Rozdział 4
Gideon bacznie obserwował Gilberta, podczas gdy ten
wdrażał go w nowe obowiązki. Nie wyraził zgody na prowadzenie jakichkolwiek
zapisków. Starszy z książąt starał się więc zapamiętać jak najwięcej. Im dłużej
przebywał z bratem, tym boleśniej ciążyły mu owe zadania. Obydwaj wpatrywali
się w olbrzymią mapę, która rozłożona była na dębowym stole. Generałowie od
dawna szeptali, iż stanowiła ona największy skarb Gilberta, który własnoręcznie
ją naszkicował. Zaczął od delikatnego konturu królestwa. Stopniowo go pogrubiał
i nanosił coraz więcej szczegółów. W niespełna pięć lat, czyli od czasu, gdy
ojciec powierzył mu dowodzenie armią, dokonał niemożliwego. Królestwo zyskało
prestiż. Zawarto liczne sojusze. A teraz największy budowniczy ładu i pokoju,
wyjedzie w nieznane i być może nigdy więcej nie wróci…
„Nie dam sobie rady. Wrogowie szybko zwęszą, że coś
jest nie tak, a wtedy… Jedna nieprzemyślana decyzja i pociągnę nas na dno…” –
uczucie trwogi po raz kolejny zawładnęło myślami jasnowłosego. Z całej siły
zacisnął prawą dłoń na drewnianym statku, ozdobionym flagą piratów. W razie ich
ataku, miał kazać kapitanom wpłynąć do zatoczki. Nie atakować pierwszy i uważać…
Nie, nie rozkaz miał brzmieć inaczej! To piraci mieli wpłynąć do zatoczki, a
wtedy…
- Gideonie? – książę niechętnie podniósł wzrok. Bał
się, iż zostanie zdemaskowany. Czujne, ciemnoniebieskie oczy zdawały się
przeszywać go na wskroś. „Opanuj się!” – nakazał sobie w duchu.
- Tak? – odchrząknął, słysząc niepewność we własnym
głosie.
- Masz jakieś pytania? – Gilbert wpatrywał się w
niego z wielką uwagą. Na pierwszy rzut oka widać było, iż jest mocno zmęczony. „Pewnie
nie spał od chwili, gdy został wezwany do zamku. Wyruszyliśmy o świcie, by
powrócić do jego oddziałów… Nawet nie zapytałem jakie to uczucie nosić na sobie
to okropne piętno…”
- Pytania? – powtórzył po nim. – Nie mam pytań, lecz
tysiące wątpliwości. Nie mogę uciec przed obowiązkami, choć dobrze wiesz, że
moja obecność tutaj skazuje nas wszystkich na zagładę… - westchnął ciężko,
ponownie przyglądając się mapie.
- Nie oczekuję, iż nie popełnisz błędów. Jeśli nie
będziesz wiedział co zrobić, zwołaj doradców. Wysłuchaj ich, lecz decyzję
podejmij sam. Dzięki temu zyskasz pewność, iż wybrałeś najlepszą z możliwych
opcji.
- Nie jestem tobą. Nie znam się na strategii. Przez
całe życie wykonywałem twoje polecenia i byłem pewny, że zawsze tak będzie –
uśmiechnął się smutno, szukając zrozumienia.
- Wiem, ja też – brat stanął przy jego boku i
zapatrzył się na mapę.
- Nasz ojciec zawsze wydawał mi się nieco dziwny.
Stronił od ludzi, dużo czytał. Nie sądziłem, że ukrywa taki sekret. Czemu nie
powiedział nam wcześniej? Czemu tak długo milczał? – ton Gideona zdradzał
wielkie napięcie. Czuł wielki żal do ojca oraz brata. Nie nadawał się na wodza,
czy wielkiego przywódcę. Owszem, liczył na to, że doczeka chwili, w której
mógłby im zaimponować, lecz skala tego przedsięwzięcia nie musiała być aż tak
rozległa. Wystarczyłby mu ślub z ukochaną oraz spokojne, szczęśliwe życie.
- Teraz to już nie ma znaczenia – Gilbert podwinął
rękaw i odsłonił naznaczoną skórę. Nie miał zbytnio czasu, by przypatrzeć się
znamieniu z bliska. Przez większość nocy studiował porwaną mapę króla
rozważając, gdzie powinien się udać w pierwszej kolejności i jak rozczytać
dziwne znaki, których nigdy wcześniej nie widział. Miał niejasne wrażenie, iż
stanowią one jakiś rodzaj ukrytego klucza. By go złamać, będzie musiał posłużyć
się pewnym fortelem, a ze względu na swoje przekonania, nie chciał tego robić.
- Czy to boli? – Gideon wyciągnął dłoń, lecz nie
odważył się dotknąć przedramienia brata. Nie oznaczało to jednak, iż potrafi
pohamować ciekawość.
- Nie.
- A czy… - nie śmiał dokończyć tego pytania. Za
bardzo bało się odpowiedzi. Nikt tak jak on nie znał Gilberta. Wiedział więc,
że będzie z nim brutalnie szczery w każdej kwestii.
- Nie gniewam się na ciebie. – Słysząc to zdanie, oczy
zaszły mu łzami. Nie wiedzieć czemu, poczuł także wielką ulgę. Objął go swoimi
szerokimi ramionami i zaczął łkać jak dziecko. Ciemnowłosy odwzajemnił uścisk,
pozwalając mu na chwilę słabości, której zazwyczaj odmawiał zarówno sobie, jak
i innym. – Wszystko będzie dobrze. Nie martw się. Niedługo wrócę. Ożenisz się wtedy
z córką Jakuba, a ja będę dbał o bezpieczeństwo twoje i twojej rodziny.
- Gilbert…
- Do tego czasu jeden z moich najbardziej zaufanych
ludzi będzie ci bezustannie towarzyszył.
- Masz na myśli kapłana Liora? Nie możesz… Lior
powinien pojechać razem z tobą! Ma największe doświadczenie i… - starszy z
braci ponownie wpadł w panikę, słysząc podobne niedorzeczności. Lior służył ich
rodowi od dawna. Miał szeroką wiedzę z zakresu wojskowości, filozofii,
polityki, medycyny. Znał się nawet na czarach. Gilbert musi zabrać go ze sobą!
- Właśnie dlatego zostanie tutaj – choć nie
wypowiedział tego wprost, Gideon doskonale wiedział, iż wydał mu właśnie
rozkaz, któremu ten musi się podporządkować. - Tobie brakuje doświadczenia. Ojciec
od zawsze podejmuje decyzje pod wpływem impulsu. Lior to jedyna osoba, która
była przy mnie od samego początku. Pomoże ci w razie problemów.
- A kto pomoże tobie?! Nawet nie wiesz, gdzie się
udać… - jasnowłosemu ponownie zaczęło się wydawać, iż tonie, przygnieciony
lawiną rodzinnych problemów.
- Zdaniem Liora powinienem udać się na południe. Tak
właśnie zamierzam zrobić – Gilbert sięgnął do kieszeni i wyciągnął skrawek
mapy, który rozłożył na stole.
- Na południe… Wprost w paszczę lwa. Zdajesz sobie
sprawę, że wybierając tę trasę, narażasz się na największe niebezpieczeństwo?
Jeśli cię złapią, zostaniesz stracony! Zginiemy przez twoją głupotę!
- To co mam zrobić? Zabarykadować się w zamku i żyć
w strachu, jak ojciec?! Wolisz, abym poczekał dwadzieścia lat i przekazał
piętno jednemu z twoich przyszłych synów?! – uderzył pięścią w stół, po raz
pierwszy okazując swoje zdenerwowanie. - Nie będę chował głowy w piasek! Znajdę
naszego wroga i oddam mu jego prezent, a ty – wskazał palcem na Gideona –
zrobisz co w twojej mocy, by jak najdłużej utrzymać pokój. Nie trać ani chwili.
Przywołaj Liora. Niech zacznie cię uczyć – złożył ostrożnie mapę i schował z
powrotem do kieszeni. – Muszę się przygotować do podróży – rzucił oschle.
- Nie zawiodę cię. Masz na to moje słowo – Gideon dobył
swój miecz i złożył uroczystą przysięgę. „Każda decyzja niesie za sobą
konsekwencje. Obyśmy okazali się dość silni, by się z nimi zmierzyć…”