Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przysięga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przysięga. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 września 2017

Prawdziwy Romantyk, część I


Spóźnię się! Pośpiesznie przemierzam korytarze, by jak najszybciej znaleźć się w swoim gabinecie, gdzie od kilku minut czekają na mnie przybyli goście. Odkąd Nefryt i ja jesteśmy razem, chcę poświęcać mu jak najwięcej czasu. Mój ukochany musiał pójść spać i obudzi się dopiero za kilka godzin. Trudno być dobrym królem zarywając noce… Mógłbym skorzystać ze swojej mocy i od razu przenieść się w wybrane miejsce, lecz wolę nie prowokować losu. Powody tak nagłego poselstwa nie do końca są dla mnie jasne. To może być pułapka, co wcale by mnie nie zdziwiło.
- A ja ci mówię, że jego wysokość nie ma pojęcia o tych sprawach – chichot młodej kobiety, dobiegający zza rogu sprawia, że postanawiam zwolnić kroku.
- Przecież jest królem – oburza się druga.
- No i co z tego? Król, nie król, moim zdaniem jest po prostu odpychający. Ktoś tak brutalny z pewnością pozbawiony jest wszelkich uczuć – wyrokuje. Nie umiem dłużej powstrzymać ciekawości i sprawdzam, kto wyrobił sobie o mnie aż tak złe zdanie. – Widziałaś jak zachowuje się wobec kobiet? Zupełnie je lekceważy! Ostatnio jego najbardziej zaufany doradca dwoił się i troił, spraszając na bal wiele dobrze urodzonych kobiet, by nasz monarcha wybrał spośród nich żonę i co? Nawet nie raczył spojrzeć w kierunku tych piękności – prycha gniewnie. Znam ją. To jedna z pokojówek. – Uśmiechnął się tylko raz, witając się z tym odrażającym wampirem, który tak często mu towarzyszy.
- A ty chciałabyś wiązać się z kimś bez miłości? Nasz król ma za sobą ciężkie chwile. Na jego miejscu ja również nie podejmowałabym żadnych pochopnych decyzji, zwłaszcza dotyczących przyszłości. - Jasnowłosą również znam. Pracuje na zamku od blisko roku. Skoro przebywa na tym piętrze, najprawdopodobniej awansowała.
- Bzdury! Król może i udawać miłego, lecz ja swoje wiem! To typ zimnego drania. Zamiast serca, ma w środku kawał magicznej blachy, równie twardej, jak jego zbroja, której nigdy nie zdejmuje. – Wysoka szatynka kończy przecieranie porcelanowych waz i odkłada ściereczkę do koszyka, przyglądając się efektom swojej pracy. – Król Cassian nie ma pojęcia o prawdziwej miłości. Nie wiedziałby jak oczarować damę swego serca – beztrosko ze mnie szydzi.
- A ja uważam, że się mylisz. Może nie jest typem romantyka i nie umie okazać uczuć, lecz dobry z niego człowiek.
Nie umiem okazywać uczuć? Nie jestem romantykiem? To krzywdzące obelgi, drogie panie. Niestety, nie mam czasu, by wdać się z wami w dyskusję. Żadna z was, choćby najpiękniejsza z pięknych, nie może równać się z moim ukochanym.

Po kilku godzinach wysłuchiwania nieustannych kłótni pomiędzy różnymi dygnitarzami, myślami wracam do dzisiejszego poranka. Może te młode kobiety miały rację? Całe dnie spędzam otoczony ludźmi, którzy bezustannie czegoś ode mnie chcą. Liczą na moje wsparcie, radę, żołnierzy. Mam karać przestępców, bronić granic, dbać o rozwój kraju. Moje obowiązki nie mają końca. Najgorsze są jednak potajemne sojusze tych, którzy liczą na to, że zepchną mnie z tronu – bezustannie muszę się z nimi zmagać. Zatruwają mnie od środka swoim jadem. Przygnieciony tym wszystkim marzę jedynie by tulić do siebie mojego anioła. Chciałbym jak najszybciej spojrzeć w oczy ukochanego i  wyczytać z nich prawdę o sobie. Schowałem go w naszej sypialni, do której nikt prócz mnie nie ma dostępu. Magiczna bariera chroni to kruche stworzenie nie tylko przed promieniami słońca. Nie życzę sobie, by ktokolwiek, poza mną, mógł patrzeć na niego, gdy śpi.
Słońce ma się ku zachodowi. Przepraszam moich gości i oddalam się na górę. Podchodzę do olbrzymiego łoża, by nacieszyć oczy jakże drogocennym widokiem. Złoto-czerwone promienie odbijają się od witrażowych szybek, oświetlając jego postać. Jest cudowny.
Rozsiadam się wygodnie i zsuwam z niego ciepłe okrycie. Nefryt ma na sobie jedwabny szlafrok w intensywnym odcieniu zieleni. Rozwiązuję supeł i odsuwam materiał na boki. Uwielbiam, gdy jest nagi. Pochylam się, by móc pieścić go po obnażonej skórze. Z prawdziwą czcią całuję znamię, które znajduje się na wysokości serca. Moje sanktuarium. Najdroższy, tak bardzo cię potrzebuję…
Demon nie może związać się z wampirem. Taki związek rodzi wiele niebezpieczeństw, w tym to najgorsze, mówiące o wzajemnej destrukcji. Pradawne prawo stanowi, iż jedna strona musi ulec drugiej. Tak od zawsze wyglądał nasz świat. Słabszy ulega silniejszemu. W naszym wypadku to niemożliwe. Nefryt nie może uważać się za mojego stwórcę, a ja nie przekażę mu części mojej mocy, choć bardzo bym chciał. Zamiast zagłębiać się w te zagadnienia, przesuwam językiem po jasnoróżowym sutku. Błękitnooki marszczy nieco czoło. Wkrótce się obudzi. Ostrożnie rozsuwam mu nogi i zaczynam głaskać po wewnętrznej stronie ud. Mój skarb nieznacznie się porusza i mruczy coś niezrozumiałego. Doskonale wiem o co mu chodzi, ale nie mam ochoty przestawać. Chcę go. Chcę, by w końcu był mój…
- Cassian… - szepcze, unosząc nieznacznie powieki. Właśnie na to od tak dawna czekałem. Atakuję jego usta z zaborczością, o którą dawniej nawet się nie podejrzewałem. Z całych sił zaciskam palce na pościeli, by dać upust frustracji, która powiększa się z minuty na minutę. – Kocham cię… - przerywa pocałunek i wtula się we mnie, błogo uśmiechając.
- Udowodnij – zachęcam nieśmiertelnego. Błękitne tęczówki rzucają mi rozbawione spojrzenie.
- Znowu mnie rozebrałeś… - karci mnie delikatnie, opatulając się szczelnie ręcznie malowanym materiałem.
- Dziwisz mi się? Jesteś tak piękny, że zakrywanie tego ciała stanowi brutalną torturę.
- Proszę, nie mów tak. Dobrze wiesz, że nie chcę cię ranić… - Nefryt wpatruje się we mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Nie chcesz mnie ranić, ale od wczoraj nic się nie zmieniło, prawda? Nadal nie chcesz mi się oddać… - wzdycham, siadając na skraju łóżka.
- To nie tak – mój najdroższy protestuje pośpiesznie, wstając i obejmując mnie od tyłu za szyję. – Kocham cię ponad wszystko, ale potrzebuję więcej czasu i…
- Oszaleję przez ciebie, wiesz o tym? – ponownie spoglądam mu w oczy, szukając zrozumienia.
- Przepraszam – wampir zwalnia uścisk i zaczyna wpatrywać się w delikatny, złoty wzór, naniesiony na jedwab ręką prawdziwego mistrza.
- Nie przepraszaj – unoszę jego brodę do góry. – Po prostu przyrzeknij, że ten dzień w końcu nadejdzie.
- Oczywiście, że tak – Nefryt wdrapuje się na moje kolana i układa głowę na moim ramieniu. – Jesteśmy ze sobą dopiero dwa miesiące, więc…
- Jesteśmy ze sobą ponad sto lat – przypominam mu, okręcając pasmo pastelowych włosów wokół palców.
- Chodziło mi o to, że nasz związek…
- Dobrze wiem, o co ci chodziło – całuję go w skroń. – Po części jestem człowiekiem i postrzegam czas inaczej niż ty.
- Wiele rzeczy postrzegasz zupełnie inaczej – wypomina mi.
- Kocham cię jak szalony. To chyba nic dziwnego, że chcę, abyśmy…
- Nie jestem na to gotowy – mój anioł ucina temat. Korzysta ze swojej wampirze szybkości i uwalnia się z moich objęć, znikając w olbrzymiej garderobie. Naciskanie na niewiele się zda, ale nie rozumiem, czemu jest tak uparty? Tłumaczyłem mu setki, nie, tysiące razy, że nie zrobię mu nic złego, a jedyne, co udało mi się osiągnąć, to dystans. Nefryt tak bardzo przestraszył się swoich uczuć, że poza pocałunkami, nie zgadza się na bardziej poufałą intymność. To po części moja wina. Gdybym nie skorzystał z magii i nie unieruchomił go na tych kilka słodkich chwil, zapewne nie uciekałby z krzykiem za każdym razem, gdy próbuję jakoś się do niego zbliżyć! Skąd mogłem wiedzieć, że okaże się taki płochliwy? Byłem pewny, że mając za sobą kilka stuleci, seks nie będzie stanowił żadnego problemu. Tymczasem wszystko mocno się skomplikowało…
- Skarbie… - Wchodzę za nim do jego królestwa i przez chwilę obserwuję, jak wybiera odpowiednią suknię.
- Która bardziej ci się podoba? – Waha się pomiędzy kobaltową, której dół zdobiony jest kryształkami, a ciemnozieloną, idealnie pasującą do jego ulubionej biżuterii. Ze względu na wartość sentymentalną nefrytów, niechętnie się z nią rozstaje.
- Obie są piękne – zapewniam go, układając dłonie na szczupłej talii mojego wampira. – Wiesz, że podobasz mi się we wszystkim.
- Jesteś kochany – Nefryt uśmiecha się radośnie. – Ta ma więcej zdobień – zachwyca się kryształkami. Od zawsze uwielbia nosić suknie. Jestem święcie przekonany, że zakłada je wyłącznie po to, by zawrócić mi mocniej w głowie. Nie musi się tak starać. Od urodzenia patrzyłem i patrzę wyłącznie na niego. Obecnie zakłada je głównie wtedy, gdy na zamek mają przybyć ważni goście. Jego zdaniem damski ubiór pozwala mu wtopić się w tłum, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Nie wszyscy są przychylni wampirom. Poza tym ukochany kazał mi przysiąc, że nikomu nie pisnę ani słowem o naszym kontrakcie. Ma to coś wspólnego z moim bezpieczeństwem. Przyznaję, że nie słuchałem zbyt uważnie. Byłem zaabsorbowany innymi detalami, takimi jak miękkie i chętne do pocałunków usta mojego wybranka.
Wystarczy chwila, by Nefryt zaczął wirować po pomieszczeniu w swojej eleganckiej kreacji, zapierając mi dech w piersiach. Gdy w końcu siada przed lustrem i zaczyna upinać włosy, podchodzę bliżej i nakładam mu na szyję kolię wysadzaną setkami malutkich diamentów.
- Cassian! – z niedowierzaniem wpatruje się w mój nowy prezent.
- Podoba ci się? – upewniam się, jakby nie wystarczyły mi srebrne iskierki w jego cudownych oczach. – Błyszczą bardziej niż kryształki. Jedno twoje słowo i każę je zastąpić diamentami.
- Jest piękna, ale ja…
- Ty jesteś najpiękniejszy. Kocham cię – całuję go w obie dłonie. – Postaram się lepiej nad sobą panować.
- To nie twoja wina, a moja… - Nefryt kolejny raz spuszcza wzrok, przygryzając jednocześnie dolną wargę.
- Wiem, że wydaję ci się bardzo napastliwy, ale poczekam tyle, ile będziesz chciał. Nigdy więcej niczego na tobie nie wymuszę. Dałem ci słowo i go dotrzymam. Przysięgam.
- Jesteś dla mnie taki dobry – broda zaczyna mi się trząść, a po policzku spływa pojedyncza, krwawa łza, którą od razu ścieram kciukiem, a następnie zlizuję ze swojego palca. Jego krew jest zbyt cenna, by ją marnować. Od razu uderza we mnie jedno z licznych wspomnień mojego wybranka. Kilka sekund, które z nadnaturalną siłą wciąga mnie niczym wir i pozwala obejrzeć skrawek jego dawnego życia. Tym razem jest to olbrzymie wrzosowisko, rozciągające się aż po horyzont. Wizja jest krótka, lecz to nie ma znaczenia. Liczy się to, że po raz kolejny odsłonił przede mną swoją wrażliwość. – I nie mów więcej, że coś na mnie wymusiłeś – dodaje zawstydzony. – Gdybym chciał, uwolniłbym się spod wpływu twoich czarów – przechwala się, pociągając nosem.
- Skarbie, nie płacz już, błagam – bezradny wobec takiego obrotu sprawy, przytulam go do siebie, by łatwiej się uspokoił. Gdyby chciał… To drobne ciałko nie należy do zbyt silnych. Wprost przeciwnie. To jedne z najbardziej bezbronnych wampirów, jakie kiedykolwiek spotkałem. Jego siła objawia się w uczuciach i emocjach, z których bezbłędnie czyta, lecz fizycznie nie stanowi żadnego zagrożenia. W magicznym świecie oznacza to tyle, co nic. Dlatego tym bardziej muszę go chronić.
- Dziękuję.
- Kogo, poza mną, zamierzasz oczarować dzisiejszej nocy? – dyskretnie zmieniam temat.
- O świcie przybyli posłańcy, prawda? – Mały spryciarz… Nic z tego. Nie pozwolę, abyś się dla mnie narażał.
- Nie musisz się nimi przejmować. Wkrótce odjadą – bagatelizuję sprawę, by odwrócić uwagę Nefryta od stada węży, którzy próbują udawać moich sprzymierzeńców.
- Ach tak? – rzuca lekko. – Obiecałeś im wspólną ucztę, która niedługo się rozpocznie. Idź, nie pozwól, by na ciebie czekali.
- Już mnie wyganiasz? Wolę zostać z tobą – pochylam się, by pocałować go w odsłonięty kark.
- Nigdzie ci nie ucieknę. Gdy wrócisz, zasnę w twoich ramionach, jak każdej nocy… - nieśmiertelny obniża głos, by brzmiał bardziej zmysłowo.
- Obiecaj mi, że poczekasz tu na mnie aż nie wrócę.
- Nie mogę tego zrobić, dobrze wiesz – niebieskooki sięga po długie pasmo swoich włosów i upina je za pomocą srebrnej spinki.
- Możesz. – W skrytości marzę o tym, by choć raz mnie posłuchał. – Wystarczy, że nawet na chwilę nie opuścisz naszej sypialni.
- Nie jestem twoim więźniem. – Nefryt wykorzystuje naszą bliskość i całuje mnie przelotnie w żuchwę. – Mam swoje plany.
- Od czasu do czasu mógłbyś być bardziej… - gryzę się w język, by nie użyć tego zakazanego słowa.
- Jaki? Jaki mam być? – podchwytuje temat, ocierając się o mnie niczym kot.
- Jeszcze chwilę i stracę resztki cierpliwości… - ostrzegam go, warcząc groźnie. Wampir nic sobie z tego nie robi i kontynuuje swoją grę.
- Przestanę, gdy odpowiesz na moje pytanie. Jaki mam być, Cassianie? – udaje niewiniątko. Jego oczy ciemnieją. Wodzi mnie na pokuszenie, oblizując wargi…
- Sam chciałeś! – rzucam się na jego usta, popychając go na toaletkę i przewracając kryształowe flakoniki perfum. Różowowłosy opiera dłonie na moich ramionach, oddając namiętne pocałunki. – Pragnę cię… - dyszę miedzy pocałunkami, przyciągając go jeszcze bliżej. Wydaje mi się, że tylko na to czekał, bo w ułamku sekundy znajduje się po drugiej stronie komnaty, chytrze się przy tym uśmiechając.
- Ojej, czyżbym był dla ciebie zbyt szybki? – śmieje się ze swojego żartu.
- Proszę, przestań mnie prowokować, bo to się źle skończy… - grożę mu palcem.
- Co mi zrobisz, gdy już mnie złapiesz? – dopytuje, zachowując się niczym rozkapryszone dziecko, któremu rodzice pozwalali na zdecydowanie zbyt wiele.
- Chodź tu i sam się przekonaj – dumnie układam dłonie na biodrach, czekając na jego kolejny ruch.
- Groźba z ust samego króla… Brzmi bardzo poważnie… - wampir teatralnie zasłania usta dłonią, grając zatrwożonego.
- Błagam cię, nie igraj ze mną – cedzę przez zaciśnięte zęby.
- Dlaczego? Myślałem, że lubisz się ze mną droczyć…
- Ty się ze mną nie droczysz. Pewnego dnia przekroczysz granicę, a wtedy…
- Użyjesz swojej mocy, by zrobić ze mnie seksualnego niewolnika? – zgaduje, zamyślając się.
- Nie, zrobię ci coś znacznie gorszego… - Na samą myśl, że miałbym go posiąść, kręci mi się w głowie z pożądania. To ideał w każdym calu. To ciało, skóra, zapach… Wymaga specjalnego traktowania.
- Będziesz się ze mną kochał za karę czy w nagrodę?
- Wasza wysokość… – przerywa nam ciche pukanie do drzwi. – Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam, ale dochodzi dwudziesta… Przyszedłem pomóc ci się przygotować, panie… - Głos mego doradcy jeszcze bardziej mnie rozsierdza.
- Spójrz, jak już późno… - Mój ukochany sięga po czarną pelerynę, którą zarzuca sobie na ramiona.
- Błagam cię. Zostań tu! - To moja ostatnia szansa, by coś wskórać. – Dobrze wiesz, kim są ci ludzie. Nie chcę, abyś cierpiał…
- Nie mi nie będzie – Nefryt naciąga kaptur, a następnie sięga po swoje rękawiczki. – Umiem o siebie zadbać.  
- Panie… - doradca ponownie domaga się, abym otworzył drzwi.
- Do zobaczenia później – szepcze wampir, podchodząc do tajemnego przejścia. – I jeszcze jedno – odwraca się w moją stronę. – Jeśli wpuścisz go do naszej sypialni, przez kolejny wiek będziesz sypiać samotnie – posyła mi całusa, po czym znika w ciemności.
- Nefryt! – wołam za nim, lecz na darmo.

Podczas balu wszystkie moje myśli krążą wokół tajemniczych planów  małego złośliwca, za którym zaczynam okrutnie tęsknić. Zegar wskazuje już północ… Mając do dyspozycji nową suknię oraz bezcenną kolię, od dawna powinien krążyć wśród dam, by wzbudzać w nich gniew. Jego uroda sprawia, że trudno odwrócić od niego wzrok. Kobiety mu zazdroszczą. Mężczyźni marzą, by zaszczycił ich choć jednym spojrzeniem… Jeśli przyłapię cię w towarzystwie któregoś z nich… Nie, nie chcę nawet o tym myśleć!
Zamiast wyruszyć na poszukiwania, zmuszony jestem to dotrzymywania towarzystwa mym gościom.
- Wasza wysokość – fałszywy uśmiech pojawia się na twarzy barona diMarone. – Czekasz na kogoś?
- Nie – odpowiadam bez zastanowienia. 
Nefryt zwykle gardzi balami. Jego sarkazm sprawia, iż obcy od razu zauważają, że bije od niego aura nocy, z którą się nie kryje. Poza tym nie tknie niczego, co stoi na stole. Jest wampirem od tak dawna, iż nie pamięta smaku zwykłego jedzenia. Podczas jednego z ostatnich przyjęć, mężczyźni prześcigali się miedzy sobą, znosząc mu masę smakołyków. Nie mam ochoty powtarzać tego doświadczenia, nie mówiąc już o uczuciach wrogości, jakie we mnie wywołali... Ciastko z kremem to za mało, by zdobyć jego serce.
- Już dawniej zauważyłem, że bezustannie szukasz kogoś wzrokiem. Czy to oznacza, że wśród tych piękności znajduje się przyszła królowa? – mój rozmówca drąży temat.
- Przyszła królowa? - dziwię się. – Liczysz na to, że podzielę się z kimś władzą? – wybucham śmiechem, szczerze rozbawiony.
- No cóż, władza to silny afrodyzjak… - rozmarza się baron.
- Nie dla mnie – zaczynam obracać w dłoni kryształowy kieliszek wina, do którego mój doradca bezustannie dolewa szkarłatnego trunku.
- Czekałem na taką odpowiedź. Twoje panowanie rozpoczęło się dość krwawo, o czym wszyscy dobrze pamiętamy. Królowa musiałaby być naprawdę silną kobietą, by poradzić sobie z tak wielką presją. Wieczne konflikty, zdrady, egzekucje… - wylicza usłużnie diMarone, przysuwając się nieznacznie, aby nasza rozmowa miała bardziej poufny charakter. – Z odpowiednią osobą u boku… Oczywiście taką, która rozumiałaby twoje brzemię, byłoby ci łatwiej, nie sądzisz, panie? Nie wykluczam także, że musi to być kobieta…
- Skąd pewność, że nie znalazłem już takiej osoby? – mimowolnie wracam myślami do ukochanego. Tak bym chciał, by był tu ze mną… Potrzebuję go…
- Wasza wysokość, jesteś urodzonym przywódcą, przyznaję, lecz romanse – mężczyzna spogląda na mnie z pobłażaniem. – Zaciągnięcie do łóżka pierwszej lepszej służki czy stajennego to żadna sztuka, wierz mi. Ja mam na myśli kogoś, kto zrobi dla ciebie wszystko, ale co ważniejsze, da ci syna…
- Syna? – wymieniam porozumiewawcze spojrzenia z moim doradcą, który jak na zawołanie, zostawia nas samych.
- Poznałeś dziś moją córkę, panie. Ma na imię Zana i gotowa jest w każdej chwili, by służyć swemu królowi w dowolny sposób.
Więc o to mu chodzi? Chce mieć wpływ na królestwo i samego króla, manipulując mną za pomocą dziewczyny? Sądziłem, że tego typu podchody rozpoczną się za jakieś sto, czy dwieście lat. Ostatecznie młody ze mnie demon. Królem zostałem niespełna trzy miesiące temu. Czemu mój rozmówca aż tak się śpieszy?
- Wybacz, baronie. Nie jestem obecnie w nastroju do amorów – próbuję jak najszybciej zakończyć naszą rozmowę.
- Wydaje mi się, że nie przedstawiłem mojej oferty w taki sposób, by wydała ci się interesująca – mężczyzna zamyśla się na chwilę, szukają odpowiednich słów. Nie ma zamiaru pozwolić, abym mu się wymknął. – Jestem pewny, że zyskam więcej twojej uwagi jeśli powiem, że znam nazwisko osoby, która rozpoczęła bunt przeciwko twemu ojcu.
- Mój ojciec został już pomszczony! – odpowiadam gniewnie, z impetem odstawiając kieliszek na stół.
- Jesteś tego pewny, królu Cassianie? A może zechcesz wysłuchać tego, co mam ci do powiedzenia? Jeśli zmienisz zdanie, będę czekał w twoim gabinecie dokładnie za godzinę – natręt bezszelestnie podnosi się ze swojego miejsca, poprawiając przy tym bogato wyszywany złotem frak.
- A jeśli nie zmienię? – rzucam chłodno, z trudem panując nad swoimi mocami, które tylko czekają, by zetrzeć mu z twarzy ten perfidny uśmieszek.
- Są inni, gotowi wysłuchać mej historii… Proszę, nie spóźnij się… - baron żegna się ze mną, usłużnie kłaniając. 

 ***

Tęskniłyście za mną, moje Gąski? Ja za Wami bardzo :)
Oto pierwsza część przygód Nefryta i Cassiana. Co prawda tekst z założenia miał być dłuższy, ale kiepsko się czuję. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie.
W chwili obecnej nie wiem czy zakończę to na części drugiej, czy pociągnę dalej. Zobaczymy. Czasami tak to jest, że zamiast starych opowiadań, wolę te nowe. Nie oznacza to, że porzucę Najlepszego lub Bezsenne Noce. Tak dobrze nie ma :D Po prostu liczyłem na to, że jesienią pojawi się "coś magicznego", ale nic z tego nie wyjdzie, dlatego muszę to sobie jakoś odbić. 

Wasz Kitsune

wtorek, 14 lutego 2017

"Przysięga" - Walentynki 2017


















- To już ostatni – podpisuję dokument, który podsuwa jeden z moich doradców.
- Całe szczęście. Która godzina? - przeciągam się, spoglądając w kierunku okien.
- Dochodzi północ, panie.
- Już północ... Jak ten czas szybko leci.
- To dlatego, że niewiele sypiasz – spogląda na mnie wymownie, kończąc adresować kopertę, do której wkłada podpisany przeze mnie list.
- Masz rację. Powinienem się położyć – wstaję od stołu. - Dobranoc. – Czym prędzej opuszczam ponurą bibliotekę, by udać się do mojej sypialni.
Po drodze mijam służących, którzy usłużnie mi się kłaniają. Nie ufam im. Nie ufam nikomu, dlatego drzwi prowadzące do królewskich apartamentów reagują tylko i wyłącznie na mój dotyk. Nie wolno mi ryzykować, że ktoś mógłby cię skrzywdzić. Nie zniósłbym tego...
Podchodzę do wielkiego łoża, na którym cię położyłem. Nadal śpisz. Wyglądasz tak spokojnie. Mam nadzieję, że śnisz coś przyjemnego. Gdybym umiał sprowadzić cię z powrotem, nie wahałbym się ani chwili. Podciągam miękkie futra, którymi cię okryłem upewniając się, że nie jest ci zimno. Odsłaniam ciężkie zasłony, by wpuścić do środka jasne światło księżyca. Uwielbiasz zimowe, mroźne niebo. Dlaczego nie chcesz podziwiać go razem ze mną?
- Miałem dziś ciężki dzień - spoglądam w kierunku łóżka. Nie odpowiadasz. Nawet nie drgniesz. Żadne z moich zaklęć nie pomogło.
Czas zdaje się wlec w nieskończoność. Którą to już noc spędzamy w kompletnej ciszy – ty pogrążony w tym dziwnym letargu, a ja zanoszący modlitwy do bogów, prosząc, abyś się w końcu obudził. Tęsknię za twoim śmiechem. Drobnymi gestami. Szalonymi pomysłami. Nie masz pojęcia jak mnie torturujesz...
Kładę się obok ciebie na łóżku i sięgam po szczotkę do włosów, by rozczesać długie pukle, wijące się wokół twoich ramion. To jedyna rzecz, którą obecnie mogę dla ciebie zrobić.
- Oddałbym pół królestwa, gdybyś tylko zechciał na mnie spojrzeć... - szepczę ci do ucha, całując w chłodny policzek. Zapach róż, który zazwyczaj ci towarzyszy, jest ledwo wyczuwalny. - Proszę, obudź się... - wsuwam się pod ciepłe okrycie i splatam palce naszych dłoni. Zasypiając po raz kolejny błagam, abyś do mnie wrócił...

Przez kolejnych kilka dni nad całą krainą szalała prawdziwa burza śnieżna. Zrobiło się bardzo zimno. Wszystko spowite jest grubą warstwą ciągle sypiącego z nieba puchu. Drogi są zasypane, co znacznie ograniczyło ilość poselstw, docierających do zamku. Cieszy mnie to. Mam więcej czasy, który mogę spędzać z tobą, mój jedyny...
Podciągam rękaw, by lepiej widzieć naznaczoną skórę na lewym nadgarstku. Ledwo widoczny znak, świadczący o naszej więzi. Tylko śmierć jest w stanie ją zerwać, choć zazwyczaj dzieje się tak, że jeśli jedno umiera, drugie podąża jego śladem. Kiedyś wydawało mi się, że taka miłość nie istnieje. Byłem zbyt skupiony na wiecznej walce, śledzeniu wrogów, zagrażających spokojnemu życiu mieszkańców. Nie zauważyłem, że moje serce już wieki temu dokonało wyboru...

Nigdy nie zapomnę chwili, w której ujrzałem cię po raz pierwszy. Zmagaliśmy się ze straszliwą zimą, znacznie gorszą niż obecnie. Spadło tyle śniegu, iż żołnierze nie byli w stanie otworzyć bramy, prowadzącej do pałacu. Mimo to ojciec uparcie powtarzał, że przybędziesz. Dniem i nocą wyglądał przez okno, każąc im bezustannie odśnieżać oblodzone drogi.
To właśnie wtedy nadeszła noc, która definitywnie zakończyła moje beztroskie dzieciństwo. Obserwowałem, jak drobne ciało mojej przyjaciółki wygina się w konwulsjach. Umierała straszliwą śmiercią, przeraźliwie krzycząc. Jej ojciec ściskał ją za rękę powtarzając, że wszystko będzie dobrze, chociaż każdy z nas wiedział, że mała nie doczeka wschodu słońca, a jednocześnie nie miał serca, by zaproponować mu ukrócenie agonii jedynaczki. I nagle pojawiłeś się ty. Podszedłeś do łóżka i zmusiłeś, by na ciebie spojrzała. Wyciągnąłeś rękę i przesunąłeś opuszkami po mokrym od łez policzku. Uspokoiła się, a potem odeszła.
Stałem za plecami ojca, który błagał cię o pomoc. Zaklinał, abyś nas nie opuszczał. Zastanawiałem się wtedy jak wyglądasz. Chowałeś twarz pod kapturem. Za to twoje oczy... Nigdy nie widziałem równie pięknych i błyszczących tęczówek. Wyglądały jak dwa drogocenne kamienie, w których odbijało się niebo. Dodawały ci tajemniczości. Po tym co zrobiłeś, byłem święcie przekonany, iż jesteś aniołem. Każdy o coś cię prosił, a ty spełniałeś te życzenia. Do tamtej chwili wydawało mi się, że nikt na świecie nie dorównuje mocą memu ojcu. Twoja magia była zupełnie inna. Ostateczna. Poza tym rozczarowałeś mnie. Król często mi o tobie opowiadał, podkreślając, że uwolnisz nas od kłopotów. Wyobrażałem sobie ciebie jako wojownika podobnego do niego, który odziany w zbroję, przekroczy mury zamku na majestatycznym koniu. A ty nie byłeś wielki. Posturą nie dorównywałeś legendom, które opiewały twoje zacne czyny. Targały mną silne wątpliwości. „Tak wygląda ratunek królestwa?” - pytałem sam siebie. Przypominałeś niewyrośniętego chłopca – zaledwie o głowę wyższego ode mnie. Szczupły, wiotki. Twoja peleryna zdawała się być cięższa od ciebie.
- To mój syn i dziedzic, Cassian. Proszę, opiekuj się nim, bo nie mam nic cenniejszego.
- Nie bój się, panie. Ze mną będzie bezpieczny – po tych słowach ściągnąłeś kaptur. Nigdy wcześniej nie widziałem nikogo równie pięknego. Twoje długie włosy spływały lśniącymi pasmami po ramionach. Cera była biała niczym zalegający za oknem śnieg. Miałeś mały, lekko zadarty nosek i jasnoróżowe usta. Z zapartym tchem czekałem, aż rozwiniesz skrzydła i pofruniesz w kierunku nieba.
- Anioł... - szepnąłem zafascynowany.
- Nie synu, to nie anioł. To Nefryt, sługa nocy. Żywi się krwią swoich ofiar, ale nie musisz się bać. Nie zrobi ci nic złego.
- Nie boję się go – odparłem wojowniczo, zdając sobie sprawę z tego, że patrzę na istotę zupełnie wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju, którą należy chronić. Pomimo młodego wieku, moja moc dorównywała wówczas mocy mego ojca. Miałem problem, by nad nią zapanować, ale to mnie zupełnie nie zrażało. W tamtej chwili coś się we mnie zmieniło. Stałem się dorosły.
Szybko znaleźliśmy wspólny język. Opowiadałeś mi o świecie, który znałem tylko z książek. Mówiłeś o dalekich wyprawach, w których brałeś udział, o schowanych przed światem świątyniach, egzotycznych zwierzętach, bezkresnych pustyniach i niebie pełnym gwiazd. Zapragnąłem ujrzeć to wszystko, podróżując przy twoim boku. Stawałem się zaborczy, bezustannie próbując zagarnąć cię tylko dla siebie, a przecież musiałem dzielić się tobą ze światem.
Tropiłeś z ojcem złoczyńców i zdrajców, których wtrącałeś do więzienia, ratowałeś przed licznymi spiskami, łagodziłeś konflikty. Twoja pomoc okazała się bezcenna, ale płaciłeś za to bardzo wysoką cenę. Ojciec nie dostrzegał twojej wrażliwości, łez, które wylewałeś cierpiąc z powodu ogromu zła, którym codziennie cię przytłaczało. Już wtedy poprzysiągłem sobie, że zrobię wszystko, aby cię chronić.
W rekordowym czasie nauczyłem się panować nad swoją siłą. Chciałem być tarczą, za którą będziesz mógł się schować. Miałem już dość nocy, samotnie spędzanych przez ciebie w ogrodzie. Zamknięty się w sobie, nie uśmiechałeś się. Znałem cię na tyle dobrze, że potrafiłem bezbłędnie odgadnąć twoje niewypowiedziane myśli. Naciskali na ciebie coraz mocniej wierząc, że dzięki niezwykłym zdolnościom rozprawisz się ze złem.
Po śmierci ojca przez chwilę czułem rozpacz. Wiedziałem, że sam nie dam rady podołać obowiązkom, ale z drugiej strony... Pierwszy raz miałem szansę udowodnić ci, że nie jestem już dzieckiem. Stałem się mężczyzną. Wojownikiem, najsilniejszym ze wszystkich. Niestety, było już za późno. Lata wyniszczających walk sprawiły, że stałeś się inny. Nie zależało ci na życiu. Radość, która kiedyś płonęła w twoich oczach, zgasła. W jednej chwili byłeś szczęśliwy, a w drugiej smutny. Stałeś się oziębły, rozkapryszony. Bezustannie prowokowałeś mnie swoim zachowaniem sprawdzając, jak daleko możesz się posunąć. Nie przeszkadzało mi to. Wprost przeciwnie. Nawet tego nie dostrzegałem. Cieszyłem się, że mogę być obok. Chronić cię, rozpieszczać. Traktować jak mój bezcenny skarb, którym od pierwszej chwili byłeś. Postrzegałem cię jako anioła i to do dziś się nie zmieniło.
Nasza sielanka mogłaby trwać w nieskończoność, ale ty poszedłeś o krok dalej. Wmówiłeś Sinowi, że się z nim zwiążesz. Od samego początku wiedziałem, że to kolejna zachcianka z twojej strony. Nieco się przeliczyłeś, bo ten wygłodniały wampir naprawdę tego pragnął. Zapatrzony w swojego opiekuna liczył, że zapewni mu to spokojne i bezproblemowy życie. Czy wolno mi go oceniać? Przecież popełniłem dokładnie ten sam błąd.
Pozwoliłem ci jechać, choć wszystko we mnie aż krzyczało, abyś został. To miała być ostatnia wyprawa. Podpisałem sojusze, kończące długoletnie spory. Od tej pory mieliśmy wieść spokojne i wolne od walki życie. Dlaczego musiałeś wszystko popsuć? Nie dałeś mi okazji, abym ci o tym powiedział. Ten cios przeznaczony był dla mnie. Należał mi się za wszystkie cierpienia, które przez nas znosiłeś.
- Mmm... - wymruczałeś przez sen. To mnie od razu obudziło.
- Otwórz oczy, mój aniele...
- Cassian...
- Jestem tutaj. Chodź do mnie.
- Cassian...
- Otwórz oczy. Jestem tuż obok... - wszystkie mięśnie w moim napięły się w oczekiwaniu. To moja szansa. Oby tylko udało mi się sprowadzić cię z powrotem. - Otwórz oczy. Błagam – przesuwam palcami po twoim policzku. Tulisz się do mojej dłoni, pragnąc jej ciepła. Wiem, że się wahasz. Możesz trwać w tym śnie całą wieczność... - Nefrycie, słyszysz mnie?
- Mmm...
- Spójrz na mnie, tak za tobą tęsknię... Proszę...
Mija kilka długich chwil. W końcu decydujesz się unieść powieki. Obejmuję cię bardzo, bardzo mocno. - Nigdy więcej nie zostawisz mnie samego! - skarżę się, ujmując twoją twarz w swoich dłoniach.
- Długo spałem?
- Kilka miesięcy.
- Tak? - ziewasz, zasłaniając usta dłonią.
- Myślałem, że oszaleję! Brakowało mi ciebie!
- Przepraszam, nie chciałem cię martwić.
- Więc trzeba było mnie nie zasłaniać!
- Zginąłbyś.
- Jestem cholernym demonem! Nic by mi nie zrobił! - denerwuję się.
- Zginąłbyś – powtarzasz, układając się wygodniej w moich ramionach. - Nie mogłem ryzykować utraty najbliższego przyjaciela.
- Tak za tobą tęskniłem – mamroczę, wtulając twarz w twoje włosy.
- A Sin?
- Nic mu nie jest.
- To dobrze – przymykasz powieki.
- Nie śpij. Jeszcze się tobą nie nacieszyłem.
- Nie śpię... Opiekowałeś się moim jednorożcem?
- Bardziej zależy ci na nim, niż na mnie? - udaję obrażonego.
- Nie. Po prostu często o nim śniłem.
- O mnie też śniłeś? - dopytuję, całując cię po skroni.
- Może – ponownie się uśmiechasz.
- Może? - zagarniam cię pod siebie. Otwierasz szeroko oczy, zdziwiony moim postępowaniem. Przez kilka długich sekund wpatrujemy się w siebie. Chcę cię pocałować... Zmniejszam dystans między nami...
- Chodźmy go zobaczyć! - wołasz podekscytowany, psując nastrój.
- Jeśli chcesz...
- Bardzo chcę! Proszę, pokaż mi go! - uwalniasz się z moich objęć i wyskakujesz z łóżka jak poparzony. Czyżbym cię przestraszył?
- Powinieneś coś na siebie ubrać. Na zewnątrz jest zimno – podchodzę do szafy i wyciągam z niej obszytą futrem pelerynę, którą na ciebie zarzucam.
- Przecież ja nie marznę – drwisz ze mnie.
- Ale chłodu też nie lubisz. Poza tym nie po to obchodziłem się z tobą jak z jajkiem, by teraz coś miało ci się stać – zarzucam ci kaptur na głowę, chowając pod nim jasnoróżowe włosy.
- Dziękuję.
- Nie ma za co, najdroższy – chcę cię znowu dotknąć, ale łapiesz mnie za rękę i ciągniesz w kierunku drzwi. - Poczekaj. Zrobimy to tak – otulam cię swoją mocą i przenoszę bezpośrednio do ogrodu.
- Jesteś niemożliwy – ganisz mnie, rozglądając po ogrodzie.
- Dopiero się rozkręcam.
Unikasz mnie? Zamknąłeś przede mną swoje serce, a teraz odmawiasz mi także dotyku? Jak to możliwe, że nie czujesz więzi między nami? Nie potrafię skoncentrować się na niczym innym, poza twoją bliskością, a ty mnie odpychasz...
- Gdzie on jest?
- Poczekaj chwilę. Jest bardzo płochliwy. Starałem się go oswoić, ale to nie takie proste – powinienem dodać, że idealnie do siebie pasujecie. Ciebie także trudno oswoić... - Spójrz – obejmuję cię ramionami i wskazuję odpowiedni kierunek. Przepiękny rumak pojawia się po drugiej stronie zamarzniętego jeziora.
- Och... - wyrywa ci się ciche westchnienie, które sprawia, że czuję dreszcz wzdłuż kręgosłupa. - Jest piękny. - szepczesz.
- Owszem, jest...– potwierdza, wpatrując się w ciebie.
Jednorożec, widząc mnie, rży wesoło, lecz boi się podejść. Wyciągam do niego rękę. Waha się.
- To moja wina, prawda? Nie ufa mi, bo jestem wampirem.
- Nie zna cię. Musisz się przed nim otworzyć. Pokazać mu co czujesz.
- Ja nie mam serca – spoglądasz na niego smutnym wzrokiem. - Tak też jest dobrze. Samo patrzenie sprawia mi dużą przyjemność.
- Kłamiesz. Chcesz go dotknąć, a on chce móc ci zaufać, ale nie zrobi tego, jeśli ty nie zaufasz jemu. Pozwól mu się do siebie zbliżyć, tak jak pozwoliłeś na to mnie – zachęcam.
- To niemożliwe – sięgasz po moją dłoń i przykładasz do swojej klatki piersiowej. - Widzisz, ja nie mam serca – powtarzasz głośniej. - Jestem martwy. I głodny – cofasz się zrezygnowany. - Mam nadzieję, że mamy jakichś więźniów.
- Nie będziesz więcej pił ich krwi!
- Chcesz mnie głodzić, tak jak Jack głodził Sina? - mierzysz mnie zatrwożonym wzrokiem.
- Nie, oczywiście, że nie! Proszę – wyciągam rękę w twoją stronę – napij się mojej krwi. – Błękitne tęczówki przesuwają się od mojego odsłoniętego nadgarstka, aż do oczu i z powrotem. - O co chodzi?
- To chyba ja powinienem zadać to pytanie. Dobrze się czujesz? Może masz gorączkę? - przykładasz mi dłoń do czoła.
- Tylko ja będę cię karmił! - wpadam w panikę. Mój podniesiony głos sprawia, że jednorożec cofa się w głąb lasu.
- Spójrz co zrobiłeś! Poszedł sobie! Proszę, nie odchodź! - wołasz za nim, zasmucony.
- Ja nie żartuję – łapię cię za ramiona, aby widzieć twoją twarz. - Napij się mojej krwi.
- Przecież wiesz, że nie mogę tego zrobić. Zapomniałeś już, że jesteś księciem demonów?
- Teraz jestem ich królem – poprawiam cię.
- Naprawdę?! Gratuluję, Cassianie! Bardzo się cieszę!
- Obojętne kim jestem. Daję ci ją. Daję ci moją krew. Pij!
- Wystarczy mi to, co znajdę w lochach. Nie jestem wybredny – odwracasz się ode mnie tyłem, zmierzając w stronę zamku.
- Poczekaj! Porozmawiajmy!
- Niedługo świt...
- Napij się mojej krwi! - żądam.
- Odmawiam!
- Nefrycie, ja nie żartuję. Albo ja, albo nikt, rozumiesz? - chyba dopiero teraz dochodzi do ciebie powaga sytuacji.
- Nie... - cofasz się do tyłu, nie pozwalając, abym się zbliżył.
- Nie miałem innego wyjścia!
- Nie zrobiłeś tego...
- Zrobiłem i jestem z siebie dumny - zapewniam cię.
- Ty jesteś demonem, a ja wampirem! To zakazane!
- A jednak się udało, widzisz? - pokazuję ci znamię.
- Nie! Odwołaj to!
- Przecież wiesz równie dobrze jak ja, że tego nie da się cofnąć. Nie cieszysz się? Zawsze sądziłem, że mnie lubisz... - liczę na to, że mój spokojny ton sprawi, że dostrzeżesz pozytywy.
- To nie znaczy, że powinieneś się dla mnie poświęcać! Jak mogłeś?! Masz pojęcie, co to oznacza?! - wybuchasz gniewem.
- Jesteś mój, a ja jestem twój. Zawsze tak było.
- Nie!
- Rozumiem, że mnie nie kochasz, ale mamy czas... Mnóstwo czasu. Nie będę na ciebie naciskać... Zmienisz zdanie.
- Cassianie, ty nawet nie jesteś wampirem, a ja jestem nieśmiertelny!
- Nie jestem i nigdy nim nie będę, ale to nie ma żadnego znaczenia! Demony długo żyją. Nie martw się.
- To nie to samo! Jak mogłeś dokonać za mnie takiego wyboru?! - krążysz wściekły po śniegu. - Musi być jakiś sposób, by to cofnąć...
- Nie zamierzam niczego cofać – oświadczam pewny siebie. - Kontrakt został zawarty. Należymy do siebie, dlatego nalegam, abyś... - chciałem powiedzieć, że możesz śmiało napić się mojej krwi, lecz potrząsasz tylko przecząco głową i używając swojej wampirzej szybkości, znikasz z pola widzenia. Cholera!
W pierwszej chwili chciałem za tobą pobiec, lecz pomyślałem sobie, że lepiej będzie jeśli dam ci czas na przetrawienie tych informacji.
Wielokrotnie zastanawiałem się jak zareagujesz. W mojej wyobraźni rzucałeś mi się na szyję, zapewniałeś, że bardzo się cieszysz, na co ja namiętnie cię całowałem, a potem...  Opcji, że uciekasz z krzykiem, nie brałem pod uwagę.
Nie jestem wampirem, ale jakie to ma znaczenie? Jestem silniejszy niż one. Jeśli zgodzisz się oddawać mi po kropli swojej krwi, będę trwał przy twoim boku przez  stulecia.
Nawet nie zauważyłem, gdy podszedł do mnie jednorożec, domagając się cukrowych gwiazdek, którymi codziennie go częstowałem. No właśnie! To jest to! Gdy tylko wyczuje, że pachniesz lukrem, będzie jadł ci z ręki! Uradowany takim obrotem sytuacji, częstuję łasucha całą garścią słodkości.
- Jutro naprawię to nieporozumienie, więc bądź miły dla Nefryta, dobrze? Jeśli dasz mu się pogłaskać, oszaleje na twoim punkcie i przyniesie ci całe tony łakoci – zapewniam magicznego wierzchowca.

Nastaje świt, a wraz z nim pogłębia się moja frustracja. Nie wróciłeś do mojej sypialni. Musiałem przeszukać pół zamku, aby cię odnaleźć. Schowałeś się przede mną w jednym ze swoich pokoi, do którego od lat nie zaglądałem. Dawniej za nim przepadałeś, bo z okien widać było wpływające do portu statki. Uwielbiałeś widok białych żagli, trzepoczących na tle ciemnego nieba. Przykro mi, mój skarbie, ale nie możesz tu dłużej spać.
Biorę cię ostrożnie na ręce i przenoszę do królewskiego łoża. Układam na miękkiej, futrzanej kapie, którą uszyto specjalnie dla ciebie. Materiał miał imitować naturalne futro. Na świecie nie ma nic bardziej delikatnego. Odrobina magii oraz niezwykle doświadczone dłonie szwaczek zdziałały cuda. Pierwszy raz od bardzo dawna zasypiam spokojnie.
Przez cały dzień czuwam u twego boku. Boję się, że mógłbyś mi uciec. Unosisz powieki w chwili, gdy zachodzi słońce.
- Dzień dobry – uśmiecham się, czekając na twoją reakcję.
- Dlaczego mnie tu przyniosłeś? To nie jest moje łóżko.
- Twoje miejsce jest przy mnie - w tej kwestii nie powinieneś mieć żadnych wątpliwości.
- Musi być jakiś sposób, by zerwać kontrakt...
- Nie! Jeśli chcesz się mnie pozbyć, będziesz mnie musiał zabić, bo nie ma innej możliwości – ranię cię swoimi słowami. Twoje błękitne oczy zachodzą łzami. - Nie płacz. Zrobiłbym to tysiąc razy, by tylko zapewnić ci bezpieczeństwo.
- Trzeba było dać mi odejść! - odgrażasz się najbrutalniejszym zdaniem, jakie w życiu słyszałem.
- Nigdy!
- Cassianie, ty... - unosisz na mnie wzrok. Broda ci drży. Nie wiem, co chcesz powiedzieć, ale nie dbam o to. Całuję cię. Twoje wargi są chłodne i miękkie. Smakują słodko, niczym cukrowe gwiazdki. Od dawna pragnąłem to zrobić - Nie... - ten cichy protest brzmi raczej jak westchnienie, więc łączę nasze usta, tym znacznie śmielej.
- Odkąd cię znam, ukrywasz przede mną swoje uczucia. Teraz łączy nas już nie tylko przyjaźń. Nie schowasz się przede mną.
- Skąd wiesz? – prowokujesz mnie do ponownego pocałunku. Sięgam po twoje dłonie i układam je po obu stronach głowy, splatając nasze palce. Przerywam pieszczotę, by móc spojrzeć w te niesamowite oczy...
- Uwielbiam cię...
- Przestań! - szarpiesz się, ale nie masz ze mną żadnych szans. Jedna wiązka mocy i więcej się nie ruszysz...
- Pocałuj mnie... - ocieram się wargami o twoje kuszące usta.
- Nie...
- Pocałuj... Pocałuj tak, jak tego pragnę... Zatrać się choć na chwilę... Zawsze idealnie nad sobą panowałeś, a ja chcę wiedzieć, co chowasz pod spodem. Jaki jesteś tam w środku, gdzie od lat próbuję się dostać...
- Nie możesz... – zalękniony odsuwasz się na bok, ale to niczego nie zmieni. Puszczam jedną z twoich rąk i łapię cię za brodę zmuszając, abyś spełnił moje pragnienie.
- Pocałuj... - atakuję twoje usta. Niby wmawiam sobie, że będę subtelny i czuły, lecz gdy wzdychasz cicho rozchylając wargi, nie umiem się dłużej kontrolować, oszołomiony przyjemnym doznaniem. Twój język nieśmiało ociera się o mój, a ja nie myślę o niczym innym, jak tylko o tym, by sprowokować cię nieco bardziej. - Jeszcze... - warczę, niezadowolony.
- Cassanie... Już wystarczy...
- Nie, chcę cię całego. Masz pojęcie jak długo czekałem? - wplatam palce w pastelowe, rozpuszczone włosy. - Powiedz mi, co mam zrobić, a zrobię to. Dla ciebie zrobię wszystko. Rzucę ci cały świat pod stopy, jeśli tego zażądasz.
- Puść...
- Nie.
- Błagam, puść mnie...
- Nie. Kochaj się ze mną... Teraz. Pozwól mi się dotykać, pieścić... Wiem, że kochałeś innego, ale... - słowa grzęzną mi w gardle na samą myśl... Zazdrość roznieca pożar.
- Postradałeś rozum... Nie jesteś wampirem. Nie masz prawa...!
- Mam prawo, dobrze o tym wiesz. Przyjrzyj się uważnie – podsuwam ci mój lewy nadgarstek – to moje prawo. Przekonasz się, gdy mnie ugryziesz. Zrób to. Jesteś głodny.
- Nie jestem!
- Jesteś. Widzę to po twoich oczach. Nie wolno ci pić krwi nikogo innego.
- Wytrzymam. Sin...
- Nie jesteś nawet w połowie tak silny jak on. Gryź.
- Nie! - z oczy spływają ci krwawe łzy, które łamią mi serce.
- Proszę, nie płacz – scałowuję je.
- Nie rób tak, moja krew...
- Należy do mnie. Tylko do mnie – przesuwam językiem po twoim policzku. - Udowodnię ci to – podnoszę się do góry. Od razu to wykorzystujesz i próbujesz uciec. - Nie, mój drogi. Nie tym razem – uśmiecham się złośliwie, korzystając z mocy, która więzi twoje dłonie.
- Cassianie! Uwolnij mnie! - domagasz się.
- Nie dałeś mi wyboru. Sam musisz się przekonać, a skoro nie ma innego wyjścia... - czarna magia bez żadnego problemu unosi cię z pościeli. - Mój... - powtarzam cicho, przesuwając opuszką kciuka po jasnoróżowych wargach. Wściekły, gryziesz mnie w palec, próbując odstraszyć.
- Jeśli nie przestaniesz, to...
- To co? - zlizuję własną krew, przyglądając się tobie z bardzo bliska.
- Będę krzyczeć!
- Na to liczę – śmieję się. - Zmieniłem się w ostatnim czasie. Zauważyłeś?
- Nie wiem o czym mówisz - starasz się mnie odepchnąć, więc sprawiam, że twoje spętane nadgarstki lądują za plecami.
- Przez to, co miało miejsce tamtego dnia, moja moc znacznie wzrosła. Nie mam pojęcia, czy są granice, których nie umiałbym obecnie przekroczyć – sięgam do guzików twojej atłasowej koszuli i zaczynam je powoli rozpinać.
- Nie!
- Zbyt często to powtarzasz. Zmienisz zdanie, gdy znajdę znak na twoim ciele. Wtedy sam się przekonasz... - mruczę zadowolony, ciągnąc za kokardę, zawiązaną pod twoją szyją. - Czuję się tak, jakby znowu były moje urodziny, lecz tym razem dostałem coś naprawdę wymarzonego...
- Pożałujesz, zobaczysz!
- Nie gniewaj się. Nie będzie bolało, przysięgam.
- Ja nie chcę! Nie możesz! Jesteś podły!
- Nie masz go na nadgarstkach, bo dokładnie je obejrzałem – nie zwracam uwagi na twoje skomlenie. - Jeśli nie chcesz, abym zdejmował górę, powiedz. Równie dobrze możemy zacząć od dołu – przesuwam dłonie na twoje szczupłe biodra, sięgając do kolejnych guzików, tym razem od dopasowanych, czarnych spodni.
- Ani się waż!
- Walczysz jak lew, choć wiesz, że przegrasz. Uwielbiam to w tobie. To i wiele innych rzeczy. Grozisz mi, choć nigdy nikogo nie skrzywdziłeś. Nawet bardzo głodny, potrafiłeś się powstrzymać, by przypadkiem nie odebrać życia. To też w tobie uwielbiam. A także to... - rozpinam rozporek i ciągnę materiał w dół.
- Nie!
- Muszę cię rozebrać. Chcę wiedzieć gdzie jest znak...
- Błagam, zrobię co zechcesz, tylko mnie puść!
- No dobrze, już dobrze, niech stracę. Zaczniemy od góry – wracam do ciemnozielonej koszuli. Gdy wszystkie guziczki są już rozpięte, zsuwam ją z twoich ramion i przyglądam się idealnej, mlecznobiałej skórze. - Jesteś doskonały, wiesz o tym? Prawdziwe dzieło sztuki. Wcale się nie dziwię, że na twój widok ojczulek zdecydował, by przemienić cię w wampira. Dzięki temu twoje piękno będzie trwało wiecznie. - Obróć się – atłas zsuwa się na łóżko, ukazując nagie plecy. Zrzucam koszulę na podłogę i przesuwam palcami po karku, odgarniając włosy na lewe ramię. - Tu go nie ma – informuję cię, zostawiając drobne pocałunki.
- Ach...
- Lubisz tak, ukochany? - ponawiam pieszczoty.
- Nie!
- Każdy trwały związek opiera się na szczerości. Zapytam jeszcze raz, lubisz tak? - przesuwam ustami niżej, po twoich łopatkach. Najwidoczniej przygryzasz wargi, obracam cię twarzą do siebie i namiętnie całuję. - Nie rób tak – proszę, gdy udaje mi się je sobie podporządkować. - Chcę wiedzieć co czujesz. W każdej chwili. Co sprawia ci największą przyjemność...
- Puść...
- Nie – odchylam twoją głowę do tyłu i zaczynam całować po łabędziej szyi. - Masz pojęcie jak niesamowicie wyglądasz? Nagi, z rozpuszczonymi włosami... Nigdy tego nie zapomnę.
- To, że mnie zmusiłeś, także zapamiętasz?
- Nie zmusiłem... Pomagam ci podjąć słuszną decyzję – unoszę cię wyżej, dzięki czemu twoje stopy zaledwie muskają białą, futrzaną kapę.  Na wprost oczu mam malutki, jasnoróżowy sutek, po którym przesuwam językiem. - Przyjemnie?
- Nie! - piszczysz, więc robię to jeszcze i jeszcze raz, aż zaczynasz się wić.
- A tutaj? - w podobny sposób pieszczę drugi.
- Cassian!
- Wiem, skarbie. Wszystko to wiem... Obiecałem, że dam ci wszystko, prawda?
- Ty podły draniu! Nie będziesz mnie torturować! - w ten atak wkładasz znacznie więcej siły. Szarpiesz się z całych sił. Muszę bardzo uważać, by nie wyrządzić ci żarnej krzywdy. Po chwili rezygnujesz, widząc, że to nic nie daje. Łapię cię za biodra i przesuwam językiem po żebrach. Znowu zaczynasz się wić, lecz inaczej. Cały czas patrzę w twoje błękitne oczy. Dostrzegam w nich pożądanie, które dopiero się w tobie budzi. Muszę ci pomóc. Sprawić, że zapragniesz mnie równie mocno jak ja ciebie. Językiem zaczynam zataczać małe kółka po twoim brzuchu, zjeżdżając coraz niżej.
- Przykro mi, ale sam widzisz, że moje dotychczasowe poszukiwania nie przyniosły rezultatów. Nie mam innego wyjścia. Muszę zdjąć resztę...
- Nie!
- Nie denerwuj się. Ufasz mi przecież. Przyjaźnimy się od zawsze, mój piękny aniele...
- Nie nazywaj mnie tak!
- Dlaczego? Jesteś boskim stworzeniem – pozbywam się pozostałych części twojej garderoby. - Nie bolało, prawda? – uśmiecham się.
- Co chcesz zrobić?!
- Sprawię ci przyjemność. Musisz się nauczyć ufać moim słowom. Nie posuniemy się zbyt daleko. W obecnej sytuacji pośpiech nie jest wskazany – gładzę cię dłonią po brzuch. - Wiesz jak wygląda miłość, prawda? Musiałeś robić to wiele razy...
- Cassian!
- Opowiedz mi. Nie chcę popełniać błędów pozostałych kochanków.
- Jakich znowu kochanków?!
- Tych, którym pozwalałeś dotykać się w taki sposób – układam dłonie na twoich biodrach, a następnie przesuwam je w dół, sunąc po zewnętrznej części ud.
- Mówisz o sobie, czy o mnie? - irytujesz się.
- O tobie, najdroższy.
- Ja nie miałem żadnych kochanków!
- Znowu kłamiesz... Czy to nie ze względu na to, że twój stwórca rzucił się w ogień, zamknąłeś swoje serce?
- To dawne czasy...
- Kochałeś go...
- Był moim ojcem, oczywiście, że go kochałem! - oburzasz się.
- Kogo jeszcze kochałeś?
- To nie ma znaczenia - uciekasz od odpowiedzi.
- Mylisz się, to ma wielkie znaczenie.
- Nigdy nie pozwoliłbym na coś takiego!
- Naprawdę? A jednak ktoś wyrządził ci krzywdę... Kim była ta osoba?
- To ty! - wybuchasz gniewem.
- Ja? Przecież nie zrobiłem ci nic złego.
- Zrobiłeś!
- Nie zrobiłem i nie zrobię. Wieki temu przysiągłem, że nie będziesz cierpieć z mojego powodu. Może orgazm sprawi, że jednak coś sobie przypomnisz – łapię cię za biodra i zaczynam całować po brzuchu, podgryzając skórę. - Patrz na mnie, gdy będę to robić... Cały czas... - przesuwam językiem po czubku twojej męskości. Krzyczysz, zaskoczony tym doznaniem. Tak słodko reagujesz... Zupełnie jakby ten rodzaj intymnego dotyku był ci zupełnie obcy, ale to niemożliwe. Urodziłem się kilka stuleci po tobie. Nie mogę być pierwszy, choć niczego innego nie pragnę... Mój język przesuwa się zwinnie po całej długości, do góry i na dół. Jęczysz cichutko, ale ja chcę czegoś więcej. Znacznie więcej... Wiem, że nie jest ci wygodnie. Wisisz nad łóżkiem, nie możesz się ruszyć, a ja nie potrafię przestać. Twoje westchnienia rozkoszy zapadają głęboko we mnie. - Nie powstrzymuj się. Chcę cię słyszeć... - ssę coraz mocniej. Przymykasz powieki. Wolałbym, abyś na mnie patrzył, lecz ten jeden raz ci wybaczę. Jesteś już tak blisko... 
- Cassian! - krzyczysz moje imię w chwili spełnienia. Pozwalam ci opaść w moje ramiona. Cały się trzęsiesz. Wtulasz twarz w zagłębienie mojej szyi, drażniąc ją chłodnym oddechem.
- Śmiało, zrób to... Ugryź... Przecież chcesz...  - instynkt bierze nad tobą górę. Zatapiasz we mnie swoje kły. Uśmiecham się, przytulając cię jeszcze mocniej. To uczucie... Nie da się go porównać z niczym innym. Zamykam oczy. Mam wrażenie, jakbym spadał gdzieś w dół. Unoszę powieki. Otacza mnie ciemność, aż w końcu dostrzegam w tym bezkresie mały, jasny punkcik. Zbliżam się do niego. Widzę ciebie, jesteś jeszcze dzieckiem. Malutkim embrionem, który na moich oczach zaczyna rosnąć, zmieniając swoją postać do chwili, gdy stajesz się taki jak zawsze. A potem stajesz na wprost mnie i wyciągasz rękę. Od razu ją ujmują. Cofamy się w czasie do dnia, w którym się urodziłem.
Jestem jednodniowym maleństwem, leżącym w łóżeczku. Płaczę, lecz nikt się mną nie zajmuje. Ktoś w końcu pochyla się nade mną. Ostrożnie dotyka, a potem bierze na ręce. Od razu cię rozpoznaję. Pachniesz kwiatami. Za twoimi plecami swoi mężczyzna. To wampir. Twój ojciec... Uśmiecha się, gdy wirujesz ze mną po pokoju. Uspokajam się i przestaję płakać. Odkładasz mnie do kołyski. Wyciągam do ciebie rączki. Nie chcę się z tobą rozstawać. Ty również tego nie chcesz. Twoje oczy przepełnione są łzami. Proszę, nie płacz. Coś szepczesz... Nie rozróżniam słów... A potem znikasz. Gwałtownie się budzę.
Leżę w swoim łóżku, tuląc do siebie twoje nagie ciało. Przyglądasz mi się zatroskanym wzrokiem.
- Przepraszam, nie chciałem...
- Co mi wtedy powiedziałeś? - dopytuję.
- Wtedy?
- Podczas naszego pierwszego spotkania.
- Obiecałem twojemu ojcu, że się o ciebie zatroszczę – recytujesz z pamięci.
- Nie, nie wtedy. Byłem malutki, a ty tuliłeś mnie, bo płakałem. Był z tobą twój ojciec.
- Widziałeś to?! - podrywasz się pełen niepokoju, jakbym przyłapał cię na gorącym uczynku.
- Powiedz mi – nalegam.
- To było dawno...
- Zaledwie sto trzydzieści lat temu. Proszę, powiedz mi.
- Minęło już sto trzydzieści lat? Jak ten czas szybko leci...
- Nefrycie! Powiedziałeś mi coś bardzo ważnego. Gdy odchodziłeś, myślałem, że serce mi pęknie!
- Wiesz, że moje zdolności różnią się od zdolności innych wampirów. Czasami widzę przyszłość. To zdarza się ekstremalnie rzadko, lecz moje przepowiednie zawsze się sprawdzają. Tamtego dnia, gdy wziąłem cię na ręce, zobaczyłem swoją przyszłość... - urywasz w połowie zdania.
- Co zobaczyłeś?
- Ciebie... Siebie... Czas, który spędzimy razem... - z oczu spływają ci łzy. - Zobaczyłem... Zobaczyłem, jak walczymy z Satielem... A ty... - pociągasz nosem. - Nie mogłem do tego dopuścić, rozumiesz? Ojciec powiedział, że... - przerywasz, zanosząc się od płaczu.
- Co powiedział twój ojciec? - potrząsam tobą delikatnie.
- W mojej wizji byliśmy razem, zakochani, a on odparł, że to niemożliwe, bo wampiry i demony należą do innych światów. A potem widziałem jak giniesz. To dlatego upierałem się na odwiedziny u Sina. Wiedziałem, że nasz czas dobiega końca, ale tak bardzo nie chciałem się z tobą rozstawać, więc...
- Błagam, nie płacz – chować cię w swoich ramionach.
- Wiedziałem, że ojciec ma rację. Poczułem to w chwili, gdy na ciebie spojrzałem. Pokochałem cię tak mocno... Ty byłeś niemowlęciem, a ja... W jednej sekundzie mignęło mi całe nasze wspólne życie. To, jak przybywam do zamku, a ty dorastasz przy moim boku. Zmieniłem przyszłość, aby cię nie stracić. Przysiągłem, że nikogo nie pokocham, w tym ciebie, że zrobię co w mojej mocy, aby cię uratować i udało się. Jesteś tutaj. Kiedy myślałem, że umieram, chciałem ci powiedzieć, ale nie mogłem. A potem zapadłem w sen. Przez cały ten czas śniłem o tobie. Powtarzałeś mi, że bardzo mnie kochasz, więc nie chciałem się budzić. Przepraszam – łkasz.
- Nigdy więcej cię nie zostawię, przysięgam! Ale ty także nigdy mnie nie zostawiaj. Czekałem na ciebie od tamtej chwili, gdy odłożyłeś mnie z powrotem do łóżeczka.
- Naprawdę?
- Bardzo cię kocham, mój aniele – ścieram resztki łez, by nic nie mąciło przepięknego uśmiechu, który pojawia się na twojej twarzy. - A ty mi tego nie powiesz?
- Teraz i na zawsze, będę cię kochał tak samo mocno.
- Wtedy wypowiedziałeś te same słowa, prawda?
- Bo nic się nie zmieniło.
- Mylisz się, wszystko się zmieniło. Twój ojciec nie miał racji. Od samego początku byliśmy sobie przeznaczeni.
- To nieprawda. Na moim ciele nie ma znaku, który świadczy o więzi między nami.
- Jesteś pewny?
- Tak. Sprawdzałem bardzo dokładnie.
- A jak to wytłumaczysz? - dotykam twojej klatki piersiowej.
- Przecież... To niemożliwe!
- Był tu od samego początku. Zauważyłem go od razu, gdy tylko rozpiąłem twoją koszulę – przyznaję zawstydzony.
- I nic mi nie powiedziałeś?!
- Gdybym to zrobił, nie pozwoliłbym mi się rozebrać. Przepraszam, że cię okłamałem. Gniewasz się na mnie?
- Tak! - odwracasz głowę.
- Wybacz mi. Zrobię co zechcesz – opieram się czołem o twoje ramię.
- Wszystko, co zechcę? - szubko zmieniasz taktykę.
- Wszystko!
- Nigdy więcej mnie nie okłamiesz.
- Przysięgam.
- Chcę także duży zapas cukrowych gwiazdek – uśmiechasz się.
- Są twoje.
- To nie wszystko.
- Co jeszcze?
- Masz mi codziennie mówić, że bardzo mnie kochasz.
- Kocham cię, Nefrycie. Ponad wszystko na świecie.
- To wciąż nie wszystko.
- Śmiało, proś o co zechcesz.
- Jesteś pewny, że to jest ten znak, który świadczy o naszej więzi? - wymownie spoglądasz na swoją klatkę piersiową.
- Tak mi się wydaje.
- Czyli nie masz stuprocentowej pewności?
- Mógłbym postarać się to zweryfikować, gdybyś pozwolił mi obejrzeć całe swoje ciało...
- Tylko szukaj dokładnie – wybuchasz radosnym śmiechem, opadając na poduszki.

***

Najsłodsze Gąski,

Z okazji (mojego) ulubionego święta życzę Wam miłości oraz samych szczęśliwych chwil, obojętne czy jesteście w związku, czy dopiero szukacie swojej drugiej połówki.
Jak już zapewne wiecie ten dzień jest dla mnie szczególnie wyjątkowy. 14 lutego 2016 Joleen zmusiła mnie do opublikowania pierwszego posta :) To był naprawdę niezwykły rok i minął zdecydowanie za szybko. Przez ten czas wiele się wydarzyło - dobrych i złych rzeczy. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Nie sądziłem, że ktokolwiek przeczyta moje pierwsze opowiadanie. Nie brałem pod uwagę opcji, że napiszę kolejne. Jednak nie to jest dla mnie ważne. Bloga nie tworzy tekst, a ludzie.
Dziękuję Wam za czas, który razem spędziliśmy. Za nasze szalone dyskusje, ciche maile, wszystkie rysunki. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że spotkam aż tyle fantastycznych osób, nie uwierzyłbym :D Mamy XXI wiek, w którym czas stał się bezcenny. Wielu osobom zawsze go brakuje, a Wy nie dosyć, że czytacie kolejne rozdziały, to jeszcze piszecie mnóstwo komentarzy. Nie wiem czy istnieje w Polsce inny blog yaoi, gdzie panuje podobna atmosfera. Uzależniłem się od tego miejsca, od ciepła, które z niego bije. Mam nadzieję, że zawsze tak będzie :)
Miłego świętowania.

Wasz Kitsune

PS Wegi przysłała mi dzisiaj dwa genialne rysunki, które pozwoliłem sobie wrzucić. Ma dziewczyna talent, prawda? :D Przez chwilę poczułem się jak bohater reality show - czyżbyś mnie podglądała, bo WSZYSTKO o mnie wiesz :D Bardzo Ci dziękuję, Bejbe :) Jesteś kochana :)