Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wróżka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wróżka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 grudnia 2017

Uparty jak Gilbert

Rozdział 10


- Odczytaj mapę! Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię! Jednak zanim to nastąpi, będziesz cierpieć znacznie bardziej, niż jesteś to sobie w stanie wyobrazić… Wiesz, że nie żartuję! - Gilbert po raz kolejny owinął krnąbrną wróżkę złotym łańcuszkiem, który trzymał wysoko nad stołem. Niewielka istotka uniosła na niego zbolałe spojrzenie i pisnęła żałośnie, po czym spuściła wzrok, godząc się ze swoim losem. „To nic nie daje… Czemu jest taka uparta?!” – zirytował się, po czym odłożył ją na mapę a sam wstał z krzesła i zaczął nerwowo krążyć po pomieszczeniu. Miał wrażenie, iż ostatnie dwa dni, przepełnione pytaniami o zaszyfrowane znaki oraz niekończącymi się groźbami, nic nie dały. Nie zbliżył się nawet o milimetr do rozwikłania tajemnicy. Odsłonił diabelski znak, zdobiący jego ciało i ponownie prześledził go wzrokiem. „Całe królestwo jest w niebezpieczeństwie, a ta bezskrzydła, nieugięta…” – zerknął w kierunku stołu, na którym zostawił swą ofiarę. Nie wyglądała dobrze. Jej wzrok stawał się mętny. Książę miał wrażenie, iż coraz trudniej przychodzi jej koncentrowanie się na słowach, które wypowiadał. Wiedział, iż to on ponosił winę za ten stan. Magiczne istoty miały swoje słabe punkty. Ich ciała odporne były na choroby, którym ludzie tak łatwo ulegali, jednakże okazywały się całkowicie bezbronne wobec braku wody. Jej brak sprawiał wróżce prawdziwy ból…
Monarcha podszedł z powrotem do stołu, przygotowując się na kolejny atak. Filigranowe ciało malutkiej więźniarki wydało mu się drobniejsze, niż zwykle. Kobieta z trudem otwierała oczy, których złoty blask wydawał się księciu zapomnianym wspomnieniem. Na jego miejsce pojawiły się zapadnięte policzki, podkrążone oczy i niezliczone siniaki, okrywające ramiona. Pisk wróżki również był wyjątkowo cichutki. „Albo zacznie mówić, albo zginie…” – zdecydował. Mimo to nie potrafił się zmusić, by ponownie unieść istotkę do góry i zadać jej kolejne cierpienia. Przytłoczony niespodziewaną szarżą poczucia winy, odkręcił łańcuszek i pozwolił, by chwilę odpoczęła. Kobieta z wdzięcznością roztarła obolałe ramiona, po czym zwinęła się w kłębek i zasnęła.
Gilbert do rana nie potrafił zasnąć. Kręcił się na łóżku, zastanawiając nad tym, co robi jego brat oraz przeklinając w myślach Liora, który nawet na odległość potrafił skutecznie wpłynąć na jego postępowanie. Jego doradca z pewnością nie zniżyłby się do torturowania wróżki. Wprost przeciwnie. Żywił wiele serdecznych uczuć do jej ludu. A matka… Jak zareagowałaby na jego postępowanie? Pewnie wyrzuciłaby go z zamku… Jako generał nie raz zmuszony był siłą wyciągać od wroga różne informacje, lecz jeszcze nigdy nie torturował kogoś aż tak słabego.
Gdy nastał świt, książę zerwał się z łóżka, by ostatecznie rozprawić się miniaturową więźniarką. Sięgnął po sztylet i zbliżył się do stołu. Złotooka nadal spała, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jeszcze wczoraj, gdy tylko się do niej zbliżał, próbowała uciec. Tymczasem dzisiaj… Gilbert obrócił swą broń, by przypadkowo nie skaleczyć dziewczyny ostrzem, po czym przewrócił ją na plecy. „Nie żyje…” – przeszło mu przez myśl. Pośpiesznie odłożył sztylet i przytknął opuszek palca wskazującego do jej klatki piersiowej. „Oddycha!” – ucieszył się w duchu. Ponownie sięgnął po sztylet, by unieść jej głowę. Wróżka skrzywiła się z bólu, bo nie było jej wygodnie. „Matko, robię to tylko dla ciebie…” – westchnął, po czym pociągnął za łańcuszek i ułożył nieprzytomne ciało we wnętrzu swojej lewej dłoni. Zdziwiło go, że jest taka malutka i lekka, ale przede wszystkim bardzo zziębnięta. Sięgnął po kubek z wodą. „Jak to zrobić? Nie wrzucę jej do środka, bo jeszcze się utopi…”. Trudno było napoić kogoś tak malutkiego. „Może łyżeczką? Nie, jest za duża… Kto by przypuszczał, że będę się zadręczać takimi drobiazgami… Nie mam wyjścia…” – zamoczył palec w wodzie i zbliżył do jej twarzy. „Chyba przesadziłem” – skarcił się, gdy zachłysnęła się wodą i z trudem otworzyło oczy.
- Pij – nakazał jej, choć zdawał sobie jednocześnie sprawę, iż może być za późno. Mimo to wróżka zlizała resztki wody z jego palca, po czym odetchnęła z ulgą. To zachęciło Gilberta, by identyczny sposób podać jej kolejną porcję.
Woda zdziałała cuda. Złotooka zdawała się czuć nieco lepiej. Książę położył ją więc na stole. Poczekał, aż gospodyni przyniesie śniadanie i odłamał spory kawałek słodkiej bułeczki, którą się z nią podzielił. Wróżka spojrzała na jedzenie, lecz nie śmiała ruszyć się ze swojego miejsca. Choć głód mocno jej doskwierał, za bardzo się bała porywczości nowego pana.
- Jedz – rozkazał Gilbert, kierując całą swoją uwagę na mapę. Podczas gdy spore okruszki ginęły we wnętrzu jej ust, książę rozważał, co powinien zrobić. Może Lior miał rację twierdząc, iż tylko wróżki z Biblioteki byłyby w stanie coś zaradzić w jego sprawie? A może ten mały głodomór tylko udaje, by wzbudzić w nim litość? Tak czy inaczej, nie może dopuścić, by zbyt szybko zginęła. „Będę ją obserwował. Jeśli się okaże, że mnie oszukuje, zadbam o ty, by słono zapłaciła za swe łgarstwa…”.

czwartek, 30 listopada 2017

Uparty jak Gilbert

Rozdział 9


Książę Gilbert nie był zadowolony z faktu, iż przerwano mu w tak ważnej chwili. Odkąd dowiedział się o klątwie ciążącej na jego ojcu oraz o tajemniczej mapie, bez przerwy myślał tylko i wyłącznie o tej niewielkiej istocie, która w jego mniemaniu, była kluczem do rozwiązania zagadki. Złotooka wróżka stała się jego obsesją. Czuł się sfrustrowany. Wierzył, iż kobieta zmądrzeje i zacznie mówić. Torturowanie jej drobniutkiego ciałka uważał za ostateczność. Wszystko wskazywało jednak na to, iż nie będzie miał wyboru. Pojawienie się karczmarza dodatkowo rozdrażniło mężczyznę. „Kto śmie przerywać mi w tak ważnej chwili?!” Zerwał się ze swego miejsca i okazując zniecierpliwienie, ruszył we wskazanym kierunku.
Przybyły posłaniec grzał się właśnie przy kominku, podczas gdy żona właściciela gospody poiła go winem.
- Panie – pokłonił się pospiesznie na widok Gilberta, którego rozgniewane spojrzenie wystarczyło, by odprawić usłużną karczmarkę. – Jestem Peter – głos nieco mu drżał. - Służę w armii…
- Wiem, kim jesteś – przerwał mu książę. – Zaciągnąłeś się po śmierci ojca. Kiepski z ciebie szermierz, lecz bezbłędnie radzisz sobie w terenie.
- Więc to prawda… - oczy młodego chłopaka wypełniła radość oraz duma. –Żołnierze mówili, że znasz panie każdego z nas, jakbyśmy byli twoimi braćmi…
- Ciszej – skarcił go. – Wieści szybko się roznoszą, a moja misja jest ściśle tajna – błękitnooki rozejrzał się dyskretnie po otoczeniu. Nie ufał nikomu, zwłaszcza obcym.
- Nie martw się, panie. Zrobimy co w naszej mocy, by ochronić księcia Gideona.
- Mam taką nadzieję – mruknął ciemnowłosy, nadal nieco niezadowolony.
- Przywiozę wieści od Liora – Peter wyciągnął zapieczętowany pergamin, który natychmiast wręczył swemu dowódcy.
- Siadaj – rozkazał mu Gilbert, koncentrując uwagę na korespondencji. – Jak mnie znalazłeś?
- Lior wysłał mnie za tobą i kazał pędzić ile sił właśnie tutaj – młodzieniec nie krył zadowolenia z dobrze wypełnionej misji. Tymczasem Gilbert skupił się na lekturze kilku zdań, nakreślonych ręką najwierniejszego doradcy.


„Drogi Przyjacielu!
Już na samym wstępie chcę wyraźnie zaznaczyć, iż doskonale wiem, co uczyniłeś. Wiedz, że Twoja postawa mocno mnie rozczarowała! Udałeś się po pomoc do niewłaściwej osoby, która sprzedała ci coś, co z pewnością nie rozwiąże naszych problemów! Do takich celów służą niewybrakowane egzemplarze, pracujące w Bibliotece, a jak doskonale wiesz, tylko nieliczni mają szansę, by się tam dostać. Rozmawialiśmy o tym tysiące razy. Nie sądziłem, że wystarczy kilka godzin poza domem, abyś o wszystkim zapomniał…
Być może uda mi się jakoś Cię wspomóc. Poczekaj na przyjazd Sashy. Będzie Wam towarzyszył w dalszej podróży. L.”


Gilbert ponownie przeczytał wiadomość, a następnie wrzucił ją do ognia. Obserwując, jak płomienie rozprawiają się w ostrą reprymendą, którą Lior wystosował pod jego adresem, zastanawiał się jednocześnie, kto powiadomił doradcę o nietypowym zakupie i dlaczego uważał on, iż wróżka bez skrzydeł nie nadaje się do rozszyfrowania mapy? Magiczne istoty od dawien dawna poszczycić się mogły wiedzą, przekazywaną im od pokoleń. Co prawda starano się ją katalogować oraz usystematyzować w Wielkiej Bibliotece Czarów, prowadzonej właśnie przez wróżki, lecz nie oznaczało to, iż ta, którą zostawił na górze, do niczego mu się nie przyda. Skoro los chciał, by jedna z magicznych istot trafiła właśnie w jego ręce, czy nie należało odczytać tego zrządzenia losu jako znaku, iż książę podąża właściwą ścieżką? Owszem, zrobił źle, lecz co z tego? Czy Lior nie postawiłby wszystkiego na jedną kartę, by ratować rodzinę? „To mnie dotyczy klątwa i to ja decyduję” – upewnił się w swoim postępowaniu. Odprawił przybyłego posłańca, rozkazując mu przekazać wściubiającemu nos w nie swoje sprawy starcowi, że postąpi zgodnie z jego wolą, po czym wrócił na górę i podszedł do stołu, na którym pozostawił złotą klatkę. Spojrzał na filigranową kobietę, która uniosła na niego zastraszony wzrok, kuląc się przy prętach.
- Na czym skończyliśmy? – zapytał, wyciągając rękę w kierunku złotego łańcuszka. – Już pamiętam. Miałaś mi pomóc odczytać znaki, prawda? – uniósł wieko i wyciągnął piszczącą cicho wróżkę na zewnątrz. – A teraz… - postawił ją na mapie – chcę poznać odpowiedzi…

środa, 8 listopada 2017

Uparty jak Gilbert

Rozdział 8


Całodniowa podróż mocno zmęczyła księcia. Z początku cieszyło go, że upiorny sklep ze świecami oraz prowadząca go wiedźmę, zostawia daleko w tyle, lecz później, gdy słońce powoli chowało się za horyzontem, zapragnął odpoczynku. Nie mógł się również doczekać chwili, gdy rozszyfruje tajemnicze znaki, znajdujące się na mapie ojca i o świcie wyruszy w dalszą drogę.
Na postój wybrał przydrożną tawernę i wynajął niewielki pokój na poddaszu. Dopłacił gospodarzowi za lepszy owies dla swego konia, po czym zabrał swój skromny bagaż i udał się na górę.
W tawernie przebywało kilkoro gości. Jedni grzali się przy ogniu, pijąc wino. Inni prowadzili ożywione rozmowy. Kusiło księcia, by dołączyć do zebranych i posłuchać o czym rozmawiają. Przypadkowa wymiana zdań, okraszona mocniejszymi trunkami, zawsze rozluźniała atmosferę i rozwiązywała języki. Gilbert postanowił, iż wieczór spędzi samotnie. Przygotowano mu kąpiel, a żona właściciela zatroszczyć się miała o jego kolację. Jednak to nie przyziemne potrzeby zatruwały myśli księcia. Nie mógł się doczekać chwili, w której on i tajemnicza istota, znajdująca się w jego torbie, zostaną sami. Odprawił więc służących, którzy zastawili stół jadłem i zaryglował drzwi. Przesunął naczynia na bok, by zyskać więcej przestrzeni, po czym zdjął rękawiczki i wyjął z kieszeni bezcenny pergamin. Po raz kolejny uważnie prześledził wzrokiem zaszyfrowane drogowskazy, a także rozdarcie, które przypominało mu o brakującym fragmencie. Co mógł on zawierać? Jakiej był wielkości? Czy poradzi sobie mając tylko ten niewielki fragment? No i najważniejsze – jak daleko będzie musiał posunąć się, by zmusić wróżkę do współpracy?
Książę nie lubił magicznych istot. Słyszał zbyt dużo niepochlebnych opinii na ich temat. Historie z udziałem wiedźm, czarowników, wróżek czy krasnali, zawsze kończyły się w ten sam sposób – cierpieniem ludzi. Nawet Lior patrzył na nie nieprzychylnym wzrokiem i zawsze doradzał rozwagę. Przebiegłe, występne, kłamliwe… Reprezentowały sobą wszystko to, czym praworządny Gilbert pogardzał. Fakt, że musiał zniżyć się do złamania zasad, napawał go obrzydzeniem do samego siebie. Jednak bezpieczeństwo poddanych oraz rodziny było najważniejsze. „To mój obowiązek!” – powtarzał w myślach, usprawiedliwiając się. Niechętnie sięgnął do swej torby i postawił niewielką klatkę na stole. „Nie ma już odwrotu…”
Mężczyzna przysunął bliżej świecznik, by móc bez przeszkód przyjrzeć się swojemu więźniowi. Obwiązana złotym łańcuszkiem kobieta niepewnie przysunęła się do prętów. Wydawała się równie ciekawa nowego właściciela, w którego bezwstydnie się wpatrywała. Światło świec odbiło się w jej złotawych oczach, nadając im nieco nadnaturalny wygląd. Potargana, brudna i poobijana, a mimo to tak trudno było oderwać od niej wzrok… „Może mnie hipnotyzuje? Jeśli tak, to…” – książę sięgnął po swój sztylet, który położył obok klatki. „Lepiej być gotowym na wszystko…”
- Chcę, żebyś odczytała znaki z mapy. Jeśli to zrobisz, pozwolę ci żyć – odezwał się zimnym, nieprzystępnym tonem. Zazwyczaj wzbudzał on strach w przeciwnikach i podległych mu żołnierzach. Następnie odblokował zatrzask i pociągnął za łańcuszek, by móc postawić wróżkę na pergaminie. Złotooka zamrugała kilkakrotnie, jakby nie rozumiała, co mężczyzna do niej mówił, po czym pisnęła cicho i zerknęła w kierunku chleba. – Jesteś głodna, tak? – Gilbert od razu odgadł jej myśli. – Na jedzenie trzeba zapracować. Chcę wiedzieć, co oznaczają te znaki – powtórzył znacznie ostrzej. Przerażona jego zachowaniem istota zrobiła krok do tyłu, lecz książę i na to był przygotowany. Pociągnął za łańcuszek, by popchnąć wróżkę w kierunku najbliższego znaku. Przedstawiał on czarny krzyż, ozdobiony kwiatowymi ornamentami, wokół których rozciągał się dość osobliwy wzór. Być może był to jakiś herb albo miejsce, o którego istnieniu nikt nie wiedział, więc tym bardziej frustrujące było, że tracą czas na bzdury. – Na co czekasz? – ponaglił ją.
Mijały kolejne sekundy. Młody monarcha dokładnie widział zatrwożone spojrzenie filigranowej osóbki, lecz poza cichym piskiem, nie raczyła ona wydobyć z siebie żadnego innego dźwięku.
- Jeśli natychmiast nie zaprzestaniesz tych głupich sztuczek, gorzko tego pożałujesz! – ostrzegł złotooką. – Co to znaczy?! – wskazał palcem znak, obok którego stała. Po chwili jej wzrok ponownie uciekł w stronę jedzenia, co wprawiło Gilberta w prawdziwą furię! Szarpnął mocno za łańcuszek i naśladując czarownicę, owinął go ściśle wokół drobnego ciała. – Zabolało? – zakpił, widząc jak próbuje się szarpać, piszcząc żałośnie i roniąc łzy. Doprowadzony do ostateczności, sięgnął po swój sztylet i układając więźnia na mapie, przysunął ostrze do jej szyi. – Po raz ostatni proszę po dobroci… - wycedził przez zaciśnięte zęby. – Odczytaj to! – wrzasnął, uderzając lewą ręką w stół z taką siłą, aż ustawione na nim naczynia zadrżały. Ostrze sztyletu drasnęło delikatną skórę nieposłusznej kobiety, znacząc ją szkarłatną strugą. – Wiem, że mnie rozumiesz! I wiem, że potrafisz mówić! Więc przestań udawać i weź się do pracy, w przeciwnym wypadku…! – jego monolog przerwało ciche stukanie do drzwi. - Nie teraz! Jestem zajęty!
- Panie, przybył posłaniec z listem! Prosi, abyś zechciał się z nim spotkać – odezwał się nieco skrępowany gospodarz, którego zaniepokoiły krzyki, dobiegaj z wnętrza izby.
- Już idę – odpadł Gilbert, by jak najszybciej pozbyć się podsłuchującego go natręta. – A ty… - zwrócił się do wróżki – posiedź tu sobie i przemyśl swoją beznadziejną sytuację! – wrzucił ją z powrotem do klatki, a następnie skierował się do wyjścia.

wtorek, 7 listopada 2017

Uparty jak Gilbert

Rozdział 7


Książę Gilbert z uwagą spojrzał na niewielką, złotą klatkę, którą syn wiedźmy rzucił na kontuar. Z jej wnętrza dobiegło ciche piśnięcie. Wyciągnął dłoń, by móc bliżej przyjrzeć się magicznej istocie. Olbrzym ubiegł jego starania. Szczelnie osłonił ją dłonią, uniemożliwiając mężczyźnie obejrzenie znajdującej się w jej wnętrzu wróżki.
- Jest moja – warknął. – Zapłaciłem za nią – ponownie spróbował sięgnąć po swą własność, lecz Ark ani myślał ustąpić.
- Oddaj mu ją, synu – zaskrzeczała starucha, chowając woreczek wypełniony złotymi monetami między falbanami swej podniszczonej sukni. Pierworodny wydał z siebie jęk dezaprobaty. Książę, widząc, iż sytuacja nie układa się po jego myśli, odsunął swój czarny płaszcz, dając wiedźmie jednoznacznie do zrozumienia, iż będzie dochodzić swych praw za pomocą miecza. Kobieta wepchnęła się przed jedynaka i wyszeptała cicho kilka obco brzmiących słów. Książę poczuł lodowaty dreszcz, rozchodzący się nieprzyjemnie wzdłuż jego kręgosłupa. Przerośnięty potwór zaczął wpatrywać się w matkę tępym wzrokiem, po czym postawił klatkę na blacie i oddalił się na tyły sklepu. – Wybacz, panie – uśmiechnęła się przymilnie, licząc na to, że bogaty młodzieniec jeszcze nie raz odwiedzi jej przybytek.
Gilbert przybrał obojętny wyraz twarzy i zerknął do środka klatki. Znajdowała się w niej niewielka, zaledwie dziesięciocentymetrowa osóbka, odziana w kawał brudnej, poplamionej zaschniętą krwią szmaty, sięgającej jej do kolan. „Wszystko tu jest brudne i odpychające” – pomyślał, oceniając jej wygląd. Tymczasem malutka istotka zacisnęła drobne dłonie na złotych prętach i uniosła głowę do góry. „Więc tak wygląda wróżka…” – choć pierwszy raz miał przed oczami przedstawicielkę tego gatunku, odczuł rozczarowanie. Nie tak ją sobie wyobrażał. Co prawda widział szkice Liora, który, jak sam o sobie mówił, dostąpił zaszczytu goszczenia w Miniaturowym Królestwie aż przez miesiąc, jednak to, co kupił, zupełnie nie przypominało filigranowych kobiet z ilustracji.
Pierwsza różnica polegała na tym, że miała ona tęczówki w odcieniu płynnego miodu. Z notatek Liora wiedział, iż powinny być one czarne niczym węgiel. Jej długie włosy wydały się księciu zaledwie odrobinę ciemniejsze od dojrzałych kłosów zboża. Czemu nie były śnieżnobiałe? No i co najważniejsze – nie miała skrzydeł.
- Próbujesz mnie oszukać, wiedźmo – rzucił czarownicy pogardliwe spojrzenie. – Nie za to zapłaciłem – odepchnął od siebie klatkę.
- Panie… - kobieta podniosła ją do góry, by osobiście sprawdzić co nie podoba się kupcowi. – Zapewniam cię, że choćbyś odwiedził wszystkie wiedźmy w okolicy, nie znajdziesz lepszego towaru.
- Masz mnie za głupca?! To coś nie ma nawet skrzydeł! – krzyknął książę, uderzając jednocześnie pięścią w drewniany blat. – Chcę wróżki, a nie marnej imitacji!
- Masz rację, odcięłam jej skrzydła i sprzedałam z zyskiem… - zaczęła się tłumaczyć. Postawiła klatkę z powrotem na kontuarze i odblokowała zamknięcie. Następnie pociągnęła za złoty łańcuszek, którego Gilbert wcześniej nie zauważył. Jego górna część przytwierdzona była do solidnej kopuły. Dolna zaś zawierała malutkie kajdany, które założone były zarówno na nadgarstkach, jak i wokół kostek złotookiej. Starucha odczepiła łańcuszek od wieka i w ten sposób wyciągnęła przerażoną wróżkę na zewnątrz. Zakręciła ją w powietrzu, by łańcuszek owinął się ściśle wokół talii i ramion małego więźnia. Następnie wzięła ją do ręki i nie zważając na ciche protesty, pokazała księciu ciemnofioletową bliznę, znajdującą się między łopatkami dziewczyny. Miała ona kształt litery „V” i odznaczała się na tle porcelanowej skóry. – Spójrz, panie. Widzisz? To ślad po skrzydłach. Zabrałam je jej jakieś pół roku temu.
- A jak wytłumaczysz dziwny kolor jej oczu? Albo włosy? Dlaczego nie są białe? – dopytywał coraz bardziej zirytowany książę. Odkąd odebrał wezwanie od ojca, każda, nawet najbardziej oczywista sprawa, jak chociażby zakup wróżki, musiała się skomplikować…
- Po odcięciu skrzydeł, upodabniają się do ludzi. Zapewniam cię jednak, że w jakimkolwiek celu jest ci potrzebna, spełni swoje zadanie. Możesz pokroić ją na części i dodać do wielu eliksirów lub…
- Nie twoja rzecz, co z nią zrobię – odparł rozdrażniony Gilbert, godząc się z losem. „Co mnie obchodzi, że nie ma skrzydeł? Ma odczytać moją mapę”. Wiedźma w tym czasie odłożyła wróżkę do klatki i zamknęła zatrzask.
- Klucz do łańcuszka przytwierdzony jest tutaj – wskazała mężczyźnie na złotą kopułę. – Nie musisz się także obawiać, że cię zaatakuje. Bez skrzydeł pozbawiona jest magicznego pyłu. Za to może uciec, więc radzę ci zachować rozwag. Nie zdejmuj kajdan, jeśli to nie będzie absolutnie konieczne – ostrzegła na koniec.
- Dziękuję – Gilbert wziął klatkę do ręki. Choć nie była ona zbyt duża, wydała mu się znacznie cięższa, niż wskazywał na to jej wygląd. Skinął wiedźmie głową, po czym szybko opuścił sklep ze świecami.
Wyszedłszy na zewnątrz, poczuł ulgę. Zniknęło przykre uczucie, duszące go od wewnątrz. Czując na skórze promienie słońca oraz oddychając świeżym powietrzem, odzyskał spokój i poczucie bezpieczeństwa. Czym prędzej schował swój bezcenny zakup do niewielkiej torby, która była przytwierdzona do siodła jego wierzchowca, po czym ruszył w dalszą drogę.

niedziela, 29 października 2017

Uparty jak Gilbert

Rozdział 6


Choć wydawać by się mogło, że książę Gilbert ominie stolicę własnego królestwa i ruszy od razu na południe, miał on zupełnie inne plany. Nie wtajemniczył w nie swego najbliższego doradcy, Liora. Znał go na tyle, iż bez problemu mógł przewidzieć reakcję starego kapłana. Zamierzał złamać królewskie prawo, a na to Lior nigdy nie wyraziłby zgody. Z pewnością nie brał nawet pod uwagę takiej opcji. Jednak Gilbert nie był Liorem. Miał dość bycia wodzonym za nos przez innych. Odkąd ojciec zrozumiał swój błąd, zaszył się w zamku i latami żył w strachu. Gideon z pewnością poszedłby w jego ślady. „Muszę zdobyć przewagę! Zaskoczyć przeciwnika w sposób, którego się zupełnie nie spodziewa!” – postanowił. Schował twarz pod czarnym kapturem, by nie zostać przypadkowo rozpoznanym i wjechał do miasta.
Był wczesny ranek. Część mieszkańców wybierała się do pracy, inni na targ. Książę upatrzył sobie zupełnie inne miejsce. Przywiązał swego konia przed jednym z niepozornie wyglądających, drewnianych budynków. Jego szyld wskazywał, iż sprzedawano w nim świece, choć wszyscy doskonale wiedzieli, że prowadząca ten przybytek czarownica nikomu nie odmawiała pomocy, każąc sobie przy tym słono płacić. Złotych monet księciu z pewnością nie brakowało, lecz czy to wystarczy, by przekonać ją do transakcji srogo karanej banicją?
Gilbert wszedł do środka, gotowy na wszystko. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to dość ponura atmosfera. Jasne promienie słońca omijały to zakazane miejsce, nie mogąc przebić się przez brudne i nieco osmolone szyby. Książę wyraźnie słyszał czyjąś obecność na zapleczu. Podszedł więc pewnym krokiem do kontuaru i cierpliwie czekał.
- Jeszcze zamknięte – głos czarownicy, choć niezbyt donośny, zdawał się docierać do mężczyzny z każdej możliwej strony, jakby jej duch wypełniał całe pomieszczenie. Zerknął na ciemnoszarą szmatę, która stanowić miała kotarę. Mimowolnie zacisnął dłoń na rękojeści swego miecza. „Spokojnie, tylko spokojnie…” – upomniał sam siebie. Sięgnął do kieszeni i wysypał na blat sporą ilość złotych monet. Wiedźma od razu wykazała zainteresowanie i pośpiesznie wyłoniła się z zaplecza. – Zamknąłeś za sobą drzwi, panie? – zaskrzeczała, wlepiając w niego wyłupiaste, przekrwione oczy. Jej tęczówki musiały być niegdyś niebieskie, lecz ich pigment zdawał się należeć do przeszłości.
- Przyszedłem tu w konkretnym celu. Wiem, że nie odmówisz – rzekł chłodno, po czym dołożył złotych monet. Na twarzy kobiety pojawił się grymas zadowolenia. Stuknęła laską, którą się podbierała o zakurzoną podłogę. W tej samej chwili Gilbert usłyszał zgrzyt, oznaczający zamknięcie się zasuwy w drzwiach.
- Mów, po co przyszedłeś – starucha oparła laskę o drewniany kontuar, po czym położyła obie dłonie na blat, by nie stracić równowagi i móc wpatrywać się w młodzieńca bez skrępowania. „Nie przestraszysz mnie tanimi sztuczkami, jędzo” – przeszło mu przez myśl. Kobieta była sporo niższa od księcia. Jej siwe włosy upięte były w niechlujny kok. Miała na sobie starą, mocno podniszczoną suknię, łudząco podobną do brudnej szmaty, która wisiała za jej plecami.
- Chcę kupić wróżkę – Gilbert wyjawił jej cel swych odwiedzin.
- Nie zajmuję się handlem magicznymi istotami – odparła gniewnie.
- Odmawiasz? – dla pewności dołożył kolejną porcję monet, rzucając wiedźmie wyzwanie.
- Mogę przyrządzić dowolny eliksir, truciznę, rzucić urok, ale…
- Chcę wróżkę – powtórzył, przerywając jej monolog.
- Panie...
- Jeśli odmówisz, poszukam kogoś innego. Jadę na południe, lecz mogę zboczyć z trasy i zajrzeć do Tawerny pod Burym Kotem – książę celowo wyciągnął rękę i zaczął przesuwać złote monety w swoją stronę.
- Wiesz o tym miejscu? – zdziwiła się starucha, której nie uśmiechało się, iż całe złoto bogatego wędrowca trafi do konkurencji.
- Wiem o wielu sprawach. Więc? – Gilbert miał już dość przebywania w tym ponurym miejscu. Chciał jak najszybciej dobić targu, ale przede wszystkim, pragnął wyjść na zewnątrz. Wydawało mu się, iż mroczna aura, otaczająca wiedźmę, przenika przez jego skórę, a duszący aromat ziół, dobywający się z zaplecza, pozbawiał go powietrza. „Nie mogę zrezygnować! Muszę zdobyć wróżkę!” – zdeterminowany do działania, zaczął zbierać monety, wrzucając je pojedynczo do skórzanego woreczka. Dźwięk obijających się o złotych krążków zdawał się hipnotyzować staruchę. Jej chciwa natura przejęła nad nią panowanie. Groźby srogiej kary rozpłynęły się we mgle, pozostawiając po sobie jedynie cenny kruszec, odbijający się jasnym blaskiem w jej upiornych oczach.
- Dobrze, już dobrze! – czarownicy nie spodobało się, iż taka fortuna przejdzie jej koło nosa. – Mam jedną na zbyciu – wyciągnęła swoją szponiastą rękę, by przygarnąć zapłatę. Mężczyzna, przewidując ten gest, zabrał sakwę, chowając ją w swej dłoni.
- Najpierw towar – upomniał wiedźmę.
- Jak sobie chcesz – mruknęła obrażona, sięgając po laskę. – Muszę przywołać syna – ponownie stuknęła o zakurzoną podłogę.
- Pośpiesz się – odparł lodowatym tonem, nonszalancko zaciskając palce na woreczku z monetami. Czarownica zachłannie zmierzyła go wzrokiem, po czym zaciskając usta w wąską linię, by nie wydobywał się z nich stłumiony jęk niezadowolenia, zajrzała za kotarę, by ponaglić swego jedynaka.
Minęło kilka długich minut. Gilbert odwrócił się w kierunku drzwi, tęsknie marząc o słońcu. Kusiło go, by jak najszybciej wyjść na zewnątrz, lecz dobrze wiedział, iż wiedźma nie wpuściłaby go ponownie do środka, obawiając się oskarżeń o niecne czyny. Lior od zawsze powtarzał ojcu, iż takie jak ona, powinny zostać już dawno wygnane, lecz król, jak zawsze, nie wykazał żadnej inicjatywy. Na palcach jednej ręki można było policzyć ile razy w przeciągu ostatnich lat wyściubił noc spoza swojej komnaty.
- Pospiesz się, Ark, kupiec czeka – wiedźma odsłoniła kotarę, by ułatwić synowi przejście. Olbrzym musiał się nieco pochylić, lecz i tak solidnie uderzył się w głowę. Wydał z siebie przeraźliwie brzmiący skowyt, po czym spojrzał na matkę, szukając pocieszenia. – No trudno, mówiłam, że masz uważać – skarciła go, jednocześnie dotykając obolałego miejsca pomarszczoną dłonią. Przesunęła część potarganych włosów z jego twarzy, ukazując przerażającą twarz potwora. Miał on jakieś dwa i pół metra wysokości oraz jedno oko. Miejsce drugiego zajmowała brzydka blizna, jakby ktoś próbował stopić jego skórę. Słysząc wydawane przez niego dźwięki, Gilbert miał ochotę zasłonić uszy dłońmi, lecz nie zrobił tego. Potwór spojrzał na matkę, która wyrwała księciu ściskane przez niego monety. – Daj mu ją – rozkazała synowi, nawet nie patrząc w jego stronę. Ark zbliżył się do kontuaru a następnie wyciągnął prawą dłoń i zwolnił uścisk. Na blat spadła niewielka, złota klatka. – Oto twoja wróżka, panie.