sobota, 23 kwietnia 2016

Rozdział VI

„Humory księcia



Simon

No stary, teraz to pojechałeś... Jak tak dalej pójdzie, to sam wykończę księcia! Nawet nie muszę go porywać! Kolejny raz zignorowałem jego potrzeby, a teraz dzieciak zwija się z bólu... Chciałbym mu jakoś pomóc, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że nic nie można zrobić. Po jaką cholerę zjadł to ciastko, skoro wiedział, czym to się skończy?! Oszalał?!
Nie, to ja oszalałem... Nie chciał go jeść, a ja mu je wmusiłem. Zastraszyłem go i teraz mam za swoje.
Czas płynie bardzo powoli. Minuta za minutą. Obserwuję Eryka. Nawet nie drgnie. Leży tak cicho. Musi bardzo cierpieć, bo od zaciskania pięści palce mu pobielały...
Dopiero nad ranem ból mija i chłopak zasypia, zupełnie wyczerpany.
Budzi się po zaledwie trzech godzinach i ostrożnie wyciąga na łóżku.
- Lepiej się czujesz? - pytam. 
- Tak, dziękuję - odpowiada nieco rozkojarzony. Jest tak blady, że zlewa się z prześcieradłem. Przesuwa dłonią po swoim brzuchu. Nie mogę na to patrzeć...
- Naprawdę lepiej się czujesz? 
- Tak, możesz już iść. Za chwilę wstanę. 
Mija kilka minut i Eryk powoli zaczyna się podnosić. Jest słaby, ale udaje mu się usiąść na łóżku.
- Tak mi przykro. Wybacz mi. Gdybyś mnie powstrzymał... Powiedział... Nie chciałem, naprawdę nie chciałem - poczucie winy i wyrzuty sumienia nie dają mi spokoju. 
- Nic się nie stało. To nie twoja wina. 
- Moja! Oczywiście, że moja! Gdybym cię posłuchał...!
- Simon, już wystarczy. Naprawdę - nawet nie jest na mnie zły. Dlaczego? 
- Ale...! - chciałbym mu to jakoś wynagrodzić, przeprosić, tylko jak to ubrać w słowa? Ciągle mam przed oczami moment, gdy osuwa się na ziemię. Serce prawie stanęło mi ze strachu. 
- Zepsułem ci randkę. Jesteśmy kwita - o czym on bredzi? Tych sytuacji nie da się porównać, a poza tym... - Chcę zostać sam... - prosi cicho. 
- Nie ma takiej opcji!
Ktoś puka do drzwi, a potem je uchyla.
- Mogę wejść? - stary książę sprawdza, co robimy.
- Dziadku, wejdź proszę - Eryk spuszcza wzrok na swoje dłonie.
- Znowu sprawiłeś kłopoty... - mężczyzna od razu robi mu wyrzuty, ale to ja powinienem być adresatem tych słów. 
- Wasza wysokość, to moja wina - pokornie przyznaję się do wszystkiego. - To ja kazałem księciu zjeść ciastko, chociaż mówił mi o alergii – tłumaczę. 
- Nie o tym mówię... - dziadek wydaje się nieco zaskoczony tematem naszej rozmowy. - Chodzi mi o ostatni raport. Spodziewałem się większej efektywności. Możesz to poprawić? - pyta wnuka, jakby nie docierało do niego, że przez całą noc bardzo cierpiał. 
- Oczywiście, zaraz się tym zajmę - obiecuje Eryk. 
Nawet nie zapytał, jak on się czuje... Zupełnie o niego nie dba? Co tu się do cholery dzieje?!
Znowu zostajemy sami. Młody monarcha z trudem wstaje. Chwieje się lekko na nogach, ale gdy próbuję go podtrzymać, powstrzymuje mnie.
- Sam sobie poradzę. - Jego słowa wydają mi się głębsze, niż kiedykolwiek wcześniej. Sam... Znowu sam... Zawsze sam... 
W tej samej chwili na zewnątrz słychać wybuch. Od razu rzucam się w jego stronę, aby odseparować go od okien. Upadamy na łóżko. Chłopak leży pode mną. Szare oczy robią się wielkie ze zdziwienia. Choć jest to najmniej odpowiednia chwila, to nie sposób odmówić mu wdzięku. Jasne pasma włosów okalające jego twarz... Blada, delikatna skóra... Jasnoróżowe usta... Jest piękny. Po prostu piękny, a wrodzona kruchość tylko to podkreśla... Skup się, Simon, potem będziesz podziwiać urodę księcia.
W myślach odliczam do dwudziestu, a potem wstaję. 
- Nie ruszaj się - ostrzegam go - sprawdzę, co to było. Za żadne skarby nie podchodź do okna, jasne? 
- Tak - spodziewałem się po nim większego szoku, ale posłusznie zostaje na łóżku. Wybuch miał miejsce z drugiej strony domu. Otwieram drzwi i wychodzę na korytarz. Po domu kręcą się spanikowani ludzie. Ochrona próbuje zapanować nad sytuacją. 
- Właśnie pana szukałem! - podbiega do mnie jeden z ochroniarzy. - Pański wóz wyleciał w powietrze! – informuje mnie, nie ukrywając zdenerwowania. 
- Co takiego?! Mój samochód?! 
Wybiegam na zewnątrz, aby ocenić straty. Z mojego auta zostały zgliszcza, które agenci pracujący w zamku starają się ugasić. Mój samochód?! Ale dlaczego?!
Oglądam go ze wszystkich stron. Perfekcyjna robota. Mały ładunek wybuchowy i po sprawie. Dobrze, że nie wjechałem do garażu, bo wybuch spowodowałby znacznie większe straty. 
- Simon, wszystko w porządku? - stary książę wychodzi na dziedziniec.
- Wasza wysokość, proszę wrócić do środka. Tu nie jest bezpiecznie - zerkam na towarzyszących mu ludzi, którzy bez słowa eskortują go do budynku.
Spoglądam na osmolone odłamki. Mój samochód... A tak go lubiłem...
- Coś tu leży - jeden z agentów wskazuje na lekko zwęglone znalezisko. 
- Co to jest? - pyta inny. 
- Sprawdźmy - podchodzę z nimi, aby przyjrzeć się znalezisku z bliska.
- To chyba kot.
- O nie, tylko nie kot Eryka! - klnę pod nosem.
Resztki mojego wozu zostają zabrane do analizy. Agenci sprawdzają pozostałe auta. Przeglądają także nagrania z monitoringu. Jadę z nimi do centrum, aby porozmawiać z właścicielem kawiarni, w której byłem dziś z Erykiem, prosząc o udostępnienie nagrania z monitoringu. Mężczyzna obiecuje, że przekaże mi je najszybciej jak się da. 
Zakopuję kota w lesie pod drzewem. Będę musiał powiedzieć księciu... Zabroniłem mu wychodzić z pokoju. Powinien leżeć, bo rano wyglądał okropnie, ale siedzi już w bibliotece i pracuje. Wciąż nie czuje się dobrze. Jego nowa asystentka przynosi nam herbatę.
- Czy to wszystko na dziś, książę? - pyta cichym głosem. Nadal jest nieco skrępowana w jego obecności. 
- Tak, Jane. Dziękuję. Ktoś odwiezie cię do domu - uśmiecha się lekko do swojej pomocnicy.
- Do widzenia -  dziewczyna żegna się i wychodzi. Zostajemy sami. 
- Jak się czujesz? - chciałbym jakoś przygotować go na cios, który muszę mu zadać.
- Przestań zadawać mi to pytanie. Już ci mówiłem, że lepiej – fuka na mnie. Nie lubi być w centrum zainteresowania. 
- Muszę ci coś powiedzieć - nie chcę go ranić, ale unikanie prawdy nie sprawi, że będzie mniej bolało. 
- Mów, proszę - spogląda na mnie wyczekująco, zakładając włosów za prawe ucho.
- Chodzi o wybuch i twojego kota... - Erykowi wypada pióro z ręki. Nie muszę kończyć tego zdania. Od razu wie, co chciałem powiedzieć. 
- Powinienem go zakopać - liczy na to, że wypuszczę go z domu. 
- Już się tym zająłem. 
- Dziękuję - szepcze.
- Przykro mi - dodaję, lecz na niewiele się to zdaje. Wiadomość o losie zwierzaka wstrząsnęła nim bardziej niż jakakolwiek wcześniejsza sytuacja. Podnosi na mnie wzrok. I wtedy, po raz pierwszy dostrzegłem to, co na co dzień chowa pod maską obojętności i lodu. W tej chwili nie jest księciem, lecz bezbronnym chłopakiem, który stracił jedynego przyjaciela... Oczy zachodzą mu łzami. Trwa to zaledwie kilka sekund. Po chwili opanowuje emocje i wraca do czytania dokumentów. Jego smutne spojrzenie prześladuje mnie przez długie godziny.