Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zakazany". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Zakazany". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Rozdział XX


Zakazany : Patric


Wszystkie biurowce wyglądają dokładnie tak samo. Niekończące się piętra, przeszklone ściany. Przekręcam klamkę i wychodzę na taras. Silne podmuchy wiatru sprawiają, że szczelniej otulam się marynarką. Podchodzę do poręczy i przez chwilę spoglądam na toczące się na dole życie. Z tej wysokości kobiety i mężczyźni, śpieszący się na kolejne spotkania, przypominają stado ruchliwych mrówek. Pora lunchu powoli dobiega końca. Opustoszałe biuro wkrótce zapełni się pracownikami. Praca... Całe moje życie jest podporządkowane właśnie jej. Jest środkiem do osiągnięcia celu, lecz co ty możesz o tym wiedzieć, braciszku? Czy wiesz czym różnią się cele nadrzędne od podrzędnych? Czy kiedykolwiek troszczyłeś się o przyszłość? Prawda jest taka, że nigdy o niej nie myślisz. Żyjesz tu i teraz, nie zastanawiając się co stanie się za godzinę, jutro, za pięć lat. Troski i problemy stanowiły moją działkę, prawda? A teraz, gdy straciłeś poczucie bezpieczeństwa, które ci od zawsze zapewniałem, czujesz się zagubiony. Przypominasz dziecko błądzące w ciemnym lesie. Chociaż widzisz ścieżkę, która prowadzi na skraj, uparcie brniesz głębiej, podążając coraz bardziej krętymi labiryntami...
Jedyny... Najważniejszy... Najukochańszy...To twoje słowa, którymi wielokrotnie mnie pieściłeś. Jednak gdyby tak było, nie spędzałbyś kolejnego wieczoru z daleka ode mnie. Powinieneś walczyć, tak jak ja przez te wszystkie lata walczyłem. Chroniłem cię, pilnowałem, kochałem...
Od zawsze żyłeś marzeniami, a ja starałem się je spełniać, bo nic nie cieszyło mnie bardziej, niż twój uśmiech i możliwość opiekowania się tobą. Co się z nami stało? Dlaczego przestałem ci wystarczać?

Nasza miłość umarła jeszcze przed przyjazdem tutaj. Scena, która rozegrała się między nami, do tej pory prześladuje mnie nawet we śnie.. Odtwarzam ją sobie niczym film setki... nie... tysiące razy dziennie. Odbywało się właśnie zebranie zarządu. Ojciec, zaaferowany nowym kontraktem, wprowadzał zebranych w szczegóły. Nie słuchałem go zbyt uważnie. Przyglądałem się tobie. Niesforny kosmyk miękkich włosów zsunął ci się na czoło. Miałem wielką ochotę podejść i zatopić w nich palce. Przesunąć go na miejsce. A potem przyciągnąć cię bliżej, mieć tylko dla siebie, aż w końcu całować tak długo, że nie widziałbyś świata poza mną... Niestety nie mogłem sobie na to pozwolić. Nasza intymność musiała poczekać do później.
Zebranie przeciągało się w nieskończoność. Wsłuchiwałeś się w słowa ojca, który malował przed tobą wizję podboju Ameryki. Doskonale wiedziałem co czułeś. Entuzjazm malujący się na twojej twarzy był aż nadto widoczny. Serce radośnie przyspieszyło. Z trudem powstrzymywałeś emocje. Gdybym mógł, rzuciłbym wszystko, by właśnie w takiej chwili namalować twój portret. Oto cały ty... Spragniony przygód, wiecznie uśmiechnięty.
Tego dnia los i do mnie się uśmiechnął. Gorzka ironia losu, ot co... Wyciągnąłem telefon, by odczytać maila. Wynajęty przeze mnie człowiek potwierdził, iż znalazł trop, prowadzący do odkrycia prawdy o naszych biologicznych rodzicach, o których dawniej bezustannie zasypywałeś mnie pytaniami. Chciałem spełnić twoje życzenie, lecz znalezienie osoby, która podjęłaby się tak karkołomnego zadania, okazało się trudniejsze, niż się spodziewałem. Oniemiały wpatrywałem się w ekran, na którym pojawiły się dwa upragnione przeze mnie słowa „przyjmuję zlecenie”. Uśmiechnąłem się do siebie dumny i szczęśliwy, że będę mógł sprawić ci przyjemność, a wtedy ty... Twoje oczy przez ułamek sekundy były smutne, a potem ten smutek został wyparty. Byłeś na mnie wściekły. Wyszedłeś ze spotkania na długo przed końcem, nie czekając na mnie.
Zależało ci na wyjeździe, do którego od samego początku byłem sceptycznie nastawiony. Nie chciałem opuszczać domu, nie w chwili, gdy byłem tak bardzo potrzebny na miejscu. Dzięki swoim znajomościom oraz pieniądzom, mogłem sprawić, że drzwi do wielu zamkniętych dla wysoko postawionego, lecz skorumpowanego do szpiku kości policjanta, który zgodził mi się pomagać, zostaną otwarte. Moje możliwości byłyby mocno ograniczone po przeprowadzce na inny kontynent i to na sześć miesięcy. Babranie się w pogmatwanym życiorysie innych to żmudne zajęcie. Gdybym odmówił lub kazał mu poczekać na swój powrót, straciłbym szansę, aby czegokolwiek się dowiedzieć. Trudno zjednać sobie kogoś takiego. Przeciąganie sprawy w czasie zaowocowałoby zniechęceniem z jego strony, a przecież to on rozgrywał tu karty.
Nie chciałem o tym mówić, by nie rozbudzać twoich nadziei, ale co ważniejsze – by nie zranić wrażliwych uczuć. W porównaniu ze mną od zawsze byłeś znacznie bardziej emocjonalny, a przez to kruchy. Jak miałem ci wyznać, iż istnieje szansa na odnalezienie rodziny, skoro od tej samej chwili nie mówiłbyś i nie myślało o niczym innym. Gdyby nic z tego nie wyszło, twoje serce cierpiałoby znacznie mocniej, niż obecnie. Wiedziesz życie wesołego dziecka, które na samym dnie serca nosi niekończącą się nadzieję i żal. Nadal uważasz, że zostaliśmy porzuceni przez przypadek, a rodzina nie ustaje w poszukiwaniach, by nas odnaleźć. Nie, nie mogłem tego zrobić... Nie tobie... Przecież kochałem cię i kocham ponad wszystko...
Zarzuciłeś mi wtedy, że cię zdradzam... Wpadłem w furię i prawie rzuciłem się na ciebie, tak bardzo zabolały mnie te bezpodstawne oskarżenia. Wydawać by się mogło, że gorzej już nie będzie... Ale było.
W dniu, w którym przekazałem znaczną sumę pieniędzy na rozpoczęcie poszukiwań, ty zacząłeś spotykać się z innymi. Potrzebowałem cię wtedy bardziej niż kiedykolwiek. Pełen obaw i najgorszych myśli o tym, czy ten szalony plan ma jakiekolwiek szanse na powodzenie, pragnąłem twojego wsparcia. Zamiast niego otrzymałem informację, że wyszedłeś na kolację w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.

- Pan Anderson prosi pana o przybycie do sali konferencyjnej. Ludzie od marketingu zjawili się nieco wcześniej – głos Bella wyrywa mnie z zamyślenia.
- Już idę – odpowiadam chłopakowi. - Mój brat już jest?
- Jeszcze nie. Widziałem jak wychodził na lunch z boską blondynką, która przyszła po niego aż na samą górę. Takiemu to dobrze – niezadowolony robi smutną minę, a mnie paraliżuje kolejna fala niechcianego bólu, który mi zadajesz.
- Ach tak... - udaję niewzruszonego.
- Szczęściarz z niego. Oddałbym życie za taką dziewczynę – kontynuuje swój wywód. Doskonale go rozumiem. Dla ciebie zrobiłbym dokładnie to samo. Poświęciłbym wszystko, łącznie z sobą samym, gdybyś tylko mnie chciał...
William nie był moim pierwszym rywalem. Zanim się tu przenieśliśmy byli też inni – kobiety i mężczyźni. Obserwując jak Lucas zabiega o jego względy, jak się do niego klei, uśmiecha, starałem się zachowywać tak, jakby tu nie chodziło o niego i o mnie, lecz o kogoś obcego. Tymczasem w środku szalała prawdziwa furia. Przypominałem Wezuwiusza, który lada chwila wybuchnie, niszcząc wszystko na swojej drodze. Nie chciałem go niszczyć... Nie jego. Był, jest i będzie miłością mojego życia. Walczyłem z bezsilnością każdego dnia, pogrążając się w coraz większej rozpaczy.
Bardzo szybko zorientowałem się, iż nie tylko ja cierpię podobne katusze. Do kompletu brakowało ostatniego aktora tego marnego dramatu – zakochanego po uszy dzieciaka, który zrobiłby wszystko, by Anderson zaszczycił go choć jednym spojrzeniem hipnotyzujących, granatowych oczu. Biedny mały Daniel... Było mi go trochę żal, gdy widziałem jak Lucas i Will bawią się jego kosztem. No cóż chłopcze, dostałeś od nich lekcję, którą powinieneś zapamiętać do końca życia.
Zraniony mężczyzna działa zupełnie inaczej niż zraniona kobieta. Kobiety nie cofną się przed niczym, aby tylko zatriumfować w zemście. Mężczyźni są pod tym względem znacznie bardziej powściągliwi. Nie wyrzucą twoich ubrań przez okno, nie przedziurawią kół w nowiutkim samochodzie, nie zaczną obgadywać przed koleżankami, że masz małego i w łóżku zupełnie do niczego się nie nadajesz. Zraniony mężczyzna poszuka zapomnienia w pierwszych ramionach, które otworzą się, by go przygarnąć. A Lucas od zawsze lubił być tulony... Brakowało mu poczucia bezpieczeństwa, które utracił jeszcze jako dziecko. Chociaż nowi rodzice bardzo nas kochali, a ja zawsze byłem obok, jakaś jego część, być może zupełnie nieświadomie, pragnęła czegoś więcej. Wydawało mi się, że będę umiał wypełnić tę pustkę swoim uczuciem oraz odszukaniem naszych krewnych, którzy zapadli się pod ziemię. Mój zwerbowany człowiek obiecał, że odkopie ich choćby spod ziemi i poda na srebrnej tacy... Za drobną opłatą, ma się rozumieć.

William bardzo szybko stracił tobą zainteresowanie. Lubił cię, ale nie pożądał ani nie kochał. Ostatecznie ty to nie Daniel. Z jednej strony ucieszyłem się, bo to oznaczało twoją porażkę, ale z drugiej... Gdyby to Will był moim przeciwnikiem, poradziłbym sobie w przeciągu chwili. Znacznie łatwiej jest walczyć z kimś, kto ma zasady i jest szczery. Tymczasem im bliżej byłem poznania prawdy o naszej przeszłości, tym bardziej wyślizgiwałeś mi się z rąk. Wyprowadziłeś się ze wspólnego mieszkania. Nigdy wcześniej nie spałem sam. Zawsze byłeś obok. Każdej nocy wpatrywałem się w twoje brązowe oczy przed zaśnięciem, by rano widzieć je jako pierwsze... Twój oddech kołysał mnie do snu, ciepło dawało poczucie bezpieczeństwa. Traciłem cię... Kawałek po kawałku...
Dobrze cię znam i wiem, że niekończące się rozmowy o interesach, uważałeś za nudne. Pomimo tego, że źle się działo między nami, nie potrafiłem przestać cię chronić, nawet przed takimi drobiazgami. Dzisiejszy dzień tylko to potwierdził. Odmówiłem zjedzenia kolacji w twoim towarzystwie, a ty od razu poszukał sobie kogoś innego na moje miejsce. Jak się okazuje każdego można zastąpić... Przez chwilę przyglądałem się tobie oraz kobiecie, która ci towarzyszyła. Piękna, drobna brunetka. Nie do końca w twoim typie. Sprawiała wrażenie zadziornej i niezależnej, a ty czujesz się zagubiony przy takich kobietach. Jako typowy lekkoduch, potrzebujesz iluzji wolności, którą wydziela ci ktoś inny. Do tej pory to ja byłem taką osobą. Czy ta cała Fiona zajmie należne mi miejsce? Będzie potrafiła uporać się z twoimi koszmarami?

Mija dziesięć dni. Przez ten czas mojemu agentowi udaje się ustalić, że zostaliśmy oddani do domu dziecka, bo nasi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Najbliższą rodzinę stanowiła matka naszego ojca, która bardzo przeżyła śmierć jedynaka. Poruszyła nią do tego stopnia, że wkrótce potem targnęła się na swoje życie, a my po raz kolejny utraciliśmy dom. Pomimo tego mężczyzna jest dobrej myśli. Twierdzi, że nie wszystko stracone. Przekonuje, abym nie rezygnował z jego usług, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w Seattle mieszka brat matki z rodziną. Potrzebuje więcej czasu by to sprawdzić. W tym celu osobiście uda się do Ameryki. Jeśli ten trop jest prawdziwy, poda mi ich adres. Będziemy mogli odwiedzić naszych krewnych i chociaż spróbować dowiedzieć się czegoś o biologicznych rodzicach. Spełnieniem marzeń byłaby fotografia, którą mógłbym ci dać.
Coraz częściej łapię się na tym, że chciałbym powiedzieć ci o wszystkim, bo emocje szarpią moje zbolałe serce do granic wytrzymałości, ale ciebie nie ma. Każdy wieczór spędzasz w towarzystwie innej kobiety. Raz była to długowłosa blondynka, a innym razem szatynka o zielonych oczach, przypominająca swoją delikatną urodą porcelanową lalkę. Nawet William i Daniel zwrócili na nią uwagę. Zaciskam dłonie w pięści. Ból mnie ogłusza, wyłącza inne uczucia. Boję się, że mógłbym zacząć wyć z niemocy. Przecież on jest mój... Tylko mój...

Mija miesiąc. Jeden z najpracowitszych, a także najtrudniejszych okresów w moim życiu. Nie jestem w stanie jeść, zadręczany widokiem ciebie, tulącego coraz to inne kobiety. Beztrosko umawiasz się z nimi na randki, a na mnie nawet nie spojrzysz.
Opłaconemu agentowi udaje się nawiązać kontakt z naszą rodziną, która odmawia spotkania. W liście, który do nich napisałem, prosiłem o udostępnienie fotografii. Ponoć obiecali, że jeśli zostawię ich w spokoju i zapomnę o sprawie, przekażą je mojemu człowiekowi, z którym mam się spotkać jutro wieczorem w hotelu. To definitywnie zakończy naszą współpracę. Szanse na odnalezienie innych krewnych pochłoną masę czasu i pieniędzy, a biorąc pod uwagę zimny i nieprzyjazny stosunek ze strony odnalezionych już krewnych, nie będę brnąć w to dalej. Nie mam już na to siły. Jestem emocjonalnym wrakiem.
- Patric, masz ochotę wybrać się z nami na wieś? Ostatnio nie wyglądasz najlepiej, a wujek Harry obiecał, że urządzimy sobie przyjęcie w ogrodzie. Rozpalimy ognisko i będziemy piec ziemniaki. Przyłączysz się? - spoglądam w wesołe oczy Daniela, z trudem rozumiejąc sens wypowiadanych przez niego słów. Wyjechać? Ognisko?
- Zgódź się. Za dużo czasu spędzasz nad papierami – nalega na mnie Will. Jestem pewny, że robi to, by sprawić małemu przyjemność. Sam ma mnóstwo na głowie, ale dla tego dzieciaka zrobiłby wszystko. - Lucas obiecał, że wpadnie.
- Przepraszam, ale w ten weekend nie mogę. Umówiłem się z kimś, kto przyjedzie do mnie aż z Chin. To bardzo ważna sprawa. Przykro mi.
- Szkoda. Może następnym razem, dobrze? - chłopak uśmiecha się do mnie, by po chwili podążać niczym cień za swoim ukochanym.
- Sprawiłeś przykrość pupilkowi szefa. Nie boisz się konsekwencji? - twój drwiący ton pogłębia moje przygnębienie.
- Odpuść, jestem zmęczony.
- W sumie jestem trochę zawiedziony. Przyjeżdża twój kochaś, a ty nadal jesteś bez życia. Nie cieszysz się?
- Lucas... Zamilcz, proszę – odwracam się od niego i uciekam do swojego gabinetu, gdzie opieram się o zamknięte drzwi i staram skupić myśli. To ponad moje siły... Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej...
Zabieram płaszcz i wychodzę znacznie wcześniej niż zwykle. Przez kilka godzi włóczę się po mieście. Nie chcę wracać do domu, ale nie mam gdzie pójść. Rano mam zaplanowane cztery spotkania. Muszę także pojechać do banku po pieniądze. Postanawiam więc zadzwonić do ojca.
- Synu, dobrze że dzwonisz. Myślałem dziś o tobie – ciepło i serdeczność w jego głosie sprawiają, że zaczynam płakać. - Synku, coś się stało? Potrzebujesz czegoś? Mam przyjechać?
- Tato... Tak mi ciężko – szlocham do słuchawki. - Ja... Odnalazłem naszą rodzinę, ale nie chcą się z nami spotkać. Przepraszam... Musiałem to zrobić... dla Lucasa... Proszę, nie gniewaj się...
- Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Pomógłby w poszukiwaniach - zapewnia mnie od razu. Cały papa Cheng. Na zewnątrz zdaje się twardy niczym skała, a w środku...
- Kocham cię, tato – szepczę.
- Ja też cie kocham, Patricu. Bardzo. I Lucasa. Wiem, że nie łączą nas więzy krwi, ale dobrze wiesz, że zawsze byłeś i będziesz moim synem. Dzwonię po mamę i wsiadamy do samolotu.
- Nie tato, nie zmieniaj swoich planów. Przecież i tak przyjedziecie pod koniec przyszłego tygodnia. Przepraszam, ale musiałem z kimś porozmawiać. Po prostu musiałem.
- A Lucas?
- Lucas o niczym nie wie. Proszę, nic mu nie mów. Gdyby dowiedział się prawdy, nie potrafiłby uszanować woli naszych krewnych, którzy odmawiają spotkania.
- Nie powiem, masz na to moje słowo.
- Jest duża szansa na to, że dostanę zdjęcia rodziców – chwalę się.
- Bardzo się cieszę, synku. Z przyjemnością obejrzymy je razem z mamą, jak tylko się spotkamy.
- Wiem, tato.
- Między wami nadal nic się nie zmieniło, prawda? - rozczula mnie troska w jego głosie.
- Niestety. Tracę nadzieję, że to wszystko da się jeszcze naprawić.
- Lucas i ty od zawsze byliście sobie bardzo bliscy. Jestem pewny, że on w końcu zrozumie...
Bardzo bliscy... Gdybyś tylko wiedział jak daleko posunięta była nasza bliskość... Nie umiem pogodzić się z faktem, że to już koniec...
- … dasz mi znać? - nie słuchałem go zbyt uważnie.
- Przepraszam tato, co mówiłeś? - pytam zakłopotany.
- Potrzebujesz pieniędzy? Jestem pewny, że zatrudniłeś kogoś, kto nie należał do najtańszych.
- Nie, tato. Nie potrzebuję. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.
- Synu, od tego jestem. Możesz mi wszystko powiedzieć. O każdej porze. Przecież wiesz.
- Byłem pewny, że będziesz na mnie zły.
- Dlaczego miałbym być zły? To naturalne, że chcecie poznać swoje korzenie. Każdy człowiek chce wiedzieć skąd się wziął i kim byli jego rodzice. Nigdy nie prosiliście mnie, abym pomógł wam w poszukiwaniach, dlatego sam tego nie proponowałem. Nie chciałem rozdrapywać dawnych ran. Widzę jednak, że potrafisz sobie poradzić w każdej sytuacji. W dodatku nadal chronisz brata. Jestem z ciebie dumny, Patricu.
- Dziękuję. Widzimy się w przyszły czwartek, tak?
- Tak. Mama już nas spakowała, wyobrażasz sobie? Jednak jeśli chcesz, to możemy przyjechać szybciej...
- Nie. Dobrze wiem, że masz w planach spotkanie z radą nadzorczą. Poradzę sobie.
- W takim razie do czwartku, synku. Kocham cię.
- Ja ciebie też, tato.
Nie wiem jak on to robi, ale sama świadomość, że mam jego wsparcie wiele mi daje. Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie szukałbym biologicznych rodziców. On i mama w zupełności mi wystarczają.

Siedzą na łóżku w pokoju hotelowym i po raz kolejny przyglądam się kopercie, w której znajdują się zdjęcia, przyniesione przez mojego agenta. Nie miałem odwagi, by zajrzeć do środka. Uzmysłowienie sobie co znajduje się w jej wnętrzu, wydaje mi się bardzo surrealistyczne. To o to walczyłem przez te wszystkie tygodnie? Dwie fotografie, przedstawiające osoby, których już nigdy więcej nie zobaczę...
Ciche pukanie do drzwi... Czyżby czegoś zapomniał? Odkładam kopertę na pościel i otwieram.
- Gdzie on jest?! - popychasz mnie do środka, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
- Lucas? Co ty tu robisz?
- Gdzie on jest?! - krzyczysz, zaczynając sprawdzać wszystkie pomieszczenia. Otwierasz nawet szafę oraz zaglądasz pod łóżko.
- Nikogo tu nie ma. Jestem sam.
- Sam?! Nie udawaj! Nie wyjdę stąd, dopóki go nie poznam!
- Lucas... O kim ty mówisz?
- Jak to o kim?! O twoim kochanku! Czekasz tu na niego, prawda? Poczekamy więc razem! - ściągasz z siebie marynarkę, którą rzucasz na podłogę. - Mam nadzieję, że nie będziesz po nim płakać, bo zamierzam go zabić!
- Kochanku? Tyle razy ci mówiłem, że nie mam żadnego kochanka – staram się zachować spokój, co przychodzi mi coraz trudniej.
- Poczekam... Mam czas.... - rozsiadasz się w fotelu na wprost mnie.
- No cóż, w takim razie – zabieram kopertę i chowam ją w wewnętrznej kieszeni marynarki – pozdrów go ode mnie, kimkolwiek jest – kieruję się w stronę drzwi.
- Dokąd się wybierasz?! - szarpiesz mnie za ramię, wpatrując się w moje oczy.
- Do domu. Nic tu po mnie – próbuję cię wyminąć.
- Mowy nie ma! Taki z ciebie bohater?! Nie masz odwagi, by nas sobie przedstawić, tak? Nie szkodzi, sam sobie poradzę!
- Lucas... Piłeś? Skończ z tymi bredniami. Ja nie mam żadnego kochanka. Zatrudniłem agenta, chińskiego policjanta, który wykonał dla mnie pewne zlecenie. To wszystko.
- Nie kpij ze mnie! Obserwowałem cię przez te wszystkie miesiące! To się zaczęło jeszcze w Chinach, prawda? To wtedy zacząłeś mnie zdradzać, ty podły... - łapie mnie za ramiona i gwałtownie od siebie odpycha. Tracę równowagę, ale nie upadam.
- Lucas! To moje ostatnie ostrzeżenie. Odczep się, bo oberwiesz...
- Grozisz mi?! Myślisz, że ty albo twój kochanek stanowicie dla mnie jakieś zagrożenie?!
- Lucas... - załamuję ręce. - Przysięgam, nie mam kochanka! Nigdy z nikim cię nie zdradziłem!
- Kłamiesz! Bezczelnie kłamiesz mi prosto w twarz! A te wszystkie maile, wiadomości, uśmieszki... Ciągłe chowanie telefonu, potajemne rozmowy... Masz mnie za idiotę?! Ale koniec z tym! Nie pozwolę, by jakiś palant mi cię odebrał! Jesteś mój! Masz z nim natychmiast zerwać, bo nie ręczę za siebie, słyszysz?! Zabiję go gołymi rękoma jeśli z nim nie zerwiesz! I nic mnie nie obchodzi, czy jesteś w nim zakochany, czy nie! Nie oddam mu cię! Kocham cię bardziej niż on kiedykolwiek pokocha! Każ mu tu przyjść, bo nie wyjdziemy stąd, dopóki wszystko nie wróci na swoje miejsce!
Zaskoczenie to za mało, by wyrazić to, co w tej chwili czuję... Lucas, ty... Przyglądam ci się jeszcze przez chwilę, zupełnie oniemiały. Dyszysz ciężko spoglądając to na mnie to na drzwi, prowadzące do apartamentu.
- Nikt nie przyjdzie – sięgam do kieszeni po telefon, po czym odblokowuję ekran i łączę się a aplikacją, która pozwoli ci przeczytać moje prywatne wiadomości. - Proszę. Sam sprawdź – wyciągam rękę i podaję aparat.
- Żebyś wiedział, że sprawdzę – mamroczesz pod nosem, odbierając ode mnie urządzenie. Siadam na łóżku, a ty zajmujesz miejsce obok mnie. Zaczynasz przeglądać wiadomość po wiadomości. Żądza mordu zostaje zastąpiona ciekawością.
- Teraz wiesz już wszystko – szepczę cicho, gdy telefon wypada ci z dłoni i miękko ląduje na podłodze.
- Pat... - drżysz?
- Nie chciałem ci nic mówić, bo nie miałem pewności, czy mi się uda. Udało się tylko połowicznie. Oni nie chcą się z nami spotkać, za to przekazali mi zdjęcia rodziców, więc – sięgam do kieszeni po kopertę, którą ci podaję. Nieśmiało spoglądasz mi w oczy. - Dlaczego płaczesz? - pytam zaniepokojony, dotykając mokrego śladu na twoim policzku.
- Bo ja... Ja... Myślałem, że to...
- Za bardzo cię kocham, by zdradzić – uśmiecham się nieznacznie.
- Więc naprawdę nigdy nie...
- Nie – przerywam ci. - Nawet pocałunkiem.
Zapada między nami chwila niezręcznej ciszy. Wiem, że zbierasz się na odwagę, by wyznać mi prawdę. Nie chcę tego słuchać. Nie chcę wiedzieć. Wolę zapomnieć. Unoszę twoją brodę i złączam nasze wargi w pocałunku.
- Patric, ale ja...
- To już nieważne – głaszczę cię po policzku. - Kocham cię.
- Ja też cię kocham. Najbardziej na świecie. Jesteś dla mnie wszystkim! - rzucasz mi się na szyję.
- Ty dla mnie też.
- Wybaczysz mi?
- Pod warunkiem, że ty także mi wybaczysz.
- Nie mam ci czego wybaczać! Zachowałeś się jak bohater, a ja... Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam – zamykam ci usta kolejnym pocałunkiem, bo zamiast wypowiadanych przez ciebie słów, wolę gdy wydajesz zupełnie inne dźwięki.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem – tulisz się do mnie. W końcu mogę zatopić palce w twoich włosach, o czym od tak dawna marzyłem.
- Ja za tobą bardziej – mruczysz w odpowiedzi.
- Naprawdę chciałeś zabić mojego kochanka? - parskam śmiechem, przypominając sobie niedawny atak zazdrości.
- Nie śmiej się ze mnie! Nie masz pojęcia, do czego jestem dla ciebie gotów!
- W takim razie – uwalniam się z jego objęć – zostało nam już tylko jedno do zrobienia. - Wyciągam kopertę, którą przedtem schowałem. - Bałem się zajrzeć do środka – przyznaję niechętnie, bo nie chcę, abyś widział we mnie jakiekolwiek słabości.
- Więc ty jeszcze nie...
- Nie, nie widziałem zdjęć. - Siadamy na wprost siebie. Chwytasz mnie mocno za lewą dłoń, splatając nasze palce. - Razem?
- Razem – uśmiechasz się tym najpiękniejszym z uśmiechów, dzięki któremu moje serce topi się pod wpływem ciepła, mieszkającego w twoich oczach. Mając ciebie, niczego się nie boję...

Koniec

poniedziałek, 10 października 2016

Rozdział XIX



Zakazany : Lucas


- Już wychodzisz? - pytam Patrica, obserwując jak zawiązuje krawat przed dużym lustrem w korytarzu. Opieram się o framugę i przyglądam jego wyjątkowo smukłym palcom i zwinnym ruchom.
- Mam trochę zaległości od wczoraj – odpowiada, nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem.
- No tak... - wzdycham, oddalając się w stronę łazienki.
- Lucas?
- Tak? - niechętnie odwracam się w jego stronę.
- Zjemy razem obiad? - proponuje niespodziewanie.
- Obiad? - dziwię się. - A czemu nie kolację?
- Wieczorem będę zajęty – ton jego głosu nie pozostawia mi żadnych złudzeń.
- Jasne, może być obiad – przytakuję zrezygnowany.
- To super. Widzimy się w pracy – uśmiecha się przelotnie, po czym chowa telefon do kieszeni i wychodzi.
Stojąc pod prysznicem staram się ze wszystkich sił odsunąć od siebie wizję Patrica spotykającego się z kimś innym. Ktoś inny... Nie ja... Jak wygląda? Jest młodszy czy starczy? O czym rozmawiają? A może wcale nie rozmawiają, tylko... Nie! To niemożliwe...! Cudze dłonie błądzące po jego skórze, cudze usta, zostawiające na nim swoje pocałunki, westchnienia przyjemności, z których jestem okradany... To wszystko powinno być moje! Tak jak sam Patric! Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej... Chciałbym wyć z niemocy tak bardzo jestem wściekły, ponieważ to moja wina...

***

Wszystko zaczęło się tuż przed naszym przyjazdem tutaj. Ojciec negocjował zawarcie kontraktu z firmą Williama. Nie znał go, lecz widział w nim wielki potencjał. Jak zawsze był nieomylny. Anderson Inc. prężnie się rozwijała, odważnie podążając ścieżką innowacyjnych technologii, które fascynowały Shu Chenga. Problem polegał na tym, że nie należy on do biznesmenów, którzy lubią ryzyko, a partner taki jak Will, stanowił idealne rozwiązanie. Młody, z bogatym doświadczeniem. Gdy tylko pojawiła się nadarzająca okazja, ojciec z wielką radością oświadczył nam, że w końcu znalazł kogoś kompetentnego.
Ucieszyłem się. Nie ze względu na rozwój firmy. Chciałem wyjechać. Pobyć z dala od rodzinnego domu, zazdrosnych znajomych, odwiecznych problemów, które niesie za sobą bycie na firmowym świeczniku. Syn prezesa nie może popełniać żadnych błędów. Nie wolno mu krytykować starszych od siebie, mieć własnego zdania, uśmiechać się w czasie spotkań. Zawsze i wszędzie ma budzić szacunek i nienagannie się zachowywać. Miałem wrażenie, że zostałem przyparty do ściany. Dusiłem się, błagając o jakąkolwiek alternatywę. Patric był odmiennego zdania. Wolał zostać. Podobnie jak ojciec, nie przepadał za zmianami. W dniu, w którym senior Cheng wyruszył na lotnisko, doszło między nami do pierwszej, ostrej wymiany zdań.
- Nie rozumiem! Po prostu tego nie rozumiem! Dlaczego każe nam wyjechać i to aż na pół roku?! Przecież to szmat czasu! - nerwowo krążył po salonie, okazując swoje niezadowolenie.
- Nie podniecaj się tak. Może Pan Anderson odmówi? - starałem się zbagatelizować sytuację, choć w środku  miałem ochotę skakać z radości, odliczając godziny do wyjazdu.
- Odmówi? Nie liczyłbym na to. Poczuje pieniądze i zgodzi się na wszystko! – kolejna dawka sarkazmu wylewała się z mojego brata. Nie chciałem go rozdrażniać. Zamierzałem jak najszybciej uporać się z obowiązkami i spędzić czas na przeglądaniu przewodników turystycznych.
- Nie cieszysz się? Przecież to wspaniała okazja! Będziemy mogli podpatrzeć jak prowadzić interesy bez kija w tyłku – próbowałem go rozbawić, z marnym skutkiem.
- Zrozum wreszcie, że prowadzenie firmy to poważna sprawa! - oburzył się.
- Myślałem, że się ucieszysz. Pojedziemy tam razem i będziemy mogli...
- Zamierzam porozmawiać z ojcem jak tylko wróci. Może uda mi się go przekonać do zmiany decyzji.
- Co takiego? Nie zrobisz tego! - mój własny brat chce zbojkotować marzenie mojego życia...
- Zrobię, a ty – wskazał na mnie palcem – poprzesz mnie.
- Patric, proszę cię! To dla nas wielka szansa! – starałem się wytłumaczyć mój punkt widzenia.
- Szansa na co?! Pół roku poza domem, wiesz co to oznacza? To jak praca na dwóch etatach! Nie dość, że będziemy harować w firmie Andersona, to jeszcze na odległość doglądać tego, co tutaj się dzieje. Świetnie, po prostu świetnie!
- Damy sobie radę. Zawsze dawaliśmy – łagodzę sytuację, choć nie ukrywam, że jego obawy są mi zupełnie obce.
- Lucas, czy ty nic nie rozumiesz?! Pół roku! Pieprzone pół roku! Tyle wystarczy, by podkopać naszą reputację! Wszystko, na co przez lata pracowaliśmy, przepadnie!
- Nie dramatyzuj. Ojciec nam ufa. Firma jest już praktycznie w naszych rękach, a nawet jeśli nie, to...
- Nie wierzę! Nie powiesz mi teraz, że na firmie też ci nie zależy!
- Nie o to mi chodziło. Po prostu wiem, że tak długo jak będziesz obok, poradzimy sobie ze wszystkim – uśmiechnąłem się do niego pojednawczo.
- Tylko o to ci chodzi, prawda? Chcesz zerwać się ze smyczy, by móc robić to, na co masz ochotę – zadrwił ze mnie brutalnie, chociaż dobrze wiedział, że kierowały mną zupełnie inne intencje. Naprawdę byłem święcie przekonany, że mając go przy sobie, mogę wszystko. Od zawsze był dla mnie najważniejszy. Nawet gdybyśmy nie zostali wybrani do kierowania firmą, zupełnie się tym nie przejmowałem. Chciałem normalnie żyć. Cieszyć się tym, że mamy siebie. Sprawić, że Patric będzie się częściej uśmiechać, bo póki co zmieniał się w starego, zgorzkniałego i zawsze niezadowolonego wapniaka, którym ja z pewnością nie jestem!
- Po części tak. Pragnę mieć więcej wolnego czasu, żeby spędzać go z tobą – złapałem go za rękę z czułością, lecz on natychmiast mi ja wyrwał. - Widzisz, właśnie o tym mówię. Kiedy ostatnio robiliśmy coś razem, poza przesiadywaniem w firmie?
- Lucas! Jesteś synem prezesa! Powinieneś bardziej się przykładać do swoich obowiązków! - zganił mnie.
- Ty jesteś dla mnie ważniejszy! – w tonie mojego głosu zbyt wyraźnie wyczuć można było nutkę desperacji.
- Skoro tak, to zacznij liczyć się z moim zdaniem! - odparł autorytatywnie.
- A ty liczysz się z moim?! Zależy ci na tym czego pragnę?!
- Zależy. Właśnie dlatego uważam, że powinniśmy zostać tutaj!
- Dlaczego nie chcesz wyjechać? Boisz się ryzyka, prawda?
- Ja? Boję? Nie żartuj...
- Jesteś tchórzem, który nie wie co jest w życiu najważniejsze. Tak bardzo okopałeś się na swoim stanowisku, że teraz nawet nosa nie wyściubisz na zewnątrz! A świat ma nam tyle do zaoferowania...
- Nie mów tak do mnie, panie „traktuję wszystko lekko”.
- Przecież taka jest prawda. Ty się po prostu boisz żyć, kochać...
- A co miłość ma z tym wspólnego? - przerwał mi.
- Wszystko! O uczuciach też nie chcesz rozmawiać. Udajesz, że ich nie ma! Zawsze traktujesz mnie zimno i z rezerwą. Tak twoim zdaniem wygląda miłość? - słowa wylewały się ze mnie, nie umiałem ich powstrzymać. Były jak wielka fala, która stopniowo zaczęła podtapiać grunt pod moimi nogami.
- Tak uważasz? - spojrzał mocno zirytowany. - A może nie okazuję ich tobie, bo kocham kogoś innego?
 Patric zupełnie nieświadomie otworzył Puszkę Pandory, z której wylewać się poczęły żale i pretensje, nad którymi żaden z nas nie umiał zapanować...
Zatkało mnie. Staliśmy na wprost siebie i mierzyliśmy się wzrokiem. Czy to był ten moment? Rozłam między nami, którego bałem się najbardziej ze wszystkiego, właśnie się dokonał...
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – odpowiedziałem dumnie. Byłem pewny, że blefował. Nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że miał kogoś innego. Przecież to mnie kochał, to ja byłem mu najbliższy, prawda?
- To nie wierz. Nie zmienia to faktu, że chcę, abyś poparł mnie u ojca.
- Nie zrobię tego!
Pierwszy raz w życiu przeciwstawiłem się bratu. Co więcej, po powrocie ojca do domu, od razu pobiegłem do jego gabinetu i podziękowałem za możliwość pracy w firmie Willa. Tata uśmiechną się do mnie szczerze i mocno przytulił. Był przekonany, że to nasze wspólne stanowisko. Patric zmierzył mnie tylko zimnym spojrzeniem, które mówiło „pożałujesz tego”. I pożałowałem.

***

 Prawie zapomniałem o naszym małym nieporozumieniu ciesząc się urokami miasta oraz towarzystwem niesamowicie przystojnego prezesa Andersona. Mężczyzna okazał się bardzo sympatyczny. Przyjął nas serdecznie i przyjaźnie. Od razu wyczułem w nim bratnią duszę. Patric był bardziej zdystansowany. Nie wiem czy zwrócił uwagę na fakt, że oczy Williama przypominały dwa szafiry obramowanie ciemnymi rzęsami, a dłuższe czarne włosy, układały się w miękkie loki, w które miało się ochotę zatopić palce. Nieprzeciętna uroda sprawiała, że trudno było przejść obok niego i bezczelnie nie pogapić się przez chwilę. Nie, Patric z pewnością tego nie widział... Skupił się raczej na profesjonalizmie oraz wiedzy, którą chciał chłonąć niczym wysuszona gąbka, by mądrzej kierować porzuconą na kolejne sześć miesięcy firmą. Obserwowałem go znacznie bardziej uważnie, bo jakaś część mnie chciała mieć pewność, że nie ma do mnie żalu za taki obrót sprawy. Właśnie... Ja ciągle na niego patrzyłem, a on...
Oczy Patrica zdawały się ślepe. Nie widział mnie. Ignorował. Nawet, gdy był obok, gdy czułem jego ciepło, gdy ocierał się o mnie ramieniem, całował lub spał obok, byłem sam... Cały ten czas przebywał gdzieś indziej, uśmiechając się i rozmawiając z kimś przyciszonym głosem. Odseparował się ode mnie, porzucił. Moje serce zostało złamane, a ja nie umiałem sobie z tym poradzić.

Najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa, które zapamiętałem, dotyczy Patrica. Mieliśmy niecałe trzy lata, a mama i tata zabrali nas do nowego domu. Każdy z nas dostał własny pokój, lecz zupełnie zignorowaliśmy ten fakt. Zapadła noc. Leżeliśmy razem pod kołdrą. Światło latarki, którą dostaliśmy od taty, było nieco przytłumione. Wpatrywałem się w jego oczy. Milczeliśmy. Tak naprawdę to nie potrzebowaliśmy słów. Tamta chwila naznaczyła całe moje późniejsze życie. Tak długo, jak Patric był obok, nie potrzebowałem niczego innego. Był wszystkim. Niezbadanym wszechświatem, który każdego dnia pragnąłem na nowo odkrywać. Aż tu nagle, po tylu wspólnie przeżytych latach... straciłem go. Przestał mnie dostrzegać. Stałem się przezroczysty, niczym powietrze, którym oddychał. Spoglądał za to na wyświetlacz swojego telefonu, uśmiechając się delikatnie. Poczułem bolesne ukłucie zazdrości. Dlaczego to nie mogę być ja? Kiedyś to do mnie kierował taki sam uśmiech... A teraz?
Każdy z nas dostał od Willa klucze do własnego mieszkania. Przez pierwsze tygodnie byłem w swoim tylko raz, by je obejrzeć. Naturalnym wydawało mi się bycie blisko brata, spanie w jednym łóżku, dzielenie się wszystkim. Przecież tak właśnie wyglądało nasze życie. Był moim słońcem, wokół którego bezwiednie orbitowałem, a ja byłem jego. Nie, ja należałem do niego, a on należał do mnie. Kiedy się to zmieniło?
Flirt z Williamem od początku uważałem za zabawę. Prawda jest taka, że ani on ani tym bardziej ja nie czuliśmy do siebie niczego głębszego. Chcieliśmy ukarać naszych ukochanych. Sprowokować ich do jakiejkolwiek reakcji. W jego wypadku zadziałało. Mały Daniel wodził za nim zakochanym wzrokiem, a mi posyłał nienawistne spojrzenia za każdym razem, gdy zbliżałem się do czarnowłosego. A Patric? Ani razu nie zwrócił mi uwagi. Wprost przeciwnie. Okazał swoje niezadowolenie z powodu moich późnych powrotów do domu i zasugerował, że powinienem przenieść się do swojego mieszkania.
- Nie chcesz ze mną mieszkać? - zapytałem zszokowany.
- Chcę. Niestety każdej nocy wracasz późno nie dając mi spać – odparł lodowatym tonem, ze wzrokiem utkwionym w ekranie telefonu. 
- Przepraszam, nie zauważyłem, że teraz telefon jest dla ciebie najważniejszy... – podszedłem do garderoby, aby zacząć pakować swoje rzeczy.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja pracuję – dodał równie zimno.
- W takim razie chyba masz rację. Nie będę ci przeszkadzał – rzuciłem wściekły. W tej samej chwili Patric uśmiechnął się do siebie, a moje serce pękło na pół. Wychodząc, słyszałem jak zaczyna rozmawiać z kimś przyciszonym głosem. Jego uśmiech, czas, ciepło, szept... Wszystko, co do tej pory należało tylko do mnie, zostało mi odebrane...

***

Każdy dzień przypomina walkę. Nie wiem już z kim i o co. Przegrywam. Dźwigam wielki ciężar, a ty swoim zachowaniem każdego dnia sprawiasz, że jest mi coraz ciężej. Oddalamy się od siebie w zastraszającym tempie. Czasami leżąc samotnie w dużym, zimnym łóżku, zaczynam sobie wyobrażać, że nie dzieli nas ściana, której nie umiem przebić. Znowu jesteś obok. Twoje oczy wpatrują się we mnie z taką intensywnością, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na tej planecie. A potem dociera do mnie, że ciebie tu nie ma. Zostałem sam. Mija kolejna, bezsenna noc. A potem nastaje dzień. Znowu się staram, by zwrócić na siebie twoją uwagę.
- Oddaj! - krzyczysz na mnie, gdy zabieram ci telefon z ręki.
- Pytałem cię o coś. Odpowiedz – nalegam, podrzucając beztrosko tak bezcenne urządzenie w górę, by po chwili wylądowało pewnie w moich dłoniach.
- Przepraszam, nie słyszałem. Możesz powtórzyć?
- Pytałem kilka razy.
- O co ci chodzi?! Przecież przeprosiłem! - irytujesz się.
- Pytałem, czy wybierzemy się razem na...
- Kiedy? - pytasz, wyrywając mi z ręki obiekt twoich westchnień.
- Dziś wieczorem.
- Nie mogę, jestem zajęty. Mówiłem ci rano, że mam dla ciebie czasy tylko w czasie lunchu.
- Nawet nie wiesz, co chciałem zaproponować – zauważam.
- I tak nie mam czasu. Będę pracować.
- Pracować... Jasne – zabieram marynarkę, którą wcześniej powiesiłem na fotelu i wychodzę, nie oglądając się za siebie. Pracować... Tak ma wyglądać reszta mojego życia? Mam być biernym obserwatorem? Boli... Tak cholernie boli... Boję się pomyśleć co będzie, gdy wrócimy do Chin. Zabierzesz go ze sobą? Będziesz się codziennie z nim spotykać? Przedstawisz mi go? A może zmusisz do wspólnego spędzania czasu? Jeśli tak, to lepiej zabij mnie już dzisiaj. Nie będę się bronił. Nie wyobrażam sobie, abym miał patrzeć na twoje szczęście u boku kogoś obcego. Powinienem odejść. Wyjechać daleko i nigdy nie wracać, tylko jak mam to zrobić? Jak cię zostawić? Nie, nie umiem. Nie chcę!

***

Nastaje wieczór. Wysiadamy razem z Felicją z jej służbowego samochodu. Kobieta ma na sobie prostą, lecz bardzo elegancką czarną sukienkę oraz długie kozaki w tym samym kolorze. Jej naturalne kasztanowe loki zostały schowane pod peruką. Teraz jest krótkowłosą szatynką o jasnoniebieskich oczach, które dodatkowo chowa za okularami.
- Spokojnie, zachowaj większy dystans. Wystarczy, że będziemy go widzieć – instruuje mnie, gdy idziemy za moim bratem do hotelowej restauracji. Obserwuję jak uśmiecha się do kelnera, zamawiając wino. Jest sam, a raczej jeszcze jest sam. Wybieramy stolik po drugiej stronie sali, by nie zwracać na siebie większej uwagi.
- Nie denerwuj się tak – ściska mnie za rękę.
- Przepraszam. Po prostu chciałbym mieć to już za sobą...
- Żartujesz? Prowadzenie obserwacji to najlepsza zabawa! – zapewnia mnie, uśmiechając się przy tym szeroko. - Wydaje ci się, że znasz swojego sąsiada, który wiedzie nudne życie. Tymczasem gdy nikt nie patrzy, ten poczciwy człowiek okazuje się być seryjnym mordercą, handlarzem żywym towarem lub zwykłym zboczeńcem.
- To cię tak podnieca? Grzebanie w cudzych sprawach?
- Dla mnie to raczej odkrywanie rzeczywistości. Poza tym, gdyby nie ludzka dwulicowość, nie zarabiałabym na chleb. Przypadek twojego brata jest jednym z wielu, wierz mi – jej argumentacja, chociaż szczera i bardzo dosadna, w pokrętny sposób, poprawia mi humor.
- Skoro doszło do tego, że cię zatrudniłem, powinienem przygotować się na najgorsze.
- Pewnie oczekujesz, że z grzeczności zaprzeczę, ale nie chcę karmić cię złudnymi nadziejami.
- Sam nie wiem czego oczekuję – wzdycham ciężko. Chciałbym poznać prawdę, zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w jego życiu, co przede mną ukrywa.
- Obiecuję, że poznasz te odpowiedzi. Już moja w tym głowa – zapewnia pośpiesznie. - No proszę, nie kazał na siebie długo czekać... Odwróć się powoli, jakbyś próbował przywołać kelnera i powiedz mi, czy znasz mężczyznę, który rozmawia z twoim bratem.
Oto ten moment... Serce gwałtownie przyspiesza, dłonie mi się pocą, w ustach zasycha. Wykonuję polecenie mojej partnerki i przechylam głowę w prawo...
- To jeden z dyrektorów – donoszę jej z ulgą. - Niemożliwe, aby to był on! Ma żonę i trójkę dzieci!
- Jesteś pewny? Moi ludzie mogą zacząć go obserwować w każdej chwili.
- To nie będzie konieczne. Patric bardzo często omawia z nim różne rzeczy. Jest poza podejrzeniami.
- Skoro tak twierdzisz, to nic tu po nas. Zbieramy się – próbuje wstać, lecz ją powstrzymuję.
- Poczekaj, proszę. To, że go nie podejrzewam nie oznacza, że warto rezygnować z takiej okazji!
- Przepraszam. Nie chciałabym, abyś odniósł wrażenie, że wyciągam od ciebie pieniądze. Twój brat ewidentnie zajmuje się właśnie interesami. Wyciągnął z teczki dokumenty, które razem analizują – czujny wzrok Felicji wyłapuje wszelkie detale.
- W takim razie będziemy ich obserwować podczas kolacji, dobrze?
- Próbujesz mnie podrywać? - wlepia we mnie nienaturalnie niebieskie tęczówki. - Z góry zaznaczam, że jestem zaręczona, więc jeśli liczyłeś na to, że... - grozi mi palcem.
- Nic z tych rzeczy – bronię się zaciekle. - Po prostu chcę tu jeszcze pobyć i sprawdzić, czy po kolacji Patric wróci do domu. Proszę, zostań ze mną. Nie lubię samotnych kolacji.
- Klient nasz pan – kobieta niechętnie sięga po menu.
Rozmowa między nami ewidentnie się nie klei. Felicja wolałaby pewnie być teraz w domu, a nie obserwować nudnego jak flaki z olejem biznesmena.
- Patric gdzieś wychodzi. Pewnie do łazienki. Zostań tu, a ja pójdę za nim – informuje mnie, odkładając widelczyk od ciasta migdałowego, które właśnie jadła.
- Jesteś pewna? Może pójdę z tobą i... - wystarczy jej spojrzenie, abym zmienił zdanie. - Zostanę. Uważaj na siebie – rzucam konspiracyjnym szeptem, przyglądając się plecom odchodzącej Felicji.
Mija kilkanaście minut, a żadne z nich nie wraca. Zaczynam się denerwować. Dyrektor również coraz częściej spogląda na zegarek. Pewnie gdzieś się spieszy.
- Lucas, co tu robisz?! - głos brata sprawia, że aż podskakuję z przerażenia.
- Patric... Przestraszyłeś mnie – kładę prawą dłoń na klatce piersiowej licząc na to, że nieprzyjemne uczucie szybko minie.
- Przepraszam – odpowiada nieco zmieszany. - Przyszedłem tu na kolację z Teodorem. Omawialiśmy projekty – tłumaczy niechętnie, jakby próbował w ten sposób wynagrodzić mi przykry incydent. - Wracasz do domu?
- Dobry wieczór – wita się Felicja.
- Dobry wieczór – odpowiada jej grzecznie, obserwując nas przez chwilę, gdy odsuwam kobiecie krzesło. - Jestem Patric.
- Fiona, miło mi. Lucas wiele mi o tobie opowiadał – Felicja uśmiecha się słodko. Jest profesjonalistką w każdym calu. Nie daje po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nawet przedstawiła się fałszywym imieniem.
- A ja nic o tobie nie wiem – zagaduje ją, lecz jego brązowe oczy wpatrzone są we mnie. - Pracujecie razem?
- Tak! - przytakuję pośpiesznie.
- Nie – odpowiada ze śmiechem kobieta. - To nasza pierwsza randka.
- Randka? - Patric przygląda się nam z góry. - W takim razie nie będę przeszkadzać. Miłego wieczoru – żegna się z nami, odchodząc w kierunku swojego stolika.
- Dlaczego powiedziałaś mu, że to randka? Wkurzy się na mnie jeszcze bardziej!
- Żeby go sprowokować. Jeśli mu na tobie zależy, będzie starał się odegrać i umówi na spotkanie z kochankiem. Wtedy wkroczymy do akcji i przyłapiemy go na gorącym uczynku! - ekscytuje się.
- Dobry plan – chwalę ją.
- Myślałeś nad tym co mu wtedy powiesz?
- Co mu powiem? A co powinienem mu powiedzieć?
- Nie wiem. Klienci różnie reagują. Jedni wywołują dzikie awantury, inni zaczynają płakać, pojawiają się groźby. Często dochodzi do bijatyk. Jak będzie w twoim przypadku?
- Nie wiem.
- Musisz to wiedzieć. Chcę mieć pewność jak daleko jesteś w stanie się posunąć. W tym zawodzie trzeba być elastycznym, lecz staram się unikać ryzyka, jeśli to możliwe.
- Poradź mi, co powinienem zrobić – bezradnie spoglądam w jej błękitne oczy.
- Z zawodowego punktu widzenia wolałabym, abyś nie robił niczego głupiego. Jednak prawda jest taka, że gdy nadejdzie ta chwila, posłuchasz głosu serca. Ono najlepiej podpowie ci co zrobić.
Głos serca... Pewnie posłuchałbym tej rady, gdybym miał jeszcze serce... A ja chcę zemsty. Chcę spojrzeć mu w oczy i poczuć satysfakcję z faktu, że odkryłem jego brudny sekret, przyłapałem na gorącym uczynku. A potem? Potem... umrę w bólu i samotności...