„Humory księcia”
Eryk
Wspólne śniadanie...
Kolejny koszmar. Siedzenie z dziadkiem przy jednym stole napawa mnie
obrzydzeniem. Jeszcze tylko trochę. Wytrzymaj, już niedługo... Jak
zawsze udaje miłego. Mizdrzy się do Simona. Gdybym mógł, starłbym
mu ten fałszywy uśmiech z twarzy gołymi rękoma...
Simon wcale nie jest
lepszy. Uważnie obserwuje co jem i czy w ogóle jem. Co go to
obchodzi? Na moim miejscu też straciłby apetyt.
Przeglądam gazetę. Na
trzeciej stronie podano informację, że zagraniczne konsorcjum
wykupiło 20% zadłużonych akcji przemysłu odzieżowego. Ciekawe,
bardzo ciekawe... Następny będzie sektor paliwowy, a po nim
cukrownia hrabiego Ryszarda, jeśli mnie nie posłucha.
- Czytałeś? -
pyta mnie dziadek – Ponoć konsorcjum jest zainteresowane
królewskim młynem. - Nie wiedziałem, że młyn jest zadłużony – odpowiadam, śledząc kolejne zdania.
- Oficjalnie nie jest. Pomagam im załatwić kredyt. Nie możemy dopuścić, aby ktoś obcy wykupił 30% akcji. Dawid straciłby pakiet kontrolny. - Ojej, biedny Dawid...
- Kim jest Dawid? - szpieg jak zawsze niedoinformowany...
- Simonie, przecież znasz Dawida. Chodziliście razem do szkoły. Był rok młodszy. To najlepszy przyjaciel Alana – uśmiecha się na samą wzmiankę swoim ulubieńcu.
Szkoda, że ani słowem
nie zająknął się o tym, że dzięki wystawnemu życiu "najlepszego przyjaciela" ceny
chleba poszły w górę. Każdy obywatel królestwa dołożył się
do jego przyjęcia urodzinowego na jachcie, który sobie sprawił.
Kolejny idiota...
- Dawid... Pamiętam
go! Świetny facet – grono idiotów gwałtownie się powiększa.
- Alan uważa, że z Dawida będzie niezastąpiony doradca. Tak samo jak z Maxa. Pamiętasz Maxa?
- Alan uważa, że z Dawida będzie niezastąpiony doradca. Tak samo jak z Maxa. Pamiętasz Maxa?
- Max też zostanie
doradcą? - cieszy się jak dziecko.
Tak Simonie, Max też...
Święta trójca. Jeden za wszystkich, wszyscy na dno...
- To
najwierniejsi przyjaciele Alana.
- Dawid i Max dołączyli
do naszej paczki krótko przed moim wyjazdem. Chciałbym się z nimi
zobaczyć...
- Będziesz miał
okazję. Król organizuje bal. Wszyscy na nim będą.
- Naprawdę? -
ekscytuje się Simon.
- W sobotę, za dwa
tygodnie. Eryk ci nie mówił? Zaproszenia już dawno leżą u niego
na biurku.
- Nie chcę iść –
wtrącam się do rozmowy.
- Nie opowiadaj
głupstw. To twój obowiązek! Pójdziesz na bal i będziesz się
dobrze zachowywał. Król i ja mamy dosyć twoich wygłupów. Pora,
abyś zmienił swój stosunek do rodziny, Eryku. Spotkasz się z
rodzicami, z Alanem.
- Ale dziadku...! -
protestuję cicho.
- Dosyć tego! Zrobisz
jak powiedziałem i bez dyskusji!
Odsuwam krzesło, okazuję mu szacunek, kłaniając się, po czym wychodzę z jadalni. Panowanie nad sobą w takiej chwili graniczy z cudem... Uciekam do swojego pokoju i zamykam drzwi. Dzisiaj pracuję w domu, więc mogę się tu na trochę schować. Niedługo przyjdzie Jane. Pomoże mi wywieźć z domu wszystkie książki. Będę za nimi tęsknił, lecz za dobrze znam dziadka i wiem, że bez problemu mógłby spełnić swoją podłą groźbę. Tylko one mi zostały. Muszę je ochronić.
Odsuwam krzesło, okazuję mu szacunek, kłaniając się, po czym wychodzę z jadalni. Panowanie nad sobą w takiej chwili graniczy z cudem... Uciekam do swojego pokoju i zamykam drzwi. Dzisiaj pracuję w domu, więc mogę się tu na trochę schować. Niedługo przyjdzie Jane. Pomoże mi wywieźć z domu wszystkie książki. Będę za nimi tęsknił, lecz za dobrze znam dziadka i wiem, że bez problemu mógłby spełnić swoją podłą groźbę. Tylko one mi zostały. Muszę je ochronić.
Ktoś puka do drzwi.
- Książę, jesteś
tutaj? Otwórz drzwi.
Znowu on... Niechętnie
przekręcam klucz. Natychmiast wchodzi do
środka, nie czekając na moje zaproszenie.
- Dlaczego nie
powiedziałeś mi o balu? - biedny Kopciuszek...
- Nie wybieram się,
więc o czym tu mówić?
- Twój dziadek uważa
inaczej. Sam słyszałeś. Nie cieszysz się, na spotkanie rodziców
i brata? - przepełnia go nadziej na happy end. Naiwniak...
- Nie - odpowiadam ponurym głosem.
- Dlaczego taki jesteś?
Dziadek mówił mi, że bardzo za tobą tęsknią. Zwłaszcza Alan.
- Simon, nie wiesz o
czym mówisz – przerywam mu, zirytowany.
- Ponoć rodzice
rozważają, czy nie wybaczyć ci dawnych błędów. Bal to
idealna okazja, aby porozmawiać. Będziesz mógł wrócić do domu!
- Tylko nie płacz –
ostrzegam zielonookiego. Rodzinne akcenty świetnie do niego pasują.
- Eryku, to twoja
rodzina. Nie możesz ich skreślić! - nalega coraz mocniej, abym wykrzesał jakieś ciepłe uczucia względem mamusi i tatusia oraz brata. Nie jestem tobą, Simonie...
- Coś ci się pomyliło. To oni skreślili mnie, nie ja ich - prostuję jego słowa.
- Nieporozumienia
zdarzają się wszystkim. Porozmawiacie i znowu będziecie żyć
razem. Tak to już jest.
- Nie mam
już rodziny, więc przestań opowiadać bzdury. Nie wybaczę im. Ani
teraz, ani na balu, ani nigdy. Rozumiesz?
Próbuję go wyminąć, by
wyjść z pokoju, ale łapie mnie za ramię.
- Zachowujesz się jak
nieznośne dziecko. Rodzice i brat kolejny raz wyciągają do ciebie
rękę, a ty ich odpychasz.
- Przykro mi.
- Co się między wami wydarzyło, że nie możesz spróbować? - Simon znowu próbuje mnie
podejść.
- Nic. Było tak jak
powiedziałeś. Zachowywałem się nieznośnie, a oni mnie
wyrzucili. Koniec historii.
- A teraz chcą cię z
powrotem. Powinieneś się cieszyć.
- Za późno –
wyrywam mu się.
W bibliotece czeka na
mnie Jane.
- Dzień dobry książę
– uśmiecha się.
- Jane, dobrze, że
jesteś! Potrzebuję twojej pomocy. Wywożę książki z domu. Trzeba je spakować. Zajmiesz się tym dzisiaj, dobrze? - proszę moją asystentkę.
- Wszystkie książki?
- pyta zaskoczona.
- Nie, tylko te cenne.
Zamówiłem transport. Kierowca przyjedzie po południu.
- Książę, nie wiem
czy dam radę zrobić to dzisiaj... – martwi się.
- Dasz radę, Jane. Ty
zajmiesz się pakowaniem, a ja resztą, dobrze? Książki
muszą stąd wyjechać zanim dziadek wróci do domu.
- Pomogę ci, Jane –
ofiarowuje się Simon.
- Dziękuję –
dziewczyna uśmiecha się, wdzięczna za tę propozycję.
Po chwili przynosi mi na
biurko telefon, kalendarz oraz stos listów do przejrzenia, a sama
zabiera się do pakowania.
Przeglądam
korespondencję. Nie znajduję nic pilnego, co nie mogłoby
poczekać. Jeden z listów wydaje mi się podejrzany. Koperta jest
mała, lecz z grubszego papieru. Wygląda jak robiona na zamówienie.
Dyskretnie spoglądam w kierunku Simona. Nie zwraca na mnie uwagi,
zaabsorbowany pudłami. Serce zaczyna mi szybciej bić. Nie dam się
zastraszyć. Przesuwam ostrze noża wzdłuż krawędzi i wyjmuję
złożoną kartkę. „Zabiję cię z prawdziwą przyjemnością”.
Kolejny raz użył liter wyciętych z gazety. Odkładam kartkę do
koperty i chowam do kieszeni marynarki. Znowu grozi mi śmiercią...
Cokolwiek się ze mną stanie, prawda i tak zostanie ujawniona. Nie powstrzymasz mnie. Przed 15.00 podjeżdża
furgonetka. Dwóch pracowników firmy kurierskiej zostaje
wpuszczonych do biblioteki przez kamerdynera. Podpisuję zlecenie i
robię przelew, używając telefonu. Wyciągam z kieszeni plik
banknotów i wręczam jednemu nich. Mężczyzna uśmiecha się do
mnie porozumiewawczo. Moje książki są bezpieczne.
- Udało się – moja asystentka wygląda na zmęczoną.
- Dobrze się spisałaś,
Jane. Możesz już wracać do domu.
- Dziękuję, książę.
Do zobaczenia jutro - żegna się ze mną.
Rozglądam się po
pomieszczeniu. Czuję się dziwnie
osamotniony, jakbym wysyłał rodzinę w bardzo daleką podróż.
Nie mogę zaryzykować utraty tak cennych zbiorów. Na szczęście
są osoby, które przechowają je dla mnie, nie zadając zbędnych
pytań.
- A ja? Też zasłużyłem na pochwałę
- zupełnie zapomniałem o Simonie.
- Dlaczego miałbym cię
chwalić?
- Bo pochwaliłeś
Jane, a ja jej pomagałem - domaga się mojej uwagi.
Siadam na fotelu i
zdejmuję okulary, które odkłam na biurko. Jego marudzenie to
ostatnia rzecz na jaką mam ochotę.
- Chcę to usłyszeć –
nalega na mnie.
- Co chcesz usłyszeć?
- pytam, nie otwierając oczu, które znowu zaczynają nieprzyjemnie
szczypać.
- Że dobrze się
spisałem – podpowiada mi przymilnym głosem.
- Nic nie zrobiłeś –
droczę się z nim, bo wiem, że ma obsesję na swoim punkcie.
- Jak to nie?!
Dźwigałem pudła!
- Były za ciężkie
dla Jane. Poza tym biorąc pod uwagę, że większość czasu
spędzasz na sofie, powinieneś być mi wdzięczny za jakiekolwiek
zajęcie.
Otwieram zmęczone oczy. Zawiedziony Simon podchodzi do mnie i opiera ręce na oparciu,
blokując drogę ucieczki.
- Ty niewdzięczny,
mały... - jego wywód zostaje przerwany przez pukanie do drzwi.
- Proszę – uśmiecham
się ironicznie do mężczyzny, który zmuszony jest się cofnąć.
- Jeszcze cię dopadnę
– ostrzega cicho.
- Wasza wysokość,
przyszedł pan Konrad - informuje mnie królewski kamerdyner.
- Poproś go - służący wpuszcza prawnika i zamyka za nim bezszelestnie ciężkie drzwi.
- Eryku, coś się
stało? Przyjechałem najszybciej jak mogłem - mąż lady Anny wydaje się zafrapowany nagłym zaproszeniem.- Dziękuję. Wiem, że jesteś zajęty, ale mam do ciebie prośbę. Usiądź, proszę – wskazuję mu fotel naprzeciwko mojego.
Znam Konrada już jakiś
czas i wiem, że łatwo odczytać emocje z jego twarzy. Nie
wychowywał się w takim zakłamaniu jak ja, więc nie nakłada
maski obojętności, która cechuje arystokratów. Nawet Simon
wyćwiczył w sobie tę umiejętność, lecz uważny obserwator bez
przeszkód dostrzeże jak drgają mu mięśnie twarzy, gdy jest
zdenerwowany lub mocno skoncentrowany.
Konrad patrzy na mnie
mieszanką ciekawości i lekkiej obawy. Pewnie zna wszystkie
rodzinne legendy na mój temat... Dziś powstanie następna...
- Nie ukrywam, że
zaskoczył mnie twój telefon. Nigdy mnie o nic nie prosiłeś. W
czym mogę ci pomóc?
- Chciałbym, abyś coś
dla mnie zrobił. Obiecaj, że to o co poproszę zostanie tylko między nami,
dobrze?
- Między nami? -
mężczyzna powtarza moje słowa, zerkając dyskretnie na mojego osobistego ochroniarza.
- Nim się nie przejmuj
– rzucam Simonowi złośliwe spojrzenie – i tak nie zrozumie.
- Nie patrzcie na mnie jak na wroga – broni się ochroniarz – Eryku, przecież wiesz, że
możesz mi zaufać. Nikomu nic nie powiem.
- No dobrze, w takim
razie co mam zrobić? - mąż Anny jest coraz bardziej zaintrygowany.
- Chcę, abyś
sporządził mój testament.
- Eryku... Nie sądzisz,
że jeszcze na to za wcześnie? Jesteś młody i... - taka reakcja
była do przewidzenia.
Kątem oka dostrzegam
zdenerwowanie na twarzy zielonookiego. On też się tego nie spodziewał.
- Wiesz, że ktoś
grozi mi śmiercią, prawda? Wolę być przygotowany na każdą
ewentualność.
- Mimo to nie sądzę,
aby...
- Proszę, nie odmawiaj
mi. Wszystko przygotowałem, wystarczy, że sporządzisz dokumenty.
Konrad jest zagubiony. Stara się traktować sprawę profesjonalnie, lecz nie
umie.
- No dobrze, zrobię to
– podejmuje decyzję bez entuzjazmu.
Wyciągam telefon z
kieszeni i przesyłam mu plik z niezbędnymi danymi.
- Pamiętaj,
nikomu ani słowa.
- Od teraz jesteś moim
klientem. Nawet gdybym chciał, nikomu niczego nie powiem. Masz na
to moje słowo.
- Dziękuję - uśmiecham się, by dodać mu otuchy.
- Jesteś tylko
niewiele starszy niż moje dzieciaki – mówi cicho, przyglądając
mi się. Wypowiada te słowa w taki sposób, jakby myślał na
głos. To dobry człowiek. Dokonałem słusznego wyboru.
- To na wszelki
wypadek, żebym mógł spać spokojnie - bagatelizuję zagrożenie.
- Przygotuję dokumenty
w ciągu najbliższych kilku dni. Albo nie, podpiszesz je, gdy
przyjedziecie na kolację, dobrze? - proponuje.
- Dobrze - zgadzam się.
- Nie zapomnij
pieczęci. Bez niej testament będzie nieważny.
- Oczywiście.
- Eryku... Jesteś tego
pewny? - pyta z nadzieją w głosie.
- Tak – odpowiadam
spokojnie - najzupełniej pewien.
- W takim razie do
zobaczenia.
Obserwuję jak odjeżdża.
Przyszedł do mnie pełen werwy i entuzjazmu, a wychodzi stąd
smutny i zamyślony. Przykro mi, że padło na niego, ale nie mam
nikogo innego, komu mógłbym zaufać. Ciężko mi, że obarczyłem
go tym obowiązkiem. Od teraz on także będzie patrzył na mnie
zupełnie inaczej...
Kolejny raz zdejmuję
okulary i zamykam na chwilę oczy. Muszę je znowu zakroplić,
inaczej nie będę mógł czytać. Sprawdzam kieszenie marynarki.
Musiałem zostawić krople w swoim pokoju. Wstaję od biurka.
- Idę na górę,
zapomniałem kropli – informuję Simona.
- Pójdę z tobą.
- Nie musisz, zaraz
wracam.
- Nie jesteś zmęczony?
- pyta z troską w głosie. Jestem. Jestem bardzo zmęczony.
Dochodzi 17.00, a ja mam wrażenie, że jest 23.00, a pracować będę kolejnych sześc godzin. Cudownie...
Zostawiam mężczyznę i kieruję się na górę do swojego pokoju.
Krople leżą na biurku. Simon, niczym cień, pojawia się za moimi plecami. Nie mam dla siebie nawet dwóch minut spokoju...Wykład na temat testamentu rozpocznie się za 3... 2... 1...
- Eryku...
- Proszę – ubiegam
go i wyciągam rękę w jego stronę, podając mu buteleczkę. Tak
jak przypuszczałem od razu spełnia moją prośbę. Zdejmuję
okulary i odkładam na biurku. Kontury od razu stają się mniej ostre. Z trudem dostrzegam jego twarz.
Odchylam lekko głowę do tyłu. Nie lubię, gdy mnie dotyka, ale
nie mam siły tłumaczyć mu wszystkiego kolejny raz. Wiem, że to
zajęcie skutecznie odwróci jego uwagę.
Jest bardzo delikatny.
Obchodzi się ze mną jak z jajkiem. Zupełnie niepotrzebnie. Już
dawno zostałem potłuczony...
- Dziękuję –
przymykam powieki, gdy cała operacja dobiega końca.
- Oczy cię bolą,
prawda?
- Tylko trochę
szczypią. Zaraz mi przejdzie.
- Nie chcesz się
położyć chociaż na chwilę?
- Położyć? Nie
przeczytałem dokumentacji. Jeśli tego nie skończę,
dziadek mnie zabije.
- Możesz skończyć
jutro.
- Jutro czeka mnie inna
dokumentacja i inny raport. Właśnie, raportu też nie
napisałem – niechętnie podnoszę się z krzesła i przeciągam.
Wracamy do biblioteki,
gdzie z trudem udaje mi się ukończyć pracę. Dziadek wraca późnym
wieczorem. Ból oczu znacznie się nasila. Jemy razem kolację. Ledwo widzę
talerz.
Po posiłku dziadek i Simon opróżniają kolejną butelkę koniaku, a ja idę do swojego pokoju. Siadam na łóżku. Jestem wyczerpany. Ostatkiem sił odwiązuję krawat. Simon bez pukania wchodzi do środka.
Po posiłku dziadek i Simon opróżniają kolejną butelkę koniaku, a ja idę do swojego pokoju. Siadam na łóżku. Jestem wyczerpany. Ostatkiem sił odwiązuję krawat. Simon bez pukania wchodzi do środka.
- Wyjdź – każę mu, nie czekając na jego tłumaczenia.
- Zostawiłeś krople –
być może pokazuje mi butelkę. Nie wiem. Widzę tylko plamę
koloru.
Popycha mnie na pościel.
Po chwili czuję dotyk ciepłej dłoni na policzku i to boskie ukojenie, które daje żelowy specyfik. Głowa od razu mniej boli.
Jestem senny, ale sadystyczny ochroniarz musi mnie podręczyć.
Pochyla się nade mną i
wyjmuje z kieszeni marynarki anonim, który przed nim
schowałem. Słyszę delikatny szelest papieru.
- Cały dzień
zastanawiałem się kiedy mi o nim powiesz, Eryku.
- Czytanie cudzej
korespondencji to przestępstwo – pouczam go.
- Ktoś grozi ci
śmiercią.
- Naprawdę? - udaję zaskoczonego.
- To poważna sprawa - wymachuje mi kopertą przed nosem.
- To się tym zajmij, jeśli chcesz. Ja idę spać.
- Jesteś nieznośny.
Uparty. Wredny – wylicza rozwścieczony.
- Weź sobie te kartki,
skoro tak bardzo ci się podobają. Zawołaj chłopaków i wpatrujcie się w nie do rana.
- To nie jest śmieszne - syczy gniewnie.
- Jest.
- Nie boisz się? -
znowu robi się poważny.
- Nie boję.
- A testament?
- To tylko dokument. Wiele osób tak robi. To nic nadzwyczajnego.
- Konradowi powiedziałeś coś innego... - zauważa.
- Powiedziałem mu to, co chciał usłyszeć.
- A mi co powiesz? - dopytuje.
- Prawdę. Nie boję się śmierci. Nie boję się porwania ani anonimów. Nie dam się zastraszyć. Nie chcę, aby moje pieniądze dostały się dziadkowi, rozumiesz? Teraz jest idealny moment. Moja decyzja nie wzbudzi niczyich podejrzeń.
- Konradowi powiedziałeś coś innego... - zauważa.
- Powiedziałem mu to, co chciał usłyszeć.
- A mi co powiesz? - dopytuje.
- Prawdę. Nie boję się śmierci. Nie boję się porwania ani anonimów. Nie dam się zastraszyć. Nie chcę, aby moje pieniądze dostały się dziadkowi, rozumiesz? Teraz jest idealny moment. Moja decyzja nie wzbudzi niczyich podejrzeń.
- Eryku, nie pozwolę,
aby ktoś cię skrzywdził - gdybym nie był tak zmęczony, to pewnie zaśmiałbym mu się w twarz. Ty chcesz mnie ochronić? Sam? Biedny, naiwny Simon. Nadal nie rozumiesz, że mój los już jest przesądzony?
- Przestań panikować - proszę, ale on podrywa się z
pościeli i przekłada nogę przez moje biodra. Jestem w potrzasku.
- Spójrz mi w oczy - każe.
- Simon, proszę cię...
Jestem wykończony, oczy mnie bolą. Nie mam ochoty na żarty.
Mężczyzna puszcza moje
ręce i pochyla się nade mną. Im jest bliżej, tym wyraźniej go
widzę.
- Zaufaj mi – szepcze
cicho, tuż przy moim uchu.
Jego oddech drażni
wrażliwą skórę. Czuję dziwne napięcie, gdy dociska usta do
mojego policzka. Próbuję się uwolnić.
- Leż grzecznie –
ostrzega - nic ci nie zrobię.
Pocałunki są czułe. Przymykam powieki, gdy muska moje usta swoimi albo głaszcze po włosach. Chowam się w
jego ramionach. Jest ciepły i ładnie pachnie. Zasypiam, zbyt
zmęczony, by z nim walczyć.