Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Szkolne opowieści: Mój uczeń". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Szkolne opowieści: Mój uczeń". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 października 2016

Rozdział XX


Zakazany : Patric


Wszystkie biurowce wyglądają dokładnie tak samo. Niekończące się piętra, przeszklone ściany. Przekręcam klamkę i wychodzę na taras. Silne podmuchy wiatru sprawiają, że szczelniej otulam się marynarką. Podchodzę do poręczy i przez chwilę spoglądam na toczące się na dole życie. Z tej wysokości kobiety i mężczyźni, śpieszący się na kolejne spotkania, przypominają stado ruchliwych mrówek. Pora lunchu powoli dobiega końca. Opustoszałe biuro wkrótce zapełni się pracownikami. Praca... Całe moje życie jest podporządkowane właśnie jej. Jest środkiem do osiągnięcia celu, lecz co ty możesz o tym wiedzieć, braciszku? Czy wiesz czym różnią się cele nadrzędne od podrzędnych? Czy kiedykolwiek troszczyłeś się o przyszłość? Prawda jest taka, że nigdy o niej nie myślisz. Żyjesz tu i teraz, nie zastanawiając się co stanie się za godzinę, jutro, za pięć lat. Troski i problemy stanowiły moją działkę, prawda? A teraz, gdy straciłeś poczucie bezpieczeństwa, które ci od zawsze zapewniałem, czujesz się zagubiony. Przypominasz dziecko błądzące w ciemnym lesie. Chociaż widzisz ścieżkę, która prowadzi na skraj, uparcie brniesz głębiej, podążając coraz bardziej krętymi labiryntami...
Jedyny... Najważniejszy... Najukochańszy...To twoje słowa, którymi wielokrotnie mnie pieściłeś. Jednak gdyby tak było, nie spędzałbyś kolejnego wieczoru z daleka ode mnie. Powinieneś walczyć, tak jak ja przez te wszystkie lata walczyłem. Chroniłem cię, pilnowałem, kochałem...
Od zawsze żyłeś marzeniami, a ja starałem się je spełniać, bo nic nie cieszyło mnie bardziej, niż twój uśmiech i możliwość opiekowania się tobą. Co się z nami stało? Dlaczego przestałem ci wystarczać?

Nasza miłość umarła jeszcze przed przyjazdem tutaj. Scena, która rozegrała się między nami, do tej pory prześladuje mnie nawet we śnie.. Odtwarzam ją sobie niczym film setki... nie... tysiące razy dziennie. Odbywało się właśnie zebranie zarządu. Ojciec, zaaferowany nowym kontraktem, wprowadzał zebranych w szczegóły. Nie słuchałem go zbyt uważnie. Przyglądałem się tobie. Niesforny kosmyk miękkich włosów zsunął ci się na czoło. Miałem wielką ochotę podejść i zatopić w nich palce. Przesunąć go na miejsce. A potem przyciągnąć cię bliżej, mieć tylko dla siebie, aż w końcu całować tak długo, że nie widziałbyś świata poza mną... Niestety nie mogłem sobie na to pozwolić. Nasza intymność musiała poczekać do później.
Zebranie przeciągało się w nieskończoność. Wsłuchiwałeś się w słowa ojca, który malował przed tobą wizję podboju Ameryki. Doskonale wiedziałem co czułeś. Entuzjazm malujący się na twojej twarzy był aż nadto widoczny. Serce radośnie przyspieszyło. Z trudem powstrzymywałeś emocje. Gdybym mógł, rzuciłbym wszystko, by właśnie w takiej chwili namalować twój portret. Oto cały ty... Spragniony przygód, wiecznie uśmiechnięty.
Tego dnia los i do mnie się uśmiechnął. Gorzka ironia losu, ot co... Wyciągnąłem telefon, by odczytać maila. Wynajęty przeze mnie człowiek potwierdził, iż znalazł trop, prowadzący do odkrycia prawdy o naszych biologicznych rodzicach, o których dawniej bezustannie zasypywałeś mnie pytaniami. Chciałem spełnić twoje życzenie, lecz znalezienie osoby, która podjęłaby się tak karkołomnego zadania, okazało się trudniejsze, niż się spodziewałem. Oniemiały wpatrywałem się w ekran, na którym pojawiły się dwa upragnione przeze mnie słowa „przyjmuję zlecenie”. Uśmiechnąłem się do siebie dumny i szczęśliwy, że będę mógł sprawić ci przyjemność, a wtedy ty... Twoje oczy przez ułamek sekundy były smutne, a potem ten smutek został wyparty. Byłeś na mnie wściekły. Wyszedłeś ze spotkania na długo przed końcem, nie czekając na mnie.
Zależało ci na wyjeździe, do którego od samego początku byłem sceptycznie nastawiony. Nie chciałem opuszczać domu, nie w chwili, gdy byłem tak bardzo potrzebny na miejscu. Dzięki swoim znajomościom oraz pieniądzom, mogłem sprawić, że drzwi do wielu zamkniętych dla wysoko postawionego, lecz skorumpowanego do szpiku kości policjanta, który zgodził mi się pomagać, zostaną otwarte. Moje możliwości byłyby mocno ograniczone po przeprowadzce na inny kontynent i to na sześć miesięcy. Babranie się w pogmatwanym życiorysie innych to żmudne zajęcie. Gdybym odmówił lub kazał mu poczekać na swój powrót, straciłbym szansę, aby czegokolwiek się dowiedzieć. Trudno zjednać sobie kogoś takiego. Przeciąganie sprawy w czasie zaowocowałoby zniechęceniem z jego strony, a przecież to on rozgrywał tu karty.
Nie chciałem o tym mówić, by nie rozbudzać twoich nadziei, ale co ważniejsze – by nie zranić wrażliwych uczuć. W porównaniu ze mną od zawsze byłeś znacznie bardziej emocjonalny, a przez to kruchy. Jak miałem ci wyznać, iż istnieje szansa na odnalezienie rodziny, skoro od tej samej chwili nie mówiłbyś i nie myślało o niczym innym. Gdyby nic z tego nie wyszło, twoje serce cierpiałoby znacznie mocniej, niż obecnie. Wiedziesz życie wesołego dziecka, które na samym dnie serca nosi niekończącą się nadzieję i żal. Nadal uważasz, że zostaliśmy porzuceni przez przypadek, a rodzina nie ustaje w poszukiwaniach, by nas odnaleźć. Nie, nie mogłem tego zrobić... Nie tobie... Przecież kochałem cię i kocham ponad wszystko...
Zarzuciłeś mi wtedy, że cię zdradzam... Wpadłem w furię i prawie rzuciłem się na ciebie, tak bardzo zabolały mnie te bezpodstawne oskarżenia. Wydawać by się mogło, że gorzej już nie będzie... Ale było.
W dniu, w którym przekazałem znaczną sumę pieniędzy na rozpoczęcie poszukiwań, ty zacząłeś spotykać się z innymi. Potrzebowałem cię wtedy bardziej niż kiedykolwiek. Pełen obaw i najgorszych myśli o tym, czy ten szalony plan ma jakiekolwiek szanse na powodzenie, pragnąłem twojego wsparcia. Zamiast niego otrzymałem informację, że wyszedłeś na kolację w towarzystwie jakiegoś mężczyzny.

- Pan Anderson prosi pana o przybycie do sali konferencyjnej. Ludzie od marketingu zjawili się nieco wcześniej – głos Bella wyrywa mnie z zamyślenia.
- Już idę – odpowiadam chłopakowi. - Mój brat już jest?
- Jeszcze nie. Widziałem jak wychodził na lunch z boską blondynką, która przyszła po niego aż na samą górę. Takiemu to dobrze – niezadowolony robi smutną minę, a mnie paraliżuje kolejna fala niechcianego bólu, który mi zadajesz.
- Ach tak... - udaję niewzruszonego.
- Szczęściarz z niego. Oddałbym życie za taką dziewczynę – kontynuuje swój wywód. Doskonale go rozumiem. Dla ciebie zrobiłbym dokładnie to samo. Poświęciłbym wszystko, łącznie z sobą samym, gdybyś tylko mnie chciał...
William nie był moim pierwszym rywalem. Zanim się tu przenieśliśmy byli też inni – kobiety i mężczyźni. Obserwując jak Lucas zabiega o jego względy, jak się do niego klei, uśmiecha, starałem się zachowywać tak, jakby tu nie chodziło o niego i o mnie, lecz o kogoś obcego. Tymczasem w środku szalała prawdziwa furia. Przypominałem Wezuwiusza, który lada chwila wybuchnie, niszcząc wszystko na swojej drodze. Nie chciałem go niszczyć... Nie jego. Był, jest i będzie miłością mojego życia. Walczyłem z bezsilnością każdego dnia, pogrążając się w coraz większej rozpaczy.
Bardzo szybko zorientowałem się, iż nie tylko ja cierpię podobne katusze. Do kompletu brakowało ostatniego aktora tego marnego dramatu – zakochanego po uszy dzieciaka, który zrobiłby wszystko, by Anderson zaszczycił go choć jednym spojrzeniem hipnotyzujących, granatowych oczu. Biedny mały Daniel... Było mi go trochę żal, gdy widziałem jak Lucas i Will bawią się jego kosztem. No cóż chłopcze, dostałeś od nich lekcję, którą powinieneś zapamiętać do końca życia.
Zraniony mężczyzna działa zupełnie inaczej niż zraniona kobieta. Kobiety nie cofną się przed niczym, aby tylko zatriumfować w zemście. Mężczyźni są pod tym względem znacznie bardziej powściągliwi. Nie wyrzucą twoich ubrań przez okno, nie przedziurawią kół w nowiutkim samochodzie, nie zaczną obgadywać przed koleżankami, że masz małego i w łóżku zupełnie do niczego się nie nadajesz. Zraniony mężczyzna poszuka zapomnienia w pierwszych ramionach, które otworzą się, by go przygarnąć. A Lucas od zawsze lubił być tulony... Brakowało mu poczucia bezpieczeństwa, które utracił jeszcze jako dziecko. Chociaż nowi rodzice bardzo nas kochali, a ja zawsze byłem obok, jakaś jego część, być może zupełnie nieświadomie, pragnęła czegoś więcej. Wydawało mi się, że będę umiał wypełnić tę pustkę swoim uczuciem oraz odszukaniem naszych krewnych, którzy zapadli się pod ziemię. Mój zwerbowany człowiek obiecał, że odkopie ich choćby spod ziemi i poda na srebrnej tacy... Za drobną opłatą, ma się rozumieć.

William bardzo szybko stracił tobą zainteresowanie. Lubił cię, ale nie pożądał ani nie kochał. Ostatecznie ty to nie Daniel. Z jednej strony ucieszyłem się, bo to oznaczało twoją porażkę, ale z drugiej... Gdyby to Will był moim przeciwnikiem, poradziłbym sobie w przeciągu chwili. Znacznie łatwiej jest walczyć z kimś, kto ma zasady i jest szczery. Tymczasem im bliżej byłem poznania prawdy o naszej przeszłości, tym bardziej wyślizgiwałeś mi się z rąk. Wyprowadziłeś się ze wspólnego mieszkania. Nigdy wcześniej nie spałem sam. Zawsze byłeś obok. Każdej nocy wpatrywałem się w twoje brązowe oczy przed zaśnięciem, by rano widzieć je jako pierwsze... Twój oddech kołysał mnie do snu, ciepło dawało poczucie bezpieczeństwa. Traciłem cię... Kawałek po kawałku...
Dobrze cię znam i wiem, że niekończące się rozmowy o interesach, uważałeś za nudne. Pomimo tego, że źle się działo między nami, nie potrafiłem przestać cię chronić, nawet przed takimi drobiazgami. Dzisiejszy dzień tylko to potwierdził. Odmówiłem zjedzenia kolacji w twoim towarzystwie, a ty od razu poszukał sobie kogoś innego na moje miejsce. Jak się okazuje każdego można zastąpić... Przez chwilę przyglądałem się tobie oraz kobiecie, która ci towarzyszyła. Piękna, drobna brunetka. Nie do końca w twoim typie. Sprawiała wrażenie zadziornej i niezależnej, a ty czujesz się zagubiony przy takich kobietach. Jako typowy lekkoduch, potrzebujesz iluzji wolności, którą wydziela ci ktoś inny. Do tej pory to ja byłem taką osobą. Czy ta cała Fiona zajmie należne mi miejsce? Będzie potrafiła uporać się z twoimi koszmarami?

Mija dziesięć dni. Przez ten czas mojemu agentowi udaje się ustalić, że zostaliśmy oddani do domu dziecka, bo nasi biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Najbliższą rodzinę stanowiła matka naszego ojca, która bardzo przeżyła śmierć jedynaka. Poruszyła nią do tego stopnia, że wkrótce potem targnęła się na swoje życie, a my po raz kolejny utraciliśmy dom. Pomimo tego mężczyzna jest dobrej myśli. Twierdzi, że nie wszystko stracone. Przekonuje, abym nie rezygnował z jego usług, gdyż istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w Seattle mieszka brat matki z rodziną. Potrzebuje więcej czasu by to sprawdzić. W tym celu osobiście uda się do Ameryki. Jeśli ten trop jest prawdziwy, poda mi ich adres. Będziemy mogli odwiedzić naszych krewnych i chociaż spróbować dowiedzieć się czegoś o biologicznych rodzicach. Spełnieniem marzeń byłaby fotografia, którą mógłbym ci dać.
Coraz częściej łapię się na tym, że chciałbym powiedzieć ci o wszystkim, bo emocje szarpią moje zbolałe serce do granic wytrzymałości, ale ciebie nie ma. Każdy wieczór spędzasz w towarzystwie innej kobiety. Raz była to długowłosa blondynka, a innym razem szatynka o zielonych oczach, przypominająca swoją delikatną urodą porcelanową lalkę. Nawet William i Daniel zwrócili na nią uwagę. Zaciskam dłonie w pięści. Ból mnie ogłusza, wyłącza inne uczucia. Boję się, że mógłbym zacząć wyć z niemocy. Przecież on jest mój... Tylko mój...

Mija miesiąc. Jeden z najpracowitszych, a także najtrudniejszych okresów w moim życiu. Nie jestem w stanie jeść, zadręczany widokiem ciebie, tulącego coraz to inne kobiety. Beztrosko umawiasz się z nimi na randki, a na mnie nawet nie spojrzysz.
Opłaconemu agentowi udaje się nawiązać kontakt z naszą rodziną, która odmawia spotkania. W liście, który do nich napisałem, prosiłem o udostępnienie fotografii. Ponoć obiecali, że jeśli zostawię ich w spokoju i zapomnę o sprawie, przekażą je mojemu człowiekowi, z którym mam się spotkać jutro wieczorem w hotelu. To definitywnie zakończy naszą współpracę. Szanse na odnalezienie innych krewnych pochłoną masę czasu i pieniędzy, a biorąc pod uwagę zimny i nieprzyjazny stosunek ze strony odnalezionych już krewnych, nie będę brnąć w to dalej. Nie mam już na to siły. Jestem emocjonalnym wrakiem.
- Patric, masz ochotę wybrać się z nami na wieś? Ostatnio nie wyglądasz najlepiej, a wujek Harry obiecał, że urządzimy sobie przyjęcie w ogrodzie. Rozpalimy ognisko i będziemy piec ziemniaki. Przyłączysz się? - spoglądam w wesołe oczy Daniela, z trudem rozumiejąc sens wypowiadanych przez niego słów. Wyjechać? Ognisko?
- Zgódź się. Za dużo czasu spędzasz nad papierami – nalega na mnie Will. Jestem pewny, że robi to, by sprawić małemu przyjemność. Sam ma mnóstwo na głowie, ale dla tego dzieciaka zrobiłby wszystko. - Lucas obiecał, że wpadnie.
- Przepraszam, ale w ten weekend nie mogę. Umówiłem się z kimś, kto przyjedzie do mnie aż z Chin. To bardzo ważna sprawa. Przykro mi.
- Szkoda. Może następnym razem, dobrze? - chłopak uśmiecha się do mnie, by po chwili podążać niczym cień za swoim ukochanym.
- Sprawiłeś przykrość pupilkowi szefa. Nie boisz się konsekwencji? - twój drwiący ton pogłębia moje przygnębienie.
- Odpuść, jestem zmęczony.
- W sumie jestem trochę zawiedziony. Przyjeżdża twój kochaś, a ty nadal jesteś bez życia. Nie cieszysz się?
- Lucas... Zamilcz, proszę – odwracam się od niego i uciekam do swojego gabinetu, gdzie opieram się o zamknięte drzwi i staram skupić myśli. To ponad moje siły... Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej...
Zabieram płaszcz i wychodzę znacznie wcześniej niż zwykle. Przez kilka godzi włóczę się po mieście. Nie chcę wracać do domu, ale nie mam gdzie pójść. Rano mam zaplanowane cztery spotkania. Muszę także pojechać do banku po pieniądze. Postanawiam więc zadzwonić do ojca.
- Synu, dobrze że dzwonisz. Myślałem dziś o tobie – ciepło i serdeczność w jego głosie sprawiają, że zaczynam płakać. - Synku, coś się stało? Potrzebujesz czegoś? Mam przyjechać?
- Tato... Tak mi ciężko – szlocham do słuchawki. - Ja... Odnalazłem naszą rodzinę, ale nie chcą się z nami spotkać. Przepraszam... Musiałem to zrobić... dla Lucasa... Proszę, nie gniewaj się...
- Dlaczego nie powiedziałeś mi wcześniej? Pomógłby w poszukiwaniach - zapewnia mnie od razu. Cały papa Cheng. Na zewnątrz zdaje się twardy niczym skała, a w środku...
- Kocham cię, tato – szepczę.
- Ja też cie kocham, Patricu. Bardzo. I Lucasa. Wiem, że nie łączą nas więzy krwi, ale dobrze wiesz, że zawsze byłeś i będziesz moim synem. Dzwonię po mamę i wsiadamy do samolotu.
- Nie tato, nie zmieniaj swoich planów. Przecież i tak przyjedziecie pod koniec przyszłego tygodnia. Przepraszam, ale musiałem z kimś porozmawiać. Po prostu musiałem.
- A Lucas?
- Lucas o niczym nie wie. Proszę, nic mu nie mów. Gdyby dowiedział się prawdy, nie potrafiłby uszanować woli naszych krewnych, którzy odmawiają spotkania.
- Nie powiem, masz na to moje słowo.
- Jest duża szansa na to, że dostanę zdjęcia rodziców – chwalę się.
- Bardzo się cieszę, synku. Z przyjemnością obejrzymy je razem z mamą, jak tylko się spotkamy.
- Wiem, tato.
- Między wami nadal nic się nie zmieniło, prawda? - rozczula mnie troska w jego głosie.
- Niestety. Tracę nadzieję, że to wszystko da się jeszcze naprawić.
- Lucas i ty od zawsze byliście sobie bardzo bliscy. Jestem pewny, że on w końcu zrozumie...
Bardzo bliscy... Gdybyś tylko wiedział jak daleko posunięta była nasza bliskość... Nie umiem pogodzić się z faktem, że to już koniec...
- … dasz mi znać? - nie słuchałem go zbyt uważnie.
- Przepraszam tato, co mówiłeś? - pytam zakłopotany.
- Potrzebujesz pieniędzy? Jestem pewny, że zatrudniłeś kogoś, kto nie należał do najtańszych.
- Nie, tato. Nie potrzebuję. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.
- Synu, od tego jestem. Możesz mi wszystko powiedzieć. O każdej porze. Przecież wiesz.
- Byłem pewny, że będziesz na mnie zły.
- Dlaczego miałbym być zły? To naturalne, że chcecie poznać swoje korzenie. Każdy człowiek chce wiedzieć skąd się wziął i kim byli jego rodzice. Nigdy nie prosiliście mnie, abym pomógł wam w poszukiwaniach, dlatego sam tego nie proponowałem. Nie chciałem rozdrapywać dawnych ran. Widzę jednak, że potrafisz sobie poradzić w każdej sytuacji. W dodatku nadal chronisz brata. Jestem z ciebie dumny, Patricu.
- Dziękuję. Widzimy się w przyszły czwartek, tak?
- Tak. Mama już nas spakowała, wyobrażasz sobie? Jednak jeśli chcesz, to możemy przyjechać szybciej...
- Nie. Dobrze wiem, że masz w planach spotkanie z radą nadzorczą. Poradzę sobie.
- W takim razie do czwartku, synku. Kocham cię.
- Ja ciebie też, tato.
Nie wiem jak on to robi, ale sama świadomość, że mam jego wsparcie wiele mi daje. Gdyby nie ty, pewnie nigdy nie szukałbym biologicznych rodziców. On i mama w zupełności mi wystarczają.

Siedzą na łóżku w pokoju hotelowym i po raz kolejny przyglądam się kopercie, w której znajdują się zdjęcia, przyniesione przez mojego agenta. Nie miałem odwagi, by zajrzeć do środka. Uzmysłowienie sobie co znajduje się w jej wnętrzu, wydaje mi się bardzo surrealistyczne. To o to walczyłem przez te wszystkie tygodnie? Dwie fotografie, przedstawiające osoby, których już nigdy więcej nie zobaczę...
Ciche pukanie do drzwi... Czyżby czegoś zapomniał? Odkładam kopertę na pościel i otwieram.
- Gdzie on jest?! - popychasz mnie do środka, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.
- Lucas? Co ty tu robisz?
- Gdzie on jest?! - krzyczysz, zaczynając sprawdzać wszystkie pomieszczenia. Otwierasz nawet szafę oraz zaglądasz pod łóżko.
- Nikogo tu nie ma. Jestem sam.
- Sam?! Nie udawaj! Nie wyjdę stąd, dopóki go nie poznam!
- Lucas... O kim ty mówisz?
- Jak to o kim?! O twoim kochanku! Czekasz tu na niego, prawda? Poczekamy więc razem! - ściągasz z siebie marynarkę, którą rzucasz na podłogę. - Mam nadzieję, że nie będziesz po nim płakać, bo zamierzam go zabić!
- Kochanku? Tyle razy ci mówiłem, że nie mam żadnego kochanka – staram się zachować spokój, co przychodzi mi coraz trudniej.
- Poczekam... Mam czas.... - rozsiadasz się w fotelu na wprost mnie.
- No cóż, w takim razie – zabieram kopertę i chowam ją w wewnętrznej kieszeni marynarki – pozdrów go ode mnie, kimkolwiek jest – kieruję się w stronę drzwi.
- Dokąd się wybierasz?! - szarpiesz mnie za ramię, wpatrując się w moje oczy.
- Do domu. Nic tu po mnie – próbuję cię wyminąć.
- Mowy nie ma! Taki z ciebie bohater?! Nie masz odwagi, by nas sobie przedstawić, tak? Nie szkodzi, sam sobie poradzę!
- Lucas... Piłeś? Skończ z tymi bredniami. Ja nie mam żadnego kochanka. Zatrudniłem agenta, chińskiego policjanta, który wykonał dla mnie pewne zlecenie. To wszystko.
- Nie kpij ze mnie! Obserwowałem cię przez te wszystkie miesiące! To się zaczęło jeszcze w Chinach, prawda? To wtedy zacząłeś mnie zdradzać, ty podły... - łapie mnie za ramiona i gwałtownie od siebie odpycha. Tracę równowagę, ale nie upadam.
- Lucas! To moje ostatnie ostrzeżenie. Odczep się, bo oberwiesz...
- Grozisz mi?! Myślisz, że ty albo twój kochanek stanowicie dla mnie jakieś zagrożenie?!
- Lucas... - załamuję ręce. - Przysięgam, nie mam kochanka! Nigdy z nikim cię nie zdradziłem!
- Kłamiesz! Bezczelnie kłamiesz mi prosto w twarz! A te wszystkie maile, wiadomości, uśmieszki... Ciągłe chowanie telefonu, potajemne rozmowy... Masz mnie za idiotę?! Ale koniec z tym! Nie pozwolę, by jakiś palant mi cię odebrał! Jesteś mój! Masz z nim natychmiast zerwać, bo nie ręczę za siebie, słyszysz?! Zabiję go gołymi rękoma jeśli z nim nie zerwiesz! I nic mnie nie obchodzi, czy jesteś w nim zakochany, czy nie! Nie oddam mu cię! Kocham cię bardziej niż on kiedykolwiek pokocha! Każ mu tu przyjść, bo nie wyjdziemy stąd, dopóki wszystko nie wróci na swoje miejsce!
Zaskoczenie to za mało, by wyrazić to, co w tej chwili czuję... Lucas, ty... Przyglądam ci się jeszcze przez chwilę, zupełnie oniemiały. Dyszysz ciężko spoglądając to na mnie to na drzwi, prowadzące do apartamentu.
- Nikt nie przyjdzie – sięgam do kieszeni po telefon, po czym odblokowuję ekran i łączę się a aplikacją, która pozwoli ci przeczytać moje prywatne wiadomości. - Proszę. Sam sprawdź – wyciągam rękę i podaję aparat.
- Żebyś wiedział, że sprawdzę – mamroczesz pod nosem, odbierając ode mnie urządzenie. Siadam na łóżku, a ty zajmujesz miejsce obok mnie. Zaczynasz przeglądać wiadomość po wiadomości. Żądza mordu zostaje zastąpiona ciekawością.
- Teraz wiesz już wszystko – szepczę cicho, gdy telefon wypada ci z dłoni i miękko ląduje na podłodze.
- Pat... - drżysz?
- Nie chciałem ci nic mówić, bo nie miałem pewności, czy mi się uda. Udało się tylko połowicznie. Oni nie chcą się z nami spotkać, za to przekazali mi zdjęcia rodziców, więc – sięgam do kieszeni po kopertę, którą ci podaję. Nieśmiało spoglądasz mi w oczy. - Dlaczego płaczesz? - pytam zaniepokojony, dotykając mokrego śladu na twoim policzku.
- Bo ja... Ja... Myślałem, że to...
- Za bardzo cię kocham, by zdradzić – uśmiecham się nieznacznie.
- Więc naprawdę nigdy nie...
- Nie – przerywam ci. - Nawet pocałunkiem.
Zapada między nami chwila niezręcznej ciszy. Wiem, że zbierasz się na odwagę, by wyznać mi prawdę. Nie chcę tego słuchać. Nie chcę wiedzieć. Wolę zapomnieć. Unoszę twoją brodę i złączam nasze wargi w pocałunku.
- Patric, ale ja...
- To już nieważne – głaszczę cię po policzku. - Kocham cię.
- Ja też cię kocham. Najbardziej na świecie. Jesteś dla mnie wszystkim! - rzucasz mi się na szyję.
- Ty dla mnie też.
- Wybaczysz mi?
- Pod warunkiem, że ty także mi wybaczysz.
- Nie mam ci czego wybaczać! Zachowałeś się jak bohater, a ja... Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam – zamykam ci usta kolejnym pocałunkiem, bo zamiast wypowiadanych przez ciebie słów, wolę gdy wydajesz zupełnie inne dźwięki.
- Tak bardzo za tobą tęskniłem – tulisz się do mnie. W końcu mogę zatopić palce w twoich włosach, o czym od tak dawna marzyłem.
- Ja za tobą bardziej – mruczysz w odpowiedzi.
- Naprawdę chciałeś zabić mojego kochanka? - parskam śmiechem, przypominając sobie niedawny atak zazdrości.
- Nie śmiej się ze mnie! Nie masz pojęcia, do czego jestem dla ciebie gotów!
- W takim razie – uwalniam się z jego objęć – zostało nam już tylko jedno do zrobienia. - Wyciągam kopertę, którą przedtem schowałem. - Bałem się zajrzeć do środka – przyznaję niechętnie, bo nie chcę, abyś widział we mnie jakiekolwiek słabości.
- Więc ty jeszcze nie...
- Nie, nie widziałem zdjęć. - Siadamy na wprost siebie. Chwytasz mnie mocno za lewą dłoń, splatając nasze palce. - Razem?
- Razem – uśmiechasz się tym najpiękniejszym z uśmiechów, dzięki któremu moje serce topi się pod wpływem ciepła, mieszkającego w twoich oczach. Mając ciebie, niczego się nie boję...

Koniec

poniedziałek, 10 października 2016

Rozdział XIX



Zakazany : Lucas


- Już wychodzisz? - pytam Patrica, obserwując jak zawiązuje krawat przed dużym lustrem w korytarzu. Opieram się o framugę i przyglądam jego wyjątkowo smukłym palcom i zwinnym ruchom.
- Mam trochę zaległości od wczoraj – odpowiada, nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem.
- No tak... - wzdycham, oddalając się w stronę łazienki.
- Lucas?
- Tak? - niechętnie odwracam się w jego stronę.
- Zjemy razem obiad? - proponuje niespodziewanie.
- Obiad? - dziwię się. - A czemu nie kolację?
- Wieczorem będę zajęty – ton jego głosu nie pozostawia mi żadnych złudzeń.
- Jasne, może być obiad – przytakuję zrezygnowany.
- To super. Widzimy się w pracy – uśmiecha się przelotnie, po czym chowa telefon do kieszeni i wychodzi.
Stojąc pod prysznicem staram się ze wszystkich sił odsunąć od siebie wizję Patrica spotykającego się z kimś innym. Ktoś inny... Nie ja... Jak wygląda? Jest młodszy czy starczy? O czym rozmawiają? A może wcale nie rozmawiają, tylko... Nie! To niemożliwe...! Cudze dłonie błądzące po jego skórze, cudze usta, zostawiające na nim swoje pocałunki, westchnienia przyjemności, z których jestem okradany... To wszystko powinno być moje! Tak jak sam Patric! Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej... Chciałbym wyć z niemocy tak bardzo jestem wściekły, ponieważ to moja wina...

***

Wszystko zaczęło się tuż przed naszym przyjazdem tutaj. Ojciec negocjował zawarcie kontraktu z firmą Williama. Nie znał go, lecz widział w nim wielki potencjał. Jak zawsze był nieomylny. Anderson Inc. prężnie się rozwijała, odważnie podążając ścieżką innowacyjnych technologii, które fascynowały Shu Chenga. Problem polegał na tym, że nie należy on do biznesmenów, którzy lubią ryzyko, a partner taki jak Will, stanowił idealne rozwiązanie. Młody, z bogatym doświadczeniem. Gdy tylko pojawiła się nadarzająca okazja, ojciec z wielką radością oświadczył nam, że w końcu znalazł kogoś kompetentnego.
Ucieszyłem się. Nie ze względu na rozwój firmy. Chciałem wyjechać. Pobyć z dala od rodzinnego domu, zazdrosnych znajomych, odwiecznych problemów, które niesie za sobą bycie na firmowym świeczniku. Syn prezesa nie może popełniać żadnych błędów. Nie wolno mu krytykować starszych od siebie, mieć własnego zdania, uśmiechać się w czasie spotkań. Zawsze i wszędzie ma budzić szacunek i nienagannie się zachowywać. Miałem wrażenie, że zostałem przyparty do ściany. Dusiłem się, błagając o jakąkolwiek alternatywę. Patric był odmiennego zdania. Wolał zostać. Podobnie jak ojciec, nie przepadał za zmianami. W dniu, w którym senior Cheng wyruszył na lotnisko, doszło między nami do pierwszej, ostrej wymiany zdań.
- Nie rozumiem! Po prostu tego nie rozumiem! Dlaczego każe nam wyjechać i to aż na pół roku?! Przecież to szmat czasu! - nerwowo krążył po salonie, okazując swoje niezadowolenie.
- Nie podniecaj się tak. Może Pan Anderson odmówi? - starałem się zbagatelizować sytuację, choć w środku  miałem ochotę skakać z radości, odliczając godziny do wyjazdu.
- Odmówi? Nie liczyłbym na to. Poczuje pieniądze i zgodzi się na wszystko! – kolejna dawka sarkazmu wylewała się z mojego brata. Nie chciałem go rozdrażniać. Zamierzałem jak najszybciej uporać się z obowiązkami i spędzić czas na przeglądaniu przewodników turystycznych.
- Nie cieszysz się? Przecież to wspaniała okazja! Będziemy mogli podpatrzeć jak prowadzić interesy bez kija w tyłku – próbowałem go rozbawić, z marnym skutkiem.
- Zrozum wreszcie, że prowadzenie firmy to poważna sprawa! - oburzył się.
- Myślałem, że się ucieszysz. Pojedziemy tam razem i będziemy mogli...
- Zamierzam porozmawiać z ojcem jak tylko wróci. Może uda mi się go przekonać do zmiany decyzji.
- Co takiego? Nie zrobisz tego! - mój własny brat chce zbojkotować marzenie mojego życia...
- Zrobię, a ty – wskazał na mnie palcem – poprzesz mnie.
- Patric, proszę cię! To dla nas wielka szansa! – starałem się wytłumaczyć mój punkt widzenia.
- Szansa na co?! Pół roku poza domem, wiesz co to oznacza? To jak praca na dwóch etatach! Nie dość, że będziemy harować w firmie Andersona, to jeszcze na odległość doglądać tego, co tutaj się dzieje. Świetnie, po prostu świetnie!
- Damy sobie radę. Zawsze dawaliśmy – łagodzę sytuację, choć nie ukrywam, że jego obawy są mi zupełnie obce.
- Lucas, czy ty nic nie rozumiesz?! Pół roku! Pieprzone pół roku! Tyle wystarczy, by podkopać naszą reputację! Wszystko, na co przez lata pracowaliśmy, przepadnie!
- Nie dramatyzuj. Ojciec nam ufa. Firma jest już praktycznie w naszych rękach, a nawet jeśli nie, to...
- Nie wierzę! Nie powiesz mi teraz, że na firmie też ci nie zależy!
- Nie o to mi chodziło. Po prostu wiem, że tak długo jak będziesz obok, poradzimy sobie ze wszystkim – uśmiechnąłem się do niego pojednawczo.
- Tylko o to ci chodzi, prawda? Chcesz zerwać się ze smyczy, by móc robić to, na co masz ochotę – zadrwił ze mnie brutalnie, chociaż dobrze wiedział, że kierowały mną zupełnie inne intencje. Naprawdę byłem święcie przekonany, że mając go przy sobie, mogę wszystko. Od zawsze był dla mnie najważniejszy. Nawet gdybyśmy nie zostali wybrani do kierowania firmą, zupełnie się tym nie przejmowałem. Chciałem normalnie żyć. Cieszyć się tym, że mamy siebie. Sprawić, że Patric będzie się częściej uśmiechać, bo póki co zmieniał się w starego, zgorzkniałego i zawsze niezadowolonego wapniaka, którym ja z pewnością nie jestem!
- Po części tak. Pragnę mieć więcej wolnego czasu, żeby spędzać go z tobą – złapałem go za rękę z czułością, lecz on natychmiast mi ja wyrwał. - Widzisz, właśnie o tym mówię. Kiedy ostatnio robiliśmy coś razem, poza przesiadywaniem w firmie?
- Lucas! Jesteś synem prezesa! Powinieneś bardziej się przykładać do swoich obowiązków! - zganił mnie.
- Ty jesteś dla mnie ważniejszy! – w tonie mojego głosu zbyt wyraźnie wyczuć można było nutkę desperacji.
- Skoro tak, to zacznij liczyć się z moim zdaniem! - odparł autorytatywnie.
- A ty liczysz się z moim?! Zależy ci na tym czego pragnę?!
- Zależy. Właśnie dlatego uważam, że powinniśmy zostać tutaj!
- Dlaczego nie chcesz wyjechać? Boisz się ryzyka, prawda?
- Ja? Boję? Nie żartuj...
- Jesteś tchórzem, który nie wie co jest w życiu najważniejsze. Tak bardzo okopałeś się na swoim stanowisku, że teraz nawet nosa nie wyściubisz na zewnątrz! A świat ma nam tyle do zaoferowania...
- Nie mów tak do mnie, panie „traktuję wszystko lekko”.
- Przecież taka jest prawda. Ty się po prostu boisz żyć, kochać...
- A co miłość ma z tym wspólnego? - przerwał mi.
- Wszystko! O uczuciach też nie chcesz rozmawiać. Udajesz, że ich nie ma! Zawsze traktujesz mnie zimno i z rezerwą. Tak twoim zdaniem wygląda miłość? - słowa wylewały się ze mnie, nie umiałem ich powstrzymać. Były jak wielka fala, która stopniowo zaczęła podtapiać grunt pod moimi nogami.
- Tak uważasz? - spojrzał mocno zirytowany. - A może nie okazuję ich tobie, bo kocham kogoś innego?
 Patric zupełnie nieświadomie otworzył Puszkę Pandory, z której wylewać się poczęły żale i pretensje, nad którymi żaden z nas nie umiał zapanować...
Zatkało mnie. Staliśmy na wprost siebie i mierzyliśmy się wzrokiem. Czy to był ten moment? Rozłam między nami, którego bałem się najbardziej ze wszystkiego, właśnie się dokonał...
- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – odpowiedziałem dumnie. Byłem pewny, że blefował. Nie potrafiłem przyjąć do wiadomości, że miał kogoś innego. Przecież to mnie kochał, to ja byłem mu najbliższy, prawda?
- To nie wierz. Nie zmienia to faktu, że chcę, abyś poparł mnie u ojca.
- Nie zrobię tego!
Pierwszy raz w życiu przeciwstawiłem się bratu. Co więcej, po powrocie ojca do domu, od razu pobiegłem do jego gabinetu i podziękowałem za możliwość pracy w firmie Willa. Tata uśmiechną się do mnie szczerze i mocno przytulił. Był przekonany, że to nasze wspólne stanowisko. Patric zmierzył mnie tylko zimnym spojrzeniem, które mówiło „pożałujesz tego”. I pożałowałem.

***

 Prawie zapomniałem o naszym małym nieporozumieniu ciesząc się urokami miasta oraz towarzystwem niesamowicie przystojnego prezesa Andersona. Mężczyzna okazał się bardzo sympatyczny. Przyjął nas serdecznie i przyjaźnie. Od razu wyczułem w nim bratnią duszę. Patric był bardziej zdystansowany. Nie wiem czy zwrócił uwagę na fakt, że oczy Williama przypominały dwa szafiry obramowanie ciemnymi rzęsami, a dłuższe czarne włosy, układały się w miękkie loki, w które miało się ochotę zatopić palce. Nieprzeciętna uroda sprawiała, że trudno było przejść obok niego i bezczelnie nie pogapić się przez chwilę. Nie, Patric z pewnością tego nie widział... Skupił się raczej na profesjonalizmie oraz wiedzy, którą chciał chłonąć niczym wysuszona gąbka, by mądrzej kierować porzuconą na kolejne sześć miesięcy firmą. Obserwowałem go znacznie bardziej uważnie, bo jakaś część mnie chciała mieć pewność, że nie ma do mnie żalu za taki obrót sprawy. Właśnie... Ja ciągle na niego patrzyłem, a on...
Oczy Patrica zdawały się ślepe. Nie widział mnie. Ignorował. Nawet, gdy był obok, gdy czułem jego ciepło, gdy ocierał się o mnie ramieniem, całował lub spał obok, byłem sam... Cały ten czas przebywał gdzieś indziej, uśmiechając się i rozmawiając z kimś przyciszonym głosem. Odseparował się ode mnie, porzucił. Moje serce zostało złamane, a ja nie umiałem sobie z tym poradzić.

Najwcześniejsze wspomnienie z dzieciństwa, które zapamiętałem, dotyczy Patrica. Mieliśmy niecałe trzy lata, a mama i tata zabrali nas do nowego domu. Każdy z nas dostał własny pokój, lecz zupełnie zignorowaliśmy ten fakt. Zapadła noc. Leżeliśmy razem pod kołdrą. Światło latarki, którą dostaliśmy od taty, było nieco przytłumione. Wpatrywałem się w jego oczy. Milczeliśmy. Tak naprawdę to nie potrzebowaliśmy słów. Tamta chwila naznaczyła całe moje późniejsze życie. Tak długo, jak Patric był obok, nie potrzebowałem niczego innego. Był wszystkim. Niezbadanym wszechświatem, który każdego dnia pragnąłem na nowo odkrywać. Aż tu nagle, po tylu wspólnie przeżytych latach... straciłem go. Przestał mnie dostrzegać. Stałem się przezroczysty, niczym powietrze, którym oddychał. Spoglądał za to na wyświetlacz swojego telefonu, uśmiechając się delikatnie. Poczułem bolesne ukłucie zazdrości. Dlaczego to nie mogę być ja? Kiedyś to do mnie kierował taki sam uśmiech... A teraz?
Każdy z nas dostał od Willa klucze do własnego mieszkania. Przez pierwsze tygodnie byłem w swoim tylko raz, by je obejrzeć. Naturalnym wydawało mi się bycie blisko brata, spanie w jednym łóżku, dzielenie się wszystkim. Przecież tak właśnie wyglądało nasze życie. Był moim słońcem, wokół którego bezwiednie orbitowałem, a ja byłem jego. Nie, ja należałem do niego, a on należał do mnie. Kiedy się to zmieniło?
Flirt z Williamem od początku uważałem za zabawę. Prawda jest taka, że ani on ani tym bardziej ja nie czuliśmy do siebie niczego głębszego. Chcieliśmy ukarać naszych ukochanych. Sprowokować ich do jakiejkolwiek reakcji. W jego wypadku zadziałało. Mały Daniel wodził za nim zakochanym wzrokiem, a mi posyłał nienawistne spojrzenia za każdym razem, gdy zbliżałem się do czarnowłosego. A Patric? Ani razu nie zwrócił mi uwagi. Wprost przeciwnie. Okazał swoje niezadowolenie z powodu moich późnych powrotów do domu i zasugerował, że powinienem przenieść się do swojego mieszkania.
- Nie chcesz ze mną mieszkać? - zapytałem zszokowany.
- Chcę. Niestety każdej nocy wracasz późno nie dając mi spać – odparł lodowatym tonem, ze wzrokiem utkwionym w ekranie telefonu. 
- Przepraszam, nie zauważyłem, że teraz telefon jest dla ciebie najważniejszy... – podszedłem do garderoby, aby zacząć pakować swoje rzeczy.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja pracuję – dodał równie zimno.
- W takim razie chyba masz rację. Nie będę ci przeszkadzał – rzuciłem wściekły. W tej samej chwili Patric uśmiechnął się do siebie, a moje serce pękło na pół. Wychodząc, słyszałem jak zaczyna rozmawiać z kimś przyciszonym głosem. Jego uśmiech, czas, ciepło, szept... Wszystko, co do tej pory należało tylko do mnie, zostało mi odebrane...

***

Każdy dzień przypomina walkę. Nie wiem już z kim i o co. Przegrywam. Dźwigam wielki ciężar, a ty swoim zachowaniem każdego dnia sprawiasz, że jest mi coraz ciężej. Oddalamy się od siebie w zastraszającym tempie. Czasami leżąc samotnie w dużym, zimnym łóżku, zaczynam sobie wyobrażać, że nie dzieli nas ściana, której nie umiem przebić. Znowu jesteś obok. Twoje oczy wpatrują się we mnie z taką intensywnością, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na tej planecie. A potem dociera do mnie, że ciebie tu nie ma. Zostałem sam. Mija kolejna, bezsenna noc. A potem nastaje dzień. Znowu się staram, by zwrócić na siebie twoją uwagę.
- Oddaj! - krzyczysz na mnie, gdy zabieram ci telefon z ręki.
- Pytałem cię o coś. Odpowiedz – nalegam, podrzucając beztrosko tak bezcenne urządzenie w górę, by po chwili wylądowało pewnie w moich dłoniach.
- Przepraszam, nie słyszałem. Możesz powtórzyć?
- Pytałem kilka razy.
- O co ci chodzi?! Przecież przeprosiłem! - irytujesz się.
- Pytałem, czy wybierzemy się razem na...
- Kiedy? - pytasz, wyrywając mi z ręki obiekt twoich westchnień.
- Dziś wieczorem.
- Nie mogę, jestem zajęty. Mówiłem ci rano, że mam dla ciebie czasy tylko w czasie lunchu.
- Nawet nie wiesz, co chciałem zaproponować – zauważam.
- I tak nie mam czasu. Będę pracować.
- Pracować... Jasne – zabieram marynarkę, którą wcześniej powiesiłem na fotelu i wychodzę, nie oglądając się za siebie. Pracować... Tak ma wyglądać reszta mojego życia? Mam być biernym obserwatorem? Boli... Tak cholernie boli... Boję się pomyśleć co będzie, gdy wrócimy do Chin. Zabierzesz go ze sobą? Będziesz się codziennie z nim spotykać? Przedstawisz mi go? A może zmusisz do wspólnego spędzania czasu? Jeśli tak, to lepiej zabij mnie już dzisiaj. Nie będę się bronił. Nie wyobrażam sobie, abym miał patrzeć na twoje szczęście u boku kogoś obcego. Powinienem odejść. Wyjechać daleko i nigdy nie wracać, tylko jak mam to zrobić? Jak cię zostawić? Nie, nie umiem. Nie chcę!

***

Nastaje wieczór. Wysiadamy razem z Felicją z jej służbowego samochodu. Kobieta ma na sobie prostą, lecz bardzo elegancką czarną sukienkę oraz długie kozaki w tym samym kolorze. Jej naturalne kasztanowe loki zostały schowane pod peruką. Teraz jest krótkowłosą szatynką o jasnoniebieskich oczach, które dodatkowo chowa za okularami.
- Spokojnie, zachowaj większy dystans. Wystarczy, że będziemy go widzieć – instruuje mnie, gdy idziemy za moim bratem do hotelowej restauracji. Obserwuję jak uśmiecha się do kelnera, zamawiając wino. Jest sam, a raczej jeszcze jest sam. Wybieramy stolik po drugiej stronie sali, by nie zwracać na siebie większej uwagi.
- Nie denerwuj się tak – ściska mnie za rękę.
- Przepraszam. Po prostu chciałbym mieć to już za sobą...
- Żartujesz? Prowadzenie obserwacji to najlepsza zabawa! – zapewnia mnie, uśmiechając się przy tym szeroko. - Wydaje ci się, że znasz swojego sąsiada, który wiedzie nudne życie. Tymczasem gdy nikt nie patrzy, ten poczciwy człowiek okazuje się być seryjnym mordercą, handlarzem żywym towarem lub zwykłym zboczeńcem.
- To cię tak podnieca? Grzebanie w cudzych sprawach?
- Dla mnie to raczej odkrywanie rzeczywistości. Poza tym, gdyby nie ludzka dwulicowość, nie zarabiałabym na chleb. Przypadek twojego brata jest jednym z wielu, wierz mi – jej argumentacja, chociaż szczera i bardzo dosadna, w pokrętny sposób, poprawia mi humor.
- Skoro doszło do tego, że cię zatrudniłem, powinienem przygotować się na najgorsze.
- Pewnie oczekujesz, że z grzeczności zaprzeczę, ale nie chcę karmić cię złudnymi nadziejami.
- Sam nie wiem czego oczekuję – wzdycham ciężko. Chciałbym poznać prawdę, zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w jego życiu, co przede mną ukrywa.
- Obiecuję, że poznasz te odpowiedzi. Już moja w tym głowa – zapewnia pośpiesznie. - No proszę, nie kazał na siebie długo czekać... Odwróć się powoli, jakbyś próbował przywołać kelnera i powiedz mi, czy znasz mężczyznę, który rozmawia z twoim bratem.
Oto ten moment... Serce gwałtownie przyspiesza, dłonie mi się pocą, w ustach zasycha. Wykonuję polecenie mojej partnerki i przechylam głowę w prawo...
- To jeden z dyrektorów – donoszę jej z ulgą. - Niemożliwe, aby to był on! Ma żonę i trójkę dzieci!
- Jesteś pewny? Moi ludzie mogą zacząć go obserwować w każdej chwili.
- To nie będzie konieczne. Patric bardzo często omawia z nim różne rzeczy. Jest poza podejrzeniami.
- Skoro tak twierdzisz, to nic tu po nas. Zbieramy się – próbuje wstać, lecz ją powstrzymuję.
- Poczekaj, proszę. To, że go nie podejrzewam nie oznacza, że warto rezygnować z takiej okazji!
- Przepraszam. Nie chciałabym, abyś odniósł wrażenie, że wyciągam od ciebie pieniądze. Twój brat ewidentnie zajmuje się właśnie interesami. Wyciągnął z teczki dokumenty, które razem analizują – czujny wzrok Felicji wyłapuje wszelkie detale.
- W takim razie będziemy ich obserwować podczas kolacji, dobrze?
- Próbujesz mnie podrywać? - wlepia we mnie nienaturalnie niebieskie tęczówki. - Z góry zaznaczam, że jestem zaręczona, więc jeśli liczyłeś na to, że... - grozi mi palcem.
- Nic z tych rzeczy – bronię się zaciekle. - Po prostu chcę tu jeszcze pobyć i sprawdzić, czy po kolacji Patric wróci do domu. Proszę, zostań ze mną. Nie lubię samotnych kolacji.
- Klient nasz pan – kobieta niechętnie sięga po menu.
Rozmowa między nami ewidentnie się nie klei. Felicja wolałaby pewnie być teraz w domu, a nie obserwować nudnego jak flaki z olejem biznesmena.
- Patric gdzieś wychodzi. Pewnie do łazienki. Zostań tu, a ja pójdę za nim – informuje mnie, odkładając widelczyk od ciasta migdałowego, które właśnie jadła.
- Jesteś pewna? Może pójdę z tobą i... - wystarczy jej spojrzenie, abym zmienił zdanie. - Zostanę. Uważaj na siebie – rzucam konspiracyjnym szeptem, przyglądając się plecom odchodzącej Felicji.
Mija kilkanaście minut, a żadne z nich nie wraca. Zaczynam się denerwować. Dyrektor również coraz częściej spogląda na zegarek. Pewnie gdzieś się spieszy.
- Lucas, co tu robisz?! - głos brata sprawia, że aż podskakuję z przerażenia.
- Patric... Przestraszyłeś mnie – kładę prawą dłoń na klatce piersiowej licząc na to, że nieprzyjemne uczucie szybko minie.
- Przepraszam – odpowiada nieco zmieszany. - Przyszedłem tu na kolację z Teodorem. Omawialiśmy projekty – tłumaczy niechętnie, jakby próbował w ten sposób wynagrodzić mi przykry incydent. - Wracasz do domu?
- Dobry wieczór – wita się Felicja.
- Dobry wieczór – odpowiada jej grzecznie, obserwując nas przez chwilę, gdy odsuwam kobiecie krzesło. - Jestem Patric.
- Fiona, miło mi. Lucas wiele mi o tobie opowiadał – Felicja uśmiecha się słodko. Jest profesjonalistką w każdym calu. Nie daje po sobie poznać, że coś jest nie tak. Nawet przedstawiła się fałszywym imieniem.
- A ja nic o tobie nie wiem – zagaduje ją, lecz jego brązowe oczy wpatrzone są we mnie. - Pracujecie razem?
- Tak! - przytakuję pośpiesznie.
- Nie – odpowiada ze śmiechem kobieta. - To nasza pierwsza randka.
- Randka? - Patric przygląda się nam z góry. - W takim razie nie będę przeszkadzać. Miłego wieczoru – żegna się z nami, odchodząc w kierunku swojego stolika.
- Dlaczego powiedziałaś mu, że to randka? Wkurzy się na mnie jeszcze bardziej!
- Żeby go sprowokować. Jeśli mu na tobie zależy, będzie starał się odegrać i umówi na spotkanie z kochankiem. Wtedy wkroczymy do akcji i przyłapiemy go na gorącym uczynku! - ekscytuje się.
- Dobry plan – chwalę ją.
- Myślałeś nad tym co mu wtedy powiesz?
- Co mu powiem? A co powinienem mu powiedzieć?
- Nie wiem. Klienci różnie reagują. Jedni wywołują dzikie awantury, inni zaczynają płakać, pojawiają się groźby. Często dochodzi do bijatyk. Jak będzie w twoim przypadku?
- Nie wiem.
- Musisz to wiedzieć. Chcę mieć pewność jak daleko jesteś w stanie się posunąć. W tym zawodzie trzeba być elastycznym, lecz staram się unikać ryzyka, jeśli to możliwe.
- Poradź mi, co powinienem zrobić – bezradnie spoglądam w jej błękitne oczy.
- Z zawodowego punktu widzenia wolałabym, abyś nie robił niczego głupiego. Jednak prawda jest taka, że gdy nadejdzie ta chwila, posłuchasz głosu serca. Ono najlepiej podpowie ci co zrobić.
Głos serca... Pewnie posłuchałbym tej rady, gdybym miał jeszcze serce... A ja chcę zemsty. Chcę spojrzeć mu w oczy i poczuć satysfakcję z faktu, że odkryłem jego brudny sekret, przyłapałem na gorącym uczynku. A potem? Potem... umrę w bólu i samotności...

niedziela, 9 października 2016

Rozdział XVIII


Szkolne opowieści: Mój uczeń- opowiadanie yaoi (część II)

- Pan Anderson?
- Tak.
- Proszę opróżnić kieszenie i włożyć swoje rzeczy do tego pudełka – posłusznie wykonuję polecenia pielęgniarki. Oddaję jej portfel, zegarek oraz telefon komórkowy, który umieszcza w schowku. - Proszę zdjąć marynarkę.
- Marynarkę też mam oddać? - dziwię się.
- I pasek. Takie są zasady. Jeśli nie podporządkuje się pan regulaminowi, nie wpuszczę pana – oczy starszej kobiety, ubranej w biały szpitalny uniform, zwężają się groźnie.
- No dobrze – pozbywam się zabronionych części garderoby, odkładając je na kontuarze. Kobieta nadal nie wydaje się zadowolona. - Spodnie też mam zdjąć?
- Proszę przestrzegać regulaminu! Wniesienie na teren kliniki choćby długopisu jest surowo zakazane!
- Nic więcej nie mam. Może mnie pani przeszukać.
- Uważasz się za zabawnego, kochaniutki? - rzuca mi kolejne groźne spojrzenie. - Proszę tu podpisać – wskazuje wykropkowane pole. - Po zakończeniu widzenia proszę odebrać rzeczy z depozytu. Wizyta trwa dwadzieścia minut. Proszę przestrzegać wyznaczonego czasu, jasne?
- Jak słońce – nie umiem ukryć lekkiego uśmiechu.
- Do końca korytarzem, a potem w lewo. Strażnik będzie tam na pana czekał.
- Dziękuję – podążam we wskazanym kierunku.
- Zapoznał się pan z regulaminem? - głos młodego mężczyzny, siedzącego za szklaną szybą, wydaje mi się bardzo głośny i drażniący.
- Tak – odpowiadam.
- Proszę przestrzegać czasu wizyty – przypomina mi, po czym odblokowuje drzwi, które otwierają się automatycznie. Wreszcie mogę wejść do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdują się tylko stolik oraz dwa krzesła. Na jednym z nich siedzi mój kuzyn, Alden.
- William, dziękuję że przyszedłeś – wita się ze mną.
- Nie ma sprawy – siadam na wprost mężczyzny. - Jak się czujesz?
- Jest ciężko, znacznie ciężej niż poprzednim razem – przyznaje niechętnie. Obserwuję go przez chwilę. Mam rozbiegany, przekrwiony wzrok. Dłonie nieco mu trzęsą. Jest także znacznie chudszy.
- Potrzebujesz czegoś?
- Nie, dziękuję. Linda wszystkim się zajęła.
- Rozumiem.
Przez chwilę wpatrujemy się w siebie w milczeniu. Alden nie wie co powiedzieć, a ja nie wiem co chciałbym od niego usłyszeć. Gdy byliśmy młodsi bardzo mu zazdrościłem. Nie uczył się lepiej ode mnie, nie miał fajniejszych zabawek. Wyróżniało go chamski sposób bycia oraz ego nadmuchane do tego stopnia, iż przypominało balon tuż przed pęknięciem. Mimo licznych wad, gdy nikt nie patrzył, potrafił powiedzieć „przyjdź do mnie w sobotę, mama upiecze ciasto”. Dobrze wiedział, że tęskniłem za rodzicami i samo przebywanie w ich domu uważałem za wielką nagrodę, bo chociaż dziadek starał się jak mógł, trudno mu było wypełnić pustkę, którą odczuwałem po stracie bliskich. Alden to rozumiał. Zawsze zastanawiałem się jak to możliwe, że ten rozpuszczony do granic możliwości bachor potrafił wczuć się w moje położenie. Mógł zaprosić każdego, a wybierał mnie. Podczas wspólnie spędzanego popołudnia zazwyczaj niewiele rozmawialiśmy. Nie bawiliśmy się także jego zabawkami. W sumie to każdy z nas siedział w swoim kącie pokoju i zajmował się sobą. A mimo to byłem tam bardzo częstym gościem.
- William, ja... - spogląda na mnie mocno zdenerwowany.
- Nie musisz nic mówić...
- Nie mam pojęcia dlaczego to zrobiłem! Nie wiem, po prostu nie wiem! Ubzdurałem coś sobie, a potem... Gdybym posłuchał Lindy i zgłosił się wcześniej na odwyk, nic złego by się nie stało! Wiem, że nie mam prawa prosić cię o wybaczenie, bo na nie nie zasługuję, ale chcę abyś wiedział że ja... ja... - po jego policzkach zaczynają spływać łzy. W końcu zupełnie się załamuje i zaczyna głośno szlochać. - Przepraszam... Przepraszam, że znowu was zawiodłem... Jestem zwykłym ćpunem, nikim innym... Zwykłym ćpunem...
- Najważniejsze, że chcesz z tym skończyć. Poddałeś się leczeniu. Wyjdziesz z tego.
- Wyjdę, zobaczysz. Więcej was nie zawiodę. Linda... Linda powiedziała, że to moja ostatnia szansa. Chciała mnie zostawić, Will! Chciała odejść!
- Wiem, rozmawiałem z nią i zapewniam cię, że ona nie żartuje. Jeśli nie weźmiesz się w garść, stracisz ją na zawsze.
- Nie stracę! Bardzo się przykładam do terapii. Możesz zapytać lekarza, jeśli mi nie wierzysz – ściera drżącymi dłońmi mokre ślady z policzków.
- Wierzę. Dlatego tu jestem – wyciągam rękę i kładę mu ją na ramieniu. - Jesteś silny, dasz radę.
- Will... Błagałem Lindę, aby do ciebie zadzwoniła, bo chciałem spojrzeć ci w oczy i błagać o wybaczenie. Bardzo, bardzo cię przepraszam... Obiecuję, że jak jak tylko stąd wyjdę, to wszystko ci wynagrodzę. Pomogę w pracy i … Zobaczysz, znowu będę godny zaufania, jak kiedyś... Wiem, że jest za późno, i że to tylko słowa, ale nie spisuj mnie jeszcze na straty, błagam cię. Daniel... Daniel i ty... - spinam się na dźwięk jego imienia, zwłaszcza wypowiadanego przez Aldena... - Przepraszam, wiem że nadal bardzo cię boli to, co się stało – spuszcza wzrok.
- Nie chcę o tym z tobą rozmawiać... Jeszcze nie teraz – zaciskam szczęki, cedząc słowa.
- Przepraszam, Will. Proszę, nie gniewaj się na mnie – Alden po raz kolejny wybucha płaczem. Jest zupełnie rozchwiany emocjonalnie.
- Koniec czasu. Proszę wyjść – strażnik przerywa naszą rozmowę.
- Odwiedzisz mnie jeszcze? - dopytuje, gdy wstaję w krzesła.
- Jasne. Przyjdę w przyszłym tygodniu.
- Dziękuję, Will. Do tego czasu postaram się lepiej nad sobą panować, bo teraz... Bez prochów jest cholernie ciężko.. - zawstydzony spuszcza wzrok.
- Nie poddawaj się – przypominam mu. - Ty też nie pozwoliłeś mi się poddać, pamiętasz?
- Wiedziałeś? - zdziwienie maluje się na jego twarzy.
- Trudno było się nie domyślić – odpowiadam uśmiechając się. - Ja ciebie też nie zostawię w potrzebie. Obiecuję.
- Dziękuje – podchodzę do niego i obejmuję. - Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz – szepcze, po czym zostaje wyprowadzony z pokoju odwiedzin.
Wybaczyć... Jak mam mu wybaczyć, skoro to wszystko moja wina? To ja jestem winny, a nie on... Tylko i wyłącznie ja...
Po wizycie w klinice wracam do firmy. Przez trzy tygodnie praca stała się moją ucieczką, więc poświęciłem się jej bez reszty. Chętniej niż kiedykolwiek umawiam się na spotkania, niezmordowanie dyskutuję o kolejnych projektach, opracowuję strategię, omawiam plany budowy, kupuję, sprzedaję... Robię wszystko co w mojej mocy, by wypełniała moje myśli bez reszty. Jest moim antidotum. Bell pilnuje, by na moim biurku przez cały czas piętrzyły się stosy papierów, którymi powinienem się zająć. Zawsze mogę na niego liczyć.
- Szefie, dzwoni pan Cheng, mam połączyć? - odzywa się przez interkom.
- Połącz, proszę – czekam aż zielona lampka na panelu zacznie mrugać.
- William! Jesteś tam? - mój rozmówca jest czymś mocno zaaferowany.
- Dzień dobry, panie Cheng.
- Bardzo dobry! Widziałem raport, który mi wczoraj przysłałeś. Jestem zachwycony!
- Cieszę cię.
- Cieszysz? Nie słyszę radości w twoim głosie – nawet na odległość jest wyjątkowo spostrzegawczy.
- Przepraszam, ostatnio mam sporo pracy, więc staram się skupić na obowiązkach.
- Niedobrze, bo w tej sprawie dzwonię – mężczyzna zaczyna się nerwowo śmiać. - W nocy wpadłem na genialny pomysł, lecz jeśli się zgodzisz, to będzie oznaczało jeszcze więcej pracy.
- Proszę mówić, panie Cheng.
- Trochę mi głupio wyskakiwać z tym pomysłem akurat teraz, ale trudno. Muszę kuć żelazo póki gorące, sam rozumiesz. Nie chcę, aby ktoś z konkurencji mnie ubiegł. Od dłuższego czasu marzy mi się stworzenie filii mojej firmy w Ameryce, jednak moi pracownicy źle reagują na zmiany. Z kolei Amerykanie nie zawsze potrafią odnaleźć się w Chinach. Pomyślałem więc sobie, że musimy wyjść im naprzeciw.
- My?
- Tak, my. Twoim zadaniem będzie przeszkolić moich pracowników. Wytłumaczyć im realia zachodniego przemysłu, zawierania umów. Takie wykłady, rozumiesz?
- Nie bardzo.
- Więc powiem wprost. Masz nauczyć moich pracowników jak poradzić sobie w kontaktach z Amerykanami. Kilka wykładów popartych przykładami.
- Przecież większość z nich studiowała za granicą, więc...
- To nie ma nic do rzeczy. Nie chodzi mi o wiedzę czysto teoretyczną, lecz o podejście jakie panuje w konkretnej firmie. W twojej firmie.
- Możemy zorganizować szkolenie. Nie widzę problemu. Wynajmę firmę, która opracuje...
- Nie! - gwałtownie mi przerywa. - To ty poprowadzisz to szkolenie.
- Ja? Dlaczego ja?
- Rozmawiałem z moimi synami. Uznali mój pomysł za bardzo nowatorski. Ucieszyłem się, że potrafię ich jeszcze zaskoczyć.
- Nadal nie rozumiem dlaczego to ja mam się tym zajmować, skoro mogę zorganizować wysoko wyspecjalizowanych szkoleniowców.
- To musisz być  ty! Poradzisz sobie. Lucas mówił mi, że pracowałeś jako nauczyciel. Właśnie dlatego uważam, że idealnie nadajesz się do tej roli. Pomyśl tylko, przeszkolisz moich pracowników, którzy otworzą filię w Ameryce. Następnie przeszkolisz przedsiębiorców z firm, z którymi współpracuję. Zawrzemy z nimi kontrakty, co przyczyni się do zwiększenia zysków. Wstępne obliczenia wykazały, że zysk wyniesie nawet 500%. Nie możemy tego zbagatelizować. W przyszłym miesiącu postaram się przyjechać na tydzień, może dłużej. Do tego czasu dostarczę ci wszelkie potrzebne dane, abyś mógł zacząć opracowywać wykłady. Pierwsza grupa szkoleniowa przyjedzie za jakieś sześć tygodni.
- Panie Cheng... To za szybko...
- Nie waż mi się odmawiać! Rano osobiście wybrałem dwudziestu szczęśliwców, którzy jako pierwsi wezmą udział w szkoleniu. Nasz nowy projekt okaże się sukcesem na miarę globalną, zobaczysz! - ekscytuje się.
- Uczyłem hiszpańskiego, a nie biznesu. Poza tym mam sporo innych obowiązków i …
- Nic się nie martw. O tym też pomyślałem. Lucasa i Patrica pomogą. Przekażesz im część swoich obowiązków i po kłopocie. Poza tym Lucas wspominał, że lubiłeś uczyć. Wreszcie będziesz mógł się wykazać na większą skalę! Czy to nie wspaniale?!
Nie podzielam jego radosnego nastroju. Z jednej strony ta propozycja wydaje mi się spełnieniem marzeń. Mógłbym wrócić do tego, co najbardziej lubiłem – do nauczania innych. Jednak przygotowania do międzynarodowego szkolenia oraz utworzenie filii firmy Chenga w Ameryce, będą wymagać nadludzkiego wysiłku. Nie wiem czy w obecnej sytuacji podołam wyzwaniu.
- Muszę to przemyśleć i dam panu znać – ucinam temat, nie mówiąc ani słowa o rozterkach, które mi towarzyszą od chwili, w której dowiedziałem się o całej sprawie.
- Jestem pewny, że się zgodzisz, dlatego będę kontynuował przygotowania. Póki co bądźmy w kontakcie. Liczę na to, że zadzwonisz do mnie jak najszybciej – rozłącza się.
- Will, tata już do ciebie dzwonił? - twarz Lucasa pojawia się w uchylonych drzwiach kilka sekund po tym, jak odłożyłem słuchawkę. - Możemy porozmawiać?
- Musiałeś mu wszystko wygadać? - irytuję się, gdy mój przyjaciel rozsiada się wygodnie naprzeciwko mnie.
- Tatuś ma smykałkę do interesów, co nie? - uśmiecha się zadowolony z błyskotliwości swojego ojca.
- Owszem. Nie rozumiem za to, dlaczego to ja mam być za to odpowiedzialny?
- To proste. Bo jesteś najlepszy – jego rozbrajająca szczerość sprawia, że nie wiem co odpowiedzieć.
- Przesadzasz – dukam wreszcie.
- Nie przesadzam. To dzięki tobie w końcu zdecydował się zaatakować w Ameryce. Namawiałem go na ten krok od dawna i nic, ale wystarczyło, że odebrałeś poród i po kłopocie. Dziękuję, Will. Jestem ci bardzo wdzięczny. Spełnisz mój amerykański sen.
- Możesz przestać się wygłupiać. To poważna sprawa.
- Daj spokój. Opowiesz kilka anegdot, pokażesz jakieś wykresy i po sprawie. Dasz sobie radę. Jesteś do tego stworzony. A właśnie, panie profesorze, pamiętaj o tym, że na wszystkich wykładach będę siedział w pierwszej ławce i wszystko uważnie notował.
- Drwij sobie, jeśli koniecznie musisz, ale to poważna sprawa. Przemyślę wszystko trzy razy zanim się zgodzę.
- Podczas rozmowy z ojcem zapewniłem go, że będziesz skakać z radości, więc wiesz, nie zawiedź mnie – puszcza do mnie oko.
- Jesteś prawdziwym przyjacielem.
- Sarkazm do ciebie nie pasuje – odcina się. - Będziesz chciał uczyć, super. Jeśli się nie zgodzisz, też będzie ok. Chociaż mówię to w swoim imieniu. Ojciec jest starej daty. Nie umie pogodzić się z porażką.
- Dzięki. Pocieszyłeś mnie.
- Do usług – kłania mi się lekko. - Pożartowaliśmy, a teraz do rzeczy. Po południu udaję się z Felicją w teren. Bardzo się boję. Pociesz mnie, dodaj otuchy, albo rzuć tekstem w stylu „wszystko będzie dobrze”. Przyda mi się twoje wsparcie.
- Idziesz z Felicją? A co dokładnie macie w planach?
- No wiesz, standardowa procedura. Będziemy obserwować Patrica licząc na to, że nie ma nic na sumieniu. Takie tam małe śledzenie po pracy.
- Naprawdę tego chcesz?
- Szczerze? Nie, ale nie mam innych opcji. Zaproponowałem Patricowi wspólne zjedzenie kolacji na mieście. Wykpił się jakimiś obowiązkami. Felicja uznała, że to idealna okazja.
- A jeśli okaże się, że...
- Sam nie wiem co będzie, pomimo to jestem dobrej myśli. Mamy się ubrać w normalne ciuchy i trochę go poobserwować. To prawie jak randka – zaczyna się bawić swoim krawatem. - No dobra, a co ty masz mi do powiedzenia w tym temacie? Kiedy ostatnio byłeś na jakiejś randce?
- Lucas! - ostrzegam ciemnowłosego, by nie posuwał się za daleko.
- Dobrze, już sobie idę. Ależ ty jesteś drażliwy – śmieje się ze mnie.
- Daj znać jak było.
- Możesz być tego pewny. Młodszy konspirant Cheng odmeldowuje się. W razie czego będę zalewać smutki w bazie do późnych godzin nocnych – informuje mnie, zamykając za sobą drzwi.
Alkohol to ostatnia rzecz na jaką mam obecnie ochotę. Zamiast niego wybieram dodatkowe godziny pracy. Jestem zupełnie wyczerpany, gdy jako jeden z ostatnich opuszczam budynek.
Kod do mieszkania nadal przypomina mi błagalny ton Daniela, który tamtej nocy zmusił mnie do... Dlaczego drzwi są uchylone? Czyżbym zapomniał o ich zamknięciu, wychodząc rano do pracy? W mieszkaniu jest ciemno i cicho. Jeśli to włamywacz, to ma niesamowitego pecha...
Zamykam za sobą drzwi i odpinam marynarkę, rzucając ją na sofę, jak mam to w zwyczaju robić. Rozglądam się dyskretnie, ale nikogo nie widzę. Przez Lucasa i jego opowieści o szpiegowaniu zaczyna mi odbijać... Chowam twarz w dłoniach. Jestem zmęczony...
Napastnikowi wystarczyło te kilka sekund dekoncentracji, by zajść mnie od tyłu. Zaskakuje mnie ściskając mocno ramionami. Nim decyduję czy najpierw powinienem go odepchnąć, czy od razu zaatakować, dzieje się kolejna dziwna rzecz. Mężczyzna chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi...
- Myślałem, że już nigdy nie wrócisz – szepcze miękko, zostawiając drobny pocałunek tuż poniżej ucha... Zupełnie jak...
- Daniel...
- Tęskniłem... Bardzo za tobą tęskniłem... - jego uścisk jest tak silny, iż mam wrażenie, że zmiażdżą mi żebra.
- Co... co tu robisz?
- Kocham cię, Will... - ponownie szepcze mi do ucha. Zdradziecki dreszcze elektryzuje całe moje ciało. - Powiedz, że też mnie kochasz... Tak bardzo chcę to usłyszeć... - ociera się swoimi ustami o wrażliwą skórę na mojej szyi.
- Przestań... Proszę...
- Powiedz to, powiedz że mnie kochasz – żąda.
- Ja...
- Powiedz... Chcę to od ciebie usłyszeć... Teraz! - przyciąga mnie jeszcze bliżej siebie, choć wydawało mi się to niemożliwe.
- Puść...
- Powiedz „kocham cię”... - sięga dłońmi do guzików mojej koszuli i zaczyna za nie szarpać.
- Nie... Nie rób tak – próbuję go odepchnąć. Czuję się tak, jakbym w ułamku sekundy został pozbawiony całej siły. Moje ciało decyduje za mnie, poddając się ciepłemu dotykowi.
- Za długo czekałem... Nie widziałem cię przez trzy tygodnie! Pieprzone trzy tygodnie! Nie odwiedziłeś mnie ani razu! Dlaczego?! Masz pojęcie jak się czułem?! Rodzice przysięgali, że to nie ich wina. To twój ośli upór, prawda? Umieściłeś mnie w jakiejś odległej klinice tylko po to, by się mnie pozbyć? O to ci chodziło, Will? Ale nic z tego. Wypisałem się na własne żądanie, wsiadłem do samolotu i wróciłem do domu. Tu jest mój dom, przy tobie. Już nie pamiętasz?! - puszcza mnie i obraca, abym spojrzał mu prosto w oczy. - Odpowiedz! - krzyczy, potrząsając mną.
- Nie powinieneś opuszczać kliniki bez zgody lekarza.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?! Żartujesz sobie ze mnie, prawda?! - z każdą chwilą jest coraz bardziej wściekły. Dalej, mały... Stać cię na więcej... Znienawidź mnie...
- William! Mówię do ciebie! Dlaczego zostawiłeś mnie samego?! Nie kochasz mnie już?
Właśnie, mógłbym powiedzieć, że już go nie kocham, ale nie potrafię. To byłoby gorsze niż bluźnierstwo...
- Will...! Powiedz coś! Dlaczego nie przyjechałeś mnie odwiedzić? Dlaczego do mnie nie dzwoniłeś? Odchodziłem od zmysłów. Myślałem, że oszaleję! Masz pojęcie jak się czułem?! Will! - jego szczupłe palce zaciskają się na moich ramionach. Z każdą sekundą rośnie irytacja. Wierzę w to, że jeszcze chwila a chłopak naprawdę poczuje do mnie tylko pogardę, bo dopuściłem się tych wszystkich straszliwych czynów, które teraz mi wypomina.
- Przepraszam... Przepraszam...
- Za co mnie przepraszasz?!
- Nie umiałem cię obronić... Przeze mnie omal nie zginąłeś... To wszystko moja wina... Tylko i wyłącznie moja. Możesz mnie oskarżać i nienawidzić. Masz do tego pełne prawo.
- Will... O czym ty mówisz? Przecież nie zrobiłeś nic złego... To nie ty prowadziłeś auto, a Alden! To nie ma  z tobą nic wspólnego. Proszę, spójrz na mnie, William!
Niechętnie spełniam jego prośbę, unosząc wzrok. Jest piękny... Jego oczy błyszczą znacznie intensywniej z powodu odczuwanego gniewu. Kiedy widziałem go po raz ostatni leżał nieprzytomny w moich ramionach. Wtedy byłem pewny, że go straciłem... Ból, który odczuwam jest tak silny, że kulę się w sobie.
- Will... - szepcze drżącym głosem, obejmując mnie mocno. - Już dobrze, już jest dobrze... - powtarza bez końca. A ja mu wierzę.
Leżymy w łóżku, w całkowitej ciemności. Jestem oparty o zagłówek, a Daniel trzyma głowę na mojej klatce piersiowej. Nasze prawe dłonie są mocno splecione od chwili, gdy zostałem wzięty za rękę i przyprowadzony do naszego cichego, bezpiecznego miejsca. Choć nieco się waham nad tym gestem, wolną dłonią zaczynam głaskać go po jasnobrązowych włosach. Oddycha równo i spokojnie, zupełnie jakby spał, lecz dobrze wiem, że jest pochłonięty swoimi myślami, tak samo jak ja.
- Kocham cię... - powtarza po raz kolejny, przełamując ciszę między nami.
- Ja też cie kocham.
- Ja ciebie bardziej – unosi nieco twarz, by spojrzeć mi w oczy.
- Niemożliwe – odpowiadam na uśmiech, którym mnie obdarza.
- Udowodnij.
- Co mam zrobić? Dobrze wiesz, że zrobię wszystko.
- Wszystko? Jesteś pewny? - droczy się ze mną, unosząc wyżej.
- Wszystko – potwierdzam.
- Powiedz, że mnie kochasz – prosi, sięgając ustami do moich ust.
- Kocham... - scałowuje to wyznanie, pogłębiając pocałunek. Jego puls gwałtownie przyspiesza. Uwalniam dłonie i obejmuję go mocno, popychając na poduszki.
- Kochaj mnie... Teraz... Jutro... Za rok... Za dziesięć lat... Kochaj mnie... - jego ramiona owijają się wokół mojej szyi, a nogi obejmują ciasno za biodra. Jest blisko, ale to nadal za mało...
- Kocham... - próbuję go pocałować, lecz mnie powstrzymuje.
- Dlaczego pozbyłeś się moich rzeczy z mieszkania? Przecież nie powiesz mi, że zniknęły w magiczny sposób. Co się z nimi stało?
- Przewiozłem wszystko do domu na wsi. Pomyślałem, że jeśli wrócisz, to będziesz potrzebować spokoju i odpoczynku.
- Znowu chcesz zostawić mnie samego? - robi smutną minę doskonale zdając sobie sprawę, że ma mnie w garści. Zrobię co w mojej mocy, aby był szczęśliwy.
- Nie byłbyś sam. Wujek Harry obiecał, że się o ciebie zatroszczy – tłumaczę mu.
- To bardzo miłe z jego strony, ale nie potrzebuję jego, a ciebie. Tylko ciebie. Masz rację. Jestem w nie najlepszym stanie. Ktoś musi się mną zająć, rozpieszczać, spełniać zachcianki, zaspokajać...
- To praca na cały etat – zaczynam się śmiać.
- Nie zapominaj o nadgodzinach, świętach oraz wszystkich weekendach – wylicza, dotykając opuszkami moich policzków.
- Masz szczęście, że jestem pracoholikiem i potrafię zatracić się bez reszty.
- Teraz już rozumiesz dlaczego wybrałem właśnie ciebie? Kocham cię, Will. Na zawsze.
- Na zawsze – powtarzam po nim, przypieczętowując umowę pocałunkiem.

piątek, 7 października 2016

Rozdział XVII


Szkolne opowieści: Mój uczeń- opowiadanie yaoi (część II)


- Wszystko w porządku? - siadam na wprost chłopaka, starając się zachowywać naturalnie. Nie pozwolę, by uczucia wzięły górę i pozbawiły mnie rozsądku.
- Tak – szepcze cicho w odpowiedzi, lecz nie unosi wzroku.
- Nie sądziliśmy, że zdobędzie się pan na odwagę i przyjdzie – kobieta od razu postanawia bezlitośnie zaatakować.
- Dlaczego miałbym nie przyjść? Zależy mi na Danielu i...
- Proszę darować sobie szczegóły. Razem z mężem nie chcemy tego słuchać! - chociaż nie podnosi głosu, to nie da się ukryć, iż pogarda w jej tonie jest aż nazbyt czytelna.
- Kochanie, nie denerwuj się – mąż próbuje ją uspokoić. Mało mnie obchodzą rozgrywki między nimi. Być może uważają, że odgrywanie „złego i dobrego policjanta” wywrze na mnie wrażenie. Nie tym razem, moi drodzy...
- Jak możesz być taki spokojny?! Przecież ten mężczyzna wykorzystuje naszego syna!
- Nikt nikogo nie wykorzystuje – patrzę prosto w oczy ziejące gniewem. Zaskoczenie od razu ustępuje nienawiści, którą do mnie odczuwa. Jest gorzej niż myślałem...
- Jak pan śmie! Po tym, jak uwiódł pan naszego syna...!
- On mnie nie uwiódł, mamo! – dodaje Daniel, nie przestając wpatrywać się w obrus.
- Czy to się państwu podoba, czy nie, Daniel i ja bardzo się kochamy i będziemy razem.
- Po moim trupie! - uderza drobną dłonią w stół.
- Kochanie, proszę cię... – mąż przykrywa jej dłoń swoją dłonią. - Mieliśmy spokojnie porozmawiać i postarać się wszystko odkręcić, pamiętasz? - Odkręcić? To znaczy, że będą próbować usunąć mnie z jego życia! - Panie Anderson, rozmawialiśmy długo z synem o sytuacji, w której się obecnie znajduje. Chcielibyśmy z całą stanowczością zaznaczyć, że jesteśmy przeciwni waszej relacji. Postanowiliśmy także zabrać syna z powrotem do domu. Przebywanie w pańskim towarzystwie ma na niego bardzo zły wpływ! - mocno akcentuje ostatnie słowa, aby pokazać, że podjęli decyzję, którą zawdzięczam ich autorytarnej władzy nad synem.
- Tego właśnie chcesz? Wracasz z rodzicami? - kieruję moje pytanie bezpośrednio do źródła naszego sporu, lecz Daniel uparcie milczy. - Spójrz na mnie – proszę pełen najgorszych obaw. Jeśli będzie chciał z nimi wrócić, nie ma dla nas nadziei...
- Nigdzie nie jadę – odpowiada ponuro. - Kocham Williama. Przy nim jest teraz mój dom.
- Ty chyba nie mówisz tego poważnie! Przecież razem z tatą wszystko ci wytłumaczyliśmy, prawda? - matka nie ustępuje.
- Synu, zastanów się. Pakując się w związek z innym mężczyzną przekreślasz swoje szanse na karierę!
- Jestem innego zdania – przerywam jego ojcu. - Moja firma świetnie sobie radzi, a współpracownicy szanują i nie wnikają w moje życie prywatne, z którego nie robię żadnych tajemnicy.
- Nie ma się czym chwalić, ma pan zaledwie połowę pakietu akcji...
- 76% - informuję go, nie kryjąc satysfakcji. Otwiera nieznacznie usta, lecz po chwili rezygnuje z komentowania tego faktu. - Akcje są sporo warte. Stać mnie, by zatroszczyć się o przyszłość Daniela, jeśli o to państwu chodzi. Może robić co tylko zechce, nie martwiąc się o pieniądze.
- Daniel nie potrzebuje pańskich pieniędzy. Przekażemy mu naszą firmę – zapewnia pośpiesznie.
- Jeśli sam wcześniej jej nie kupię – drwię brutalnie, bo poruszanie kwestii finansowych w takiej chwili obraża mnie bardziej, niż gdyby mnie uderzył. Zazwyczaj nie zachowuję się w taki sposób, ale to walka na śmierć i życiem, którą muszę wygrać!
- A jego przyszłość? Rodzina? Dzieci? - drąży kobieta.
- Wszystko zależy od Daniela – uśmiecham się lekko. - Jest młody i sam wybierze jak ma wyglądać reszta jego życia.
- Proszę przestać mącić mu w głowie, panie Anderson! Dla pana to tylko zabawa, ale stawką jest szczęście i...!
- Doskonale wiem, o co państwu chodzi. Zapewniam, że dążymy do tego samego. Bardzo kocham Daniela i jego szczęście jest moim priorytetem. Jednak w przeciwieństwie do państwa, nie zamierzam go do niczego zmuszać. Mam świadomość tego, że nasz związek będzie wystawiony na różne próby. Nie boję się tego. Potrafię zatroszczyć się o tych, których kocham.
- Co pan może o tym wiedzieć?! Przecież jest pan sam jak palec! Nie ma pan ani rodziców ani rodzeństwa! Wychowywali pana krewni, którzy...
- … którzy bardzo mnie kochali. To prawda, wcześnie zostałem sierotą. Nie znaczy to jednak, że nie zależy mi na rodzinie. Wierzę, że Daniel i ja jesteśmy sobie przeznaczeni.
- To jakaś kpina! - tym razem to ojczulek nie wytrzymuje napięcia, które zdaje się tak intensywne, że z trudem oddycham. - Omotał go pan, naopowiadał mu jakichś bzdur, ale my na to nie pozwolimy! Daniel ożeni się z Laurą i...
- Z Laurą? - przenoszę spojrzenie z rozwścieczonego mężczyzny na mojego chłopaka. - Kim jest Laura?
- Laura była jego dziewczyną przez ponad dwa lata. Rozstali się krótko przed wyjazdem syna do Chin – podpowiada mi. - Jak rozumiem, nic pan o niej nie wiedział.
- Danielu? - zwracam się do zielonookiego, licząc na to, że uwaga jego ojca wyrwie go z odrętwienia.
- To prawda, byłem chłopakiem Laury, ale nie kochałem jej. Chodziłem z nią, bo rodzice nie dawali nam spokoju. Nigdy nawet jej nie pocałowałem. Wierzysz mi? - wpatruje się we mnie z desperacją.
- Tak, wierzę ci – odpowiadam automatycznie. Przygryza mocno dolną wargę, która lekko mu drży.
- Prosiłem, by ci o tym nie mówili, bo to nic nie znaczyło, ale mama i tata jak zawsze okazali mi swoje wsparcie – gorzki ton jego głosu sprawia, że robi mi się go żal. - Kocham tylko ciebie – spogląda mi nieśmiało w oczy.
- Wiem – uśmiecham się do niego, by dodać mu pewności siebie.
- Jak możesz kochać innego mężczyznę?! To chore! Ostrzegam cię synu, jeśli nie przerwiesz tej błazenady i nie wrócisz z nami do domu, nigdy więcej się nie spotkamy! - używa argumentu, którego najbardziej się obawiałem. Nie chcę, aby z mojego powodu Daniel stracił rodziców.
- Mamo, kocham ciebie i tatę bardzo mocno. Zawsze byłem w was mocno zapatrzony. Imponowaliście mi osiągając kolejne sukcesy. Dzięki wam wiodłem bezpieczne i dostatnie życie. Jednak pieniądze to trochę za mało. Czułem się bardzo samotny, a czasami wręcz porzucony. Brakowało mi waszego wsparcia, dobrego słowa... Brakowało mi was. Masz rację, nigdy nie sądziłem, że pokocham innego mężczyznę, ale stało się. Jeśli nie będziecie chcieli utrzymywać z nami kontaktu, zrozumiem i nie będę się wam narzucać. Liczyłem jednak na to, że dacie nam szansę. Will jest cudowny. Chciałbym, abyście bliżej go poznali, bo moglibyście wiele się od niego nauczyć. Nigdy nie spychał mnie na boczny tor. Zawsze byłem najważniejszy. Poświęcał mi czas, zazwyczaj swoim kosztem... Był przy mnie nawet wtedy, gdy stracił dziadka, który go wychował, bo ja tego chciałem. Wydawało mi się, że właśnie tak powinno być. Chciałem, więc dostawałem. Wychowaliście zwykłego egoistę, zapatrzonego w siebie, rozkapryszonego dzieciaka... Tak naprawdę dopiero od niego nauczyłem się co to znaczy kogoś kochać. Dał mi coś znacznie cenniejszego niż pieniądze czy przedmioty. Dał mi siebie. Nie sądziłem, że do tego dojdzie, ale jeśli każecie mi wybierać, wybiorę jego. Proszę, nie każcie mi tego robić – jego oczy zachodzą łzami.
- Synu... - mężczyzna podrywa się ze swojego miejsca, podchodzi do Daniela i przytula go do siebie. - Przepraszam – szepcze w jego włosy. - Bardzo cię przepraszam – łzy płyną po jego policzkach, lecz się ich nie wstydzi. - Przepraszam... - powtarza bez końca.
- Tato... Nie płacz... - prosi cicho Daniel.
- Masz rację. Byliśmy tak zapatrzeni w to, by zapewnić ci dobre życie, że w tej pogoni zapomnieliśmy o tobie, a ty zawsze byłeś i jesteś dla nas najważniejszy. Postaramy się to naprawić, zobaczysz. Prawda, kochanie? - zwraca się do żony, która nadal jest w szoku z powodu niespodziewanego obrotu sytuacji.
- Ja... - oczy kobiety błyszczą tym samym blaskiem, który często widzę u Daniela, gdy targają nim silne emocje.
- Nie musisz nic mówić, mamo. Rozumiem – chłopak uwalnia się z objęć ojca, podchodzi do swojej matki i całuje ją w policzek. - Będę za tobą bardzo tęsknił – uśmiecha się przez łzy. - William... Wychodzimy.
- Zaczekaj! - przytula się do niego. Ramiona Daniela ostrożnie obejmują jej drobne ciało. Mój mały... Bardzo dorosłeś przez ostatnie cztery lata...
Gdy wszystkie łzy zostają już wylane, tata Daniela przywołuje kelnera.
- Poprosimy coś mocniejszego, najlepiej całą butelkę.
- Już podaję, proszę pana – dyskretnie wręcza zapłakanej kobiecie paczkę chusteczek, po czym odchodzi.
- Przez te wszystkie dramaty, które sobie zafundowaliśmy, zgłodniałem. Chętnie zjadłbym kolację, co wy na to? - spogląda na naszą trójkę z nadzieją.
- Mamo? - obserwuję jak przesuwa w dłoniach szklaneczkę z alkoholem, który ja z trudem przełknąłem.
- W sumie... Czemu nie? – obdarza syna ciepłym uśmiechem.
Podczas kolacji atmosfera jest nieco sztywna, choć tata Daniela stara się rozluźnić atmosferę zamawiając coraz kolejne trunki.
- Kochanie, rano mamy samolot – upomina go małżonka.
- To odwołamy. Chcę więcej czasu spędzić z synem.
- Zostaniecie?! Naprawdę?! - twarz małego rozjaśnia się uśmiechem.
- Nie widzieliśmy jeszcze gdzie pracujesz ani gdzie mieszkasz.
- Musicie koniecznie przyjść do firmy! Will niesamowicie wszystko zorganizował, a projekt, który teraz realizujemy...
- No cóż, jeśli to nie problem, to chętnie obejrzę twoją firmę od kuchni, Williamie – uśmiecha się do mnie.
- Będzie mi bardzo miło. Osobiście wszystko państwu pokażę.
- Czyli postanowione! Cieszysz się, kochanie?
- Mam nadzieję, że nie będziemy przeszkadzać - lekki, choć nadal nieco nerwowy uśmiech pojawia się na idealnej twarzy jego małżonki.
- Gdybyście zostali nieco dłużej, to może wujek Harry dałby się namówić na niedzielny obiad. Jak sądzisz, Will?
- Synu, kim jest wujek Harry? - matka sprowadza Daniela na ziemię.
- To najbliższy krewny Williama. Zwiedził cały świat i tak się składa, że kupiłaś wszystkie jego książki.
- Harry Anderson jest twoim wujkiem?! - jej policzki okrywają się subtelnym różem.
- William często towarzyszył mu podczas jego wypraw. Will, może moglibyśmy zaprosić rodziców do twojego domu za miastem?
- To bardzo dobry pomysł. Wujek z pewnością się ucieszy. Niedawno ogłosił, że przechodzi na emeryturę i zamierza skupić się na pisaniu. Moglibyśmy pojechać na wieś jutro po południu. Jedno popołudnie to za mało, by obejrzeć wszystkie skarby, które zgromadził – wujku Harry, liczę, że nie będę tego żałować...
- Dom za miastem? Harry Anderson? Czym jeszcze nas zaskoczysz, Williamie – rozmarza się,  bacznie obserwując.
- Mamo, Will nie ma zwykłego domu, a prawdziwy zamek! - Daniel nie umie trzymać języka za zębami.
- Zamek? - kobieta zaczyna chichotać. - Robi się coraz ciekawiej.
- Daniel nieco przesadza, to nie zamek - próbuję się bronić.
- Wujek Harry rozbudował jedno ze skrzydeł na swoją pracownię. Są tam tysiące zdjęć z jego wypraw. Musicie je obejrzeć!
- Zawsze marzyłam, by poznać Harryego Andersona osobiście, ale możliwość obejrzenia zdjęć, których nie widzieli inni... Z przyjemnością wybierzemy się na wieś, prawda? - kieruje swoje pytanie do męża, który od razu przytakuje.
- To jeszcze nic! Tato, musisz zobaczyć samochód Williama, który dostał ostatnio na urodziny!
- Daniel, proszę cię... – staram się zapanować nad coraz mocniej nakręconym blondynem.
- Nie mówiąc już o apartamentowcu, w którym mieszkamy! Może pójdziemy tam po kolacji? Proszę, mamo, zgódź się, to niedaleko stąd – za późno... stracił kontakt z rzeczywistością.
- Jeśli to cię uszczęśliwi, synku – jej uśmiech mówi mi znacznie więcej niż tysiące jej słów. Wiem, że nadal jest sceptycznie nastawiona, lecz bardzo się stara. Dla Daniela. Ja też będę się starać. Zrobię co w mojej mocy...
- Więc tu mieszkacie? - ojciec uważnie ogląda szklaną budowlę, obejmując jednocześnie ramieniem żonę.
- Na najwyższym piętrze. Prawda, że robi wrażenie? Moimi sąsiadami byli Lucas i Patric Cheng – nie powinieneś był tego mówić, bo od razu czuję na sobie karcące spojrzenie rodzicielki. - Mamo, coś nie tak?
- Nie, wszystko w porządku. Chodźmy obejrzeć to cudo – wzdycha, kierując się w stronę wejścia. Pozwalamy im nieco się wyprzedzić. Daniel uśmiecha się do mnie zadowolony.
- Wiedziałem, że ich oczarujesz. Nie byłem pewny jak, ale zawsze mogę... - nie kończy tego zdania. Spogląda na samochód, który parkuje za moimi plecami. Radość w jego oczach zamienia się w przerażenie. Rzuca się w moją stronę i popycha z całej siły w bok. Nim zdążyłem zareagować, słyszę tylko huk, a po chwili ostry dźwięk, oznaczający gwałtowne hamowanie. Siła uderzenia sprawia, że odbija się od maski i upada na ziemię kilka metrów dalej.
- Mały! - krzyczę, podrywając się z chodnika i biegnąc w kierunku nieprzytomnego chłopaka. - Otwórz oczy! Słyszysz?! Otwórz oczy! - błagam go.
- Will! Przepraszam... Ja nie chciałem go uderzyć! Celowałem w ciebie! Nie myślałem, że on cię odepchnie! Przepraszam! - głos spanikowanego Aldena miesza się z płaczem matki Daniela. Zbiegają się ludzie, którzy byli świadkami wypadku. Z oddali słychać sygnał nadjeżdżającego pogotowia... Ale ja tego nie widzę... Nie słyszę... Nie potrafię oderwać wzroku od chłopaka, który bezwładnie leży w moich ramionach...

wtorek, 4 października 2016

Rozdział XVI


Szkolne opowieści: Mój uczeń- opowiadanie yaoi (część II)


- Nie jesteś gotowy?! - popędzam Daniela, który ociąga się jak tylko może.
- Już idę, nie marudź tak – powtarza po raz kolejny, próbując okiełznać swój krawat.
- Jeszcze nie jest za późno. Odwołaj kolację! – staram się, by ton mojego głosu brzmiał jak najspokojniej, chociaż w środku cały się trzęsę ze zdenerwowania, które przed nim ukrywam.
- Nie! - protestuje gwałtownie, posyłając mi gniewne spojrzenie. - Obiecałeś, że będziesz mnie wspierać! - wypomina.
- Mały... Moje obietnice nie mają tu nic do rzeczy. Po prostu uważam, że podjęta przez ciebie decyzja nie została przemyślana. Nie zmuszaj się do czegoś, co zaważy na reszcie twojego życia, skoro nie jesteś pewny.
- Jestem pewny! Kocham cię jak jasna cholera, więc nie mów tak! - podbiega do mnie i całuje mocno w usta. - Od razu lepiej – mruczy po chwili, łapiąc oddech.
- Cokolwiek się stanie, będę na ciebie czekał. Zawsze...
- To brzmi jak pożegnanie – odcina mi się cierpko, gdy opieram się czołem o jego czoło.
- Przecież wiesz, że nie o to mi chodziło – przymykam powieki, by cieszyć się jego bliskością.
- Chcesz się mnie pozbyć? Zabawiłeś się, a teraz wmawiasz mi, że lepiej mi będzie bez ciebie? O to ci chodzi, Will?
- Nie będę tego słuchać. Twoja taksówka czeka na dole. Nie spóźnij się! - wychodzę z mieszkania, trzaskając drzwiami. Zanim udaje mi się uciec do windy, Daniel wpycha mnie do środka. Jego wygłodniały wzrok pali moją skórę. Chyba nigdy nie spędzimy w łóżku wystarczającej ilości czasu. Chcę go... Teraz. Natychmiast!
- Kocham cię i zrobię wszystko, abyś został przez nich zaakceptowany – szepcze w moje usta pomiędzy pocałunkami.
- Mam ciebie, na niczym więcej mi nie zależy – odpowiadam, przyciągając go bliżej. - Zatrzymaj windę – proszę, lecz jest już za późno.
- Wracamy na górę? - pyta z nadzieją w głosie. - Moglibyśmy zamknąć się jeszcze na chwilę w mieszkaniu... Ściągnąć z ciebie ciuchy i...
- Spóźnisz się na lotnisko – przesuwam kciukiem po słodko spuchniętej dolnej wardze chłopaka.
- Nic mnie to nie obchodzi. Pragnę cię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – próbuje zamknąć drzwi windy, lecz go powstrzymuję.
- Poczekaj do wieczora. Przed nami cała noc.
- Nie będę czekać! - desperacja w jego oczach mówi mi znacznie więcej niż tysiące słów.
- Ja też cię pragnę, mały... - nie czekając, przesuwa na oślep palcami po panelu, abyśmy się znowu znaleźli na swoim piętrze.
- Pognieciesz mi garnitur – zaczynam się śmiać, gdy ściąga ze mnie marynarkę i rzuca na podłogę w salonie.
- Ubierzesz inną – szarpie za guziki koszuli, które nie chcą z nim współpracować.
- Rodzice nie będą zadowoleni, jeśli nie pojawisz się na lotnisku na czas.
- Więc nie traćmy ani chwili więcej – wpija się w moje usta, jakby od tego pocałunku zależało jego życie.
- Bądź grzeczny – proszę.
- Muszę cię mieć, Will – popycha mnie na sofę w salonie. - Wieczorem, gdy będzie już po wszystkim, wynagrodzę ci ten pośpiech, ale teraz... – rozpina pasek moich spodni – Ja... muszę!
- Wiem - pomagam mu się rozebrać.
Wystarczy zaledwie kilka długich sekund, by poczuć go w sobie. Otula mnie ciasno ramionami, całując po karku, splatając nasze palce... Nie jest delikatny, ale wcale tego nie wymagam.
- Uwielbiam cię – parzy wrażliwą skórę za uchem swoim gorącym oddechem. - Powiedz... Powiedz, że jest ci tak samo dobrze, że pragniesz tylko mnie...
- To zawsze będziesz tylko ty – chociaż dochodzę, to nie umiem wyzbyć się bólu, który przeszywa mi serce...
Znowu ubieram się w pośpiechu. Daniel uśmiecha się do mnie figlarnie, gdy udajemy się przed budynek.
- Widzisz, nie jest tak źle! Mam jeszcze całe pół godziny!
- Zazdroszczę. Powinienem być już dawno w biurze...
- Nie szkodzi. To ja mam władzę nad tobą i...
- Danielu – szepczę mu do ucha. - Naprawdę łudziłeś się, że już zawsze pozwolę ci być górą? - zostawiam go zaskoczonego i odchodzę w kierunku zaparkowanego samochodu.
- William! - woła za mną.
- Do wieczora – macham mu na pożegnanie, wsiadając do auta.

Każda minuta wydaje mi się być wyjątkowo cenną. Skrupulatnie odliczam czas, mając świadomość, że równie dobrze to mogło być nasze ostatnie spotkanie, ostatni pocałunek, którego smak czuję nawet teraz... Ciekawe czy już im powiedział? A może zaczeka do kolacji?
- Will, możemy pogadać? - Lucas wyrywa mnie z zamyślenia.
- Jasne, wejdź – wskazuję mu fotel po przeciwnej stronie biurka.
- Coś się stało? Przez chwilę wyglądałeś na przerażonego – jego ciemnoczekoladowe oczy starają się przebić przez tarczę, za którą się dziś chowam.
- Nie, wszystko w porządku – odpowiadam automatycznie.
- Przestań pieprzyć! – irytuje się równie szybko jak ja. Nawet tak drobna rzecz zdradza podobieństwo między nami.
- Przyjechali rodzice Daniela. Wieczorem mamy się poznać...
- O stary, sprawa grubszego kalibru, ale dasz radę. Oczarowałeś tatusia, który jest w tobie zakochany od chwili, gdy zabawiłeś się w bohatera odbierając poród. Ogarniesz temat, zobaczysz.
- Wujek Harry też tak uważa – przypominam sobie chwile spędzone w jego towarzystwie.
- Słuchaj wujaszka, jest mądry. Ja również zamierzam skorzystać z jego porady.
- Tak? - dziwię się. - Czym błysnął tym razem?
- W sumie nie powiedział mi tego wprost, po prostu usłyszałem niewielki fragment waszej rozmowy, a potem wszechświat upewnił mnie w słuszności tej decyzji, zsyłając nowy kawałek Britney.
- Żartujesz, prawda? - słyszałem już wiele różnych rzeczy, ale to...
- Masz mi za złe, że podsłuchiwałem? Przepraszam, to było niechcący.
- Nie o to mi chodziło... - chciałbym jeszcze coś dodać, ale Lucas zaczyna nucić.

„No shame in the game
Just cut the shit, be honest...”

- Potem brzmi bardziej seksownie, bo robi takie „oooh, oooh, oooh”!
- Wierzę ci na słowo.
- Nie wyglądasz na przekonanego – podpiera głowę ręką.
- Bo to dla mnie zupełna nowość – aż trudno mi dobrać słowa.
- Wiem, też byłem zaskoczony, ale to znak! Mówię ci, to cudowna ingerencja w moje życie. Modlitwy zostały wysłuchane! - ekscytuje się.
- A o czym dokładnie mówimy? - delikatnie staram się obejść temat, by lepiej go zrozumieć. Czy to czas na poważną rozmowę z Patriciem o zachwianej psychice jego brata?
- O wynajęciu prywatnego detektywa! Chcę poznać odpowiedzi i spojrzeć w twarz temu komuś! Mówiłeś wujkowi, że znasz kogoś zaufanego.
- To prawda – przeczesuję włosy palcami, zastanawiając się czy to się dzieje naprawdę, czy też nadal śnię. Zaczynam się szczypać w udo. Boli. To nie sen. Lucas serio zamierza zawierzyć Britney swój los...
- Jeśli to nie problem, to będę wdzięczny za numer telefonu do tego gościa. Zatrudnię go!
- To kobieta – informuje zafascynowany sposobem w jaki od podsłuchiwania i muzyki pop zgrabnie przechodzimy do szpiegowania.
- Kobieta? To nawet lepiej! – uśmiecha się smutno. - Will, ja dłużej tego nie wytrzymam. Muszę wiedzieć kim jest ta osoba, bo oszaleję. Nie umiem myśleć o niczym innym...
- Proszę – podaję mu wizytówkę, którą wyciągam z szuflady.
- Czyli cała moja nadzieja w... Felicji? Bardzo oryginalne imię.
- Lucas... Jesteś tego pewny? A co, jeśli okaże się, że Patric i ta osoba...
- Ciekawe czy Felicja może odszukać adres Britney? Powinienem wysłać jej wielki bukiet kwiatów. Gdyby nie ona, nigdy bym się nie zdecydował! – zastanawia się na głos, jednocześnie wstając z fotela. - Daj mi znać w jaki sposób oczarowałeś rodziców. Ta wiedza może się okazać bezcenna. Pójdę już. Chcę jak najszybciej poznać Felicję.
- Powodzenia.
- Tobie też – zamyka za sobą drzwi nie odrywając wzroku od białego kartonika, który ściska w dłoni. Może ja także powinienem zacząć słuchać Britney?
- Bell! Do mnie! - krzyczę do megafonu, nie kłopocząc się używaniem interkomu.
- Szefie, twoje wezwanie to dla mnie zaszczyt! Mów, a spełnię wszystkie zachcianki. Oczywiście w granicach rozsądku – reflektuje się i lekko rumieni.
- Pójdziesz do sklepu i coś mi kupisz. Natychmiast!
- Szefie, rozmawialiśmy już o papierosach, prawda? Jeśli potrzebujesz wsparcia, to dobry terapeuta...
- Przyniesiesz mi wszystkie płyty Britney Spears. Teraz!
Jego oczy robią się olbrzymie ze zdziwienia, a usta poruszają niemo.
- Tej Britney?
- Tak. Pośpiesz się. Chcę je mieć najszybciej jak się da!
- Już lecę, na jednej nodze... - rzuca, zachowując się tak, jakby prowadził ze sobą dialog o tym, czy oszalałem, czy piłem. Nie wiem do jakich dochodzi wniosków, lecz jakiś czas potem niewielki stosik, posegregowany chronologicznie, pojawia się na moim biurku. Próbowałem wszystkiego...
Do końca dnia jestem pochłonięty obowiązkami. Nie mam kiedy odpakować mojej nowej kolekcji. Zgarniam ją do papierowej torby i wrzucam do szuflady, spiesząc się do taksówki, która od kilkunastu minut czeka na mnie pod siedzibą firmy. Po raz ostatni przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. W ostatniej chwili ubrałem jeden z najlepszych garniturów, które trzymam w biurze „na wszelki wypadek”. Wyglądam i czuję się w nim jak biznesmen, który zamierza negocjować najważniejszy kontrakt w życiu. Nie stracę cię, mały...
Przez cały dzień Daniel nie odezwał się do mnie ani słowem. W końcu nie wytrzymałem i zadzwoniłem do niego. Nie odebrał. Po chwili przysłał mi wiadomość, że spotykamy się o 18:00 w restauracji. Dwie godziny szybciej... Albo jego rodzice są tak zachwyceni, że nie mogą doczekać się spotkania, więc postanowili przyspieszyć kolację albo... Dlaczego wszechświat nie wysyła mi żadnych sygnałów tak jak Lucasowi? Przecież ja także jestem w potrzebie... Jedyne co słyszę, to narzekania taksówkarza na deszcz i korki. Spóźnię się... Tylko tego brakowało... Poprosiłem, aby włączył radio, lecz nie słyszę żadnego przekazu z zaświatów. Wprost przeciwnie. Słowa piosenek dotyczą wyłącznie nieszczęśliwej miłości, a to nie ma z nami nic wspólnego.
Kilka minut po osiemnastej nabieram powietrza głęboko w płuca i powoli wypuszczam, dodając sobie otuchy. Popycham lekko szklane drzwi, które nie stawiają żadnego oporu. Pojawia się elegancki kelner, który prowadzi mnie do stolika.
Pierwszą zauważam mamę Daniela, która ma na sobie bordową sukienkę, podkreślającą jej idealną figurę. Obok niej siedzi jej mąż. Obydwoje nic się nie zmienili od czasu naszego poprzedniego spotkania, gdy bez zapowiedzi wtargnąłem do ich mieszkania.
- Dobry wieczór – witam się, wdzięczny za to, że głos nie odmawia mi posłuszeństwa. Daniel podnosi na mnie smutny wzrok. Uśmiecham się do niego, lecz nie odpowiada mi tym samym, wpatrując się tempo w biały obrus.
- Czekaliśmy na pana, panie Rice, a właściwie Anderson – odzywa się jego ojciec, wstając powoli ze swojego miejsca, by uścisnąć moją dłoń. - Proszę usiąść. Musimy poważnie porozmawiać.

niedziela, 2 października 2016

Rozdział XV


Szkolne opowieści: Mój uczeń- opowiadanie yaoi (część II)

 

- Will, mam do ciebie taką małą, lecz nietypową prośbę. Liczę jednak na to, że się zgodzisz.
- Skoro wujek tak mówi, to zamieniam się w słuch – uśmiecham się do starszego mężczyzny, który od kilku godzin przygląda mi się badawczo.
- Wiem, że zarezerwowałeś już stolik w restauracji, ale czy moglibyśmy zjeść kolację w domu?
- Ma wujek na myśli moje mieszkanie? Nie ma sprawy. Będzie mi bardzo miło.
- Nie. Chciałbym, abyśmy pojechali do domu. Dawno tam nie byłem, a biorąc pod uwagę twój zawrotny tryb życia, jestem pewny, że ty także unikasz odwiedzin.
- Nie unikam. Rzadko tam jeżdżę, przyznaję, ale to dlatego, że dom jest teraz taki pusty. Po śmierci dziadka cisza, która w nim panuje jest nie do wytrzymania... – przyznaję niechętnie.
- Być może moja prośba nie jest ci na rękę, ale zależy mi na tym – kładzie mi rękę na ramieniu oczekując mojej zgody.
- Zadzwonię do gospodyni i uprzedzę ją o naszym przyjeździe.
- Będziemy sami? A Daniel?
- Nie musi mi wujek o nim przypominać. Tak, zaprosiłem go, bo bardzo bym chciał, abyście się lepiej poznali.
- Więc w czym problem?
- Nigdy wcześniej nie był w tym domu, a ja... - zamyślam się na chwilę. Gdy byłem jego nauczycielem, mieszkałem tam razem z dziadkiem. Bardzo chciałem przedstawić mu Daniela, ale dziadek zaczął chorować. Czekałem na lepszy moment, który nigdy nie nadszedł... - Daniel w naszym domu... To nawet dla mnie brzmi nieco abstrakcyjnie.
- Jeśli tego nie chcesz, to możemy pójść do restauracji.
- Chcę, bardzo chcę. Kocham go i...
- To, że go kochasz wiem od dawna, więc nie musisz mi się tłumaczyć. Zacznij od tego, próbujesz przemilczeć, to może wspólnie znajdziemy jakieś rozwiązanie – obserwuję jak wujek rozsiada się wygodnie na fotelu w moim gabinecie i ani na chwilę nie spuszcza za mnie wzroku.
- Przed wujkiem nic się nie ukryje... - wzdycham.
- To prawda – zaczyna się śmiać. - No dalej, mów co to jest.
- Chodzi o rodziców Daniela. Mam ich poznać w przyszłym tygodniu.
- To świetnie! Widzę, że sprawa nabiera rozpędu. Bardzo się cieszę, chłopcze.
- Nie ma z czego. Daniel powiedział tylko tyle, że przedstawi im osobę, którą kocha. Słowem nie wspomniał, że tą osobę jest inny mężczyzna – na chwilę pozwalam, by maska opanowania spadła z mojej twarzy. Im częściej o tym myślę, tym bardziej upewniam się w przekonaniu, że w przyszłym tygodniu stracę Daniela już na zawsze...
- Tego tak się boisz?! Chyba do reszty zgłupiałeś! - wyrokuje wujek Harry, przybierając groźną minę.
- Wujku, nic nie rozumiesz? To będzie dla nich szok. Ich kochany jedynak, który ma przed sobą świetlaną przyszłość, a w perspektywie przejęcie rodzinnej firmy...
- Bredzisz, mój chłopcze. Twoje wywody nijak się mają do rzeczywistości!
- Z całym szacunkiem, ale to nie do końca jest tak.
- Ja?! Ja nie rozumiem?! To ty niczego nie rozumiesz! Po pierwsze, kochacie się. To niezaprzeczalny fakt. Widać to chociażby w sposobie, w jaki na siebie parzycie.
- Ale...
- Nie przerywaj mi. Jeszcze nie skończyłem. Po drugie, jesteś młodym i bardzo obrotnym biznesmenem, który z roku na rok wyrasta na światowego potentata w branży IT. Jeśli rodzicom tego chłopaka zależy na jego świetlanej przyszłości, to nigdzie nie osiągnie więcej, niż przy twoim boku. A po trzecie, i to jest najważniejsze – wskazuje na mnie palcem – jesteś szalenie przystojny. Wystarczy jeden twój uśmiech, by powalić ich na kolana. Pochodzisz z dobrej i bogatej rodziny, masz kontakty na całym świecie. Prawda jest taka, że mógłbyś kupić sobie ten ich rodzinny biznes i nawet byś tego nie odczuł, prawda? Tak więc głowa do góry! Uśmiechaj się, praw komplementy jego mamie... Kobiety bardzo to lubią. Pamiętasz, przecież, nie raz cię uczyłem jak to się robi, prawda? Tylko nie mów o tym Bellowi, będzie mnie zadręczał bez końca. Potraktuj jego rodziców jako potencjalnych wspólników. „Negocjując zdobywasz to, co chcesz”. To słowa twojego dziadka, ale idealnie odzwierciedlają sytuację.
- A dzieci? Przecież nie będziemy ich mieć.
- Weź przykład ze mnie. Ja też nie mam dzieci, a doczekałem się wspaniałego syna.
- W ustach wujka cała ta sprawa brzmi znacznie bardziej optymistycznie...
- Bo taka jest prawda! Świat idzie do przodu. Jeśli ty i Daniel jesteście w sobie zakochani, jeśli wspieracie się i pomagacie sobie wzajemnie, to nikt nie ma prawa ingerować w wasz związek! Ja z pewnością nie będę tego robić. Masz moje pełne wsparcie i błogosławieństwo w tej sprawie. A teraz chodź tu i przytul wujka – uśmiecha się do mnie przez łzy. - I pamiętaj, wystarczy jeden telefon, a wkroczę do akcji. Oczaruję jego mamusię do tego stopnia, że będzie mi jadła z ręki!
- Jesteś kochany, wujku Harry. Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.
- To ja dziękuję, chłopcze. Przecież wiesz, że gdyby nie dziadek, który nigdy nie pozwalał mi rozpieszczać cię tak jak na to zasługiwałeś, miałbyś więcej pewności siebie, ale to się zmieni, zobaczysz. A teraz powiedz Danielowi, że nastąpiła zmiana planów i jedziemy świętować za miasto.
Słowa mojego „ojca” bardzo podniosły mnie na duchu. Jeśli wujek Harry twierdzi, że wszystko będzie dobrze, a on zazwyczaj ma rację, to tak właśnie będzie. Kocham Daniela ponad wszystko. Chcę z nim być. Pomogę mu w karierze, będę się o niego troszczyć. Jestem pewny, że nikt nie da mu więcej niż ja. Nie zrezygnuję z naszego związku. Będę walczyć, jeśli zmuszą mnie do tego okoliczności. I wygram.
Obserwuję przez chwilę mojego chłopaka. Rozmawia z dyrektorem działu reklamy. Jeszcze o tym nie wie, lecz już wkrótce przejmie jego obowiązki. Dyrektor poprosił mnie o rozwiązanie umowy. Chce przenieść się z rodziną do innego kraju, by móc opiekować się teściami, którzy podupadli na zdrowiu. Biorąc pod uwagę jego kreatywność, świetnie odnajdzie się na tym stanowisku. Muszę tylko poczekać aż ukończy staż w firmie pana Chenga, a potem... Już zawsze będziemy razem.
Wyciągam telefon i wysyłam mu wiadomość, prosząc o chwilę rozmowy. Wychodzę na klatkę schodową, gdzie dawniej przychodziłem palić. Wiem, że nie będę musiał długo czekać. Chłopak pojawia się dosłownie po chwili.
- Will, coś się stało?
- W sumie to nie. Chciałem ci tylko powiedzieć, że odwołałem rezerwację na dzisiejszą kolację. Nie pójdziemy do restauracji. Wujek nie ma na to ochoty.
- To z mojego powodu? - posyła mi smutne spojrzenie.
- Oczywiście, że nie – czochram go po jasnobrązowych włosach. - Kolację zjemy w domu.
- Oszalałeś?! Trzeba natychmiast jechać do mieszkania i posprzątać! Jak mogłeś zaprosić najbliższego krewnego do domu i nic mi nie powiedzieć?! Która jest godzina?! Może jeszcze nie jest za późno...! – nerwowo spogląda na zegarek, a ja wybucham śmiechem. - Dlaczego się śmiejesz?! To sytuacja kryzysowa!
- Śmieję się, bo wujek nie miał na myśli mojego mieszkania, ale nasz dom za miastem – przytulam go do siebie. - Przenieśliśmy się tam po śmierci moich rodziców, gdy dziadek i wujek Harry przejęli nade mną opiekę. Mieszkam w apartamentowcu, bo nie przepadam za hotelami. Musiałbym codziennie marnować sporo czasu na dojazdy. Kiedy żył mój dziadek właśnie tak robiłem, ale teraz...
- Przepraszam, nie wiedziałem.
- Więc zgadzasz się? - upewniam się.
- Na co? - jego oczy aż lśnią z zaciekawienia.
- Pojedziesz z nami na kolację?
- Do twojego domu?
- Jeśli chcesz... – dotykam jego policzka.
- Bardzo! - przytula się do mnie spontanicznie.
- Cieszę się – pochylam się, by pocałować go w usta.
- Will... Zaczekaj... - przykłada palce do moich ust.
- O co znowu chodzi? - dziwię się.
- Nie tutaj... Ktoś może nas zobaczyć i... - rumieni się.
- No i co tego? Jeśli nas zobaczą to tym lepiej. Nie będę musiał wrzeszczeć przez megafon, że jesteś mój i mają się trzymać od ciebie z daleka.
- Jak zawsze szalony – ociera się wargami o moje usta.
- Takiego mnie kochasz – szepczę w odpowiedzi, starając się pogłębić pocałunek.
- Ponad wszystko – zarzuca mi ramiona na szyję.
- Wyjeżdżamy za pół godziny – informuję go, niechętnie się odrywając.
- Nie odchodź jeszcze – tuli się.
- Mam spotkanie w sprawie zmian w prawie podatkowym.
- Skoro tak... – uwalnia mnie, robiąc przy tym niezadowoloną minę.
- Nie patrz tak na mnie. Później ci to wynagrodzę. Obiecuję – całuję zaskoczonego chłopaka przelotnie w policzek napawając się jego ciemniejącym rumieńcom.
Przez większość drogi do domu wujek Harry zasypuje nas anegdotami z ostatniej podróży. Okazało się, że poznał jakiegoś pirata, który za niewielką opłatą zgodził się być jego przewodnikiem. Zgubili się na morzu trzeciego dnia podróży. Dryfowali przez kilkanaście godzin aż dopłynęli do jakiejś niewielkiej wyspy, na której nie było żadnego urządzenia, dzięki któremu wujek mógłby wezwać pomoc. Spędził z obcymi ludźmi ponad dwa tygodnie. To właśnie z racji jego nieprzewidywalnych pomysłów dziadek ograniczał nasze wspólne wyprawy do minimum, upierając się przy tym, że będzie nam towarzyszył. Bał się, że zginiemy podczas wspinaczki lub utkniemy gdzieś w dżungli. Jednym spojrzeniem potrafił pohamować zapędy brata. Po jego śmierci wujek ze zdwojoną siłą rzucił się odkrywać świat, zupełnie jakby chciał mu udowodnić, że poradzi sobie w o wiele gorszych sytuacjach.
- Jesteśmy na miejscu! - oświadcza uradowany, gdy kierowca otworzył nam drzwi.
- Will, to jest twój dom? - oczy Daniela robią się niesamowicie duże. - Wygląda jak pałac!
- Bo to był pałac, ale znacznie mniejszy. To skrzydło zostało dobudowane na moją wyraźną prośbę – chwali się wujek. - A to już pomysł Williama. Chodź, wszystko ci pokażę!
- Bardzo dziękuję.
Uradowany Daniel chłonie każde słowo z ust wujka, który mówi mu nie tylko o samym domu, lecz i o kompromitujących mnie wydarzeniach z dzieciństwa. Mały śmieje się ze mnie zasłuchany w opowieści, jak uparłem się, by zbudować własnoręcznie domek na drzewie, co skończyło się wielką katastrofą budowlaną oraz zniszczeniem samego drzewa lub gdy podpuszczony przez wujka uwierzyłem, że psy powinny żyć w stadach, więc gdy dziadek pozwolił mi przygarnąć kundelka ze schroniska, zamiast jednego psa, przywiozłem do domu aż osiem szczeniaków. Bardzo płakałem, gdy dziadek kazał mi je oddać. Zielonookiemu podobają się także setki zdjęć, które zdobią większość ścian w pokojach, na których zapisana jest praktycznie cała historia mojego życia w obrazkach.
- Widzisz, tu Will ma osiem lat. Dziadek kupił mu wtedy nowy komputer. Po miesiącu mu się znudził, więc rozłożył go na części. Chciał go ulepszyć. Kupiłem mu drugi, bo jak sam twierdził, był tak zaabsorbowany rozbieraniem, że nie zwrócił uwagi w jaki sposób poszczególne elementy były ze sobą połączone. To wydarzenie przyniosło początek innowacjom w naszej firmie. A na tym zdjęciu budujemy statek kosmiczny, korzystając ze starego samochodu jego ojca. Jak się domyślasz, ze statku nic nie wyszło. Niechcący nauczyłem go prowadzić, więc zaczął jeździć po posiadłości. Mój brat nie był zachwycony.
- To pan nauczył go jeździć jak szaleniec? - oskarżycielski ton Daniela sprawia, że wujek od razu zaczyna się bronić.
- Ależ skąd! Ja mu tylko pokazałem jak zmieniać biegi! Potem brat zadręczał mnie telefonami twierdząc, że William bierze udział w wyścigach samochodowych i jeśli się rozbije, to będzie wyłącznie moja wina.
- Wujku, może już wystarczy tych rodzinnych historii... – chcę jak najszybciej pohamować jego szczerość względem mojego ukochanego.
- Will, nie bądź taki. Twój wujek ma niesamowity dar do snucia opowieści. Mógłbym pana słuchać godzinami!
- Dziękuję, chłopcze. Bardzo mi miło. Liczę na to, że ty również odwdzięczysz mi się jakąś opowiastką.
- Ja? - Daniel niepewnie spogląda w moją stronę.
- Opowiedz mi o sobie. William jest raczej skryty i nie zdradził żadnych szczegółów. Kilka lat temu oświadczył kategorycznie, że jest zakochany, ale zanim zdążył cię nam przedstawić, rozstaliście się. A teraz jesteśmy tu razem, w naszym salonie. Jak do tego doszło?
- Szczęśliwy zbieg okoliczności – ucinam temat, by nie psuć miłej atmosfery. Wujek nie powinien naciskać na Daniela już na samym początku naszego związku.
- Nie. Twój wujek ma prawo wiedzieć. Rozstaliśmy się z mojego powodu, bo byłem głupi i zbyt zapatrzony w siebie. Nie pomyślałem wtedy o Williamie i jego uczuciach. Los bywa bardzo przewrotny, dlatego dał mi drugą szansę. Będę się bardzo starać, by naprawić to, co zostało zepsute między nami. Will jest bardzo wyrozumiały. Bardzo go kocham i chciałbym spędzić resztę życia przy jego boku.
- Masz rację, chłopcze. William jest naprawdę cudowny.
- Przestańcie! Możemy zmienić temat? - irytuję się.
- Jest też bardzo skromny. Zawsze taki był – wujek nie szczędzi mi komplementów.
- Nie zapominaj, że równie szybko tracę nad sobą panowanie – uśmiecham się złośliwie.
- A właśnie, skoro już jesteśmy przy chwaleniu cię. Mam dla ciebie prezent – obserwuje jak sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciąga z niej białą kopertę, którą mi podaje. - Proszę. To na urodziny.
- Wujku, dostałem już samochód...
- Najpierw przeczytaj – przerywa mi, cały się spinając.
Wyciągam złożoną kartkę i zaczynam uważnie studiować tekst.
- Oddajesz mi swoje udziały?! Nie możesz!
- Mogę. To moje akcje i zrobię z nimi co zechcę.
- Ale dlaczego?! Przecież sam mówiłeś, że potrzebujesz zysków by sfinansować...!
- Nie, Will. Dużo myślałem o tym, co ostatnio się stało. Mam już dosyć podróżowania, życia na walizkach, organizowania wypraw. Chciałbym więcej czasu spędzić tutaj, z tobą. Liczę na to, że razem z Danielem przeniesiecie się na wieś i będziecie dotrzymywać mi towarzystwa.
- Oddajesz mi akcje, chcesz wrócić do domu. Jeśli znowu masz problemy ze zdrowiem, to...
- Jak zawsze troskliwy - obdarza mnie dobrotliwym spojrzeniem. - Nie, dziecko. Nic mi nie jest - zapewnia.
- Na pewno? - nie wiem już co bardziej mną wstrząsnęło. Przekazanie akcji, czy wspólne mieszkanie. Decyzja wujka z pewnością podyktowana jest jakimiś ukrytymi motywami, które koniecznie powinienem z niego wyciągnąć.
- Danielu, a co ty powiesz? Byłbyś skłonny zamieszkać w tym domu? - sprytny staruszek próbuje przeciągnąć go na swoją stronę!
- Nie wiem, proszę pana.
- Nie mów do mnie „pan”. Jestem wujek Harry.
- Wujku, nadal nie rozumiem dlaczego chcesz oddać mi cały swój pakiet. A Alden? - ponownie przeglądam pismo, które zostało mi wręczone.
- Alden nie jest w stanie objąć steru. Ma ze sobą zbyt poważne problemy. Przećpa wszystko, jeśli go nie powstrzymamy.
- Rozmawiałem z Lindą o detektywie. Powiedziała, że to przemyśli i da mi znać.
- To dobrze. Szkoda mi go, ale muszę myśleć perspektywicznie. Ty jesteś w stanie wynieść firmę na szczyt, a on na dno.
- Wujku, nie oznacza to, że musisz przekazać mi akcje. Poradzę sobie i bez nich.
- Wiem. Mimo to podjąłem już decyzję. Od samego początku zarówno twój dziadek jak i ja wiedzieliśmy, że przekażemy je synowi. Nie doczekałem się swoich dzieci, lecz mimo to los był dla mnie bardzo łaskawy i dał mi najwspanialszego syna, o jakim marzy każdy ojciec. Jestem z ciebie bardzo dumny. Zawsze byłem. Chociaż nie jesteś mój, odziedziczyłeś po mnie wiele cech, o czym nie raz się przekonaliśmy. Pamiętasz, jak podczas jednej z wypraw koniecznie chciałeś nauczyć się łapać węże?
- Węże? Will nigdy nic o sobie nie mówił. Wujku, opowiedz mi o tym – nalega chłopak.
- Chcesz posłuchać? Z prawdziwą przyjemnością wszystko ci opowiem.
- Wujku, proszę cię. Miej litość... – zaczynam z niedowierzaniem kręcić głową.
- Nie zwracaj na niego uwagi. Po prostu nie chce się przyznać, że został zamknięty w pokoju hotelowym na ponad tydzień przez mojego brata.
- To okrutne! Dlaczego twój dziadek zrobił coś takiego?! - oburza się.
- Stwierdził, że woli gdy się uczę i kupił mi większość książek, które znajdowały się w lokalnym sklepie z pamiątkami – niechętnie wracam do wspomnień o dziadku. Jego utrata nadal mocno mnie boli.
- Potem uparł się, że zostanie nauczycielem. Odetchnęliśmy, bo co by było, gdyby wybrał drogę kierowcy wyścigowego?
- Wujku Harry! Przywołuję cię do porządku! Jak tak dalej pójdzie, to Daniel ode mnie ucieknie... - mruczę niezadowolony.
- Ja? Nigdy! Chcę wiedzieć o tobie wszystko! - mały, co ja z tobą mam...