poniedziałek, 19 grudnia 2016

Rozdział XXV


„Grzech


- Nie! - krzyk Cassiana niesie się po okolicy, odbijając głuchym echem. - Nie umieraj! Słyszysz?! Zabraniam ci! - zdesperowany mężczyzna wyciąga zatrute ostrze z drobnego ciała i odrzuca je w stronę pobliskich drzew, celując w gruby pień. Osadza klingę głęboko w pniu starego dębu, aż po samą rękojeść, ukazując prawdziwą siłę demona. Satiel próbuje go wyciągnąć, lecz na niewiele się to zdaje. Szamocze się, chcą odzyskać swój cenny oręż. Drzewo gwałtownie usycha i twardnieje, ulegając śmiercionośnej magii. Gaśnie na naszych oczach, tak samo jak ugodzony wampir... Rana bardzo krwawi. Oczy Nefryta są pełne winy. Po policzkach spływają mu krwawe łzy.
- Przepraszam... - szepcze.
- Proszę, nic nie mów – książę rozrywa jego ubrania, by zrobić prowizoryczny opatrunek.
- To nie zniknie... – zaciska dłonie na jego nadgarstkach.
- Nic ci nie będzie, zobaczysz... - zapewnia Cassian. Stara się rzucić zaklęcie, by uratować mu życie, lecz jego czary w zetknięciu z nieśmiertelną skórą,  przemieniają się w czarną mgłę, która spływa na ziemię sprawiając, że śnieg wokół nich zaczyna się topić, ukazując całe pole kolorowych kwiatów.
- Przepraszam... - szepcze ponownie Nefryt.
- Za co mnie przepraszasz, do cholery?! Za to, że mnie osłoniłeś? Później o tym porozmawiamy!
- Tak bardzo się starałeś, by zdobyć dla mnie jednorożca... Zawsze przysparzałem ci samych problemów... - Cassian nie widzi, że wampir próbuje się z nim pożegnać.
- To nieprawda! Dobrze wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko! - gorliwość księcia łamie mi serce.
- Takie same kwiaty rosną na łące przy domu... Piękne...- różowowłosy uśmiecha się z trudem.
- Patrz na mnie! Ani się waż, słyszysz?! Patrz na mnie! Możesz to pokonać! Wiem, że to trudne, ale dasz sobie radę! To tylko czar, walcz! - władca demonów nie potrafi pogodzić się w porażką.
- Chciałem ci powiedzieć... - zakrwawiona dłoń dotyka policzka księcia... Nefryt powolnie zamyka oczy, nie zdoławszy dokończyć ostatniego zdania. Jego bezwładna ręka osuwa się na śnieg...
- Nie! Nie zgadzam się! Nie! - książę zaczyna szarpać filigranowym ciałem. - Otwórz oczy! Nefryt...! - w pewnej chwili wyciąga z cholewy buta ukryty sztylet i rozcina nim swój nadgarstek.
- Co robisz? - próbuję go powstrzymać, lecz zostaję odepchnięty. - Cassian... Ty chyba nie... - identyczną ranę zadaje nieprzytomnemu krwiopijcy.
- Krew za krew – powtarza słowa przysięgi, którą wymieniają ze sobą tylko i wyłącznie wampiry...
- Nie ma szans, by coś takiego zadziałało na demona – staram się go powstrzymać, lecz jest za późno. Czarnowłosy odchyla jego głowę do tyłu i rozchyla blade wargi.
- Pij – rozkazuje, sięgając po jego nadgarstek... Patrzę oniemiały, jak przełyka wampirzą krew... - Wkurzysz się na mnie, gdy się obudzisz – żartuje, pewny swego.
- Nie nagniesz prawa – śmieje się z niego Satiel, idąc w naszą stronę. - Lepiej pogódź się z faktem, że jego dusza wędruje właśnie do lepszego świata.
- Jego dusza zostanie przy mnie, gdzie jest jej miejsce – odpowiada mu groźnie, wstając z ziemi.
- Książę, nie ma się co martwić... Za chwilę do niego dołączysz, zapewniam cię... - Satiel wymachuje groźnie swoim mieczem. - Jak zamierzasz walczyć, skoro powinieneś być blisko koteczka? Wiesz, że jeśli go teraz puścisz, twoje wysiłki spełzną na niczym - wskazuje na różowowłosego. - Coś mi się zdaje, że nie przemyślałeś sytuacji do końca... - drwi, tnąc powietrze. Że też musiał tak szybko uporać się z tym pniem...
- Nie on jeden... - odpowiada mu Sin, wyłaniając się z ciemności i prowadząc przed sobą Davida. - Poddaj się, albo twój mistrz zginie – nacina nieznacznie skórę na podwójnej szyi, brudząc krwią jego koszulę.
- Jeszcze żyjesz? Myślałem, że już dawno po tobie... - zakapturzony bacznie lustruje mojego ukochanego.
- Jeden cios to trochę za mało, by się mnie pozbyć – dumny Sin nie daje po sobie poznać, że został zraniony.
- Silny jesteś, skoro nadal trzymasz się na nogach... Powinieneś pójść w ślady swojego druha, z którym żałosny książę próbuje zawrzeć miłosny kontrakt. Odrobina krwi nie wystarczy, by go uratować, Cassianie...
- Zabierz stąd Nefryta i wracaj do zamku – czerwonowłosy nie spuszcza wzroku z przeciwnika, chowając mnie za swoimi plecami.
- Pomogę ci – oferuje książę.
- Idź już... - ponagla go. - Jack ze mną zostanie
Widzę jak ze sobą walczy, jednak życie przyjaciela jest dla niego priorytetem. Jeśli wampir nie zamieni się w pył do świtu, magia powinna go uzdrowić... Mężczyzna pozwala, by ogarnęła go ciemność. Znika razem z trzymanym w ramionach wielbicielem jednorożców. Mam nadzieję, że zdołał go ocalić...
- Pora to zakończyć. Poddaj się, Satielu, a pozwolę wam opuścić posiadłość – Sin chce dać im odejść...
- Nie słuchaj go. Odzyskaj kontrakt! - woła David.
- Jeszcze jedno słowo, a pozbawię cię głowy – grozi grubasowi.
- Nie możesz mnie zaatakować. Już zapomniałeś, że należę do rodziny?
- Jesteśmy tu sami, tylko nasza czwórka. I z pewnością nie wszyscy odejdą stąd żywi – Satiel rzuca się na Sina, ponownie go atakując. Ich walka jest przerażająca. Jeśli użyję eliksiru, nie pozbędę się z posiadłości Davida, bo bariera na niego nie zadziała. Nie spróbuje mnie zabić, bo to by znaczyło, że sam również zginie. Do tego mam przy sobie dokument. Muszę go zabezpieczyć. Wyciągam go z kieszeni i niepostrzeżenie wsuwam pod wielki kamień Klaudiusza. Nawet jeśli tu zginę, nie dostaną Sina...
- No cóż, Jack... Pora, abyś oddał mi to, po co tu przybyłem – byłem pewny, że spaślak wyciągnie broń spod marynarki, lecz nic takiego się nie dzieje. Ktoś u góry jednak mnie lubi...
- Twój pomocnik jest zajęty. Obawiam się, że będziesz musiał osobiści się pofatygować... - prowokuję go, cofając się w kierunku drzew.
- Ucieczka nic ci nie da, Jack! Poddaj się!
- Nie zamierzam uciekać. Chętnie popatrzę jak konasz na zawał. Powiedz mi, Davidzie... Dasz radę przeczołgać się tych kilka metrów, czy to przerasta twoje możliwości?  - rozwścieczony tłuścioch traci nad sobą kontrolę. Wyciąga dłoń w moim kierunku i posyła wiązkę płomieni. Na szczęście udaje mi się odskoczyć, więc trafia w wiekową sosnę, która zaczyna płonąć od zielonego ognia.
- Co u licha...? Czyżbyś ty również nie był człowiekiem?! - opieram się nonszalancko o kolejne drzewo.
- Nic ci do tego kim jestem! - wrzeszczy. Tym razem płomieni jest znacznie więcej. Ciska nimi na prawo i lewo, zajmując ogniem większość ogrodu.
- Może i potrafisz korzystać z czarów, ale masz problem z celnością – wołam do niego, szukając lepszego schronienia. Szaleniec podpala co tylko może, odcinając mi drogę ucieczki. Strugi potu zalewają mi twarz. Aaron nie traci ani chwili i popycha na mnie płonący konar. To koniec...
- Uważaj! - w ułamku sekundy pojawia się Sin, który osłania mnie przed najgorszym. Niestety, w ślad za nim podąża jego przeciwnik, który korzysta z zamieszania i wbija swoje zaklęte ostrze w ramię wampira, uniemożliwiając mu dalszą walkę. Czerwonowłosy syczy z bólu, opadając na mnie.
- Sin! Nic ci nie jest? - boję się, by nie powtórzyła się sytuacja z Nefrytem. Nie jestem księciem demonów. Nie uratuję go w ten sam sposób...
- To koniec, poddaj się – żąda Satiel, stając za jego plecami.
- Jeszcze nie... – zielonooki zaciska palce na rękojeści swojego miecza, którym podpiera się by wstać. Jest już tak zmęczony, że nie jest w stanie utrzymać się na nogach.
- Trafiłem cię dzisiaj cztery razy... Dziwi mnie, skąd masz tyle siły – uśmiech uznania pojawia się na ustach zakapturzonego wampira.
- Jestem obrońcą rodziny... Nigdy się nie poddam! - oczy Sina płoną równie mocno jak las, który goreje od ognia.
- Obrońcą rodziny? Nie rozśmieszaj mnie... Chodzi ci tylko i wyłącznie o tego człowieka. On umrze tej nocy, a ty będziesz patrzył... - jego jadowite słowa trafiają w samo sedno. Poświęca się dla mnie... To wszystko moja wina...
- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – odcina mu się.
- Oddaj kontrakt, Jack, a pozwolimy ci odejść – David w końcu do nas doczłapał...
- Nie oddam!
Wyciąga rękę i celuje wiązką płomieni w klatkę piersiową Sina, który rzuca się z krzykiem na ziemię.
- Satielu, bądź uprzejmy i odzyskaj go dla mnie...
- Ani kroku dalej... - ostrzegam wampira, wyrywając Sinowi miecz z ręki.
- Nie umiesz się nim posługiwać! Jesteś uzdrowicielem! - biedny Sin... Zaznał w życiu tyle zła, cierpienia i upokorzeń...
- Nie zamierzam walczyć – obracam ostrze ku sobie. - Tak będzie lepiej dla nas wszystkich... - czuję jak czubek ostrza przebija moją skórę na wysokości serca!
- Jack! Zaczekaj... Jeśli to zrobisz, zginą setki niewinnych osób... - zdenerwowany David próbuje złagodzić napiętą atmosferę.
- To prawda, jednak Sin jest dla mnie ważniejszy... Kocham cię ponad wszystko i wszystkich na świecie. Pamiętaj o tym...- zwracam się do swojego kochanka.
- Nie rób tego... Błagam cię... - szepcze.
- Dam ci wolność... - przyrzekam mu.
Będę za nim bardzo tęsknił... Za jego dotykiem, uśmiechem, bliskością... Żałuję, że tak długo był tuż obok, a ja go ignorowałem. Spłacę swój dług. Udowodnię mu, że nikt inny się dla mnie nie liczy... Tylko on... Zamykam oczy i popycham mocniej ostrze...
Spodziewam się bólu i śmierci, lecz nic takiego nie ma miejsca. Satiel wytrąca mi miecz z ręki, a następnie wbija go w serce Davida, który po raz ostatni kumuluje w dłoni zielony płomień.
- Wracaj do piekła – szepcze tamten, odcinając mu głowę przy pomocy swojego czarnego ostrza. Ciało Davida staje w płomieniach. Widzę czarny cień, który nie potrafi się wyzwolić. Próbuje dosięgnąć do odrzuconej na bok głowy, lecz nie jest w stanie jej dosięgnąć. Zirytowany, wydaje z siebie straszliwe dźwięki. Pomstuje na Satiela, odgrażając mu się. - Odsuń się – prosi wampir, wyciągając z kieszeni niewielki, znajomo wyglądający medalion. Identyczny ma Sin. Otwiera jego wnętrze i zmusza demona, by wniknął do środka.
- Co robisz?
- Pieczętuję go... – odpowiada, po czym zamyka medalion i chowa z powrotem do kieszeni.
- Wiedziałeś... Od samego początku wiedziałeś, że jest potworem i pozwoliłeś mu na to wszystko?! Jak mogłeś?! - rzucam się na niego z pięściami, lecz mija mnie bez najmniejszego problemu. Klęka obok Sina i unosi jego głowę go góry. - Nie dotykaj go! - podnoszę porzucony miecz i celuję w jego plecy.
- Uspokój się. Nic mu nie zrobię. Potrzebuje krwi, inaczej umrze.
- Dam mu swoją krew!
- Nie uzdrowisz jego ran, a ja tak. Jestem jego stwórcą.
- Co takiego?! - moje oczy robią się wielkie, niczym spodki ulubionego serwisu herbacianego Henryka.
- Dobrze się spisałeś, mój synu... A teraz pij... - ściąga kaptur, wbija kły w swój nadgarstek, a następnie przykłada go do ust Sina.
Twarz Satiela jest równie anielska, jak u pozostałych wampirów. Ma długie, czerwone włosy i piękne, zielone oczy. Uśmiecha się delikatnie. Jego krew rzeczywiście pomaga, bo zarówno oparzenia, jak i inne obrażenia, znikają. Uleczył nawet szramę, którą zostawił David, a także te, które Sin sam sobie zadał, pijąc własną krew.
- Już wystarczy... - odsuwa rękę i przeczesuje jego potargane włosy.
- Dlaczego... Dlaczego nic nie powiedziałeś?- pytam zszokowany.
- Nie mogłem. Naraziłbym go na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Sin to mój jedyny dziedzic – odpowiada z dumą. - Gdy nadejdzie jego czas, przekażę mu swoje obowiązki.
- Obowiązki? O czym ty mówisz?
- Jestem łowcą. Poluję na tych, którzy zagrażają wampirom.
- Tak bardzo chciał cię poznać. W dodatku wyglądasz jak jego prawdziwy ojciec.
- Bo on i ja jesteśmy ze sobą spokrewnieni, stąd nasze podobieństwo.
- Jestem pewny, że zasypie cię pytaniami, gdy tylko się obudzi. Z tego co wiem, nie raz błądził po świecie, by cię odnaleźć – zmieniam temat, by łatwiej go rozgryźć.
- Nie mogę tu zostać. Ty musisz się nim zająć – jego oczy przepełnia ból. Czuje się rozdarty, bo chciałby przy nim zostać, a nie może.
- Proszę, nie odchodź! - staram się go powstrzymać, by kupić Sinowi jeszcze kilka chwil w jego obecności.
- Przykro mi... Kiedyś, gdy nadejdzie odpowiednia chwila, wrócę po niego i opowiem o wszystkim. Do tego czasu zostawiam go pod twoją opieką. A teraz wzmocnij barierę. Mam nadzieję, że zapewni wam bezpieczeństwo.
Sięgam po fiolkę i wylewam jej zawartość na kamień Klaudiusza. Pozornie nic się nie zmieniło, lecz w powietrzu wyczuwam silną energię. Ogarnia mnie fala spokoju. Nareszcie koniec...
- O co chodzi, opiekunie? Nie takiego efektu się spodziewałeś?
- Zastanawiam się po co to wszystko? Jeśli zostanę wampirem, zarówno dom, jak i rodzina, przestaną mieć znaczenie.
- Mylisz się. Kontrakt dalej będzie obowiązywał.
- Nie rozumiem. Czy moja przemiana nie oznacza, że następca nie będzie wybierany?
- Zgadza się. Rodzina zapomni o tobie, Sinie i tej posiadłości, jednak nie będziesz mógł zrezygnować ze swoich obowiązków. Nadal będziesz odpowiedzialny za eliksiry, a on zadba o twoje bezpieczeństwo. Masz w sobie krew uzdrowicielki. Twoje zdolności z pewnością wzrosną, lecz będziesz zupełnie bezbronny, tak jak ten różowy koteczek.
- To najlepszy przyjaciel Sina! Jeśli umrze... - zagryzam wargi, by nie dać po sobie poznać, że zależy mi na Nefrycie. Polubiłem go.
- Nie miałem wyboru. Gdyby David zorientował się w tym, że chcę go zniszczyć, zapadłby się pod ziemią i dalej siał zamęt. Być może szalony książę zdoła go uratować. W każdym razie przeproś go ode mnie, jeśli go spotkasz – spogląda na niebo. - Czas na mnie.
- Nie możesz zostać? Dla niego? Byłby taki szczęśliwy.
- Mój syn... Krew z krwi...
- Mówisz tak, jakby ci na nim zależało.
- Bo zależy. Kocham go ponad wszystko – szczerość bijąca z jego zielonych oczy sprawia, że tym bardziej pragnę poczuć na sobie spojrzenie Sina.
- A twoje inne dzieci? Nefryt mówił, że je zabiłeś.
- Musiałem. Nie chciałem, by ktokolwiek dowiedział się o jego istnieniu. Proszę, ty także nikomu nic nie mów. Miłość wampirów różni się od ludzkiej. Jest niezniszczalna, głęboka... To najsilniejsza więź, jaka istnieje. Z resztą nie muszę ci tego tłumaczyć, prawda?
- Nie musisz – przyznaję.
- Żegnaj, mój synu... - całuje go w czoło. - Żegnaj, Jack. Wkrótce znowu się spotkamy... - rozpływa się w ciemności.
- Żegnaj, Satielu...
Wokół nas panuje niesłychana cisza, a z nieba znowu zaczyna padać śnieg. Pora wracać do domu...
Zabieram Sina, kontrakt oraz jego miecz i ruszam w drogę powrotną. Pierwsze promienie słońca rozświetlają niebo, ukazując skalę zniszczeń... Dom... David wysadził większą jego część w powietrze... Gdy Henryk to zobaczy, zabije mnie... Właśnie, Henryk! Gdzie on jest?!
Obchodzę posiadłość dookoła, lecz nie mamy szans, by schronić się w budynku. Pełno w nim dymu i potłuczonego szkła. Sin musi gdzieś odpocząć, najlepiej w jakimś ciemnym miejscu.
Decyduję się na wejście do środka. Potrzebuję koca, by ochronić wrażliwą skórę przed słońcem. Układam go na stole w naszej dawnej jadalni i staram się przedostać do swojego pokoju. Jest to karkołomne zadanie, ponieważ schody należą do przeszłości. Mimo to dostaję się na górę. Drżąc z zimna, zdejmuję z siebie mokre i na wpół spalone ubrania oraz wykręcam numer do Henryka. Ku mojemu zaskoczeniu, odbiera po pierwszym sygnale.
- Panie, nic ci nie jest?
- Henryku! - łzy szczęścia spływają mi po policzkach. - Wszystko w porządku. Jak się czujesz? I gdzie jesteś?
- Książę zabrał mnie i Milo do swego zamku. Jeśli chcesz, to mogę...
- Jak się czuje Nefryt? Czy on...?
- Nie wiem, panie. Książę Cassian zamknął się razem z nim w swojej komnacie i nie chce nikogo wpuścić.
- Rozumiem.
- Nie martw się, panie. Wszystko będzie dobrze.
- Mówisz tak dlatego, że nie widziałeś domu... - mruczę pod nosem. Naszą rozmowę przerywa cichy pisk, który dobywa się spod mojego łóżka. - Vero? - klękam na podłodze i wyciągam spod łóżka przestraszonego szczeniaczka.
- Nic mu nie jest? - dopytuje służący.
- Trochę się przestraszył, to wszystko.
- Całe szczęście. Nefryt nie mógł go nigdzie znaleźć.
- Henryku, muszę dostać się do podziemi. Sin bardzo tego potrzebuje.
- Użyj kuchennego przejścia – proponuje.
- Nie mamy już kuchni...
- W takim razie skorzystaj z tego, które jest na tyłach domu, w ogrodzie. Vero pokaże ci jak do niego trafić.
- Vero? - nieufnie spoglądam na szczeniaczka, który wtula się we mnie, liżąc po dłoni.
- Nauczyłem go kilku sztuczek. Poprowadzi cię, zaufaj mu. I daj mi znać, gdy panicz się obudzi. Zdecydujemy co dalej.
- Dziękuję. Zrobię jak mówisz.
- Panie, żartowałeś twierdząc, że nie mamy już kuchni, prawda?
- Nie będę ci psuł niespodzianki... - wzdycham smętnie do słuchawki, rozłączając się. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Najważniejsze, że Henryk jest cały i zdrowy. Dom można odbudować, prawda?
Wracam po Sina. Labrador piszczy ze szczęścia na jego widok.
- Potem się pobawicie. Jest bardzo zmęczony. Wskaż nam drogę – proszę go. Piesek spogląda mi prosto w oczy, machając wesoło ogonem. Zaczyna szczekać i rusza przed siebie.
Choć ciężko w to uwierzyć, to jednak Henryk jak zawsze miał rację. Odsuwam stary regał z narzędziami ogrodowymi, który znajduje się w szopce. Za nim schowane jest przejście. Zapalam zapałką jedną z pochodni. Ogień przechodzi na kolejną i dzięki tej sztuczce jestem w stanie zejść nieco głębiej.
- Dokąd teraz? - zastanawiam się na głos, gdy znajdujemy się na rozwidleniu. Pies obwąchuje obie drogi, po czym wskazuje na tę prowadzącą w lewo. - Ty tu rządzisz – idę za nim coraz węższym i bardziej krętym przejściem. Po kilku minutach marszu dochodzimy do drewnianych drzwi. Nigdy wcześniej tu nie byłem. Vero opiera się na nich przednimi łapkami. Od razu ustępują.
Rozglądam się po niewielkim pomieszczeniu. Nie ma w nim łóżka. Zamiast tego na podłodze rozrzuconych jest sporo poduszek. Układam na nich Sina. Okrywam go kocem i z rozbawieniem obserwuję, jak pies od razu mości się przy jego boku. Na górze znajduje się niewielki otwór zabezpieczony szkłem. Nad nim widać wodę oraz przebijające prze nie poranne słońce. Czyli musimy być niedaleko strumienia.
Siadam obok Sina i przyglądam mu się przez dłuższą chwilę. Mogłem go dzisiaj stracić... Sam mogłem umrzeć... Na szczęście los znowu podarował mi kolejną szansę. Nie zmarnuję jej.
Obok poduszek zauważam oprawiony w jedwab, nieco okurzony, notes oraz znajomo wyglądające pióro. Należą do Sina... Przez chwilę waham się czy wolno mi przeglądać tak osobistą rzecz. Dochodzę jednak do wniosku, że skoro mamy spędzić ze sobą wieczność, powinniśmy się jak najlepiej poznać.
Wśród licznych zapisków, poświęconych ziołom oraz eliksirom, odnajduję prawdziwy skarb...

„Uratowałem syna przyszłego opiekuna. Jest śliczny. Ma na imię Jack. Pierwszy raz od dawna poczułem dotyk człowieka. Nie był wymuszony koniecznością. On naprawdę mnie dotknął. Pochłonięty zabawą nie zwrócił uwagi na fakt, że bacznie go obserwowałem. Ma w sobie tyle dobra i radości. Tak bardzo różni się od innych ludzi. Wiem, że to niemożliwe, ale chciałbym, aby pokochał mnie równie mocno, jak ja pokochałem jego...”.

Sin...

Cichy śmiech oraz natrętny język, liżący mnie po policzku.
- Vero, tak nie wolno. Obudzisz go... - niechętnie unoszę powieki. Sin leży tuż obok, opierając głowę na dłoni i wpatruje się we mnie tak intensywnie, że aż zapiera mi dech...
- Kocham cię... - szepczę do ulubionej zjawy sennej, która nie rozpływa się i nie zostawia mnie samego. W zamian za to puszcza ściskanego przez siebie psa, który nie bacząc na żadne zakazy, znowu się nade mną pastwi.
- On też cię kocha.
- Sin... - obejmuję go mocno, chowając w swoich ramionach.
- Udusisz mnie – protestuje cicho, lecz się nie wyrywa. Przylega do mnie ściśle, układając głowę na mojej piersi. - Uwielbiam ten dźwięk.
- Nie mów tak... To żenujące... - zawstydzam się, bo sama jego obecność wystarcza, abym moje serce dokazywało...
- Bardziej niż to, że podnieca cię, gdy piję twoją krew? - jego bystre oczy wwiercają się we mnie bezlitośnie.
- Nie wiem.
- Rumienisz się – przesuwa palcami po moim policzku. Sięgam po jego dłoń i całuję każdy z nich.
- Ty też będziesz się rumienić, gdy skończysz pode mną, nagi i zaspokojony.
- Tak sądzisz? - próbuje zachować powagę, ale robi tak głupią minę, że obydwoje wybuchamy śmiechem. - Pocałuj mnie – prosi, przymykając powieki. Z największą przyjemnością spełniam jego prośbę. Opiera się czołem o moje czoło i uśmiecha zadowolony.
- Zdradzisz mi co cię tak cieszy, kochany?
- Ty... To, że mogę z tobą być. Długo na to czekałem.
- Od chwili, gdy uratowałeś mnie przed upadkiem z drzewa? - pytam.
- Czytałeś mój...! - denerwuje się.
- Czytałem. Dlaczego tak trudno przyznać ci, że mnie kochasz? I to od dawna... - uśmiecham się napuszony.
- Pamiętasz, gdy zapytałeś mnie o medalion, który noszę na szyi? Powiedziałem ci wtedy, że umieszczam w nim zdjęcia wszystkich opiekunów, ale to nie była prawda. Są w nim ukryte dwie rzeczy, które kocham ponad wszystko. Pierwszą jest ten dom... Nasz dom... A drugą... - spogląda mi prosto oczy. - Kocham cię. Bardzo – ociera się ustami o moje usta, lecz nie całuje. - Te wszystkie lata, gdy byłem obok ciebie, obserwowałem jak dorastasz, jak stajesz się mężczyzną, spełniasz swoje marzenia... Chociaż nie mogłem ich z tobą dzielić, bo nienawidziłeś mnie najbardziej na świecie, są moimi najcenniejszymi wspomnieniami. Czasami zakradałem się by być blisko ciebie, by na ciebie patrzeć. Wkurzyłbyś się, gdybyś wiedział, jak często to robiłem. Twój ojciec dotkliwie mnie za to karał, ale nie umiałem się powstrzymać. To było silniejsze ode mnie. A potem umarł. Po raz pierwszy ucieszyłem się ze śmierci opiekuna, bo wybrano ciebie. W głębi serca liczyłem na to, że się zmienisz.
- Wybacz, nie chciałem być taki okrutny.
- To nie była twoja wina. Tak zostałeś wychowany. W głębi serca wiedziałem, że jesteś inny. Patrząc na ciebie nadal widziałem tamtego chłopca, który z taką bezgraniczną szczerością złapał mnie za rękę. I proszę, nie pomyliłem się.
- Nie tak dawno temu chciałeś związać się z innym, byle tylko ode mnie uciec – wypominam mu.
- To prawda. Nie mogłem dłużej znieść myśli, że nigdy nie spojrzysz na mnie inaczej, że nie odwzajemnisz mojego uczucia.
- Wynagrodzę ci to, zobaczysz.
-  Już mi to wynagrodziłeś. Jestem bardzo szczęśliwy – chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi.
- Sin, gdy spałeś Satiel powiedział, że jest twoim ojcem.
- Wiem, słyszałem jego słowa.
- Słyszałeś?
- Tak. Te o Nefrycie również.
- Więc wiesz także, że nie chcę marnować więcej czasu. Bądź ze mną na zawsze. Kochaj mnie wiecznie, aż do skończenia świata.
- Jesteś tego pewny, Jack? Tej przysięgi nie da się cofnąć. Będziesz ode mnie zależny, zdany tylko i wyłącznie na moją krew.
- Krew za krew... Tak, jestem pewny – całuję go po skroni.
- To dobrze. Ja też jestem pewny, że to właśnie ty.
- Więc na co czekasz? Gryź.
- Skąd ten pośpiech? Czy ma to związek z tym, że Henryk nie widział jeszcze domu?
- Może... - skubię jego dolną wargę.
- Zanim cię przemienię powinieneś wiedzieć, że jako wampir, będziesz mógł podróżować razem ze mną po świecie. Cieszysz się?
- Interesuje mnie tylko to, abyś stale był blisko. Najlepiej nagi... I obejmował mnie o tak – układam go na poduszkach i spoglądam na niego władczo z góry.
- Już jestem nagi. I wolę być na górze – błyskawicznie zamienia się ze mną miejscami.
- Nauczysz mnie tego?
- Jeśli będziesz grzeczny – zaczyna chichotać.
- Nie będę, dobrze o tym wiesz.
- Mam cię ugryźć już teraz? - dopytuje.
- Nie.
- Już się rozmyśliłeś?
- Nie rozmyśliłem, ukochany. Wolałbym jednak, abyśmy rozpoczęli wspólne życie od czegoś bardziej romantycznego. Wszystkie twoje wspomnienia związane ze mną są smutne i mroczne. Dlatego dam ci nowe.
- Kocham cię, Jack.
- Ja ciebie bardziej.
- Tak? - prycha.
- Wystarczy tego romantyzmu... Gryź...

Koniec