Zakazany : Patric
Wszystkie biurowce wyglądają dokładnie tak samo. Niekończące się piętra, przeszklone ściany. Przekręcam klamkę i wychodzę na taras. Silne podmuchy wiatru sprawiają, że szczelniej otulam się marynarką. Podchodzę do poręczy i przez chwilę spoglądam na toczące się na dole życie. Z tej wysokości kobiety i mężczyźni, śpieszący się na kolejne spotkania, przypominają stado ruchliwych mrówek. Pora lunchu powoli dobiega końca. Opustoszałe biuro wkrótce zapełni się pracownikami. Praca... Całe moje życie jest podporządkowane właśnie jej. Jest środkiem do osiągnięcia celu, lecz co ty możesz o tym wiedzieć, braciszku? Czy wiesz czym różnią się cele nadrzędne od podrzędnych? Czy kiedykolwiek troszczyłeś się o przyszłość? Prawda jest taka, że nigdy o niej nie myślisz. Żyjesz tu i teraz, nie zastanawiając się co stanie się za godzinę, jutro, za pięć lat. Troski i problemy stanowiły moją działkę, prawda? A teraz, gdy straciłeś poczucie bezpieczeństwa, które ci od zawsze zapewniałem, czujesz się zagubiony. Przypominasz dziecko błądzące w ciemnym lesie. Chociaż widzisz ścieżkę, która prowadzi na skraj, uparcie brniesz głębiej, podążając coraz bardziej krętymi labiryntami...
Jedyny... Najważniejszy... Najukochańszy...To twoje słowa, którymi wielokrotnie mnie pieściłeś. Jednak gdyby tak było, nie spędzałbyś kolejnego wieczoru z daleka ode mnie. Powinieneś walczyć, tak jak ja przez te wszystkie lata walczyłem. Chroniłem cię, pilnowałem, kochałem...
Od zawsze żyłeś marzeniami, a ja starałem się je spełniać, bo nic nie cieszyło mnie bardziej, niż twój uśmiech i możliwość opiekowania się tobą. Co się z nami stało? Dlaczego przestałem ci wystarczać?
Nasza miłość umarła jeszcze przed przyjazdem tutaj. Scena, która rozegrała się między nami, do tej pory prześladuje mnie nawet we śnie.. Odtwarzam ją sobie niczym film setki... nie... tysiące razy dziennie. Odbywało się właśnie zebranie zarządu. Ojciec, zaaferowany nowym kontraktem, wprowadzał zebranych w szczegóły. Nie słuchałem go zbyt uważnie. Przyglądałem się tobie. Niesforny kosmyk miękkich włosów zsunął ci się na czoło. Miałem wielką ochotę podejść i zatopić w nich palce. Przesunąć go na miejsce. A potem przyciągnąć cię bliżej, mieć tylko dla siebie, aż w końcu całować tak długo, że nie widziałbyś świata poza mną... Niestety nie mogłem sobie na to pozwolić. Nasza intymność musiała poczekać do później.
Zebranie przeciągało się w nieskończoność. Wsłuchiwałeś się w słowa ojca, który malował przed tobą wizję podboju Ameryki. Doskonale wiedziałem co czułeś. Entuzjazm malujący się na twojej twarzy był aż nadto widoczny. Serce radośnie przyspieszyło. Z trudem powstrzymywałeś emocje. Gdybym mógł, rzuciłbym wszystko, by właśnie w takiej chwili namalować twój portret. Oto cały ty... Spragniony przygód, wiecznie uśmiechnięty.
Tego dnia los i do mnie się uśmiechnął. Gorzka ironia losu, ot co... Wyciągnąłem telefon, by odczytać maila. Wynajęty przeze mnie człowiek potwierdził, iż znalazł trop, prowadzący do odkrycia prawdy o naszych biologicznych rodzicach, o których dawniej bezustannie zasypywałeś mnie pytaniami. Chciałem spełnić twoje życzenie, lecz znalezienie osoby, która podjęłaby się tak karkołomnego zadania, okazało się trudniejsze, niż się spodziewałem. Oniemiały wpatrywałem się w ekran, na którym pojawiły się dwa upragnione przeze mnie słowa „przyjmuję zlecenie”. Uśmiechnąłem się do siebie dumny i szczęśliwy, że będę mógł sprawić ci przyjemność, a wtedy ty... Twoje oczy przez ułamek sekundy były smutne, a potem ten smutek został wyparty. Byłeś na mnie wściekły. Wyszedłeś ze spotkania na długo przed końcem, nie czekając na mnie.
Zależało ci na wyjeździe, do którego od samego początku byłem sceptycznie nastawiony. Nie chciałem opuszczać domu, nie w chwili, gdy byłem tak bardzo potrzebny na miejscu. Dzięki swoim znajomościom oraz pieniądzom, mogłem sprawić, że drzwi do wielu zamkniętych dla wysoko postawionego, lecz skorumpowanego do szpiku kości policjanta, który zgodził mi się pomagać, zostaną otwarte. Moje możliwości byłyby mocno ograniczone po przeprowadzce na inny kontynent i to na sześć miesięcy. Babranie się w pogmatwanym życiorysie innych to żmudne zajęcie. Gdybym odmówił lub kazał mu poczekać na swój powrót, straciłbym szansę, aby czegokolwiek się dowiedzieć. Trudno zjednać sobie kogoś takiego. Przeciąganie sprawy w czasie zaowocowałoby zniechęceniem z jego strony, a przecież to on rozgrywał tu karty.
Nie chciałem o tym mówić, by nie rozbudzać twoich nadziei, ale co ważniejsze – by nie zranić wrażliwych uczuć. W porównaniu ze mną od zawsze byłeś znacznie bardziej emocjonalny, a przez to kruchy. Jak miałem ci wyznać, iż istnieje szansa na odnalezienie rodziny, skoro od tej samej chwili nie mówiłbyś i nie myślało o niczym innym. Gdyby nic z tego nie wyszło, twoje serce cierpiałoby znacznie mocniej, niż obecnie. Wiedziesz życie wesołego dziecka, które na samym dnie serca nosi niekończącą się nadzieję i żal. Nadal uważasz, że zostaliśmy porzuceni przez przypadek, a rodzina nie ustaje w poszukiwaniach, by nas odnaleźć. Nie, nie mogłem tego zrobić... Nie tobie... Przecież kochałem cię i kocham ponad wszystko...
Zarzuciłeś mi wtedy, że cię zdradzam... Wpadłem w furię i prawie rzuciłem się na ciebie, tak bardzo zabolały mnie te bezpodstawne oskarżenia. Wydawać by się mogło, że gorzej już nie będzie... Ale było.
W dniu, w którym przekazałem znaczną sumę pieniędzy na rozpoczęcie poszukiwań, ty zacząłeś spotykać się z innymi. Potrzebowałem cię wtedy bardziej niż kiedykolwiek. Pełen obaw i najgorszych myśli o tym, czy ten szalony plan ma jakiekolwiek szanse na powodzenie, pragnąłem twojego wsparcia. Zamiast niego otrzymałem informację, że wyszedłeś na kolację w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.
- Pan Anderson prosi pana o przybycie do sali konferencyjnej. Ludzie od marketingu zjawili się nieco wcześniej – głos Bella wyrywa mnie z zamyślenia.
- Już idę – odpowiadam chłopakowi. - Mój brat już jest?
- Jeszcze nie. Widziałem jak wychodził na lunch z boską blondynką, która przyszła po niego aż na samą górę. Takiemu to dobrze – niezadowolony robi smutną minę, a mnie paraliżuje kolejna fala niechcianego bólu, który mi zadajesz.
- Ach tak... - udaję niewzruszonego.
- Szczęściarz z niego. Oddałbym życie za taką dziewczynę – kontynuuje swój wywód. Doskonale go rozumiem. Dla ciebie zrobiłbym dokładnie to samo. Poświęciłbym wszystko, łącznie z sobą samym, gdybyś tylko mnie chciał...
William nie był moim pierwszym rywalem. Zanim się tu przenieśliśmy byli też inni – kobiety i mężczyźni. Obserwując jak Lucas zabiega o jego względy, jak się do niego klei, uśmiecha, starałem się zachowywać tak, jakby tu nie chodziło o niego i o mnie, lecz o kogoś obcego. Tymczasem w środku szalała prawdziwa furia. Przypominałem Wezuwiusza, który lada chwila wybuchnie, niszcząc wszystko na swojej drodze. Nie chciałem go niszczyć... Nie jego. Był, jest i będzie miłością mojego życia. Walczyłem z bezsilnością każdego dnia, pogrążając się w coraz większej rozpaczy.
Bardzo szybko zorientowałem się, iż nie tylko ja cierpię podobne katusze. Do kompletu brakowało ostatniego aktora tego marnego dramatu – zakochanego po uszy dzieciaka, który zrobiłby wszystko, by Anderson zaszczycił go choć jednym spojrzeniem hipnotyzujących, granatowych oczu. Biedny mały Daniel... Było mi go trochę żal, gdy widziałem jak Lucas i Will bawią się jego kosztem. No cóż chłopcze, dostałeś od nich lekcję, którą powinieneś zapamiętać do końca życia.
Zraniony mężczyzna działa zupełnie inaczej niż zraniona kobieta. Kobiety nie cofną się przed niczym, aby tylko zatriumfować w zemście. Mężczyźni są pod tym względem znacznie bardziej powściągliwi. Nie wyrzucą twoich ubrań przez okno, nie przedziurawią kół w nowiutkim samochodzie, nie zaczną obgadywać przed koleżankami, że masz małego i w łóżku zupełnie do niczego się nie nadajesz. Zraniony mężczyzna poszuka zapomnienia w pierwszych ramionach, które otworzą się, by go przygarnąć. A Lucas od zawsze lubił być tulony... Brakowało mu poczucia bezpieczeństwa, które utracił jeszcze jako dziecko. Chociaż nowi rodzice bardzo nas kochali, a ja zawsze byłem obok, jakaś jego część, być może zupełnie nieświadomie, pragnęła czegoś więcej. Wydawało mi się, że będę umiał wypełnić tę pustkę swoim uczuciem oraz odszukaniem naszych krewnych, którzy zapadli się pod ziemię. Mój zwerbowany człowiek obiecał, że odkopie ich choćby spod ziemi i poda na srebrnej tacy... Za drobną opłatą, ma się rozumieć.
William bardzo szybko stracił tobą zainteresowanie. Lubił cię, ale nie pożądał ani nie kochał. Ostatecznie ty to nie Daniel. Z jednej strony ucieszyłem się, bo to oznaczało twoją porażkę, ale z drugiej... Gdyby to Will był moim przeciwnikiem, poradziłbym sobie w przeciągu chwili. Znacznie łatwiej jest walczyć z kimś, kto ma zasady i jest szczery. Tymczasem im bliżej byłem poznania prawdy o naszej przeszłości, tym bardziej wyślizgiwałeś mi się z rąk. Wyprowadziłeś się ze wspólnego mieszkania. Nigdy wcześniej nie spałem sam. Zawsze byłeś obok. Każdej nocy wpatrywałem się w twoje brązowe oczy przed zaśnięciem, by rano widzieć je jako pierwsze... Twój oddech kołysał mnie do snu, ciepło dawało poczucie bezpieczeństwa. Traciłem cię... Kawałek po kawałku...
Dobrze cię znam i wiem, że niekończące się rozmowy o interesach, uważałeś za nudne. Pomimo tego, że źle się działo między nami, nie potrafiłem przestać cię chronić, nawet przed takimi drobiazgami. Dzisiejszy dzień tylko to potwierdził. Odmówiłem zjedzenia kolacji w twoim towarzystwie, a ty od razu poszukał sobie kogoś innego na moje miejsce. Jak się okazuje każdego można zastąpić... Przez chwilę przyglądałem się tobie oraz kobiecie, która ci towarzyszyła. Piękna, drobna brunetka. Nie do końca w twoim typie. Sprawiała wrażenie zadziornej i niezależnej, a ty czujesz się zagubiony przy takich kobietach. Jako typowy lekkoduch, potrzebujesz iluzji wolności, którą wydziela ci ktoś inny. Do tej pory to ja byłem taką osobą. Czy ta cała Fiona zajmie należne mi miejsce? Będzie potrafiła uporać się z twoimi koszmarami?
Mija dziesięć dni. Przez ten czas mojemu agentowi udaje się ustalić, że zostaliśmy oddani do domu dziecka, bo nasi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Najbliższą rodzinę stanowiła matka naszego ojca, która bardzo przeżyła śmierć jedynaka. Poruszyła nią do tego stopnia, że wkrótce potem targnęła się na swoje życie, a my po raz kolejny utraciliśmy dom. Pomimo tego mężczyzna jest dobrej myśli. Twierdzi, że nie wszystko stracone. Przekonuje, abym nie rezygnował z jego usług, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w Seattle mieszka brat matki z rodziną. Potrzebuje więcej czasu by to sprawdzić. W tym celu osobiście uda się do Ameryki. Jeśli ten trop jest prawdziwy, poda mi ich adres. Będziemy mogli odwiedzić naszych krewnych i chociaż spróbować dowiedzieć się czegoś o biologicznych rodzicach. Spełnieniem marzeń byłaby fotografia, którą mógłbym ci dać.
Coraz częściej łapię się na tym, że chciałbym powiedzieć ci o wszystkim, bo emocje szarpią moje zbolałe serce do granic wytrzymałości, ale ciebie nie ma. Każdy wieczór spędzasz w towarzystwie innej kobiety. Raz była to długowłosa blondynka, a innym razem szatynka o zielonych oczach, przypominająca swoją delikatną urodą porcelanową lalkę. Nawet William i Daniel zwrócili na nią uwagę. Zaciskam dłonie w pięści. Ból mnie ogłusza, wyłącza inne uczucia. Boję się, że mógłbym zacząć wyć z niemocy. Przecież on jest mój... Tylko mój...
Mija miesiąc. Jeden z najpracowitszych, a także najtrudniejszych okresów w moim życiu. Nie jestem w stanie jeść, zadręczany widokiem ciebie, tulącego coraz to inne kobiety. Beztrosko umawiasz się z nimi na randki, a na mnie nawet nie spojrzysz.
Opłaconemu agentowi udaje się nawiązać kontakt z naszą rodziną, która odmawia spotkania. W liście, który do nich napisałem, prosiłem o udostępnienie fotografii. Ponoć obiecali, że jeśli zostawię ich w spokoju i zapomnę o sprawie, przekażą je mojemu człowiekowi, z którym mam się spotkać jutro wieczorem w hotelu. To definitywnie zakończy naszą współpracę. Szanse na odnalezienie innych krewnych pochłoną masę czasu i pieniędzy, a biorąc pod uwagę zimny i nieprzyjazny stosunek ze strony odnalezionych już krewnych, nie będę brnąć w to dalej. Nie mam już na to siły. Jestem emocjonalnym wrakiem.
- Patric, masz ochotę wybrać się z nami na wieś? Ostatnio nie wyglądasz najlepiej, a wujek Harry obiecał, że urządzimy sobie przyjęcie w ogrodzie. Rozpalimy ognisko i będziemy piec ziemniaki. Przyłączysz się? - spoglądam w wesołe oczy Daniela, z trudem rozumiejąc sens wypowiadanych przez niego słów. Wyjechać? Ognisko?
- Zgódź się. Za dużo czasu spędzasz nad papierami – nalega na mnie Will. Jestem pewny, że robi to, by sprawić małemu przyjemność. Sam ma mnóstwo na głowie, ale dla tego dzieciaka zrobiłby wszystko. - Lucas obiecał, że wpadnie.
- Przepraszam, ale w ten weekend nie mogę. Umówiłem się z kimś, kto przyjedzie do mnie aż z Chin. To bardzo ważna sprawa. Przykro mi.
- Szkoda. Może następnym razem, dobrze? - chłopak uśmiecha się do mnie, by po chwili podążać niczym cień za swoim ukochanym.
- Sprawiłeś przykrość pupilkowi szefa. Nie boisz się konsekwencji? - twój drwiący ton pogłębia moje przygnębienie.
- Odpuść, jestem zmęczony.
- W sumie jestem trochę zawiedziony. Przyjeżdża twój kochaś, a ty nadal jesteś bez życia. Nie cieszysz się?
- Lucas... Zamilcz, proszę – odwracam się od niego i uciekam do swojego gabinetu, gdzie opieram się o zamknięte drzwi i staram skupić myśli. To ponad moje siły... Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej...
Zabieram płaszcz i wychodzę znacznie wcześniej niż zwykle. Przez kilka godzi włóczę się po mieście. Nie chcę wracać do domu, ale nie mam gdzie pójść. Rano mam zaplanowane cztery spotkania. Muszę także pojechać do banku po pieniądze. Postanawiam więc zadzwonić do ojca.
- Synu, dobrze że dzwonisz. Myślałem dziś o tobie – ciepło i serdeczność w jego głosie sprawiają, że zaczynam płakać. - Synku, coś się stało? Potrzebujesz czegoś? Mam przyjechać?
- Tato... Tak mi ciężko – szlocham do słuchawki. - Ja... Odnalazłem naszą rodzinę, ale nie chcą się z nami spotkać. Przepraszam... Musiałem to zrobić... dla Lucasa... Proszę, nie gniewaj się...
- Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Pomógłby w poszukiwaniach - zapewnia mnie od razu. Cały papa Cheng. Na zewnątrz zdaje się twardy niczym skała, a w środku...
- Kocham cię, tato – szepczę.
- Ja też cie kocham, Patricu. Bardzo. I Lucasa. Wiem, że nie łączą nas więzy krwi, ale dobrze wiesz, że zawsze byłeś i będziesz moim synem. Dzwonię po mamę i wsiadamy do samolotu.
- Nie tato, nie zmieniaj swoich planów. Przecież i tak przyjedziecie pod koniec przyszłego tygodnia. Przepraszam, ale musiałem z kimś porozmawiać. Po prostu musiałem.
- A Lucas?
- Lucas o niczym nie wie. Proszę, nic mu nie mów. Gdyby dowiedział się prawdy, nie potrafiłby uszanować woli naszych krewnych, którzy odmawiają spotkania.
- Nie powiem, masz na to moje słowo.
- Jest duża szansa na to, że dostanę zdjęcia rodziców – chwalę się.
- Bardzo się cieszę, synku. Z przyjemnością obejrzymy je razem z mamą, jak tylko się spotkamy.
- Wiem, tato.
- Między wami nadal nic się nie zmieniło, prawda? - rozczula mnie troska w jego głosie.
- Niestety. Tracę nadzieję, że to wszystko da się jeszcze naprawić.
- Lucas i ty od zawsze byliście sobie bardzo bliscy. Jestem pewny, że on w końcu zrozumie...
Bardzo bliscy... Gdybyś tylko wiedział jak daleko posunięta była nasza bliskość... Nie umiem pogodzić się z faktem, że to już koniec...
- … dasz mi znać? - nie słuchałem go zbyt uważnie.
- Przepraszam tato, co mówiłeś? - pytam zakłopotany.
- Potrzebujesz pieniędzy? Jestem pewny, że zatrudniłeś kogoś, kto nie należał do najtańszych.
- Nie, tato. Nie potrzebuję. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.
- Synu, od tego jestem. Możesz mi wszystko powiedzieć. O każdej porze. Przecież wiesz.
- Byłem pewny, że będziesz na mnie zły.
- Dlaczego miałbym być zły? To naturalne, że chcecie poznać swoje korzenie. Każdy człowiek chce wiedzieć skąd się wziął i kim byli jego rodzice. Nigdy nie prosiliście mnie, abym pomógł wam w poszukiwaniach, dlatego sam tego nie proponowałem. Nie chciałem rozdrapywać dawnych ran. Widzę jednak, że potrafisz sobie poradzić w każdej sytuacji. W dodatku nadal chronisz brata. Jestem z ciebie dumny, Patricu.
- Dziękuję. Widzimy się w przyszły czwartek, tak?
- Tak. Mama już nas spakowała, wyobrażasz sobie? Jednak jeśli chcesz, to możemy przyjechać szybciej...
- Nie. Dobrze wiem, że masz w planach spotkanie z radą nadzorczą. Poradzę sobie.
- W takim razie do czwartku, synku. Kocham cię.
- Ja ciebie też, tato.
Nie wiem jak on to robi, ale sama świadomość, że mam jego wsparcie wiele mi daje. Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie szukałbym biologicznych rodziców. On i mama w zupełności mi wystarczają.
Siedzą na łóżku w pokoju hotelowym i po raz kolejny przyglądam się kopercie, w której znajdują się zdjęcia, przyniesione przez mojego agenta. Nie miałem odwagi, by zajrzeć do środka. Uzmysłowienie sobie co znajduje się w jej wnętrzu, wydaje mi się bardzo surrealistyczne. To o to walczyłem przez te wszystkie tygodnie? Dwie fotografie, przedstawiające osoby, których już nigdy więcej nie zobaczę...
Ciche pukanie do drzwi... Czyżby czegoś zapomniał? Odkładam kopertę na pościel i otwieram.
- Gdzie on jest?! - popychasz mnie do środka, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
- Lucas? Co ty tu robisz?
- Gdzie on jest?! - krzyczysz, zaczynając sprawdzać wszystkie pomieszczenia. Otwierasz nawet szafę oraz zaglądasz pod łóżko.
- Nikogo tu nie ma. Jestem sam.
- Sam?! Nie udawaj! Nie wyjdę stąd, dopóki go nie poznam!
- Lucas... O kim ty mówisz?
- Jak to o kim?! O twoim kochanku! Czekasz tu na niego, prawda? Poczekamy więc razem! - ściągasz z siebie marynarkę, którą rzucasz na podłogę. - Mam nadzieję, że nie będziesz po nim płakać, bo zamierzam go zabić!
- Kochanku? Tyle razy ci mówiłem, że nie mam żadnego kochanka – staram się zachować spokój, co przychodzi mi coraz trudniej.
- Poczekam... Mam czas.... - rozsiadasz się w fotelu na wprost mnie.
- No cóż, w takim razie – zabieram kopertę i chowam ją w wewnętrznej kieszeni marynarki – pozdrów go ode mnie, kimkolwiek jest – kieruję się w stronę drzwi.
- Dokąd się wybierasz?! - szarpiesz mnie za ramię, wpatrując się w moje oczy.
- Do domu. Nic tu po mnie – próbuję cię wyminąć.
- Mowy nie ma! Taki z ciebie bohater?! Nie masz odwagi, by nas sobie przedstawić, tak? Nie szkodzi, sam sobie poradzę!
- Lucas... Piłeś? Skończ z tymi bredniami. Ja nie mam żadnego kochanka. Zatrudniłem agenta, chińskiego policjanta, który wykonał dla mnie pewne zlecenie. To wszystko.
- Nie kpij ze mnie! Obserwowałem cię przez te wszystkie miesiące! To się zaczęło jeszcze w Chinach, prawda? To wtedy zacząłeś mnie zdradzać, ty podły... - łapie mnie za ramiona i gwałtownie od siebie odpycha. Tracę równowagę, ale nie upadam.
- Lucas! To moje ostatnie ostrzeżenie. Odczep się, bo oberwiesz...
- Grozisz mi?! Myślisz, że ty albo twój kochanek stanowicie dla mnie jakieś zagrożenie?!
- Lucas... - załamuję ręce. - Przysięgam, nie mam kochanka! Nigdy z nikim cię nie zdradziłem!
- Kłamiesz! Bezczelnie kłamiesz mi prosto w twarz! A te wszystkie maile, wiadomości, uśmieszki... Ciągłe chowanie telefonu, potajemne rozmowy... Masz mnie za idiotę?! Ale koniec z tym! Nie pozwolę, by jakiś palant mi cię odebrał! Jesteś mój! Masz z nim natychmiast zerwać, bo nie ręczę za siebie, słyszysz?! Zabiję go gołymi rękoma jeśli z nim nie zerwiesz! I nic mnie nie obchodzi, czy jesteś w nim zakochany, czy nie! Nie oddam mu cię! Kocham cię bardziej niż on kiedykolwiek pokocha! Każ mu tu przyjść, bo nie wyjdziemy stąd, dopóki wszystko nie wróci na swoje miejsce!
Zaskoczenie to za mało, by wyrazić to, co w tej chwili czuję... Lucas, ty... Przyglądam ci się jeszcze przez chwilę, zupełnie oniemiały. Dyszysz ciężko spoglądając to na mnie to na drzwi, prowadzące do apartamentu.
- Nikt nie przyjdzie – sięgam do kieszeni po telefon, po czym odblokowuję ekran i łączę się a aplikacją, która pozwoli ci przeczytać moje prywatne wiadomości. - Proszę. Sam sprawdź – wyciągam rękę i podaję aparat.
- Żebyś wiedział, że sprawdzę – mamroczesz pod nosem, odbierając ode mnie urządzenie. Siadam na łóżku, a ty zajmujesz miejsce obok mnie. Zaczynasz przeglądać wiadomość po wiadomości. Żądza mordu zostaje zastąpiona ciekawością.
- Teraz wiesz już wszystko – szepczę cicho, gdy telefon wypada ci z dłoni i miękko ląduje na podłodze.
- Pat... - drżysz?
- Nie chciałem ci nic mówić, bo nie miałem pewności, czy mi się uda. Udało się tylko połowicznie. Oni nie chcą się z nami spotkać, za to przekazali mi zdjęcia rodziców, więc – sięgam do kieszeni po kopertę, którą ci podaję. Nieśmiało spoglądasz mi w oczy. - Dlaczego płaczesz? - pytam zaniepokojony, dotykając mokrego śladu na twoim policzku.
- Bo ja... Ja... Myślałem, że to...
- Za bardzo cię kocham, by zdradzić – uśmiecham się nieznacznie.
- Więc naprawdę nigdy nie...
- Nie – przerywam ci. - Nawet pocałunkiem.
Zapada między nami chwila niezręcznej ciszy. Wiem, że zbierasz się na odwagę, by wyznać mi prawdę. Nie chcę tego słuchać. Nie chcę wiedzieć. Wolę zapomnieć. Unoszę twoją brodę i złączam nasze wargi w pocałunku.
- Patric, ale ja...
- To już nieważne – głaszczę cię po policzku. - Kocham cię.
- Ja też cię kocham. Najbardziej na świecie. Jesteś dla mnie wszystkim! - rzucasz mi się na szyję.
- Ty dla mnie też.
- Wybaczysz mi?
- Pod warunkiem, że ty także mi wybaczysz.
- Nie mam ci czego wybaczać! Zachowałeś się jak bohater, a ja... Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam – zamykam ci usta kolejnym pocałunkiem, bo zamiast wypowiadanych przez ciebie słów, wolę gdy wydajesz zupełnie inne dźwięki.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem – tulisz się do mnie. W końcu mogę zatopić palce w twoich włosach, o czym od tak dawna marzyłem.
- Ja za tobą bardziej – mruczysz w odpowiedzi.
- Naprawdę chciałeś zabić mojego kochanka? - parskam śmiechem, przypominając sobie niedawny atak zazdrości.
- Nie śmiej się ze mnie! Nie masz pojęcia, do czego jestem dla ciebie gotów!
- W takim razie – uwalniam się z jego objęć – zostało nam już tylko jedno do zrobienia. - Wyciągam kopertę, którą przedtem schowałem. - Bałem się zajrzeć do środka – przyznaję niechętnie, bo nie chcę, abyś widział we mnie jakiekolwiek słabości.
- Więc ty jeszcze nie...
- Nie, nie widziałem zdjęć. - Siadamy na wprost siebie. Chwytasz mnie mocno za lewą dłoń, splatając nasze palce. - Razem?
- Razem – uśmiechasz się tym najpiękniejszym z uśmiechów, dzięki któremu moje serce topi się pod wpływem ciepła, mieszkającego w twoich oczach. Mając ciebie, niczego się nie boję...
Koniec