czwartek, 5 maja 2016

Rozdział XIV

„Humory księcia



Eryk

Wspólne śniadanie... Kolejny koszmar. Siedzenie z dziadkiem przy jednym stole napawa mnie obrzydzeniem. Jeszcze tylko trochę. Wytrzymaj, już niedługo... Jak zawsze udaje miłego. Mizdrzy się do Simona. Gdybym mógł, starłbym mu ten fałszywy uśmiech z twarzy gołymi rękoma...
Simon wcale nie jest lepszy. Uważnie obserwuje co jem i czy w ogóle jem. Co go to obchodzi? Na moim miejscu też straciłby apetyt.
Przeglądam gazetę. Na trzeciej stronie podano informację, że zagraniczne konsorcjum wykupiło 20% zadłużonych akcji przemysłu odzieżowego. Ciekawe, bardzo ciekawe... Następny będzie sektor paliwowy, a po nim cukrownia hrabiego Ryszarda, jeśli mnie nie posłucha.
- Czytałeś? - pyta mnie dziadek – Ponoć konsorcjum jest zainteresowane królewskim młynem. 
- Nie wiedziałem, że młyn jest zadłużony – odpowiadam, śledząc kolejne zdania. 
- Oficjalnie nie jest. Pomagam im załatwić kredyt. Nie możemy dopuścić, aby ktoś obcy wykupił 30% akcji. Dawid straciłby pakiet kontrolny. - Ojej, biedny Dawid... 
- Kim jest Dawid? - szpieg jak zawsze niedoinformowany... 
- Simonie, przecież znasz Dawida. Chodziliście razem do szkoły. Był rok młodszy. To najlepszy przyjaciel Alana – uśmiecha się na samą wzmiankę swoim ulubieńcu. 
Szkoda, że ani słowem nie zająknął się o tym, że dzięki  wystawnemu życiu "najlepszego przyjaciela" ceny chleba poszły w górę. Każdy obywatel królestwa dołożył się do jego przyjęcia urodzinowego na jachcie, który sobie sprawił. Kolejny idiota...
- Dawid... Pamiętam go! Świetny facet – grono idiotów gwałtownie się powiększa.
- Alan uważa, że z Dawida będzie niezastąpiony doradca. Tak samo jak z Maxa. Pamiętasz Maxa?
 
- Max też zostanie doradcą? - cieszy się jak dziecko. 
Tak Simonie, Max też... Święta trójca. Jeden za wszystkich, wszyscy na dno... 
- To najwierniejsi przyjaciele Alana. 
- Dawid i Max dołączyli do naszej paczki krótko przed moim wyjazdem. Chciałbym się z nimi zobaczyć...
- Będziesz miał okazję. Król organizuje bal. Wszyscy na nim będą. 
- Naprawdę? - ekscytuje się Simon. 
- W sobotę, za dwa tygodnie. Eryk ci nie mówił? Zaproszenia już dawno leżą u niego na biurku. 
- Nie chcę iść – wtrącam się do rozmowy. 
- Nie opowiadaj głupstw. To twój obowiązek! Pójdziesz na bal i będziesz się dobrze zachowywał. Król i ja mamy dosyć twoich wygłupów. Pora, abyś zmienił swój stosunek do rodziny, Eryku. Spotkasz się z rodzicami, z Alanem. 
- Ale dziadku...! - protestuję cicho. 
- Dosyć tego! Zrobisz jak powiedziałem i bez dyskusji!
Odsuwam krzesło, okazuję mu szacunek, kłaniając się, po czym wychodzę z jadalni. Panowanie nad sobą w takiej chwili graniczy z cudem... Uciekam do swojego pokoju i zamykam drzwi. Dzisiaj pracuję w domu, więc mogę się tu na trochę schować. Niedługo przyjdzie Jane. Pomoże mi wywieźć z domu wszystkie książki. Będę za nimi tęsknił, lecz za dobrze znam dziadka i wiem, że bez problemu mógłby spełnić swoją podłą groźbę. Tylko one mi zostały. Muszę je ochronić. 
Ktoś puka do drzwi.
- Książę, jesteś tutaj? Otwórz drzwi. 
Znowu on... Niechętnie przekręcam klucz. Natychmiast wchodzi do środka, nie czekając na moje zaproszenie.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o balu? - biedny Kopciuszek...
- Nie wybieram się, więc o czym tu mówić?
- Twój dziadek uważa inaczej. Sam słyszałeś. Nie cieszysz się, na spotkanie rodziców i brata? - przepełnia go nadziej na happy end. Naiwniak...
- Nie - odpowiadam ponurym głosem.
- Dlaczego taki jesteś? Dziadek mówił mi, że bardzo za tobą tęsknią. Zwłaszcza Alan. 
- Simon, nie wiesz o czym mówisz – przerywam mu, zirytowany.
- Ponoć rodzice rozważają, czy nie wybaczyć ci dawnych błędów. Bal to idealna okazja, aby porozmawiać. Będziesz mógł wrócić do domu!
- Tylko nie płacz – ostrzegam zielonookiego. Rodzinne akcenty świetnie do niego pasują. 
- Eryku, to twoja rodzina. Nie możesz ich skreślić! - nalega coraz mocniej, abym wykrzesał jakieś ciepłe uczucia względem mamusi i tatusia oraz brata. Nie jestem tobą, Simonie...
- Coś ci się pomyliło. To oni skreślili mnie, nie ja ich - prostuję jego słowa.
- Nieporozumienia zdarzają się wszystkim. Porozmawiacie i znowu będziecie żyć razem. Tak to już jest. 
- Nie mam już rodziny, więc przestań opowiadać bzdury. Nie wybaczę im. Ani teraz, ani na balu, ani nigdy. Rozumiesz? 
Próbuję go wyminąć, by wyjść z pokoju, ale łapie mnie za ramię.
- Zachowujesz się jak nieznośne dziecko. Rodzice i brat kolejny raz wyciągają do ciebie rękę, a ty ich odpychasz. 
- Przykro mi. 
- Co się między wami wydarzyło, że nie możesz spróbować? - Simon znowu próbuje mnie podejść. 
- Nic. Było tak jak powiedziałeś. Zachowywałem się nieznośnie, a oni mnie wyrzucili. Koniec historii. 
- A teraz chcą cię z powrotem. Powinieneś się cieszyć. 
- Za późno – wyrywam mu się. 
W bibliotece czeka na mnie Jane.
- Dzień dobry książę – uśmiecha się. 
- Jane, dobrze, że jesteś! Potrzebuję twojej pomocy. Wywożę książki z domu. Trzeba je spakować. Zajmiesz się tym dzisiaj, dobrze? - proszę moją asystentkę.
- Wszystkie książki? - pyta zaskoczona. 
- Nie, tylko te cenne. Zamówiłem transport. Kierowca przyjedzie po południu. 
- Książę, nie wiem czy dam radę zrobić to dzisiaj... – martwi się.
- Dasz radę, Jane. Ty zajmiesz się pakowaniem, a ja resztą, dobrze? Książki muszą stąd wyjechać zanim dziadek wróci do domu. 
- Pomogę ci, Jane – ofiarowuje się Simon. 
- Dziękuję – dziewczyna uśmiecha się, wdzięczna za tę propozycję.
Po chwili przynosi mi na biurko telefon, kalendarz oraz stos listów do przejrzenia, a sama zabiera się do pakowania.
Przeglądam korespondencję. Nie znajduję nic pilnego, co nie mogłoby poczekać. Jeden z listów wydaje mi się podejrzany. Koperta jest mała, lecz z grubszego papieru. Wygląda jak robiona na zamówienie. Dyskretnie spoglądam w kierunku Simona. Nie zwraca na mnie uwagi, zaabsorbowany pudłami. Serce zaczyna mi szybciej bić. Nie dam się zastraszyć. Przesuwam ostrze noża wzdłuż krawędzi i wyjmuję złożoną kartkę. „Zabiję cię z prawdziwą przyjemnością”. Kolejny raz użył liter wyciętych z gazety. Odkładam kartkę do koperty i chowam do kieszeni marynarki. Znowu grozi mi śmiercią... Cokolwiek się ze mną stanie, prawda i tak zostanie ujawniona. Nie powstrzymasz mnie. Przed 15.00 podjeżdża furgonetka. Dwóch pracowników firmy kurierskiej zostaje wpuszczonych do biblioteki przez kamerdynera. Podpisuję zlecenie i robię przelew, używając telefonu. Wyciągam z kieszeni plik banknotów i wręczam jednemu nich. Mężczyzna uśmiecha się do mnie porozumiewawczo. Moje książki są bezpieczne.
- Udało się – moja asystentka wygląda na zmęczoną. 
- Dobrze się spisałaś, Jane. Możesz już wracać do domu. 
- Dziękuję, książę. Do zobaczenia jutro - żegna się ze mną.
Rozglądam się po pomieszczeniu. Czuję się dziwnie osamotniony, jakbym wysyłał rodzinę w bardzo daleką podróż. Nie mogę zaryzykować utraty tak cennych zbiorów. Na szczęście są osoby, które przechowają je dla mnie, nie zadając zbędnych pytań.
- A ja? Też zasłużyłem na pochwałę - zupełnie zapomniałem o Simonie. 
- Dlaczego miałbym cię chwalić? 
- Bo pochwaliłeś Jane, a ja jej pomagałem - domaga się mojej uwagi.
Siadam na fotelu i zdejmuję okulary, które odkłam na biurko. Jego marudzenie to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę.
- Chcę to usłyszeć – nalega na mnie. 
- Co chcesz usłyszeć? - pytam, nie otwierając oczu, które znowu zaczynają nieprzyjemnie szczypać. 
- Że dobrze się spisałem – podpowiada mi przymilnym głosem. 
- Nic nie zrobiłeś – droczę się z nim, bo wiem, że ma obsesję na swoim punkcie. 
- Jak to nie?! Dźwigałem pudła! 
- Były za ciężkie dla Jane. Poza tym biorąc pod uwagę, że większość czasu spędzasz na sofie, powinieneś być mi wdzięczny za jakiekolwiek zajęcie. 
Otwieram zmęczone oczy. Zawiedziony Simon podchodzi do mnie i opiera ręce na oparciu, blokując drogę ucieczki.
- Ty niewdzięczny, mały... - jego wywód zostaje przerwany przez pukanie do drzwi. 
- Proszę – uśmiecham się ironicznie do mężczyzny, który zmuszony jest się cofnąć.
- Jeszcze cię dopadnę – ostrzega cicho. 
- Wasza wysokość, przyszedł pan Konrad - informuje mnie królewski kamerdyner.
- Poproś go - służący wpuszcza prawnika i zamyka za nim bezszelestnie ciężkie drzwi.
- Eryku, coś się stało? Przyjechałem najszybciej jak mogłem - mąż lady Anny wydaje się zafrapowany nagłym zaproszeniem.
- Dziękuję. Wiem, że jesteś zajęty, ale mam do ciebie prośbę. Usiądź, proszę – wskazuję mu fotel naprzeciwko mojego. 
Znam Konrada już jakiś czas i wiem, że łatwo odczytać emocje z jego twarzy. Nie wychowywał się w takim zakłamaniu jak ja, więc nie nakłada maski obojętności, która cechuje arystokratów. Nawet Simon wyćwiczył w sobie tę umiejętność, lecz uważny obserwator bez przeszkód dostrzeże jak drgają mu mięśnie twarzy, gdy jest zdenerwowany lub mocno skoncentrowany.
Konrad patrzy na mnie mieszanką ciekawości i lekkiej obawy. Pewnie zna wszystkie rodzinne legendy na mój temat... Dziś powstanie następna... 
- Nie ukrywam, że zaskoczył mnie twój telefon. Nigdy mnie o nic nie prosiłeś. W czym mogę ci pomóc? 
- Chciałbym, abyś coś dla mnie zrobił. Obiecaj, że to o co poproszę zostanie tylko między nami, dobrze?
- Między nami? - mężczyzna powtarza moje słowa, zerkając dyskretnie na mojego osobistego ochroniarza. 
- Nim się nie przejmuj – rzucam Simonowi złośliwe spojrzenie – i tak nie zrozumie. 
- Nie patrzcie na mnie jak na wroga – broni się ochroniarz – Eryku, przecież wiesz, że możesz mi zaufać. Nikomu nic nie powiem. 
- No dobrze, w takim razie co mam zrobić? - mąż Anny jest coraz bardziej zaintrygowany. 
- Chcę, abyś sporządził mój testament. 
- Eryku... Nie sądzisz, że jeszcze na to za wcześnie? Jesteś młody i... - taka reakcja była do przewidzenia. 
Kątem oka dostrzegam zdenerwowanie na twarzy zielonookiego. On też się tego nie spodziewał.
- Wiesz, że ktoś grozi mi śmiercią, prawda? Wolę być przygotowany na każdą ewentualność. 
- Mimo to nie sądzę, aby... 
- Proszę, nie odmawiaj mi. Wszystko przygotowałem, wystarczy, że sporządzisz dokumenty. 
Konrad jest zagubiony. Stara się traktować sprawę profesjonalnie, lecz nie umie.
- No dobrze, zrobię to – podejmuje decyzję bez entuzjazmu. 
Wyciągam telefon z kieszeni i przesyłam mu plik z niezbędnymi danymi. 
- Pamiętaj, nikomu ani słowa.
- Od teraz jesteś moim klientem. Nawet gdybym chciał, nikomu niczego nie powiem. Masz na to moje słowo. 
- Dziękuję - uśmiecham się, by dodać mu otuchy.
- Jesteś tylko niewiele starszy niż moje dzieciaki – mówi cicho, przyglądając mi się. Wypowiada te słowa w taki sposób, jakby myślał na głos. To dobry człowiek. Dokonałem słusznego wyboru. 
- To na wszelki wypadek, żebym mógł spać spokojnie - bagatelizuję zagrożenie.
- Przygotuję dokumenty w ciągu najbliższych kilku dni. Albo nie, podpiszesz je, gdy przyjedziecie na kolację, dobrze? - proponuje.
- Dobrze - zgadzam się.
- Nie zapomnij pieczęci. Bez niej testament będzie nieważny. 
- Oczywiście. 
- Eryku... Jesteś tego pewny? - pyta z nadzieją w głosie. 
- Tak – odpowiadam spokojnie - najzupełniej pewien.
- W takim razie do zobaczenia. 
Obserwuję jak odjeżdża. Przyszedł do mnie pełen werwy i entuzjazmu, a wychodzi stąd smutny i zamyślony. Przykro mi, że padło na niego, ale nie mam nikogo innego, komu mógłbym zaufać. Ciężko mi, że obarczyłem go tym obowiązkiem. Od teraz on także będzie patrzył na mnie zupełnie inaczej...
Kolejny raz zdejmuję okulary i zamykam na chwilę oczy. Muszę je znowu zakroplić, inaczej nie będę mógł czytać. Sprawdzam kieszenie marynarki. Musiałem zostawić krople w swoim pokoju. Wstaję od biurka. 
- Idę na górę, zapomniałem kropli – informuję Simona. 
- Pójdę z tobą. 
- Nie musisz, zaraz wracam. 
- Nie jesteś zmęczony? - pyta z troską w głosie. Jestem. Jestem bardzo zmęczony. Dochodzi 17.00, a ja mam wrażenie, że jest 23.00, a pracować będę kolejnych sześc godzin. Cudownie...
Zostawiam mężczyznę i kieruję się na górę do swojego pokoju. Krople leżą na biurku. Simon, niczym cień, pojawia się za moimi plecami. Nie mam dla siebie nawet dwóch minut spokoju...Wykład na temat testamentu rozpocznie się za 3... 2... 1...
- Eryku... 
- Proszę – ubiegam go i wyciągam rękę w jego stronę, podając mu buteleczkę. Tak jak przypuszczałem od razu spełnia moją prośbę. Zdejmuję okulary i odkładam na biurku. Kontury od razu stają się mniej ostre. Z trudem dostrzegam jego twarz.
Odchylam lekko głowę do tyłu. Nie lubię, gdy mnie dotyka, ale nie mam siły tłumaczyć mu wszystkiego kolejny raz. Wiem, że to zajęcie skutecznie odwróci jego uwagę.
Jest bardzo delikatny. Obchodzi się ze mną jak z jajkiem. Zupełnie niepotrzebnie. Już dawno zostałem potłuczony...
- Dziękuję – przymykam powieki, gdy cała operacja dobiega końca. 
- Oczy cię bolą, prawda? 
- Tylko trochę szczypią. Zaraz mi przejdzie. 
- Nie chcesz się położyć chociaż na chwilę? 
- Położyć? Nie przeczytałem dokumentacji. Jeśli tego nie skończę, dziadek mnie zabije. 
- Możesz skończyć jutro.
- Jutro czeka mnie inna dokumentacja i inny raport. Właśnie, raportu też nie napisałem – niechętnie podnoszę się z krzesła i przeciągam. 
Wracamy do biblioteki, gdzie z trudem udaje mi się ukończyć pracę. Dziadek wraca późnym wieczorem. Ból oczu znacznie się nasila. Jemy razem kolację. Ledwo widzę talerz. 
Po posiłku dziadek i Simon opróżniają kolejną butelkę koniaku, a ja idę do swojego pokoju. Siadam na łóżku. Jestem wyczerpany. Ostatkiem sił odwiązuję krawat. Simon bez pukania wchodzi do środka.
- Wyjdź – każę mu, nie czekając na jego tłumaczenia. 
- Zostawiłeś krople – być może pokazuje mi butelkę. Nie wiem. Widzę tylko plamę koloru. 
Popycha mnie na pościel. Po chwili czuję dotyk ciepłej dłoni na policzku i to boskie ukojenie, które daje żelowy specyfik. Głowa od razu mniej boli.
Jestem senny, ale sadystyczny ochroniarz musi mnie podręczyć. 
Pochyla się nade mną i wyjmuje z kieszeni marynarki anonim, który przed nim schowałem. Słyszę delikatny szelest papieru.
- Cały dzień zastanawiałem się kiedy mi o nim powiesz, Eryku. 
- Czytanie cudzej korespondencji to przestępstwo – pouczam go. 
- Ktoś grozi ci śmiercią.
- Naprawdę?  - udaję zaskoczonego. 
- To poważna sprawa - wymachuje mi kopertą przed nosem.
- To się tym zajmij, jeśli chcesz. Ja idę spać.
- Jesteś nieznośny. Uparty. Wredny – wylicza rozwścieczony. 
- Weź sobie te kartki, skoro tak bardzo ci się podobają. Zawołaj chłopaków i wpatrujcie się w nie do rana.
- To nie jest śmieszne - syczy gniewnie.
- Jest. 
- Nie boisz się? - znowu robi się poważny.
- Nie boję.
- A testament? 
- To tylko dokument. Wiele osób tak robi. To nic nadzwyczajnego. 
- Konradowi powiedziałeś coś innego... - zauważa.
- Powiedziałem mu to, co chciał usłyszeć. 
- A mi co powiesz? - dopytuje.
- Prawdę. Nie boję się śmierci. Nie boję się porwania ani anonimów. Nie dam się zastraszyć. Nie chcę, aby moje pieniądze dostały się dziadkowi, rozumiesz? Teraz jest idealny moment. Moja decyzja nie wzbudzi niczyich podejrzeń. 
- Eryku, nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził - gdybym nie był tak zmęczony, to pewnie zaśmiałbym mu się w twarz. Ty chcesz mnie ochronić? Sam? Biedny, naiwny Simon. Nadal nie rozumiesz, że mój los już jest przesądzony?
-  Przestań panikować - proszę, ale on podrywa się z pościeli i przekłada nogę przez moje biodra. Jestem w potrzasku.
- Spójrz mi w oczy - każe. 
- Simon, proszę cię... Jestem wykończony, oczy mnie bolą. Nie mam ochoty na żarty. 
Mężczyzna puszcza moje ręce i pochyla się nade mną. Im jest bliżej, tym wyraźniej go widzę.
- Zaufaj mi – szepcze  cicho, tuż przy moim uchu.
Jego oddech drażni wrażliwą skórę. Czuję dziwne napięcie, gdy dociska usta do mojego policzka. Próbuję się uwolnić. 
- Leż grzecznie – ostrzega - nic ci nie zrobię.
Pocałunki są czułe. Przymykam powieki, gdy muska moje usta swoimi albo głaszcze po włosach. Chowam się w jego ramionach. Jest ciepły i ładnie pachnie. Zasypiam, zbyt zmęczony, by z nim walczyć.