nie zaprosić... - wcale mnie nie słucha. Zamiast tego zatapia we mnie swoje zielone spojrzenie. Zdejmuje mi okulary i odkłada na fotelu. Tylko tego brakowało...
- Uśmiechnij się – prosi ponownie. 
- Nie będę się uśmiechał na zawołanie - oburzam się.
Jest tak blisko, że zaczynam się go obawiać. Przypięty pasami do siedzenia nie mam się jak ruszyć i on dobrze o tym wie. Dotyka mojego policzka. Chcę go powstrzymać. Wyciągam rękę, lecz w ostatniej chwili waham się. Znowu to ciepło... Przysuwa się jeszcze bliżej i patrząc mi prosto w oczy muska moje usta swoimi.
Rozkoszny prąd spływa iskrą wzdłuż kręgosłupa. Nie. To nie dzieje się naprawdę... Mężczyzna lekko się cofa, by móc mi się lepiej przyjrzec. A potem całuje kolejny raz, równie delikatnie. Jego palce toną w moich włosach, przyciągając bliżej.
- Simon... - szepczę cicho, tuż przy jego ustach i opieram dłonie na wielkiej klatce piersiowej w nadziei, że to go powstrzyma. 
- Ciii... - przesuwa kciukiem po moich wargach, abym je lekko rozchylił. Po chwili jego język bada już ich wnętrze. 
Ciekawość... To ciekawość pchnęła mnie o krok dalej. Chciałem wiedzieć, co się stanie. Jak smakuje pocałunek... Nie wymuszony, nie brutalny, lecz taki, w którym daje mi czas, żebym mógł się z nim oswoić. Opiera rękę tuż za moją głową, by w razie czego zamortyzować uderzenie, gdyby samochód zahamował. A potem wymaga, abym się lekko odchylił do tyłu. Zatracam się...
Czuję się tak, jakbym płynął. Unosił się... Wykraczał poza własne ciało do świata, którego dotąd zupełnie nie znałem. Co więcej, nawet nie wiedziałem o jego istnieniu. Z każdą chwilą coraz bardziej poddaję się temu doznaniu. Poddaję się Simonowi... Wyrywa mi się ciche westchnienie rozkoszy, które sprawia, że przylega do mnie jeszcze bardziej. Topię się w cieple jego ciała.. 
Słyszę charakterystyczne kliknięcie, oznaczające odpinanie pasów bezpieczeństwa, więc otwieram gwałtownie oczy, odsuwając go od siebie z całą stanowczością.
- Jesteś najpiękniejszą istotą ludzką jaką kiedykolwiek widziałem – szepcze tuż przy moim uchu. 
- Nie – mamroczę cicho, zawstydzony swoim zachowaniem.
- Tak. Zrobiłbym dla ciebie wszystko. A sposób, w jaki się uśmiechasz... Skradłeś moje serce. 
- Proszę... – staram się wyplątać z jego ramion, ale on ani myśli by mnie puścić. 
- Wszystko jest w tobie idealne. Twoja porcelanowa skóra, srebrne oczy, jasne włosy, twój dotyk, smak... Gdy patrzysz na mnie w taki sposób, mam ochotę zedrzeć z ciebie ciuchy i pieścić przez długie godziny.
Zedrzeć ciuchy... To stwierdzenie natychmiast przywołuje mnie do rzeczywistości.
- Nie! - powtarzam bardziej zdecydowanym głosem, odpychając go. 
- Co się stało, Eryku? Zrobiłem coś nie tak?
- Puść mnie, bo zacznę krzyczeć! - żądam kategorycznie. 
- Przestraszyłem cię? - dopytuje – Nie chciałem - próbuje się nieudolnie tłumaczyć.
Zamykam się w sobie i zakładam okulary. Simom przestaje mnie dotykać i wraca na swoje miejsce. Wiem, że jest zaskoczony moim zachowaniem. Posunął się za daleko. Ja posunąłem się za daleko... Jeśli poznałby prawdę... Nie, nie może jej poznać. Nie on. Gdyby wiedział, nigdy więcej nie spojrzałby na mnie w ten szczególny sposób, który sprawia, że zieleń jego oczu błyszczy opromieniona przez wewnętrzne słońce. Zamiast tego już zawsze patrzyłby na mnie z litością... Nie chcę tego. Nie chcę tych uczuć.
Kierowca parkuje pod domem. Nie czekam aż otworzy drzwi. Szybko odpinam pasy i uciekam do biblioteki, nie oglądając się za siebie. Dziadek zostawił mi kilkanaście teczek z dokumentami. Od razu zabieram się za ich przeglądanie. To tu jest moje miejsce. W tym ponurym pokoju, wypełnionym opasłymi tomami książek. Ludzie żyjący w ciemności, nie powinni obarczać nią innych, zwłaszcza osób takich jak Simon. Nie zasłużył na to. Powinna otaczać nas gruba szklana szyba, jak ta, która odgradza bibliotekę od oranżerii. Inaczej egzotyczne kwiaty zwiędłyby w jej mroku... Nie mogę dopuścić do tego, by wewnętrzne słońce Simona zostało wchłonięte przez mrok, który we mnie mieszka.