Szkolne opowieści: Mój nauczyciel- opowiadanie yaoi (część I)
„Żegnaj, mały...”
Boli. Tak bardzo boli, że nie mogę oddychać...
Chciałem wierzyć, że chociaż raz...
Wsiadam do samochodu, odpalam silnik i ruszam przed siebie, nie zważając na kierunek.
Straciłeś go.
Już nie ma miłości.
Nic już nie ma...
Przecież wiedziałeś, widziałeś znaki zwiastujące zakończenie. Więc czemu nic nie zrobiłeś? Czemu tego nie powstrzymałeś?
Czemu?
To twoja wina...
Spóźniłem się na zajęcia pierwszego dnia w nowej szkole. Dziadek gorzej
się poczuł. Zawiozłem go do szpitala. Przez większość lekcji byłem zupełnie
nieobecny, martwiąc się tylko o to, czy dobrze zrobiłem zostawiając go samego.
Mimo to, nic nie cieszyło mnie bardziej niż praca z dzieciakami. Moją pasją były
języki obce. Dzidek zatrudniał nauczycieli, a gdy byliśmy w podróży,
zadręczałem obcych poznawanych na ulicy, by tłumaczyli mi nowe słowa, których
nie rozumiałem. Uwielbiałem sposób, w jaki na mnie patrzyli, gdy udawało im się
czegoś mnie nauczyć. Chciałem, by w przyszłości ktoś patrzył tak na mnie.
Uśmiechał się w ten szczególny sposób, gdy to ja będę nauczał. I nauczałem.
Dziadek często powtarzał, aby „podążać za swoim celem”. Co było moim celem?
Przedtem wydawało mi się, że szkoła. Dziadek twierdził, że prowadzenie firmy. A
ja? Czego ja chciałem dla siebie? Jego? On był moją odpowiedzią?
Pracowałem w różnych szkołach, zazwyczaj na zastępstwo, bo
większość czasu pochłaniała firma. Byłem prawą ręką dziadka i to na mnie miał
spaść obowiązek przejęcia steru w razie jego odejścia. Z jednej strony czułem
się dumny, że wybrał właśnie mnie, lecz oznaczało to także, że moja kariera
nauczyciela wkrótce miała się zakończyć. Nie przepadałem za pracą w firmie.
Nudziła mnie. Ciągle robiliśmy to samo - wyznaczaliśmy sobie cel, opracowywaliśmy
projekt, który następnie realizowaliśmy. I tak bez końca.
W szkole nikt mnie nie znał. Byłem zwykłym nauczycielem. W firmie
patrzono na mnie jako zastępcę prezesa, od którego wymagano by zagwarantował
rozwój i wpływy. Starałem się wywiązywać z moich obowiązków najlepiej jak
potrafiłem.
Zanim go poznałem wierzyłem, że nauczanie daje mi szczęście,
ale szybko okazało się, iż przychodzę do szkoły
głównie dla niego...
Zatrudniono mnie po
rozpoczęciu semestru, gdy jedna z nauczycielek musiała wyjechać. 4 godziny w
tygodniu - to wszystko, na co mogłem liczyć. Dziadek bardzo mnie wspierał, bo
doskonale wiedział, że w chwili, gdy będę potrzebny, nie zawiodę. Firma była na
pierwszym miejscu. Od zawsze traktował szkołę jako moje hobby. Jedni uprawiają
sporty ekstremalne, a ja czułem przypływ adrenaliny, kiedy mogłem wytłumaczyć
dzieciakom jakieś zagadnienie, którego wcześnie nie rozumieli. Potrafiłem
wyciągnąć z nich to, co najlepsze. Stałem się naprawdę dobry.
Nie było to trudne. Zarówno w szkole, jak i w biznesie, trzeba umieć trafić do
ludzi, a ja to umiałem. To był mój dar, z którego czerpałem pełnymi garściami.
Pierwsza lekcja. Tłumaczyłem z uczniami tekst czytanki. Już po
kilku minutach wiedziałem, kto w grupie radzi sobie dobrze, a kto nie. Z
początku w ogóle go nie zauważyłem. Chłopak, który siedział z tyłu i
starał się nie wychylać. Kto wie, może wcale nie zwróciłbym na niego uwagi,
gdyby nie fakt, że spojrzał mi w oczy i... odpłynął. Wpatrywał się we mnie z
taką intensywnością, jakby nie umiał odwrócić wzroku. Co więcej, wcale nie
chciał tego robić.
Postanowiłem lekko go sprowokować, zadając mu dodatkową pracę. Wiedziałem, że to przerasta jego możliwości, inaczej nie chowałby się za plecami innych uczniów. Ale on się zaparł. Próbował udowodnić swoją wartość i przyjął wyzwanie. Cały czas czułem się przez niego obserwowany. Cichy, spokojny, grzeczny. Podobał mi się coraz bardziej. Ten szczególny sposób, w jaki wpatrywał się w moje oczy... Chciałem mu pomóc, zrobić dla niego to, co umiałem robić najlepiej - nauczyć, wytłumaczyć, sprawić, że zrozumie... Kazałem mu zostać po zajęciach, tylko po to, by zobaczył, że przy większym wysiłku i zaangażowaniu od razu widać rezultaty. Tymczasem on skupiał całą uwagę na mnie, nie na hiszpańskim. Nie miałem zamiaru go uwodzić. Jeśli mam być szczery, to powiedziałbym, że to raczej on uwiódł mnie.
Postanowiłem lekko go sprowokować, zadając mu dodatkową pracę. Wiedziałem, że to przerasta jego możliwości, inaczej nie chowałby się za plecami innych uczniów. Ale on się zaparł. Próbował udowodnić swoją wartość i przyjął wyzwanie. Cały czas czułem się przez niego obserwowany. Cichy, spokojny, grzeczny. Podobał mi się coraz bardziej. Ten szczególny sposób, w jaki wpatrywał się w moje oczy... Chciałem mu pomóc, zrobić dla niego to, co umiałem robić najlepiej - nauczyć, wytłumaczyć, sprawić, że zrozumie... Kazałem mu zostać po zajęciach, tylko po to, by zobaczył, że przy większym wysiłku i zaangażowaniu od razu widać rezultaty. Tymczasem on skupiał całą uwagę na mnie, nie na hiszpańskim. Nie miałem zamiaru go uwodzić. Jeśli mam być szczery, to powiedziałbym, że to raczej on uwiódł mnie.
Piątkowy wieczór. Zakończyliśmy ważny projekt. Poświęciłem mu
długie tygodnie. Byłem z siebie dumny, że pomimo różnych trudności, udało się
doprowadzić sprawę do końca. Syn naszego wspólnika wymógł na mnie spotkanie w
klubie, aby to uczcić. Nie bardzo miałem czas i chęci na świętowanie. Byłem
zmęczony. Powinienem wrócić do domu, sprawdzić co u dziadka, ale on nalegał. Od
samego początku bardzo mi się narzucał i jeszcze więcej pił. I wtedy go
zobaczyłem. Bawił się z przyjaciółmi. Zachowywał się zupełnie inaczej. Uśmiechał.
Pragnąłem, by na zajęciach był równie zrelaksowany i pewny siebie. A może
chciałem, by to do mnie się tak uśmiechał? Sam nie wiem... Gdy wychodziliśmy,
to na mnie spadł obowiązek zaciągnięcia pijanego wspólnika do taksówki. Daniel
pojawił się znikąd. Widziałem, jak całym sobą przypatruje się tej scenie. To
było taki proste. Mała, delikatna prowokacja... Zależało mi na tym, żeby go nieco
zszokować, więc specjalnie pocałowałem
mojego wspólnika tylko po to, by zobaczyć jak zareaguje. Zdziwienie
malujące się na jego twarzy... Nie mógł oderwać od nas wzroku... Zafascynowany,
podniecony... Mała, zagubiona owieczka, która nie ma pojęcia o tym, jak smakuje
prawdziwe życie. Jak smakuje namiętność...
Speszone spojrzenie, które z całych sił próbował
przede mną ukryć... Rumienił się na samo wspomnienie. Nie powinienem był tego
robić, ale z drugiej strony, był przecież dorosły i sam się o to prosi, więc
dlaczego nie? Tym bardziej, że jego dziewczyna świetnie się bawi z innym.
Ciekawe czy miał świadomość bycia zdradzanym? Pewnie nie.
Nie chciałem się wtrącać w nie swoje sprawy, ale jego zachowanie
podczas świątecznej lekcji sprawiło, że musiałem utrzeć mu nosa. Trzeba umieć
pogrywać sobie z innymi. Rozgrywający to moja pozycja i nie oddam jej byle
smarkaczowi... Zwłaszcza tak niedoświadczonemu. Myślał, że kilka ciastek
sprawi, że się poddam? Dajcie mi tu te ciastka, zwłaszcza czekoladowe! Prawdziwy deser to mina chłopaka na wieść o zdradzie.
Obserwowałem tamtą scenę, ciekawy jak się zachowa. Nie było mu przykro, nie był
załamany... To było coś zupełnie innego. Nie umiał poradzić sobie z porażką,
obojętne czy chodziło o naukę, czy dziewczynę. Więc lubisz mieć przewagę? Mogę
sprawić, że przy mnie właśnie tak się poczujesz, mały. Mogę dać ci co tylko
zechcesz...
Mały Daniel nie umie pić. Kolejna niespodzianka. Prawie siłą
wyciągnąłem go z klubu. Nawet lekko wstawiony próbował mi się stawiać, ale nie
był dla mnie żadnym przeciwnikiem. Dziewczyna go zdradziła, lecz to mnie
oskarżył... Rzucił się na mnie. To ja byłem winny... Dlaczego? Przecież nic nie
zrobiłem. Już tamta sytuacja powinna dać mi do myślenia, ale nie... Nie chciałem
tego widzieć. Było mi go żal. Chciałem go pocieszyć, sprawić, że zapomni. Byłeś
taki naiwny, Will. Taki naiwny... Zamiast uciec, pocałowałem go, a on nawet
tego nie pamiętał. Tymczasem ja sam przypieczętowałem swój los, a potem było
już tylko gorzej.
Różnica między nami polegała na tym, że dla mnie nasz związek nie
był zabawą. Traktowałem go poważnie. Od razu zauważyłem, że jesteśmy zupełnie
inni. Daniel żył w świecie pozorów. Robił to, czego oczekiwali od niego inni.
Ja już dawno porzuciłem udawanie. Wolałem być sobą, czuć się wolny, a nie
ciągle żyć w zakłamaniu.
Walczyłem ze sobą, ale stało się. Miałem
wrażenie, iż każdy dzień popycha mnie w jego kierunku coraz bardziej i
bardziej. Każda chwila spędzona razem, każde spojrzenie, każdy uśmiech... Nie rozumiałem tego.
Byłem mocno zaangażowany, ale to ja, a nie on... Starałem się być przy nim, ośmielić go. Poświęcałem mu cały wolny
czas. Robiłem to kosztem snu, przyjaciół, rodziny. Był dla mnie wszystkim.
Naiwnie wierzyłem, że jestem dla niego równie ważny. Właśnie Will, naiwnie...
Znowu ta naiwność.
Podobało mi się, że był taki spragniony pieszczot, wspólnie
spędzanego czasu. Nigdy o nic mnie nie pytał, co powinno dać mi do
myślenia, że mu nie zależało. Wydawał mi się za młody. Najzwyczajniej zachłysnął się uczuciem między nami...
Gdy umarł mój dziadek... Boże, było mi tak ciężko. Odeszła
najważniejsza osoba. Tak bardzo liczyłem na to, że Daniel mi pomoże i będzie oparciem, ale on nie umiał, a może nie chciał?
Potrzebowałem go. Zmusiłem, by patrzył mi w oczy, a potem powiedział, że mnie kocha. Nie zareagował. Nadal
zachowywał się jak rozpieszczone dziecko, skupione tylko na sobie. A ja...
Kochałem go tak bardzo, tak bardzo potrzebowałem, że zrobiłbym dla niego
wszystko. Sam starałem się uporać ze śmiercią bliskiej osoby, utratą pracy, która była
dla mnie taka ważna, przejęciem firmy, pogrzebem. Tyle rzeczy, nowych sytuacji,
z którymi musiałem sobie poradzić... Sam... Czemu w takich chwilach byłem sam?
Dlaczego mnie nie wspierałeś? Przecież widziałeś, że staram się jak mogę... Wymagałem za dużo? Przecież poświęcałem ci
tyle uwagi... Nie mogłeś być obok w najtrudniejszym momencie mojego życia?
Naprawdę jesteś aż takim egoistą?
Obiecałem, że uporządkuję wszystkie
sprawy i razem wyjedziemy, ale i to okazało się być za mało...
Chciałeś uciec, nie mówiąc mi ani słowa, wyjechać bez pożegnania.
Nawet na to nie zasłużyłem...
Złamałeś mi serce.
Zraniłeś i odrzuciłeś miłość, którą ci ofiarowałem.
Nie mam już nic więcej.
Koniec części pierwszej