Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzech. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 stycznia 2019

Prawdziwy Romantyk, część XV


Przyznaję, że zupełnie inaczej wyobrażałem sobie Wilbura DiMarone. Sądziłem, że okaże się on wojownikiem ubranym w zbroję. Tymczasem jest to mężczyzna dość szczupły i niższy ode mnie co najmniej o głowę. Ma na sobie czarny surdut oraz ciężki, srebrny łańcuch, wysadzany kamieniami. Jeśli dodamy do tego nieco wypłowiałe i przydługie włosy w odcieniu ciemnego blond, wąskie usta i haczykowaty nos, cała postać jawi się raczej dość pospolicie. Na pierwszy rzut oka widać, że brakuje mu pychy nieszczęśliwie zmarłego krewnego, który nosił się niczym cesarz o wyjątkowo nadmuchanym ego oraz przeroście ambicji. Wilbur jest inny. Znacznie bardziej powściągliwy, lecz czy równie niebezpieczny?
- Bardzo mi przykro – szepczę, dając gościom do zrozumienia, iż wieści, które muszę im przekazać, nie mogłyby być gorsze.
- Chcę to zobaczyć na własne oczy. – Wilbur rzuca mi kolejne, dość zimne spojrzenie. Wolałbym tego nie robić, lecz ukrywanie zbrodni nic nie da. Nie ma zaklęć, które są w stanie przywołać do życia zmarłą osobę. Cofam się nieco, by nie zagradzać przejścia do celi.
Mężczyzna pewnym krokiem zmierza w kierunku wciąż zamkniętych drzwi  i spogląda przez otwór. Rysy jego twarzy tężeją. Zaciska dłonie w pięści, a następnie odwraca się w moją stronę.
- Sprawca tego haniebnego czynu zostanie złapany i surowo ukarany. Masz na to moje słowo – zwracam się do nieco zszokowanego DiMarone. Jasnowłosy nie komentuje moich słów. Gestem powstrzymuje jedynie przybyłego z nim mecenasa, by nie podchodził do drzwi.
- Wybacz, panie, lecz nie mam innego wyboru – odpowiada jego towarzysz. Dopiero teraz zwracam na niego uwagę. Zalękniony obrońca ma na sobie długą togę. W obu dłoniach trzyma swoją teczkę, którą obecnie traktuje jako tarczę. Na nic mu się ona nie przyda. Krwawa rzeź, która niedawno miała tu miejsce, z pewnością jeszcze długo będzie mu się śnić po nocach.
- O bogowie! – krzyk mecenasa odbija się echem od kamiennych ścian. Mężczyźnie od razu robi się słabo i zaczyna chwiać się na nogach.
- Wyprowadź go stąd – rozkazuję Normanowi, który od razu wypełnia moje polecenie. Podchodzi do nieszczęśnika i przenosi go do ogrodu. Odrobina świeżego powietrza dobrze mu zrobi. Wilbur i ja zostajemy sami.
- Wasza wysokość, czy twoi ludzie pojmali już wampira? – DiMarone jako pierwszy przerywa ciszę.
- Wampira? – udaję zdziwionego.
- Królu, twój opiekun wyraźnie stwierdził, że za śmierć moich bliskich odpowiada wampir.
- Nie wiemy jeszcze, kto jest sprawcą. Zaklęcia zabezpieczające drzwi są nietknięte, a strażnicy…
- Czy to ten sam wampir, który rzekomo doradzał twojemu ojcu? – Wilbur groźnie mruży oczy, przerywając mi w połowie zdania.
Wyczuwam wokół niego energię, świadczącą o tym, że nie jest on zwykłym człowiekiem. To demon-mieszaniec. Podejrzewam, że jego matka była człowiekiem lub nie rozwijała swoich zdolności, stąd tak nikła moc. Mimo to moi doradcy ostrzegali, że być może ma on w swoim posiadaniu księgi z zaklęciami. Ta teoria od samego początku wydawała mi się szyta grubymi nićmi. Jak taki słabeusz miałby mnie zaatakować? Jego największym osiągnięciem są szpiedzy, którzy od dłuższego czasu panoszą się po zamku. Ich obecność jest znacznie większym utrapieniem niż czarna magia.
- Jak już mówiłem, dowiem się, kto zamordował twoich krewnych, panie – cedzę przez zęby, by nie dać się sprowokować.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie, królu. Czy to ten sam wampir, który doradzał twojemu ojcu?
Sytuacja z każdą sekundą robi się coraz bardziej nieprzyjemna. Muszę zważać na każde słowo, by zapewnić bezpieczeństwo Nefrytowi. Zbyt długi język Normana już napytał nam biedy. Wzmianka o wampirze z pewnością na długo zapadnie w umyśle Wilbura. Zwłaszcza w obliczu tak brutalnych morderstw.
- Nie wiem o czym mówisz, panie – ucinam wszelkie spekulacje.
- Nie wiesz? – mężczyzna prycha z wyższością. – Moi zaufani przyjaciele twierdzą, że wampir jest często widywany w twoim towarzystwie.
- Od niepamiętnych czasów mój ojciec udzielał schronienia wszystkim, którzy go o to poprosili. Zamierzam kultywować te zacne tradycje – silę się na swobodny ton, lawirując między prawdą a kłamstwem, jak na prawdziwego dyplomatę przystało.
- Pozwól więc, wasza wysokość, że i ja skorzystam z twojej gościnności. Chciałbym osobiście nadzorować śledztwo, jeśli nie masz nic przeciwko, królu Cassianie…
W głosie Wilbura słychać ironię oraz ledwo maskowaną pogardę, zwłaszcza gdy tytułuje mnie „królem”.
- Powiem moim ludziom, by przygotowali dla ciebie najlepsze pokoje.
- Dziękuję – mężczyzna skinął głową, lecz ani na chwilę nie przestaje świdrować mnie swoimi nachalnymi oczami.
Ponownie przywołuję Normana, któremu powierzam moich gości. Gdy tylko cała trójka znika mi z pola widzenia, rozkazuję moim najbardziej zaufanym żołnierzom, by bezustannie pilnowali Wilbura oraz jego ludzi. Wolę mieć pewność, że nie stanie się im żadna krzywda.
Przez kilka godzin dokładnie sprawdzam wszystkie cele, a także teren wokół więzienia, lecz nie znajduję żadnych śladów. Morderca nie mógł rozpłynąć się w powietrzu. Musiał jakoś sforsować zabezpieczenia, a potem uciec. Skoro nie korzystał przy tym z magii, pozostaje tylko jedna opcja – schody. Innej drogi nie ma. No i strażnicy. Nie da się zignorować kilkunastu przeszkolonych mężczyzn, którzy pełnią służbę od wielu lat. A mimo to intruz nie pozostawił po sobie choćby pyłku, który pomógłby rozwikłać tę tajemniczą zbrodnię.
- Wasza wysokość… - Norman pojawia się przy moim boku. – Złapałeś go już? Jest w lochu? – dopytuje, wpatrując się w pootwierane drzwi poszczególnych cel, które są sprzątane. Usunięcie krwi ze ścian, sufitu oraz podłogi z pewnością zajmie sporo czasu.
- Nie, jeszcze nie.
- Nie sądzę, by uciekł daleko. Zacznijmy szukać od twoich apartamentów, panie. Wyślę naszych ludzi, aby…
- Moich apartamentów? Dlaczego uważasz, że morderca wybrałby akurat moją sypialnię na swoją kryjówkę?
- Panie, przecież znasz odpowiedź. Tylko Nefryt był w stanie zakraść się tu niepostrzeżenie, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Z pewnością zahipnotyzował strażników, dlatego wpuścili go do środka.
Tłumaczenie Normana sprawia, że na całym ciele czuję nieprzyjemne dreszcze. Nefryt i morderstwo? To jakiś absurd!
- Zamilcz, dobrze ci radzę… - ostrzegam przyjaciela.
Wokół mnie pojawia się ciemna poświata, nad którą ledwo co panuję. Mój oddech przyspiesza, a serce bije zdecydowanie za szybko. Czarna moc w ułamku sekund rozprzestrzenia się po wszystkich lochach, zawłaszczając każde źródło światła. Zamykam oczy, by łatwiej mi się było skoncentrować.
Norman jest przy mnie od urodzenia. Towarzyszy mi każdego dnia. Na polu bitwy zawsze stał przy moim boku. Wie o mnie wszystko. Zna moje serce. Widział znamię, które pojawiło się na moim ciele, gdy złożyłem przysięgę… A mimo to… Mimo to…
Spokojnie. Tylko spokojnie. Możesz to powstrzymać, Cassianie. Przecież nie chcesz, by komuś stała się krzywda, prawda? To twoja moc. Twoja siła. Zapanuj nad nią…

„Kocham cię, najdroższy…”

Otwieram oczy. Czarna moc natychmiast znika. Wraca do mnie. Poskromił ją głos ukochanego.
Nefryt…
- Wasza wysokość! Czy wszystko w porządku?! – podbiega do mnie kapitan straży, lecz zbywam go machnięciem dłoni.
- Zostaw nas! – warczę na niego, po czym chwytam Normana za gardło i popycham na ścianę. – Jeśli jeszcze raz sprowokujesz mnie w podobny sposób… –  Nie muszę kończyć mojej groźby. Mój opiekun doskonale zna konsekwencje swoich czynów.
- Wybacz, panie – mamrocze pod nosem, spuszczając wzrok.
Z trudem poluzowuję palce, by nie wyrządzić  mu zbyt wielkiej krzywdy, a następnie przenoszę się od razu do sypialni.
W pomieszczeniu jest cicho i ciepło. Słychać jedynie trzaskanie drewna w kominku. Na widok wampira, który zrobił sobie legowisko blisko ognia, spływa na mnie upragniony spokój. Mój ukochany leży na brzuchu, czytając książkę. Unosi na mnie wzrok, a następnie uśmiecha się miękko. Chowam twarz w dłoniach, bo nie potrafię poradzić sobie z emocjami.
- Zdejmij to… - szepcze Nefryt, dotykając dłonią pancerza, który chroni moją klatkę piersiową. Ciągle zapominam, że potrafi być taki szybki…
- Aniele… - unoszę powieki, by zatopić się w bezkresnym błękicie jego cudownych oczu.
Wracają do mnie wszystkie wydarzenia minionych godzin, począwszy od widoku zbezczeszczonych ciał, skąpanych we własnej krwi, dziwnej rozmowie z Wilburem, a także próbie wysadzenia własnego zamku.
Chciałbym przytulić się do Nefryta i poszukać ukojenia w jego ramionach, lecz boję się go dotknąć. Nadal nie ufam swojej mocy. Nie chcę zranić ukochanego.
- Chodź do łóżka, Cassianie… Wyglądasz na skonanego… - Nefryt bierze mnie za rękę i z czułością splata nasze palce.
- Odsuń się – proszę go. – Gdy jesteś tak blisko…
- Nie pleć głupstw, mój panie. Dobrze wiesz, że się ciebie nie boję. – Nefryt unosi moją dłoń do ust, a następnie całuje moje palce. – Nie byłbyś w stanie mnie skrzywdzić.
- Tak sądzisz? – pytam. – Kilka minut temu prawie straciłem nad sobą kontrolę.
- Kocham cię – nieśmiertelny wspina się na palce, a następnie muska moje usta swoimi. Spogląda na mnie spod przymrużonych powiek.
- Masz w sobie więcej magii niż ja – śmieję się, z niedowierzaniem kręcąc głową.
Kilka minut później, gdy leżymy w naszym łóżku zapatrzeni na ogień, nadal nie umiem otrząsnąć się z oszołomienia. Od zawsze wiedziałem, że drzemiące we mnie pokłady energii są znacznie większe niż u innych. Nawet mój ojciec nie byłby w stanie mnie pokonać. Zaklęcia nieco mi to ułatwiły, lecz jedna iskra wystarczy, abym…
- O czym myślisz, ukochany? – Nefryt przesuwa opuszkami po mojej twarzy. Jego kojący dotyk działa cuda na moje spięte mięśnie.
- W tej chwili? – całuję wampira w policzek, wtapiając palce w jego rozpuszczone włosy. – Że na ciebie nie zasługuję. Nie mam pojęcia co by się stało, gdybym nie usłyszał twojego głosu. Ciemność prawie pochłonęła mnie żywcem – żalę się.
- Dobrze wiesz, że nigdy bym na to nie pozwolił. Jesteś mój, Cassianie. Przysięgałeś, że będziesz mnie kochać na zawsze.
- Aniele, jesteś prawdziwym darem niebios.
- Tak sądzisz? – Nefryt zmienia ułożenie swojego ciała. Przekręca się w moich ramionach i unosi do góry. Poddaję się jego urokowi, gdy siada na moich biodrach, a wyraz jego twarzy poważnieje.
- Kocham cię.
- Zapytaj mnie, Cassianie.
- O co mam cię zapytać, mój najdroższy? – droczę się z nim, sięgając po pasmo jego różowych włosów, które okręcam wokół swoich palców.
- Zapytaj, czy ich zabiłem.
- Skarbie… - Próbuję unieść się na posłaniu, lecz Nefryt mi to uniemożliwia.
- Zapytaj, czy zakradłem się do lochów i zahipnotyzowałem strażników!
- Aniele, ja…
- Zapytaj, czy wydłubałem im oczy i utopiłem wewłasnej krwi! – Wampir jest wzburzony. Skąd wie o tym wszystkim? Czyżby słyszał oskarżenia Normana?
- Nie będę o nic pytać, bo dobrze wiem, że to nie byłeś ty! – odgryzam się mojemu wybrakowi.
- Cassianie, zrozum wreszcie, że Norman zatruwa twoje myśli i serce, dlatego twoja własna moc zbuntowała się przeciwko tobie. Gdybyś ufał moim słowom, nic takiego nie miało by miejsca.
- To nieprawda! – bronię się. – Przecież…
- Nasłuchałeś się bajek o tym, że Wilbur DiMarone jest silniejszy od ciebie. Boisz się kolejnej wojny, a na dodatek podejrzewasz, że jestem mordercą.
- Nefrycie, nie bądź niesprawiedliwy. Dobrze cię znam i wiem, że nigdy nikogo nie zabiłeś.
- Łącząca nas przysięga niesie za sobą pewne zobowiązania. Ja ufam ci bezgranicznie, dlatego moje wizje stały się znacznie intensywniejsze. A ty, mój drogi? Możesz to samo powiedzieć o sobie?
- Nie wiedziałem, że przysięga ma aż tak silne działanie… - wyznaję nieco zawstydzony. – Wybacz, aniele. Obiecuję ci, że więcej tak nie zrobię – przymilam się do wampira, zagarniając go powrotem w swoje ramiona.
Nefryt układa głowę na mojej klatce piersiowej i wzdycha cichutko. Korzystam z okazji, że mam go tak blisko i wsuwam palce pod materiał jego koszuli. Dotyk jego nagiej skóry od razu wprawia mnie w lepszy nastrój. Za pomocą magii pozbywam się zbędnej przeszkody.
- Nie! Nie możesz! – zostaję od razu powstrzymany.
- Obiecałeś, że wypróbujesz na mnie coś nowego… - odświeżam perfekcyjną pamięć mojego kochanka.
- A ty obiecałeś, że spotkamy się o północy. Złamałeś dane mi słowo.
- Przecież wiesz, co stało się w podziemiach. Nie miałem wyboru!
- Mylisz się, mój panie. Miałeś wybór i wybrałeś źle. Zabierz ręce – Nefryt z irytacją domaga się, abym przestał go dotykać. – Liczyłem na to, że upojna noc w moich ramionach znaczy dla ciebie coś więcej, ale ty wolałeś uganianie się za Normanem.
- Aniele! – wołam za wampirem, który ucieka z łóżka do garderoby.
- Przykro mi, Cassianie, lecz muszę nauczyć cię dotrzymywania obietnic. Może jeśli zatęsknisz za moim ciałem, staniesz się bardziej chętny do współpracy.
Zatęsknię? Od ponad stu lat nic innego nie robię, tylko za nim tęsknię.
- Jesteś dla mnie zbyt surowy! – Ze złością zrzucam część poduszek na podłogę.
- Zanim zaczniesz mnie osądzać, mój panie, przeanalizuj własne postępowanie. Dopiero wtedy wolno ci będzie mnie pouczać. – Nefryt grozi mi palcem.
- Czego ode mnie oczekujesz, Nefrycie? Co mam ci dać, abyś był szczęśliwy?
- Siebie.

piątek, 11 stycznia 2019

Prawdziwy Romantyk, część XIV

Proces barona DiMarone, który rozpocznie się za trzy dni, elektryzuje królestwo. Rozmawiają o nim wszyscy, począwszy od arystokracji a skończywszy na służbie. Zdrada króla wywołuje sprzeczne emocje. Większość poddanych jest po mojej stronie. Ufają mi i pokładają nadzieję w tym, że zagwarantuję im spokojne życie oraz surowo ukażę spiskowców.
Nie wszyscy są mi tak przychylni. Niedługo pojawi się Wilbur. On oraz jego poplecznicy z pewnością nie poprzestaną na jednym zamachu. Będą próbować aż do skutku. A przynajmniej takie jest stanowisko Normana, który od blisko godziny próbuje mnie przekonać, abym użył siły wobec barona i zmusił go do mówienia.
- Panie, błagam, bądź rozsądny! A jeśli sam nie chcesz tego zrobić, ja się tym zajmę. – Niestrudzony doradca naciska i naciska, lecz nie zamierzam się ugiąć.
- Powiedziałem nie i zdania nie zmienię – ucinam wszelkie protesty, koncentrując uwagę wyłącznie na porządkowaniu dokumentów oraz podpisywaniu najważniejszych listów. Proszę w nich najwierniejszych sojuszników, by nie wierzyli w krążące po królestwie plotki. Ród DiMarone nie jest w stanie nam zagrozić. A nawet jeśli tak będzie, nie odpowiem na ich zaczepki. Nie sprowokują mnie do wojny.
- Wasza wysokość, wybacz, że to powiem, lecz tego problemu nie da się zignorować lub zamieść pod dywan!
- Ja niczego nie zamiatam pod dywan.
- Więc dlaczego nie chcesz zacząć działać?! – irytuje się mój opiekun.
- Baron nie jest głupi. To wytrawny gracz, który z pewnością liczy na to, że użyję siły. Mógłby wtedy rozpowiadać wszem i wobec, że został zmuszony do składania fałszywych zeznań, a cały proces to farsa. Dlatego zadbam o to, by włos nie spadł mu z głowy. Rozumiemy się?
- Szczerze wątpię, że ktokolwiek z jego świty zechce udać się do lochów, by słuchać jego wynurzeń, gdy zostanie skazany na dożywocie.
Mój przyjaciel nie wierzy w słuszność mojego planu, dlatego chce jak najszybciej pozbyć się robactwa szerzącego zgniliznę. Jeśli przyklasnę jego pomysłowi, za jakiś czas grono moich wrogów jedynie się powiększy. Tortury i egzekucje źle wróżą na przyszłość.
- Zapominasz, że jego dzieci także są naszymi więźniami. Uważam, że prędzej czy później DiMarone się złamie i ruszy im na ratunek.
- Nie byłbym tego taki pewny, wasza wysokość. Podczas naszego ostatniego spotkania dał nam wyraźnie odczuć, że los tej dwójki nic go nie obchodzi. Baron ma serce z kamienia. – Norman milknie na chwilę, próbując zebrać myśli. – Szanuję twój punk widzenia, panie, lecz uważam, że jesteś w błędzie. Atak to najlepsza forma obrony. Zwłaszcza, jeżeli przeciwnicy gotowi są na wszystko.
- Nefryt powiedział, że nic złego się nie stanie i ja mu wierzę. Skończ więc z tym lamentem i weź się do pracy.
- Nie wierzę, że powierzasz tak delikatne kwestie wampirowi! A co, jeśli się myli lub kłamie?
- Nefryt? To niemożliwe – uśmiecham się na samo wspomnienie o ukochanym. Słońce właśnie zaszło. Mój skarb niedługo do mnie dołączy. – Ufam mu. Mój ojciec także mu ufał.
- I skończył tragicznie… - Norman nie potrafi odmówić sobie tej drobnej uszczypliwości.
- Powtórz to jeszcze raz, a ty również udasz się w zaświaty – złowrogi szept różowowłosego rozlega się w pomieszczeniu. W dodatku działa bardzo sprawnie. Łapie mojego opiekuna za gardło i przyszpila go do ściany. – Przestań zatruwać mu umysł, bo nie ręczę za siebie… - Mój doradca zaczyna się dusić, więc wampir łaskawie zwalnia uścisk, a następnie materializuje się na moich kolanach. Jest tak szybki, że nie zdążyłem zaprotestować, by zostawił Normana w spokoju. – Każ mu wyjść – żąda filigranowy uwodziciel.
- Panie… - sługa ze złością patrzy mi w twarz. Wie, że nie ma szans w starciu z Nefrytem, dlatego kłania się nisko, po czym z wściekłością trzaska za sobą drzwiami. Przegrał to starcie.
- Nareszcie sami – cieszy się mój ukochany. Ujmuje moją twarz dłońmi i ociera się ustami o moje usta.
- Skarbie… - staram się jakoś go poskromić, lecz to takie trudne. – Tyle razy prosiłem, abyś nie kłócił się z …
- Pocałuj mnie. – Wampir ignoruje moje słowa i skupia się wyłącznie na przyjemnościach. Nie jestem w stanie mu się oprzeć. Zatapiam palce w jego włosach i wpijam się w rozchylone wargi, mrucząc przy tym z zadowoleniem.
- Spisałem się? – dyszę, próbując zapanować nad oddechem.
- We śnie bardziej się starałeś. – Mały deprawator parska śmiechem i znacznie odważniej rozsiada się na moich kolanach. – Zrehabilituj się, mój panie… - kusi, abym obdarzył go kolejnymi pieszczotami. Układam więc dłonie na szczupłych biodrach i przyciągam go bliżej.
- Czy w twoim śnie poprzestaliśmy jedynie na pocałunkach? – drażnię wampira, odchylając głowę do tyłu, by łatwiej mu było mnie ugryźć.
- Nie. – Błękitne tęczówki długowiecznego rzucają mi wyzwanie. Nefryt wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę, a następnie przymyka powieki i pochyla się do przodu. Jego chłodne usta muskają moją rozgrzaną oraz pobudzoną pocałunkami skórę.
- Jak daleko wolno mi się posunąć? – szepczę mu do ucha, by nikt inny nie mógł nas usłyszeć.
Nefryt nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Zamiast tego wbija we mnie swoje kły, by sycić się krwią z zadanej rany.
Po skończonym posiłku gryzie się w palec, by zlikwidować ślady oraz dokonać wymiany. Przełykam mój bezcenny dar w postaci szkarłatnej kropli, a następnie zatapiam palce w jego włosach.
- Mówiłem ci już, jak bardzo cię kocham? – pytam wampira.
- Mówiłeś. W moim śnie bezustannie powtarzałeś, że zrobisz dla mnie wszystko – delikatny uśmiech pojawia się na twarzy mojego ukochanego.
- To prawda. Nie ma rzeczy, której bym ci odmówił – zapewniam go.
- Czyżby? – Nefryt znacząco unosi do góry swoje perfekcyjne brwi. – Tak się składa, że jest coś, co by mnie uszczęśliwiło… - zaczyna swoje słodkie gierki.
- Mów, czego sobie życzysz, najdroższy. – Dobrze go znam i wiem, że nic nie uszczęśliwia go równie mocno, jak kolejne prezenty.
- Pozbądź się Normana – pada natychmiastowa odpowiedź.
- Skarbie… - wzdycham pokonany. – Proszę… Dobrze wiesz, że nie mogę tego zrobić. Norman będzie trwał przy moim boku aż do śmierci.
- Ty nigdy nie umrzesz, Cassianie! – oburza się mój wybranek. – Będę cię karmił swoją krwią, abyś mógł żyć wiecznie.
- W takim razie przygotuj się na to, że Norman stanie się częścią naszego wiecznego życia. Nie mogę go odprawić czy wygnać. Jest moim opiekunem.
Nefryt prycha niepocieszony, krzyżując ramiona na piersi. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy nie potrafiłem go obłaskawić. Tymczasem teraz…
- Z pewnością są inne rzeczy, które choć troszeczkę poprawią ci humor. Jeśli mi o nich powiesz, to…
- A co tobie poprawiłoby humor? – pyta wampir.
- Mnie? – udaję zdziwionego, by ukryć szybszy puls.
Na samą myśl o tym, że mógłbym poprosić go o cokolwiek aż drżę z podniecenia. Nie będę ukrywać, że to jego pragnę najbardziej. Jest moją obsesją. Marzeniem. Miłością.
- Cassianie… - Nefryt wlepia we mnie swoje tajemnicze spojrzenie, cierpliwie czekając na to, co powiem.
- Chcę, żebyś był szczęśliwy.
Mój kochanek uśmiecha się do mnie, zadowolony . Oddycham z ulgą, bo udało mi się uniknąć kłopotliwej sytuacji.
- Doprawdy? – szydzi ze mnie. – Czy wiąże się to z tym, że mam być nagi? – Ukochany przygryza dolną wargę, wystawiając moją samokontrolę na bardzo wielką próbę.
- Skarbie… - dukam, lekko zażenowany. – To nie tak… Ja…
- Postaraj się jak najszybciej uwinąć z tym bałaganem – niebieskooki wskazuje na stosy papierów na moim biurku. – Ja również mam coś do zrobienia, a później… - Nefryt zaczyna rysować palcem wzory na mojej zbroi. – Może pozwolę ci na coś więcej… - mruczy zmysłowo.
- Coś więcej? – powtarzam po nim, całkowicie urzeczony.
- Chcesz mnie dotykać, Cassianie?
- Chcę… Chcę tego bardziej, niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić…
- Przyśniło mi się coś intrygującego i chciałbym to z tobą wypróbować – wampir odsłania przede mną swoje ukryte pragnienia.
- Po co mamy czekać? – sięgam w kierunku jego ponętnych ust, by zatopić się w kolejnym pocałunku.
- Najpierw obowiązki. – Wampir odsuwa się o kilka centymetrów, po czym przykłada opuszki swoich chłodnych palców do moich rozgrzanych warg.
- Obowiązki…
- Dokładnie tak – Nefryt ucieka z moich kolan i materializuje się przy drzwiach. – Będę na ciebie czekał o północy, mój panie… Nie spóźnij się… - grozi mi palcem przed wyjściem, po czym posyła całusa w moją stronę.
- Gdzie się tak spieszysz? – wołam na nim.
- Mam swoje sprawy. Do zobaczenia o północy – Nefryt rozpływa się w powietrzu, korzystając ze swojej nieziemskiej szybkości.
- Szczęściarz ze mnie – mamroczę do samego siebie, próbując otrząsnąć się z miłosnego odurzenia. Nefryt z każdą minutą działa na mnie coraz intensywniej. To udręka mieć go tak blisko i nie móc dotykać…
Mój wieczór przebiega w dość nerwowej atmosferze. Z jednej strony mam naprawdę sporo pracy, która wymaga koncentracji oraz bycia uważnym. Obietnice ukochanego sprawiły, że wszystkie inne sprawy przestają mieć znaczenie. Czuje się tak, jakbym wypił zbyt dużo słodkiego wina. Kto by pomyślał, że wampir potrafi być słodszy niż sam miód…
Po dwudziestej drugiej dołącza do mnie Norman, który zatroszczył się o naszą kolację. Lubię posiłki w jego towarzystwie. Lata wojny nauczyły mnie, że powinno się bardzo uważać na współbiesiadników, dlatego podczas oficjalnych przyjęć piłem jedynie wino, by nie urazić moich gości. Po incydencie z lady Zaną będę musiał pomyśleć o czymś innym.
- Gdyby Nefryt widział twoją minę uznałby, że chcesz mnie otruć – przełamuję ciszę, która ciąży między nami. Nie lubię kłótni z Normanem. Bądź co bądź to mój najwierniejszy druh oraz opiekun.
- Do tego celu nie użyłbym pieczeni, którą obydwaj uważamy za prawdziwy przysmak. – Mężczyzna stawia przede mną talerz, na którym znajduje się sowita porcja.
- Wyborne – doceniam kunszt kucharza, który przygotował dla nas to wykwintne danie.
- Żałujesz, panie, że wampir nie dzieli z tobą tych ulotnych chwil?
- Co masz na myśli? – rzucam zaintrygowane spojrzenie w kierunku przyjaciela.
- Nefryt nie pamięta swojego człowieczeństwa. Kieruje się zasadami wpojonymi przez stwórcę, których ty, demon, być może nigdy nie zrozumiesz. – Norman unosi kielich w moją stronę. Już jakiś czas temu obiecałem sobie, że nie będę pić alkoholu. Zamierzam dotrzymać tej obietnicy. Sięgam więc po wodę, którą wznoszę toast.
- Nie zależy mi na tym. Wprost przeciwnie. Dzielące nas różnice sprawiają, że nasz związek jest bardziej dynamiczny.
- Skąd możesz to wiedzieć, skoro odkąd pamiętam wmówiłeś sobie uczucie do tego krwiopijcy? Omotał cię już w kołysce.
- To prawda – uśmiecham się.
Tak wczesna miłość jest dla mnie powodem do dumy. Poza Nefrytem, nie kochałem nikogo innego. Nikogo też nie pocałowałem. Pod wieloma względami jest on dla mnie tym pierwszym.
- Będziesz się tak puszyć, gdy inni poznają waszą tajemnicę?
- Nie zamierzam nikomu o tym mówić. Wiesz tylko ty, Sin, Jack oraz Henryk.
- Poddani będą chcieli, aby u twego boku pojawiła się królowa. Co im wtedy powiesz? Związek z wampirem to ujma na honorze demona.
- Nie myślę o tym. Jestem młody, a małżeństwo to odległa przyszłość – bagatelizuję obawy Normana.
- A dziedzic? O następcę tronu także nie zamierzasz się starać?
- Przysięga, która nas połączyła, jest niezniszczalna – odświeżam pamięć mojego opiekuna. – Nefryt oddał mi swoje serce. Ten dar jest dla mnie po stokroć ważniejszy.
- Pospieszyłeś się ze swoją deklaracją, wasza wysokość, a jej konsekwencje mogą być miażdżące. – Norman posyła mi znaczące spojrzenie, odkładając sztućce.
- W takim razie wyrwij mi serce, ale wiedz, że nawet wtedy nie przestanę go kochać! – Ściągam swoją zbroję, by ułatwić opiekunowi jego nowe zadanie.
- Panie… - służący nie wie, co odpowiedzieć. Przez chwilę mierzymy się wzrokiem. Ani on, ani ja nie zamierzamy ustąpić. Przerywa nam ostre walenie do drzwi.
- Wejść – krzyczy Norman, wstając od stołu. – Zbroja, panie – szepcze do mnie, widząc dwóch rosłych strażników. Jeden z nich to kapitan straży. Drugiego nie rozpoznaję.
- Wasza wysokość! Stało się nieszczęście! – większy z mężczyzn nie ukrywa swojego zdenerwowania. – Dawno już nie widziałem takiej masakry!
Przez krótką chwilę przeszywa mnie piorunujący strach. A jeśli Nefrytowi stało się coś złego…
- O co chodzi?! – pytam, nie mogąc znieść napięcia.
- Baron DiMarone i jego dzieci nie żyją – odpowiada zalękniony kapitan.
- Kazałem wam ich pilnować! – unoszę się gniewem.
- Pilnowaliśmy, panie, przysięgam! Moi ludzie co godzinę sprawdzają wszystkie cele. Nie mamy pojęcia, jak to się stało, bo zamki w drzwiach są nietknięte. Zaklęcia również. Od czasu, gdy podałeś baronowi odtrutkę, nikt inny nie przekroczył progu jego celi. – Tłumaczenia kapitana na niewiele się zdają. Wolę się upewnić, czy mówi on prawdę.
Przenoszę naszą czwórkę bezpośrednio do lochów, gdzie panuje spore poruszenie. Strażnicy szepczą między sobą. Żaden z nich nie chce podejść do drzwi.
- Otwórzcie wrota! – rozkazuję im.
- Wasza wysokość, może najpierw zechciej spojrzeć… - Kapitan otwiera niewielką zasuwę, odsłaniając otwór, przez który można sprawdzić co dzieje się w celi. Idę za jego radą.
Ściany celi obryzgane są krwią. Na samym środku leży zmasakrowane ciało barona. Na pierwszy rzut oka widzę, że złamano mu kark, bo głowa wykręcona jest pod bardzo dziwnym kątem. Do tego wydłubano mu oczy.
- A dzieci barona? – dopytuje Norman, który zerka mi przez ramię.
- Są w podobnym stanie.
Gdy mija pierwszy szok, mężczyzna po raz kolejny pokazuje mi zamki oraz zaklęcia zabezpieczające wejście. Miał rację. Są nietknięte. Przymykam oczy, próbując się skoncentrować. Nie wyczuwam jednak żadnej magii.
- Otwórzcie drzwi i zajmijcie się ciałami – każę moim ludziom.
- Rozkaz, panie – kapitan kłania mi się nisko, po czym zaczyna wydawać polecenia.
- Kto mógł zrobić coś tak strasznego? – zastanawiam się na głos, nadal nie potrafiąc wyzbyć się widoku zwłok barona, którego bezustannie widzę przed oczami.
- Nie znam nikogo, kto pokonałby zabezpieczenia naszych lochów – odpowiada Norman. – Chyba, że… - zawiesza głos, by zasiać we mnie kolejną wątpliwość. Nie musi wymawiać jego imienia. Doskonale wiem, że chodzi mu o Nefryta.
- Wampir nie ma z tym nic wspólnego! – warczę wściekle, zaciskając dłonie w pięści.
- Wampir? – Za plecami Normana pojawia się dwóch obcych mężczyzn. Jeden z nich rzuca mi harde, nienawistne spojrzenie. – Jestem Wilbur DiMarone. Przybyłem, by porozmawiać z moim krewnym…

wtorek, 18 grudnia 2018

Prawdziwy Romantyk, część XIII


Uważnie obserwuję strażników, którzy mozolnie siłują się z żelaznymi drzwiami. Woleliby pewnie ich nie otwierać. Zwłaszcza późnym wieczorem. Licho nie śpi – jak mówi przysłowie. Norman, który stoi tuż za mną, trzyma w dłoniach flakonik, wypełniony magicznym eliksirem. Liczę na to, że zdołam przekonać barona DiMarone do współpracy. W przeciwnym wypadku ich ród okryje się hańbą i zostanie wykreślony z grona arystokracji. Utrata tak elitarnych przywilejów, po setkach lat wiernej służby koronie z pewnością będzie szeroko komentowane.
Gdy strażnicy kończą zdejmowanie blokady oraz łańcuchów zabezpieczających każdą celę, sięgam po jedną z pochodni, które przytwierdzone są do ściany i wchodzę do środka. W lochu panują egipskie ciemności oraz przejmujący chłód.
- Jak w kostnicy… - szepcze mój służący, celnie podsumowując moje własne obserwacje.
Nic nie mówię. Za pomocą magii rozpraszam płomień. Dzięki temu prostemu zabiegowi z mroku wyłania się kamienny podest, na którym leży mój jakże cenny więzień. Podchodzę bliżej, by przyjrzeć się baronowi. Mężczyzna nadal ma na sobie wytworny strój, który miał ubrany podczas pamiętnego przyjęcia. Jego ręce i nogi owinięte są szczelnie łańcuchami, uniemożliwiając mu zarówno poruszanie się, jak i ucieczkę. Do tego doliczyć trzeba upiorny wygląd. Skóra barona zrobiła się poszarzała i sina. Oczy i policzki nieco się zapadły. Trucizna, którą Nefryt kazał mu wypić sprawia, że delikwenta ogarnia kamienny sen, lecz nie umiera. Ten podły zdrajca mógłby tak hibernować jeszcze długie lata.
- Miejmy to już za sobą – zwracam się do Normana, wyciągając jednocześnie rękę po miksturę. Mój sługa od razu wręcza mi kryształową fiolkę. Otwieram ją bardzo ostrożnie i lekko przechylam. Na usta barona spada kilka kropli eliksiru, który powinien przełknąć.
- Pomogę ci, panie. – Mój opiekun podchodzi bliżej więźnia i otwiera usta więźnia.
Jestem wdzięczny Normanowi, że to zrobił. Brzydzi mnie konieczność dotykania kogokolwiek z rodu DiMarone. Zwłaszcza wspominając postępek lady Zany. Wolę trzymać dystans, by nie narażać się ukochanemu. Nefryt od razu wyczułby ode mnie obcy zapach i nieszczęście gotowe.
- Tyle wystarczy. – Norman zakręca fiolkę i chowa ją do magicznego woreczka, który ma przytwierdzony do pasa. Umieszcza w nim wszystkie rzeczy, które uznaje za przydatne lub cenne.
Baron nie kwapi się, by obudzić się ze śmiertelnego odrętwienia. Najpierw powolnie porusza gałkami ocznymi, potem jego płytki oddech odrobinę przyspiesza. W końcu niepewnie, lecz dość mocno zaciska palce prawej dłoni.
- Widzę, że plotki o królewskiej gościnności nie były przesadzone… - DiMarone odzywa się do nas nieco schrypniętym głosem. Nie otworzył oczu, a jego własne położenie jest mu bardzo dobrze znane. Zaskakujące…
- Próbowałeś otruć króla! Czego innego się spodziewałeś, śmieciu?! – Norman bardzo łatwo traci nad sobą panowanie. Odsuwam go do tyłu i gniewnym spojrzeniem nakazuję milczenie.
- Zawiodłem się na tobie, wasza wysokość. Spodziewałem się raczej, że twój mały wampir rzuci mi się do gardła, a ty przyprowadziłeś ze sobą jedynie tę płotkę? – Baron zaczyna się śmiać pod nosem. – Swoją drogą rozumiem twoją fascynację nocnymi krwiopijcami. Nie dość, że rzadki, to jeszcze nadzwyczaj piękny – rozmarza się, przyprawiając mnie o mdłości.
- Zostaw wampira w spokoju – ostrzegam. Nie chcę mieć arystokraty na sumieniu, jeśli zacznie się kręcić zbyt blisko Nefryta.
- To nie tak jak myślisz, panie. Z przyjemnością poderżnę mu gardło, a następnie wrzucę do ognia, gdzie jego miejsce! – odgraża się DiMarone.
Zaciskam mocno szczęki. Nie dam się wciągnąć w kolejne gierki tego kuglarza i oszusta! On tylko na to czeka. Może sobie mleć jęzorem do woli. A jeśli spróbuje choćby spojrzeć w kierunku mojego anioła, zabiję go!
- Za kilka dni rozpocznie się twój proces. Zostaniesz sprawiedliwie osądzony i ukarany.
Przyszłość barona nie rysuje się w jasnych barwach. Mam więc nadzieję, że skończy z obrażaniem mnie i skupi się bardziej na teraźniejszości. Przebieg naszej dzisiejszej rozmowy może wiele zmienić. Zwłaszcza w przypadku losów jego córki i syna.
- Sprawiedliwy? – DiMarone wypowiada ten wyraz z pogardą. – Sprawiedliwe będzie wyłącznie to, że zrzekniesz się tronu! Nie masz do niego prawa!
- Król Cassian jest prawowitym władcą – prycha Norman. – Panie, ta trucizna pomieszała w głowie temu biedakowi – zwraca się do mnie, udając współczucie.
- Poczekaj, jeszcze odszczekasz te swoje brednie! Ty i ten uzurpator, który z dnia na dzień traci poparcie! Wkrótce wszyscy obrócą się przeciwko wam, a wtedy…
- Jacy wszyscy? – sprytnie łapię barona za słowa, lecz ten zaczyna się jedynie głośno śmiać.
- Chcesz poznać nazwiska, wasza wysokość? – Mężczyzna drwi sobie ze mnie w najlepsze. – Poznasz je. Dowiesz się wszystkiego w odpowiednim czasie, gdy nasza armia zaatakuje twój zamek!
- Popiera cię garstka spiskowców. Część z nich wykruszy się w trakcie procesu. Inni po prostu cię zdradzą. Naprawdę uważasz, że lękam się kilku tysięcy żołnierzy? – Tym razem to ja nie biorę jego gróźb na poważnie. Większość dorosłego życia spędziłem na polu bitwy. Jeśli ci idioci są na tyle głupi, by zaatakować zamek, niech to zrobią.
- Jeszcze się zdziwisz, królu Cassianie. – Podły bazyliszek nie odpuszcza. Cieszy się jak dziecko, planując krwawą masakrę.
- Jesteś bardzo pewny swego – zmieniam taktykę. – Nie mogę być gorszy, więc zapewniam cię, że spędzisz w królewskich lochach resztę życia. Dam ci jednak szansę, abyś uratował swoje dzieci. W przeciwnym wypadku zarówno lady Zana, jak i jej młodziutki brat, zostaną osądzeni i skazani za zdradę.
Nastaje chwila ciszy. Norman i ja w napięciu obserwujemy unieruchomionego więźnia. Osobiście spodziewam się, że mimo wszystko przemyśli swoją sytuację i postąpi właściwie. Twarz DiMarone jest niczym maska. Niczego nie można z niej wyczytać. Wpatruje się on w moje oczy, jakby szukał w nich potwierdzenia, że nie blefuję. Choć to niezgodne z zasadami, jestem gotowy uwolnić lady oraz jej brata. Oczywiście pod warunkiem, że ich ojciec wykaże chęć współpracy.
- Nie dbam o to, co się stanie z moimi dziećmi. Możesz ich zabić, jeśli chcesz. Potraktuję to jako wyrównanie rachunków za śmierć twojego ojca oraz tego małego wampira, którego z pewnością zgładzimy.
- Nie jest ci ich żal? Mówimy o twojej ukochanej córce, a także dziedzicu, którym niedawno tak się chełpiłeś – przypominam mu, jednocześnie ignorując uwagi o moim ojcu oraz Nefrycie. – Rozejrzyj się po tym lochu. Chcesz dla nich takiej przyszłości? – wskazuję dłonią ciasne i zimne pomieszczenie.
- Gdy nasz ród przejmie koronę, dziedzic będzie mi zupełnie zbędny. – Szalony rechot odbija się głośnym echem od pustych ścian.
- Wasz ród? – Napinam mężnie pierś i spoglądam z wyższością na mojego wroga. – Nie mogę się doczekać aż banda robactwa wypełznie spod ziemi i rzuci mi wyzwanie. Ty, twój krewny Wilbur oraz wasze tajne księgi z czarami… Zmiotę was z powierzchni ziemi w przeciągu sekund, bo zdrajcy godni są wyłącznie potępienia! – Kończę swój wywód, po czym odwracam się do barona plecami z zamiarem opuszczenia komnaty.
- Na twoim miejscu nie szydziłbym z naszych mocy, bo to dzięki nim już niedługo będziesz błagał o życie! Ale my nie okażemy ci litości. Twoje dni na tronie są policzone, więc ciesz się wolnością, póki możesz, bo to ja ci ją odbiorę!
- Zajmij się nim – zwracam się do swojego doradcy.
Krzyki i wrzaski barona, który mozolnie walczy z łańcuchami drażnią mnie do tego stopnia, że od razu przenoszę się do sąsiedniej celi, gdzie przebywa młodziutka lady oraz jej brat. Wkrótce dołącza do mnie Norman. Podajemy rodzeństwu niewielkie porcje mikstury, którą przygotowali Sin i Jack.
Lady Zana płacze i błaga mnie o wybaczenie. Zarzeka się, że nie miała wyjścia, bo słuchała jedynie poleceń ojca, który ją zastraszył. Jej tłumaczenia nie brzmią zbyt przekonywująco.
Jedynie syn barona wydaje się szczery, choć z racji młodego wieku, nie dopuszczono go do żadnych rodzinnych tajemnic. Ze szczegółami odpowiada na wszystkie zadane pytania. Mówi dużo na temat przygotowań do balu i częstych rozmów ojca z Wilburem, a także zdradza, kto odwiedzał go w ostatnim czasie.
- Zrobię co w mojej mocy, by ci pomóc – zapewniam młodzieńca.
- Wasza wysokość… Martw się raczej o siebie. Wilbur od dawna grozi ci śmiercią. Moja sytuacja wcale nie jest lepsza. Zana z pewnością doniesie ojcu, że wszystko ci powiedziałem. Nie będę mógł wrócić do domu. – Nastoletni chłopiec wygląda na przybitego.
- Nie szkodzi. My się tobą zaopiekujemy. Norman z pewnością znajdzie ci jakieś zajęcie – zapewniam młodziutkiego barona.
- Dziękuję, królu Cassianie! Bardzo ci dziękuję!
Razem z moim doradcą przenosimy się do Sali tronowej, by porozmawiać na temat zdobytych wiadomości.
- Powinniśmy bardziej przycisnąć barona! Ta kanalia czuje się zbyt pewnie! Zawiązał spisek i liczy na to, że będziemy się jedynie biernie przyglądać?!
- W takim razie co proponujesz? – pytam zaaferowanego doradcę. Po jego minie widzę, iż Norman najchętniej kazałby siodłać konie i razem z wojskiem szykował się do szturmu posiadłości rodu DiMarone.
- Wasza wysokość, wiem, że nie chcesz wojny, ale co innego możemy zrobić? Mamy się cofać? Udawać, że nic się nie dzieje?
- Baron nie zaatakuje.
- Skąd ta pewność? A jeśli plotki są prawdziwe i oni rzeczywiście dysponują księgami zaklęć, których my nie mamy? – W świecie Normana wszystko jest wyłącznie białe lub czarne. Jeśli otaczają nas wrogowie, muszą zostać zniszczeni. To kwintesencja jego filozofii.
- Same księgi to za mało – studzę jego zapędy.
- Mimo to nalegam, abyśmy to sprawdzili! – Norman w dalszym ciągu naciska na atak z zaskoczenia, lecz dobrze wie, że nie posunę się tak daleko.
- Poza kilkoma listami, nie mamy żadnych dowodów. Na jakiej podstawie mam zebrać wojsko?  Co powiedzieć generałom i naszym sojusznikom? Atak bez argumentów i planu jest bez sensu.
- Zmieniłeś się, panie. Baron otwarcie mówił o tym, że zawdzięczasz mu utratę ojca. Jeszcze jakiś czas temu słysząc taką wypowiedź z czyichkolwiek ust, nie wahałbyś się ani chwili… - doradca atakuje mój najczulszy punkt. – Czyżby wampir nakładł ci do głowy jakiś bzdur?
- Nefryt nie ma z tym nic wspólnego – warczę, bo nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza nasza dyskusja.
- Przez związek z nim stałeś się miękki. Nie zależy ci na obronie królestwa, tak jak dawniej. Cała twoja uwaga skupiona jest wyłącznie wokół niego. Gdybym nie przypominał ci o obowiązkach, siedziałbyś przy nim w dzień i w nocy.
- Łączy nas więź. To chyba oczywiste, że chcę spędzać czas z ukochanym, prawda?
- Jesteś królem, panie. Tymczasem pozwalasz, by słaby i nieporadny wampir wodził cię za noc i hipnotyzował przy każdej okazji, zmuszając do kupna sukienek i świecidełek.
- Dość! – uderzam pięścią w stół. – Nie pozwolę, abyś wyrażał się o nim w taki sposób! Nefryt pomagał nam niezmierzoną ilość razy. Tylko dzięki niemu zakończyłem wojnę!
- I to dzięki niemu jesteś rozkojarzony i nie zwracasz uwagi na to, co naprawdę ważne. Proszę, abyś jeszcze raz przemyślał słowa barona i przedsięwziął odpowiednie kroki. – Norman kłania mi się, po czym wychodzi, głośno trzaskając drzwiami.
Na chwilę chowam twarz w dłoniach. Chciałbym pomścić ojca. Złapać spiskowców i zapewnić wszystkim spokojne, dostatnie życie. Jednak środki, które prowadzą do tego celu, wydają mi się zbyt drastyczne.
Co mam zrobić? Jak wybrnąć z kłopotów?
Przenoszę się do ogrodu, by chociaż przez kilka chwil pobyć z samym sobą – wolny od intryg rodu DiMarone, złośliwości Normana oraz urzekających oczu Nefryta.
Moje serce zwraca mi uwagę, że niedługo świt, a ja od kilku godzin nie trzymałem mojego anioła w ramionach. Muszę to szybko zmienić.
Gdy ponownie otwieram oczy, jestem z powrotem w naszej sypialni. Panuje tu idealna cisza. W powietrzu unosi się delikatny, różany zapach, którym przesiąknięta jest skóra mojego wybranka.
Nefryt leży na łóżku. Jego rozpuszczone, bujne włosy wiją się wzdłuż drobnych pleców. Wampir podpiera dłonią głowę, czytając jakąś powieść podróżniczą. Najwyraźniej lektura jest bardzo wciągająca, bo nie zauważył, że wróciłem. Kładę się obok ukochanego na łóżku i wyciągam rękę, by pogładzić go po włosach.
- Tęskniłem – wyznaję szczerze, przerzucając jednocześnie ramię przez wiotkie ciało i przyciągając ukochanego znacznie bliżej.
- Długo cię nie było. Za chwilę zasnę. – Nefryt nie odrywa wzroku od książki, więc za pomocą magii odkładam ją na jego toaletkę.
- Rozpraszała cię – tłumaczę się, gdy mój skarb mierzy mnie chłodnym spojrzeniem. – Proszę, przytul się do mnie i powiedz, że bardzo mnie kochasz.
- Kocham – szepcze słodko sprawiając, że aura między nami od razu zyskuje dość intymny charakter.
- Dziękuję, że przy mnie jesteś. Nie wiem, jak poradziłbym sobie bez ciebie, mój najdroższy. – Zaborczo ściskam Nefryta, ciesząc się z jego obecności.
- Po twoim zachowaniu widzę, że coś przeskrobałeś. Powiesz mi sam, czy mam to z ciebie wyciągnąć? – Wampir odchyla głowę na bok, racząc mnie błyszczącym spojrzeniem swoich fascynujących tęczówek.
- Baron odmawia współpracy. Grozi królestwu kolejną wojną – wzdycham smętnie. – Co mam zrobić, by uniknąć konfliktu?
- Hmm… - Nefryt zamyśla się na chwilę. – Twoi wrogowie jednoczą siły, lecz w żaden sposób nie są w stanie ci zagrozić. Niepotrzebnie się martwisz.
- Zahipnotyzowałbyś mnie, gdybym nie wyjawił ci prawdy? – odpowiadam pytaniem na jego pytanie.
- No wiesz! – nieśmiertelny marszczy swój uroczy nosek, okazując oburzenie. – Znowu słuchasz podszeptów Normana… Szkoda, że nie darzysz mnie większym zaufaniem – zrywa się z łóżka i znika w garderobie.
- Skarbie! – pukam do drzwi, by jakoś go udobruchać. – Nie o to mi chodziło! Nie gniewaj się!
- Dlaczego nie potrafisz być wobec mnie szczery, Cassianie? – Nefryt odblokowuje zamek i wraca do naszej sypialni. Tym razem ma na sobie wyłącznie długi, jedwabny szlafrok, ozdobiony ręcznie malowanymi chryzantemami. Materiał spowija jego perfekcyjne ciało.
- Wyglądasz jak porcelanowa figurka. Jesteś tak piękny, że boję się ciebie dotykać, by czegoś nie zepsuć… Czy to brzmi wystarczająco szczerze? – droczę się z nim, sięgając po szczotkę, by móc rozczesać jego włosy.
- Rozumiem, że o księdze zaklęć nie chcesz rozmawiać, tak? – upewnia się wampir, wpatrując się w moje odbicie w lustrze.
- Skąd ty…
- Cassianie, mówiłem ci już wcześniej. Mam swoje sposoby. Pomieszkuję w tym zamku od wielu lat, więc zdążyłem poznać różne sekrety. – Na twarzy Nefryta ponownie pojawia się uwodzicielski uśmieszek. Gdy mój wybranek zachowuje się w taki sposób, nie umiem się powstrzymać i muszę go przytulić.
- Nie dziwi mnie to, najdroższy – pochylam się do przodu, odsuwając długie pasma włosów i całuję go po karku. – Ostatecznie to twój dom.
- Mój dom… - Nefryt ponownie zamyśla się na dłuższą chwilę, po czym odbiera ode mnie szczotkę i odkłada ją na blat.
- Znowu wspominasz ojca? – zgaduję, widząc jego smutną minę.
- Potrafisz czytać w myślach, mój panie? – Nieśmiertelny podnosi się z pufy i wtula się w moje ramiona.
- Nie. Po prostu dobrze cię znam. Wiem, kiedy jesteś szczęśliwy. Albo głodny. – Biorę ukochanego na ręce i przemieszczam się razem z nim na sam środek naszego łóżka. – Gryź – zachęcam go, odsłaniając szyję.
Niebieskooki przez kilka chwil wpatruje się w moje oczy. Stopniowo zmniejsza odległość między nami, po czym przesuwa językiem po rozgrzanej skórze, wprawiając moje biedne serce w stan euforii. Najchętniej od razu bym go rozebrał i zaczął pieścić, lecz za chwilę wstanie słońce, a Nefryt potrzebuje krwi. W przeciwnym wypadku będzie się męczyć aż do przebudzenia.
Tak jak podejrzewałem, mój wygłodniały kochanek od razu wbija swoje malutkie kły, racząc się niewielką porcją życiodajnego płynu. Krew go uspokaja. Odpręża. Mimo to Nefryt nigdy nie prosi, abym go nakarmił. Nawet w chwilach, gdy jest wyjątkowo głodny. I zawsze pilnuje, by zlikwidować ślady.
- Kocham cię, Cassianie. Kocham cię ponad wszystko… - mruczy, pozwalając się pocałować. – Nikomu nie dam cię skrzywdzić…
- To moja kwestia – upominam go, uśmiechając się. Różowowłosy powoli przymyka powieki. Zasypia, zostawiając mnie samego.
- Już za tobą tęsknię. – Przesuwam opuszkami po alabastrowym policzku, a następnie cofam dłoń i pozwalam sobie uwolnić odrobinę czarnej magii. Baron straszył, że pozbawią mnie tronu. Tak naprawdę nie zależy mi na władzy. Miłość jest tysiąc razy ważniejsza.
 


 ***


Moi Drodzy :)

Nie martwcie się. Żyję i piszę. Co więcej, już dzisiaj pojawi się nowy rozdział Prawdziwego Romantyka (muszę sprawdzić tekst). Potem planuję nowiutkie Bezsenne Noce oraz świąteczną niespodziankę :D Liczę na to, że się Wam spodoba :)

Wasz Kitsune