poniedziałek, 27 maja 2019

One last time... 4


- Jamie…
Z oddali słyszę głos, którego już nigdy więcej słuchać nie chciałem.
Przestań…
Przestań mnie dręczyć…
Nawet we śnie musisz mnie nawiedzać?
- Jamie… Otwórz oczy…
Nie chcę. Nie chcę się budzić. Już nigdy.
- Kochanie…
- Chcę się napić – mruczę, licząc na to, że facet z którym dziś jestem, zrozumie.
Tak jak przypuszczałem, już po chwili przysuwa mi do ust szklankę. Woda? Cóż za rozczarowanie…
- Nie chcesz? – pyta.
- Chcę. Wódki.
- Wódki? – dziwi się.
- Tak – uśmiecham się. – Potem możesz ze mną zrobić co zechcesz, Kotku…
- Nic z tego!
Odnoszę wrażenie, że przeklęty głos odrobinkę się na mnie obraził. Naprawdę uważa, że jestem aż tak naiwny? Stroi fochy, lecz nie będzie umiał mi się oprzeć. Żaden z nich nie odmówił.
- Kotku, nie bądź taki – marudzę. – Obiecuję, że nie pożałujesz.
- Powiedziałem nie!
Tym razem to ja się obrażam. Unoszę powieki, lecz nic nie widzę. Wokół nas panuje ciemność. Jesteśmy w samochodzie? W sumie jakie to ma znaczenie? Niech ze mną zrobi co zechce. Wszystko mi jedno. Żałuję jedynie, że nie znieczuliłem się mocniej, gdy miałem ku temu okazję. Nie chcę pamiętać jego twarzy. Nie chcę niczego pamiętać.

***

- Jamie, otwórz oczy. – Znienawidzony głos ponownie przerywa moją drzemkę. Nie mam ochoty na niego patrzeć.  Niech zrobi swoje i zostawi mnie w spokoju. Jego niecierpliwe dłonie błądzą po moim ciele, pozbywając się moich ubrań. Pod palcami wyczuwam coś miękkiego. Może to tylna kanapa jego samochodu, a może sofa w domu profesora? A może motel?
Uśmiecham się do siebie. Jestem zadowolony, bo dobrze wiem, co stanie się za chwilę. Nie będzie mógł dłużej się powstrzymać, więc wykorzysta swoją przewagę. Pewnie jest znacznie trzeźwiejszy niż ja. Wepchnie we mnie swojego członka. Ból zadziała równie dobrze jak alkohol. Sprawi, że wszystko wokół zniknie. Nie będzie wspomnień. Głosów. Wyznań. Jego twarz zleje się z twarzami innych, którzy to ze mną robili. Wystarczy, że się temu poddam.
Głos znowu bierze mnie na ręce i gdzieś niesie. Mógłby się pospieszyć. Mam dosyć wrażeń jak na jedną noc. Niechciane myśli próbują przebić się do mojej świadomości. Znowu go widzę. Uśmiecha się tak pięknie, że aż brak mi tchu. Nie wolno mi na niego patrzeć. Nie powinienem o nim myśleć. Tego już nie ma. Jego już nie ma. Pewnie leży w łóżku z tamtym blondynem. Ja też powinienem znaleźć się z kimś w łóżku. Jeśli za chwilę nie dostanę tego, czego chcę, poszukam kogoś innego.
Słyszę szum wody. Niechętnie unoszę ociężałe powieki. Razi mnie zbyt jasne światło. Tymczasem on wkłada mnie do wanny. Ciepła woda pachnie czymś słodkim i przyjemnym. W sumie w wannie też możemy to zrobić. Nie będę się opierać.
- Po kąpieli poczujesz się lepiej – szepcze, próbując dotknąć mojej twarzy. Odsuwam się od niego, bo nie chcę, by dotykał mnie w taki sposób. Uparciuch. Pozwala sobie na zbyt wiele! Poza tym wcale nie chcę czuć się lepiej. Wprost przeciwnie. Chcę, by było gorzej. Pragnę ciemności, która mnie pochłonie. Wyssie ze mnie resztki kolorowych wspomnień.
Nieznajomy ponownie próbuje mnie dotknąć. Jego dłonie, choć duże, są bardzo delikatne. Nie szarpią mną. Nie sprawiają bólu. Za chwilę się to zmieni. Pozory mylą. To, co wydaje się czułe, tak naprawdę ma niszczycielską siłę rażenia.
- Spójrz na mnie – prosi.
Nie odpowiadam. Przecząco kręcę głową, z całych sił zaciskając powieki.
Dlaczego jego głos musi brzmieć tak znajomo?
I po co próbuje ze mną rozmawiać?
Prawda jest taka, że więcej się nie spotkamy. Skończyłem tłumaczenie książki. Zbieram się w sobie by pojechać w inne miejsce. Niech więc przestanie ze mną igrać i robi swoje!
- Chcę wódki – celowo go prowokuję. Mężczyzna nie wytrzymuje i chlapie mi wodą w twarz. Doceniam, że mnie nie uderzył, chociaż nie robi mi to specjalnej różnicy. Pocieram oczy, by lepiej mu się przyjrzeć. Przedtem wpatrywałem się jedynie w jego pomiętą koszulę. Może jeśli dalej będę się tak zachowywać, to w końcu zmięknie.
- Widzę, że świadomość powoli ci wraca. To dobrze. Po kąpieli postarasz się coś zjeść i pójdziesz spać.
Chyba znowu mam halucynacje, bo mój „wybranek” na dzisiejszą noc przypomina kogoś, o kim tak bardzo chciałbym zapomnieć. Rysy jego twarzy są łudząco podobne. I te oczy…
- Nie dotykaj mnie – syczę, gdy wyciąga rękę w moją stronę.
- Muszę cię umyć. Jesteś brudny.
- To nie twoja sprawa jaki jestem.
- Mylisz się, kochany.
- Nie nazywaj mnie tak! Nie masz prawa! – Staram się unikać jego dłoni, lecz jak mam się im przeciwstawić? Jest silniejszy. Zawsze był. Nie traktuje mnie jako przeciwnika. W jego oczach jestem marnym słabeuszem, z którego można bezkarnie kpić.
Boli… Czemu to tak bardzo boli…
- Już dobrze – muska opuszkami mój prawy policzek. Złośliwie strącam jego rękę.
- Brzydzi mnie twój dotyk – silę się na obojętność, którą chciałbym wobec niego czuć.
- Wolisz, gdy robią to przypadkowo poznani faceci? – W jego głosie słychać skrywaną niechęć. Zraniłem go? Dobrze mu tak.
- Tak – odpowiadam, uśmiechając się z zadowoleniem. – Lubię, gdy to robią.
- No cóż, w takim razie masz pecha. Twoja złota era podbojów dobiegła właśnie końca.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić – unoszę się gniewem.
- Jesteś pijany, Jamie. Porozmawiamy, gdy wytrzeźwiejesz – decyduje.
Nie lubię, gdy gra rolę „dorosłego”. Poza tym mam wielką ochotę pokazać mu, gdzie może sobie wepchnąć te swoje wyświechtane mądrości.
- A kto powiedział, że wytrzeźwieję? – drażnię się, wykorzystując resztki bezczelności.
- Porozmawiamy, gdy będziesz sobą – powtarza z naciskiem.
- Mam dla ciebie przykrą niespodziankę. Teraz jestem sobą. Bardziej niż kiedykolwiek. A ty nie jesteś mi już do niczego potrzebny. Spadaj – nabieram powietrza i celowo zanurzam się pod wodę. Bradley otwiera szeroko oczy, po czym natychmiast łapie mnie za kark i wyciąga z wanny.
- Bezczelny szczeniaku! Koniecznie chcesz umrzeć?! – krzyczy.
Umrzeć? No tak… Przecież on jeszcze nie wie… Czemu miałbym nie pochwalić się tym co zrobiłem, a właściwie  próbowałem zrobić.
Odpinam skórzaną bransoletkę, która ukrywa „dowody zbrodni”, po czym pozwalam, by nacieszył się widokiem niedawno zagojonych blizn, zdobiących mój lewy nadgarstek. Zabrakło m odwagi, by pociąć też prawą rękę. Zawahałem się. Przy kolejnym razie wykazałbym się znacznie większą dojrzałością i wytrzymał chwilowe pieczenie.
- A jeśli chcę, to co?
Bradley patrzy na mnie w taki sposób, jakby poraził go piorun. Otwiera usta, lecz nie wypowiada ani jednego słowa. Mam wielką ochotę roześmiać mu się w twarz. Jest zabawny. Cała ta sytuacja jest zabawna. Podły oszust! Zabawił się moim kosztem. Nie dociera do niego, że zniszczył mi życie? Jego perfidna zdrada złamała mi serce. Na niczym mi już nie zależy. Niczego nie czuję. Umarłem w chwili, w której mnie zdradził.

***

Budzi mnie silna migrena, którą potęgują niechciane wspomnienia. Widzę siebie w ramionach Roberta, który mnie krzywdzi, a potem? Korowód nieznanych twarzy, zmieniających się jak obrazki w kalejdoskopie. Niezliczone ręce, dotykające mojego ciała. Obce głosy. Niechciane pieszczoty. Brzydzę się nimi. Brzydzę się sobą. Naiwnie sądziłem, że uda mi się zakopać pod warstwą brudu chwilę szczęścia, którą tak bardzo się cieszyłem.
Kochałem…
Dlaczego tak bardzo go kochałem?
Zwijam się w ciasny kłębek. Na policzkach czuję mokre ślady łez. Jestem żałosny. Nie dziwię się, że tak łatwo mnie oszukał. Omamił kilkoma pięknymi słówkami, a teraz prześladuje w dzień i w nocy. Chciałbym jak najszybciej o nim zapomnieć. Wyrwać ze swojego serca, z pamięci.
- Źle się czujesz? Mam twoje tabletki.
Tabletki? Nie ukrywam, że bardzo by mi się przydały.
- Jamie, skarbie? – Unosi mi głowę, abym się nie zachłysnął wodą. Znowu jest wyjątkowo delikatny. Zwraca się do mnie szeptem. Pozasłaniał okna. Nie chcę jego pomocy, lecz naprawdę potrzebuję tych leków. Dzięki nim prześpię kilkanaście godzin i nie będę się musiał o nic się martwić. Jeśli będę miał szczęście, Bradley znowu zniknie.
- Idź sobie – błagam ostatkiem sił.
- Nie – pada natychmiastowa odpowiedź.
Choć ze wszystkich sił staram się zasnąć, mój mózg, jak na złość, nie chce się wyłączyć. Stęsknione ciało jest zbyt świadome obecności ukochanego mężczyzny. Na co liczy? Że on mnie dotknie? Przytuli? A może rzuci jakimś hasłem typu „nadal cię kocham” i wszystko będzie jak dawniej?
Nie oszukuj się. Nie warto tracić życia na marzenia. Prawdziwa miłość boli znacznie bardziej niż przypadkowe cięcie zadane żyletką. Żałuję, że nie umiem go wyciąć ze swojego życia. Zrobiłbym to bez wahania.
Bradley przez kilka minut miota się po pokoju. Wyraźnie słyszę jego kroki, tłumione przez wykładzinę. W końcu nie wytrzymuje i siada na łóżku. Opuszkami palców muska mój policzek. Czuję ciepło, które wydziela jego skóra. I obezwładniający zapach perfum, połączony ze specyficzną wonią jego skóry.
- Nie możesz zasnąć? – pyta, kładąc się obok mnie. Po chwili ostrożnie obejmuje mnie ramieniem. – Już dobrze. Wszystko będzie dobrze – powtarza, mamrocząc pod nosem. Wplata dłonie w moje włosy.
To niesprawiedliwe, że jest taki idealny. Sama jego obecność wystarczy, by przegnać cierpienie.
Nie, to nieprawda. Pan Perfekcyjny też ma swoje wady. Zdradza.

***

Nie mam pojęcia kiedy zasnąłem. Nie wiem też, która jest godzina. W pokoju jest ciemno. Jedyny dźwięk, który udaje mi się wychwycić, to miarowy oddech Bradleya, który nadal jest blisko. Obejmuje mnie ramieniem. Czuję niepokojący spokój, którym przepełniony jest ten prosty gest. Jeszcze jakiś czas temu potrafiłem spać wyłącznie wtedy, gdy mnie przytulał. Zbyt szybko się od niego uzależniłem. Na efekty własnej krótkowzroczności nie trzeba było długo czekać. Tylko idiota uwierzyłby w to, że kilka tygodni wspólnego mieszkania wystarczy, aby móc myśleć o wspólnej starości. Oczami wyobraźni widziałem nas razem. Chciałem z nim żyć. Zestarzeć się przy jego boku.
Wystarczyła chwila, by wszystko się skończyło…
Otwieram oczy i mrugam kilka razy, by przyzwyczaić się do ciemności. Bradley wpatruje się we mnie z intensywnością, która przy zapalonym świetle z pewnością by mnie zawstydziła. Pewnie przysuwa się bliżej i muska moje wargi swoimi. Wpatrujemy się w siebie. Wstrzymuję oddech, nie wiedząc, jak zareagować. Tymczasem on ponownie ociera się o moje usta, kusząc do czegoś więcej. Lubiłem się z nim całować. Za to nie pozwalałem na to obcym. Rzadko kiedy żądali ode mnie tak poufałej pieszczoty. Znacznie bardziej woleli zawładnąć moim ciałem.
Język Badleya sunie po mojej dolnej wardze. Z pewnością wyczuwa jej drżenie. Bada teren. I przez cały czas spogląda mi prosto w oczy, ciekawy mojej reakcji. Czego się spodziewa?
- Kocham cię – szepcze w moje usta. Zabawa dobiegła końca. Zostaję zachłannie pocałowany. Mój były mężczyzna zagarnia mnie w swoje ramiona. Wtulam się w niego, bo jest jak tratwa ratunkowa wśród rozszalałych fal.
- Ufałem ci – dyszę ciężko, gdy pozwala mi nabrać tchu.
- Przysięgam, że cię nie zdradziłem. Santiago zrobił to z zemsty – tłumaczy się.
- Nic mnie to nie obchodzi. – Staram się uwolnić, lecz Bradley ani myśli, by mnie puścić.
- Kocham cię, Jamie.
- Wszyscy, z którymi spałem tak mówili.
Twarz Bradleya przypomina kamienną maskę, pod którą chowa zazdrość i gniew. Choć ledwo nad sobą panuje, nie daje się ponieść emocjom. Moje słowa są jak nóż wbity znienacka w plecy. Jakie to uczucie, „Kotku”? Przyjemnie ci?
- Jamie, błagam cię, nie bądź taki okrutny. Przeszedłem piekło, by cię odnaleźć. – Ocieka się czołem o moje czoło, po czym znowu całuje. Jest nienasycony. Zawsze taki był. Właśnie to w nim uwielbiałem.
- Nie chcę dłużej z tobą być. – Wymierzam kolejny, precyzyjny cios w jego serce.
- Nie szkodzi. Sprawię, że zmienisz zdanie.

***

Miłość?
To dziwne uczucie. Trudne. Skomplikowane. Wymagające poświęcenia. Troski.
- Widzimy się w przyszłym tygodniu. – Terapeuta uśmiecha się do nas, klepiąc mnie jednocześnie po kolanie. Bradley jako pierwszy wstaje z beżowej sofy i bierze głęboki oddech, po czym spogląda na mnie i uśmiecha się lekko.
Terapia dla par była jego pomysłem. Uparł się na nią, gdy oświadczyłem, że nie będziemy razem mieszkać. Nigdy mu tego nie powiedziałem, lecz nie byłbym w stanie ponownie przekroczyć progu jego domu. Przed oczami bezustannie widziałem go w objęciach Santiago. Ten obraz wyrył się w mojej pamięci niczym tatuaż. Podejrzewam, że dla niego to także nie było łatwe, bo pozbył się feralnej posiadłości. Po pewnym czasie pochwalił się, że kupił malutkie mieszkanie, znajdujące się zaledwie kilka bloków od mojego. Wielokrotnie prosił, abym go odwiedził, lecz za każdym razem odmawiałem. Wystarczyła mi świadomość, że jest gdzieś blisko. Wieczorami lubiłem przesiadywać na balkonie i wpatrywać się w okna apartamentów. Podejrzewam, że gdybym częściej wychodził z domu, to bez problemu udałoby mi się go wytropić. Zamiast tego wolałem pracować i snuć domysły.
Zgodziłem się odwiedzać gabinet terapeuty raz w tygodniu, choć doktor Conrad nalegał na częstsze spotkania. Pierwsze tygodnie były trudne. Niezliczoną ilość razy byłem wciągany do dyskusji, w której nie chciałem brać udziału. W końcu obydwaj przestali na mnie naciskać. Bradley opowiadał doktorowi o tym, jak za mną tęskni oraz o przebiegu procesu sądowego Santiago. Mówił dużo o nowym mieszkaniu lub o tym, że planuje sprzedać gazetę, bo w przyszłości chciałby mniej pracować.
Po każdej sesji zapraszał mnie na kolację. Zdarzało się, że spragnieni wzajemnej bliskości lądowaliśmy w hotelowym łóżku. Zabroniłem mu przychodzenia do mojego mieszkania. Potrzebowałem bezpiecznego schronienia, do którego mogłem uciec. Bradley dobrze wiedział, gdzie jestem. Znał adres. Podejrzewam, że kazał swoim ludziom, aby mnie śledzili. Czasami przysyłał samochód z szoferem, aby zawiózł mnie do instytutu. Nie prosiłem go o to. W sumie to o nic go nie prosiłem. Nie dzwoniłem do niego. Nie pisałem. Za to zawsze odbierałem telefon, gdy to on chciał mi coś powiedzieć. Potrzebowałem czasu, by uporać się z tym wszystkim, co się między nami stało.
Wychodzimy przed budynek odrestaurowanej kamienicy, w której spotykamy się z doktorem Conradem. Kierowca Bradleya odpala silnik widząc, że zbliżamy się do auta.
- Zapraszam. – Brązowooki otwiera drzwi. Woli się upewnić, że wsiądę do środka.
Nie jestem specjalnie głodny. Na seks także nie mam ochoty. Doktor Conrad przez blisko dwie godziny próbował wyciągnąć ze mnie powody, dla których próbowałem się zabić. Nie chcę z nim o tym rozmawiać. Zwłaszcza w obecności Bradleya. Czasami mam wrażenie, że zarówno zdrada, jak i wszystko, co się z nią wiązało, dotyczy mrocznych, odległych czasów. Chcę się od nich odciąć i ruszyć do przodu, zostawiając przeszłość za sobą. Bezustanne rozpamiętywanie tego co było nie pomoże.
- Jesteś dziś bardziej milczący niż zwykle. – Towarzyszący mi mężczyzna podejmuje kolejną próbę wciągnięcia mnie do rozmowy.
- Tak? – Unoszę na niego wzrok. – Męczy mnie rozdrapywanie starych ran.
- Kolacja z pewnością poprawi ci humor. – Bradley uśmiecha się znacząco, moszcząc wygodnie na skórzanym siedzeniu na wprost mnie. Ma na sobie granatowy garnitur oraz białą koszulę. Podejrzewam, że przyjechał prosto z pracy.
Muszę stwierdzić, że w ostatnim czasie wygląda na bardziej zrelaksowanego. Częściej się uśmiecha. Jest odprężony. Cieszy mnie to. Jego entuzjazm sprawia, że czuję ciepło w sercu. Może więc między nami nie wszystko jest stracone, choć szanse na wspólną przyszłość wydają się tak nikłe.
Podjeżdżamy pod restaurację. Jestem za bardzo pochłonięty własnymi myślami, więc pozwalam, by Bradley wziął mnie za rękę i odeskortował bezpośrednio do stolika. Szarmancko odsuwa mi krzesło, uśmiechając się przy tym tajemniczo. Ja też się uśmiecham, choć nie tak szeroko i szczerze jak on.
- Co cię tak cieszy, ukochany? – Ciemnowłosy od razu wyłapuje zmianę w moim nastroju.
- Tydzień wolnego od wścibskich pytań doktora Conrada.
- Nie lubisz go? – pyta, nalewając szampana do kryształowych kieliszków.
- Nie lubię – potwierdzam bez entuzjazmu. – Alkohol? – Dziwi mnie widok drogiego trunku.
- To wyjątkowa okazja – podpowiada. – Sprzedałem gazetę.
- Gratuluję.
- Dziękuję. – Bradley koniecznie chce wznieść toast. Odbieram od niego kieliszek, lecz udaje mi się jedynie umoczyć usta. Wykwintny smak nacechowany jest zbyt dużą dawką wspomnień. Ile czasu minęło od chwili, gdy po raz ostatni zachowywaliśmy się względem siebie tak beztrosko? Dziesięć miesięcy? Może więcej. On z pewnością to wie. Nie zamierzam go jednak pytać. Jest wesoły. Nie będę mącić jego szczęścia.
- To nie koniec niespodzianek na dziś.
- Kończymy z terapią? – zgaduję.
- Tak naprawdę to zależy tylko od ciebie.
- Ode mnie? – Marszczę brwi. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Naprawdę pozwoliłby mi zdecydować w tak ważnej sprawie? Przecież cotygodniowe spotkania z doktorem Conradem to tak naprawdę nasza wymówka. Podejrzewam, że bez nasz „związek” już dawno by się rozpadł.
- Bądź ze mną szczery. – Bradley odstawia kieliszek i poważnieje. – Nadal uważasz, że cię zdradziłem?
- Nie wiem – spuszczam wzrok. Czekoladowe tęczówki przeszywają mnie na wskroś. To ponad moje siły.
- Jamie, nie uciekaj. Nie ma z nami doktora Conrada. Jesteśmy tylko ty i ja. Ufasz mi, prawda? W przeciwnym wypadku nie przyjąłbyś mojego zaproszenia.
Wspólna kolacja mało mnie obchodzi. Prawda jest znacznie bardziej skomplikowana. Choć bardzo się starałem, nie potrafię z niego zrezygnować. Samo myślenie o tym, że mielibyśmy się już nigdy więcej nie spotkać jest znacznie bardziej bolesne niż fakt, że zastałem go w łóżku z innym. Uświadomiłem to sobie kilka miesięcy temu, podczas pierwszego spotkania z doktorem Conradem. Od tamtej chwili siedzę cicho, jak mysz pod miotłą.
- Ja też zdradzałem. Nawet nie próbuj mi wmawiać, że to nie ma żadnego znaczenia. – Odwracam sytuację, by zyskać na czasie i chociaż spróbować ułożyć jakiś prowizoryczny plan działania.
Zapada krępująca cisza. Żaden z nas nie jest w stanie zebrać myśli.
Nie umiem i nie chcę go ranić. Jest dla mnie zbyt cenny, by narażać go na kolejne nieprzyjemności.
- Sam widzisz, że nie możemy wrócić do tego, co było. – Uśmiecham się, by opóźnić łzy, które czuję pod powiekami.
- Nie proszę, abyśmy tam wracali – szepcze Bradley.
Zamieram, nie potrafiąc poradzić sobie z oszołomieniem i bólem, rozdzierającym resztki mojego poranionego serca. To koniec. Prawdziwy koniec naszej znajomości. Próbowaliśmy, lecz nie wyszło. Zaciskam mocno pięści, wbijając sobie paznokcie w skórę. Nie chcę przy nim płakać, ale nie umiem się pozbierać.
- Jamie… Pamiętasz co powiedziałem, gdy przyszliśmy tu po raz pierwszy?
- Po raz pierwszy? – Z trudem obracam głowę, by rozejrzeć się po otoczeniu. – Byliśmy już tutaj?
- Tak, skarbie. Byliśmy.
Bradley przysuwa rękę w moją stronę. Wyraźnie widzę, że ukrywa coś pod palcami. Co to jest? Pudełko?
- Mówiłem ci, że za drugim razem ci się oświadczę. – Mężczyzna unosi wieczko, pokazując mi obrączki, które ułożone są na czarnym aksamicie. – A ty powiedziałeś, że się zgodzisz… – przypomina.
- Chcesz za mnie wyjść? Po tym wszystkim co się stało? – Przyglądam się srebrnym krążkom jak zahipnotyzowany. Zdradzieckie łez przysłaniają mi widoczność.
- To przeszłość. Zostawimy ją za sobą i skupimy się wyłącznie na przyszłości. – Bradley sięga po moją rękę. Najpierw z namaszczeniem całuje kostki, a następnie wyjmuje jedną z obrączek i wsuwa mi na palec serdeczny. Drżę, gdy zimny metal sunie po rozgrzanej przez jego ciepło skórze. – Nie umiem bez ciebie żyć. Chcę móc codziennie zasypiać przy tobie. Razem się budzić. Troszczyć się o ciebie. Rozpieszczać. Przede wszystkim jednak chcę cię kochać, bo wiem, że jesteś tym jedynym. Ty także to wiesz, prawda? Kochasz mnie?
Napięcie w jego głosie sięga zenitu. Choć jest to wyjątkowo trudne zadanie, to unoszę wzrok i spoglądam na niego zapłakanymi oczami. Czy ja go kocham?
Wolną dłonią dotykam do klatki piersiowej. Moje serce szaleje, przypominając o swoich potrzebach. Wyrywa się do niego. Pragnie go. W jego brązowych oczach dostrzegam wyłącznie bezgraniczną miłość i szczęście. Mam nadzieję, że zdołam sprawić, by zawsze patrzył na mnie właśnie w taki sposób.
- Kocham cię – szepczę wzruszony.
Bradley wyciera mokre ślady z moich policzków, po czym zaczyna się cicho śmiać.
- Wyjdziesz za mnie? – pyta wprost, mocno splatając nasze palce.
- Tak – przytakuję.
- W takim razie powinniśmy się zbierać. – Mój narzeczony unosi wzrok by przywołać kelnera.
- Teraz? – zdezorientowany liczę na to, że powie coś, co mnie uspokoi.
- Tak. Samolot na nas czeka.
- Ale… Teraz? – jąkam się, nie umiejąc sklecić bardziej błyskotliwej riposty.
- Przyjąłeś moje oświadczyny. Pora na ślub. Tak się szczęśliwie składa, że nadal mam twój paszport. Chodź, piękny,  jedziemy na lotnisko.
Paszport… Lotnisko… Ślub…
Nic z tego nie rozumiem. Mimo to pozwalam mu kierować całą eskapadą. Nie oponuję, gdy Bradley chowa do kieszeni czarne pudełko i ciągnie mnie za sobą w kierunku wyjścia. W samochodzie nie przestaje się śmiać, sadzając mnie sobie na kolanach. Nie mam pojęcia co się dzieje. Przymykam powieki, ciesząc się jego bliskością. Wpatruję się w obrączkę, którą ozdobiona jest moja lewa dłoń. Mąż. Będę miał męża…
Bierzemy ślub na opustoszałej plaży o wschodzie słońca. Bradley uważa, że to oznacza nowy początek. Nie oponuję. W tej chwili liczy się wyłącznie jego szczęście, bo ono sprawia, że ja też jestem szczęśliwy. Po skromnej ceremonii bierze mnie na ręce i zanosi do luksusowego domku, który wybudowano na wodzie.
Kilka godzi później oglądamy niesamowity zachód słońca, leżąc w łóżku ciasne w siebie wtuleni.
- Nie chcę wyjść na zachłannego, lecz jest pewna rzecz, której nie chcesz mi dać. – Jego uwaga sprawia mi przykrość.
- Masz moje serce i ciało – bronię się.
- Nie o to mi chodziło, skarbie. – Bradley całuje mnie namiętnie, by przegonić troski.  – Samą swoją obecnością sprawiasz, że czuję się jak król świata. Tylko…  – waha się.
- Mów! – popędzam go, zastanawiając się, co uradowałoby mojego małżonka.
- Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy wracać do przeszłości, a mimo to nie miałbym nic przeciwko, gdybyś nadal nazywał mnie „Kotem”.
- Bradley, ty to masz zachcianki – zaczynam chichotać, nie potrafiąc znieść widoku jego poważnej twarzy.
- Dawno tego nie robiłeś – skarży się, przeczesując pasma moich włosów palcami. Odnoszę wrażenie, że to dla niego bardzo ważna sprawa.
- Nie wypada odmówić ukochanemu mężowi… – wzdycham teatralnie. – Pocałuj mnie, Kocie – żądam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Z prawdziwą przyjemnością, mój kochany.

KONIEC

***

Moje Gąski :)

Mam do Was wielką słabość, dlatego ugiąłem się i dopisałem aż 3 rozdziały do tej słodko-gorzkiej historyjki. Mam nadzieję, że takie zakończenie Was usatysfakcjonuje, bo więcej rozdziałów Ona last time nie będzie :D 

Wasz Kitsune 

24 komentarze:

  1. Dlaczego to już koniec? Czy to twoja ostateczna decyzja? �� było cuuudowne ������

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam już rozpoczętych kilka opowiadań. Może kiedyś wrócę do tej historii, ale na chwilę obecną to byłoby dość trudne.
      W każdym razie jeśli więcej osób będzie za kontynuacją, coś wymyślę :D

      Twój Kitsune

      Usuń
  2. I niech żyją długo i szczęśliwie :)
    Aż się wzruszyłam na koniec :D
    Pozdrawiam, mysza_polna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Cieszę się, że opowiadanie Ci się podobało :)

      Twój Kitsune

      Usuń
  3. Super się czytało :) Fajnie, że się pogodzili, ale mam jakiś niedosyt :D Może faktycznie kiedyś warto będzie napisać jakiś ciąg dalszy :D Decyzja należy do Ciebie oczywiście :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam niedosyt. Chciałem zabić Jamiego :D

      Twój Kitsune

      Usuń
    2. Ty i to twoje zabijanie bohaterów :P

      Usuń
  4. Jak Ci idzie pisanie bezsennych nocy? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy. Chcecie Bezsennych Nocy?

      Twój Kitsune

      Usuń
    2. A kto by nie chciał?

      Usuń
    3. Wiadomo że chcemy!!! Co za głupie pytanie? Bezsenne Noce mogłabym czytać codziennie ��

      Usuń
    4. Będą Bezsenne Noce :)

      Wasz Kitsune

      Usuń
  5. Bardzo dziękuję za takie zakończenie, gdyż uwielbiam szczęśliwe zakończenia, choć muszę przyznać, że Jamie mnie zaskoczył.
    Jednak cieszę się, że Bradley zawalczył o Jamiego, gdyż inaczej byliby nieszczęśliwi.
    Dużo weny :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Co taka cisza, coś się stało Lisku?
    Daj znać czy wszystko w porządku?
    Martwimy się:((((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martwcie się :D Żyję i piszę. Jutro Bezsenne Noce :)

      Wasz Kitsune

      Usuń
  7. No to super, czekam z niecierpliwością!!!:)))))

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja też czekam, a tu rozdziału nie ma:((((

    OdpowiedzUsuń
  9. Kitsune, czy istnieje realna szansa by jeszcze dziś pojawiły się Bezsenne Noce?

    OdpowiedzUsuń
  10. Ah, cudne :) I jak zawsze, pozostawia z tym palącym uczuciem niedosytu :D Tyle by u można jeszcze opowiedzieć :) Myślałam, że miauczenie o więcej jest poniżej mojej godności, ale cóż... myliłam się :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Obawiam się, że więcej nie będzie. Zastanawiałem się, czy coś dopisać, lecz mówiąc szczerze - nie mam kiedy. Mam rozpoczętych za dużo opowiadań. Nowe czekają na swoją kolej. Jeśli potrafisz zatrzymać czas chociaż na 5 godzin dziennie, to napisz do mnie maila :D Mniej więcej tyle brakuje mi na pisanie :D

      Twój Kitsune

      Usuń
  11. Świetne opowiadanie, nie przesłodzone.
    Dużo weny życzę
    Pozdrawiam Olga

    OdpowiedzUsuń