Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Szkolne opowieści: Mój nauczyciel". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Szkolne opowieści: Mój nauczyciel". Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Rozdział XX

Szkolne opowieści: Mój nauczyciel- opowiadanie yaoi (część I)



„Żegnaj, mały...”
Boli. Tak bardzo boli, że nie mogę oddychać...
Chciałem wierzyć, że chociaż raz...
Wsiadam do samochodu, odpalam silnik i ruszam przed siebie, nie zważając na kierunek.
Straciłeś go.
Już nie ma miłości.
Nic już nie ma...
Przecież wiedziałeś, widziałeś znaki zwiastujące zakończenie. Więc czemu nic nie zrobiłeś? Czemu tego nie powstrzymałeś?
Czemu?
To twoja wina...

Spóźniłem się na zajęcia pierwszego dnia w nowej szkole. Dziadek gorzej się poczuł. Zawiozłem go do szpitala. Przez większość lekcji byłem zupełnie nieobecny, martwiąc się tylko o to, czy dobrze zrobiłem zostawiając go samego. Mimo to, nic nie cieszyło mnie bardziej niż praca z dzieciakami. Moją pasją były języki obce. Dzidek zatrudniał nauczycieli, a gdy byliśmy w podróży, zadręczałem obcych poznawanych na ulicy, by tłumaczyli mi nowe słowa, których nie rozumiałem. Uwielbiałem sposób, w jaki na mnie patrzyli, gdy udawało im się czegoś mnie nauczyć. Chciałem, by w przyszłości ktoś patrzył tak na mnie. Uśmiechał się w ten szczególny sposób, gdy to ja będę nauczał. I nauczałem. Dziadek często powtarzał, aby „podążać za swoim celem”. Co było moim celem? Przedtem wydawało mi się, że szkoła. Dziadek twierdził, że prowadzenie firmy. A ja? Czego ja chciałem dla siebie? Jego? On był moją odpowiedzią?
Pracowałem w różnych szkołach, zazwyczaj na zastępstwo, bo większość czasu pochłaniała firma. Byłem prawą ręką dziadka i to na mnie miał spaść obowiązek przejęcia steru w razie jego odejścia. Z jednej strony czułem się dumny, że wybrał właśnie mnie, lecz oznaczało to także, że moja kariera nauczyciela wkrótce miała się zakończyć. Nie przepadałem za pracą w firmie. Nudziła mnie. Ciągle robiliśmy to samo - wyznaczaliśmy sobie cel, opracowywaliśmy projekt, który następnie realizowaliśmy. I tak bez końca.
W szkole nikt mnie nie znał. Byłem zwykłym nauczycielem. W firmie patrzono na mnie jako zastępcę prezesa, od którego wymagano by zagwarantował rozwój i wpływy. Starałem się wywiązywać z moich obowiązków najlepiej jak potrafiłem.
Zanim go poznałem wierzyłem, że nauczanie daje mi szczęście, ale szybko okazało się, iż przychodzę do szkoły głównie dla niego...
Zatrudniono mnie po rozpoczęciu semestru, gdy jedna z nauczycielek musiała wyjechać. 4 godziny w tygodniu - to wszystko, na co mogłem liczyć. Dziadek bardzo mnie wspierał, bo doskonale wiedział, że w chwili, gdy będę potrzebny, nie zawiodę. Firma była na pierwszym miejscu. Od zawsze traktował szkołę jako moje hobby. Jedni uprawiają sporty ekstremalne, a ja czułem przypływ adrenaliny, kiedy mogłem wytłumaczyć dzieciakom jakieś zagadnienie, którego wcześnie nie rozumieli. Potrafiłem wyciągnąć z nich to, co najlepsze. Stałem się naprawdę dobry. Nie było to trudne. Zarówno w szkole, jak i w biznesie, trzeba umieć trafić do ludzi, a ja to umiałem. To był mój dar, z którego czerpałem pełnymi garściami.
Pierwsza lekcja. Tłumaczyłem z uczniami tekst czytanki. Już po kilku minutach wiedziałem, kto w grupie radzi sobie dobrze, a kto nie. Z początku w ogóle go nie zauważyłem. Chłopak, który siedział z tyłu i starał się nie wychylać. Kto wie, może wcale nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie fakt, że spojrzał mi w oczy i... odpłynął. Wpatrywał się we mnie z taką intensywnością, jakby nie umiał odwrócić wzroku. Co więcej, wcale nie chciał tego robić. 
Postanowiłem lekko go sprowokować, zadając mu dodatkową pracę. Wiedziałem, że to przerasta jego możliwości, inaczej nie chowałby się za plecami innych uczniów. Ale on się zaparł. Próbował udowodnić swoją wartość i przyjął wyzwanie. Cały czas czułem się przez niego obserwowany. Cichy, spokojny, grzeczny. Podobał mi się coraz bardziej. Ten szczególny sposób, w jaki wpatrywał się w moje oczy... Chciałem mu pomóc, zrobić dla niego to, co umiałem robić najlepiej - nauczyć, wytłumaczyć, sprawić, że zrozumie... Kazałem mu zostać po zajęciach, tylko po to, by zobaczył, że przy większym wysiłku i zaangażowaniu od razu widać rezultaty. Tymczasem on skupiał całą uwagę na mnie, nie na hiszpańskim. Nie miałem zamiaru go uwodzić. Jeśli mam być szczery, to powiedziałbym, że to raczej on uwiódł mnie.
Piątkowy wieczór. Zakończyliśmy ważny projekt. Poświęciłem mu długie tygodnie. Byłem z siebie dumny, że pomimo różnych trudności, udało się doprowadzić sprawę do końca. Syn naszego wspólnika wymógł na mnie spotkanie w klubie, aby to uczcić. Nie bardzo miałem czas i chęci na świętowanie. Byłem zmęczony. Powinienem wrócić do domu, sprawdzić co u dziadka, ale on nalegał. Od samego początku bardzo mi się narzucał i jeszcze więcej pił. I wtedy go zobaczyłem. Bawił się z przyjaciółmi. Zachowywał się zupełnie inaczej. Uśmiechał. Pragnąłem, by na zajęciach był równie zrelaksowany i pewny siebie. A może chciałem, by to do mnie się tak uśmiechał? Sam nie wiem... Gdy wychodziliśmy, to na mnie spadł obowiązek zaciągnięcia pijanego wspólnika do taksówki. Daniel pojawił się znikąd. Widziałem, jak całym sobą przypatruje się tej scenie. To było taki proste. Mała, delikatna prowokacja... Zależało mi na tym, żeby go nieco zszokować, więc specjalnie pocałowałem mojego wspólnika tylko po to, by zobaczyć jak zareaguje. Zdziwienie malujące się na jego twarzy... Nie mógł oderwać od nas wzroku... Zafascynowany, podniecony... Mała, zagubiona owieczka, która nie ma pojęcia o tym, jak smakuje prawdziwe życie. Jak smakuje namiętność...
Speszone spojrzenie, które z całych sił próbował przede mną ukryć... Rumienił się na samo wspomnienie. Nie powinienem był tego robić, ale z drugiej strony, był przecież dorosły i sam się o to prosi, więc dlaczego nie? Tym bardziej, że jego dziewczyna świetnie się bawi z innym. Ciekawe czy miał świadomość bycia zdradzanym? Pewnie nie.
Nie chciałem się wtrącać w nie swoje sprawy, ale jego zachowanie podczas świątecznej lekcji sprawiło, że musiałem utrzeć mu nosa. Trzeba umieć pogrywać sobie z innymi. Rozgrywający to moja pozycja i nie oddam jej byle smarkaczowi... Zwłaszcza tak niedoświadczonemu. Myślał, że kilka ciastek sprawi, że się poddam? Dajcie mi tu te ciastka, zwłaszcza czekoladowe! Prawdziwy deser to mina chłopaka na wieść o zdradzie. Obserwowałem tamtą scenę, ciekawy jak się zachowa. Nie było mu przykro, nie był załamany... To było coś zupełnie innego. Nie umiał poradzić sobie z porażką, obojętne czy chodziło o naukę, czy dziewczynę. Więc lubisz mieć przewagę? Mogę sprawić, że przy mnie właśnie tak się poczujesz, mały. Mogę dać ci co tylko zechcesz...
Mały Daniel nie umie pić. Kolejna niespodzianka. Prawie siłą wyciągnąłem go z klubu. Nawet lekko wstawiony próbował mi się stawiać, ale nie był dla mnie żadnym przeciwnikiem. Dziewczyna go zdradziła, lecz to mnie oskarżył... Rzucił się na mnie. To ja byłem winny... Dlaczego? Przecież nic nie zrobiłem. Już tamta sytuacja powinna dać mi do myślenia, ale nie... Nie chciałem tego widzieć. Było mi go żal. Chciałem go pocieszyć, sprawić, że zapomni. Byłeś taki naiwny, Will. Taki naiwny... Zamiast uciec, pocałowałem go, a on nawet tego nie pamiętał. Tymczasem ja sam przypieczętowałem swój los, a potem było już tylko gorzej.
Różnica między nami polegała na tym, że dla mnie nasz związek nie był zabawą. Traktowałem go poważnie. Od razu zauważyłem, że jesteśmy zupełnie inni. Daniel żył w świecie pozorów. Robił to, czego oczekiwali od niego inni. Ja już dawno porzuciłem udawanie. Wolałem być sobą, czuć się wolny, a nie ciągle żyć w zakłamaniu.
Walczyłem ze sobą, ale stało się. Miałem wrażenie, iż każdy dzień popycha mnie w jego kierunku coraz bardziej i bardziej. Każda chwila spędzona razem, każde spojrzenie, każdy uśmiech... Nie rozumiałem tego.
Byłem mocno zaangażowany, ale to ja, a nie on... Starałem się być przy nim, ośmielić go. Poświęcałem mu cały wolny czas. Robiłem to kosztem snu, przyjaciół, rodziny. Był dla mnie wszystkim. Naiwnie wierzyłem, że jestem dla niego równie ważny. Właśnie Will, naiwnie... Znowu ta naiwność.
Podobało mi się, że był taki spragniony pieszczot, wspólnie spędzanego czasu. Nigdy o nic mnie nie pytał, co powinno dać mi do myślenia, że mu nie zależało. Wydawał mi się za młody. Najzwyczajniej zachłysnął się uczuciem między nami...
Gdy umarł mój dziadek... Boże, było mi tak ciężko. Odeszła najważniejsza osoba. Tak bardzo liczyłem na to, że Daniel mi pomoże i będzie oparciem, ale on nie umiał, a może nie chciał? Potrzebowałem go. Zmusiłem, by patrzył mi w oczy, a potem powiedział, że mnie kocha. Nie zareagował. Nadal zachowywał się jak rozpieszczone dziecko, skupione tylko na sobie. A ja... Kochałem go tak bardzo, tak bardzo potrzebowałem, że zrobiłbym dla niego wszystko. Sam starałem się uporać ze śmiercią bliskiej osoby, utratą pracy, która była dla mnie taka ważna, przejęciem firmy, pogrzebem. Tyle rzeczy, nowych sytuacji, z którymi musiałem sobie poradzić... Sam... Czemu w takich chwilach byłem sam? Dlaczego mnie nie wspierałeś? Przecież widziałeś, że staram się jak mogę... Wymagałem za dużo? Przecież poświęcałem ci tyle uwagi... Nie mogłeś być obok w najtrudniejszym momencie mojego życia? Naprawdę jesteś aż takim egoistą?

Obiecałem, że uporządkuję wszystkie sprawy i razem wyjedziemy, ale i to okazało się być za mało...
Chciałeś uciec, nie mówiąc mi ani słowa, wyjechać bez pożegnania. Nawet na to nie zasłużyłem...
Złamałeś mi serce.
Zraniłeś i odrzuciłeś miłość, którą ci ofiarowałem.
Nie mam już nic więcej.


Koniec części pierwszej

piątek, 8 kwietnia 2016

Rozdział XIX

Szkolne opowieści: Mój nauczyciel- opowiadanie yaoi (część I)



- Nie odchodź - proszę sennym głosem, gdy widzę, że Will jest już ubrany. 
- Śpij, jeszcze wcześnie. 
- Która godzina? 
- Dochodzi 6.00. 
- Musisz już iść? 
- Muszę. 
- Zobaczymy się wieczorem? - pytam z nadzieją w głosie. 
- Nie wiem. Mam dziś dużo pracy. 
- Jak zawsze - kładę się na plecach i zaczynam wpatrywać w sufit zirytowany. 
- Daniel, przecież wiesz jaka jest sytuacja. Przejmuję firmę, więc mam więcej obowiązków, ale to nie potrwa długo. 
- Wiem. Wszystko to wiem. 
- Obiecuję, że odbijemy to sobie w czasie wyjazdu, zobaczysz. 
- Obiecujesz? 
- Tak, obiecuję - podchodzi do mnie i głaszcze po włosach.
Spędza w pracy tyle czasu, iż podejrzewam, że tam zamieszkał. Jest notorycznie zapracowany, zajęty, na spotkaniu, u adwokata, z radą nadzorczą. Nie ma szans, by pobyć razem chociaż kilka godzin. Wpada jak po ogień, a potem ucieka skoro świt. Ciągle rozmawia z kimś przez telefon. I tak bez przerwy od trzech tygodni. Zbliża się weekend majowy, a ja już wiem, że czeka go praca. Wszyscy będą grillować, z pewnym ciemnowłosym wyjątkiem... Nie tego się spodziewałem po związku z Willem. W sumie sam do końca nie wiem jak taki związek powinien wyglądać, ale nie zmienia to faktu, że jestem zawiedziony.
Na szczęście nie naciska w sprawie uczuć. Wiem, że mu zależy, ale czuję się zraniony. Praca wydaje się dla niego wszystkim, a ja to tylko łóżkowy dodatek. Ciągle każe mi czekać twierdząc, że musi zapanować nad firmą, a gdy to zrobi, wszystko się ułoży. Czy jest szczery, czy też mówi tak, aby załagodzić sytuację i zwodzić mnie obietnicami? Mógłbym mu powiedzieć „kocham”, ale nie w chwili, gdy zepchnęła mnie do kąta rada nadzorcza, a przynajmniej tak to sobie tłumaczę. Czuję się trochę tak, jakbym był w związku z mamą i tatą. To chore.
Gdy Will wychodzi, kładę się spać i budzę dopiero po kilku godzinach. Idę do szkoły, gdzie kompletnie nic nie robimy. Jest po egzaminach, lecz do zakończenia roku szkolnego zostały jeszcze ponad dwa tygodnie. Chodzę tam tylko dlatego, że nudzę się sam w domu. Zazwyczaj bawię się telefonem, wysyłając sms'y do Laury lub odrabiając za nią zadania z matematyki, które później fotografuję i wysyłam w zamian za jej uśmiech i wdzięczność. Można by powiedzieć, że mamy mały matematyczny romans.
Po szkole czeka na mnie niespodzianka - rodzice. Jestem zaskoczony, bo jest środek tygodnia, a oni zazwyczaj przyjeżdżają na weekend. Nawet nie zadzwonili.
- Mamo, tato, wróciliście! - wołam i rzucam się mamie na szyję, by pocałować ją w policzek. Po chwili zmieniam zdanie, podnoszę mamę i wirujemy po pokoju. 
- Daniel, co robisz? Postaw mnie na ziemię - lubię jej śmiech. Tak bardzo za nią tęskniłem. 
- Synu, zostaw mamę, bo jeszcze ją uszkodzisz - tata próbuje mnie powstrzymać, więc odstawiam naszą bezcenną kobietę bezpiecznie na ziemię. 
- Tato - rzucam mu się na szyję. 
- Witaj, synu - przytula mnie - ale bez latania, proszę - śmieje się. 
- Dlaczego nie zadzwoniliście? - pytam zaskoczony. 
- Chcieliśmy ci zrobić niespodziankę. Ostatnio długo byłeś sam. 
- Nie posprzątałem - przyznaję ze wstydem. 
- Nie przejmuj się. Tata zaraz nabałagani swoimi papierami - pociesza mnie mama. 
- Dziękuję, kochanie. Nie ma to jak wsparcie żony - broni się tata. Wszyscy troje wybuchamy śmiechem. 
Rodzice wypytują co u mnie. Są zadowoleni, bo ukończę szkołę z bardzo dobrymi wynikami. Opowiadają mi o swoich podróżach. Wybieramy się razem na rodzinną kolację. Przeglądam menu w restauracji. Nie jestem głodny, ale mama nalega, abym coś zjadł. Ponoć będziemy świętować, więc namawia mnie także na deser.
- Polecam ciasto czekoladowe - propozycja kelnera powoduje, że zachłysnąłem się szampanem, który akurat piłem. 
- Wszystko w porządku? - pyta zaniepokojony tata. 
- Wolałbym coś bez czekolady - kelner przygląda mi się przez chwilę z rozbawieniem, po czym odchodzi. 
- Synu, mamy dla ciebie niespodziankę - tata wydaje się bardzo wzruszony. - Chcieliśmy poczekać z tym do końca semestru, ale to chyba nie ma większego znaczenia, skoro zdałeś wszystkie egzaminy - rodzice uśmiechają się do siebie porozumiewawczo.
- Pora, abyś się usamodzielnił. Kupiliśmy ci mieszkanie blisko kampusu. Rozmawiałam dziś z dyrektorem twojej szkoły oraz rektorem. Nie musisz czekać do września. Możesz rozpocząć naukę już w semestrze letnim - mama uśmiecha się do mnie. 
- To oznacza, że pora się pakować - tata klepie mnie po ramieniu. 
- Pakować? Kiedy? 
- Jak najszybciej. W poniedziałek zaczynasz studia. 
- Naprawdę?! W poniedziałek?! Już w poniedziałek?! - szok maluje się na mojej twarzy. 
- Cieszysz się? - pyta mama. 
- Tak! Dziękuję! Tak długo o tym marzyłem! - przytulam mamę, a potem tatę. Wreszcie zaczynam studia. 
- Pakujesz się już, prawda? Jutro po południu przyjedzie firma, która nam pomoże. Och synku, jestem z ciebie taka dumna - mama zaczyna płakać. Tata od razu podaje jej serwetkę.
Rozpocznę studia w letnim semestrze. Czuję się taki szczęśliwy i oszołomiony. Spełniają się moje marzenia. Zacznę zajmować się czymś poważnym. Moja kariera ruszy do przodu. Będę mógł realizować własne pomysły, założyć firmę. Odbyć staże zagraniczne. Od tak dawna nie myślałem o niczym innym. Tata zamawia kolejną butelkę szampana twierdząc, że koniecznie musimy to uczcić. Czuję się wspaniale. Rodzice chyba nigdy mnie tak nie zaskoczyli. Kupili mi mieszkanie. Obiecali, że przeprowadzą się na czas moich studiów, abym nie czuł się samotny... Serce bije mi jak szalone. Gorączkowo układam w głowie listę rzeczy, które będę musiał załatwić przed wyjazdem. Wszystko zaplanowali. Jutro wybierzemy się razem do szkoły na rozmowę z dyrektorem. Jestem tak podekscytowany, że przez długie godziny po powrocie do domu trudno mi zasnąć. Kręcę się w boku na bok. To chyba ostatnia noc w tym pokoju.
Gdy budzę się rano, proszę mamę, aby upewniła mnie, że to nie sen. Rodzice pokazują mi zdjęcia mieszkania, które dla mnie wybrali. Jest niesamowite. Nie mogę się doczekać, aż je obejrzę. Tym razem sam zajmę się zakupem mebli i aranżacją wnętrz, by uniknąć pozłacanych mebli, które mama uwielbia.
Dyrektor jest przemiły. Gratuluje rodzicom wychowawczego sukcesu. Ostatecznie ich jedynak będzie studiował na jednej z najlepszych uczelni na świecie. Jestem z siebie bardzo dumny, bo ciężko na to pracowałem. Obiecuję sobie, że dam z siebie jeszcze więcej. Mama pokazuje mu wszystkie dokumenty, a on uśmiechem na twarzy podpisuje specjalne pozwolenie, życząc mi powodzenia oraz świetlanej przyszłości. Moje zdjęcie zostanie powieszone na ścianie, na której dyrekcja odznacza najlepszych absolwentów. Duma mnie rozpiera. To niesamowita chwila.
Wracamy do domu w chwili, gdy pojawiają się ludzie zatrudnieni przez mamę. Pakują wszystko do kartonowych pudeł, ustawiając je w salonie. Wyjmuję z szafy plecak i wrzucam do niego najpotrzebniejsze drobiazgi, takie jak laptop, aparat, czy dokumenty. Przyglądam się mojemu paszportowi, który z jakiegoś powodu leżał na biurku. Dlaczego go tam zostawiłem? W tej samej chwili mama prosi, abym przyszedł do salonu, w którym czeka na mnie znajomy ciemnowłosy... 
- Cześć - wita się grzecznie. 
- Will... - zupełnie o nim zapomniałem. Jak mogłem?! 
- Nie przedstawisz nas? - pyta mama, zaskoczona jego obecnością. 
- Oczywiście. Mamo, to William Rice. Nauczyciel hiszpańskiego - Will mierzy mnie zimnym spojrzeniem, ale się nie odzywa. 
- A więc to pan! - mama jest zachwycona i wyciąga rękę w jego kierunku - Jesteśmy panu tacy wdzięczni. Daniel mówił nam, że świetnie przygotował go pan do egzaminu. Co prawda hiszpański nie jest jego mocną stroną, ale mając podstawy będzie mu znacznie łatwiej na studiach, które zaczyna. 
- Na studiach? - przerywa jej. 
- Tak. W poniedziałek zaczyna letni semestr. Właśnie się pakujemy - mama uśmiecha się przepełniona dumą. 
- W poniedziałek... - powtarza po niej, nie spuszczając ze mnie wzroku. 
- Dostał się na uczelnię już jakiś czas temu, ale dzięki uprzejmości rektora zacznie naukę już teraz. 
- Naprawdę? - głos mężczyzny jest spokojny i bardzo zimny. 
- Daniel jest taki zdolny i pracowity - mama nie przestaje mnie chwalić.
Z kolei ja nie umiem oderwać wzroku od Williama. Mam wrażenie, że zbladł, co tylko uwydatniło cienie pod jego oczami. Zachowuje się pozornie spokojnie, lecz ma mocno zaciśnięte dłonie. Szczupłe palce mu pobielały, tak silnie je zaciska, a oczy wydają się teraz prawie czarne. Jest przerażający.
- Miałeś zamiar powiadomić mnie o wyjeździe? - pyta głosem przesiąkniętym od napięcia. Musi być wściekły, bo ledwo nad sobą panuje. 
- Tak... - jąkam się cicho. 
- Kiedy wyjeżdżasz? - nie ustępuje. 
- Mamy nadzieję, że uda się nam zdążyć na wieczorny samolot - wtrąca się mama. 
- Wieczorny samolot - kolejny raz powtarza to, co usłyszał, niczym złowieszcze echo. 
- Kto przyszedł, kochanie? - tata wyłonił się z gabinetu, ściskając tonę dokumentów. 
- To pan Rice. Nauczyciel Daniela - mama dopiero teraz zauważa dziwne napięcie, które panuje między mną a ciemnowłosym gościem. 
- Możemy porozmawiać? - przerywa jej Will, kierując swoją uwagę tylko i wyłącznie na mnie - Na osobności - wypowiada ostatnie słowa w sposób nie znoszący sprzeciwu. 
- Oczywiście. Może w moim pokoju? - pytam. Mężczyzna nie czeka na zaproszenie i od razu rusza we wskazane miejsce. 
Rodzice patrzą na mnie pytającym wzrokiem. To nie jest dobra chwila na wyjaśnienia. A nawet gdyby była, to Will powinien dowiedzieć się wszystkiego pierwszy.
Gdy zamykam drzwi i zostajemy sami, przestaje maskować swój gniew. Jest wściekły jak nigdy wcześniej. 
- Will - zaczynam cicho - wszystko ci wytłumaczę. 
- Od jak dawna o tym wiesz? - pyta nie zważając na nic. Jego oczy rzucają gniewne błyski. Krąży po pokoju niczym rozwścieczone zwierzę.
Co powinienem mu powiedzieć? Nie wiem. Czuję zamęt. Nie tak to planowałem. Zwlekałem do ostatniej chwili, ale nie powinien się dowiadywać w taki sposób.
- Odpowiedz! - krzyczy na mnie. 
- Od kilku miesięcy - szepczę cicho. 
- Miesięcy?! - powtarza za mną - Od kilku miesięcy?! - jego głos niesie się po pokoju. Jeśli się nie uspokoi, sprowadzi na nas kłopoty. 
- Will, proszę, mów ciszej. 
- Nic im o nas nie powiedziałeś, prawda? - pyta uśmiechając się gorzko.  
Milczę. Jego oskarżenia zaczynają mnie irytować.
- Masz więcej niespodzianek? - podchodzi do mnie i zaciskaja palce na moich ramionach. 
- Will... - nie wiem co powinienem mu powiedzieć. 
- Odpowiedz! - karze mi. 
- Nie. 
- Czyli dzisiaj wyjeżdżasz, tak? 
- Tak. 
- Kiedy chciałeś mi powiedzieć? 
- Kiedy? - dobre pytanie...
Jego oczy są tak bardzo zimne i odległe. Nigdy się tak nie zachowywał. Co go nagle opętało? 
- Kiedy.Zamierzałeś.Mi.Powiedzieć? - powtarza swoje pytanie, cedząc słowa. 
- Nie wiem - przyznaję cicho. 
- Nie wiesz... Cudownie. Po prostu cudownie. - Zabiera dłonie, które boleśnie wbijał w moje ramiona i zaczyna znowu nerwowo krążyć po pokoju. Obserwuje pudła, które porozstawiane są po pokoju. Na tym najbliżej niego nabazgrałem czarnym flamastrem „podręczniki na studia”. Will wpatruje się przez kilka długich sekund w karton, a potem znowu we mnie. Wygląda tak, jakby go to bolało. A przecież to on zwodził mnie przez większość czasu. To on był wiecznie zajęty. Ciągle liczyła się tylko praca i praca. Chciałem się na nim zemścić. Oto i moja zemsta. Nie sądziłem, że będzie tak wściekły... 
- Posłuchaj... To nie jest tak jak myślisz... - staram się opanować sytuację. 
- A jak jest? Może byłbyś łaskawy mi to wytłumaczyć, Danielu? 
- Powiedziałbym ci o studiach i wyjeździe, ale rodzice mnie zaskoczyli i … 
- Dlaczego? - przerywa mi. Wiem o co mu chodzi. 
- Zawsze byłeś zajęty pracą. Nie miałem kiedy z tobą porozmawiać. 
- Mały! Nie miałeś czasu ze mną porozmawiać? Ale nie przeszkadzało ci to pieprzyć się ze mną przy każdej nadarzającej się okazji? 
- Ciszej, Will - proszę go spanikowany. 
- Bo co? Bo nie powiedziałeś o nas mamusi i tatusiowi? 
- Nie powiedziałem i nie powiem! - bronię się. - To nie ich sprawa! 
- Wieczne pozory. Cały ty. 
Tego już za wiele. Nie pozwolę mu się traktować w taki sposób.
- Wolę pozory, niż twoje zwodzenie. 
- Zwodzenie? - dziwi się. 
- Zwodziłeś mnie przez cały czas. Oszukiwałeś, że razem wyjedziemy. Przyznaj się, nigdzie byśmy nie pojechali. Mówiłeś tak tylko dlatego, aby pracować - wylewam z siebie gorycz, którą odczuwałem przez ten cały czas. 
- Więc tak o mnie myślałeś? Że cię zwodziłem... - mam wrażenie, że uszło z niego całe napięcie. 
Mężczyzna podchodzi do mnie i sięga do kieszeni marynarki. Wyciąga z niej kilka poskładanych kartek, które mi podaje. Nie wiem jak zareagować.
- Przeczytaj.
- Po co? - serio myśli, że jakieś pogniecione kartki załatwią sprawę? 
- Weź i przeczytaj! - aż podskakuję ze strachu. Chyba nie mam innego wyjścia. Ostrożnie zabieram mu je z ręki i rozwijam. Rezerwacja hotelu, bilety samolotowe... Wpatruję się w nie pustym wzrokiem. Czyli serio chciał ze mną wyjechać, czy też nosił je ze sobą właśnie na taką ewentualność? By zatkać mi usta w chwili, w której nie umiałbym dłużej siedzieć cicho? 
- Nadal mi nie wierzysz? - pyta pełnym ironii głosem. 
- Masz rację, nie wierzę. To tylko blef, abym siedział cicho, gdy ty będziesz zajęty pracą...
- Mały, co się z tobą dzieje?! Czy ty w ogóle słyszysz, co do mnie mówisz?! - jest szczerze zdziwiony, albo tylko dobrze gra. 
- Ja? Sam siebie powinieneś posłuchać! Znalazłbyś czas na wyjazd, skoro nigdy go nie masz? Przecież przejmujesz firmę dziadka! Tylko to się dla ciebie liczy... 
- Daniel, dziadek mnie wychowywał, gdy straciłem rodziców. Miałem tylko jego. Naprawdę uważasz, że powinienem zaprzepaścić to, na co pracował całe życie dla kaprysu? A co z resztą rodziny? A zatrudnieni ludzie? Mam ich wszystkich zostawić na lodzie, bo mały chłopczyk jest zazdrosny i nie może zrozumieć? 
- Nie wiedziałem, że nie masz rodziców - przyznaję ponuro - ale to niczego nie zmienia. 
- Nie zmienia? A twoi rodzice? Przecież odziedziczysz ich firmę, prawda? Postaw się na moim miejscu. Co byś zrobił? 
- Na pewno nie pracowałbym od rana do nocy... - wyrzucam mu. 
- Nie umiesz chociaż przez chwilę przestać myśleć wyłącznie o sobie? 
- Ja? O sobie? To twoja wina! To ty nigdy mi niczego o sobie nie mówiłeś! Nawet nie wiem, gdzie mieszkasz! Taka jest prawda! - krzyczę. Mam już dosyć tej rozmowy i jego bezpodstawnych oskarżeń. Jak może?! Zarzuca mi, że jestem egoistą? To nieprawda! 
- Nic o mnie nie wiesz? Nie wiesz gdzie mieszkam? - Will przeczesuje włosy palcami. Wygląda na smutnego i zrezygnowanego. Wreszcie zrozumiał, że gdyby nie jego sekrety, to wszystko byłoby inaczej. 
- Daniel... Nie wiesz tych rzeczy, bo nigdy mnie nie zapytałeś! 
- Nie zapytałem? 
- Żądałeś mojego towarzystwa, przyjemności, seksu... Reszta cię zupełnie nie obchodziła. 
- To nieprawda!
- Zależy ci na mnie? - wiem do czego zmierza tym pytaniem. 
- Jak możesz mnie pytać o coś takiego? - oburzam się. 
- Godziłem się na to, bo cię kocham! - jego głos jest miękki, gdy mówi o swoich uczuciach, zupełnie jak wtedy w nocy... 
- Kochasz mnie? - kpię z jego wyznania. 
- Tak, kocham cię. A co ty do mnie czujesz? 
- O nie, tak się nie będziemy bawić... - staram się uciec od tematu. 
- To nie jest zabawa. Chcę wiedzieć. Co do mnie czujesz? - naciska coraz mocniej. 
- Nie chcę o tym rozmawiać. 
- Ale ja chcę! - krzyczy Will. - Chcę wiedzieć. Co do mnie czujesz? 
- Ciszej, bo rodzice cię usłyszą.
- Nie dbam o to. Pozory to twoja działka. Ja nie mam niczego do ukrycia. Kochasz mnie? 
- Will... 
- Odpowiedz. Kochasz mnie? 
Mam wrażenie, że czas stanął w miejscu. Jesteśmy tylko on i ja. Patrzy na mnie oczekując odpowiedzi, a ja nie wiem co mam mu powiedzieć. Czuję tylko wściekłość z powodu bezpodstawnych oskarżeń. Nazwał mnie egoistą... Po tym wszystkim, nazwał mnie egoistą... Jak mógł...
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi, a potem je uchylił. Mama zagląda do środka. Pewnie zaniepokoiły ją nasze krzyki. O nie! A jeśli słyszała o czym rozmawialiśmy? 
- Wszystko w porządku? - pyta cicho - Może chcecie coś do picia? 
- Odpowiedz - Will nie ustępuje, ignorując jej obecność. 
Milczę, wpatrując się raz w mamę, raz w czekającego na swoją odpowiedź mężczyznę. Nie mogę. Nie teraz. Nie w chwili, gdy czuję się taki zagubiony, zraniony i bezpodstawnie oskarżany. Nie na oczach mamy...
- Żegnaj, mały - szepcze cicho, po czym wychodzi z pokoju, nie oglądając się za siebie. Po prostu odchodzi. 
„Idź za nim” każe mi głos, który jednocześnie podpowiada, że jeśli tego nie zrobię, stracę go na zawsze. Stracę? Przecież nigdy go nie miałem... Rozglądam się po pokoju. Nadal ściskam w ręku bilety i rezerwację, które mi dał. Nieopodal stoi karton ze spakowanymi książkami. Więc to chyba oznacza bycie na życiowym zakręcie. Taki jest mój wybór? Wyjazd i nowe życie, albo on?
- Wszystko w porządku, synku? - pyta zaniepokojona mama. Zupełnie o niej zapomniałem. 
- Tak, mamo - odpowiadam. 
Wyrzucam bilety i rezerwację do kosza na śmieci, który stoi obok biurka i wracam do pakowania. „Nic się nie stało” powtarzam sobie, jednocześnie czując dużą ulgę, że Will sobie poszedł. Jak mógł próbować wymusić na mnie, abym mu wyznał uczucia w obecności mojej mamy... Zaczynam nowe życie, w którym nie ma miejsca na wiecznie zajętych właścicieli firmy. Dobrze, że mamy to za sobą.
- Chcesz ze mną o czymś porozmawiać? - pyta. 
- Nie mamo, nic się nie stało. Naprawdę - uśmiecham się do niej lekko. 
Od samego początku wiedziałem, że tak się to skończy. Dziwnie i nieoczekiwanie, zupełnie tak jak się zaczęło. Will odszedł, a ja go nie zatrzymałem. A przecież wydawało mi się, że go kocham. Jednak po tym, co dziś powiedział zrozumiałem, że to nie ma sensu. 
- Żegnaj, Will - szepczę równie cicho i wracam do pakowania kartonów.  

wtorek, 5 kwietnia 2016

Rozdział XVIII

Szkolne opowieści: Mój nauczyciel- opowiadanie yaoi (część I)



- Daniel, wiedziałam, że przyjdziesz wcześniej - ruda wita mnie uśmiechem, który staram się odwzajemnić.
- Ty też przyszłaś znacznie wcześniej niż zwykle... I pięknie wyglądasz! - ma na sobie sukienkę w kolorze butelkowej zieleni, która niesamowicie współgra z kolorem włosów dziewczyny. Z rozbawieniem obserwuję jak lekki rumieniec zaczyna zdobić jej policzki. - To dla niego, prawda? - pytam konspiracyjnym szeptem. 
- Dla niego? - odpowiada zaskoczona.
- Dla Rice'a. 
- Nie... Nie mów takich rzeczy! Zawstydzasz mnie! - spuszcza wzrok. 
- Aż dech zapiera - zapewniam ją. 
- Naprawdę? 
- Tak.
Uśmiechamy się do siebie nieśmiało. Dzisiejszy dzień serio musi być wyjątkowy. Ruda jest pierwszą dziewczyną, na którą zwróciłem uwagę od czasu Jade. W dodatku wygląda dzisiaj zupełnie inaczej. Może to jej rozpuszczone długie włosy o miedzianym blasku, może roześmiane oczy, a może ten nieśmiały uśmiech? Sam nie wiem. Gdyby nie to, że jestem z Willem, to dziś z pewnością zaprosiłbym ją na randkę nie zważając na to, że tylko się przyjaźnimy.
- Będę za tobą tęsknić - sam nie wiem czemu to powiedziałem. 
- No coś ty, Daniel! - czerwieni się jeszcze mocniej. - Przecież będziemy się spotykać. Kto jak nie ty wytłumaczy mi matematykę? Poza tym nie zapiszesz się na zajęcia w kolejnym semestrze?
Kolejny semestr... Już mnie tu nie będzie.
Nie udaje mi się udzielić odpowiedzi na jej pytanie, bo do sali wpada William. Patrząc na niego jestem równie oszołomiony. Jego oczy błyszczą tym niezwykłym odcieniem granatu, który należy tylko do niego. Ma rozwiane włosy. Chciałbym zatopić w nich palce. Do tego ciemny garnitur. Wygląda idealnie. Na jego widok serce od razu boleśnie przyspiesza. To nawet zabawne - dwie osoby, dzięki którym naprawdę chciałem poznać hiszpański. Sam już nie wiem kto bardziej mi się podoba - pełna entuzjazmu koleżanka, czy mój facet?
- Proszę, proszę, moi ulubieni uczniowie znowu razem - wkurzający jak zawsze. 
- Jest pan dzisiaj taki elegancki - policzki rudej aż płoną. 
- Ja? A widziałaś swoje odbicie w lustrze? Wyglądasz przepięknie, Lauro. Trudno oderwać od ciebie wzrok, prawda Danielu? - Will, prowokujesz mnie... 
- Naprawdę? - oczy rudej promienieją niczym dwa gwieździste reflektory.
Przenosi wzrok z nauczyciela na mnie, szukając wsparcia.
- Pan Rice ma rację, Lauro - staram się wypowiedzieć jej imię w taki sam sposób, w jaki zwykle wypowiadam jego, gdy się kochamy. Od razu rzuca mi piorunujące spojrzenie, a potem uśmiecha się słodko do dziewczyny. No dalej Will, chcesz się tak bawić? 
- Muszę porozmawiać z dyrektorem oraz odebrać wasze świadectwa. Za chwilę wracam. 
- Tylko proszę się nie spóźnić na ostatnie zajęcia, proszę pana - nie umiem się powstrzymać. Ta mała złośliwa uwaga powoduje, że Will wpatruje się we mnie roześmianymi oczami. 
- Bardzo zabawne, Danielu. Widzimy się za chwilę - wychodzi z sali, zostawiając nas samych. 
- Nie musiałeś być wobec niego taki złośliwy - gani mnie ruda. 
- To nie była złośliwość, tylko stwierdzenie faktu - bronię się.
Naszą rozmowę przerywa pojawienie się innych uczniów.
- A co wy tu robicie zupełnie sami? Całujecie się? 
- Adam! Jak możesz! - broni nas dziewczyna. 
- No co? Zawsze spędzacie razem czas przed zajęciami. Niby co tu robiliście? 
- Nie twoja sprawa - ruda teatralnym gestem odsuwa swoje miedziane włosy na ramię. 
- Ładnie wyglądasz - docenia starania dziewczyny - Daniel ty to masz szczęście, stary - klepie mnie po ramieniu, puszcza oko i siada na swoim miejscu. Szybko traci zainteresowanie naszym małym romansem i przegląda wiadomości na telefonie. Ruda chwyta mnie za rękę i prowadzi do swojej ławki. 
- Usiądź dziś ze mną - prosi.
Po pewnym czasie sala się zapełnia. Wszyscy wchodzący od razu widzą, że ja i ruda siedzimy razem, lecz na szczęście powstrzymują się od komentarzy. Uśmiechają się do nas, jakby wiedzieli o co chodzi. Niestety, sytuacja nie jest taka prosta. Siedzę z nią nie dlatego, że udało mi się ją poderwać. Jestem tu, by odwrócić uwagę wszystkich od prawdziwego obiektu jej uczuć. Pomagała mi przez cały semestr, więc z przyjemnością się odwdzięczę. Will i tak wie, że chodzi jej o niego, a nie o mnie.
Kilka minut po siedemnastej otwierają się drzwi i wchodzi Łysol, a za nim Will.
- Moi drodzy, wiem od waszego nauczyciela, że zrobiliście niesamowite postępy, i że dobrze wam poszło na egzaminie. Bardzo mnie to cieszy. W tej klasie poziom nie był wyrównany - wymownie spogląda w moim kierunku, a reszta zaczyn a się uśmiechać ze zrozumieniem - jednak dzięki panu Rice'owi udało się wam zakończyć semestr z przyzwoitymi ocenami. Mam nadzieję, że jesteście na tyle dorośli, aby wiedzieć, że nauka języków obcych to inwestycja w waszą przyszłość, więc nie zapomnijcie o zapisaniu się na kolejny semestr w sekretariacie, jasne? 
- Będzie nas pan uczył w kolejnym semestrze? - ruda nie umie ukryć ekscytacji. 
- Tak - odpowiada Łysol, czując możliwość zarobienia pieniędzy. 
- Niestety nie - przerywa mu William. - Chciałbym, lecz z powodów rodzinnych będę musiał zrezygnować. 
- Niech się pan nie wygłupia! Nasza szkoła jest najlepsza w mieście. Możliwość pracy tutaj to dla pana wielka szansa...!
- Dziękuję dyrektorze. Porozmawiamy o tym później - przerywa mu Will, mierząc go zimnym wzrokiem - Dalej sam sobie poradzę.
- Zapraszam do mojego gabinetu zaraz po zakończeniu zajęć - Łysol wychodzi wściekły z sali, trzaskając drzwiami. 
- Chyba przegapiłem życiową szansę - żartuje Will. 
- Naprawdę nie chce pan tu dalej uczyć? - ruda jest załamana. 
- Uwielbiam uczyć, to od zawsze było moim powołaniem. Prawdą jest, że to najlepsza szkoła w mieście, ale muszę pomóc rodzinie. Jak zapewne wiecie, dzięki niedyskrecji dyrektora, zmarł mój dziadek. Zarządzał rodzinną firmą. Zarząd wybrał mnie dziś rano na jego następcę. Nie mogę pozwolić, aby ciężka praca mojego dziadka została zaprzepaszczona, więc się zgodziłem. Chociaż niektórzy mówią o mnie „pracoholik” - Will przelotnie na mnie patrzy - to nawet gdybym chciał, nie dam rady prowadzić i zajęć, i firmy. Przykro mi. 
- Nam też jest przykro, bo jest pan najlepszym nauczycielem... - oczy rudej lśnią od łez. Widzę jak ze sobą walczy, aby się nie rozpłakać. Chwytam jej dłoń i mocno ściskam, dodając otuchy. 
- Skoro kończę dziś karierę nauczyciela, musimy to jakoś uczcić. Chodźcie dzieciaki, zapraszam was na ciasto czekoladowe - uśmiecha się zachęcając, abyśmy przyjęli propozycję.
Zabiera nas do bardzo eleganckiej kawiarni niedaleko szkoły. Musiał to wcześniej przygotować, bo już na nas czekano. Ponieważ Laura nie odstępowała mnie na krok, a z drugiej strony chce być jak najbliżej Willa. Usiedliśmy blisko niego. Jest taka zdenerwowana... Próbuję ją wesprzeć ze wszystkich sił.
- Naprawdę od zawsze chciał pan być nauczycielem? - pyta go nieśmiało. 
- Tak, to było moim marzeniem i cieszę się, że udało mi się je zrealizować. Jako dziecko dużo podróżowałem, najpierw z rodzicami, a potem z dziadkiem. Dzięki tym podróżom nauczyłem się kilku języków obcych. Już wtedy zrozumiałem, że nauczanie innych to coś, co chciałbym robić w przyszłości - nie sądziłem, że traktuje nauczanie tak poważnie. Marzył o pracy w szkole? To zupełnie do niego nie pasuje...
- Nie będzie panu tego brakowało? - zapytała inna uczennica.
- Będzie, ale w obecnej sytuacji nie mam innego wyboru.
Pojawia się kelner, który przyjmuje zamówienia. Will namawia nas na ciasto czekoladowe.
- Musicie spróbować. To najlepsze ciasto jakie jadłem, a uwielbiam czekoladę. 
- W takim razie poproszę - ruda uśmiecha się szczęśliwa, że udało się jej poznać jeden z sekretów nauczyciela. 
- Daniel, masz ochotę? - jego propozycja brzmi dla nas obu bardzo dwuznacznie. Czy mam ochotę na ciasto? Will, ty wredny... 
- Pewnie jest bardzo słodkie - odpowiadam. 
- Tak słodkie jak ja - zachęca mnie, uśmiechając się figlarnie. Jego uwaga powoduje, że robię się czerwony, a reszta wybucha śmiechem. 
- Nie przepadam za czekoladą, więc poproszę jabłecznik - kelner zapisuje moje zamówienie. „Nawet o tym nie myśl” posyłam mu spanikowane spojrzenie. Nie odważysz się zrobić tego po raz drugi, w obecności wszystkich, prawda? 
- Nie przepadasz za czekoladą... Ciekawe. Muszę to później sprawdzić. Dobrze, że chociaż Laura dała się namówić - udaje niewiniątko.
Objadam się ciastem przysłuchując odpowiedziom Willa na różne pytania, które zadają mu uczniowie. Chcą wiedzieć, które kraje zwiedził, czy ma żonę albo co lubi robić w wolnym czasie.
- Co lubię robić w wolnym czasie? - odkłada widelczyk i zastanawia się jednocześnie uważnie mi się przyglądając. - Cały wolny czas, którego nie mam zbyt wiele, poświęcam komuś wyjątkowemu. - krztuszę się ciastem słysząc jego wyznanie. 
- Wszystko w porządku, Daniel? - pyta z troską w głosie.
Ruda jest niepocieszona. Biedna. Kolejny cios dzisiejszego dnia. Żeby się pocieszyć odkrawa większy kawałek ciasta z polewą i wkłada do ust. Czekolada w jej wypadku działa cuda i poprawia nastrój.
- Pyszne - uśmiecha się do nauczyciela. 
- Mówiłem ci. Chcesz spróbować, Danielu? - pyta z nadzieją w głosie. Czuję, jak temperatura gwałtownie mi się podnosi, a policzki zaczynają płonąć. 
- Raczej nie, podziękuję. - wszyscy ponownie wybuchają głośnym śmiechem na widok mojej zażenowanej miny.
- Nie wiesz co dobre, mały - celowo używa tego zdrobnienia, aby mnie pogrążyć. Dobrze, że nikt tego nie słyszał...
Wspólny czas szybko mija. Po pewnym czasie Will żegna się z nami tłumacząc, że ma jeszcze dużo pracy i zachęcając, abyśmy kontynuowali zabawę bez niego.
- Uczenie was to była czysta przyjemność. Dziękuję. - żegna się. Mam wrażenie, że serio jest mu ciężko, chociaż stara się tego nie okazywać. Z drugiej strony jest świetnym aktorem. Może mówił tak tylko dlatego, abyśmy nie drążyli tematu jego odejścia? 
Spędzamy w kawiarni jeszcze godzinę. Ruda jest załamana, więc zamawia kolejne ciastko.
- Mogę odprowadzić cię do domu? - pytam, starając się poprawić dziewczynie humor. 
- Jasne, to bardzo miłe z twojej strony. - uśmiecha się do mnie. Po drodze marudzi trochę, że ciężko jej będzie zapomnieć o Willu, bo to facet idealny. Ma sporo racji, chociaż nie zna go tak blisko jaj ja. Widać kobiety mają szósty zmysł jeśli chodzi o facetów.
- Uczyłam się, by mnie chwalił. Szkoda, że musi zrezygnować. Umiał do każdego dotrzeć, nawet do ciebie - gdybyś tylko wiedziała, co on ze mną wyprawia, to pewnie szybko zmieniłabyś o nim zdanie...
- Nasza poprzednia nauczycielka też nie była zła. - staram się zepchnąć Willa z piedestału. 
- Chyba żartujesz?! W niczym nie przypominała pana Rice'a. Już za nim tęsknię. 
- Tak, ja też. - dziewczyna uśmiecha się do mnie. 
- Jesteś okropny, wcale tak nie myślisz. 
- Jak to nie? To świetny facet. Mądry, przystojny, zabawny. Nie można mu się oprzeć! 
- Przestań! - śmieje się, szturchając mnie w ramię. 
- Tutaj mieszkam. - wskazuje na jeden z apartamentowców. 
- Więc to koniec naszego spaceru? 
- Daniel... Dziękuję, że byłeś dziś ze mną. To wiele dla mnie znaczy. 
- Przecież nic nie zrobiłem. 
- Zrobiłeś. Sam wiesz. Dzięki tobie rozstanie z nim nie było bardzo bolesne... 
- Uśmiechnij się do mnie - proszę, unosząc jej brodę, by spojrzała mi w oczy. - On nie jest tego wart. Tylko udaje miłego. Tak naprawdę jest tyranem, który przez cały czas znęcał się nad nami podczas zajęć, więc uczyliśmy się ze strachu - dziewczyna zaczyna się śmiać słysząc moją opinię. 
- Jesteś prawdziwym przyjacielem. 
- Wiem. Jestem niezastąpiony i zawsze możesz na mnie liczyć, więc dzwoń, gdybyś czegoś potrzebowała.
Patrzyłem jak odchodzi. Chciałbym umieć lepiej ją pocieszyć, ale co miałem powiedzieć? Było mi ciężko. Gdyby wiedziała, że to ja spotykam się z Willem, pewnie zniosłaby całą sytuację jeszcze gorzej. Nie mógłbym jej tego zrobić. Szczerze ją lubię i mam świadomość, że przestałaby się do mnie odzywać, gdyby poznała prawdę. Dlatego będę milczał, by prawda o mnie i Willu pozostała tajemnicą.
Gdy wracam do domu, dzwoni mój telefon. Odbieram, nie spoglądając nawet na wyświetlacz, bo doskonale wiem kto dzwoni.
- Odprowadziłeś Laurę do domu? 
- Musiałem. Namieszałeś biednej dziewczynie w głowie. 
- To nieprawda - broni się. 
- Zawsze ją chwaliłeś, a dziś powiedziałeś, że pięknie wygląda. 
- Chwaliłem ją, bo jest zdolna. I pięknie dziś wyglądała. Poza tym, to nie ja trzymałem ją przez cały czas za rękę...
- Widziałeś? 
- A miałem nie widzieć? 
- Jesteś zazdrosny? 
- Mały, co ty wiesz o zazdrości? Nigdy nikogo nie kochałeś na tyle mocno, by wiedzieć jak smakuje. 
- A ty Will? Znasz smak zazdrości? 
- Chcesz się przekonać? - prowokuje mnie. 
- Chcę cię zobaczyć. 
- Czyżby rozmowa o zazdrości działała na twoje zmysły, Danielu?
Tak łatwo potrafi mnie przejrzeć? Nie chcę odpowiadać na to pytanie, by nie odkrywać przed nim swych uczuć. Mimo to staram się jak mogę, aby rzucił wszystko i przyjechał.
- Zostałem dziś szefem. Nie sądzisz, że powinniśmy to uczcić? - pyta mnie zmysłowym szeptem. 
- Przecież jadłeś już ciasto czekoladowe. Nie masz dosyć świętowania? 
- Ciebie nigdy nie mam dosyć. 
- O której przyjedziesz? - skomlę cicho do słuchawki. 
- Wieczorem. 
- Dopiero wieczorem? - jestem niepocieszony. - Czemu nie teraz? 
- Bądź grzeczny i poczekaj na mnie w domu. 
- Nie chcę czekać...
- Chyba będę musiał nauczyć cię większej cierpliwości. 
- Od dzisiaj nie jesteś już nauczycielem, więc koniec z nauczaniem. 
- To prawda - przyznaje mi rację - Nie jestem już nauczycielem. 
- A ja nie jestem już twoim uczniem. 
- Więc kim dla mnie jesteś? 
Kolejny punkt dla Willa. Sprytny jak zawsze. Kim dla niego jestem, i kim on jest dla mnie? Gdyby to Laura była na moim miejscu, nie miałaby problemów z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego czuję się taki zagubiony? Czemu pożądam go jak nikogo innego, a nie umiem być wobec siebie i niego szczery?
- Po prostu przyjedź - proszę go.


- Do wieczora - Will wzdycha i kończy rozmowę. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Wiem o tym. Mimo to jestem z siebie dumny, bo choć ciężko mi idzie zrozumienie własnych uczuć i uporanie się z jego wyznaniem, to jednak zyskałem nad nim przewagę. Nie będzie na mnie naciskał i wymuszał deklaracji. Cierpliwie poczeka. I kto tu kogo nauczy cierpliwości, Will?